1. Amerykański sen
Jest 1996 rok i właśnie wylądowałam w imponującej metropolii Nowego Jorku. Gdy tylko wysiadamy z samolotu i dotykam małymi stópkami ziemi, rzucam walizkę i żegnam się. "Grazie a Dio" - szepczę pod nosem. Podczas lotu spytałam tatę: "Jeśli samolot będzie miał wypadek, to czy wszyscy zginiemy?". Odpowiedział od niechcenia: "No ba". Reszta rejsu upłynęła na cichej modlitwie, wzrok utkwiłam w złowrogim, bezkresnym oceanie pod nami. Choć znam podstawy języka angielskiego, czuję się swobodniej, posługując się mową ojczystą. Urodziłam się we Włoszech i ostatnie kilka lat spędziłam w Saronno, małej miejscowości w prowincji Varese, gdzie miasto osobliwie przypomina pozostałości po dawnym uroczym miasteczku. Ale widzę coś więcej niż tylko kiczowate graffiti pokrywające pasteloworóżowe ściany. To mój dom.
Zamaszyste miasto, które mnie teraz otacza, nie jest mi obce. Byłam tu więcej razy, niż potrafię zliczyć. Miałam dwa miesiące, kiedy po raz pierwszy wybraliśmy się w transatlantycką podróż, by odwiedzić rodzinę mojego taty. Nawet mieszkałam tu przez jakiś czas, zanim wydarzyła się tragedia. Ale dzisiaj czuję, jakby to był mój pierwszy raz. Jak gdybym oglądała to miejsce z zupełnie nowej perspektywy. I po chaosie, który wybuchł ostatnio, to nowy początek, szansa na to, by zapomnieć o tym, co było, i spróbować zacząć od nowa.
Jest początek września, wilgoć ciężko wisi w powietrzu, przywierając do mojej skóry niczym słodki, klejący woal. Gdy tylko wychodzę na zewnątrz, uderza mnie fala zgiełku, która obezwładnia wszystkie zmysły. Ludzie mówią bardzo głośno i w ogóle nie są uprzejmi. Nieważne, czy się witają, czy każą sobie "spieprzać z drogi", muszą zrobić z tego scenę. Macham nieznajomym, którzy mnie mijają, a oni gapią się na mnie z dezorientacją i przestrachem. "Czy my się znamy?!" - pewna kobieta domaga się odpowiedzi. Tata szarpnięciem wyrywa mnie z klinczu i każe mi przestać.
Trudno będzie zerwać z tym nawykiem. Nie wyobrażam sobie minąć człowieka i nie zauważyć jego obecności, nie wspominając o tym, że to po prostu niegrzeczne. Ale nie mówię tego na głos, zachowuję obserwacje dla siebie. Tylko przytakuję, próbując ze wszystkich sił chłonąć każdy skrawek informacji, by ta zmiana była łatwiejsza. Dla niego.
Tata zatrzymuje żółtą taksówkę machnięciem ręki, jakby był czarodziejem. Wrzuca moją małą czerwoną walizkę, pękającą w szwach od spakowanego do niej najcenniejszego dobytku, do bagażnika, a ja wdrapuję się na tylne siedzenie z garbowanej skóry, popękane i zionące dymem papierosowym. Tata podaje adres, na co taksówkarz, paradujący w turbanie i okularach pilotkach, wypuszcza gęstą chmurę dymu.
- Pięćdziesiąt dolców.
- Pięćdziesiąt dolców?! - Tata przecząco kręci głową.
Gdy siedzimy w milczeniu, mijając dzielnice po drodze na Manhattan, natychmiast zauważam, że wszystkie billboardy reklamujące filmy przedstawiają broń i przemoc. Co dziwne, brakuje nagich kobiet. We Włoszech to zupełnie normalne, wystarczy podnieść wzrok na billboard, a para dużych, opalonych i nasmarowanych oliwką cycków z powodzeniem będzie sprzedawała krem do opalania o ósmej rano w styczniowy poranek.
Wszystko jest tu takie kolosalne. Niebotyczne budynki rzucają cień, który rozciąga się tak daleko, jak tylko sięga mój wzrok, tymczasem ludzie, zupełnie niepodobni do mnie, krzątają się, jakby uczestniczyli w jakimś wytwornym tańcu. Jestem prowincjonalną dziewczyną z małego miasteczka, gdzie wszystko wydaje się miniaturowe w porównaniu z tym. Ja też czuję się jak miniatura, ale wcale nie błaha. Czuję się mała, ale przynosi mi to ekscytację, tak jakby mnie należało dopiero odkryć.
Tata agresywnie wciska kciukiem pager, mamrocząc pod nosem, tymczasem opuszczam szybę w oknie i wystawiam głowę na zewnątrz. Głęboko oddycham, a ciepłe powietrze raz po raz smaga moją twarz, natychmiast rozpoznaję niepowtarzalną mieszankę prażonych orzeszków ziemnych, roztapiającego się betonu i spalin samochodowych, która wywołuje u mnie wspomnienia. Znam ten zapach. Zanim zdążę zanurzyć się w znajomej woni, tata przerywa mi i wciąga mnie do taksówki za kołnierzyk. Nie lubię, że zawsze mną dyryguje.
Jazda dłuży się w nieskończoność, samochód pełznie zakorkowanymi ulicami w godzinach szczytu. Wiercę się na tylnym siedzeniu, bawiąc się bransoletką, złotą plakietką z imieniem "Giulia", którą założono mi na nadgarstek po urodzeniu. Niezliczone pasy ulicy i przepastne morze aut przytłaczają mnie. Zbyt wiele dróg do wyboru, jak sądzę. Myśl o zgubieniu się w tym betonowym labiryncie sprawia, że ciarki przechodzą mi po plecach. Odsuwam od siebie ten pomysł i nie zwracam uwagi na to, że zaczynam czuć się mało ważna i nieistotna. Może nawet czuję się jak ciężar.
W końcu zatrzymujemy się przed gigantycznym budynkiem, zaniedbane szare cegły przyozdobiono rusztowaniem i szmaragdową markizą z dużymi wyblakłymi brązowymi literami. Szklane drzwi otwierają się i wyłania się z nich wesoły mężczyzna z wąsami.
- Javierze, to moja córka, Julia. Zostanie u mnie na jakiś czas!
Javier wyciąga dłoń i mówi:
- Hola, Hulio.
Chichoczę. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by ktoś tak wymawiał moje imię.
- Zanim zapomnę, to jest teraz twój adres, gdybyś się zgubiła. - Tata pokazuje na zielony znak z nazwą ulicy na rogu. Nim zdążę odczytać, co jest napisane, tata znika w środku. Widzę, że nie przywykł do obecności dzieci, bo ciągle biegam za nim, próbując dotrzymać mu kroku.
Gdy jesteśmy w budynku, tata wzywa windę, ale po kilku sekundach czekania niecierpliwi się i prowadzi mnie po schodach przeciwpożarowych. Idę za nim do góry, a potem długim wietrznym korytarzem aż do mieszkania 2F. Tata nie przekręca klucza w zamku, tylko od razu otwiera drzwi na oścież i woła:
- Jesteśmy w domu!
Zszokowana pytam go:
- Nie zamykasz drzwi na klucz?
Wzrusza ramionami i odpowiada:
- Nie trzymamy tu niczego cennego.
A co ze mną? - myślę sobie.
Dziadek we Włoszech zamykał o zachodzie słońca każdy otwór naszego mieszkanka na zamek i zasuwkę, choć z pewnością też nie trzymaliśmy tam niczego "cennego".
Nie do końca ufam tacie, ale nie mam wyboru. Przyjmuję jego odpowiedź i natychmiast skupiam się na swoim nowiutkim domu.
Pomieszczenie jest przykryte folią, zabezpieczającą meble przed ochlapaniem farbą. Zapach farby jest przemożny, ale promienie słońca sączące się przez okna wypełniają wnętrze ciepłem.
Tata oprowadza mnie po domu, pękając z dumy.
Nie jest bardzo duży, ale mnie wydaje się ogromny. Nigdy wcześniej nie mieszkałam gdzieś, gdzie był korytarz. Gdy dochodzimy na jego koniec, tata ogłasza:
- Najlepsze zostawiłem na koniec... Twój własny pokój!
Otwiera drzwi, a w środku mężczyzna w berecie, usadowiony na szczycie drabiny, nonszalancko maluje chmury na suficie!
Otwieram szeroko oczy, rumieniec występuje mi na policzki. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Nie widziałam niczego bardziej wyszukanego w całym swoim życiu! Choć głównie nie posiadam się z radości, że w końcu mam swój pokój, jak inne dzieciaki w telewizji.
U dziadka nigdy nie zaznałam luksusu odosobnienia. Właściwie nigdy nie byłam sama. Dosłownie żyliśmy sobie na głowie, stłoczeni w małym dwupokojowym mieszkaniu, w którym wychowała się moja mama. Razem z bratem zajmowaliśmy ten sam salon co dziadek, a kiedy nasza mama była z nami, brat spał razem z nią na rozkładanej kanapie w jej pokoju. Ale ona rzadko bywała w domu przed porą do spania. Kiedy zegar wybijał północ, a ona nadal nie wróciła, gorączkowo wykręcałam numer jej komórki na starym telefonie przewodowym z obrotową tarczą, aż odebrała; chciałam tylko usłyszeć jej głos i upewnić się, że żyje. Przednie światła samochodów przejeżdżających obok domu tylko pogłębiały moje rozdygotanie, gdy odprowadzałam mijające auta wzrokiem, rozpaczliwie pragnąc, by to była ona.
Była pielęgniarką, uczyła się, żeby zostać psycholożką. Nie miała grosza przy duszy, za to miała dwoje dzieci i zdrowo stukniętego ojca dzieci oddalonego o ponad półtora tysiąca kilometrów, więc nie mogę winić ją za późne powroty.
Gdy spędzaliśmy noce z dziadkiem w domu, zawsze dobrze się bawiliśmy. Robił nam zabaglione z jajek i cukru i włączał muzykę Lucia Battistiego. Prosiłam, by nagrywał mnie kamerą wideo, jak tańczyłam samodzielnie ułożone układy choreograficzne. Uwielbiał stare westerny, zawsze musiałam zaczekać, aż zacznie chrapać, po czym zmieniałam kanał i podstępnie oglądałam tandetne późnowieczorne teleturnieje. Choć mieszkanie z dziadkiem było tłoczne, to przynajmniej czułam się bezpiecznie.
Ostatnim razem, gdy trafiłam do Nowego Jorku, byliśmy bezdomni. Nie jest jasne, jak do tego doszło, ale wyraźnie pamiętam, że krążyłam między domami różnych członków rodziny i przyjaciół. Chaos, kłótnie i łzy odcisnęły się w mojej pamięci. Najgorzej było w squacie w Chinatown, gdzie ponad dwadzieścia osób nocowało na matach rozłożonych po całej podłodze. Kiedy spałam, wybuchła sprzeczka, a gdy rano się obudziłam, gęsta kałuża czegoś przypominającego krew znajdowała się na podłodze przy wejściu. Tata szybko zgarnął mnie bez słowa, odjechaliśmy jego rowerem i nigdy tam nie wróciliśmy. Nigdy też o tym nie rozmawialiśmy.
Potem zaczęliśmy nocować w różnych miejscach pracy taty. Jednym z nich była piękna kamienica na Upper West Side z łukiem nad drzwiami i kominkiem. Było około świąt Bożego Narodzenia i rodzina, do której należało mieszkanie, wyjechała na wakacje i zatrudniła tatę, by przez ten czas wykonał częściowy remont. Nie mieli pojęcia, że tata przeprowadził nas tam pierwszego dnia swojej pracy. Początkowo wszystko szło gładko, a moi rodzice nawet wieczorami tulili się na kanapie przed kominkiem, gdy na zewnątrz piętrzył się śnieg.
Nie obchodziło mnie, że teoretycznie to nie był nasz dom. Udawanie dostarczało nam tak świetnej zabawy, byłam wdzięczna, że w końcu jesteśmy wszyscy razem pod jednym dachem.
Jednak wkrótce nastrój mamy się zmienił, tak jak zawsze. Domyślam się, że życie cudzym życiem oraz przenoszenie swoich rzeczy z miejsca na miejsce nie było amerykańskim snem, o jakim marzyła. Nie mając innego wyjścia, zamieszkaliśmy na sześciometrowej żaglóweczce zadokowanej w marinie przy Siedemdziesiątej Dziewiątej Ulicy, którą tata kupił za tysiąc dolców, kiedy miał osiemnaście lat. Niestety był środek zimy, a na łódce brakowało ogrzewania lub stosownej instalacji wodociągowej, do tego kłótnie między rodzicami z dnia na dzień przybierały na sile.
Napięcie było gęste i duszące, nie dało się od niego uciec. Gwałtowne wybuchy, które dawały początek niepohamowanemu szałowi, występowały często, wówczas mama ciskała w tatę przedmiotami, które roztrzaskiwały się na kawałki lub odbijały rykoszetem niebezpiecznie blisko nas. Mój brat był za mały, by zrozumieć powody kryjące się za tymi przypływami gniewu, ale ja wiedziałam, że tata zabrał nasze paszporty i schował je przed nią. Mama przetrząsnęła każdy zakamarek łódki, szukając ich, aż załamała się i wybuchła niekontrolowanym płaczem. W szale wściekłości gwałtownie pacnęła kubek z wodą, który zleciał ze stołu, choć mój brat wcześniej podał go jej, naiwnie próbując poprawić jej samopoczucie. Woda rozpryskała się wszędzie, oblewając mojego brata i mnie. Podbiegłam do mamy, by ją pocieszyć, ale ona przegoniła mnie jak komara.
- To daj mi chociaż mój paszport! Zatrzymaj ich! - błagała we łzach.
Przekroczyła granicę swojej wytrzymałości. Nie chciała już się męczyć. Oczekiwała więcej od życia. Jako córka fryzjerki i mechanika pierwsza w rodzinie poszła na studia. Wszystko zrobiła tak, jak należało, a jednak była biedna, bezdomna, z dwojgiem dzieci w obcym mieście. Rozładowała frustrację, miotając obelgami w swojego męża. Nazwała go frajerem, porażką, spłukanym włóczęgą. Jednak on nie chciał ustąpić. Pragnął mieć rodzinę na wyciągnięcie ręki. Zapewne nie pomogło to, że ostatnim razem, gdy odwiedził nas we Włoszech, prawie nie odrywaliśmy wzroku od naszych gier, kiedy przekraczał próg. Ani to, że mój brat nazywał każdego wysokiego mężczyznę w okularach "papą". Kiedy miałam cztery lata, krążyłam między rodzicami, przekonując mamę, żeby nie płakała, i błagając tatę, by dał mi paszporty. Koniec końców powiedział mi, gdzie są, a ja szybko przekazałam to mamie. Czułam, że moim obowiązkiem jest sprawienie, by przestała płakać, ponieważ zaczynała przerażać mojego brata, który wtedy też wybuchał niekontrolowanym szlochem.
W mgnieniu oka znaleźliśmy się z powrotem w domu dziadka.
Dziadek mówi, że jest naszą mamą i naszym tatą w jednej osobie, ale jest kimś o wiele ważniejszym. Wiążemy koniec z końcem dzięki jego niedużej emeryturze i choć nie jesteśmy bogaci, to lodówka jest pełna pysznego jedzenia, dziadek rozpieszcza nas lodami, cukierkami i napojami gazowanymi. Gdy kończą się nam słodycze, wyjadamy łyżką kakao w proszku Nesquik. A gdy kończy się też to, sięgam po syrop na kaszel z szafki z lekami. Regularnie ląduję na izbie przyjęć, a wszyscy lekarze i wszystkie lekarki znają mnie po imieniu.
Lubię trafiać do szpitala. Uwielbiam zwłaszcza dostawanie zastrzyków, często proszę doktorów o więcej. Pielęgniarki żartują między sobą, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziały. Rozkoszuję się krótkim ukłuciem igły, która przebija moją skórę, oraz zadowoleniem płynącym z oglądania, jak płyn wędruje pod skórę, a spod niej tryska krew. Jasne sterylne korytarze wydzielają wyraźny zapach czystości, który wydaje mi się osobliwie kojący. Kocham się szwendać i wtykać nos w sprawy innych pacjentów i pacjentek. Ale przede wszystkim uwielbiam ciepłe, uspokajające przeświadczenie, że zaopiekują się tu mną.
Dziadek często komentuje nikłe umiejętności wychowawcze moich rodziców i trudno z nim dyskutować. Mogę policzyć na palcach jednej ręki, ile razy mama zabrała nas do kina albo na plac zabaw. Ostatnim razem siedziała z przyjaciółkami na ławce, gadając i paląc papierosa, kiedy ja jeździłam w kółko na trzykołowym rowerku. Cierpliwie czekałam, aż dopali do filtra, po czym niewinnie spytałam, czy mogłabym przydeptać niedopałek. Zamilkła na chwilę i ku mojemu zaskoczeniu podała mi wciąż palącego się papierosa. Zamiast rzucić go na ziemię, włożyłam go sobie do ust i odjechałam tak szybko, jak tylko potrafiłam, pedałując na różowym rowerku. Gdy się obróciłam, ona zwijała się ze śmiechu, nie mogąc się opanować, za to jej przyjaciółki obserwowały zajście z przerażeniem.