Po drugiej stronie cienia - Piotr Sender

Reflow text when sidebars are open.
Piłeś już coś? - zapytał Adam.
- Kilka łyków na otrzeźwienie.
- Właśnie słyszę, że pieprzysz głupoty.
- Nie wierzysz mi? - Spojrzałem na niego podejrzliwie.
Wzruszył ramionami i opróżnił do dna kufel z piwem.
Siedzieliśmy w knajpie, w której zawsze topiliśmy pieniądze i smutki. Traciliśmy w tym miejscu wszystko: poczynając od stypendiów, pierwszych wypłat, przez cnotę, świadomość, kończąc na honorze i człowieczeństwie. Pamiętam, ale i wiem z opowieści innych, że piliśmy na umór, biliśmy się, uprawialiśmy seks z przypadkowymi pannami (nie zawsze ładnymi, o czym przekonywaliśmy się następnego dnia), tańczyliśmy na barze czy spaliśmy we własnych wymiocinach na zapleczu, a wszystko to pod wpływem alkoholu, inaczej nigdy byśmy się na to nie odważyli, nigdy byśmy się tak nie zezwierzęcili.
- Chcesz mi wmówić, że był u ciebie jakiś dziadek, który nagadał ci coś o Magdzie, a potem sobie poszedł i nie mogłeś go odnaleźć? - Nawet na mnie nie spojrzał, tylko machnął na kelnerkę, która po chwili postawiła przed nim kolejne pół litra złocistego napoju. Uśmiechała się przy tym zalotnie, zarabiając na napiwek.
Każdy, kto nas znał, mówił, że dobrze się dobraliśmy. We wszystkim się uzupełnialiśmy, nawet w piciu - Adam potrafił wlać w siebie morze alkoholu, mnie wystarczyła płytka kałuża.
- Dobra, nie kłócę się! Przecież wiesz lepiej. Też tam byłeś, szukałeś typa, gadałeś z ochroniarzami i przez dwie godziny przeglądałeś wszystkie nagrania z kamer, z każdego pomieszczenia. - Walnąłem dłonią w stolik.
- I co?
- Co "co"?
- Znalazłeś coś? - zniecierpliwił się Adam.
- No przecież mówię, że nie! Nikogo! Ani śladu! W pokoju siedzę sam i gadam do siebie, jakbym oszalał. Chociaż coś jest nie tak z tym nagraniem: jest lekko przyciemnione w miejscu, gdzie stał ten facet. Czuję się jak bohater tych filmów, w których zawsze próbują go wkręcić, że niby "coś" zrobił, że oszalał, a tak naprawdę wszystko jest wielką mistyfikacją. Teraz jestem w stanie nawet uwierzyć, że ochrona współpracuje z gościem, że wszystko ukartowałeś ty albo że dziadek miał pelerynę niewidkę, tylko taką dla kamer. Sprawdzałem, wojsko ma takie urządzenie.
Adam spojrzał na mnie ze zdziwieniem, napił się piwa i parsknął śmiechem. Z początku wpatrywałem się w niego ze złością, która szybko ustąpiła głupiemu uśmieszkowi, aż w końcu również zacząłem rechotać. Ludzie rzucali nam zaciekawione spojrzenia.
- Nie wierzę!
- To uwierz, do jasnej cholery! Adam, boję się!
Zamilkł. Zawsze podchodził do wszystkiego z ironią i dystansem, jednak od razu potrafił dostrzec, kiedy człowiek ma problemy, z którymi sobie nie radzi. Spoważniał i rzucił krótko:
- Spokojnie. Coś wymyślimy...
Podniósł swój kufel, ja zrobiłem to samo i przybiliśmy się dźwięcznym stuknięciem.
Za Magdę - pomyślałem, a mój przyjaciel tylko pokiwał głową. Mogłem przysiąc, że w myślach wzniósł ten sam toast.
- Co masz zamiar zrobić? - zapytał.
- Nie wiem. Chyba pójdę tam jutro.
- Będziesz musiał wywalić rodzinę?
- Nie. Powiem, że to tylko na jedną noc, góra na dwie. Jak się nic nie stanie, nikt nie przyjdzie, to zapomnę o całej sytuacji.
- A jak przyjdzie?
- To pogadam z nim, przygotuję pieniądze.
- Przestań!
- No co "przestań"?
- Nie będziesz brał żadnych pieniędzy! Zobaczy, że masz kasę, zatłucze cię w twoim własnym domu i zwieje z forsą.
- Dziadek?
- Myślisz, że przyjdzie sam? - Adam spojrzał na mnie jak na głupka. - A nawet jeśli, to patrząc na ciebie, mam wrażenie, że nawet rencista ci dołoży.
- Spadaj.
Wypiłem kilka łyków piwa i rozejrzałem się po klubie. Robiło się tłoczno, jak zawsze o tej porze. Ludzie przychodzili, żeby się zabawić, wyszaleć przy dobrej muzyce, pogadać, poznać kogoś, a czasem urżnąć się w samotności. To była spora knajpa na Starym Mieście, miała wiele pomieszczeń, w których każdy mógł znaleźć coś dla siebie. My siedzieliśmy tam, gdzie z głośników leciał Deep Purple, nie wolno było palić i kelnerzy przechadzali się co chwila między stolikami.
- O-o! Pszszepraszam! - usłyszałem za plecami i poczułem, że ktoś się o mnie opiera.
Młody chłopak z kozią bródką zachwiał się mocno i runął na nasz stolik, wylewając piwo. Odskoczyliśmy z Adamem, ale za późno - poczuliśmy strugi cieczy na spodniach.
- Ej! Ej! - zaczął Adam. - Uważaj, bo zaraz ci...
- Pszszepraszam! Ja niechdzący! - Usiadł na wolnym krześle przy naszym stoliku. - Lekko. Się. Upiłem.
- Wcale nie tak lekko, chłopie - rzuciłem, żeby rozładować napięcie.
- Kelner! Po pifku dla tych panów! - krzyknął. - I szszmateczkę!
Spojrzałem na kumpla wyczekująco, a on na mnie. Trwaliśmy tak chwilę, po czym wzruszyliśmy ramionami. Było nam wszystko jedno. Nie minęła minuta, a mieliśmy już czysty stolik i nowe, spienione na dwa palce napoje.
- Zagramy? - zapytał chłopak i wyciągnął z kieszeni talię kart.
- Czemu nie. A o co? - podchwycił Adam.
- No chyba nie wybraliście się do klubu bez pieniędzy? - Miałem wrażenie, że jego słowa stały się bardziej zrozumiałe, jakby nagle wytrzeźwiał.
- Coś tam się znajdzie... - Mój przyjaciel sięgnął do kieszeni, wyjął portfel i wyciągnął na stół pięćdziesiąt złotych. - Starczy?
- Na początek... - Facet również wyjął pięćdziesiątkę oraz pojemnik z wykałaczkami, który postawił na blacie. Sięgnął po jeden zaostrzony patyczek i wsadził go sobie w usta.
Spojrzałem na nich spode łba. Czułem, że chłopak chce nas oszukać. Coś w jego wyglądzie i zachowaniu nie dawało mi spokoju. Jego oczy były bystre i lekko zwężone, jakieś lisie, nie przypominały oczu pijanego człowieka. Twarz miał pociągłą i wychudzoną, kości policzkowe wystające, ciemne włosy zmierzwione, a do tego był bardzo blady, jakby od dawna nie widział słońca. Nosił skórzane spodnie, bluzę z długim rękawem i kamizelkę z wieloma kieszeniami - wszystko w odcieniach czerni. Bardziej pasowałby do knajpy w stylu gotyckim.
Cwaniak - pomyślałem.
- Niech będzie, ale tylko kilka partyjek - zgodziłem się i dorzuciłem zakład.
W sumie co mi szkodziło zagrać? Najwyżej stracę trochę forsy. Martwiłem się raczej o Adama, który już wcześniej miewał przygody z hazardem. Na szczęście epizodyczne i większość skończyła się dla niego dobrze. Miał do tego smykałkę tak samo jak do interesów.
- No to rozdajemy, do pokera oczywiście - rzucił chłopak i przetasował karty.
Robił to z niebywałą wprawą. Talia przechodziła z jednej ręki do drugiej tak płynnie i szybko, że dostrzegałem wyłącznie ciągły zarys przypominający harmonijkę. A może już byłem pijany? U mnie przecież o to nietrudno. Nawet się nie spostrzegłem, gdy pięć pożółkłych i postrzępionych kart znalazło się przede mną na stoliku. Wyglądały na bardzo stare, chociaż kiedyś musiały być piękne. Kolory się zatarły, wzory i dziwna ornamentyka prawie przestały istnieć. Ledwo dało się odróżnić poszczególne figury.
Wziąłem do ręki swoje rozdanie i nie mogłem uwierzyć własnym oczom: ful. Uśmiechnąłem się na myśl, że miałem niezłe szczęście. Dwa króle i trzy ósemki. Prawdopodobieństwo otrzymania tego układu kart wynosiło około stu czterdziestu czterech tysięcznych procentu. Moją uwagę przykuł król kier, który jako jedyny był prawie cały widoczny, chociaż i tak nie dało się rozróżnić poszczególnych kolorów. Na głowie miał koronę z cierni, spod której spływała krew. Jego szaty zdawały się postrzępione i brudne; bardziej pasowałyby do łachmaniarza. W miejscu klatki piersiowej ziała otwarta dziura z wnętrznościami, brakowało w nich tylko serca, które król trzymał w prawej dłoni zamiast złotego jabłka - insygnium królewskiej władzy. W lewej ręce dzierżył zakrwawiony sztylet zastępujący berło. Twarz miał lodowatą i pozbawioną emocji. Chyba był martwy. Na dole nie znajdował się jego brat bliźniak, jak w typowych taliach, lecz dziwny, zdeformowany człowiek - wydłużony i mroczny. Przypominał surrealistyczny cień.
- Ej! - warknął Adam w moją stronę. - Dodajesz czy pasujesz? Ile mamy czekać?
Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Widocznie nie usłyszałem, kiedy do mnie mówił. Na stole leżało pięć banknotów pięćdziesięciozłotowych. Coś mi nie grało.
- Przecież już rzuciłem - odpowiedziałem.
- Ante - wtrącił niewyraźnie chłopak, przekładając wykałaczkę z jednego kącika ust w drugi.
- Słucham?
- No Boże kochany! Stawka wejściowa! Coś ty wczoraj się urodził? - dogryzał mi Adam, jak zawsze, gdy zaczynał się denerwować. - Wyłożyłeś kasę za karty, teraz możesz dorzucić i grać dalej albo spasować i spadać na bambus.
- Sam spadaj! - żachnąłem się i położyłem na stole kolejną pięćdziesiątkę.
Chłopak uśmiechnął się nieznacznie.
Napiłem się piwa i bacznie obserwowałem przeciwników, którzy wymienili po trzy karty.
- A ty, Aleks? - zapytał chłopak. - Nie wymieniasz?
- Nie, dziękuję.
- W takim razie dorzucam pięćdziesiąt.
- Ja sto. - Adam wyłożył pieniądze na stół.
Również rzuciłem stówę. Spojrzałem na przyjaciela, którego twarz przybrała wyraz posągu z czerwonego podchmielonego marmuru. Rozpoznawałem jego mimikę i gesty - wczuwał się. Udawał, że nic go nie obchodzi, i może rzeczywiście by tak było - nie zależało mu na pieniądzach - gdyby nie to, że nienawidził przegrywać. Traktował porażkę jak ujmę, nawet jeśli wiedział, że stawka jest śmiechu warta. Nie lubił groszku, rozcieńczonego piwa, herbaty z cytryną, dużych biustów, jazdy na rowerze i grzecznościowych zwrotów. Najbardziej jednak nie lubił przegrywać.
Drugi z graczy wydawał się tak nijaki, że nawet nie potrafiłem go opisać; lekko pijany, trochę nieobecny, szczurzy. Cwaniak.
Nieważne. I tak miałem zamiar wygrać.
- Sprawdzam was.
Wyrzuciłem karty na blat i poczułem się jakoś nieswojo. Po plecach przeszedł mi dreszcz. Miałem dziwne i głupie wrażenie, jakbym zamiast fula na stół wyłożył własną duszę.
Wygrałem, lecz nie odczułem satysfakcji. Coś mi nie pasowało w tym wszystkim. Właściwie w całym dniu. Nie powinienem przesiadywać w barze i bawić się w najlepsze, podczas gdy ktoś ma wiadomości o Magdzie. Pomyślałem, że muszę się przygotować do spotkania z tajemniczym jegomościem. Trzeba działać. W dodatku nie pasował mi ten chłopak. Próbowałem sobie przypomnieć, czy w ogóle mu się przedstawiałem, lecz alkohol mącił moje myśli. Jednak skoro znał moje imię, to chyba go sobie nie wymyślił? A może padło podczas rozmowy? Jeżeli nie, to musiał nas podsłuchać i pewnie teraz chce nas ograć i okraść. Mało mnie to obchodziło. Niech i tak będzie, przynajmniej pozbędę się drobnych z kieszeni.
Rzuciłem stówę na stolik.
- Miałeś szczęście! - żachnął się Adam. - Ale zobaczymy teraz...
Graliśmy i piliśmy dalej. Z każdym łykiem alkoholu uspokajałem się i traciłem poczucie rzeczywistości. Ciało coraz bardziej się rozluźniało i już nie miałem ochoty na powrót do smutnego mieszkania. Następny dzień wydawał się odległy niczym koniec świata. Miałem wrażenie, że w ogóle nie nadejdzie. Nie dla mnie. Przegrywaliśmy i wygrywaliśmy w zasadzie na zmianę, a pieniądze na trzech kupkach nieustannie rosły i zmieniały właścicieli. Wokół nas zebrała się spora grupa gapiów, którzy kibicowali i bacznie przyglądali się grze. Kelnerka machinalnie zabierała puste kufle i podstawiała pełne, próbując zasłużyć na napiwek. Miałem już mocno w czubie.
- Dobra, powinienem wracać do siebie - oznajmiłem.
- Stary! Przecież ty ledwo na nogach stoisz.
- Przecież siedzę.
- No to wstań.
Wstałem.
I to nie był najlepszy pomysł.
Zachwiałem się; ktoś złapał mnie za ramiona i pomógł z powrotem usiąść. Świat wirował mi przed oczami, jakby chciał, żebym zwymiotował. Niewiele brakowało.
- To może zagrajmy jeszcze? Już bez picia, trochę otrzeźwiejesz... - zaproponował chłopak.
Spojrzałem na niego. Wyglądał jak Hydra; zza jego pleców wyłaniały się głowy innych osób, które z przejęciem przyglądały się naszemu stolikowi. Twarze z wąsami, brodami, kobiece usta, pomarszczone policzki, kapelusze, chusty, postrzępione łachy, ubiory nie z tej epoki i nie z tej ziemi. Miałem wrażenie, że ludzie wyłaniają się z jego barków i szyi, jeden z drugiego, a z każdego - dwóch następnych. Wszyscy uważnie na mnie patrzyli.
Uśmiechnąłem się. Byłem ostro nawalony.
- A o ile? - zapytałem.
- Może teraz o coś innego? W kółko te pieniądze. Przecież nikomu z nas nie są potrzebne.
- Stawiam roll... hy-km - czknąłem - ...s-royce'a.
Zamilkłem. Nie bardzo byłem w stanie mówić.
- Pojebało cię! - Adam się roześmiał. - No, nawaliłeś się!
- Spokojnie. Rolls-royce jest zbyt drogi, nie warto przegrywać go w karty.
- To co proponujesz? Co chcesz postawić?
- Niech każdy z nas postawi swoją wiarę.
Gdzieś z boku doszedł pomruk niezadowolenia. Ktoś burknął, że się narąbaliśmy, ktoś machnął ręką. Grupka przyglądających się ludzi malała z sekundy na sekundę. Wszyscy mieli już dosyć pijanych hazardzistów. Szybko straciliśmy widownię.
Przyjaciel spojrzał na mnie, a ja wzruszyłem ramionami, bo tylko tyle byłem w stanie zrobić.
- Ciebie też popierdoliło - skwitował Adam pomysł chłopaka.
- Skąd! To proste, zagrajmy. W zasadzie nic nie tracicie...
Oddychałem głęboko, próbując wytrzeźwieć. Chciało mi się spać i zanurzyć w miękkiej pościeli swojego łóżka. Podniosłem rękę.
- Kelerka! - zawołałem. - Kelerka, choś tutaj!
- Kelnerka - poprawił Adam.
- So?
- Kel-ner-ka.
- Spier-da-laj - wycedziłem i napiłem się piwa, chociaż obiecałem sobie przestać.
Dziewczyna zmaterializowała się przed moimi oczami. Nadal ładnie się uśmiechała.
- W czym mogę pomóc?
- Zamów mi taksi. - Wyjąłem ze swojej kupki banknotów sto złotych i jej podałem. - Na Niepodległości trzynaście... Nie. - Spojrzałem mętnie na Adama. - Na Powstańców dziesięć... Nie. Nie wiem.
- Na Niepodległości trzynaście. Tam mieszka - dodał przyjaciel.
Uśmiechnąłem się na tyle, na ile pozwoliła mi niesłuchająca mnie twarz.
- Reszta dla ciebie - dodałem i zakryłem ręką usta. Chciało mi się rzygać.
Dziewczyna podziękowała pod nosem i odeszła.
- Zagrajmy - nalegał chłopak.
- Dobra. Stawiam swoją wiarę. - Adam wykrzywił się drwiąco.
- Nie wiarę, tylko Wiarę. - Wymówił to słowo z namaszczeniem. - Musisz uwierzyć, że ją stawiasz, inaczej zakład jest nieważny.
- Wierzę! Nie wku...
- Okej! - przerwał. - I ja stawiam swoją.
- Ja tyż - wtrąciłem przez palce. - Wia-ra. Aśnaebałem.
Dostrzegłem błysk w oczach cwaniaka. Jego rysy stężały w wyrazie powagi. Zabrał swoją wygraną z poprzednich rozdań, a my machinalnie zrobiliśmy to samo. Zgarnął ze stołu kufle i odstawił je na ziemię. Zdmuchnął okruszki i wszystko, co znajdowało się na blacie. Palcem wskazującym wolno przejechał po ramie stolika, szepcząc coś do siebie. Pewnie gdybym był mniej wstawiony, zwróciłbym uwagę na jego dziwne zachowanie. Ale wtedy miałem to gdzieś. Adam również nie zareagował.
Chłopak zaczął swój rytuał tasowania talii. Tym razem nic nie widziałem. Jego szybko migające dłonie i wirujący przed moimi oczyma świat skutecznie utrudniały percepcję. Nim się spostrzegłem, leżało przede mną pięć równo ułożonych kart. Zabrałem je, lecz jedna spadła na stolik i odwróciła się tak, że wszyscy zobaczyli figurę. Gracze spojrzeli na nią kątem oka, a potem na mnie z drwiną.
Królowa pik rozłożyła się sama na stole. Że też nie było jej wstyd.
Reszta kart prezentowała się słabo: dwójka kier, czwórka kier, ósemka trefl, szóstka karo. Dołożyłem do nieszczęsnej królowej ósemkę i szóstkę.
- Wymieniam - powiedziałem.
- Pas.
- Pas.
Z talii kart wyciągnąłem trzy nowe: król kier, as kier i piątka trefl. Czyli tak zwane nic, chociaż blisko mu było do koloru. Musiałem się napić. Tak też zrobiłem.
- Ktoś coś podbija? - zapytał kumpel.
- Może... dorzucę nadzieję? - sarknąłem.
- Jak chcesz. - Chłopak wzruszył ramionami.
- Dobra, wychodzimy. Gra i tak niewarta świeczki.
Adam rzucił niedbale swoje rozdanie i naszym oczom ukazał się strit. Pokazałem swoje karty, na których widok wszyscy się uśmiechnęli. Nawet ja. W końcu i cwaniak, którego imienia nie potrafiłem sobie przypomnieć, położył na blacie pięć figur.
Następnie straciłem wszystko.
Straciłem grunt pod nogami i piwo.
Straciłem oddech i wzrok.
Straciłem świadomość.
I wiarę.
Stałem na poboczu, drogą pędziły samochody i żaden nie chciał się zatrzymać. Przednie, lewe koło mojego rolls-royce'a przypominało zrzuconą skórę węża. Prawie nic z niego nie pozostało.
- Szlag by cię trafił! - warknąłem.
Potrafiłem wymienić zepsutą oponę, ale nie miałem na to czasu. Zresztą, nawet gdybym się nie śpieszył, i tak zadzwoniłbym po lawetę.
W końcu speszył mnie wzrok przechodniów i trochę się uspokoiłem. Wiedziałem, że nie zdążę na czas do pracy. Zebranie zarządu miało się zacząć za dwadzieścia minut. Złapanie taksówki i przedarcie się przez korki w tak krótkim czasie było niemożliwe. Jedynym rozwiązaniem stał się nadjeżdżający autobus.
Wbiegłem do rozklekotanego pojazdu, kupiłem bilet u kierowcy gbura i usiadłem na wolnym miejscu. Zastanawiałem się, jak to będzie w pracy; jak mnie przyjmą. Nie chciałem, żeby okazywali mi współczucie, wolałem, żeby normalnie podeszli do swoich obowiązków i traktowali mnie jak wspólnika i szefa. Kiedy tak rozmyślałem, nie zauważyłem, że jadę w zupełnie inną stronę.
- No ja pie... - rzuciłem i się rozejrzałem.
Siedziałem koło młodej kobiety z dzieckiem, która skrzywiła się i odwróciła wzrok. Na szczęście niedaleko stał młody chłopak z czerwonym irokezem na głowie. Podszedłem do niego i zapytałem:
- Przepraszam, dokąd jedzie ten autobus?
Punk spojrzał na mnie dziwnie, wyjął słuchawki z uszu, a do mnie doleciał cichy dźwięk ostrej muzyki.
- Słucham? - zapytał.
- Dokąd jedzie ten autobus?
- Na Zatorze.
- A przejeżdża koło dworca?
W odpowiedzi tylko kiwnął głową, po czym wrócił do słuchania punkowego kawałka. Wysiadłem na najbliższym przystanku.
Dworzec główny mieścił się kilka ulic dalej. Z początku biegłem, lecz zadyszka i kolka skutecznie mi to utrudniały. W końcu musiałem zwolnić do marszu. Z moją kondycją nie było najlepiej. Znów ogarnęło mnie poczucie beznadziejności. Przez ten cały pech związany ze spóźnieniem i niesprawnym samochodem czułem się okropnie, a gdy w dodatku uświadomiłem sobie, jak szybko zmienia mi się nastrój i że zachowuję się jak baba, samopoczucie jeszcze bardziej mi siadło.
Nawet gwar na ulicach zaczął mnie peszyć. Dawno nie wychodziłem na miasto o takiej porze. Czułem się jak skazaniec, który odsiedział wyrok i po długim czasie za kratkami znalazł się na wolności. Wszystko zdawało się nowe i inne, jakbym zamarzł w kawałku góry lodowej i teraz powoli się roztapiał, podczas gdy czas biegł swoim normalnym, szaleńczym tempem, i jakbym nagle oderwał się od zmarzliny i spostrzegł, że życie się zmieniło. Niestety, ja pozostałem taki sam. Natłok ludzi pędzących na złamanie karku swoimi ścieżkami, samochodów trąbiących i warczących jak mechaniczne stwory, świateł dla pieszych, muzyki z otwartych knajp oraz innych niezrozumiałych dźwięków wydawanych przez wszystkie obiekty w mieście utwierdził mnie w przekonaniu, że takie życie jest nie dla mnie. Powinienem siedzieć w domu, przeglądać forum i gnić od środka.
- Piękny dzień dziś mamy - usłyszałem skrzeczący, piskliwy głos za plecami i poczułem, że ktoś łapie mnie za rękę.
Z początku chciałem się wyrwać i po prostu uciec. Nie miałem czasu dla biedaków, łgarzy, żebraków czy złodziei. Odwróciłem się i zobaczyłem starą Cygankę. Stała zgarbiona, podpierając się drewnianą laską o fikuśnym kształcie. Wyglądała na rodowitą Romkę. Nosiła długą, czerwoną spódnicę i kilka czarnych chust, do tego ciemną bluzkę i opaskę na głowie, która podtrzymywała bujne, kruczoczarne włosy. Wyczuwałem od niej cierpki zapach alkoholu. Znajdowaliśmy się w jednym z tuneli prowadzących na dworzec.
Nie wiem, z jakiego powodu się zatrzymałem. Do tej pory zastanawiam się, co mnie zmusiło, żeby spojrzeć na tę kobietę. Może zrobiło mi się jej żal? Zorientowałem się, że musiała tam mieszkać - na stercie kartonów i szmat leżących za jej plecami. Wokół niej siedziało z dziesięć kotów. Różnej maści i wielkości. Tuliły się do jej nóg, wylegiwały na papierzyskach i uważnie na mnie spoglądały. A może tylko mi się wydawało?
- Przepraszam, śpieszę się - odpowiedziałem i delikatnie spróbowałem oswobodzić rękę.
Nie udało mi się. Czułem, jakby złapały mnie stalowe szczypce.
- Jest piękny, więc go zapamiętaj. To może być ostatni taki dzień, ostatni, w którym zobaczysz słońce!
Mówiła w dziwny sposób, jakby znajdowała się gdzieś daleko - w grocie albo studni. Przysiągłbym, że słyszałem echo. Spojrzałem w jej oczy i wydało mi się, że skrywają jakąś tajemnicę. W ciemności jej źrenic dostrzegłem głębię prawdy, miałem wrażenie, że pod powierzchnią szaleństwa kryje się wiedza. Prawie uwierzyłem, że staruszka mówi z sensem. Potrząsnąłem jednak głową.
- Dobrze, dobrze. - Sięgnąłem do kieszeni, wyjąłem portfel, a z niego kilka drobnych. - A teraz pani wybaczy, naprawdę się śpieszę. - Wcisnąłem jej w dłoń pieniądze, dzięki czemu puściła moją rękę, i ruszyłem przed siebie.
- Zostań w domu, Aleks - usłyszałem za plecami.
Zatrzymałem się. Stałem chwilę, szybko kalkulując, co właściwie zaszło. Cyganka musiała zobaczyć mój dowód osobisty albo inny dokument, gdy otwierałem portfel. Inaczej nie mogła poznać mojego imienia. Cwaniara.
Poszedłem dalej, nie oglądając się za siebie.
***
Wieżowiec AB Corporation przy ulicy Dąbrowszczaków, niedaleko więzienia i nieopodal I Liceum Ogólnokształcącego, do którego chodziłem, górował nad wszystkim jak Jezus Chrystus z Corcovado w Rio de Janeiro. Z tą jednak różnicą, że ludzie się do niego nie modlili. Swoją wielkością przyćmił każdy budynek w mieście. Zbudowano go na wzór ogromnego lustra i dzięki innowacyjnej konstrukcji dostał się nawet na okładki magazynów architektonicznych. Słowem - robił wrażenie.
Stanąłem przed wejściem i się rozejrzałem. Ludzie szli chodnikami jakby nigdy nic. Dla nich to był zwyczajny dzień. W ich życiu nic się nie zmieniło. Stawiali kroki pewnie i wiedzieli, dokąd zmierzają. Mój cel był mglisty, moje życie niepewne, a ścieżki, którymi podążałem, miały same zakręty...
Odetchnąłem głęboko, spojrzałem przed siebie, gdzie w lustrzanych ścianach odbijał się zagubiony mężczyzna w pogniecionym garniturze i ogromne słońce, przed którego promieniami musiałem osłonić oczy. Ruszyłem. Nie śpieszyłem się, bo i tak byłem spóźniony. Drzwi rozsunęły się przede mną z cichym szelestem, z góry uderzył zimny podmuch wentylacji.
Minął prawie rok, od kiedy byłem tu po raz ostatni. Hol nie zmienił się wcale. Na środku stała znienawidzona przeze mnie fontanna. Chciałem wywalić ją z projektu, uważałem, że jest niepotrzebnym symbolem bogactwa. Protestował projektant, protestował menedżer, a gdy Magda podzieliła ich zdanie, dałem spokój. Pod ścianami stały miękkie sofy i fotele, przed nimi szklane stoliki, a gdzieniegdzie automaty z kawą, wodą i czymś do jedzenia. W pobliżu pięciu wind znajdowało się ogromne, drewniane biurko przypominające ladę w ekskluzywnym pubie albo kontuar recepcjonisty w drogim hotelu. Siedziały za nim cztery kobiety w uniformach firmy. Nienaganne i reprezentacyjne, jak nowe lalki dopiero co wyjęte z pudełka.
- Dzień dobry. - Stanąłem przed ladą i uśmiechnąłem się.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - odpowiedziała również z uśmiechem młoda blondynka.
- Jestem umówiony na zebranie. Trochę się spóźniłem...
- A jakie dokładnie zebranie, jeśli można wiedzieć?
- Rady AB Corporation.
Zastanawiałem się, czy dziewczyna wie o zebraniu i czy w ogóle powinienem z nią o tym rozmawiać. Sensowniej byłoby wsiąść do windy i pojechać na odpowiednie piętro, jednak prawie na pewno któraś z kobiet zatrzymałaby mnie pytaniami, czego szukam i dokąd zmierzam. Zresztą nie miałem pojęcia, w którym pokoju odbywa się konfe-rencja.
- Spotkanie jest na dziesiątym piętrze w pokoju tysiąc trzydziestym szóstym. Ale jest oficjalne i zamknięte dla gości oraz osób z zewnątrz. Rozumiem, że jest pan umówiony z jednym z prezesów? Może poczekałby pan, aż zebranie dobiegnie końca?
- Wolałbym jednak znaleźć się na tym spotkaniu. Wie pani, byłem na nie umówiony...
- Pana godność? - przerwała mi.
- Aleksander Bejnar.
Chwilę szukała czegoś w komputerze. Jej koleżanki patrzyły na mnie z niemym zdziwieniem, a jedna zaczęła kaszleć i szturchać dziewczynę pod stołem. Rzuciłem im przyjazny uśmiech i jak na zawołanie spłonęły rumieńcami.
- A tak! Przepraszam pana bardzo. Rzeczywiście jest pan umówiony na spotkanie, nawet mam tutaj dokładne wytyczne, żeby panu wskazać miejsce zebrania. Jeszcze raz najmocniej przepraszam...
- Nic się nie stało. Ale jestem już spóźniony i powinienem się śpieszyć.
- Tak, tak. Oczywiście. Proszę za mną. - Wstała, poprawiła spódniczkę i skierowała się w stronę windy.
Ruszyłem przed nią, żeby wcisnąć guzik i usprawnić dostanie się na górę. Zza pleców dobiegły mnie podniecone szepty: "To on!". Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Panie prezesie! - usłyszałem, lecz z początku nie zareagowałem. - Panie prezesie!
Odwróciłem się i zobaczyłem blondynkę, z którą rozmawiałem. Stała za mną z rękami założonymi z tyłu, w pozie ukazującej skruchę.
- Przepraszam...
- Nic się nie stało, naprawdę.
- Czy poradzi...
- Tak, tak. Znam ten budynek jak własną kieszeń. Dziękuję. - W momencie gdy skończyłem mówić, drzwi windy otworzyły się z cichym "ding-dong".
W windzie moje myśli skierowały się ku zebraniu i temu, jak zostanę przyjęty. Miałem nadzieję, że nie jak wrażliwe dziecko, które łatwo zranić. Fazę surowego jajka przeszedłem już dawno, teraz pragnąłem wrócić do pracy, zająć się sobą i wznieść firmę na gospodarcze wyżyny. Aleks Bejnar Corporation ma w planach podbicie światowego rynku...
Stanąłem w długim i szerokim korytarzu przed salą numer tysiąc trzydzieści sześć. Przestrzeń, w której się znajdowałem, wydawała się rozciągać w nieskończoność. Po prawej i lewej stronie były drzwi do kolejnych pokoi. Niektóre z nich otwarte. Słyszałem charakterystyczny szum komputerów i miarowe stukanie w klawiaturę. Poczułem żal, że ci wszyscy ludzie musieli pracować w tak piękny dzień. Niestety, niedługo sam do nich dołączę.
Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.
W sali konferencyjnej stał długi stół, przy którym siedzieli wszyscy prezesi i członkowie zarządu. Zwrócili się w moją stronę. Oczekiwali mojego przybycia, a na ich twarzach malował się wyraz dezorientacji i niepokoju.
- Dzień dobry - rzuciłem i machnąłem dłonią, żeby nie wstawali. - Proszę, kontynuujcie zebranie. Bardzo przepraszam za spóźnienie...
- Aleks, do cholery! - rzucił łysy chłopak w dresie, który stał przed białą tablicą. Podszedł do mnie i uścisnął mocno dłoń. - Dobrze, że jesteś. W końcu możemy bez stresu dalej prowadzić spotkanie.
- Kontynuujcie - powtórzyłem lekko zmieszany, puściłem dłoń Adama i zająłem jedno z wolnych miejsc.
Konferencja ruszyła swoim monotonnym torem. Każdy chciał coś powiedzieć, dodać, zweryfikować - zbyt dużo spraw na jedno spotkanie; było po staremu.
Adam Płotka - przyjaciel, współzałożyciel firmy i awanturnik. To on utrzymywał wszystko w ryzach pod moją nieobecność. Przejął obowiązki i nie dał firmie upaść. Zawdzięczałem mu nie tylko to; bez niego w ogóle nie wyszedłbym z domu.
Przypomniałem sobie, jak leżałem w ubraniu zakopany w pościeli. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz zmieniałem ciuchy czy brałem kąpiel. Bez znaczenia. Dzwonek do domu brzęczał i miałem wrażenie, że za chwilę się przepali. Właściwie wtedy oddałbym wszystko, żeby tak się stało. Do tego nagle zaczął dzwonić telefon i ktoś łomotał w drzwi. Nieznośna kakofonia działała mi na nerwy. Chciałem spać, ale w tych warunkach się nie dało. Musiałem wstać i przepędzić intruza.
- Czego? - powiedziałem wrogo, otwierając drzwi.
- Gówna psiego - odpowiedział Adam i wszedł bez ceremonii do mieszkania.
Pokręciłem z rezygnacją głową i skierowałem się w stronę łóżka. W pokoju było ciemno i duszno, dobrze się z tym czułem. Przyjaciel jednak nie potrafił znieść nastroju przygnębienia i poddania, więc pierwsze, co zrobił, to podniósł żaluzje i otworzył okna.
- Ja pierdolę, weź się w garść - wycedził pod nosem, lecz nie przekonywał mnie wcale. Gadał jakby do siebie.
Rzuciłem się na posłanie, jednak Adam nie dał za wygraną.
- Wstawaj! Rób mi coś do picia, gościem jestem! - Podszedł i zdarł ze mnie kołdrę. - No rusz się, mówię!
Zrobiłem, co kazał, trochę machinalnie, jak zombi. Teraz wiem, że bez tych prób przywrócenia mnie do normalności w ogóle by mi się nie udało.
- I jak? - Pytanie, a następnie hałas wielu głosów przerwały moje wspomnienia.
- Myślę, że... - przerwałem i rozejrzałem się po zebranych. - Myślę, że powinniśmy iść w zupełnie innym kierunku.
Zapadła cisza, przerywana cichymi sapnięciami dezaprobaty. Prezesi firmy wlepili we mnie zdziwione spojrzenia.
- Oj, Aleks, chyba jednak za krótko byłeś na urlopie - powiedział chłodno Bartek, którego gruby tyłek ledwo mieścił się na siedzeniu krzesła. - Bzdury wygadujesz.
- Możliwe, ale to ja mam sześćdziesiąt procent udziałów w tej firmie i to ja decyduję, w jakim kierunku będzie się ona rozwijać.
Dostrzegłem, że twarze mężczyzn i kobiet tężeją ze złości. Nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Do tej pory wszystko działo się po ich myśli - to oni decydowali, co ma się stać z AB Corporation. Adam miał twardy orzech do zgryzienia, kiedy chciał przeforsować jakiś projekt. Przeważnie musiał walczyć z pozostałymi zarządcami korporacji, gdyż jako jedyny potrafił myśleć perspektywicznie i miał odważne pomysły, które z reguły nie podobały się zasiedziałym i snobistycznym udziałowcom. Oni najchętniej grzaliby swoje stołki i liczyli dochody. Mieli gdzieś firmę i jej rozwój.
- Więc jaki kierunek masz na myśli? - zapytał sceptycznie tłusty Bartosz.
- Zachód.
- Słucham?!
Zaczęli się kłócić i spierać, przekrzykując nawzajem. Działo się tak zawsze, ponieważ wiedzieli, że mało mogą wskó-rać. Pozostało więc im tylko gadanie, którego chwytali się jak koła ratunkowego. Ich problem, że było dziurawe i powoli tonęli.
- Spokój! - zdenerwował się Adam. - Cisza! Dajcie Aleksowi dokończyć!
Uśmiechnąłem się.
- Ukraina, Litwa, Białoruś, Rumunia, Łotwa, Polska, a nawet Rosja, wszystkie te kraje zostały zalane przez nasze produkty. Nigdzie tam nie kupisz innych układów scalonych niż nasze. Przetworniki, oporniki, liczniki, mikroprocesory, wszystko, co małe, opatrzone jest sygnaturą AB. Mamy ugruntowaną pozycję, wręcz nudną. Nie ma konkurencji, możemy dyktować ceny. Tylko po co je podwyższać, skoro można rozszerzyć rynek zbytu?
- Poczekaj, poczekaj! - przerwał mi dziadek Janusz, najstarszy w radzie. - A co z umową o nietykalności? Mieliśmy nie przekraczać zachodnich granic, Technik Herrscher nie będzie zadowolone.
- Przepraszam, czy pan mówi o tym ustnym zobowiązaniu, które padło pięć lat temu na jednej z imprez? Proszę mi przypomnieć, gdyż ja, po wypitym wtedy pół litra - przesadza-łem - mogę nie pamiętać dokładnie. - Spojrzałem na niego beznamiętnie.
- Niemiecka firma nigdy nie złamała umowy! - żachnął się Janusz.
- My też jej nie złamiemy. Nie da się złamać czegoś, co nie istnieje.
Znów wybuchła wrzawa. Miałem tego dosyć.
- Dobrze! To nie ma sensu. Kończymy na dzisiaj, a skoro jest już Aleks, to dowiecie się o planach mailowo. - Adam odsunął swoje krzesło, podszedł do tablicy i zaczął ją ścierać. - Do widzenia!
Ludzie jak na komendę wstali z miejsc i dyskutując, wyszli z sali. Niektórzy rzucali mi nienawistne spojrzenia, więc spuściłem wzrok. Nie chciałem nikogo zdenerwować, nie lubiłem tego poczucia winy, jednak nie miałem wyboru. Moja firma stała w miejscu od dwóch lat.
- Dziękuję - odezwałem się, kiedy wszyscy prócz Adama wyszli.
Przyjaciel stał przy oknie i opierając się o parapet, spoglądał w dal na tonące w promieniach słońca miasto.
- Nie ma za co. - Usłyszałem nutkę goryczy w jego głosie.
- Jesteś na mnie zły?
- Zły? Nie. Skąd... Jestem tylko odrobinę wkurwiony! - Odwrócił się w moją stronę. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? Po cholerę ja się przygotowywałem do tego spotkania? Hę?
- No, wybacz. Dopiero teraz na to wpadłem. Przecież gdybym wiedział, to inaczej bym to rozegrał...
- Wiesz, że oni nie pozwolą tak łatwo zrealizować twoich planów? - Spojrzał na mnie łagodnie; emocje już go opuściły.
- W dupie ich mam - odpowiedziałem i wybuchnęliśmy śmiechem.
Jakiś czas trwało, zanim udało się nam uspokoić i złapać oddech. Nasze twarze spłonęły rumieńcami, a oczy zaczęły łzawić. Wyglądaliśmy komicznie. Ktoś z zewnątrz, widząc nas, mógłby pomyśleć, że oszaleliśmy. W zasadzie nie było w tym wszystkim niczego śmiesznego, jednak przyjaciół można poznać po tym, że rechoczą z żartów, których nikt oprócz nich nie rozumie.
- Dobra! Dosyć! Nie mogę oddychać! - Adam wyprostował się, lecz ciągle trzymał dłonie na brzuchu, jakby chciał powstrzymać napływające fale śmiechu. - Idziemy na piwo?
- Chciałem jeszcze zajść do biura. Wiesz, muszę powoli wrócić do formy i nadrobić zaległości. - Wytarłem łzy zebrane z kącików oczu.
- Tak, tak. Po prostu się migasz, ale jak chcesz. Może wieczorem?
- Może.
- Jesteśmy w kontakcie. - Poprawił dres, zabrał neseser ze stołu i ruszył do wyjścia.
- Będę dzwonił.
Wyszedł z sali, śmiesznie powłócząc nogami. Stałem jeszcze chwilę, myśląc o Adamie i o tym, co dla mnie zrobił, po czym, gdy zacząłem się za bardzo rozczulać, poszedłem do windy. Mój gabinet mieścił się na ostatnim, dwudziestym piętrze budynku.
Drzwi do pokoju numer dwa tysiące nie różniły się niczym od pozostałych trzech par na korytarzu. Spoglądałem na nie i rozmyślałem, dlaczego nie powiesiliśmy żadnej tabliczki. Przecież ludzie mogą pobłądzić, to normalne. Z drugiej strony, wypisywanie informacji "Prezes numer 1", "Prezes numer 2" wydawało się głupie, a "Prezes Adam Płotka", "Prezes Aleksander Bejnar" - zbyt protekcjonalne. Ostatecznie to tylko trzy wejścia, trafienie na właściwe nie powinno zająć aż tak dużo czasu, nawet bez znajomości numerów. Ostatnie drzwi prowadziły na korytarz, z którego przechodziło się do dziesięciu mniejszych gabinetów.
Panowała cisza i dopiero gdy usłyszałem delikatny klik zegarka przypominającego, że właśnie wybiła pełna godzina, uświadomiłem sobie upływ czasu. Chwila się przeciągała - stojąc przed drzwiami do biura, złapałem się na tym, że oddalam od siebie moment przestąpienia progu.
- To jak, Aleks? Wchodzisz czy nie? Chyba nie będzie tak strasznie... - rzuciłem na głos, żeby odegnać złe myśli i dodać sobie otuchy. Do otwarcia drzwi użyłem karty magnetycznej.
W środku przywitała mnie ciemność przekreślona cienkimi smugami światła wydobywającymi się spomiędzy żaluzji. Przez jakiś czas moje oczy przyzwyczajały się do mroku, a myśli krążyły wokół tego, czy naprawdę muszę tu przebywać.
Może uda mi się zacząć pracę bez wchodzenia do tego biura? - pomyślałem głupio.
Drzwi zamknęły się za mną powoli. Nie zapaliłem światła - w ciemności przeszedłem do wielkiego dębowego biurka stojącego pod oknami. Wymacałem na blacie panel, na którym wcisnąłem kilka przycisków. Usłyszałem szum mechanizmu i żaluzje zaczęły się powoli podnosić, a gabinet zalały złociste promienie słońca.
Moim oczom ukazało się zdjęcie w ramce na biurku. Przedstawiało Magdę i mnie przytulonych do siebie. Byliśmy wtedy na wycieczce w Norwegii, chyba w jakimś klubie. Zamknąłem oczy, wspominając tamte czasy. Miałem wrażenie, że to wszystko działo się wczoraj. Pamiętałem dokładnie smak drinków, dotyk jej dłoni, uśmiech barmanki i zapach dymu tytoniowego. Wciągnąłem głęboko powietrze i poczułem waniliowy aromat papierosów. Wydawał się taki realny...
Niespodziewanie usłyszałem odgłos pocierania zapałki o draskę.
- Jezus Maryja! - krzyknąłem, otwierając oczy.
Odskoczyłem do tyłu, a ramka ze zdjęciem spadła na podłogę. Stłukła się.
Nie wierzyłem własnym oczom. Naprzeciw mnie, na kanapie przeznaczonej dla gości, siedział siwy starzec o długich włosach. Podpalał drewnianą fajkę, pykając z niej raz za razem i wydmuchując kłęby dymu. Miał na sobie długi czarny płaszcz przeciwdeszczowy, na głowie kapelusz z rondem i wyglądał, jakby przybył z lat trzydziestych.
- K-kim pan jest?! I co pan tu robi? - Podszedłem do biurka i pochyliłem się nad pulpitem, żeby w razie potrzeby wezwać ochronę.
Facet powoli podniósł na mnie wzrok. Palił dalej, nic sobie ze mnie nie robiąc. Już miałem wcisnąć guzik i rzucić wiązankę pożegnalnych słów, kiedy przemówił cicho i nieśpiesznie:
- Jak ci się żyje, Aleks?
Nie zdziwiło mnie, że zna moje imię. W zasadzie mało kto z ludzi będących w branży go nie znał. Założyłem, że i z nim tak jest.
- Z kim mam przyjemność?
Uspokoiłem się nieco.
Mężczyzna wstał z trudem, pomagając sobie drewnianą laską o złotej gałce w kształcie głowy kota. Laskę zdobiły dziwne wzory, których nie potrafiłem rozróżnić z tej odległości. Nieznajomy powoli zbliżał się do mnie.
- Mów mi Prestor.
- Słucham?
- Pres-tor. - Zaciągnął się fajką i wypuścił w moją stronę chmurę dymu w kształcie idealnego okręgu.
- Pytałem o imię i nazwisko.
- Prestor - powtórzył z uporem.
- Niech będzie... Dobra, nieważne. Nie przyjmuję dzisiaj nikogo, nie wiem, jak się tu znalazłeś, i proszę, żebyś w tej chwili stąd wyszedł. - Darowałem sobie grzecznościowe zwroty.
- Mam do ciebie sprawę, Aleks.
- Nie interesuje mnie.
- Ależ owszem, interesuje.
- Słuchaj...
Mężczyzna szybko wypuścił siwy obłok z ust, znowu w moją stronę. Musiałem przymknąć oczy i wstrzymać oddech, bo nie mogłem wytrzymać tego gryzącego smrodu. Kiedy podniosłem powieki, facet stał tuż przede mną, zupełnie jakby dzielące nas metry pokonał jednym susem, jednak jego postawa nie wskazywała na to, żeby włożył w to wysiłek. Dokładnie widziałem bruzdy i zmarszczki na jego twarzy. To była twarz starca.
- Chcesz wiedzieć, co się stało z Magdą, Aleks? - Odór jego oddechu był równie duszący jak woń tytoniu.
W jednej chwili dotarła do mnie waga tego, co powiedział. Oblał mnie zimny pot, poczułem, jak włosy jeżą mi się na skórze. Właśnie miałem usłyszeć wiadomość, na którą czekałem od roku.
- Jeśli coś jej zrobiłeś... Jeśli to twoja sprawka... - Zacisnąłem pięści.
- Spokojnie, Aleks. Powoli.
- Gadaj! Co się stało z Magdą?
- Powiedziałem, żebyś się uspokoił. Najpierw musisz zrozumieć, że konieczne jest zachowanie pewnych reguł, zasad. Musisz być systematyczny, obowiązkowy i punktualny. To ostatnie jest bardzo ważne, Aleks.
- Co ty pierdolisz?!
- Jutro w nocy, o godzinie trzeciej trzydzieści trzy, masz być w salonie swojego domu. Rozumiesz, Aleks? - Odsunął się i powoli ruszył w kierunku wyjścia.
- O co chodzi? Ona żyje? Gadaj albo wezwę ochronę!
- Dowiesz się wszystkiego jutro. Bądź w domu, Aleks, koniecznie. Inaczej wszystko na nic.
Wcisnąłem guzik zawiadamiający ochronę o niebezpieczeństwie. Według umowy z firmą Security mieli się zjawić w ciągu czterdziestu sekund. Nie musiałem nawet zatrzymywać faceta, oszacowałem, że w tym czasie na pewno nie dojdzie do windy. Kuśtykał o lasce - nie dotrze nawet do drugich drzwi na korytarzu.
- Zaczekaj! - Na wszelki wypadek postanowiłem go spowolnić.
Nie posłuchał. Złapał za klamkę i pociągnął.
- Pamiętaj, Aleks, o naszej umowie. Jeśli chcesz wiedzieć... - powiedział i wyszedł.
Zerwałem się za nim, z pośpiechu uderzając biodrem o kant biurka. Zakląłem siarczyście, lecz się nie zatrzymałem.
Kiedy wypadłem z gabinetu, w korytarzu nie było nikogo.
Stałem oniemiały, nie rozumiejąc, co zaszło. Próbowałem to sobie jakoś wyjaśnić, poskładać. Facet musi gdzieś tutaj być, na pewno wszedł do jednego z gabinetów. Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek zatrzymującej się windy, z której wybiegło czterech ochroniarzy w niebiesko-białych uniformach.
- Czy coś się stało? - zapytał jeden z nich.
- Tak. Przed chwilą miałem niemiłe spotkanie z mężczyzną koło sześćdziesiątki, siwym, w czarnym płaszczu i kapeluszu. Nie mógł zjechać windą. Jest gdzieś tutaj albo zszedł schodami, w co wątpię, bo kulał. Znajdźcie go!
Pobiegli, a ja wróciłem do gabinetu. Podszedłem do barku, gdzie trzymałem drogie trunki na specjalne okazje. Przeważnie wyjmowałem je przy finalizacji umów z ważnymi partnerami. Sam popijałem mało, czasami wcale - nalewałem sobie zabarwionej wody. Tego dnia jednak potrzebowałem mocnego alkoholu, który złagodziłby moje nerwy. Wybór padł na brandy z sześćdziesiątego piątego roku. Pociągnąłem trzy okropne łyki; gardło zaczęło palić mnie żywym ogniem. Otworzyłem butelkę z wodą, która zawsze stała w barku, i wypiłem ją duszkiem, o mało się nie krztusząc.
Usiadłem w fotelu. Zamknąłem oczy. Musiałem odpocząć i oczyścić umysł.
W 2007 roku przeczytałem książkę Łukasza Orbitowskiego. Była to magiczna powieść, dzięki której zacząłem pisać. Coś się we mnie otworzyło za sprawą historii i magii utkanej Orbitowskimi palcami. Nie zdradzę fabuły książki, pisząc tutaj, że jej akcja dzieje się głównie w Krakowie, że jest kryminalna zagadka i mnóstwo onirycznej magii.
Tamtego roku, a może trochę później - nie jestem w stanie sobie przypomnieć - pojechałem na wycieczkę do Krakowa. Zwiedzałem Kazimierz, za przewodnika mając słowa prowadzące mnie do miejsc opisanych w Tracę ciepło, miejsc niebanalnych, zakamarków życia autora. Była to świetna wyprawa, tym bardziej że odbyłem ją ze wspaniałymi przyjaciółmi.
Od tamtego czasu rodził się we mnie pomysł napisania książki, która stanie się swoistym przewodnikiem po mieście, gdzie fikcyjna historia będzie się rozgrywać w realnych miejscach, wśród istniejących budynków, i przeplatać z prawdziwymi wydarzeniami. Naturalne, że do tego celu wybrałem mój Olsztyn, cytując słowa piosenki - "moją małą Amerykę".
Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie powymyślał. Nie chodzi o samą fabułę, bohaterów czy przedstawiony świat, lecz o kilka spośród opisanych w książce miejsc. Próżno by ich szukać. Zapraszam do przeczytania tej opowieści, do odnalezienia, a może nawet zwiedzenia tego, co prawdziwe, i rozpoznania tego, co jest wytworem mojej wyobraźni. Złapcie mnie na kłamstwie.
Będzie mi bardzo miło, jeśli ktoś wybierze się na wyprawę po mieście z Krainy Tysiąca Jezior śladami mojej książki, tak jak było ze mną w przypadku Tracę ciepło. W głębi duszy mam nadzieję, że nie odnajdziecie Miasta po Drugiej Stronie Cienia, że nie przejdziecie na tamtą stronę i nie spotkacie istot czających się w ciemnych zaułkach i zakamarkach straconych dusz. Jeśli jednak tam traficie, pamiętajcie o świetle.
Tylko ono może Was uratować.
Piotr Sender
Zza niedomkniętych drzwi od łazienki dobiegał kobiecy śpiew. Delikatny, wesoły i lekko zachrypnięty. Moja żona zdawała sobie sprawę, że nie jest gwiazdą popu, a w szkole nie zawsze dostawała piątki z muzyki, jednak nic sobie z tego nie robiła, twierdząc, że śpiewać każdy może: czasem lepiej, a czasem trochę gorzej. Uśmiechałem się za każdym razem, gdy zaczynała coś nucić; często odgrywała przy tym scenę jak z filmu Gia.
Zupełnie jak wtedy.
Wyszła z łazienki. Dostojnie jak księżniczka, seksownie jak modelka. Leżąc na łóżku, nie mogłem się napatrzeć na jej piękne kształty: długie nogi, wysportowane ramiona, proste plecy, piersi i pośladki jak namalowane - nie za duże, nie za małe, w sam raz. Perfecto, mówiłem, a koledzy dodawali, że trafiło się ślepej kurze ziarno, i pewnie mieli rację, bo jak inaczej wyjaśnić związek inteligentnego okularnika z politechniki z wysportowaną i piękną dziewczyną z AWF-u?
Magda podnosiła do ust szklankę z wodą i udawała, że pije drogie wino - powoli i prowokacyjnie, pozwalając, aby kilka kropel spłynęło po szyi na biust. Odgarniała długie, ciemne włosy i uśmiechała się do mnie. Robiła dwa kroczki i w końcu znajdowała się na łóżku. Siadała na moich kolanach, całowała w usta i zsuwała się niżej, kontynuując pocałunki. Zamykałem oczy i zaczynałem się śmiać; grałem, jak mi kazała. To była jej sztuka, ja byłem tylko rekwizytem. Lekko się spinałem, gdy zdejmowała mi białe gatki, mając nadzieję, że coś z tego będzie. Czasami zmienialiśmy scenariusz z komedii romantycznej na film dla dorosłych. Właściwie wolałem tę wersję, niestety, przeważnie kończyło się na pierwszej. Madzia szybko wstawała, wkładała moje gacie, w których wyglądała jak babcia w reformach, i zaczynała śpiewać. Pijacko i fałszywie, tak lubiliśmy najbardziej.
- Dobra, koniec tego! - zachichotała. - Musimy się zbierać, bo nigdzie nie zdążymy.
- A musimy w ogóle gdzieś wychodzić? Skoro leżę nagi, może wykorzystamy sytuację? - Puściłem oczko.
- Przestań! Przecież wystarczy, że pstryknę palcami, i znowu się znajdziesz nagi w łóżku, właściwie gdziekolwiek.
- Chcesz powiedzieć, że jestem łatwy?
- Kochanie! Ty? Łatwy? - oburzyła się teatralnie. - Daj spokój! Przecież jesteś jak... jak równanie matematyczne z dwiema niewiadomymi. Dla gimnazjalistek megatrudny!
Spojrzałem na nią krytycznie, ona na mnie zawadiacko i po sekundzie wybuchnęliśmy śmiechem. Uwielbiałem te chwile.
- Idę walnąć makijaż - powiedziała. Ściągnęła białe majtki, rzuciła mi je na głowę i znowu zniknęła w łazience.
Później szliśmy ulicą; był wieczór, paliły się latarnie, pustki na chodnikach. Magda włożyła długą, aksamitnie czarną sukienkę podkreślającą jej talię, do tego białe, puszyste bolerko, bo noce nawet o tamtej porze roku stawały się zimne. Ja miałem na sobie dobrze dopasowany garnitur od Gucciego. Ostatnio ćwiczyłem, więc leżał jak ulał, a przynajmniej lubiłem tak myśleć.
Przechodząc pod latarniami, nie widziałem naszych cieni.
Za nami podążali oni. Nie dostrzegałem ich, lecz czułem. Byli jak smród, którego źródła nie da się zlokalizować. Dziwne, bo nawet wiedziałem, w co byli ubrani. Obwisłe bluzy z kapturami - brudne i dziurawe, postrzępione, jakby wiecznie ktoś je targał, oraz dżinsy umorusane w błocie po kolana. Chyba chodzili boso.
Bałem się, jednak nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Magda uśmiechała się niczym lalka, jakby ktoś jej ten uśmiech przykleił. W jej oczach nie widziałem lęku. Nie chciałem jej zawieść i przestraszyć, więc nic nie mówiłem.
Szliśmy krętymi uliczkami między starymi kamienicami. Potykałem się co chwila na kocich łbach. Moja żona kroczyła prosto i pewnie, mimo wysokich obcasów. Chciałem zapytać, jak to robi, lecz usłyszałem szmer za plecami - bose plaśnięcia na zimnych i gładkich kamieniach. Mimowolnie zacisnąłem pięści, a moje serce chyba się zatrzymało, bo nie mogłem zaczerpnąć tchu. Właśnie pomyślałem, że się uduszę i umrę, kiedy Magda spojrzała na mnie ciepło. Miałem wrażenie, że wystawiam twarz do słońca, którego promienie delikatnie ogrzewają moją skórę. Rozluźniłem się i lekko uśmiechnąłem. Szliśmy dalej, nie spoglądając do tyłu.
Zatrzymaliśmy się przed budynkiem z czerwonej cegły. To znaczy kiedyś musiała być czerwona, teraz była czarna jak po pożarze. Oświetlała nas jedna latarnia i w zasadzie nie widziałem, co znajduje się poza jej zasięgiem - jakby dalej kończył się świat. Wbiłem wzrok w ziemię i zobaczyłem nasze cienie; kształtem zupełnie niepodobne do ciał. Mój był zgarbiony i mały, wydawał się zamknięty w sobie, chronił się, jakby cały czas spodziewał się ciosu. Natomiast Magdy był wysoki i prosty, a na jego głowie widniało coś podobnego do korony. Pociągnęła mnie za rękę w stronę ogromnych drewnianych drzwi.
Zaparłem się, nie chciałem wejść do środka.
Moja żona wzruszyła ramionami i podeszła do tajemniczego wejścia. Chwyciła za klamkę i bez trudu otworzyła trzymetrowe odrzwia. Zionęła z nich ciemność. W dół prowadziły niekończące się schody. Magda weszła do środka.
Chciałem ruszyć za nią, lecz oni mnie zatrzymali. Chwycili mój cień i nie mogłem zrobić kroku, zupełnie jakby moje ciało przytwierdzone było kotwicą do chodnika. Siłowałem się z nimi, krzyczałem bezgłośnie, wyrywałem się, ale nie potrafiłem przekroczyć progu budynku.
W końcu drzwi się poruszyły; zamykały się powoli, jakby robiąc mi na złość. W tamtej chwili, która wydawała mi się wiecznością, zapragnąłem amputacji cienia. Nie chciałem go mieć. Może udałoby mi się go oderwać, gdyby nie strach przed nimi - obezwładniony grozą nie potrafiłem się nawet odwrócić.
Drzwi trzasnęły głucho.
Trzask.
Trzask.
Trzask.
Obudziłem się sparaliżowany strachem. Krew pulsowała w żyłach, jakby chciała z nich uciec. Czułem wściekłe uderzenia tętna, od których miałem wrażenie, że rusza się cała skóra. Bokserki i koszulka lepiły mi się do ciała, wszystko było mokre i ohydne. W dłoni ściskałem wymiętoloną poduszkę, kołdra spadła na podłogę.
Znów ten sen - pomyślałem i usiadłem na łóżku. Dla pewności spojrzałem na zegarek, chociaż nie musiałem tego robić. Wiedziałem, że tarcza LCD pokazuje dwie czerwone trójki - trzecia trzydzieści.
Znowu było tak samo.
Trzask.
Otwarte okno uderzało rytmicznie o framugę. Widocznie w nocy zerwał się wiatr. Całe szczęście, inaczej nie dałoby się spać. Tego lata temperatura za dnia sięgała trzydziestu stopni, a po zmierzchu malała tylko nieznacznie.
Wstałem i niemrawo poczłapałem do łazienki. Usiłowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miałem ten sen. Od pewnego czasu dawał mi spokój. Oby nie wrócił na dobre, jak to miał w zwyczaju. Niejednokrotnie nieprzespany tydzień odbijał się na moim zdrowiu, pracy i relacjach z ludźmi.
Jezu - pomyślałem - jakiej znowu pracy, jakich relacjach, skoro siedzę cały czas w mieszkaniu?
Zapaliłem światło, które poraziło moje oczy. Na ślepo doszedłem do umywalki, odkręciłem kurek. Przemyłem twarz lodowatą wodą, uspokoiłem oddech i myśli. Sięgnąłem po okulary leżące na półeczce i je założyłem. Powoli uniosłem powieki.
- Kurwa mać - rzuciłem do postaci w lustrze.
Nie miałem pojęcia, jak mogłem się tak zapuścić. Kiedyś wyglądałem nieźle, teraz jak menel: długa, rzadka broda, wąsy w tym samym stylu, podkrążone oczy, przetłuszczone włosy do ramion. Jednym słowem - koszmar. Pomyślałem, że powinienem coś z tym zrobić. Już czas.
- Ale rano - dodałem na głos. - Rano wszystko wydaje się lepsze.
Skorzystałem z kibla, umyłem ręce i poszedłem do kuchni. Tam światło zapaliło się samo, w dodatku delikatnie i subtelnie. Dlaczego nie zamontowałem sobie czegoś takiego w łazience? Mój błąd.
Otworzyłem lodówkę, a właściwie monstrualną metalową trumnę ze świecącymi guzikami. Przypominała statek kosmiczny. W środku ziała pustka - tak dla kontrastu z wyglądem zewnętrznym. Oprócz mleka, masła i trzech plasterków szynki znajdowała się tam tylko butelka zmrożonej whisky w dwóch trzecich pusta. Nalałem sobie do szklanki i odstawiłem butelkę.
Wróciłem do pokoju, gdzie zasiadłem w wygodnym fotelu i odpaliłem laptop. Włączył się w mgnieniu oka. Nie był to cud techniki, jednak do użytku domowego wystarczał w sam raz. Włączyłem przeglądarkę internetową i kliknąłem w zakładkę "forum".
Wypiłem solidny łyk, palący gardło i przełyk. Tego mi było trzeba. Zacząłem kasłać, jak zawsze po alkoholu. Wyciągnąłem spod stołu butelkę wody i popiłem, łagodząc podrażnienie. Zachowywałem się jak ciota, ale co poradzić, kiedy nie potrafi się pić?
Alkoholicy mają łatwiej - pomyślałem. - Szybko uciekają od problemów. Jaki jest sens męczenia się z tym wszystkim? Dlaczego nie wybrać łatwej drogi? Dwa miechy pić, jeden trzeźwieć, dwa miechy rzucać picie, i po problemie - pół roku i zdrowy jak skurwysyn.
Po chwili dotarło do mnie, że napisałem post o tym, o czym myślałem. Zastanawiałem się, czy go nie wykasować - jako administrator mam prawo - ale dałem spokój. Niech ludzie wiedzą, z czym się borykam, w końcu po to stworzyłem ten portal. Właściwie nie tylko po to.
Zagubieni. Może trochę nietrafiona nazwa. Przekonałem się o tym, gdy co jakiś czas pojawiał się małolat, zakładał nowy temat i pytał, czy oglądaliśmy najnowsze odcinki 4400 i czy nie wiemy, kiedy można się spodziewać następnych. Sęk w tym, że forum nie traktowało o serialu telewizyjnym, ale o ludziach zaginionych, co zawsze starałem się wyjaśniać. Przeważnie jeden post wystarczał, żeby młodzik, który nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że popełnił faux pas, zniknął z naszej społeczności.
Portal powstał osiem miesięcy temu, zarejestrowało się w nim sto tysięcy użytkowników, nie miał reklam, nie zarabiał, ale dzięki niemu udało się odnaleźć sześćset osiemdziesiąt pięć osób. Niestety, wśród nich nie było Magdy, która nadal miała status "zagubiony/a". Moja nadzieja kończyła się wraz z wygaśnięciem statusu na forum, który po roku automatycznie zmieniał się na "nigdy nieodnaleziony/a". Został jeszcze miesiąc.
Napiłem się znowu, żeby odegnać złe myśli.
"Przesadzasz - napisała Malwa34, która ostatnio stała mi się bliższa niż siostra. - Gadasz głupoty, więc pewnie pijesz. Pamiętasz, co ustaliliśmy? Weź się za siebie w końcu. Dość tego czekania. Nie wszystkim się udaje. Życie jest bolesne, kłuje, jakbyś przy pieleniu usiadł na kaktusa, ale w końcu przychodzi czas, kiedy wyjmujesz wszystkie kolce i dalej zajmujesz się ogrodnictwem, bo tak robi porządny ogrodnik, którym jesteś".
Odetchnąłem głęboko. Miała rację.
"Dzięki - wysłałem jej prywatną wiadomość. - Jutro sprzedaję dom i wracam do pracy. Chyba już czas wyrwać chwasty, spulchnić ziemię i zasadzić nowe rośliny. Nie pierwsza i nie ostatnia burza, która zniszczyła plony...".
"Mądry chłopczyk" - odpisała.
Dopiłem, nalałem sobie kolejnego drinka i przejrzałem nowe posty na forum. Znowu zaginęła młoda dziewczyna i jakiś facet jej szukał. Ojciec albo chłopak - za młoda, żeby mieć męża. Chociaż nigdy nie wiadomo. Statystyka jest smutna i nieubłagana. W każdej dziedzinie. Rzadko sumujemy i sprawdzamy rzeczy, które idą po naszej myśli, nie licząc pieniędzy na koncie. "Coraz więcej osób choruje na AIDS". "Zwiększyła się liczba wypadków drogowych w ostatnich latach". "W ubiegłym roku wyrzuciliśmy w błoto o dwadzieścia procent więcej pieniędzy, kupując podrobione leki". A czy ktoś słyszał o wzroście liczby ludzi wyleczonych z raka albo o spadku zanieczyszczeń globalnych? Mówimy o pięciu tysiącach zaginionych, ale nie wspominamy słowem o prawie siedmiuset odnalezionych, a przecież to równie ważna informacja.
Zagubieni stali się ostatnio moim domem. Tutaj odnalazłem ludzi, z którymi mogłem porozmawiać o problemach, oni mnie rozumieli, bo też stracili ukochaną osobę. Na forum spotkałem przyjaciół o tych samych zainteresowaniach i celach. Stworzyłem portal i byłem królem smutnego królestwa, w którym czasami pojawiało się szczęście. Chwile te rekompensowały wszystkim trud włożony w poszukiwania, sprawdzanie szpitali, obdzwanianie komisariatów, a nawet wróżbitów. Były to momenty powrotu nadziei, która zasiewała ziarno w naszych umysłach - "może i mnie się uda?".
Dupa - pomyślałem. - Nie udało się, pora wstać, a właściwie iść spać. Bełkocę nawet w myślach...
Wstałem, zrobiłem chwiejny krok, ale zmieniłem zdanie; usiadłem i zasnąłem w fotelu.
Śniłem o zagubionej whisky, której nie potrafiłem odnaleźć.
***
Ranek był ciężki jak heavy metal, którego słuchałem. Zdawało mi się, że głowę mam zrobioną z żelaza, że jestem na statku i że właśnie tonę. Kapitan Kac opuści łajbę ostatni, a ja razem z nim. Nie mogłem zrozumieć, jak to jest możliwe i dlaczego muszę tak cierpieć. Nawet gimnazjaliści nie czują się tak podle po takiej ilości alkoholu. W zasadzie to pewnie nawet się nią nie upijają.
Podniosłem się z podłogi, na którą musiałem się zsunąć we śnie. Nie pamiętałem, dlaczego znalazłem się akurat tutaj, a nie we własnym łóżku. Bujało mną, a właściwie wszystkim do-okoła. Nie chciałem zgadywać, co podchodzi mi do gardła.
Ruszyłem do łazienki. Wziąłem prysznic, zgoliłem brodę, wąsy i ogoliłem łepetynę. O mały włos z rozpędu ogoliłbym i nogi, jednak w porę otrzeźwiałem. Spojrzałem w lustro, z którego patrzył na mnie nagi i łysy przystojniak, oczywiście oceniając od szyi w górę. Reszta ciała nadal należała do zapadniętego i zarośniętego cherlaka, który wyczynowo uprawia jeden sport: surfowanie. Po internecie.
Włożyłem garnitur i zachciało mi się płakać na swój widok. Już lepiej byłoby ubrać stracha na wróble i posłać go na spotkanie. Niestety, nie miałem niczego innego pod ręką, a na zakupy nie było czasu. Dochodziła ósma, a na dziewiątą umówiłem się z rodziną Gawriłowiczów.
Na śniadanie wypiłem herbatę, bo tylko na nią zdołałem się odważyć. Z moją kondycją było już całkiem nieźle, jednak wolałem nie igrać z rozkapryszonym żołądkiem. O ósmej czterdzieści pięć wybiegłem z domu, po drodze chwytając teczkę z dokumentami, przygotowaną dzień wcześniej, kluczyki od samochodu, płaszcz i butelkę wody. Drzwi od mieszkania zamknęły się za mną same. Podziękowałem w myślach za technikę, która pozwala na szybkie wyjście z domu bez konieczności dłubania kluczem w zamku. Przy wchodzeniu wystarczy przyłożyć do czytnika palec i oko, a skaner odczytuje linie papilarne i siatkówkę i po potwierdzeniu danych otwiera drzwi. Zabezpieczenie rodem ze Star Treka, ale tak się dzieje, jak człowiek naogląda się za dużo filmów SF, a do tego nie ma co zrobić z pieniędzmi. Nie sądziłem, żeby ktokolwiek na świecie miał podobne zabezpieczenia w zwykłym mieszkaniu, i byłem z tego cholernie dumny.
Zaparkowany przed domem rolls-royce lśnił wypucowaną karoserią. Granatowa bryka należała do szczęśliwca, którym byłem ja. Zazwyczaj trzymałem ją w garażu, jednak kilka dni wcześniej poprosiłem męża pani Joli, która raz w tygodniu sprzątała moje mieszkanie, o odstawienie auta do myjni. Ucieszył się jak dziecko z możliwości poprowadzenia samochodu i zarobienia kilkunastu złotych. Spisał się na medal.
Nie za bardzo bałem się o auto, zostawiając je przed domem. Mieszkałem w Redykajnach, spokojnej dzielnicy na skraju Olsztyna. Otaczały ją lasy i jeziora. Niewielki blok, w którym kupiłem mieszkanie, okazał się jedynym tego rodzaju budynkiem; reszta osiedla składała się z jednorodzinnych domków. Blok został oddany do użytku kilka miesięcy temu, a że standard mieszkań i ceny były wysokie, to sąsiadów miałem niewielu; większość miła i ustatkowana. Drogie samochody na podwórkach, oddzielne wejścia do mieszkań i ogródki, piękne fontanny. Okolica, w której postanowiłem żyć, zdawała się bezpieczna.
Samochodu nie prowadziłem od roku, ale podobno tego się nie zapomina. Powtarzałem sobie, że to jak z jazdą na rowerze, mówieniem czy oddychaniem. Usiadłem za kierownicą, złapałem drążek skrzyni biegów i stwierdziłem, że nie mam pojęcia, z której strony jest gaz, z której hamulec i sprzęgło.
Jak można to zapomnieć? - pytałem w myślach. - No jak?!
Zamknąłem oczy i na spokojnie przypomniałem sobie, co gdzie się znajduje. Właściwie zajęło mi to kilka sekund, bo w rzeczywistości wszystko pamiętałem, a chwilowa pustka w głowie pojawiła się bardziej ze stresu niż długiej przerwy w prowadzeniu. Zapaliłem silnik i z piskiem opon ruszyłem przed siebie.
To było wrażenie - czuć wiatr we włosach (tych, które rano ogoliłem?) i ścigać się z innymi. Przypomniałem sobie, co to korki, czym jest zielona i czerwona fala, chociaż tej pierwszej w Olsztynie raczej nie uświadczysz. Jechałem w stronę centrum, sunąc dziurawymi ulicami; mijałem nowe ronda i sklepy. Siedząc w mieszkaniu, miałem wrażenie, że miasto tak jak ja pogrążone jest w smutku i bezczynności. Myślałem, że nic się nie zmieni, ulice i budynki będą takie, jakimi je zapamiętałem. W głębi duszy chciałem, żeby tak było, żeby życie zamarło i nie uciekało mi przez palce, kiedy siedziałem biernie i płakałem. Byłem samolubny. No i myliłem się - wiele się zmieniło. Pojawiły się place, nowe dzielnice, drogi; patrzyłem na miejsca, których nie poznawałem.
Ulice w mieście mają swoje niepowtarzalne historie. Niestety, większość tych, które się zapamiętuje, to opowieści o śmierci. Gdybym poprosił kogokolwiek o opisanie dziejów ulicy Bałtyckiej, którą właśnie jechałem, zostałbym zbyty mamrotaniem i półsłówkami. Nawet gdybym zagadał do stałego jej bywalca, pana Janka spod sklepu, z nosem wielkim i czerwonym jak światła sygnalizacji - pana Janka, który uwielbia opowiadać, chociaż rzadko ma słuchaczy - zobaczyłbym tylko iskierkę podekscytowania w jego oczach. W jego głowie było wiele historii związanych z ulicą teoretycznie prowadzącą nad Bałtyk, jednak ognik zgasłby, zastąpiony na powrót pijacką mętnością źrenic, ponieważ pan Janek przypomniałby sobie o bólu, jakim obdarzyła jego i innych mieszkańców ruchliwa droga, przy której krawężnikach przepijał właśnie swoje życie. Obrazy w Jankowej głowie ukazywały krwawy wypadek, gdy niebieskie audi A6 wyprzedzało na podwójnej ciągłej autobus zwalniający przed pasami. Na przejściu dla pieszych właśnie pojawił się Michałek niosący w siatce zakupy na zupę pomidorową, o które prosiła go mama, a prosiła, bo jego tato - pan Janek - wracając zmęczony po pracy, zapomniał je zrobić. Niebieskie audi A6 wpadło na chłopaka, a przerażenie w oczach młodego kierowcy prawie odbiło się na szybie, kiedy rozbijała ją jego głowa. Małżeństwo starające się o dziecko, które jechało z naprzeciwka zielonym cinquecento, właśnie rozmawiało o tym, co upiec na grillu. Mąż patrzył na żonę o sekundę za długo - zagapił się, a mógłby jeszcze skręcić na chodnik przed jadącym na nich audi i lecącym w ich stronę Michałkiem...
Wszyscy zginęli na miejscu.
Pan Janek nie opowiedziałby mi tej historii. Nie usłyszałbym nic od nikogo, bo o takich i podobnych zdarzeniach ludzie nie chcą rozmawiać. Ulice są pełne milczących opowieści.
Skręciłem w aleję Roberta Schumana, którą przejechałem szybko, na co w końcu pozwolił mi brak dziur, korków i dwupasmowa jezdnia (jedna z nielicznych tego typu w mieście). Następnie wjechałem w ulicę Armii Krajowej mającą na swoim koncie pewnie więcej ofiar niż wojna w Afganistanie. Stamtąd już tylko Obrońców Tobruku, Sikorskiego i docelowa ulica Jarocka. Za oknem przewijał się krajobraz rozbudzonego miasta: ludzie w pełnym słońcu podążali swoimi ścieżkami, a samochody pędziły po czarnych żyłach aglomeracji. Całą drogę przez otwartą szybę dochodził do moich uszu umiarkowany hałas; głosy ludzi, szum drzew i jeziora, pisk opon, warkot silników i świergot ptaków - tętno Olsztyna. Poczułem, że mogę zacząć żyć na nowo...
Przed dom zajechałem po kilku minutach i nawet obeszło się bez mandatu. Zaparkowałem koło zielonego zardzewiałego busa. Jego karoseria tęskniła za złomowiskiem i byłem pewny, że data na silniku zgadzała się z datą końca komunizmu w Polsce. Powinien pójść w ślady ustroju i pozwolić, żeby szlag go trafił.
- Dzień dobry! - krzyknąłem w stronę rodziny stojącej przed furtką, gdy tylko wysiadłem z samochodu. - Państwo Gawriłowicze?
- Da! - odpowiedziała pulchna kobieta w chustce.
Na rękach trzymała małego chłopca ubrudzonego czekoladą. W zasadzie cała piątka dzieciaków, mniej więcej w wieku od dwóch do siedmiu lat, była brudna i zaniedbana. A może mi się tylko wydawało? Wyglądały na przestraszone i zaciekawione moją osobą, lecz mimo to wszystkie się uśmiechały.
- Ja panu dzwonił - odezwał się mężczyzna o złotych zębach i bujnym zaroście. - Pamięta?
- Tak, oczywiście. - Poprawiłem krawat i poczułem się jak błazen.
Rodzina wyglądała ubogo i swojsko. Nosili gumiaki, spodnie dresowe, podkoszulki, a kobiety mimo upału wyciągnięte wełniane swetry. Pasowałem do nich jak skarpetki do sandałów. Zrobiło mi się żal tych rosyjskich imigrantów. Pomyślałem, że jeśli komukolwiek mam sprzedać dom, to właśnie im. No i właściwie nie sprzedać, tylko oddać, ponieważ pozbywałem się go za śmieszną, symboliczną sumę.
- Są państwo gotowi na oglądanie? - zapytałem.
Babka stojąca przy matce zawołała coś w swoim języku, a reszta przytaknęła. W duchu marzyłem o zupełnie innej odpowiedzi. Wcale nie chciałem wchodzić do środka.
Wziąłem dwa głębokie wdechy i ruszyłem przodem. W teczce z dokumentami miałem klucze do posesji i domu, jednak okazały się zbyteczne - furtka była wyłamana. Dawno tu nie zaglądałem, więc się zdziwiłem. Młodociani wandale często rozwalali puste budynki, jednak ja się zabezpieczyłem - alarm oraz cotygodniowa inspekcja Solid Security miały chronić przed kradzieżami i dewastacją. Jak się okazało, nie do końca chroniły. Odwróciłem się w stronę Gawriłowiczów z przepraszającym uśmiechem, jednak rodzina zdawała się w ogóle nie interesować furtką. Wlepiali wzrok w dom, jakby był zbudowany ze złota.
Na widok ogrodu poczułem ucisk w brzuchu. Miałem wrażenie, jakby coś próbowało się wydostać z mojego wnętrza. Skurcz jelit, ból żołądka, zwężenie krtani... ledwo mogłem oddychać. W końcu mu się udało - szloch wyrwał się z mojego ciała. Łzy popłynęły po policzkach.
Na szczęście szedłem z przodu i nikt tego nie zauważył.
Pamiętałem, jak Madzia w ciepłe wiosenne dni, gdy tylko stopniał ostatni śnieg, wychodziła na dwór w roboczych rękawicach i dresie, aby pielęgnować ogród. Wkładała w niego dużo pracy i zawzięcie doprowadzała rabaty do porządku. Starała się, aby każdego lata otoczenie domu zmieniało odrobinę wygląd. Wprowadzała inne odmiany i kolory kwiatów, inaczej przycinała drzewa, rozkopywała trawnik, by tworzyć dróżki z drobnych kamieni, właściwie malutkie labirynty, których kształt zależał od jej nastroju. Gdy stanąłem na zarośniętym trawniku i zobaczyłem zdziczałe jabłonie, zachwaszczone kępy kwiatów, zrytą przez krety ziemię, zrozumiałem, że Magdalena Małgorzata Bejnar odeszła na zawsze.
Przetarłem chusteczką oczy, udając, że wycieram nos. Przystanąłem przed drzwiami i powoli, szukając odpowiedniego klucza, oddychałem głęboko. Musiałem się uspokoić, wziąć w garść.
Otworzyłem dom i odwróciłem się do rodziny.
- Zapraszam.
Nic nie odpowiedzieli, tylko jak zahipnotyzowani weszli do środka.
Zapaliłem światło w przedpokoju, z którego wchodziło się do kuchni, salonu, łazienki i na pierwsze piętro. Babka Gawriłowiczowa przeżegnała się kilka razy lewą ręką i plunęła za siebie na podłogę. Nie skomentowałem tego. Zafascynowany przyglądałem się obrazom, rzeźbom, ogromnemu żyrandolowi, który zajmował cały sufit, i czerwonemu dywanowi prowadzącemu do schodów na piętro, niczym z hollywoodzkich pokazów filmowych. Zapomniałem, że Magda uwielbiała szokować. Każdy, kto wchodził do domu, miał oniemieć z zachwytu. Moja żona zaczerpnęła ten pomysł z barokowych kościołów, których ogromny przepych pokazywał wiernym wielkość ich Boga. Oczywiście w rzeczywistości miało się to nijak do wspaniałości gospodarza, jednak na wchodzących robiło wrażenie. Dom będzie w sam raz dla tej rodziny - pomyślałem, przyglądając się twarzom Rosjan. - Dla nas był za duży, nawet przy planowanej dwójce dzieci. Ogromny salon, wielka kuchnia, trzy łazienki, sypialnia, sześć pokoi. Będzie im tu dobrze.
Nieważne, ile setek tysięcy kosztowała działka i budynek. Oddawałem je za darmo, by pozbyć się wspomnień, bólu i pomóc ubogim. I tak miałem zamiar im jeszcze pomagać - sami tego nie utrzymają. Oczywiście nie wiedzieli o tym. Byli przekonani, że kupują mieszkanie po atrakcyjnej cenie, że trafiła im się wielka okazja. Dowiedziałem się o nich od mojego przyjaciela Marka, który pracował w opiece społecznej i zajmował się tą rodziną. Opowiedział, jak uciekli z Rosji do Polski. Zaproponowałem mu cichą pomoc.
- Robi wrażenie, prawda? - zapytałem.
- Priekrasnyj! - odpowiedziała kobieta, po czym postawiła dwulatka na podłodze.
Dzieci momentalnie rozpierzchły się po całym domu, krzycząc i śmiejąc się. Rodzice nawet nie starali się nad nimi zapanować, spojrzeli tylko na mnie pytająco. Uśmiechnąłem się.
Zwiedziliśmy pozostałe pomieszczenia. Zaprojektowane przez Magdę w stylach, których nazw nigdy nie potrafiłem zapamiętać. W każdym razie wszystko do siebie pasowało. Pokoje były jak Madzia: subtelne i pełne wdzięku lub kontrowersyjne i ostre, jak chociażby nasza sypialnia, gdzie w ścianie wyrzeźbiona została wielka dupa albo główka penisa, w zależności od tego, jak na nią spojrzeć. W pewnym momencie stara, popękana jak zeschnięta ziemia Rosjanka złapała mnie za rękę i zaczęła ją całować, płacząc przy tym ze szczęścia. Próbowałem się wyrwać, lecz nie dawała za wygraną. W końcu to ja się poddałem i pozwoliłem jej na tę poufałość. Poczułem nawet zadowolenie.
- No dobrze... - zacząłem i delikatnie, lecz stanowczo wyrwałem dłoń z uścisku babki. - To ja zostawię państwu papiery, niech się państwo zapoznają, a jutro przyjadę i na spokojnie podpiszemy umowę. Zgadzają się państwo?
- Da! Pan szczedryj, dom priekrasnyj. Dziękujemy - odpowiedział mężczyzna i uścisnęliśmy sobie ręce.
Zostawiłem dokumenty na stole w kuchni, pożegnałem się i wyszedłem, cicho zamykając za sobą drzwi. Przywitał mnie ciepły powiew powietrza, promienie słońca dodały otuchy. Nadszedł dzień zmian, na który wreszcie byłem gotowy - pogodziłem się ze śmiercią Magdy. Dla mnie odeszła na zawsze.
Wsiadłem do rolls-royce'a, włączyłem płytę Black Sabbath i odjechałem w stronę budynku AB Corporation. Wracałem do pracy. Skąd mogłem wiedzieć, że wszystko potoczy się inaczej?