Po drugiej stronie ciszy - Agnieszka Zakrzewska

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (38,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Mam dwanaście lat i po raz pierwszy na zakończenie roku szkolnego wkładam kolorową kamizelkę i dżinsowe spodnie. To wbrew zasadom, ale nie mam innego wyboru. Jestem głupią niezdarą. Rano przez nieuwagę wylewam herbatę na sukienkę, którą wybrała mama. Bardzo ją lubi. Mówi, że wyglądam w niej jak ona sama, kiedy zdawała na ASP. Teraz ciemna plama brudzi brzydko materiał i nie mam czasu, żeby ją zaprać. Wpadam w panikę. Szybko się rozbieram i chowam sukienkę do szuflady, pod stos obrusów. Na szczęście mama jak w każdą środę jest na rehabilitacji. Może zdążę wrócić do domu przed nią, żeby się przebrać.

Stoję teraz na środku pokoju w samych majtkach. Patrzę na siebie w lustrze. Widzę patykowate nogi, płaską klatkę piersiową i brak wcięcia w talii. Na moim nosie nadal widnieje mnóstwo piegów, pomimo że tydzień temu próbowałam je zetrzeć pumeksem.

- Jesteś taka naiwna - powiedziała mama, kiedy zobaczyła moją pooraną do krwi skórę. - I co, boli cię? I bardzo dobrze, że boli. Za głupotę się płaci. To się nazywa arytmetyka życia. Wszystkie działania muszą się zgadzać!

Przebieram się i szybko biegnę do szkoły. Nadal czuję strach. Wiem, że będzie się złościć. I słusznie, to taka piękna błękitna sukienka. Ma wysoki marszczony stan, obszyte koronką bufki i okrągły kołnierzyk. Mama sama ją zaprojektowała i uszyła. A potem przypominam sobie, że nie wszystko jeszcze stracone. Może ją jakoś udobrucham? Przecież trzymam w zanadrzu niespodziankę. Mama nie wie jeszcze, że poprawiłam czwórkę z matematyki. Pani Marchlewska dała mi szansę, bo przez ostatni miesiąc naprawdę się starałam. Sama mi zaproponowała, żebym napisała kartkówkę ostatniej szansy. W równaniach nie zrobiłam ani jednego błędu. Zasłużyłam na pochwałę.

W końcu staję zdyszana na szkolnym boisku. Wszędzie powiewają flagi i jest bardzo uroczyście. Inne dziewczynki patrzą na mnie dziwnie. Wszystkie mają na sobie białe bluzeczki i spódniczki przed kolano. Obok nich stoją zaaferowani rodzice. Mama Angeliki poprawia jej kokardy przy równo zaplecionych warkoczach. Odruchowo przygładzam ręką włosy. Są gęste, splątane, na pewno zrobił się na nich kołtun, ale nie cierpię się czesać. Tylko udaję, że to robię, a potem idę do cioci Gabrieli i ona cierpliwie, pasmo po paśmie, doprowadza je do porządku.

- Hej, Emilka, fajnie wyglądasz! - słyszę nagle za plecami.

Odwracam się wolno, mrużąc oczy. Przede mną stoi Wojtek Tomala z piątej A. Czasem rozmawiamy o muzyce. To znaczy głównie on gada, a ja udaję, że znam te wszystkie zespoły, o których opowiada z taką pasją.

- Po rozdaniu świadectw wybieramy się całą ekipą na lody do Chmurki. Pójdziesz z nami? - Przekrzywia głowę, nie spuszczając ze mnie wzroku, a potem podchodzi bliżej. - Jest sezon na truskawki. Te owocowe desery są petarda!

Odmawiam, kręcąc głową. Już wiem, że nie będzie żadnych lodów, bo przecież muszę wracać do domu.

- Może innym razem? - Uśmiecham się nieśmiało. - Dziś nie mogę... Mama specjalnie upiekła sernik z galaretką. Będziemy świętować... moją piątkę z matmy.

Kłamstwo przychodzi mi gładko. Mama nigdy niczego nie upiekła. A o lepszej ocenie nic jeszcze nie wie.

- Wyluzuj, na pewno nie będzie zła. W końcu to twój dzień... - mówi wolno Wojtek i wyciąga rękę. - Gratuluję tej piony. Marchlewska to piła.

Jego palce delikatnie dotykają mojej dłoni. Robi mi się gorąco z wrażenia. I mięknę. Szybko obliczam w myślach, ile kilometrów dzieli nasz dom od ośrodka rehabilitacji. Matematyka czasem na coś się przydaje. Po akademii, przemowie pana dyrektora i rozdaniu świadectw w klasie... hmm... zostaje mi dwanaście minut na lody. Jak to dobrze, że Chmurka jest od razu przy szkole.

- Okej... - mówię ostrożnie, a twarz Wojtka rozjaśnia się w uśmiechu.

Ma ładne, równe zęby i dołeczek w jednym policzku.

- Będę na ciebie czekać przy wejściu do cukierni. Fajnie, że idziesz. To naprawdę bombowo!

Napięcie trzymające mnie od rana za kark powoli opada. Nie wiem, co to znaczy tak naprawdę się cieszyć, ale jeżeli uczucie, które teraz tak kojąco rozluźnia moje ciało, można nazwać szczęściem, to odbieram je całą sobą.

Rozchodzimy się do wyznaczonych miejsc na boisku. Każda klasa ma swoje. Witam się z koleżankami; wszystkie paplają podekscytowane o wakacjach, ja milczę. Bo inaczej musiałabym pomyśleć o mamie. A nie chcę, żeby to ciepło w środku zniknęło. Pragnę je zatrzymać jak najdłużej.

- Mam za ciasną gumkę w pasie. Zaraz zwariuję! - szepcze mi do ucha Tola i krzywi buzię.

Tola jest moją przyjaciółką. Stajemy w drugim rzędzie, tuż za prymusami, których zaraz zacznie wywoływać pan dyrektor.

- Za rok też włożę dżinsy! - odgraża się, ale jej nie słucham.

Patrzę na Wojtka. Jego klasa stoi z boku, pod rozłożystym kasztanem. W pewnej chwili Wojtek podchwytuje moje spojrzenie i unosi kciuk. Czerwienię się jak te truskawki z Chmurki. Tola obserwuje mnie uważnie.

- Podobasz mu się - kwituje, ale nie mogę jej odpowiedzieć, bo wychowawczyni syczy ostrzegawczo.

Mamy być cicho i słuchać pana dyrektora. Prostuję się odruchowo i poprawiam wpadające mi do oczu kosmyki włosów.

Kiedy w końcu trzymam świadectwo w garści, z przerażeniem dostrzegam, że cała uroczystość się przedłużyła i zostało mi zaledwie sześć minut. Biegnę ile sił w nogach do cukierni. Zadyszana wpadam na stojącego przed wejściem Wojtka. Czeka na mnie, tak jak obiecał. Jest sam, nie ma z nim żadnej ekipy. Wcale mi to nie przeszkadza. Chyba lepiej kompromitować się w mniejszym gronie.

- Przepraszam, ale czy możemy już zamawiać? - wołam, chociaż nawet nie weszliśmy do środka. - Ja naprawdę... muszę iść... - dodaję smutno i spuszczam głowę.

Na pewno pomyśli, że jestem wariatką.

- Nie przejmuj się. Kupimy lody w wafelku i odprowadzę cię do domu - uspokaja mnie. - To jak, dwie gałki? Ja stawiam.

Przymyka oko, a ja myślę ze wstydem, że przecież i tak nie miałabym jak zapłacić. Nie wzięłam ze sobą pieniędzy.

Po chwili trzymam już oblany czekoladą i wypełniony różową słodyczą wafel. Wysuwam język, dotykam zimnej kulki lodów i już wiem, że cokolwiek jeszcze dzisiaj się wydarzy, nie zepsuje mi tego dnia. I że zapamiętam go już na zawsze. Truskawki i uśmiech Wojtka.

Kiedy stajemy pod moim domem, z przerażeniem dostrzegam samochód naszego sąsiada spod trójki, pana Domańskiego, który właśnie parkuje na podjeździe. Zabrakło mi dosłownie kilku minut. Łapię Wojtka za rękę i ciągnę go w kierunku zsypu na śmieci. Tutaj, za wielkim kontenerem, jesteśmy bezpieczni. Nikt nas nie dostrzeże.

W milczeniu patrzymy, jak Domański wyciąga z bagażnika wózek mamy, a potem podprowadza go do otwartych drzwi auta. Z samochodu, trzymając się mocno ramienia sąsiada, wyłania się mama i z trudem siada na wózku, a przez jej twarz w ułamku sekundy przebiega grymas. Potem ona i Domański znikają razem w wejściu do klatki.

Czy ja umyłam szklankę po herbacie? - przypominam sobie z przerażeniem i zaczynam się trząść.

- Bardzo mi przykro, że twoja mama jest chora - szepcze nagle Wojtek. - Możesz mi powiedzieć, co się stało?

Otwieram usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

- To znaczy... Coś tam słyszałem - dodaje szybko Wojtek. - To był wypadek, prawda? Moi rodzice wspominali, że cały Jasień był wstrząśnięty. Zrobiła w Warszawie wielką karierę. To takie wielkie miasto, kiedyś chciałbym tam zamieszkać - mówi rozmarzony. - A u nas co? Kilka kamienic, kościół i widok z hotelu na Jezioro Modre.

Najchętniej zatkałabym uszy.

- Emilia, wszystko dobrze? - dochodzi do mnie cichy głos kolegi. - Przepraszam za tę nawijkę. Tak jakoś mi się powiedziało. Hej, nie bój się, twoja mama nie będzie się na ciebie gniewać. Przecież nie zrobiłaś nic złego! Poza tym są wakacje!

- Nie znasz jej... I po co ja poszłam z tobą do tej głupiej cukierni! - wyrywa mi się z gardła przepełniony złością głos.

Nie powinnam wyładowywać na nim swojej frustracji. A jednak to robię.

Po kilku sekundach chcę załagodzić sytuację, ale on już na mnie nie patrzy.

- Na mnie czas - stwierdza chłodno. - Miłych wakacji! I do zobaczenia... We wrześniu w szkole.

Po chwili zostaję sama. Zlizuję z warg słodki sok z truskawek i chce mi się płakać. Na pewno już nigdy się do mnie nie odezwie. Jestem wariatką. A przecież tak chciałam zapamiętać ten dzień na zawsze!

Wchodzę do chłodnej klatki schodowej. Zza drzwi dobiegają mnie śmiechy naszych sąsiadów. Wciągam w nozdrza zapach botwinki. Dochodzi spod dwójki. Pani Karmelicka zawsze ją gotuje w czerwcu. To moja ulubiona zupa. Może poproszę ciocię Gabrysię, żeby ją zrobiła? Ta myśl trochę mnie uspokaja. Botwinka i ciocia Gabrysia. Cokolwiek się wydarzy, mam przecież ją.

Przed drzwiami do naszego mieszkania biorę głęboki oddech. Moje serce bije tak głośno, że słychać je chyba w lokalu naprzeciwko. Na szczęście mieszka tam pan Walasiuk, który teraz śpi po nocce, bo pracuje w hotelu jako stróż.

Liczę do dziesięciu, a potem z trudem zdobywam się na uśmiech od ucha do ucha i naciskam klamkę.

Od razu po przekroczeniu progu napotykam jej wzrok. Mama jest w korytarzu, tak jakby na mnie czekała. Mam wrażenie, że jej drobna sylwetka na wózku wypełnia ciasno całą przestrzeń.

Patrzy na mnie, zaciskając dłonie na oparciach wózka tak mocno, że aż bieleją jej knykcie.

- Gdzie byłaś? - rzuca z pretensją. - I... jak ty wyglądasz?!

- W szkole - odpowiadam od razu, nie przestając się uśmiechać. - Przecież wiesz, że miałam zakończenie roku. Przepraszam, poplamiłam sukienkę...

- Co zrobiłaś? - przerywa mi, a jej oczy robią się wąskie jak szparki.

- Mamo, nie złość się - dodaję ugodowym tonem. - Zobacz, tu jest moje świadectwo. - Wyciągam je zza pazuchy. - Poprawiłam tę czwórę z matmy! Jako jedyna w klasie mam najwyższą ocenę z tego przedmiotu! A sama wiesz, jaka jest pani Marchlewska!

Twarz mamy łagodnieje. Wygląda teraz pięknie. Ma wyraźnie zarysowane kości policzkowe i pełne usta. Przez jej prawy policzek biegnie szrama, ale pod grubą warstwą pudru jest prawie niedostrzegalna.

- Córeczko, jestem z ciebie taka dumna... - mówi wolno, a ja nie wierzę własnym uszom.

Nie jest na mnie zła. Nie płacze. Nie krzyczy.

Mówi, że jest ze mnie dumna. A ja byłam dla niej taka niedobra!

- Naprawdę, mamusiu? - Przypadam do wózka, przyklękam i przytulam głowę do jej kolan.

Po chwili kładzie mi dłoń na włosach i gładzi je powolnym, miękkim ruchem. A potem pochyla się i czuję jej ciepły oddech przy uchu.

- Naprawdę. Bo już się bałam, że moja córka jest totalnym głąbem. A tutaj taka niespodzianka...

Rozdział pierwszy

Dziesięć lat później

Pchnęłam ciężkie drzwi gmachu uczelni i wyszłam na rozgrzaną czerwcowym słońcem Koszykową. Przymknęłam na sekundę oczy. Letni wiatr przyjemnie chłodził moje policzki.

Znowu ci się udało, Emi - pomyślałam i się roześmiałam. Zrobiłaś to! Kolejny rok na Politechnice Warszawskiej zaliczony na medal!

Nadal wydawało mi się, że znalazłam się na prestiżowej warszawskiej uczelni wyłącznie dzięki szczęśliwemu układowi gwiazd albo splotowi bliżej nieokreślonych okoliczności. Bo przecież nie za sprawą samej siebie. Nawet teraz bałam się, że w pewnym momencie coś się wydarzy. Jakiś wybuch, katastrofa, zderzenie meteorytów. I nagle wszyscy odkryją prawdę - że tak naprawdę niczego nie umiem. I że nigdy nie powinnam tutaj studiować.

Wieczne poczucie, że jestem niewystarczająca, towarzyszyło mi praktycznie od zawsze. Pomimo niewątpliwych sukcesów, jakie odnosiłam na polibudzie, nie potrafiłam w siebie uwierzyć. Każdą dobrą ocenę tłumaczyłam łaskawością wykładowcy, każde wyróżnienie szczęściem, a pochwałę pomyłką. I ciągle zastanawiałam się, na ile jeszcze wystarczy mi szczęścia. Bo przecież kiedyś ta dobra passa musiała się skończyć. Wcale nie byłam zdolna. Pracowita. Kreatywna. Ja tylko udawałam!

W rzeczywistości byłam nic niewarta.

Nie przekonał mnie do własnego talentu nawet fakt, że kolejny rok skończyłam z wyróżnieniem. Mój futurystyczny projekt Centrum Nowych Technologii okazał się jednym z najlepszych na uczelni. Przez ostatnie trzy tygodnie niemal nie spałam, dopracowując wizualizacje i model konstrukcyjny. Ach, jak mnie to kręciło!

Kiedy profesor Sokołowski nazwał moją pracę nowatorską, uszczypnęłam się dyskretnie w wierzch dłoni.

Czy to naprawdę o mnie?

A może wśród studenckiej braci była jakaś inna Emilia Andrzejewska i to właśnie o niej mówił profesor - człowiek, którego publikacje cytowano na uczelniach technicznych od Tokio po Delft? Był twórcą jednej z najważniejszych teorii dotyczących samowystarczalnych energetycznie miast. W artykułach naukowych dowodził, że każda dzielnica jest w stanie samodzielnie produkować energię, magazynować jej nadwyżki i reagować na zmieniające się potrzeby mieszkańców. Jego publikacje tłumaczono na wiele języków, a ich najważniejsze założenia wdrażano w projektach realizowanych w Skandynawii i Niemczech. Jeszcze trzy lata temu siedziałam na pierwszym wykładzie profesora, notując każde jego słowo i nie mogąc uwierzyć, że tutaj jestem. Ja, Emilka z Jasienia gdzieś na końcu świata, która dostała szansę na spełnianie marzeń. Budownictwo i gospodarka przestrzenna od dawna mnie fascynowały! Pozwalały unosić się nad ziemią i konstruować nowe światy! Dlatego ten projekt tak mi podpasował. Od początku wierzyłam w możliwość przekształcenia opuszczonych terenów przemysłowych nad Wisłą w samowystarczalną energetycznie dzielnicę przyszłości. To, że projekt tak zachwycił kadrę na polibudzie, było dla mnie największą nagrodą. Nie musiałam już drżeć o stypendium naukowe, bo chociaż dorabiałam wieczorami i w weekendy w meksykańskiej knajpie na Saskiej Kępie, nadal liczyłam każdy grosz.

"Emilka, może jeszcze będą z ciebie ludzie!"

Ruszyłam w stronę metra, chłonąc całą sobą energię stolicy. Warszawa pulsowała pospiesznym rytmem. Ogromnie go lubiłam. Gwar ulicy, szum samochodów i tłumy ludzi paradoksalnie mnie uspokajały. Kiedy otaczała mnie cisza, zaczynałam odczuwać wewnętrzny chaos, który narastał we mnie, gdy zbliżała się data powrotu do Jasienia.

- Pani Emilio!

Odwróciłam się zaskoczona.

Kilka metrów dalej stał profesor Sokołowski. W jednej ręce trzymał skórzaną teczkę, a drugą poprawiał zsuwające się z nosa okulary. Pomimo upału nosił marynarkę z wełny i starannie wypastowane trzewiki.

- Ma pani chwilę?

Serce zabiło mi nieco szybciej.

- Oczywiście, panie profesorze.

Zerknęłam dyskretnie na zegarek. Mój pociąg odchodził z Dworca Centralnego za dwie godziny, a musiałam jeszcze się spakować. Najwyżej pojadę busem, potem... się zobaczy! - pomyślałam.

Profesor opacznie zrozumiał moje wahanie.

- Przepraszam, powinienem zaproponować pani rozmowę w moim gabinecie i taki miałem plan, ale coś mi przeszkodziło. Kiedy wróciłem do sekretariatu, okazało się, że pani już wyszła - tłumaczył się, przyglądając mi się z uwagą. - Rozmowa tu, na ulicy... To wbrew zasadom savoir-vivre'u.

Profesor był niepowtarzalny. Imponowała mi nie tylko jego wiedza, lecz także kindersztuba. Takich ludzi już nie produkowano, matryca się wyczerpała. Oprócz dobrego wychowania miał niezwykle wyrazistą mimikę i magnetyzujące spojrzenie. Był trochę podobny do Adolfa Dymszy, przedwojennego gwiazdora filmowego.

Lubiłam mężczyzn starej daty. Szarmanckich, posługujących się piękną polszczyzną, o nienagannych manierach, którzy pomimo rozwoju techniki i rozluźnienia obyczajów nadal uważali, że rozmowa z kobietą na ulicy nie jest w dobrym tonie. Kto inny zwracał na to uwagę?

- W czym mogę panu pomóc, panie profesorze? - Niemal dygnęłam jak pensjonarka.

Ad rem, jak lubił mawiać Horacy! - Uśmiechnął się lekko. - Pani Emilio, nie będę owijał w bawełnę. Chcę panią zwerbować.

Uniosłam brwi.

- Do pracy?

- Poniekąd. Mój syn prowadzi jedno z najlepszych biur projektowych w Warszawie. Może to nieskromnie brzmi, ale takie są fakty. I właśnie widzę tam miejsce dla jednej z moich najzdolniejszych studentek.

Oblałam się rumieńcem. W pobliżu nie było nikogo innego, więc najwyraźniej chodziło mu o mnie.

Doskonale wiedziałam, o jakim biurze projektowym mówi profesor. Mieściło się w prestiżowej stołecznej lokalizacji, na Krakowskim Przedmieściu. Wszyscy z naszego wydziału marzyliśmy o tym, żeby dostać się tam na staż.

Profesor przyglądał mi się uważnie, zdając się czytać moje myśli.

- Co roku rekomenduję synowi kilku najlepszych studentów do różnych projektów koncepcyjnych. I broń Boże proszę nie posądzać mnie o nepotyzm. - To mówiąc, skrzywił się lekko. - Konstanty jest służbistą, a poza tym to wyjątkowo wybredny fachowiec. Choć może niefortunnie użyłem w tym kontekście słowa "wybredny". - Zamyślił się. - Ono bardziej chyba pasuje do degustatora win niż architekta.

Tym razem to ja posłałam mu uśmiech.

- Myślę, że pan profesor dobrze wie, iż dobry architekt powinien być wybredny - odparłam. - To wręcz wskazane. Tym bardziej jeśli jednocześnie ów architekt to artysta.

- Cieszę się, że jesteśmy w tym zgodni. - Sapnął i otarł zroszone potem czoło wyciągniętą zza pazuchy chustką. - Konstanty dzwonił do mnie dzisiaj rano. - Zawiesił głos. - I muszę przyznać, że dawno nie widziałem... O, pardon, nie słyszałem takiego podekscytowania w jego głosie.

Patrzyłam na niego zaintrygowana.

- Wcześniej pokazałem mu pani projekt - doprecyzował Sokołowski. - Był pod wrażeniem nie tylko pani talentu, ale przede wszystkim odwagi - ciągnął. - Większość studentów zaprojektowała pojedyncze budynki. Pani wymyśliła fragment miasta. Rozmach i wizja rzadko idą w parze u tak młodej osóbki.

Poczułam, że serce zaczyna mi bić szybciej.

- Nie wiem, co powiedzieć, panie profesorze... Jestem zaszczycona.

Machnął ręką.

- Na razie nic nie musi pani mówić. I zapomnijmy o zaszczytach, to domena poprzedniej epoki. Przejdźmy zatem do sedna, bo znowu się rozgadałem. - Ponownie przetarł czoło chusteczką. - Konstanty szuka stażysty na okres wakacyjny. Pomimo że większość ofert na rynku bywa dziś, jak to się elegancko mówi, pro publico bono, w jego pracowni staż jest płatny. I teraz clou całej naszej pogawędki. Czy byłaby pani zainteresowana, pani Emilio? Zapewniam, że pod okiem Konstantego dużo się można nauczyć.

Przez chwilę byłam pewna, że śnię.

- Ja? Na pewno chodzi o mnie?

Profesor, słysząc zaskoczenie w moim głosie, uśmiechnął się lekko.

- Tak, pani Emilio. Nie mam zwyczaju składać takich propozycji osobom przypadkowym. Kieruję się zasadą ograniczonego zaufania i musi mi pani uwierzyć na słowo, że przeprowadzam również ostrą selekcję.

Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle.

Najlepsze biuro architektoniczne w Warszawie.

Płatny staż.

Prawdziwe projekty.

Pierwszy krok do kariery, o której marzyłam od początku studiów. Choć "kariera" nie była tu właściwym słowem. Ja po prostu chciałam robić to, co kocham. Nie myślałam o tym, co będzie dalej.

Profesor skanował wzrokiem moją twarz. Moje dość chłodne przyjęcie jego "newsa" trochę go zaskoczyło.

- I jak się pani na to wszystko zapatruje? - zagaił.

Najchętniej rzuciłabym się mu na szyję, ale to chyba nie był najlepszy pomysł. Wybrałam bardziej stonowaną wersję.

- Oczywiście, jestem zainteresowana - odpowiedziałam. - Dziękuję, że pan profesor o mnie pomyślał.

- Doskonale. - Sokołowski pojaśniał i schował chustkę do kieszeni. - W takim razie jeszcze dziś sekretarka Konstantego prześle pani wszystkie informacje. Tu moja rola się kończy. I jeśli mogę... - zawiesił głos. - Radzę dobrze wykorzystać tę szansę - dodał już mniej formalnie. - Takie okazje nie zdarzają się często.

Skinęłam głową. Doskonale wiedziałam, o czym mówi.

Profesor przyglądał mi się zagadkowo.

- Proszę wybaczyć, ale frapuje mnie jeszcze jedna kwestia...

- Może pan śmiało pytać!

- Zapewne to przypadkowa zbieżność nazwisk, ale czy jest pani spokrewniona z Ireną Andrzejewską? Swego czasu tworzyła najlepsze scenografie w Teatrze Wielkim, a potem nagle zniknęła... - Zawahał się. - Pamiętam jej szkice do Traviaty z końca lat osiemdziesiątych... Mon Dieu... To był prawdziwy majstersztyk! - Jego oczy zapłonęły. - Ten spektakl latami utrzymywał się na afiszu! Ale pani tego nie pamięta...

Zesztywniałam. Nie mógł tego wiedzieć. Bo niby skąd?

Mon Dieu? Tak się pan wyraził, profesorze?

Czy ja to pamiętam? Traviata, tak? Zaraz, zaraz, niech pomyślę...

Elegancki, dziewiętnastowieczny Paryż stonowanej czerwieni, przygaszonym złocie, ciężkim burgundzie... Mięsiste kotary, wielkie lustra, kryształowe żyrandole, aksamitne kanapy. Coś jeszcze? Czy coś przeoczyłam? Nie sądzę...

Z zamkniętymi oczami wskazałabym każdą plamkę na materiale, ryskę na podłodze, każdy nawet najmniejszy szczegół. Wielokrotnie oglądałam zdjęcia z tego przedstawienia, wklejane z pietyzmem do albumów jak rodzinne fotografie. Detale scenografii serwowano mi codziennie zamiast bajki na dobranoc Najlepsze lata Ireny Andrzejewskiej - splendor, oklaski, światła reflektorów, zamieszanie na wielkiej scenie, które tak kochała.

- Pani Andrzejewska to moja daleka krewna - powiedziałam, wolno przeciągając sylaby.

- Czyli intuicja mnie nie zawiodła... - Profesor się zamyślił. - To byłby zbyt duży zbieg okoliczności. Powodzenia! - pożegnał się z uprzejmym ukłonem i ruszył w swoją stronę, a ja zostałam sama pośrodku rozgrzanej słońcem ulicy.

Czerwcowe słońce barwiło jasnymi plamami chodnik. Gwar jakby przycichł, a sylwetki mijających mnie ludzi rozmywały się niczym na impresjonistycznym obrazie. Są dni, w których nie dzieje się nic, i są chwile, w których wydarza się wszystko.

Nie miej wyrzutów sumienia. To była twoja chwila, Emi. Po prostu nie dałaś sobie tego odebrać. Jej tutaj nie ma. Niczego jej nie zawdzięczasz. To tylko twoja zasługa, słyszysz?

Mój oddech powoli się uspokajał. Nadal jednak miałam mieszane uczucia.

Bo przecież przed chwilą wyparłam się własnej matki.

Rozdział drugi

Pędziłam przed siebie, przeskakując na ruchomych schodach po kilka stopni naraz. Beznamiętny damski głos z syntezatora zapowiadał opóźniony o dziesięć minut przyjazd pospiesznego do Koszalina. Te dziesięć minut sprawiło, że zdążyłam.

Kiedy moje stopy dotknęły płyt peronu, w spowitym ciemnością tunelu pojawiły się dwa światła. Pociąg wtaczał się z metalicznym zgrzytem na Dworzec Centralny. Oparłam się zadyszana o betonowy słup. Postrzępione paski plecaka zsunęły mi się z ramion i wrzynały w skórę, ale nie zwracałam uwagi na ból. Nie pamiętałam już, co zdążyłam zapakować. Najważniejsze, że w podręcznej torbie miałam laptop. Jakieś ubrania na pewno wisiały w szafie w mieszkaniu mamy. Wygląd i tak nie był teraz najważniejszy. Nigdy zresztą nie był.

Wyjęłam z torby zapakowaną w folię kanapkę i wgryzłam się w rozmiękłą bułkę. Od rana nie miałam nic w ustach, a czekało mnie jeszcze kilka godzin podróży.

Przede mną na peronie kłębił się tłum. Czerwiec dopiero się zaczął, ale na dworcu czuć było już początek wakacyjnej gorączki. Ludzie przepychali się niecierpliwie, ciągnąc walizy i potrącając siebie wzajemnie wypchanymi po brzegi plecakami. Jakaś kobieta strofowała umorusane czekoladowymi lodami dzieci, a jej towarzysz szukał czegoś niecierpliwie w rozbebeszonym na platformie bagażu, tuż przy schodkach do wagonu. Tuż za mną przedarła się pomiędzy tobołkami wyfiokowana paniusia w ogromnych okularach przeciwsłonecznych. Dopadła konduktora i chwytając go za ramię, zaczęła dopytywać, czy stojący na peronie pociąg to na pewno pospieszny do Rzeszowa.

- Nie, proszę pani! Gdzie Rzym, a gdzie Krym! - odpowiedział zniecierpliwiony kolejarz. - To zupełnie inne współrzędne geograficzne! Wystarczy spojrzeć na rozpiskę na tablicach informacyjnych. Tylko żeby lepiej widzieć, radziłbym zdjąć te okulary. Są zbędne, wszakże znajdujemy się dziesięć metrów pod ziemią.

- Mógłby pan być bardziej uprzejmy - burknęła. - Piastuje pan zawód zaufania społecznego, a zachowuje się tak, jakby stał tutaj za karę! I nie musi się pan chwalić znajomością dworcowej infrastruktury. Mój ojciec wybudował Centralny własnymi rękoma w siedemdziesiątym piątym! Wiem o nim więcej niż pan!

- Zawody zaufania publicznego to lekarz, adwokat albo doradca podatkowy, a nie człowiek z gwizdkiem na stacji - wtrącił się stojący obok mężczyzna w dredach, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu.

- A pana nikt o zdanie nie pytał! - burknęła paniusia.

Konduktor wstrzymał się z odpowiedzią i tylko machnął zrezygnowany ręką. Dyskusja z rozsierdzoną kobietą nie miała sensu.

- Troglodyta - podsumowała jeszcze tamta i odwróciła się na pięcie.

Przemknęłam za jej plecami i władowałam się do pociągu. Nieprzyjemny zapach z toalety przyprawił mnie o mdłości. Przesuwałam się wolno korytarzem, zaglądając do przedziałów. W końcu dostrzegłam wolne miejsce przy oknie, tuż obok dwóch starszych pań dziergających na drutach. Od razu pomyślałam o Gabrieli. Ona też nigdzie nie ruszała się bez swojej robótki. Mawiała, że druty to najlepszy i najtańszy terapeuta.

Gabrysia była młodszą siostrą mojej mamy. Powinnam formalnie mówić do niej "ciociu", ale od kiedy pamiętam, nazywałam ją po imieniu. Nie protestowała. Czuła się wtedy młodsza. Chowałam się w jej mieszkanku w centrum naszego miasteczka, kiedy matka zaliczała gorszy humor i pluła jadem. Gabriela miała złote serce i mnóstwo zainteresowań. Czytała książki, grała na akordeonie, a ostatnio wkręciła się w fotografowanie. Kwiaty i piękne krajobrazy byłyby dla niej za łatwe i za nudne, dlatego szukała ciekawszych inspiracji. Wynajdywała stare szyldy po przedwojennych żydowskich geszeftach, tropiła obdrapane drzwi o nietypowych klamkach i charakterystyczne kafelki - gorseciki. Twierdziła, że w takich detalach najlepiej widać duszę miasta.

Na jej stole leżały całe rzędy odbitek: szyld stuletniego zakładu szewskiego przy rynku, rdzawe zawiasy bramy na Basztowej, żeliwna kratka wentylacyjna z motywem liści akantu. Śmiałam się, że Gabrysia dokumentuje Jasień jak archeolog prowincji, ale po cichu zazdrościłam jej tego wnikliwego spojrzenia. Potrafiła odkryć piękno tam, gdzie inni widzieli tylko kawałek zardzewiałego metalu. A może szukała w tym swoim hobby lepszego życia? Nie mogła przecież rozwijać swojego talentu. Karierę na wyższej uczelni zrobiła tylko moja mama. W rodzinnym domu Andrzejewskich krążyły legendy o tym, że dziadek Antoni sprzedał krowę, aby wyposażyć swoją najstarszą córkę do stolicy. Mama nie lubiła o tym mówić. Kiedyś podsłuchałam, jak kłóciły się o to z Gabrysią. Ciotka zarzucała jej, że wstydzi się swoich korzeni, prostych rodziców i tej krowy właśnie. Taki scenariusz nie pasował do artystki z ambicjami na wielką sceniczną karierę. Traviata i bydło? Nigdy!

Babcia smażąca racuchy - ten obrazek kołatał się gdzieś w najgłębszych zakamarkach mojej pamięci. I dziadek na koniku, a ja razem z nim. Andrzejewscy byli prostymi, uczciwymi ludźmi, przez całe życie zajętymi pracą na roli. Wstawali przed świtem, kiedy nad polami wisiała jeszcze gęsta mgła, karmili zwierzęta, obrabiali ziemię, doglądali sadu i gospodarstwa. Nigdy nie skarżyli się na zmęczenie. Zawinęli się jedno po drugim, w kilka lat po śmierci mojego wujka, który spadł z rusztowania podczas robót w Niemczech. Nie umieli przepracować tej traumy. Nawet córki nie potrafiły złagodzić wielkiego bólu po stracie ukochanego syna.

Po pogrzebach ojca i matki Irena i Gabrysia sprzedały gospodarstwo i podzieliły się majątkiem. Gabriela jeździła czasem do Kuźniarek, tam, gdzie się wychowały, i popatrywała zza płotu na miejsce, które wciąż pozostawało tak bliskie jej sercu. Była niesamowitym wrażliwcem! Gdyby to od niej zależało, nigdy nie pozbyłaby się ojcowizny. Moja mama więcej do Kuźniarek nie pojechała. Miała swój warszawski blichtr, teatr i nowe znajomości. Czasem zastanawiałam się, jak to możliwe, że dwie kobiety z tych samych rodziców mogły aż tak się od siebie różnić? Dzieliła je przepaść fizyczna i mentalna.

Gabrysia nosiła w sobie wspomnienie Kuźniarek jak coś cennego, schowanego przed światem głęboko w sercu. Dla mamy były ciężarem, błotem na butach, zapachem obory, którego nie wypadało wnosić do teatralnego foyer. Jedna z czułością wracała tam myślami, druga odcinała się od wszystkiego, co mogło jej przypominać, skąd wyrastają jej korzenie.

- Zje pani kawałek ciasta? - usłyszałam nagle.

Starsza pani siedząca po skosie naprzeciwko uśmiechała się serdecznie, podsuwając w moim kierunku plastikowy pojemnik. Zajrzałam z ciekawością do środka. Wypełniał go puchaty drożdżowiec z grubą kruszonką i truskawkami. Od zapachu masła i owoców aż zaskotało mnie w nosie. Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam rękę. Gdy moje palce dotknęły szorstkiej kruszonki, drzwi przedziału otworzyły się i stanął w nich wysoki mężczyzna w lnianej koszuli. Wyglądał, jakby trafił tu z zupełnie innej bajki. Jego nieskazitelnie jasne spodnie i zamszowe mokasyny nie pasowały do przegrzanego wagonu drugiej klasy. Opalone nadgarstki przybysza zdobiły bransoletki z surowego bursztynu i ciemnego drewna, a dyskretny zapach perfum zmieszał się z aromatem świeżego ciasta. Mężczyzna skinął głową na powitanie, wszedł do środka i położył skórzaną torbę na półce tuż obok mojego plecaka, po czym usiadł naprzeciwko mnie. Miał twarz o regularnych rysach i brązowe tęczówki. W kącikach jego oczu dostrzegłam drobne zmarszczki, które tylko dodawały mu uroku.

- Niech pani się częstuje, proszę! - powtórzyła staruszka i potrząsnęła pudełkiem. - A może i pan skosztuje? - zwróciła się do mężczyzny. - Choć wygląda mi pan na takiego, co dba o linię - dodała. - Kiedyś mówiono o takich "francuskie pieski".

To pokolenie było rozbrajająco szczere. Później nauczyliśmy się pięknie kłamać.

Mężczyzna roześmiał się głośno. Rysy jego twarzy złagodniały.

- Zapewniam panią, że żaden ze mnie piesek, a już na pewno nie francuski - zripostował. - Prędzej wilk morski, taki trochę słodkowodny, bo kocham żeglować po jeziorach. I co ważne, nie boję się burzy. - Puścił do niej oko. - Ale za ciasto podziękuję, jestem po sutym obiedzie.

Miał radiowy głos, przyjemnie wibrujący w uszach.

- Ja chętnie spróbuję pani wypieku - odezwałam się szybko.

Starsza pani pokiwała głową z aprobatą.

- Na zdrowie, moje dziecko! Świeżo upiekłam, dzisiaj rano. Zawsze to jakoś raźniej tak... W podróż z domowym drożdżowcem. Bo te wszystkie jedzeniowe wynalazki w dworcowych sklepach naszpikowane chemią i strach do ust brać - dodała i sięgnęła ponownie po robótkę.

Poczułam na języku maślane ciasto oraz słodkie truskawki. Były tak soczyste, że kilka kropelek soku prysnęło na moją bluzę. Zmartwiałam. Matki nie było w pobliżu, ale i tak z tyłu głowy usłyszałam jej głos.

Jesteś taką niezdarą, Emilio.

Bez namysłu ściągnęłam bluzę przez głowę i włożyłam ją ponownie na lewą stronę. Wystające nitki łaskotały mnie w podbródek, ale przynajmniej plama zniknęła. Dojadłam drożdżowiec i w tym momencie napotkałam wzrok siedzącego naprzeciw mężczyzny. Obserwował mnie spod zmrużonych powiek. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, uśmiechnął się lekko, unosząc kąciki ust. A potem znowu zamknął oczy.

Pociąg pędził teraz przez mazowieckie równiny. Przycisnęłam nos do chłodnej szyby i patrzyłam na zmieniający się jak w kalejdoskopie krajobraz. Za oknem migały czerwcowe pola: zielone jeszcze łany zbóż, poprzecinane malowniczo pasami żółtego rzepaku, i usiane makami oraz chabrami miedze. W pewnym momencie, przy zapomnianej polnej drodze, pod samotną wierzbą, dostrzegłam kapliczkę. Stała przy niej jakaś dziewczyna z bukietem polnych kwiatów w ręku. Wyglądała pięknie, jakby wyjęta żywcem z obrazów Chełmońskiego. Reprodukcja jego Babiego lata wisiała kiedyś nad telewizorem w mieszkaniu Gabrysi. Mama zawsze krzywiła się na ten widok. Twierdziła, że promowanie "podróbek" to małomiasteczkowy zwyczaj. "Ależ ja jestem małomiasteczkowa" - odpowiadała wtedy Gabriela, śmiejąc się z wielkopańskich zapędów matki. "Ty też taka jesteś" - dodawała, a mama obruszała się i natychmiast odpowiadała, że pochodzenie w żaden sposób nas nie definiuje.

Mama... Nie widziałyśmy się ponad miesiąc. Im bliżej byłam celu, tym wyraźniej czułam lęk. W Warszawie tylko kiełkował, przysłonięty radością z powodzenia mojego projektu, a potem otrzymanej szansy na staż w pracowni Sokołowskiego. Teraz poczynał sobie coraz śmielej, jakby doskonale wiedział, że stolica już mnie nie obroni.

Jeszcze nie wiedziała, że nie zostanę w Jasieniu na całe wakacje. Bo wbrew wszystkiemu postanowiłam przyjąć tę propozycję.

Przecież nie wyjadę od razu! Pobędę domu tydzień, dwa jakoś ją spacyfikuję. może skrzynce czeka już wiadomość pracowni Sokołowskiego? - pomyślałam i sięgnęłam do torby po laptop. Kupiłam go niedawno, oszczędzając na biletach komunikacji miejskiej, jedzeniu i drobnych przyjemnościach. Poza tym Gabrysia przelała mi sporą część potrzebnej sumy. Trochę protestowałam, ale ona tylko roześmiała się i powiedziała, że to inwestycja, bo kiedyś zaprojektuję jej piękny dom po preferencyjnej cenie. Zawsze marzyła o chatce z białej cegły z drewnianymi okiennicami. Dużo takich stało w Kuźniarkach, wiele zaniedbanych, których obejścia porastały chwasty. Były nieduże, trochę krzywe, z niskimi ganeczkami i oknami obramowanymi łuszczącą się farbą. Latem tonęły w malwach, dzikich różach i piwoniach, a zimą chowały się pod czapami skrzącego się śniegu. Gabrysia lubiła je fotografować i mówić o nich z taką czułością, z jaką czasem wspomina się ludzi, których nadal się kocha, mimo że już odeszli. Domyślałam się, jakie marzenie kryła moja ciotka w zakamarkach swojej duszy. Pragnęła tam wrócić i zamieszkać w jednym z domostw w Kuźniarkach. Niestety rodzinnego dziedzictwa nie mogła już odzyskać. Nowi właściciele zburzyli dom Andrzejewskich i wybudowali w tym miejscu klockowatą modną willę. Jedyne, co zostało po naszej rodzinie, to rozrosły krzak bzu, którego miastowi nie wykarczowali. Gabrysia nosiła w portfelu jego zdjęcie. I często na nie patrzyła.

Odpaliłam laptop i wpisałam hasło, po czym otworzyłam skrzynkę mailową.

Jest! Nowy e-mail!

W rogu ekranu pulsowała biała koperta. Wiadomość z Pracowni Architektonicznej Sokołowski i Wspólnicy! Wypuściłam głośno powietrze, a potem kliknęłam w temat maila.

Oferta stażu wakacyjnego - warunki współpracy.

Przeczytałam temat wiadomości trzy razy, za każdym razem wolniej, jakbym chciała zatrzymać ten moment, przeciągnąć go w myślach ze słodką premedytacją, żeby nacieszyć się nim do syta. Nadal nie mieściło mi się w głowie, że sam profesor polecił mnie - Emilię Andrzejewską z Jasienia, bez znajomości, bez pleców i bez żadnych układów - na staż, o którym marzyła połowa naszego wydziału. Dobrze, że skłamałam i powiedziałam, że Irena Andrzejewska jest tylko moją daleką krewną. Nie chciałam, żeby nawet w tym małym, osobistym zwycięstwie zaznaczyła swoją obecność.

Otworzyłam wiadomość i policzki zapłonęły mi z emocji.

Asystentka Konstantego Sokołowskiego, Maria Szeffer, zapraszała mnie na spotkanie organizacyjne. Staż miał trwać dwanaście tygodni i obejmować udział w pracach koncepcyjnych nad nowym projektem centrum rozrywkowo-edukacyjnego w jednej z prężnie rozwijających się dzielnic Warszawy. Zakres obowiązków brzmiał jak najpiękniejsza bajka każdego adepta zawodu: analiza urbanistyczna, opracowywanie makiet roboczych, udział w spotkaniach zespołu, przygotowywanie plansz konkursowych, porządkowanie dokumentacji projektowej, tworzenie prostych wizualizacji oraz pomoc przy rzutach, przekrojach i zestawieniach materiałowych. Maria Szeffer wspominała też o możliwości uczestniczenia w konsultacjach z inwestorami. Z emocji na chwilę zapomniałam oddychać. Przy każdym kolejnym punkcie serce biło mi coraz mocniej. Chciałam już tam być - w jasnej pracowni, przy dużym stole kreślarskim, pośród ludzi, od których mogłam nauczyć się wszystkiego, czego nie było w podręcznikach.

Delektując się każdym słowem, dotarłam do punktu "wynagrodzenie" i nadal nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Podana kwota pozwalała mi utrzymać się przez cały ten czas bez obaw o dziurę w budżecie i liczenie każdego grosza przed lodówką z jogurtami w jednym z najtańszych dyskontów.

Podświadomie szukałam haczyka. To wszystko wyglądało zbyt pięknie, żeby nie kryła się w tym żadna pułapka. I kiedy w końcu ją dostrzegłam, cała krew odpłynęła mi z twarzy.

Maria Szeffer prosiła mnie o jak najszybszą informację zwrotną, czy zgadzam się na warunki stażu - najpóźniej do jutra do dwunastej. Miałam zacząć już w najbliższy poniedziałek. Co oznaczało, że wracałam do Jasienia tylko na... weekend.

Spojrzałam z przerażeniem na krajobraz za oknem.

Matka mi nie odpuści. Miałyśmy spędzić ze sobą trzy miesiące wakacji. Obiecałam jej to już na początku stycznia i przysięgałam na kolanach, że nie zostawię jej nawet na chwilę, aż do rozpoczęcia kolejnego roku akademickiego. To dlatego zdałam wszystkie egzaminy w zerowych terminach. Żeby móc być z nią.

A raczej - żeby ona mogła być ze mną.

Nie martw się na zapas - pomyślałam i znowu przykleiłam nos do szyby, ale widziałam w niej już tylko swoje smutne oczy. Wpatrywałam się w nie intensywnie, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie "co teraz?". Kątem oka dostrzegłam odbijający się w szkle fragment siedzącego naprzeciwko mężczyzny. Znowu patrzył prosto na mnie, nie mając pojęcia, że dokładnie widzę jego minę. Sprawiał wrażenie, jakby usilnie próbował sobie coś przypomnieć.