I
POKONAĆ SWOJĄ HISTORIĘ
Od psychoterapeuty oczekuje się tzw. neutralności: nie ma oceniać, nie ma ingerować w system wartości tych, którzy przychodzą do niego po pomoc. Ale jak tu nie być stronniczym, kiedy cierpienie jest skutkiem przemocy? Przemocy, która bywa nie od razu wyraźna i oczywista, bo dzieje się w przestrzeni rodzinnej lub duszpasterskiej. To jedno z najważniejszych i być może najtrudniejszych wyzwań, przed jakim staje terapeuta: rozumieć i być wrażliwym na problemy, z którymi zmagają się pacjenci, pomóc i ochronić ich przed złem - a z drugiej strony nie być pedagogiem, rodzicem ani sędzią.
Gra w obwinianie
(rozmawiała Agnieszka Jucewicz)
Chciałabym zacząć od poczucia winy.
Właśnie - poczucia. Bo wina i krzywda to kategorie etyczne, a tym psychoterapeuta się nie zajmuje. Przynajmniej nie powinien. Natomiast poczucie to sprawa psychologiczna.
Ale jak ja mam pani powiedzieć, co to jest?
Bywa, że jest ono uzasadnione, kiedy kogoś skrzywdziliśmy, powiedzieliśmy coś, czego żałujemy...
My, czyli kto? Są ludzie, którym ten stan jest zupełnie obcy. I tacy, którzy czują się winni na okrągło, mimo że nikomu nic złego nie uczynili. Tych pierwszych nazywa się czasem psychopatami albo socjopatami.
Jeśliby założyć, że każdy w nas ma w sobie, metaforycznie mówiąc, dziecko, dorosłego i rodzica, to poczucie winy często pojawia się pod wpływem głosu tego ostatniego. To głos, który mówi, co dobre, a co złe. Jest pełen dezaprobaty, kiedy nabroimy albo pomyślimy coś niecnego. Nie musi być głośny ani dewastujący, wystarczy, że tak sobie szemrze: "Tego nie rób", "Wstydź się".
Ten głos w zdrowych proporcjach jest potrzebny.
Ale są ludzie, którzy go nie słyszą.
Bo on jest bardzo nieprzyjemny. Freud twierdził, że poczucie winy to coś, czego ludzie za wszelką cenę będą chcieli uniknąć.
I robią to na różne sposoby. Na przykład racjonalizują: "Nie można było inaczej". Albo dysocjują: "To nie ja". Ludzie potrafią się tak rozszczepić, że ciemna strona ich duszy realizuje jakiś haniebny czyn, a im się wydaje, że to z nimi nie ma nic wspólnego.
Dziecko czasami na pytanie: "Dlaczego wylałeś zupę?", odpowiada: "Bo mnie diabeł podkusił". Dorosły też potrafi powiedzieć: "Coś mnie tak porwało!". Skoro go porwało, to przecież nie jego wina. Można także zwalić na kogoś. Albo zapomnieć. Pójść w sublimację.
W sublimację?
Na przykład ktoś ma w sobie taki agresywny impuls, że lubi zabijać. Ale gdyby go do siebie dopuścił, toby się czuł winny, więc - jakby "w zamian" - chodzi na strzelnicę albo poluje na sarny "dla zachowania równowagi ekologicznej" i myśli, że jest w porządku, bo przecież nie morduje. No, ale może lepiej polować, niż mordować.
Jak można "zdrowo" obejść się z poczuciem winy?
Poczucie winy to informacja: "Zrobiłem źle", która powinna prowadzić do pytania: "Jak teraz zrobić dobrze?".
Należałoby sprawdzić, w czym się nawaliło, gdzie i dlaczego. I na tej podstawie stworzyć system wczesnego ostrzegania czy system hamulcowy, żeby już tego nie powtarzać w przyszłości.
To rozwojowe skonsumowanie sytuacji. Niektórzy po to idą do spowiedzi.
A potem i tak robią to samo.
Jedni tak, inni nie. Dobry spowiednik zatrzyma się nad tym, dlaczego ktoś "trwa w grzechu", wciąż go powtarza. Ale my przecież nie o konfesjonale mamy mówić...
Co z tymi, którzy czują się winni na okrągło?
Ci, dla których poczucie winy jest stałą nutą? Być może regularnie słyszeli od któregoś z rodziców: "Cokolwiek tkniesz, to zepsujesz" albo "Do niczego się nie nadajesz". Zdarza się, że dziecko potem taki głos uznaje za własny i w swoim sercu zamienia go z "jesteś do niczego" na "jestem do niczego".
Ale te komunikaty nie muszą być takie wprost.
Oczywiście. Wystarczy kamienna twarz rodzica. Grymas. Brak reakcji albo milcząca obraza. Bo dziecko potrzebuje do życia - przepraszam za takie banały - bezpiecznej miłości. U Johna Bowlby'ego, twórcy teorii przywiązania, to się określa mianem bezpiecznej więzi. Jeśli tej więzi brakuje, to dziecko ma kłopot i wzrasta w poczuciu, że jest "nie OK" - jak mówi inny znany amerykański psychiatra Eric Berne.
W tej relacji, jak rozumiem, dominuje karcący sposób wychowywania.
Karcący czy odrzucający albo lekceważący.
Proszę spojrzeć, jaką piękną ustawiłem konstrukcję z tego widelczyka do ciasta i łyżeczki. Jako żywo przypomina Pałac Kultury, nie sądzi pani?
Dziecko, które w przyszłości będzie się czuć wiecznie winne, raczej nie będzie słyszeć od rodzica: "Boże, dzióbeczku, jaki ty jesteś twórczy! Sprawdź, może jeszcze jakoś inaczej uda ci się te sztućce ustawić", tylko: "Co ty, talerzyk chcesz rozbić?! Szlaban na komputer". I to będzie raczej stała reakcja na różne przejawy takiej "twórczości" niż incydentalna.
Kiedy człowiek z takim bagażem wchodzi w dorosłość, to jak się kontaktuje z innymi i ze światem?
Wciąż słyszy w sobie ten głos: "Jesteś nie OK". To nie musi być nawet wyraźnie zwerbalizowane. To może być rodzaj dyskomfortu, niezadowolenia z siebie, opór. Może nie chcieć badać świata, nie eksperymentować, trzymać się schematu, słuchać "starszego", kimkolwiek on będzie - przełożonym, naczelnikiem... Nawet jak zrobi coś dobrego, coś mu się uda, to będzie w nim tkwiło przekonanie, że jest nie taki, jak trzeba. Nie mówiąc o tym, co w nim zajdzie, kiedy usłyszy krytykę. Wtedy ta wrażliwa struna będzie grać bardzo głośno.
I potwierdzi, że na nic innego nie zasługuje.
Przed chwilą mnie pani poprosiła, żebym schował telefon, bo może się sprzęgać z dyktafonem. Gdybym miał problem z uogólnionym poczuciem winy, to mógłbym pomyśleć: "Jezu, znowu coś nie tak ułożyłem. Nie zauważyłem, że mogłem pani nagranie popsuć. Taki ze mnie głupek, że nawet nie wiem, na czym polega XXI wiek".
W skrajnej formie to będą urojenia winy i grzeszności. W głębokiej depresji często występuje taki objaw: "Potwornie zgrzeszyłem i teraz czeka mnie wieczne potępienie. Za to, co się dzieje, za całe moje życie, za wszystkie moje błędy". Ale tym już się zajmują psychiatrzy.
Wyobrażam sobie, że z nutą wiecznego poczucia winy można też w miarę dobrze funkcjonować.
Najwyżej w miarę. Choć są i tacy, którzy w poczuciu winy się rozgaszczają. I wcale nie chcą z niego wychodzić.
Alfred Adler, austriacki terapeuta, uważał, że poczucie winy to "unik i wycofanie się z działania".
A wie pani, że on swoją teorię psychoterapeutyczną oparł na obserwacji bawiących się w parku dzieci i na wątku dotyczącym instynktu mocy, tego, że człowiek potrzebuje być sprawczy, lepszy, mocniejszy? Poczucie winy, w którym się utyka, to zaprzeczenie sprawczości: "Wszystko to moja wina. No, ale taki już jestem i nic na to nie poradzę". Taka nisza.
I co w niej fajnego?
Wygodnie może być.
Przede wszystkim nie trzeba ryzykować czegoś nowego. Sprawdzać, czy dałoby się inaczej, czy można mieć jednak jakiś wpływ na rzeczywistość.
Powiedzmy, że ojciec w szkole ciągle słyszy, że syn sprawia kłopoty. I za każdym razem czuje się z tego powodu winny, ale nic w tej sprawie nie robi poza tym, że czasem powie do syna: "Nie przejmuj się. To przeze mnie. Ja chyba po prostu jestem kiepskim ojcem". A mógłby spróbować przejść do ofensywy i pomyśleć, w jakim stopniu rzeczywiście jest współodpowiedzialny za tę sytuację. Jak może synowi pomóc? Jaki ma wpływ na zmianę jego zachowania?
Mnie się wydaje, że po drugiej stronie poczucia winy jest pytanie o twórczość. Taką przez małe "t". O działanie.
To skostnienie w poczuciu winy, o którym pan mówi, przypomina mi opowiadanie wybitnego terapeuty Irvina Yaloma z jego zbioru studiów o pacjentach pt. Kat miłości. Pacjentka po czterech latach od śmierci córki wciąż tkwi w poczuciu winy, że kiedy chora na raka córeczka umierała, ona akurat usnęła. To kompletnie zasłania jej pozostałą dwójkę dzieci, synów, którzy sprawiają dużo problemów wychowawczych. Pozwala jej nie zajmować się tym, czym powinna się zająć.
Nie pamiętam tego opowiadania, ale nie wiem, czy to poczucie winy jest po to, żeby ona mogła nie zajmować się synami, czy dlatego nie zajmuje się synami, że tkwi w poczuciu winy i w depresji. Może to tzw. sprzężenie zwrotne. Kobieta zaniedbuje pozostałe dzieci, bo jest pogrążona w niedokończonej żałobie, którą trudno zakończyć, gdyż jest ona zakotwiczona w poczuciu winy. Ta wersja wydaje mi się najbardziej użyteczna, bo ostrzega przed realnym zagrożeniem wynikającym z utkwienia w takim poczuciu: inni bliscy przestają być dla mnie ważni, tak mnie ta wina pochłania.
Jak się pracuje z kimś, kto w poczuciu winy jest zasklepiony?
Mnie się podoba docieranie do różnych głosów, które w nas są. Zapytałbym kogoś takiego na przykład: "No dobrze, czujesz się bez przerwy winny. Ale jak to się stało? Bo ja nie wierzę, żeby to był twój głos. Ludzie w sposób naturalny chcą zadbać o siebie, a ten głos jest przeciwko twoim fundamentalnym interesom. Więc do kogo on tak naprawdę należy - rodzica, babci, dziadka, nawet pradziadka". Dalej można się zastanawiać: "A co byś mu chciał odpowiedzieć?", "Ile chciałbyś mu dać nad sobą władzy?" itd.
Czyli pracowałby pan nad sprawczością?
Mnie się to słowo wydaje kluczowe.
Trudność polega na tym, że osoby, które mają w sobie głos: "Jestem nie OK", często w dorosłym życiu wybierają na partnerów tych, którzy mówią do nich podobnym karcącym głosem.
Oczywiście oni zwykle nie wiedzą, że tak wybrali. To tak zwane odtworzenie. Szuka się kogoś, kto pomoże odtworzyć sytuację z dzieciństwa, na przykład relację niesforne dziecko - surowy rodzic, mając nadzieję, że w ten sposób...