Chaos
Jeśli dano by mi sztandar do ręki i postawiono na ruinach własnego życia, mógłbym uchodzić za pomnik rewolucjonisty. Nie znam człowieka bardziej zbuntowanego od samego siebie. Im bardziej próbowano mnie złamać, tym mocniej zaciskałem zęby, by udowodnić światu, że się myli, że nie ma racji w tym, co dla mnie zaplanował.
Być może wyszło z tego coś dobrego, jeśli chodzi o "elementy martwe". Jeśli jednak spojrzę na etapy swojego życia, to bardziej uśmiercałem samego siebie, niż budowałem przyszłość. Każda próba udowodnienia mi, że jestem bezwartościowy, kończyła się tym, że w planach na przyszłość budowałem własną wartość.
Dziś wiem, że każda rewolucja - tak jak się zaczyna - tak musi się skończyć. A zazwyczaj kończy się źle. W moim przypadku nie ma niczego, co mogłoby obalić tę tezę. Nie dramatyzuję jednak, bo wszystkie te lata potykania się o własne błędy i walki z wiatrakami doprowadziły mnie aż tutaj. Być może gdyby nie te doświadczenia, które rodziły we mnie chęć obalenia cudzego planu na moje życie, nie rozwinąłbym swojej wrażliwości na świat.
Pewnie trudno jest komuś zrozumieć, ile siły rodzi się w cierpieniu, jeśli sam nie doświadczył na sobie prób zniszczenia psychiki małego dziecka w imię własnej wygody. Wielu znanych psychologów twierdzi, że dziecko, które doznaje krzywdy ze strony rodzica, nie przestaje go kochać - przestaje kochać siebie. W moim przypadku historia potoczyła się inaczej. Czy przestałem kochać? Trudno mi odpowiedzieć. Raczej nie, choć strach nie był dla mnie motorem napędowym miłości. Bardziej szukałem akceptacji, zrozumienia, oparcia i sprawiedliwości. To raczej stało się motywacją, by osiągnąć coś w życiu, by być zauważonym i w pełni zaakceptowanym.
Miłość? Cóż - ciężko mówić o czymś, czego nie widziało się ze strony matki i nie miało się nikogo, kto mógłby pokazać, czym ona jest. Owszem, była w tym wszystkim jedna kobieta, która okazywała mi pełną czułość i chroniła mnie jak mogła - moja prywatna, ukochana Babcia. Jej miłość jednak należała do tych twardych jak głaz, ale to dzięki niej przetrwałem bałagan zwany dzieciństwem. Dziś wiem, że to od niej mam w sercu to, co posiadam, i że genetycznie oraz emocjonalnie zostałem "zmodyfikowany". Brzmi futurystycznie, ale jest to zjawisko całkowicie przyziemne.
Należę do osób wysoko wrażliwych, a co za tym idzie - moje zmysły, czy tego chcę, czy nie, są bardziej wyczulone i przez to bardziej narażone. Jako osoba wrażliwa, odczuwająca bodźce ze szczególnym okrucieństwem dla siebie, przeżywałem emocje bardzo głęboko. Moje wczesne życie opierało się głównie na niezrozumieniu świata i zamykaniu się na czynniki zewnętrzne - towarzystwo szkolne czy pozaszkolne. Nie mając świadomości, co się ze mną dzieje i jak pracować sam ze sobą, stałem się chaotycznym osobnikiem - z jednej strony geniuszem, który potrafił nauczyć się całego materiału szkolnego w jedną noc, z drugiej - roztrzepanym chłopakiem, który nie ogarnia niczego.
Czasem potrzebowałem kilku bodźców zewnętrznych, które odciągałyby moją uwagę od bezsensownych myśli robiących rodeo w głowie. Innym razem wszystko mnie męczyło i potrzebowałem ciszy, by móc zrobić cokolwiek.
I tak ciągnęło się to wszystko przez większość mojego życia - raz chaos, raz ucieczka w ciszę, raz rozgardiasz, a następnym razem samotność bez dźwięków. Nie wiem, czy jestem w stanie opisać, które doznania były dla mnie lepsze, ale jestem w stanie jasno określić, że lepszy hałas niż ból, który przyszedł z wiekiem.
Jak człowiek dojrzewa nieposkładany, tak nieposkładany wkracza w dorosłe życie. Zagubienie i bezradność towarzyszyły mi co dnia, ciągle utwierdzając mnie w przekonaniu, że bez przeżycia dzieciństwa nie da się być dorosłym w dorosłym życiu. Nieporadność stała się moim drugim imieniem, które krzyczało wręcz na każdym zakręcie mojej drogi. A zakrętów było tak wiele, jak wiele było zmian, które miały dawać mi nowy start i nowy początek.
Paradoksalnie, człowiek, kiedy ucieka przed samym sobą, staje się postacią uważaną za pewną siebie i dojrzałą. Uciekałem z jednego towarzystwa w drugie, gdy tylko kończyły mi się historie, które mogłem opowiadać, i nastawał czas, kiedy powoli stawałem się własną prawdziwą wersją siebie.
To, co powoduje stres w człowieku w nowym otoczeniu, nazywane jest potocznie gadulstwem, a w bardziej intelektualnym wyrazie - słowotokiem. Wypowiadane słowa z prędkością wydychanego powietrza piętrzyły się na moich ustach niczym wodospad dziwnych treści nikomu sensownie niepotrzebnych. Nosiły one znamiona otwartości, pewności siebie, czystej królewskiej zajebistości, gdy w rzeczywistości były tylko ochroną własnych granic bezradnego człowieka. Większość rzeczy i spraw na tym świecie to czysty paradoks.
To, co mnie chroniło przed innymi i stało się moją siłą, w rzeczywistości było tylko obroną przed rozpoznaniem stanu rzeczywistego mojej osoby. Rodziło to też pewnego rodzaju konflikty. Ta forma obrony działała tylko do chwili, w której wydostawały się z mojej głębi uczucia wyższe. Niestety powodowały one szybki powrót do ustawień fabrycznych, w których moja osobista prezencja była już daleko w tyle za ściśle przyjętą normą społeczną.
To, co było moją maską, stało się moim przekleństwem, ponieważ kobiety pragnęły jej bardziej od tego, co skrywało się pod nią. Nie mogłem zatem poradzić sobie ani z ciszą, ani z hałasem, który wytwarzał mój wewnętrzny konflikt o bycie sobą.
Być może mógłbym trwać wieczność w iluzji tego chaosu. Stworzyć z niego niekończącą się opowieść, na tyle długą, że sam zacząłbym wierzyć w to, iż potrafię być nieskazitelnie idealny wśród tłumu. Niestety moje wewnętrzne ja było zbyt silne i zbyt zranione, aby nie próbowało choćby resztką sił wydostać się na zewnątrz i odnaleźć akceptację.
Nie pozostawało mi więc nic innego, jak przegrać z jednym i z drugim, znajdując środek, który nie wnosił do mojego życia nic prócz pogrążania się w otchłań beznadziei, jednocześnie godząc dobra cielesne z możliwością utajnienia tego, co we mnie najważniejsze. Wyzbyłem się komunikowania uczuć, wyzbyłem się na tyle, że zacząłem w to grać na poważnie - stając się tym, kim inni chcieli, bym był, i odkładając samego siebie na potem, które kiedyś miało nadejść.
Chaos mnie przezwyciężył. Doprowadził do tego, że zmęczony własną drogą pod górę, popłynąłem z nurtem, oddając się światu i zapominając o swoich pragnieniach. Poszedłem w ciemno, nie znając kierunku, dokąd podążam, za cenę tego, czego w swoim wydaniu nie potrafiłem osiągnąć. Nie wiedziałem, że człowiek taki jak ja, który żyje dla uczuć i uczuciami, potrafi się na tyle wyłączyć, żeby nie czuć nic.
Było mi wygodnie. Codziennie na nowo tłumaczyłem sobie, że tak trzeba, że taki jest świat i że gdzieniegdzie w swoim kalendarzu znajdę chwilę na to, by powrócić do korzeni i dać sobie trochę przestrzeni na ciszę i spokój.
Jak to bywa jednak w życiu - jeśli nie znasz reguł gry, to będziesz przegrywać i nic tego nie zmieni. Przegrywałem, przegrywałem tak bardzo, że z każdą możliwą chwilą uciekałem gdzie tylko się da, aby nie patrzeć na siebie w lustrze. Uciekałem w pracę, uciekałem w zajęcia pozalekcyjne, gdzie tylko była możliwość i kiedy tylko pozwalał mi na to czas. Być może gdzieś można by to poukładać, lecz problem polegał na tym, że wpadałem z jednego chaosu w drugi.
Niestety, jeśli baran dostanie się między wilki, to choćby nie wiem jakie przebranie zastosował, w którymś momencie zostanie zjedzony. I tak życie pożerało mnie kawałek po kawałku, do tego stopnia, że stawałem się coraz bardziej zmęczony i zrezygnowany z bycia dla siebie, oddając jednocześnie siebie na poczet zachcianek innych.
Łatwiej było mi przyznawać rację i iść w stronę wąskiego tunelu, w którym jedyne światełko, jakie się pojawiało, to jadący naprzeciwko pociąg. Chaos towarzyszył mi nie tylko na zewnątrz, nie tylko w drodze tzw. kariery, lecz także w moich emocjonalnych odczuciach. Pożerał mnie powoli z zewnątrz i od środka, powodując zmęczenie tak wielkie, że przestałem się interesować, czy nadal trwa, czy już gdzieś zaginął.
Nie wiem, czy istnieje coś gorszego od tego niż zgubienie własnego ja, zatracenie siebie i oddanie się całkowicie temu, co narzuca obowiązek bycia żywym w martwym dla Ciebie świecie.
I znów pojawił się paradoks - im więcej tego hałasu znosiłem, im bardziej poddawałem się temu, co działo się bez mojej zgody, tym większy spokój uzyskiwałem. Byłoby to genialnym rozwiązaniem, gdyby dzięki odpuszczeniu sobie i dopuszczeniu innych do zarządzania moim życiem można było uzyskać całkowite wyciszenie. Nic takiego się jednak nie stało. Wręcz przeciwnie - im bardziej uzyskiwałem spokój, tym bardziej ktoś chciał mi go zakłócić.
W życiu trzeba się liczyć z tym, że jeśli dopuści się rozgardiasz do swojego planu na życie, to on nie odpuści, dopóki nie przejdzie jak tornado, rujnując wszystko. Gdy tylko osiąga swój sukces, zaraz znajduje nową drogę do destrukcji. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak godzić się na wszystko, tym bardziej że moje zmęczenie psychiczne odzwierciedlało wymęczenie ciała, które rzucało się już na oczy z daleka.
Czekając tak na finał, który z góry przesądzony był na tragiczny element tej układanki, ratowałem resztkami sił swoje życie, by nie stracić go fizycznie, bo psychicznie praktycznie na tamtą chwilę już nie istniało.
To wszystko było potężną lekcją dla mnie. Szkoda tylko, że jeszcze bez wyciągniętych wniosków na przyszłość, bez refleksji, bez odstępu czasowego w podejmowaniu decyzji i bez zrozumienia, że aby osiągnąć spokój, najpierw trzeba się go nauczyć. Jak to bywa w takich sytuacjach - jeśli nie masz skąd wziąć przykładu, mądre myśli pozostaną tylko myślą, a czyn - czynem bez myśli.
Sam upadek nie gwarantuje, że człowiek się podniesie, że wstanie na dwóch nogach i przestanie się potykać. Jeśli nie ma się czego złapać, jeśli nie ma punktu oparcia, pozostaje jedynie turlanie się, udawanie, że liczy stokrotki na łące. W ciszy nie chodzi o brak głosu, lecz o przestrzeń na niego i pozwolenie sobie, by mógł w niej trwać.
Nic nie dało mi samo przeżycie, samo niepoddanie się - choć zapłaciłem za to tak potężną cenę, że potrzebny byłby geniusz matematyczny życia, by móc ją zliczyć. Jeśli człowiek nie zrozumie, że nauka wymaga czasu, zmiana książek nic nie da. Choć okładki bywają różne, a słowa docierają na swój sposób, to człowiek ślepy - bez okularów - i tak nic nie zrozumie.
Paradoksalnie, nie znając się na uzdrawianiu siebie, potrafiłem uzdrawiać wszystkich wokół. Posiadałem wiedzę, czego nie robić, do czego nie dopuszczać w życiu, jednocześnie pakując własne życie w te same pułapki i powtarzając schematy kropla po kropli. Byłem geniuszem niezdarności życiowej i mistrzem pakowania się w tarapaty, w imię zasady: "odpuść, a dany Ci będzie spokój" - spokój, który nie zna ceny, a za który przychodziło mi płacić słono.
Czas inny, miejsce inne, ludzie inni - a ja ciągle ten sam, z tą samą skłonnością do doklejania własnego ja, by udawać, że odnalazłem to, co zgubiłem. To jak ze skarpetkami w praniu: znajdziesz jedną, ale bez drugiej i tak w nich nie pochodzisz.
Wszystko, to co mnie dotyczy, mieszka we mnie.
To we mnie budzą się lęki i strach,
To we mnie rodzi się niepokój i chaos,
To we mnie powstają wszystkie emocje.
Wszystko staje się takie, jak to interpretuję.
To ode mnie zależy, jak przeżywam chwile,
Decyduję też o sposobie, w jaki żyję,
Bo to ja jestem sterem własnego okrętu.
Do mnie należy zadbać o samego siebie.
Do mnie należy pokochać się bezwarunkowo,
Do mnie należy uzdrowić swoje ego,
Bo to ja jestem odpowiedzialny za wszystko.
Zrozumiałem to podczas swojej długiej wędrówki,
ale droga moja jeszcze nie dobiegła końca.
Wszystko, na mej drodze było drogowskazem,
a Mapa do szczęśliwego życia była cały czas we mnie.
Nic mi się nie należy, dlatego mogę mieć wszystko
Zdanie, z którym przyszło mi się oswoić, a wymagało to ogromnego wysiłku. Słowa te wywoływały u mnie skurcze jelit i uniemożliwiały nawet przełknięcie śliny, nie mówiąc już o ich wypowiadaniu na głos przez długi czas. Od dziecka byłem uczony, że nic mi się w życiu nie należy i to tylko z powodu samego istnienia. Wychowany w rodzinie, gdzie rodzic cierpiał na zaburzenia narcystyczne, odczuwałem silną potrzebę ucieczki i chęć udowodnienia światu, że osiągnę wszystko.
Szukałem tego, co mi się należy, rozdając siebie na prawo i lewo, oczekując, że inni zrobią to samo dla mnie. Moja dziecięca trauma - czyli odbieranie mi wszystkiego, od oszczędności po prezenty - wzbudzała we mnie pragnienie szybkiego puszczania w obieg zarówno finansów, jak i rzeczy materialnych. Jednak rozdawanie ich w oczekiwaniu na wdzięczność nie przynosiło uznania. Wręcz przeciwnie, tworzyło obraz człowieka, od którego można brać bez potrzeby rewanżu.
Trudno oswoić myśl, że to, co niszczy człowieka, może go również ocalić. Zrozumienie przychodzi stopniowo. Czasem, po wielu próbach udowadniania sobie, że nastąpi przełom, on nadal nie następuje. Popełniając te same błędy i szukając winy wszędzie, nie osiągniemy nic. Trzeba spojrzeć szerzej na problem i znaleźć jego rozwiązanie.
Wszystko zaczyna się i kończy we mnie. W życiu nic mi się nie należy. Kompletnie nic. I właśnie dlatego mogę mieć wszystko. Moje życie nie zależy od innych, ani od tego, co dostanę czy też czym zostanę obdarowany. Moje życie to moje życie i tylko ja mogę o nie zadbać. To jak zrzucenie z siebie ubrań przed kąpielą. Po oczyszczeniu się z oczekiwań mogę odziać się w czyste, pachnące materiały, które budują poprawne istnienie.
Potrafię dać sobie naprawdę wiele i tylko ja wiem, czego na ten moment potrzebuję i co czuję. Zrozumienie tego otworzyło przede mną drogę do działania. Mogłem zacząć, nie cofać się i nie zrzucać już niczego na barki tego, co nie jest za mnie odpowiedzialne. Świadomość, że wszystko, co mam i mogę mieć, zależy wyłącznie ode mnie, uwolniła mnie od wielu złych dróg, którymi wcześniej podążałem. Setki neonowych haseł, które wypełniały moje dni, nagle zgasły. A w mroku pojawiło się małe, ale znaczące światełko nadziei.
Czasem trzeba na siłę pozbyć się złudzeń i odrzucić wszystko, co hamuje rozwój, aby odkryć w sobie prawdy, które na pierwszy rzut oka bywają bolesne. Łatwiej przyjąć teorię, że stoi się w złej kolejce, niż zrozumieć, że stanie przed zamkniętymi drzwiami nie sprawi, że się otworzą. Dopiero czas i świadomość, że chcę przejść przez te drzwi, mogą dokonać zmiany. Kiedy to dociera do człowieka, zaczyna rozumieć, że nawet jeśli drzwi są zamknięte, to można przecież je otworzyć samemu.
Jeśli nic mi się nie należy, a mogę mieć wszystko, co sam potrafię sobie zapewnić, cała koncepcja mojego życia ulega przemianie. Uwolnienie się od złudzeń i oczekiwań wyznacza nowy kierunek w moim istnieniu. Zrozumiałem, że życie nie polega na dawaniu i czekaniu na spłatę długu. To realizacja siebie w pełni, bez czekania i bez oczekiwań. To brak postoju na drodze do rozwoju. Brak przystanków, na których i tak nie zatrzymuje się żadna komunikacja. To skupienie się na własnych celach, dla siebie, bez potrzeby odgrywania roli, która nie jest mi przypisana.
Istotnym elementem w zrozumieniu tego procesu był sam mechanizm oczekiwania. Po każdej akcji spodziewałem się reakcji. Gdy jednak ta nie następowała, w moim wnętrzu rodziła się frustracja. Nie otrzymując tego, co uważałem za właściwe, pobudzałem swoje negatywne emocje do działania. Karałem siebie w imię przekonań, które nie miały już sensu. Tkwiłem w tym stanie, nie robiąc żadnego kroku naprzód. Nie rozwijałem się. Nie dążyłem do doskonalenia własnego życia, a wręcz przeciwnie - cofałem się wstecz.
Każda sytuacja, w której nie otrzymywałem nic w zamian, obniżała moje poczucie wartości. Nie tylko w moich oczach, ale też w oczach innych. Stawiając przed sobą przekonanie, że należy mi się szacunek, wdzięczność i uwaga, zapominałem o tym, że te wartości trzeba mieć w sobie. Nikt poza mną nie jest w stanie mi ich dać, jeśli sam ich nie posiadam. Od życia dostaję to, czym sam emanuję. To, co wysyłam w świat, jest informacją o tym, czego naprawdę potrzebuję. To, co wyrażam, staje się tym, czym pragnę się otaczać.
Jeśli więc oczekuję od innych tego, czego sam w sobie nie mam, mogę czekać bez końca. I tak tego nie dostanę. Ludzie szanują tych, którzy szanują siebie. Kochają tych, którzy mają w sobie miłość. Okazują wdzięczność tym, którzy jej nie oczekują. To bardzo proste i logiczne, ale trudne do prawdziwego zrozumienia.
Poproszono mnie kiedyś, abym uczynił coś dobrego dla kogoś, bez oczekiwania słowa "dziękuję". Zadanie wydawałoby się banalne, a okazało się najtrudniejszym, z jakim się mierzyłem w życiu. Za każdym razem, kiedy próbowałem cokolwiek zrobić dla kogoś, czekałem z utęsknieniem na te jedno słowo, które tak pięknie pieściło moje ego. Pomimo obietnicy wobec siebie, że nie będę niczego oczekiwał i że nic mi się nie należy, bo działam z czystego serca, nie mogłem spać po nocach, czekając na "dziękuję". Jeżeli tylko coś nie poszło tak, jak chciałem, czułem, że coś mnie od środka rozrywa. Nie potrafiłem zrozumieć, że przecież oświecony człowiek - jak wówczas myślałem o sobie - powinien podchodzić do tego zadania całkowicie na luzie, bez presji oczekiwań, i wykonać je bez mrugnięcia okiem. A jednak działo się całkowicie odwrotnie. Im bardziej się starałem, tym gorzej mi wychodziło.
Zrozumiałem problem dopiero wtedy, gdy ktoś po latach podziękował mi za coś, czego nawet nie pamiętałem. Chodziło o poświęcenie czasu i podzielenie się doświadczeniem z osobą na równorzędnym stanowisku. Sytuacja była dość nietypowa, bo tworzyła pewną konkurencję w firmie. Przeanalizowałem to dokładnie i doszedłem do wniosku, że nie oczekuję w momencie, gdy sobie to postanowię, lecz wtedy, gdy działam zgodnie z sobą. W tamtym czasie dzielenie się wiedzą było dla mnie naturalne. Moja główna koncepcja życiowa zakładała, że dobra konkurencja daje możliwość doskonalenia siebie. Tak więc zrobiłem coś, co było dla mnie jednocześnie motywacją i pomocą dla innych. Nie miałem żadnych oczekiwań, ponieważ sytuacja była całkowicie naturalna dla mnie.
Co to dla mnie dowodzi? Aby żyć bez oczekiwań, muszę w sobie odnaleźć wszystko, co daje mi poczucie radości samej w sobie. Jeżeli potrafię w sobie czerpać radość z pomagania, przestaję uważać, że należy mi się wdzięczność.
Wszystko, czego wcześniej oczekiwałem, dostarczam sobie samemu. Nie tracę już czasu na rozmyślanie, dlaczego ktoś mnie nie docenia i nie zauważa moich działań. Buduję w sobie poczucie własnej wartości, niezależne od opinii i reakcji innych. Nie potrzebuję poklasku, wiwatów ani pokłonów. Moja wartość opiera się na tym, co sprawia mi przyjemność. Buduję w sobie wdzięczność wobec świata, a wszystko, co mnie spotyka, staje się motywacją do dalszego rozwoju. Swoją postawę opieram na radości tworzenia, a nie na zależności od innych. Staję się powoli samospełniającą się przepowiednią o lepszym i pięknym świecie, gdzie każdy jest dobry - a to dlatego, że ja sam jestem dobry dla siebie, co udziela się innym.