Po co praktykować, gdy się wierzy? - Alain Quilici

Kup ebooka

17.00 zł
14.56 zł (14,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZEDMOWA

"Je­stem ka­to­li­kiem nie­prak­ty­ku­ją­cym", czy na­wet czę­ściej: "Je­stem wie­rzą­cym nie­prak­ty­ku­ją­cym", to sfor­mu­ło­wa­nia, któ­re wca­le nie na­le­żą dziś do rzad­ko­ści. Wie­lu lu­dzi od­naj­du­je się w tego ro­dza­ju de­kla­ra­cjach. Na­bra­ły one cech utar­tych for­muł. Prze­sta­ją nas na­wet zdu­mie­wać. Wręcz po­ra­ża­ją swo­ją ba­nal­no­ścią.

De­nis La Bal­me, jako fi­lo­zof, po­sta­no­wił roz­wa­żyć na nowo zna­cze­nie po­wyż­szych sfor­mu­ło­wań. Z lo­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia sta­wia spra­wę na­stę­pu­ją­co: czy nie ma sprzecz­no­ści w tym, że dana oso­ba uwa­ża się za wie­rzą­cą i nie­prak­ty­ku­ją­cą? Czy wia­ra i prak­ty­ki re­li­gij­ne nie są czymś nie­roz­łącz­nym? Jego wy­wód zmie­rza do re­flek­sji nad samą moż­li­wo­ścią by­cia wie­rzą­cym nie­prak­ty­ku­ją­cym. Taka jest treść pierw­szej czę­ści ni­niej­szej książ­ki. De­nis La Bal­me się­ga do źró­deł tego współ­cze­sne­go po­dej­ścia, od­wo­łu­jąc się mię­dzy in­ny­mi do my­śli Je­ana-Ja­cqu­esa Ro­us­se­au.

Ala­in Qu­ili­ci, do­mi­ni­ka­nin, au­tor wie­lu ksią­żek, nie po­zo­stał na­to­miast obo­jęt­ny wo­bec fak­tu, że prak­ty­ki re­li­gij­ne trak­to­wa­ne są jako opcja, któ­rą da się po­mi­nąć. Zbyt wie­lu wie­rzą­cych, rów­nież wie­rzą­cych ka­to­li­ków, uwa­ża wpraw­dzie wia­rę za coś istot­ne­go, lecz jej prak­ty­ko­wa­nie za spra­wę dru­go­rzęd­ną. Lu­dzie dziś - twier­dzi Ala­in Qu­ili­ci - po­win­ni od­na­leźć dro­gę do praw­dzi­we­go Po­kar­mu, do sa­me­go źró­dła Ży­cia. Jest rze­czą god­ną po­ża­ło­wa­nia, że wie­lu za­gu­bi­ło wraż­li­wość na pięk­no ce­le­bra­cji eu­cha­ry­stycz­nej. Świa­dom tego, że nie­prak­ty­ku­ją­cy ka­to­li­cy nie do­strze­ga­ją skar­bu, któ­ry jest tak bli­sko, Ala­in Qu­ili­ci OP pro­po­nu­je, żeby mó­wić, wręcz ob­wiesz­czać zna­cze­nie prak­tyk re­li­gij­nych w ży­ciu wie­rzą­cych. Jego wy­wód za­war­ty zo­stał w dru­giej czę­ści książ­ki.

Roz­wa­ża­nia obu au­to­rów wza­jem­nie się do­peł­nia­ją. De­nis La Bal­me pyta: "Czy moż­na wie­rzyć i nie prak­ty­ko­wać?", zaś Ala­in Qu­ili­ci OP sta­wia nas wo­bec kwe­stii: "Dla­cze­go prak­ty­ko­wać, gdy się wie­rzy?". Obaj uzna­li za waż­ne, by w Anek­sach, od­wo­łu­jąc się do spe­cja­li­stów, uka­zać re­la­cje za­cho­dzą­ce mię­dzy wia­rą a prak­ty­ką w in­nych re­li­giach. W ni­niej­szej książ­ce, bę­dą­cej ko­lej­nym owo­cem ich współ­pra­cy1, po­dej­mu­ją de­li­kat­ny te­mat, któ­re­go dzi­siaj nie spo­sób po­mi­nąć.

I. Porzucanie praktyk religijnych

1. Po­wszech­ny brak prak­tyk

Kim są "wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy"? Wszy­scy, któ­rzy w ten spo­sób sie­bie okre­śla­ją, po­twier­dza­ją brak prak­tyk re­li­gij­nych (w przy­pad­ku chrze­ści­ja­ni­na ozna­cza to brak mo­dli­twy, cho­dze­nia do ko­ścio­ła, uczest­nic­twa we Mszy świę­tej itd.), ale mó­wią, że wie­rzą. Uwa­ża­ją się za wie­rzą­cych, nie prak­ty­ku­jąc swej wia­ry, czy­li nie re­ali­zu­jąc jej w co­dzien­nym ży­ciu. Nie jest więc pew­ne, czy fak­tycz­nie wie­rzą. Być może za­tem nie­słusz­nie na­zy­wa­ją sie­bie ludź­mi wie­rzą­cy­mi?

Brak prak­tyk re­li­gij­nych jest sze­ro­ko roz­po­wszech­nio­nym zwy­cza­jem. Wie­lu chrze­ści­jan zo­sta­ło ochrzczo­nych, przy­stą­pi­ło do Pierw­szej Ko­mu­nii świę­tej, do bierz­mo­wa­nia, a jed­nak daw­no temu po­rzu­ci­ło Ko­ściół. Na­rze­cze­ni przy­go­to­wu­ją­cy się do mał­żeń­stwa są w przy­tła­cza­ją­cej więk­szo­ści - jak sami mó­wią - "ka­to­li­ka­mi nie­prak­ty­ku­ją­cy­mi". Po­dob­nie jest z wie­lo­ma człon­ka­mi ro­dzin spo­ty­ka­ją­cy­mi się na po­grze­bie albo z nie­któ­ry­mi ro­dzi­ca­mi za­pi­su­ją­cy­mi swo­je dzie­ci na lek­cje re­li­gii. Wszyst­kie naj­now­sze son­da­że wska­zu­ją na po­rzu­ca­nie wia­ry, a przede wszyst­kim prak­tyk re­li­gij­nych.

Co­raz mniej Fran­cu­zów przy­zna­je się otwar­cie do swe­go ka­to­li­cy­zmu, po­cząw­szy od wie­rzą­cych uczniów cho­dzą­cych do ko­le­dży i pry­wat­nych li­ce­ów ka­to­lic­kich. Wie­lu uczniów wsty­dzi się wo­bec ko­le­gów tego, że wie­rzy, i, co gor­sza, że prak­ty­ku­je. Na­wet lu­dziom do­ro­słym, in­te­lek­tu­ali­stom, na­ukow­com czy fi­lo­zo­fom, trud­no jest o tym gło­śno mó­wić. Przy­zna­wa­nie się do swe­go ka­to­li­cy­zmu to na­ra­ża­nie się na dys­kwa­li­fi­ka­cję w płasz­czyź­nie in­te­lek­tu­al­nej. Myśl chrze­ści­jań­ską uwa­ża się bo­wiem za ska­żo­ną przez wia­rę, a nie za ra­cjo­nal­ną i obiek­tyw­ną. Od­po­wie­dzial­ne­mu po­li­ty­ko­wi dzien­ni­ka­rze każą się nie­ustan­nie tłu­ma­czyć i uspra­wie­dli­wiać, że jest ka­to­li­kiem, gdyż dla nich jest to rów­no­znacz­ne z sek­ciar­stwem i wstecz­nic­twem. Dy­rek­tor ka­to­lic­kiej te­le­wi­zji KTO, Da­mien Du­fo­ur, są­dzi, że mamy do czy­nie­nia z ewi­dent­nym kom­plek­sem przy­zna­wa­nia się do wia­ry. Nie po­ma­ga w tym ob­raz Ko­ścio­ła pre­zen­to­wa­ny w me­diach2. Re­kla­my po­ka­zu­ją mni­chów i za­kon­ni­ków w gro­te­sko­wych sy­tu­acjach, a naj­mniej­sze gor­szą­ce wy­da­rze­nie z ich udzia­łem bez­li­to­śnie przed­sta­wia się w re­por­ta­żach czy dzien­ni­kach te­le­wi­zyj­nych. Gdy­by w po­dob­ny spo­sób po­stę­po­wa­no z ra­bi­na­mi lub ima­ma­mi, czy nie wy­wo­ła­ło­by to sil­nych re­ak­cji w ich wspól­no­tach?

Sy­tu­acja, w któ­rej wia­ra, zwłasz­cza chrze­ści­jań­ska, jest dys­kre­dy­to­wa­na, z pew­no­ścią nie pro­wa­dzi do an­ty­kle­ry­ka­li­zmu we wcze­śniej­szym wy­da­niu, ro­dzi jed­nak ugrzecz­nio­ną lub kpią­cą obo­jęt­ność, po­łą­czo­ną z ol­brzy­mią nie­wie­dzą. Otwar­te przy­zna­wa­nie się do wia­ry chrze­ści­jań­skiej, na­wet w li­ceum ka­to­lic­kim, wy­da­wa­ło­by się, przy­chyl­nie do niej na­sta­wio­nym, wią­że się nie­kie­dy z hero izmem. Ro­sną­ce po­wo­dze­nie szkol­nic­twa pry­wat­ne­go nie po­win­no prze­sła­niać rze­czy­wi­stych mo­ty­wa­cji ro­dzi­ców za­pi­su­ją­cych swo­je dzie­ci do tego ro­dza­ju szkół. Naj­czę­ściej nie czy­nią oni tego ze wzglę­du na prze­ko­na­nia re­li­gij­ne, ale żeby unik­nąć nie­po­wo­dzeń dziec­ka w na­uce i prze­mo­cy w szko­le. Ro­dzi­ców przy­cią­ga­ją pew­ne ramy, dys­cy­pli­na, na­wet ry­gor, o któ­ry trud­no w szko­le pu­blicz­nej; rzad­ko jed­nak to, co pro­po­nu­je w da­nej pla­ców­ce dusz­pa­ster­stwo.

Fran­cu­zi py­ta­ni w an­kie­tach o prze­ko­na­nia re­li­gij­ne nie od­po­wia­da­ją szcze­rze i chęt­nie. Na pod­sta­wie an­kiet moż­na jed­nak za­uwa­żyć, że co­raz mniej prak­ty­ku­je spo­śród tych, któ­rzy uwa­ża­ją się za ka­to­li­ków. 13% przy­zna­je się do oka­zjo­nal­nych (z uwa­gi na szcze­gól­ne oko­licz­no­ści) prak­tyk re­li­gij­nych. 47% (!) uwa­ża się za wie­rzą­cych nie­prak­ty­ku­ją­cych3. Je­dy­nie 8-9% (za­leż­nie od son­da­ży) prak­ty­ku­je re­gu­lar­nie. Te ostat­nie dane do­ty­czą­ce prak­tyk spa­dły zresz­tą z 13% w 1988 roku do mniej niż 9% obec­nie. Prak­ty­ku­ją­cy ka­to­li­cy cho­dzą re­gu­lar­nie na Mszę świę­tą, ale rzad­ko czy­ta­ją Pi­smo Świę­te, pra­wie nie uczest­ni­czą w ka­te­che­zach czy w mo­dli­twie ró­żań­co­wej, jesz­cze rza­dziej cho­dzą na spo­tka­nia grup mo­dli­tew­nych czy ad­o­ra­cję Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu. Sta­ty­sty­ki wska­zu­ją na sys­te­ma­tycz­ny spa­dek licz­by chrztów dzie­ci (z 444 571 w 1992 roku do 385 460 w 2002 roku), jak rów­nież licz­by wy­świę­ca­nych księ­ży (1000 rok­rocz­nie na po­cząt­ku lat pięć­dzie­sią­tych XX wie­ku do 105 w 2003 roku4). Nie cho­dzi o to, żeby po­tę­piać czy osą­dzać, ale żeby zwy­czaj­nie stwier­dzić, że prak­ty­ku­ją­cy chrze­ści­ja­nie są w mniej­szo­ści i ich licz­ba sta­le spa­da.

Nikt nie może po­zo­sta­wać na ten fakt obo­jęt­nym. Dla­cze­go co­raz mniej ka­to­li­ków prak­ty­ku­je? Jak do­szło do tego, że Ko­ściół stra­cił na atrak­cyj­no­ści i zna­cze­niu? Dla­cze­go uczest­nic­two we Mszy świę­tej jest igno­ro­wa­ne przez tylu ka­to­li­ków?

Trze­ba bę­dzie naj­pierw ujaw­nić przy­czy­ny, nie­kie­dy ukry­te, z po­wo­du któ­rych do­szło do ta­kie­go osła­bie­nia prak­ty­ki chrze­ści­jań­skiej wia­ry. Nie­prak­ty­ku­ją­cy ka­to­lik musi za­dać so­bie py­ta­nie, czy po­rzu­ca­jąc Ko­ściół, może w dal­szym cią­gu na­zy­wać sie­bie chrze­ści­ja­ni­nem. Ale i ten, kto prak­ty­ku­je, kto uwa­ża się za "do­bre­go" chrze­ści­ja­ni­na, po­wi­nien za­dać so­bie py­ta­nie, dla­cze­go tylu jego bra­ci nie chce go na­śla­do­wać. Kto wie, czy nie ja sam by­łem przy­czy­ną zgor­sze­nia lub prze­szko­dy w wie­rze mo­ich bli­skich? Każ­dy ka­to­lik we­zwa­ny jest do roz­wa­że­nia w su­mie­niu tej kwe­stii, co sta­no­wi je­den z prze­ja­wów od­po­wie­dzial­no­ści i so­li­dar­no­ści, ja­kie z chwi­lą chrztu sta­ły się na­szym udzia­łem. Czy za­wsze je­ste­śmy do­bry­mi świad­ka­mi? Czy księ­ża nie mają so­bie nic do za­rzu­ce­nia? Co my­śleć na przy­kład o ce­le­bran­sach ostro stro­fu­ją­cych wier­nych, któ­rzy nie śpie­wa­ją pod­czas li­tur­gii? Nie­zręcz­na for­ma po­uczeń mo­ral­nych, na przy­kład pod­czas ka­za­nia, może nie­któ­rych wier­nych na dłu­go znie­chę­cić do po­ja­wie­nia się w ko­ście­le. A co z ro­dzi­ca­mi, któ­rzy zmu­sza­ją swo­je dzie­ci, już do­ro­słe, do cho­dze­nia na Mszę, a gdy nie idą, mają im to za złe i tym sa­mym wy­mie­rza­ją im karę? Czy to naj­lep­szy spo­sób, by je za­chę­cić? Czy

Po­wszech­ny brak prak­tyk za­wsze wzbu­dza­my w in­nych pra­gnie­nie prak­ty­ko­wa­nia i mo­dli­twy w Ko­ście­le?

Nie­tz­sche, któ­ry, zresz­tą, ob­rał so­bie chrze­ści­jań­stwo za ulu­bio­ny cel ata­ków, czę­sto mó­wił swo­im bli­skim, że pa­trząc na chrze­ści­jan wy­cho­dzą­cych z ko­ścio­ła, wca­le nie ma ocho­ty do nie­go wstę­po­wać. Ko­ściół nie jest ze­wnętrz­ną wo­bec nas in­sty­tu­cją, zło­żo­ną je­dy­nie z pa­pie­ża, bi­sku­pów i pre­zbi­te­rów - jest tak­że, i przede wszyst­kim, lu­dem wie­rzą­cych, wspól­no­tą bra­ci Je­zu­sa, do któ­rej się przy­łą­czam; jest moją praw­dzi­wą ro­dzi­ną na zie­mi i w nie­bie. Sło­wa te od­no­szą się do nas wszyst­kich jako do człon­ków tej sa­mej ro­dzi­ny.

Rzecz w tym, by wie­dzieć, czy słusz­nie ktoś uwa­ża się za wie­rzą­ce­go, gdy nie prak­ty­ku­je. Albo ja­kim ro­dza­jem czło­wie­ka wie­rzą­ce­go ktoś taki jest? Co brak prak­tyk od­sła­nia z sa­mej isto­ty wia­ry? Czy mogę wie­rzyć tak samo i w to samo, kie­dy prak­ty­ku­ję i kie­dy nie prak­ty­ku­ję? Czy prak­ty­ka i wia­ra są do tego stop­nia roz­dziel­ne, iż da się po­twier­dzić jed­ną, ne­gu­jąc za­ra­zem dru­gą? Czym za­tem jest wia­ra, któ­rej się nie prak­ty­ku­je? Czy fak­tycz­nie ma ra­cję ktoś, kto uwa­ża się za ka­to­li­ka, a od lat nie prze­stą­pił pro­gu świą­ty­ni?

Jak okre­ślić "nie­prak­ty­ku­ją­ce­go" eko­lo­ga? Co są­dzić o kimś, kto wy­gła­sza pięk­ne prze­mo­wy na te­mat ocie­ple­nia kli­ma­tu, pięk­na przy­ro­dy itp., ale wska­ku­je do wiel­kie­go auta, żeby je­chać po pie­czy­wo na dru­gi ko­niec uli­cy, albo kto po­chwa­la me­to­dę re­cy­klin­gu śmie­ci, ale nie ma ocho­ty se­gre­go­wać wła­snych? Czy da­ło­by się po­wie­dzieć o kimś ta­kim, że jest "eko­lo­gicz­ny"? A kim jest nie­prak­ty­ku­ją­cy nu­dy­sta?! A kim spor­to­wiec, któ­ry w ogó­le nie upra­wiał­by spor­tu? A mąż, któ­ry nie oka­zy­wał­by mi­ło­ści swo­jej żo­nie? Czy mi­łość, któ­rej się nie oka­zu­je, jest jesz - cze mi­ło­ścią? Czy moż­na mó­wić o mi­ło­ści do dziec­ka, je­śli nig­dy się go nie przy­tu­li­ło?

Czym jest taka wia­ra, któ­rej się nie prak­ty­ku­je? Czy po­sia­da­ne prze­ko­na­nia da się po­go­dzić z bra­kiem wcie­la­nia ich w ży­cie? Czy brak prak­tyk, ogól­nie rzecz bio­rąc, nie na­ru­sza w zna­czą­cy spo­sób sa­mej wia­ry?

Czy czło­wiek wie­rzą­cy na­praw­dę wie­rzy, kie­dy nie prak­ty­ku­je? Czy wy­ra­że­nie "wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy" ma jesz­cze ja­kiś sens? Czy nie jest samo w so­bie sprzecz­ne?

Aby pod­jąć pró­bę od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, trze­ba przed­sta­wić po­wo­dy cał­ko­wi­te­go za­nie­cha­nia prak­tyk albo po­dej­mo­wa­nia ich tyl­ko przy­pad­ko­wo i epi­zo­dycz­nie. Dla­cze­go tak wie­lu chrze­ści­jan opusz­cza dziś Ko­ściół, a szcze­gól­nie Mszę świę­tą?

Czy za prak­ty­ka­mi re­li­gij­ny­mi lub za ich bra­kiem nie stoi swo­iste po­ję­cie wia­ry? Re­du­ku­je się ją do su­biek­tyw­ne­go prze­ko­na­nia, ze­spo­łu po­glą­dów, mniej lub bar­dziej mgli­stych opi­nii bez kon­kret­nych kon­se­kwen­cji i oso­bi­ste­go za­an­ga­żo­wa­nia. Wszyst­ko dzie­je się tak, jak­by przed­mio­tem wia­ry był zbiór idei, do któ­rych moż­na przy­lgnąć ro­zu­mem, nie przyj­mu­jąc prak­tycz­nych tego skut­ków na płasz­czyź­nie wy­bo­rów ży­cio­wych.

Czym w grun­cie rze­czy jest wia­ra? Do ja­kiej wia­ry, w co czy kogo, je­ste­śmy za­pro­sze­ni, kie­dy uwa­ża­my się za chrze­ści­jan?

2. Uspra­wie­dli­wia­nie bra­ku prak­tyk

Po­wo­dów, któ­re uspra­wie­dli­wia­ją brak prak­tyk re­li­gij­nych lub ich ogra­ni­cze­nie do mi­ni­mum, jest nie­ma­ło. U wie­lu lu­dzi wia­ra i prak­ty­ka nie na­le­żą dziś do tej sa­mej sfe­ry i nie moż­na ani nie na­le­ży ich ze sobą mie­szać. Wia­ra po­strze­ga­na jest jako coś we­wnętrz­ne­go i głę­bo­ko oso­bi­ste­go, a prak­ty­ka jako coś ze­wnętrz­ne­go i płyt­kie­go. Wia­ra to coś czy­ste­go, cze­go prak­ty­ka nie po­win­na za­bru­dzić. Ów roz­ziew mię­dzy tym, co we­wnętrz­ne i czy­ste, a tym, co ze­wnętrz­ne i nie­czy­ste, wi­dać we wszyst­kich dzie­dzi­nach, na­wet da­le­kich od ja­kiej­kol­wiek re­li­gij­no­ści.

Z tego ro­dza­ju lo­gi­ką mamy do czy­nie­nia na przy­kład w przy­pad­ku rze­czy­wi­sto­ści okre­śla­nej jako nie­wy­sło­wio­na. Ła­two przy­cho­dzi nam do gło­wy, że kie­dy do­świad­cza­my cze­goś moc­ne­go, wiel­kie­go, in­ten­syw­ne­go, nie je­ste­śmy w sta­nie od­dać tego sło­wa­mi. Nie po­win­ni­śmy na­wet pró­bo­wać tego ro­bić, żeby tej rze­czy­wi­sto­ści nie znie­kształ­cić. Wo­li­my wte­dy za­milk­nąć. Z jed­nej stro­ny za­tem mamy czy­stość tego, co jest od­bie­ra­ne we­wnętrz­nie, z dru­giej zaś nie­do­sko­na­łość i nie­czy­stość tego, co jest wy­ra­ża­ne na ze­wnątrz i sfor­mu­ło­wa­ne w mo­wie. Moż­na by jed­nak za­dać so­bie py­ta­nie: czym jest od­czu­cie, któ­re nie zo­sta­je wy­po­wie­dzia­ne, uświa­do­mio­ne i pod­da­ne re­flek­sji?

Lo­gi­kę tę wi­dać tak­że w pew­nym po­dej­ściu do mał­żeń­stwa. Twier­dzi się, iż wy­star­czy sama mi­łość, że więź mi­ło­sna jest czymś oso­bi­stym, nie ma za­tem po­trze­by wy­ra­żać jej po­przez ze­wnętrz­ne i spo­łecz­ne za­an­ga­żo­wa­nie. W osta­tecz­no­ści, nie­bra­nie ślu­bu sta­no­wi tu do­wód mi­ło­ści. Wcho­dze­nie w mał­żeń­stwo to na­ra­ża­nie mi­ło­ści na wy­na­tu­rze­nie, "ubra­nie" jej w umow­ny, pu­blicz­ny akt, któ­ry tyl­ko ją znie­kształ­ca. Lu­dzie, któ­rzy się po­bie­ra­ją, tak na­praw­dę się nie ko­cha­ją, po­nie­waż po­trze­bu­ją wi­dzial­ne­go, ze­wnętrz­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia, żeby się nie­ja­ko upew­nić co do siły ich rze­ko­mej mi­ło­ści.

Taki spo­sób my­śle­nia w na­tu­ral­ny spo­sób prze­ni­ka do re­li­gij­no­ści: prak­ty­ko­wa­nie, a zwłasz­cza kult, kala czy­stość wia­ry. Wia­ra, oso­bi­sta wia­ra jest - jak się uwa­ża - czyst­sza, wznio­ślej­sza, pięk­niej­sza niż jej ze­wnętrz­ne prze­ja­wy. Wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy może są­dzić, że jest lep­szym wie­rzą­cym niż ten, kto prak­ty­ku­je, kto wy­ra­ża na ze­wnątrz swo­ją wia­rę i od­czu­wa po­trze­bę świad­cze­nia o niej, by po­czuć się pew­niej. W ten spo­sób w mnie­ma­niu nie­prak­ty­ku­ją­ce­go wia­ra i prak­ty­ka sta­ją się so­bie wro­gie: praw­dzi­wa wia­ra od­su­wa na bok prak­ty­ki re­li­gij­ne, oce­nia­jąc je jako nie­po­trzeb­ne i nie­bez­piecz­ne, od­bie­ra­ją­ce wie­rze jej szcze­rość i au­ten­tycz­ność.

Chrze­ści­ja­nie nie­prak­ty­ku­ją­cy my­ślą, że istot­ne jest samo ży­cie, a nie kult, Msza świę­ta, mo­dli­twa. Jed­ną prak­ty­kę prze­ciw­sta­wia­ją dru­giej. Roz­dzie­la­ją za­an­ga­żo­wa­nie w wie­rze, w Ko­ście­le od za­an­ga­żo­wa­nia w świe­cie. Mogą po­wie­dzieć, że prak­ty­ku­ją swo­ją wia­rę, ale poza Ko­ścio­łem. Mó­wią, że żyją jak chrze­ści­ja­nie i to im wy­star­czy. Twier­dzą na­wet, że ich prak­ty­ka jest war­to­ściow­sza od kul­tu. Za hi­po­kry­tów uwa­ża­ją oso­by, któ­re za­do­wa­la­ją się mo­dli­twą, ale nie żyją po chrze­ści­jań­sku. Uwa­ża­ją je za zdol­ne pro­sić Boga o prze­ba­cze­nie, ale nie­prze­ba­cza­ją­ce swo­im bli­skim, zdol­ne gło­sić mi­ło­sier­dzie, ale nie­peł­nią­ce uczyn­ków mi­ło­sier­dzia itd. Wy­glą­da­ją one na chrze­ści­jan, ale ich po­boż­ność jest za­fał­szo­wa­na. Oni sami za to są praw­dzi­wi, na­wet je­śli ich nie wi­dać i je­śli nie wy­su­wa­ją się na­przód. Praw­dzi­wa wia­ra - jak mó­wią - jest ukry­ta, da­le­ka od osten­ta­cji i nie po­zwa­la się za­mknąć w ko­ściel­nych mu­rach. Trze­ba przy­znać, że pięt­nu­jąc ob­łu­dę nie­któ­rych osób prak­ty­ku­ją­cych, mają nie­jed­no­krot­nie ra­cję. Nie wy­star­czy bo­wiem cho­dzić na Mszę i re­gu­lar­nie się mo­dlić, aby być w po­rząd­ku z Bo­giem i brać­mi. Być chrze­ści­ja­ni­nem to coś wy­jąt­ko­wo pa­sjo­nu­ją­ce­go, ale rów­nież wy­ma­ga­ją­ce­go.

Jed­nak od­dzie­la­nie fak­tu ży­cia po chrze­ści­jań­sku od fak­tu prak­ty­ko­wa­nia swej wia­ry w Ko­ście­le jest nie­po­waż­ne. Uspra­wie­dli­wia­nie bra­ku kul­tu przez moc­ne pod­kre­śla­nie roz­dzia­łu mię­dzy prak­tycz­ną re­ali­za­cją w ży­ciu war­to­ści chrze­ści­jań­skich (mi­łość, sza­cu­nek, prze­ba­cze­nie, wiel­ko­dusz­ność itd.) a uczest­nic­twem w ży­ciu Ko­ścio­ła, zwłasz­cza w jego wy­mia­rze sa­kra­men­tal­nym, nie świad­czy ani o od­wa­dze, ani o rze­czo­wo­ści. Nie moż­na tego uznać ani za słusz­ne, ani za spra­wie­dli­we.

Prze­szko­dy w re­gu­lar­nym prak­ty­ko­wa­niu wia­ry mogą być bar­dzo pro­za­icz­ne i sta­no­wić prze­jaw le­ni­stwa lub za­nie­dba­nia. Na Mszę świę­tą bo­wiem trze­ba prze­wi­dzieć czas, na­sta­wić w nie­dzie­lę rano bu­dzik, wstać... Udział w Eu­cha­ry­stii do­ma­ga się zresz­tą wy­sił­ku: uwa­gi, sku­pie­nia. Do­ty­czy to na­wet po­sta­wy cia­ła - na­le­ży wstać, usiąść, zno­wu wstać, nie­kie­dy uklęk­nąć. Zresz­tą, w ogó­le mo­dli­twa wy­ma­ga wy­go­spo­da­ro­wa­nia pew­ne­go cza­su i prze­zna­cze­nia go dla Boga. Na­wet zwy­czaj­nej mo­dli­twy w ro­dzi­nie nie bę­dzie bez odro­bi­ny or­ga­ni­za­cji i woli. Ko­niecz­ne ży­cio­we za­da­nia, suk­ce­sy za­wo­do­we, ale tak­że obo­wiąz­ki i tro­ski wy­peł­nia­ją cały dzień, a Bóg jest ostat­nim ob­słu­żo­nym, je­śli w ogó­le się jesz­cze o Nim pa­mię­ta...

Msze świę­te od­bie­ra­ne są jako rze­czy­wi­stość sztyw­na, smut­na, w któ­rej trud­no uczest­ni­czyć. Mają one poza tym po­wta­rza­ją­cą się struk­tu­rę: ko­lej­ność wy­stę­po­wa­nia czy­tań, psal­mu, mo­dli­twy wier­nych, Ko­mu­nii świę­tej jest za­wsze taka sama. Bar­dziej uciąż­li­we może być uczest­nic­two we Mszy świę­tej ani­że­li w wy­kła­dzie. Eu­cha­ry­stia ma za­wsze po­dob­ny prze­bieg, w okre­ślo­nych mo­men­tach po­ja­wia­ją się te same ge­sty, któ­rym to­wa­rzy­szą te same sło­wa - wy­po­wia­da­ne wpraw­dzie przez sa­me­go Chry­stu­sa w trak­cie ostat­niej Wie­cze­rzy, ale jed­nak te same. Stąd wra­że­nie zmę­cze­nia i nie­ukry­wa­nej nudy, któ­rych nie roz­wie­ją śpie­wy uwa­ża­ne za ba­nal­ne i ni­ja­kie. Na Mszę świę­tą idzie się jak na spek­takl, moż­na więc po­czuć się roz­cza­ro­wa­nym i prze­stać na nią przy­cho­dzić. Za tym roz­cza­ro­wa­niem stoi ego­izm: czło­wiek nie przy­cho­dzi na Mszę przede wszyst­kim dla Boga, ale dla sie­bie. Chce "od­czuć" Bożą mi­łość, coś prze­żyć, po­czuć się le­piej. Kie­dy ka­za­nie oka­zu­je się mało tra­fio­ne, śpie­wy nie­wy­star­cza­ją­co pod­nio­słe, asy­sta nie dość roz­mo­dlo­na, a gra or­ga­ni­sty kiep­ska, czło­wiek wy­cho­dzi roz­cza­ro­wa­ny, a na­wet roz­gnie­wa­ny, i nie ma zbyt­niej chę­ci po­ja­wić się zno­wu w świą­ty­ni.

Aby zre­kom­pen­so­wać so­bie ten brak wy­raź­nej sa­tys­fak­cji, chrze­ści­ja­nie zwra­ca­ją się w stro­nę ru­chów na­zy­wa­nych cha­ry­zma­tycz­ny­mi. Ta­kie wspól­no­ty jak na przy­kład Em­ma­nu­el czy Wspól­no­ta Bło­go­sła­wieństw dają moż­li­wość uczest­nic­twa w bar­dziej ra­do­snej, ży­wej ce­le­bra­cji, pod­czas któ­rej moż­na śpie­wać, kla­skać, a na­wet tań­czyć. Nie trze­ba ga­nić róż­nych prze­ja­wów tej sa­mej wia­ry. Jan Pa­weł II czę­sto się nimi cie­szył, wi­dząc w Od­no­wie Cha­ry­zma­tycz­nej zwia­stu­ny tak upra­gnio­nej no­wej ewan­ge­li­za­cji. Jed­nak mo­ty­wy, dla któ­rych moż­na przy­lgnąć do tych prak­tyk na mar­gi­ne­sie "ofi­cjal­ne­go" prak­ty­ko­wa­nia, nie za­wsze są zdro­we. Je­śli w grę wcho­dzi je­dy­nie pięk­no ce­le­bra­cji lub spo­tkań mo­dli­tew­nych, by­ło­by to krót­ko­wzrocz­ne. Nie­któ­rym zda­rza się na­wet wpaść w pu­łap­kę od­dzie­la­nia swo­jej wspól­no­ty - Em­ma­nu­el, Opus Dei czy ja­kiej­kol­wiek in­nej - od Ko­ścio­ła; wolą bar­dziej tę od tam­tej, za­po­mi­na­jąc, że prze­cież na­le­żą do wspól­no­ty znacz­nie więk­szej niż oni sami.

Do wspo­mnia­nej pew­nej sztyw­no­ści li­tur­gii do­cho­dzi jesz­cze obo­wią­zek nie­dziel­nej Mszy świę­tej, co lu­dzie dziś nie za­wsze na­le­ży­cie ro­zu­mie­ją. Obo­wią­zek ten bywa uwa­ża­ny za krę­po­wa­nie wol­no­ści, a na­wet po­gwał­ce­nie oso­bi­stej swo­bo­dy wy­zna­wa­nia wia­ry, jako przy­mus i prze­moc. Kie­dy więc do sztyw­no­ści ce­re­mo­nii do­cho­dzi jej ob­li­ga­to­ryj­ny cha­rak­ter, nie­wie­le już trze­ba, by współ­cze­sny czło­wiek po­rzu­cił Ko­ściół.

3. Za­chę­ta do bra­ku prak­tyk

Po­wo­dy od­da­le­nia się od kul­tu lub jego ogra­ni­cze­nia są za­tem róż­no­ra­kie, mogą jed­nak spro­wa­dzać się do jed­ne­go - za­sad­ni­cze­go i pod­sta­wo­we­go po­wo­du.

Od pew­ne­go cza­su lu­dzie po­strze­ga­ją wia­rę przede wszyst­kim jako wy­bór. Do nich na­le­ży wy­bór, czy wie­rzą czy nie wie­rzą, oraz przy­na­leż­ność, lub nie, do okre­ślo­nej re­li­gii. Sam wy­bór za­le­ży od ich wła­snej wraż­li­wo­ści. Ka­to­li­kiem za­tem był­by ktoś, kto "czu­je", że praw­da znaj­du­je się w prze­sła­niu chrze­ści­jań­skim, agno­sty­kiem ten, kto mówi, że o ni­czym nie wie, zaś ate­istą czło­wiek, któ­ry twier­dzi, że nie od­czu­wa ist­nie­nia Boga itd. Wia­ra wy­pły­wa­ła­by za­tem z na­szych oso­bi­stych wra­żeń. Nie mia­ła­by in­ne­go uza­sad­nie­nia poza nimi i za­le­ża­ła­by je­dy­nie od nas.

Rów­nież z uwa­gi na te od­czu­cia, a na­wet wspo­mnia­ną wraż­li­wość, od­rzu­ca się prak­ty­ki re­li­gij­ne, bo - jak sły­szy­my - nie "od­czu­wa się" ta­kiej ko­niecz­no­ści, nie "do­świad­cza się" ta­kiej po­trze­by.

Wraż­li­wość ta do­cho­dzi w nas tak­że do gło­su, kie­dy Msza nas roz­cza­ro­wu­je, ka­za­nie usy­pia, a śpie­wy nie po­ry­wa­ją tak, jak by­śmy so­bie tego ży­czy­li. Miej­sce, ja­kie przy­zna­je się wła­snym od­czu­ciom czy wraż­li­wo­ści w ob­sza­rze wia­ry, jak rów­nież bra­ku prak­tyk re­li­gij­nych, jest bar­dzo duże.

A jed­nak to szcze­gól­ne po­dej­ście do re­li­gii w ogó­le ma swo­je po­cząt­ki gdzie in­dziej. Na pew­no nie tyl­ko fi­lo­zo­fia od­po­wia­da za po­wszech­nie pa­nu­ją­ce opi­nie, by­ło­by jed­nak ab­sur­dem twier­dzić, że nie od­gry­wa ona żad­nej roli w for­mo­wa­niu albo de­for­mo­wa­niu umy­słów. To wła­śnie fi­lo­zo­fo­wie, od­no­sząc się do tego za­gad­nie­nia, zre­du­ko­wa­li wia­rę do wy­bo­ru za­leż­ne­go od na­szej wraż­li­wo­ści i oso­bi­stej hi­sto­rii ży­cia.

Taki fi­lo­zof jak Jean-Paul Sar­tre od­rzu­cił Boga bez żad­ne­go uza­sad­nie­nia. Zde­cy­do­wał, że po­zbę­dzie się Go jako zbęd­nej hi­po­te­zy. Prze­ko­na­nie re­li­gij­ne jest ta­kim sa­mym prze­ko­na­niem jak każ­de inne: moż­na od­czu­wać jego ko­niecz­ność albo zbęd­ność. Opi­su­jąc swój de­fi­ni­tyw­ny wy­bór, czy­li od­rzu­ce­nie Boga, Sar­tre uży­wa na­stę­pu­ją­cych słów: "Bóg ist­niał, ale ja w ogó­le się tym nie zaj­mo­wa­łem. A póź­niej w La Ro­chel­le, cze­ka­jąc któ­re­goś dnia na pan­ny Ma­cha­do, z któ­ry­mi jeź­dzi­łem ra­zem rano do li­ceum, znie­cier­pli­wi­łem się ich spóź­nie­niem i żeby czymś za­jąć so­bie czas, po­sta­no­wi­łem po­my­śleć o Bogu. "A więc - po­wie­dzia­łem so­bie - Bóg nie ist­nie­je". Była to au­ten­tycz­na oczy­wi­stość, choć zu­peł­nie nie wie­dzia­łem, na czym ona się opie­ra­ła. I na tym ko­niec, już nig­dy wię­cej o tym nie my­śla­łem; ani nie zaj­mo­wa­łem się tym umar­łym Bo­giem, ani mnie nie ob­cho­dzi­ło, czy żyje. Przy­pusz­czam, że by­ło­by trud­no zna­leźć mniej re­li­gij­ną na­tu­rę od mo­jej. Kwe­stię tę za­ła­twi­łem raz na za­wsze, w wie­ku 12 lat"5.

Sko­ro wia­ra to je­dy­nie oso­bi­sty wy­bór wy­pły­wa­ją­cy z ludz­kiej wraż­li­wo­ści, to po­dob­nie dzie­je się z jej prak­ty­ko­wa­niem. Cho­dze­nie do ko­ścio­ła, przyj­mo­wa­nie sa­kra­men­tów, udział we Mszy świę­tej są je­dy­nie su­biek­tyw­ny­mi wy­bo­ra­mi, któ­re wy­ni­ka­ją z na­sze­go oso­bi­ste­go po­dej­ścia do Boga. Prak­ty­ki re­li­gij­ne mają tę samą na­tu­rę co wia­ra: je­śli "czu­ję", że Bóg za­pra­sza mnie do słu­cha­nia Jego sło­wa, je­śli od­czu­wam ko­niecz­ność pój­ścia na Mszę, wte­dy idę. W prze­ciw­nym ra­zie - nie. Każ­dy czu­je to, co chce. Każ­dy robi, co chce. Czyż nie na tym po­le­ga by­cie wol­nym czło­wie­kiem? Jak w tej sy­tu­acji nie od­czu­wać obo­wiąz­ku pój­ścia na Mszę jako przy­mu­su, prze­szko­dy dla na­szej peł­nej au­to­no­mii? Czy wol­ność nie ozna­cza by­cia w zgo­dzie z sa­mym sobą, z tym, co od­czu­wa się w głę­bi sie­bie?

Ta­kie czy­sto zmy­sło­we, oso­bi­ste i fa­kul­ta­tyw­ne po­dej­ście do wia­ry jest dzi­siaj bar­dzo roz­po­wszech­nio­ne. Prze­kra­cza ono, zresz­tą, wy­łącz­nie ramy re­li­gii, gdyż do­ty­czy wszyst­kich ludz­kich czy­nów. Nic - jak się zda­je - nie umy­ka tej lo­gi­ce do­sko­na­łej au­to­no­mii: od aktu gło­so­wa­nia do wy­bo­ru za­wo­du, od na­szych zo­bo­wią­zań aż po wy­bór za­war­cia mał­żeń­stwa i za­ło­że­nia ro­dzi­ny, od na­szych upodo­bań do­ty­czą­cych spo­so­bu ubie­ra­nia się aż po ży­cie sek­su­al­ne itd. Za­ni­ka mo­ral­ność obiek­tyw­na na rzecz cał­kiem su­biek­tyw­nej "mo­ral­no­ści" - każ­dy sam so­bie ma da­wać war­to­ści. Je­ste­śmy tym sa­mym zno­wu ode­sła­ni do mo­ral­no­ści Sar­tre'a, a ra­czej do ne­ga­cji mo­ral­no­ści, co uspra­wie­dli­wia on i uza­sad­nia we wszyst­kich swo­ich tek­stach6.

Żeby jed­nak zro­zu­mieć fun­da­men­ty tego współ­cze­sne­go po­dej­ścia do wia­ry i do jej fa­kul­ta­tyw­ne­go prak­ty­ko­wa­nia, trze­ba się­gnąć spo­ro wstecz. Fi­lo­zo­fem, któ­ry nie­za­prze­czal­nie upra­wo­moc­nił taki spo­sób po­strze­ga­nia re­li­gii, jest Jean-Ja­cqu­es Ro­us­se­au.

4. Re­li­gia na­tu­ral­na u Ro­us­se­au

1 Ra­zem na­pi­sa­li książ­kę Po­urqu­oi se ma­rier qu­and on vit en­sem­ble?, Mame/Édi­fa, Pa­ris 2003; wyd. pol­skie: Po co ślub, kie­dy ży­je­my ra­zem?, Wy­daw­nic­two Świę­te­go Sta­ni­sła­wa BM Ar­chi­die­ce­zji Kra­kow­skiej, Kra­ków 2010.

2 Ar­ty­kuł O? sont les ca­thos?, "Ma­rian­ne" z 14-20 sierp­nia 2004.

3 Z an­kie­ty prze­pro­wa­dzo­nej zimą 2005 roku (pierw­sze ba­da­nie 26-27 stycz­nia i dru­gie ba­da­nie 9-10 lu­te­go 2005 roku) dla pi­sma "P?le­rin" na pró­bie re­pre­zen­ta­tyw­nej 1333 osób ogó­łu do­ro­słych oby­wa­te­li (ma­ją­cych 18 lat i wię­cej), ba­da­nych bez­po­śred­nio w miej­scu swe­go za­miesz­ka­nia, wy­ni­ka, że 68% ka­to­li­ków nie cho­dzi re­gu­lar­nie na Mszę świę­tą i w week­en­dy nie po­dej­mu­je żad­nych dzia­łań w za­kre­sie ży­cia re­li­gij­ne­go.

4 "Ma­rian­ne" z 14-20 sierp­nia 2004 (son­daż CSA z 2003).

5 J.-P. Sar­tre, Car­nets de la drôle de gu­er­re, Gal­li­mard, Pa­ris 1995, s. 94.

6 Zob. zwłasz­cza: "[Czło­wiek] Obo­wią­za­ny był od­kryć swo­je pra­wa sam oso­bi­ście. (...). Czło­wiek two­rzy sie­bie. Nie bę­dąc od po­cząt­ku ukształ­to­wa­ny, czło­wiek two­rzy sie­bie do­ko­nu­jąc wy­bo­ru swo­jej mo­ral­no­ści" (Eg­zy­sten­cja­lizm jest hu­ma­ni­zmem, tłum. J. Kra­jew­ski, Wy­daw­nic­two Muza, War­sza­wa 1998, s. 70).

7 J.-J. Ro­us­se­au, Emil czy­li o wy­cho­wa­niu, tłum. E. Zie­liń­ski, Za­kład Imie­nia Osso­liń­skich. Wy­daw­nic­two Pol­skiej Aka­de­mii Nauk, Wro­cław 1955, t. II, Księ­ga IV, s. 91.

8 Tam­że, s. 94.

9 Tam­że, s. 96.

10 Tam­że, s. 98.

11 Tam­że, s. 103.

12 Tam­że, s. 97.

13 Tam­że, s. 122.

14 Tam­że, s. 97.

15 Tam­że, s. 98.

16 Tam­że.

17 Tam­że, s. 100.

18 Tam­że, s. 101.

19 Tam­że.

20 Tam­że, s. 103.

21 Tam­że, s. 116.

22 Tam­że.

23 Tam­że, s. 111.

24 Tam­że.

25 Tam­że, s. 112.

26 Tam­że.

27 Tam­że, s. 113.

28 Zob. tam­że.

29 Tam­że.

30 Zob. zwłasz­cza: J.-J. Ro­us­se­au, Umo­wa spo­łecz­na, IV,VIII, tłum. A. Pe­re­tiat­ko­wicz, Wy­daw­nic­two An­tyk, Kęty 2002, s. 105.

31 J.-J. Ro­us­se­au, Let­tre a Vol­ta­ire (z 18 sierp­nia 1756).

32 Ten­że, Emil, dz. cyt., s. 7.

33 Tam­że, s. 137.

34 J. Sta­ro­bin­ski, Jean-Ja­cqu­es Ro­us­se­au: la trans­pa­ren­ce et l'ob­stac­le, Gal­li­mard, Pa­ris 1971, s. 88.

35 J.-J. Ro­us­se­au, Emil, dz. cyt., s. 148.

36 Tam­że, s. 153.

37 Tam­że, s. 151.

38 Tam­że.

39 Tam­że, s. 128.

40 Zob. zwłasz­cza: B. Bacz­ko, Ro­us­se­au: sa­mot­ność i wspól­no­ta, Wy­daw­nic­two sło­wo/ob­raz te­ry­to­ria, Gdańsk 2009, s. 233-234.

41 B. Bacz­ko pi­sze: "Cała teo­lo­gia musi być ogra­ni­czo­na do tego, co mogę uzy­skać sa­mo­dziel­nie, przez ba­da­nie wszech­świa­ta i do­bry uży­tek mych zdol­no­ści" (tam­że, s. 234).

42 J.-J. Ro­us­se­au, Emil, dz. cyt., s. 130.

43 Tam­że, s. 134.

44 Tam­że, s. 131.

45 Tam­że.

46 J.-J. Ro­us­se­au, Let­tre a d'Alem­bert, Gar­nier Flam­ma­rion, Pa­ris 1967, s. 59 (w przy­pi­sie).

47 Tam­że, s. 61.

48 J. La­grée twier­dzi: "Re­li­gia na­tu­ral­na jest dzi­siaj za­po­zna­nym i nie­świa­do­mym po­glą­dem pew­nej licz­by lu­dzi, któ­rzy na­zy­wa­ją sie­bie "wie­rzą­cy­mi nie­prak­ty­ku­ją­cy­mi", chcąc przez to po­wie­dzieć, że nie uczest­ni­czą zwy­cza­jo­wo w kul­cie, ale pra­gną przez akt re­li­gij­ny za­zna­czyć waż­ne eta­py ży­cia, jak na­ro­dzi­ny, mał­żeń­stwo, śmierć. Kie­dy ich za­py­tać, po­twier­dza­ją, że wie­rzą w Boga Stwór­cę i rzą­dzą­ce­go świa­tem, mają na­dzie­ję na ży­cie po­za­gro­bo­we i ja­kieś wy­na­gro­dze­nie za­sług (wie­rząc bar­dziej w szczę­ście wiecz­ne ani­że­li w wiecz­ne męki), uwa­ża­ją, że Bóg oce­nia w więk­szym stop­niu mo­ral­ne po­stę­po­wa­nie czło­wie­ka niż jego udział w kul­cie, i w swo­ich wy­po­wie­dziach na te­mat re­li­gii nie od­wo­łu­ją się ani do Chry­stu­sa, ani do żad­nej z wiel­kich ta­jem­nic re­li­gii, któ­rej - jak twier­dzą - są wy­znaw­ca­mi" (La re­li­gion na­tu­rel­le, Pres­ses Uni­ver­si­ta­ires de Fran­ce, Pa­ris 1991, s. 100-101).

49 J.-J. Ro­us­se­au, Emil, dz. cyt., s. 123.

50 Tam­że, s. 160.

51 Tam­że, s. 126.

52 Zob. tam­że.

53 Tam­że, s. 82.

54 Tam­że, s. 155

55 Tam­że, s. 118.

56 Tam­że, s. 117.

57 "Po­zna­je się tyl­ko to, co się oswoi - po­wie­dział lis [do Ma­łe­go Księ­cia]. - Lu­dzie mają zbyt mało cza­su, aby co­kol­wiek po­znać. Ku­pu­ją w skle­pach rze­czy go­to­we. A po­nie­waż nie ma ma­ga­zy­nów z przy­ja­ciół­mi, więc lu­dzie nie mają przy­ja­ciół. Je­śli chcesz mieć przy­ja­cie­la, oswój mnie! (...) Po­trzeb­ny jest ob­rzą­dek. - Co zna­czy "ob­rzą­dek"? - spy­tał Mały Ksią­żę. - To tak­że coś cał­kiem za­po­mnia­ne­go - od­po­wie­dział lis. - Dzię­ki ob­rząd­ko­wi pe­wien dzień od­róż­nia się od in­nych, pew­na go­dzi­na od in­nych go­dzin" (cyt. za: A. de Sa­int-Exu­péry, Mały Ksią­żę, tłum. J. Szwy­kow­ski, War­szaw­skie Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie MUZA SA, War­sza­wa 2003, s. 76-78).

58 Je­śli re­la­cja mię­dzy li­sem a Ma­łym Księ­ciem sym­bo­li­zu­je przy­jaźń, to re­la­cja mię­dzy nim a jego różą sym­bo­li­zu­je mi­łość. Lis jest przy­ja­cie­lem, róża uko­cha­ną ko­bie­tą. To "prak­ty­ka" przy­jaź­ni, jak rów­nież mi­ło­ści przy­da­je im mocy. Ży­cie mi­ło­ścią czy­ni mi­łość żywą.

59 A. de Sa­int-Exu­péry, Mały Ksią­żę, dz. cyt., s. 79-80.

60 Ana­li­zo­wa­li­śmy to w in­nym kon­tek­ście, zob. Po co ślub, kie­dy ży­je­my ra­zem?, zwłasz­cza rozdz. II.

61 B. Pas­cal, My­śli, tłum. T. Że­leń­ski (Boy), wyd. VIII, IW PAX, War­sza­wa 1989, s. 241-242.

62 Tam­że, s. 242.

63 Wpa­da się wów­czas w syn­kre­tyzm, któ­ry bę­dzie nam ka­zał wy­bie­rać prze­ko­na­nia re­li­gij­ne naj­bar­dziej ade­kwat­ne do na­szej wła­snej wraż­li­wo­ści.

64 Jest to punkt wyj­ścia ido­la­trii, któ­ra od­sy­ła do ludz­kiej skłon­no­ści, żeby być jak Bóg i stwo­rzyć so­bie re­li­gię na swój ob­raz i swo­je po­do­bień­stwo.

65 Zob. Św. Au­gu­styn, Wy­zna­nia, III,1, wyd. III, tłum. Z. Ku­biak, IW PAX, War­sza­wa 1987, s. 44 (przyp. tłum.).

66 B. Pas­cal,My­śli, dz. cyt., s. 244.

67 Św. Au­gu­styn, De fide re­rum quae non vi­den­tur (PL 40,171-196), I,2 i II,4. Zob. waż­na książ­ka o wie­rze: F. Lau­pies, La croy­an­ce - pre­mi­?res le­çons, Pres­ses Uni­ver­si­ta­ires de Fran­ce, Pa­ris 2003, zwłasz­cza s. 77-78.

68 B. Pas­cal,My­śli, dz. cyt., s. 246-247; "Jak­że da­le­ko jest od po­zna­nia Boga do ko­cha­nia Go!" (tam­że, s. 244); "Po­zna­je­my praw­dę nie tyl­ko ro­zu­mem, ale i ser­cem" (tam­że, s. 245).

69 F. Lau­pies, La croy­an­ce, dz. cyt.

70 B. Pas­cal,My­śli, dz. cyt., s. 240.

71 S.-T. Bo­ni­no OP, Je vis dans la foi au Fils de Dieu. En­tre­tiens sur la vie de foi, Pa­ro­le et Si­len­ce, Sa­int-Maur 2000, s. 20.

72 Tam­że, s. 96.

73 Tam­że, s. 33.

74 Św. To­masz uwa­ża to na­wet za nasz ści­sły obo­wią­zek, zob. Suma teo­lo­gicz­na, II-II, q.10, a.7.

75 Zob. tam­że, II-II, q.161, a.5, ad.2.

76 A. Li­zot­te, Les sept sa­cre­ments, se­ria: Do­cteur An­géli­que, No­uvel­les Édi­tions La­ti­nes, Pa­ris 1982, s. 31-32.

77 B. Pas­cal, My­śli, dz. cyt., s. 374-375.

78 Tam­że, s. 375.

79 Tam­że, s. 376.

80 Tam­że, s. 377.

81 Za­sta­nów­my się nad tym, co pi­sze Jan Pa­weł II w swo­jej en­cy­kli­ce Ec­c­le­sia de Eu­cha­ri­stia (56) o Ma­ryi przyj­mu­ją­cej Eu­cha­ry­stię: to tak, jak­by przyj­mo­wa­ła na nowo Je­zu­sa do swo­je­go łona.

82 Jan Pa­weł II przy­po­mi­na, że ist­nie­je głę­bo­ka ana­lo­gia po­mię­dzy fiat Ma­ryi, Jej "tak" przy zwia­sto­wa­niu, któ­re umoż­li­wi­ło wcie­le­nie na­sze­go Pana, i na­szym "tak", kie­dy przyj­mu­je­my cia­ło Chry­stu­sa w chwi­li Ko­mu­nii pod­czas Mszy świę­tej. Zob. EE 55.

83 Kard. J.-M. Lu­sti­ger, Wy­bór Boga. Z Kar­dy­na­łem roz­ma­wia­ją Jean-Lo­uis Mis­si­ka i Do­mi­ni­que Wol­ton, tłum. A. Tu­ro­wi­czo­wa, Wy­daw­nic­two Znak, Kra­ków 1992, s. 54.

84 W Anek­sach znaj­du­je się re­flek­sja na te­mat wia­ry i prak­ty­ki w róż­nych re­li­giach.

85 "Od tego cza­su wie­lu uczniów Jego ode­szło i już z Nim nie cho­dzi­ło" (J 6,66).

86 Do­brze za­świad­czył o tym św. Pa­weł, pi­sząc w la­tach 55-60 do chrze­ści­jan w Ko­ryn­cie: "Ja bo­wiem otrzy­ma­łem od Pana to, co wam prze­ka­za­łem, że Pan Je­zus tej nocy, któ­rej zo­stał wy­da­ny, wziął chleb i dzię­ki uczy­niw­szy, po­ła­mał i rzekł: "To jest Cia­ło moje za was wy­da­ne. Czyń­cie to na moją pa­miąt­kę!". Po­dob­nie, skoń­czyw­szy wie­cze­rzę, wziął kie­lich, mó­wiąc: "Kie­lich ten jest No­wym Przy­mie­rzem we Krwi mo­jej. Czyń­cie to, ile razy pić bę­dzie­cie, na moją pa­miąt­kę!". Ile­kroć bo­wiem spo­ży­wa­cie ten chleb albo pi­je­cie kie­lich, śmierć Pana gło­si­cie, aż przyj­dzie. Dla­te­go też kto spo­ży­wa chleb lub pije kie­lich Pań­ski nie­god­nie, win­ny sta­je się Cia­ła i Krwi Pań­skiej" (1 Kor 11,23-27).

87 "La Do­cu­men­ta­tion ca­tho­li­que", nr 2401 z 4 maja 2008, s. 438. Cho­dzi o Akta mę­czeń­stwa świę­tych Sa­tur­ni­na, Da­ti­wa i wie­lu in­nych (PL 8,707.709-710).

88 "A gdy wszyst­ko wy­dał, na­stał cięż­ki głód w owej kra­inie, i on sam za­czął cier­pieć nie­do­sta­tek. Po­szedł i przy­stał na służ­bę do jed­ne­go z oby­wa­te­li owej kra­iny, a ten po­słał go na swo­je pola, żeby pas! świ­nie. Pra­gnął on na­peł­nić swój żo­łą­dek strą­ka­mi, któ­ry­mi ży­wi­ły się świ­nie, lecz nikt mu ich nie da­wał" (Łk 15,14-16).

89 Ucznio­wie idą­cy do Emaus, któ­rzy spo­tka­li Je­zu­sa wie­czo­rem w dniu zmar­twych­wsta­nia, "rów­nież opo­wia­da­li, co ich spo­tka­ło w dro­dze i jak Go po­zna­li przy ła­ma­niu chle­ba" (Łk 24,35).

90 "A oto wy­pły­wa­ła woda spod pro­gu świą­ty­ni w kie­run­ku wschod­nim, po­nie­waż przed­nia stro­na świą­ty­ni była zwró­co­na ku wscho­do­wi; a woda pły­nę­ła spod pra­wej stro­ny świą­ty­ni na po­łu­dnie od oł­ta­rza. (...) A oto woda wy­pły­wa­ła spod pra­wej ścia­ny świą­ty­ni" (Ez 47,1-2).

91 "Tyl­ko je­den z żoł­nie­rzy włócz­nią prze­bił Mu bok, a na­tych­miast wy­pły­nę­ła krew i woda. Za­świad­czył to ten, któ­ry wi­dział, a świa­dec­two jego jest praw­dzi­we. On wie, że mówi praw­dę, aby­ście i wy wie­rzy­li" (J 19,34-35).

92 "Rze­kła mu [Hio­bo­wi] żona: "Jesz­cze trwasz moc­no w swej pra­wo­ści? Zło­rzecz Bogu i umie­raj!". Hiob jej od­po­wie­dział: "Mó­wisz jak ko­bie­ta sza­lo­na. Do­bro przy­ję­li­śmy z ręki Boga. Cze­mu zła przy­jąć nie mo­że­my?". W tym wszyst­kim Hiob nie zgrze­szył swy­mi usta­mi" (Hi 2,9-10).

93 "Wszedł król, żeby się przy­pa­trzyć bie­siad­ni­kom, i za­uwa­ży! tam czło­wie­ka, nie ubra­ne­go w strój we­sel­ny. Rzekł do nie­go: "Przy­ja­cie­lu, jak­że tu wsze­dłeś nie ma­jąc stro­ju we­sel­ne­go?". Lecz on onie­miał. Wte­dy król rzekł słu­gom: "Zwiąż­cie mu ręce i nogi i wy­rzuć­cie go na ze­wnątrz, w ciem­no­ści! Tam bę­dzie płacz i zgrzy­ta­nie zę­bów"" (Mt 22,11-13).

94 "Nie dąż­cie do śmier­ci przez swe błęd­ne ży­cie, nie go­tuj­cie so­bie zgu­by przez czy­ny swych rąk! Bo śmier­ci Bóg nie uczy­nił i nie cie­szy się z za­gła­dy ży­ją­cych. Stwo­rzył bo­wiem wszyst­ko po to, aby było, i byty tego świa­ta nio­są zdro­wie: nie ma w nich śmier­cio­no­śne­go jadu ani wła­da­nia Ot­chła­ni na tej zie­mi. Bo spra­wie­dli­wość jest nie­śmier­tel­na" (Mdr 1,12-15).

95 "A je­że­li miesz­ka w was Duch Tego, któ­ry Je­zu­sa wskrze­si! z mar­twych, to Ten, co wskrze­sił Chry­stu­sa Je­zu­sa z mar­twych, przy­wró­ci do ży­cia wa­sze śmier­tel­ne cia­ła mocą miesz­ka­ją­ce­go w was swe­go Du­cha. (...) Bo stwo­rze­nie z upra­gnie­niem ocze­ku­je ob­ja­wie­nia się sy­nów Bo­żych. Stwo­rze­nie bo­wiem zo­sta­ło pod­da­ne mar­no­ści - nie z wła­snej chę­ci, ale ze wzglę­du na Tego, któ­ry je pod­dał - w na­dziei, że rów­nież i ono zo­sta­nie wy­zwo­lo­ne z nie­wo­li ze­psu­cia, by uczest­ni­czyć w wol­no­ści i chwa­le dzie­ci Bo­żych" (Rz 8,11.19-21).

96 Cyt. sło­wa A. Mi­che­la, w: La pa­ro­le et la be­au­té, za: F. Cheng, Cinq médi­ta­tions sur la be­au­té, Édi­tions Al­bin Mi­chel, Pa­ris 2006, s. 34.

97 "Gdy Syn Czło­wie­czy przyj­dzie w swej chwa­le, a z Nim wszy­scy anio­ło­wie, wte­dy za­sią­dzie na swo­im tro­nie peł­nym chwa­ły. I zgro­ma­dzą się przed Nim wszyst­kie na­ro­dy, a On od­dzie­li jed­nych lu­dzi od dru­gich, jak pa­sterz od­dzie­la owce od ko­złów. Owce po­sta­wi po pra­wej, a ko­zły po swo­jej le­wej stro­nie. Wte­dy ode­zwie się Król do tych po pra­wej stro­nie: "Pójdź­cie, bło­go­sła­wie­ni u Ojca mo­je­go, weź­cie w po­sia­da­nie kró­le­stwo, przy­go­to­wa­ne dla was od za­ło­że­nia świa­ta! Bo by­łem głod­ny, a da­li­ście Mi jeść; by­łem spra­gnio­ny, a da­li­ście Mi pić; by­łem przy­by­szem, a przy­ję­li­ście Mnie; by­łem nagi, a przy­odzia­li­ście Mnie; by­łem cho­ry, a od­wie­dzi­li­ście Mnie; by­łem w wię­zie­niu, a przy­szli­ście do Mnie". Wów­czas za­py­ta­ją spra­wie­dli­wi: "Pa­nie, kie­dy wi­dzie­li­śmy Cię głod­nym i na­kar­mi­li­śmy Cie­bie? Albo spra­gnio­nym i da­li­śmy Ci pić? Kie­dy wi­dzie­li­śmy Cię przy­by­szem i przy­ję­li­śmy Cię, lub na­gim i przy­odzia­li­śmy Cię? Kie­dy wi­dzie­li­śmy Cię cho­rym lub w wię­zie­niu i przy­szli­śmy do Cie­bie?". A Król im od­po­wie: "Za­praw­dę, po­wia­dam wam: Wszyst­ko, co uczy­ni­li­ście jed­ne­mu z tych bra­ci mo­ich naj­mniej­szych, Mnie­ście uczy­ni­li"" (Mt 25,31-40).

98 "Ist­nie­je taki grzech, któ­ry spro­wa­dza śmierć" (1 J 5,16).

99 "Ty zaś, gdy chcesz się mo­dlić, wejdź do swej iz­deb­ki, za­mknij drzwi i módl się do Ojca twe­go, któ­ry jest w ukry­ciu. A Oj­ciec twój, któ­ry wi­dzi w ukry­ciu, odda to­bie" (Mt 6,6).

100 "Chwa­łą Boga jest ży­ją­cy czło­wiek, zaś ży­ciem czło­wie­ka jest oglą­da­nie Boga" - po­wie­dział św. Ire­ne­usz z Lyonu (zm... ok. 200). Któż le­piej od nie­go to wy­ra­ził?

101 W książ­ce A. Be­sa­nço­na Tro­is ten­ta­tions dans l'Égli­se (Per­rin, Pa­ris 2002) moż­na zna­leźć zna­ko­mi­tą ana­li­zę re­la­cji mię­dzy chrze­ści­jań­stwem i is­la­mem oraz nie­bez­pie­czeń­stwa, ja­kie gro­zi chrze­ści­ja­nom w Eu­ro­pie dziś, a tak­że w hi­sto­rii, zwłasz­cza w hi­sto­rii Bi­zan­cjum.

102 Be­ne­dykt XVI, Ho­mi­lia w cza­sie Mszy świę­tej na za­koń­cze­nie XXIII Świa­to­we­go Dnia Mło­dzie­ży (hi­po­drom w Ran­dwick, 20 lip­ca 2008). Cyt. za: "L'Osse­rva­to­re Ro­ma­no" (wyd. pol­skie), 9/2008, s. 31.

103 Y. Me­nu­hin, Le vio­lon de la paix, Édi­tions Al­ter­na­ti­ves, Pa­ris 2000, s. 59.

104 J.-H. Ti­sin OP, dok­tor teo­lo­gii, pro­fe­sor we Fran­cu­skiej Szko­le Bi­blij­nej i Ar­che­olo­gicz­nej w Je­ro­zo­li­mie, póź­niej w domu stu­diów do­mi­ni­ka­nów w Tu­lu­zie; świę­ce­nia ka­płań­skie przy­jął w 1971 roku. Jest spe­cja­li­stą w za­kre­sie ję­zy­ków sta­ro­żyt­nych i re­li­gii da­le­ko­wschod­nich.

105 A. He­schel, Bóg szu­ka­ją­cy czło­wie­ka. Pod­sta­wy fi­lo­zo­fii ju­da­izmu, tłum. A. Gorz­kow­ski, Wy­daw­nic­two Esprit SC, Kra­ków 2007.

106 War­to przy­to­czyć choć­by dwa cy­ta­ty: "Ży­jąc jako Ży­dzi, mo­że­my do­stą­pić wia­ry jako Ży­dzi. Nie mamy wia­ry z po­wo­du uczyn­ków, lecz mo­że­my jej do­stą­pić po­przez świę­te uczyn­ki. Od Żyda wy­ma­ga się, aby wy­ko­nał ra­czej skok czy­nu niż skok my­śli" (tam­że, s. 351); "Na­ucza­my, że Bóg dał czło­wie­ko­wi nie tyl­ko ży­cie, lecz tak­że pra­wo. Naj­wyż­szym na­ka­zem nie jest je­dy­nie wia­ra w Boga, lecz po­stę­po­wa­nie zgod­ne z Jego wolą" (tam­że, s. 370).

107 I da­lej: "To jego moc­na stro­na. Na tej płasz­czyź­nie kon­fu­cja­nizm jawi się jako pró­ba po­pra­wie­nia świa­ta. Wy­znaw­ca kon­fu­cja­ni­zmu może za­cho­wy­wać się w nim jak bo­ha­ter. Jego ser­ce nie jest ukie­run­ko­wa­ne na ży­cie po­za­gro­bo­we, ale na mgli­ste szczy­ty, gdzie koń­czy się wszech­świat; ku temu cze­muś czy temu ko­muś, kim jest on sam, bę­dąc jed­no­cze­śnie kimś wię­cej, kto - w ra­mach tej dziw­nej dia­le­ty­ki - utwier­dza jego ży­cie, na­da­je mu war­tość, na­le­ży­cie je sku­pia i jed­no­czy. Wy­da­je się, że mo­ral­no­ści tego czło­wie­ka bra­ku­je cen­tral­ne­go ogni­wa i - jak za­uwa­żył He­gel - pew­nej we­wnętrz­no­ści (...). Je­ste­śmy tak bar­dzo przy­zwy­cza­je­ni do tego, że wszel­ka mo­ral­ność jest teo­rią ludz­kie­go za­cho­wa­nia, że trze­ba ko­niecz­nie pod­kre­ślić prak­tycz­ny wy­miar na­ucza­nia kon­fu­cjań­skie­go. Zda­niem Mi­strza Lu cho­dzi o to, by sobą sa­mym i przez swo­je dzia­ła­nie efek­tyw­nie urze­czy­wist­niać mo­ral­ność. We­dług nie­go nie wy­star­czy prze­ko­nać do tego umysł i wolę. Trze­ba w to wcią­gnąć cały byt po­przez cier­pli­wą i me­to­dycz­ną pra­cę. Praw­da jest na służ­bie tego celu. Dla­te­go sło­wa mi­strzów kon­fu­cjań­skich bar­dziej przy­po­mi­na­ją po­ucze­nia ani­że­li teo­re­tycz­ne wy­ja­śnie­nia. Mają przy­mu­szać i wy­zwa­lać. Oży­wia je nie­da­ją­ce spo­ko­ju po­czu­cie trud­ne­go za­da­nia, po­waż­ne­go obo­wiąz­ku i od­po­wie­dzial­no­ści" (P. Do-Dinh, Con­fu­cius et l'hu­ma­ni­sme chi­no­is, Seu­il, Pa­ris 1958, s. 120-121).

108 E. Pi­sa­ni OP, po ukoń­cze­niu stu­diów w Rzy­mie kil­ka­krot­nie prze­by­wał w Ka­irze; świę­ce­nia ka­płań­skie przy­jął w 2006 roku. Jest spe­cja­li­stą w za­kre­sie is­la­mu.

109 Ko­ran, tłum. J. Bie­law­ski, FAK­TOR Biu­ro Wy­daw­ni­cze Ma­rian Bro­na­kow­ski, War­sza­wa 2009, t. I, s. 461.

110 Wy­po­wiedź tę przy­ta­cza M. Le­long w książ­ce Chrétiens et Mu­sul­mans - ad­ver­sa­ires ou par­te­na­ires, Har­mat­tan, Pa­ris 2007, s. 32. Cyt. za: Mały Brat Mo­ris, Brat Ka­rol de Fo­ucauld, tłum. M. Żu­row­ska, Wy­daw­nic­two Księ­ży Ma­ria­nów, War­sza­wa 1997, s. 35.

111 Ko­ran, dz. cyt., t. I, s. 120.

112 Zob. zbiór ha­di­sów Sa­hi­ha al-Bu­kha­rie­go, I,II,7.

113 Ko­ran, dz. cyt., t. II, s. 42.

114 Tam­że, s. 520.

115 Bre­via­rium fi­dei. Wy­bór dok­try­nal­nych wy­po­wie­dzi Ko­ścio­ła, Księ­gar­nia Świę­te­go Woj­cie­cha, Po­znań 2007, s. 147.