Po co nam była ta wojna! - Peter Hitchens

-
Proszę czekać

Wstęp do wyda­nia pol­skiego

Wstęp do wyda­nia pol­skiego

Jak Wielka Bry­ta­nia zgu­biła Pol­skę

Czy Wielka Bry­ta­nia wygrała czy prze­grała drugą wojnę świa­tową? Odpo­wiedź na to pyta­nie wydaje się pro­sta i bez­dy­sku­syjna. Oczy­wi­ście, że wygrała! Adolf Hitler pal­nął sobie w łeb, woj­ska III Rze­szy ska­pi­tu­lo­wały, a spory kawał Nie­miec zna­lazł się pod oku­pa­cją bry­tyj­ską. Pre­mier Win­ston Chur­chill zajął miej­sce przy stole, na któ­rym przy­wódcy wiel­kich mocarstw kre­ślili mapę nowego świata, który naro­dził się z wojen­nej pożogi.

Pro­blem w tym, że to tylko pozory. O tym, czy kraj wygrał, czy prze­grał wojnę, nie prze­są­dzają bowiem pla­katy ze zna­kiem V jak Vic­tory roz­le­pione na rogach ulic. Nie decy­duje o tym entu­zjazm tłu­mów wyma­chu­ją­cych kolo­ro­wymi cho­rą­giew­kami na para­dzie zwy­cię­stwa. Nie, to są wszystko sprawy dru­go­rzędne. Można prze­cież - o czym my, Polacy, wiemy dosko­nale - być człon­kiem zwy­cię­skiej koali­cji i prze­grać wojnę z kre­te­sem.

Jakie są więc pra­wi­dłowe kry­te­ria? Jak oce­nić, czy wojna zakoń­czyła się porażką, czy zwy­cię­stwem? Wystar­czy posłu­żyć się logiką. I porów­nać siłę i pozy­cję mię­dzy­na­ro­dową pań­stwa sprzed wybu­chu wojny i po niej. Jeżeli stało się potęż­niej­sze lub utrzy­mało swoje zna­cze­nie - wojnę wygrało. Jeżeli słab­sze - wojnę prze­grało.

Zasto­sujmy tę metodę do Wiel­kiej Bry­ta­nii i jej zbroj­nych zma­gań w latach 1939-1945. Cóż się oka­zuje? To, że prawda jest dokład­nie odwrotna do powszech­nych wyobra­żeń. Wielka Bry­ta­nia wcale dru­giej wojny świa­to­wej nie wygrała. Wielka Bry­ta­nia ją prze­grała!

W bar­dzo prze­ko­nu­jący spo­sób udo­wad­nia to Peter Hit­chens w swo­jej bły­sko­tli­wej książce, którą trzy­ma­cie Pań­stwo w rękach. Wska­zuje w niej na trzy zasad­ni­cze sprawy:

- Wielka Bry­ta­nia w wyniku dru­giej wojny świa­to­wej stra­ciła swoje impe­rium kolo­nialne.

- Wielka Bry­ta­nia w wyniku dru­giej wojny świa­to­wej utra­ciła swoją potęgę gospo­dar­czą.

- Wielka Bry­ta­nia w wyniku dru­giej wojny świa­to­wej utra­ciła pozy­cję świa­to­wego super­mo­car­stwa.

Wszystko to bez­pow­rot­nie!

Druga wojna świa­towa była momen­tem prze­ło­mo­wym w dzie­jach impe­rium bry­tyj­skiego. Ze świa­to­wej eks­tra­klasy Wielka Bry­ta­nia została prze­sta­wiona do dru­giej ligi. I tkwi tam do dzi­siaj.

Docie­kliwy czy­tel­nik zapewne zada w tym miej­scu pyta­nie. Skoro Wielka Bry­ta­nia prze­grała drugą wojnę świa­tową, to z kim ją prze­grała? Prze­cież III Rze­sza w 1945 roku znaj­do­wała się w jesz­cze gor­szym sta­nie. Zgoda, Niemcy rów­nież prze­grali drugą wojnę świa­tową, choć po kil­ku­dzie­się­ciu latach - w prze­ci­wień­stwie do Wiel­kiej Bry­ta­nii - udało im się odbu­do­wać swoją pozy­cję hege­mona Sta­rego Kon­ty­nentu.

Wielka Bry­ta­nia oczy­wi­ście nie prze­grała wojny z Niem­cami, lecz ze... Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. Druga wojna świa­towa dla Ame­ryki rów­nież była dzie­jo­wym momen­tem zwrot­nym. Ale nie był to, jak dla Albionu, moment upadku zna­cze­nia i potęgi. Odwrot­nie - dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych był to moment wej­ścia na drogę do glo­bal­nej domi­na­cji. Jedno świa­towe super­mo­car­stwo chwiej­nym kro­kiem zeszło ze sceny histo­rii, a w jego miej­sce na scenę żwawo wkro­czyło nowe. Zmierzch sta­rego impe­rium stał się jed­no­cze­śnie brza­skiem nowego. Mało tego, to pierw­sze stało się wasa­lem dru­giego. Uza­leż­nione od niego mili­tar­nie, gospo­dar­czo i poli­tycz­nie musiało się zado­wo­lić upo­ka­rza­jącą rolą "młod­szego brata". Nie­źle, gdy się pomy­śli, że jesz­cze sto pięć­dzie­siąt lat wcze­śniej Ame­ryka była bry­tyj­ską kolo­nią!

"Wypo­wia­da­jąc Hitle­rowi wojnę, Anglia i Fran­cja ponad wszelką wąt­pli­wość nie osią­gnęły swo­ich celów - pisze Peter Hit­chens. Oba te kraje dążyły do tego, żeby pozo­stać w klu­bie Wiel­kich Mocarstw. Rów­nież oba zostały popro­szone, choć za każ­dym razem odbyło się to ina­czej, o opusz­cze­nie tego klubu, tyle tylko że na pocie­sze­nie pozo­sta­wiono im roz­ma­ite mało warte bły­skotki, pozor­nie świad­czące o wiel­ko­ści. Obu pozwo­lono na posia­da­nie bez­u­ży­tecz­nej broni jądro­wej oraz prawa do weta w Radzie Bez­pie­czeń­stwa ONZ, z któ­rych to atry­bu­tów mogły jed­nak korzy­stać tylko po uprzed­nich kon­sul­ta­cjach z super­mo­car­stwem - ich spon­so­rem".

Naj­cie­kaw­sze, że naj­lep­sze książki to takie, które zostały napi­sane wbrew obo­wią­zu­ją­cym tren­dom. Takie, któ­rych auto­rzy mają odwagę pod­wa­żać świę­to­ści. Sta­wiać nie­wy­godne pyta­nia i nowa­tor­skie tezy. Sprze­ci­wiać się obo­wią­zu­ją­cym zaka­zom i naka­zom, nie przej­mu­jąc się kry­tyką i obu­rze­niem sta­rych auto­ry­te­tów.

Taka jest bez wąt­pie­nia książka Petera Hit­chensa. Jest nie tylko cie­kawa i świet­nie napi­sana, ale także dia­bel­nie nie­po­prawna poli­tycz­nie. Bo skoro uznamy, że Wielka Bry­ta­nia, wcho­dząc do wojny prze­ciwko Niem­com, uru­cho­miła reak­cję łań­cu­chową, która dopro­wa­dziła ją do samo­za­głady, to może wcale do tej wojny nie powinna była wcho­dzić? Zamiast wojo­wać z Adol­fem Hitle­rem, może nale­żało się z nim uło­żyć? Oddać Europę Niem­com, i sku­pić się na obro­nie swo­jej pozy­cji na morzach i odle­głych lądach? Czyli doko­nać podziału świata na strefy wpły­wów nie ze Sta­li­nem, jak to miało póź­niej miej­sce w Jał­cie, ale z Hitle­rem. Nie jest tajem­nicą, że nie­miecki dyk­ta­tor nie miał nic prze­ciwko takiemu roz­wią­za­niu. Mało tego, sojusz z Wielką Bry­ta­nią przez wiele lat był jego marze­niem i obse­sją.

W tym miej­scu wkra­czamy jed­nak na pole histo­rii alter­na­tyw­nej. Dal­sze roz­wa­ża­nia "co by było, gdyby" - zosta­wiam Tobie, drogi Czy­tel­niku. Książka Po co nam była ta wojna jest bez wąt­pie­nia zna­ko­mitą pod­stawą do takich pasjo­nu­ją­cych roz­wa­żań.

***

Dzieło Petera Hit­chensa jest szcze­gól­nie inte­re­su­jące dla Po-laków. Spora jego część poświę­cona jest bowiem gene­zie wybu­chu dru­giej wojny świa­to­wej. Czyli odwiecz­nemu pyta­niu, które od lat wzbu­dza namiętne dys­ku­sje Pola­ków: czy to Pol­ska wcią­gnęła Wielką Bry­ta­nię do wojny, czy też może odwrot­nie - to Wielka Bry­ta­nia wcią­gnęła do wojny Pol­skę?

Wielu Pola­ków na­dal świę­cie wie­rzy w wer­sję numer jeden. Czyli że Wielka Bry­ta­nia 3 wrze­śnia 1939 roku przy­stą­piła do wojny, kie­ru­jąc się "moral­nym obo­wiąz­kiem" i "miło­ścią do wal­czą­cej o wol­ność Pol­ski". A wcze­śniej z tych samych szla­chet­nych pobu­dek udzie­liła Pol­sce gwa­ran­cji nie­pod­le­gło­ści...

Jest to oczy­wi­ście pomysł śmieszny. Dzie­cięca wręcz naiw­ność. Jak wia­domo, Bóg obda­rzył naród pol­ski wie­loma przy­mio­tami, ale nie­stety nie zna­lazł się wśród nich zmysł poli­tyczny; zro­zu­mie­nie tego, na czym polega bru­talna gra, jaką jest poli­tyka mię­dzy­na­ro­dowa. Tu nie ma miej­sca na uczu­cia, tu nie ma przy­ja­ciół. Są tylko twarde, reali­zo­wane bez­względ­nie inte­resy.

W rze­czy­wi­sto­ści udzie­lone nam 31 marca 1939 roku bry­tyj­skie gwa­ran­cje były cyniczną pułapką. Wielka Bry­ta­nia była już wów­czas zde­cy­do­wana na wojnę z Niem­cami. Chciała jed­nak zro­bić wszystko, aby ta wojna nie zaczęła się na Zacho­dzie, tylko na Wscho­dzie Europy. Dla­tego wła­śnie zapro­po­no­wała Pol­sce sojusz, któ­rego zawar­cie spro­wo­ko­wało Hitlera do zaata­ko­wa­nia naszego kraju.

Hit­chens pasjo­nu­jąco rekon­stru­uje tę koron­kową, makia­we­li­styczną grę. Pod­kre­śla, że już w momen­cie udzie­le­nia nam gwa­ran­cji przy­wódcy Wiel­kiej Bry­ta­nii dosko­nale zda­wali sobie sprawę, że nie będą w sta­nie w żaden spo­sób pomóc Pol­sce. Były to więc gwa­ran­cje bez pokry­cia.

Co przy­świe­cało wów­czas bry­tyj­skiej dyplo­ma­cji? Według Hit­chensa reali­zo­wała ona trzy cele:

Pierw­szym było zyska­nie na cza­sie. Będący oczy­wi­stą kon­se­kwen­cją gwa­ran­cji Lon­dynu atak Hitlera na Pol­skę odsu­wał bowiem o kilka bez­cen­nych mie­sięcy atak na Zachód. W tym okre­sie Wielka Bry­ta­nia mogła się szy­ko­wać do wojny.

Dru­gim było unie­moż­li­wie­nie odno­wie­nia i wzmoc­nie­nia soju­szu mię­dzy Pol­ską a Niem­cami. Zawią­za­nia tego soju­szu tego Lon­dyn oba­wiał się bowiem wręcz panicz­nie.

Trze­cim celem udzie­le­nia Pol­sce gwa­ran­cji było uwi­kła­nie Hitlera w dłu­go­trwały, wyczer­pu­jący kon­flikt na wscho­dzie Europy. Ale oczy­wi­ście nie z Pol­ską. Już w 1939 roku Wielka Bry­ta­nia liczyła bowiem na to, że w nie­da­le­kiej przy­szło­ści uda jej się wcią­gnąć do koali­cji anty­nie­miec­kiej Zwią­zek Sowiecki.

Hit­chens w swo­jej książce powo­łuje się m.in. na bada­nia Simona New­mana, który prze­ana­li­zo­wał posie­dze­nia rządu bry­tyj­skiego w 1939 roku, także te, na któ­rych zde­cy­do­wano o udzie­le­niu Pol­sce owych nie­szczę­snych gwa­ran­cji.

"Możemy się prze­ko­nać - pisze Hit­chens - że nawet nie uwzględ­niano tego, że wtedy - ani póź­niej - Wielka Bry­ta­nia jest zupeł­nie nie­zdolna do udzie­le­nia pomocy mili­tar­nej, Pol­sce gdyby ją zaata­ko­wano. Współ­cze­sni czy­tel­nicy mogą tylko dojść do wnio­sku, iż rząd bry­tyj­ski dobrze zda­wał sobie sprawę z tego, że nie może pod­jąć - i nie podej­mie - żad­nych kro­ków w razie takiego ataku. Uznał wsze­lako, iż nie ma to i tak żad­nego zna­cze­nia. Pol­ska jako pań­stwo nie miała też bowiem żad­nego zna­cze­nia dla tego rządu".

Sam New­man w swo­jej, nieco już zapo­mnia­nej, książce Gwa­ran­cje bry­tyj­skie dla Pol­ski ujmo­wał zaś sprawę nastę­pu­jąco: Jest zna­mienne, że metoda, jaką wybrali w tym celu, pole­gała na prze­rzu­ce­niu począt­ko­wej fazy wojny na kogoś innego. Bry­tyj­czycy byli na­dal świa­domi swej sła­bo­ści mili­tar­nej. Jak to parę dni póź­niej Hali­fax powie­dział swemu sekre­ta­rzowi Harvey­owi: "Chcemy zyskać na cza­sie, gdyż każdy mie­siąc przy­spa­rza nam 600 samo­lo­tów wię­cej". Czyż naj­lep­szym spo­so­bem zyska­nia na cza­sie nie było skie­ro­wa­nie nie­miec­kiej machiny wojen­nej na Pol­skę? Zda­niem sze­fów sztabu Pol­ska mogłaby się bro­nić przez "parę mie­sięcy". A to ozna­czało o wiele wię­cej samo­lo­tów dla Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Bry­tyj­czycy - w prze­ci­wień­stwie do Pola­ków - to ludzie, któ­rzy potra­fią wycią­gać wnio­ski z histo­rii. Angiel­scy przy­wódcy pamię­tali więc dosko­nale, że pierw­szą wojnę świa­tową udało im się wygrać przy pomocy żoł­nie­rzy rosyj­skich. Dla­czego nie powtó­rzyć tego sce­na­riu­sza i teraz? Według Petera Hit­chensa bry­tyj­skie elity wła­dzy od początku praw­dzi­wego part­nera do pro­wa­dze­nia wojny na dwa fronty z Niem­cami upa­try­wały nie w sła­bej Pol­sce, ale w Związku Sowiec­kim. To dla­tego w zawar­tym w 1939 roku ukła­dzie sojusz­ni­czym z War­szawą Lon­dyn umie­ścił zastrze­że­nie, że będzie bro­nił Pol­ski tylko i wyłącz­nie przed Niem­cami. To dla­tego po 17 wrze­śnia 1939 roku Win­ston Chur­chill wyra­ził pełne zro­zu­mie­nie dla bol­sze­wic­kiego najazdu na Pol­skę: "Widać było jak na dłoni, że gwa­ran­cje te skie­ro­wane są wyłącz­nie prze­ciw Niem­com, zostały zaś tak prze­bie­gle sfor­mu­ło­wane, że nie doty­czyły sytu­acji zaist­nia­łej, gdy Pol­skę naje­chali rów­nież Rosja­nie - pisze Hit­chens. - Było to celowe i świet­nie prze­my­ślane. Cho­dziło bowiem o zacho­wa­nie furtki umoż­li­wia­ją­cej nawią­za­nie w przy­szło­ści poro­zu­mie­nia ze Sta­li­nem".

I dalej: "Woj­ska radziec­kie zna­la­zły się teraz znacz­nie bli­żej Ber­lina niż przed wybu­chem wojny. Tak oto wyła­niał się z mroku zarys przy­szłego poro­zu­mie­nia ze Sta­li­nem. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku Pol­skę można było poświę­cić na ołta­rzu dale­ko­sięż­nych inte­re­sów Anglii i Fran­cji. Lecz ZSRR na­dal pozo­sta­wał poten­cjal­nym sojusz­ni­kiem. A zatem nie wolno go było poważ­nie ura­zić, bo unie­moż­li­wi­łoby to w przy­szło­ści nawią­za­nie przy­mie­rza. Nie­wska­zane byłoby bodaj tylko sym­bo­liczne potę­pie­nie Moskwy za inwa­zję Pol­ski, nie wspo­mi­na­jąc już o wypo­wia­da­niu jej z tego powodu wojny".

Sce­na­riusz zawią­za­nia soju­szu bry­tyj­sko-sowiec­kiego wymie­rzo­nego w III Rze­szę niósł oczy­wi­ście dla Pol­ski śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo. Jak bowiem ostrze­gał w 1939 roku genialny Wła­dy­sław Stud­nicki, Anglia będzie musiała Sowie­tom za udział w woj­nie prze­ciwko Niem­com zapła­cić. A czym może im zapła­cić? Oczy­wi­ście Pol­ską. Już wów­czas - jesz­cze zanim padły pierw­sze strzały dru­giej wojny świa­to­wej - można było prze­wi­dzieć Jałtę. Przy­szłą zdradę naszego, pożal się Boże, alianta.

Jakie było więc wyj­ście z tej strasz­li­wej sytu­acji, w jakiej zna­la­zła się Pol­ska w roku 1939? Odpo­wiedź jest pro­sta. I udzie­lało jej już wielu zna­ko­mi­tych pol­skich publi­cy­stów i histo­ry­ków, m.in.: Wła­dy­sław Stud­nicki, Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz, pro­fe­sor Jerzy Łojek czy pro­fe­sor Paweł Wie­czor­kie­wicz.

Pol­ska nie powinna była dać się wcią­gnąć Wiel­kiej Bry­ta­nii w pułapkę. Wia­ro­łomne bry­tyj­skie gwa­ran­cje nale­żało po pro­stu odrzu­cić. I utrzy­mać dotych­cza­sowy kurs naszej dyplo­ma­cji, czyli kurs na Ber­lin. Nale­żało uło­żyć się z Niem­cami, aby zyskać na cza­sie.

Pol­ska w przeded­niu dru­giej wojny świa­to­wej powinna pro­wa­dzić taką samą poli­tykę, jaką pro­wa­dziła Wielka Bry­ta­nia. Czyli sta­rać się odsu­nąć od sie­bie pierw­sze, strasz­liwe ude­rze­nie Hitlera. I skie­ro­wać je w innym kie­runku. W naszym przy­padku - na Zachód. Na Fran­cję.

Nie­stety, nasze ówcze­sne elity wła­dzy pod­jęły inną decy­zję. Ufne w bry­tyj­ski i fran­cu­ski sojusz wzięły na sie­bie najazd Hitlera. Pol­scy przy­wódcy z entu­zja­zmem sko­czyli na główkę do pustego basenu, a potem byli bar­dzo zdzi­wieni, że nie było w nim wody.

"Tylko Polacy tak się cie­szyli, że wojna się od nich zaczyna - pisał Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz - tylko Polacy zacho­wali się wobec tej rze­czy, tak poważ­nej jak wojna z Hitle­rem, jak chło­piec, który nie śpi całą noc, bo się boi, że go starsi nie zabiorą na polo­wa­nie na kaczki. Wszy­scy inni - wszy­scy - sta­rali się zaosz­czę­dzić swe siły na finisz wojny".

Pol­ski czy­tel­nik zapewne będzie się zży­mał i pro­te­sto­wał, czy­ta­jąc nie­po­chlebne opi­nie, jakie Peter Hit­chens wygła­sza pod adre­sem II Rze­czy­po­spo­li­tej. Nazywa ją m.in.: "małą dzielną anty­se­micką Pol­ską, kra­jem dyk­ta­tury woj­sko­wej, sza­ka­lem z Cie­szyna". W innym miej­scu pisze z prze­ką­sem, że "poszli­śmy [my, Bry­tyj­czycy - przyp. red.] na wojnę, by bro­nić agre­syw­nego i anty­se­mic­kiego despo­ty­zmu". Pol­ska została w tych frag­men­tach książki przed­sta­wiona w spo­sób kary­ka­tu­ralny.

Czy­tel­niku, nie obu­rzaj się i nie dener­wuj! Podejdź do tego chłodno i wycią­gnij wnio­ski. Opi­nie, które wygła­sza Hit­chens, są bowiem dokład­nym odzwier­cie­dle­niem opi­nii, jaką o Pol­sce miała bry­tyj­ska elita wła­dzy w 1939 roku.

Pora, aby Polacy zeszli wresz­cie na zie­mię. W Wiel­kiej Bry­ta­nii nikt nas nie kochał ani nie lubił. Wprost prze­ciw­nie, Pol­ska miała fatalną prasę jako kraj będący "pie­kłem dla Żydów" i jako "sojusz­nik Hitlera", który ode­grał "haniebną rolę" w roz­bio­rze bied­nej, demo­kra­tycz­nej Cze­cho­sło­wa­cji.

Wielka Bry­ta­nia nie tylko Pol­ski nie lubiła, ale nie miała rów­nież w Pol­sce żad­nych żywot­nych inte­re­sów. Ba, od samego początku - od 1918 roku - zawsze mie­li­śmy Bry­tyj­czy­ków prze­ciwko sobie. To nie przy­pa­dek, że idea roz­bio­ro­wej Linii Cur­zona naro­dziła się wła­śnie w Lon­dy­nie. Bez zro­zu­mie­nia tych pod­sta­wo­wych fak­tów, które Hit­chens uka­zuje nam szcze­rze - bez taryfy ulgo­wej i bez obłudy - nie poj­miemy prawdy o roku 1939. A prawda ta jest gorzka i smutna. Wielka Bry­ta­nia ni­gdy nie uwa­żała nas za poważ­nego sojusz­nika. Uwa­żała nas jedy­nie za ofiarę, którą można rzu­cić na pożar­cie Hitle­rowi, aby zaspo­koić jego pierw­szy głód.

Książka Petera Hit­chensa ma bez wąt­pie­nia olbrzy­mie walory poznaw­cze. Jest nie tylko mode­lo­wym przy­kła­dem tego, w jaki spo­sób powinno się pisać o histo­rii. Czyli cie­ka­wie, dra­pież­nie, bez prze­mil­czeń; wbrew obo­wią­zu­ją­cej aktu­al­nie "wykładni dzie­jów". Hit­chens nie tylko potrafi posta­wić ostre tezy, potrafi ich rów­nież bra­wu­rowo bro­nić.

Dla pol­skiego czy­tel­nika książka ta może rów­nież słu­żyć jako otrzeź­wie­nie i poucza­jąca lek­cja. Roz­bija ona bowiem w proch roman­tyczne mity, jakim hoł­duje spora część naszego spo­łe­czeń­stwa. Poka­zuje praw­dziwe kulisy wiel­kiej euro­pej­skiej gry, któ­rej padli­śmy ofiarą. Kulisy decy­zji, które dopro­wa­dziły do naj­więk­szej klę­ski, jaka spa­dła na Pol­skę w jej dłu­gich, obfi­tu­ją­cych w klę­ski dzie­jach.

Bo choć zga­dzam się z Hit­chen­sem, że Wielka Bry­ta­nia dru­giej wojny świa­to­wej wcale nie wygrała, to jed­nak warto znać pro­por­cje. I pamię­tać, że kata­strofa Pol­ski była znacz­nie więk­sza, bar­dziej dotkliwa niż kata­strofa Wiel­kiej Bry­ta­nii. A tra­giczny dla nas rok 1945 był jedy­nie kon­se­kwen­cją roku 1939.

Piotr Zycho­wicz

Podzię­ko­wa­nia autora

Podzię­ko­wa­nia autora

Chyba nikomu nie będzie zbyt­nio zale­żało na tym, by jego nazwi­sko łączono z tą książką, nie­mniej chciał­bym zło­żyć podzię­ko­wa­nia tym, bez któ­rych ni­gdy by ona nie powstała. Nikogo z grona tych osób - no powiedzmy, pra­wie nikogo - nie należy obwi­niać za przy­kry i smętny ton, jaki z niej prze­bija, jak rów­nież za to, że jej treść nie u wszyst­kich znaj­dzie uzna­nie. Nie wspo­mnę już o tym, że przy­czyni się ona zapewne, co zresztą było do prze­wi­dze­nia, do powsta­nia nie­po­ro­zu­mień.

Przede wszyst­kim muszę tu wspo­mnieć o moich rodzi­cach: koman­do­rze porucz­niku Royal Navy Ericu Hit­chen­sie oraz Yvonne Hit­chens, peł­nią­cej służbę w Women's Royal Naval Service1. Zbli­żył ich do sie­bie burz­liwy czas dru­giej wojny świa­to­wej, która nazna­czyła ich swoim pięt­nem do końca życia. Obojga zabra­kło, i to daleko zbyt wcze­śnie, żeby mogli poznać tę książkę.

Gdy­bym tylko zaznał bodaj w poło­wie tego, co oboje wycier­pieli dla mnie i dla mojego poko­le­nia, nie­wąt­pli­wie zro­zu­mie­li­by­śmy się lepiej. Ni­gdy jed­nak nie zapo­mnia­łem, i nie zapo­mnę, że mój ojciec, jedyna znana mi osoba pozo­sta­jąca w służ­bie czyn­nej pod­czas ostat­niej wojny, ni­gdy nie był zupeł­nie pewien, kto wła­ści­wie oka­zał się jej zwy­cięzcą. Bo też sam ni­gdy nie miał poczu­cia, że żyje w zwy­cię­skim kraju ani też (choć swój wła­sny udział w woj­nie okre­ślał jako bar­dzo skromny), iż jego kraj odpo­wied­nio go wyna­gro­dził. Pomysł napi­sa­nia książki wyszedł od niego. Mojej matce zaś zawdzię­czam przy­gnę­bia­jące poczu­cie tego, że dla wielu osób czas pokoju po wygra­nej woj­nie przy­no­sił jakże czę­sto roz­cza­ro­wa­nie, zakłó­cane nie­kiedy przez upiory bar­dziej inspi­ru­ją­cej prze­szło­ści. Znaczny wpływ wywarła na mnie, i bar­dzo mi rów­nież pomo­gła, książka Patricka Bucha­nana Chur­chill, Hitler i nie­po­trzebna wojna, choć na­dal nie zga­dzam się z wie­loma wnio­skami, które autor w niej zawarł.

Być może zasko­cze­niem dla wielu będą wyrazy wdzięcz­no­ści, które chciał­bym zło­żyć Deni­sowi Mac­Shane'owi, który ponie­kąd był ojcem chrzest­nym tej książki. Dzięki deba­cie, w któ­rej star­łem się z Deni­sem w kwe­stii zwią­za­nej z Europą, szczę­śli­wie pozna­łem Joannę God­frey z wydaw­nic­twa I.B. Tau­ris. Joanna pochop­nie zapy­tała mnie, czy mam jakiś pomysł na napi­sa­nie książki, i wcale się nie żach­nęła, gdy zapro­po­no­wa­łem jej wła­śnie tę. Muszę dodać, że jej sto­su­nek do mnie od tam­tej pory się nie zmie­nił. Na szcze­gól­nie podzię­ko­wa­nia z mojej strony zasłu­guje rów­nież Sarah Terry, która przy­jęła na sie­bie dener­wu­jący i nie do pozaz­drosz­cze­nia obo­wią­zek zre­da­go­wa­nia książki, czy­niąc to ze zdu­mie­wa­ją­cym spo­ko­jem, z cier­pli­wo­ścią i humo­rem. Skła­dam też wyrazy sza­cunku Ale­xowi Bil­ling­to­nowi, który na uciąż­li­wych i męczą­cych eta­pach przy­go­to­wy­wa­nia tek­stu do druku wyro­zu­miale zno­sił wciąż wpro­wa­dzane przeze mnie, coraz to nowe drobne zmiany i poprawki, jak rów­nież moje ataki paniki.

Bez­gra­niczną wdzięcz­ność winien jestem mojej żonie Eve za to, że wycier­piała moją pracę nad kolejną książką, co nie­stety ode­brało nam obojgu wiele cen­nego czasu.

Wresz­cie, podob­nie jak poprzed­nio, pra­gnę wyra­zić raz jesz­cze nie­ustanny podziw dla biblio­te­ka­rzy z Lon­don Library, raju dla pro­wa­dzą­cych wszel­kie kwe­rendy, bez któ­rych pomocy ta książka ni­gdy by nie powstała. Jeśli znaj­dzie ona uzna­nie, to w dużej czę­ści wła­śnie dzięki nim. Jed­no­cze­śnie z więk­szym niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej naci­skiem oświad­czam, że na mnie i tylko na mnie spada odpo­wie­dzial­ność za wszystko, co można jej zarzu­cić.

Wpro­wa­dze­nie

Wpro­wa­dze­nie

Mit, który kocha­łem: The Navy's here!

Jest zima 1959 roku. W chłod­nej, antycz­nej wyso­kiej sali szkoły pod­sta­wo­wej w hrab­stwie Sus­sex sie­dzę i pil­nie pra­cuję wraz z kole­gami, a tym­cza­sem roz­cią­ga­jące się za oknami spo­kojne, malow­ni­cze i wie­kowe mia­sto pogrąża się w mroku. Ciszę prze­ry­wają tylko dźwięki kwa­dran­sów odmie­rza­nych przez kate­dralny zegar. Sku­pie­nie malu­jące się na naszych twa­rzycz­kach świad­czy o ogrom­nej kon­cen­tra­cji na tym, co robimy. Gdyby ujrzał nas wtedy kto­kol­wiek żyjący współ­cze­śnie, mógłby rzec, że oto spra­wu­jemy obrzędy jakie­goś oso­bli­wego i tajem­ni­czego kultu. A jed­nak jest to jedyna godzina w tygo­dniu zajęć prze­zna­czona na prace mode­lar­skie, wspa­niały punkt pro­gramu zajęć w ówcze­snych szko­łach z inter­na­tem w tam­tych bez­pow­rot­nie minio­nych cza­sach. Modele te pako­wane były w kar­to­nowe pudełka jaskra­wej barwy, zdobne wyobra­że­niami samo­lo­tów, czoł­gów i okrę­tów wojen­nych przed­sta­wio­nych w tchną­cych teatral­no­ścią soczy­stych sce­nach, wśród dział try­ska­ją­cych poma­rań­czo­wym ogniem oraz dymów bitwy. Wewnątrz pudełka znaj­do­wało się tro­chę roz­cza­ro­wu­jąco nie­wiel­kich kawał­ków sza­rego pla­stiku, kap­sułki z kle­jem, a do tego nieco nie­po­ręcz­nych kal­ko­ma­nii. Za pomocą wszyst­kich tych przed­mio­tów, jak rów­nież naszej wła­snej wyobraźni sta­ra­li­śmy się odtwa­rzać emo­cje wojny, która prze­szła nam koło nosa, lecz w któ­rej wal­czyli nasi ojco­wie, a matki cier­piały nie­do­sta­tek i głód.

Ta nie­dawna wojna jest domi­nu­ją­cym tema­tem naszych poważ­nych roz­mów, źró­dłem sto­so­wa­nych przez nas meta­for oraz w ogóle kształ­tuje nasze myśle­nie. Jed­no­cze­śnie jest ona dla nas moralną busolą, w niej tkwi geneza naszego współ­cze­snego kodeksu dobra i zła, odwagi i samo poświę­ce­nia. Wielu naszych nauczy­cieli zacho­wało stop­nie wojsk lądo­wych i mary­narki. Na przy­kład aryt­me­tyki uczył mnie koman­dor porucz­nik Royal Navy, a geo­gra­fii - koman­dor Royal Mari­nes. Jeden z dyrek­to­rów szkoły, do któ­rej uczęsz­cza­łem, posia­dał sto­pień majora i uczest­ni­czył w pro­jek­to­wa­niu stan­dar­do­wego pojem­nika na amu­ni­cję uży­wa­nego potem w naszej armii. Bez żad­nego wstydu czy zaże­no­wa­nia odmie­nia­li­śmy przez wszyst­kie przy­padki słowo Glory (Chwała), zupeł­nie jak­by­śmy byli radziec­kimi pro­pa­gan­dy­stami radio­wymi. My, chłopcy, mie­li­śmy Men of Glory, książkę wypeł­nioną krze­pią­cymi na duchu opo­wie­ściami o wojen­nym męstwie i odwa­dze. Osią­gnęła tak ogromny suk­ces, że autor, Mac­do­nald Hastings, napi­sał jej dal­szy ciąg: More Men of Glory. Bo też Chwały było wtedy pod dostat­kiem. Dziew­częta miały zaś Women of Glory (pod redak­cją Clif­forda Makinsa), w któ­rej znaj­do­wały się poru­sza­jące opisy przy­pad­ków rów­nie wiel­kiego męstwa repre­zen­tan­tek ich płci. Dzielne dąże­nie ku dobru w obli­czu strasz­li­wego wroga - oto naczelny punkt naszej wiary. Wie­dzę o tym, jak być dobrym, jak żyć god­nie i uczci­wie, czer­piemy z wyda­rzeń pod Dun­kierką, z D-Day2; dostar­czają nam jej rów­nież zma­ga­nia w bir­mań­skiej dżun­gli;: sło­wem, wszystko to są miej­sca, gdzie Bry­tyj­czycy, nie­za­leż­nie od ich pocho­dze­nia spo­łecz­nego, opie­rają się nie­przy­ja­ciel­skim zdo­byw­com. Do tej samej kate­go­rii należą nocne star­cia naszych okrę­tów eskor­tu­ją­cych kon­woje z U-Bootami pod­czas sztor­mów i w trza­ska­ją­cym mro­zie, jak rów­nież to, co się działo w nie­miec­kich obo­zach jeniec­kich na Ślą­sku. Przy­po­wie­ści o miło­sier­nym Sama­ry­ta­ni­nie czy też o synu mar­no­traw­nym nie umy­wają się do tego wszyst­kiego. Nawet Ukrzy­żo­wa­nie jakoś bled­nie i nik­nie w jaskra­wych roz­bły­skach eks­plo­du­ją­cych bomb pod­czas nalo­tów lot­ni­czych oraz bla­sku wiel­kich słu­pów ognia pocho­dzą­cych z pło­ną­cej ropy na pla­żach Dun­kierki. Nocą jest to ogień, za dnia - słupy dymu. Oto i wojna, dopiero od nie­dawna ukryta za hory­zon­tem czasu, w któ­rej nie­stety nie było dane nam, chłop­com, uczest­ni­czyć, a która zdo­mi­no­wała ze szczę­tem nasze chło­pięce umy­sły. A model, który sobie wybra­łem, być może, ponie­waż pocho­dzę z rodziny o tra­dy­cjach wojen­no­mor­skich, przed­sta­wia nasz nisz­czy­ciel HMS "Cos­sack". Zaci­ska­jąc z prze­ję­cia zęby, oble­pio­nymi kle­jem pal­cami z naj­wyż­szą uwagą skła­dam w całość deli­katne ele­menty, co jest trudną sztuką. Pró­buję przy tym w jakże dzie­cinny spo­sób naśla­do­wać gło­sem huk bomb i poci­sków arty­le­ryj­skich oraz ryk sil­nika gwał­tow­nie nur­ku­ją­cego samo­lotu. Wszy­scy czy­nią podob­nie, mozo­ląc się nad mode­lami spit­fire'ów, hur­ri­cane'ów i czoł­gów Sher­man.

Na­dal poru­sza mnie do głębi epi­zod z udzia­łem "Cos­sacka", który pod­czas mroź­nej nocy 1940 roku zmu­sił do zatrzy­ma­nia się, a potem doko­nał abor­dażu na nie­miecki okręt pomoc­ni­czy, zaopa­trze­nio­wiec floty "Alt­mark", śmiało i ryzy­kow­nie gwał­cąc przy tym neu­tral­ność Nor­we­gii. Tchnęło to wiel­kim roman­ty­zmem: oto i jeden z ostat­nich epi­zodów sta­ro­mod­nej, patrio­tycz­nej i rycer­skiej wojny z (pozor­nie) zwy­czaj­nym nie­przy­ja­cie­lem, nim jesz­cze roz­po­częły się zma­ga­nia, które bez reszty i bez­pow­rot­nie zmie­niły jej obli­cze. W ładowni "Alt­marka" znaj­do­wało się trzy­stu bry­tyj­skich jeń­ców prze­ka­za­nych przez nie­mieckiego raj­dera, okręt pan­cerny "Admi­ral Graf Spee", mają­cych tra­fić do obo­zów w III Rze­szy. Pobieżne kon­trole prze­pro­wa­dzone przez jed­nostki Mary­narki Nor­we­skiej nie wykryły ich obec­no­ści, toteż "Alt­markowi" pozwo­lono kon­ty­nu­ować rejs.

To jed­nak nie zado­wo­liło koman­dora Phi­lipa Viana, nel­so­now­skiego dowódcę 4. flo­tylli nisz­czy­cieli, który pod­niósł swoją flagę wła­śnie na HMS "Cos­sack". On sam był męż­czy­zną o podłuż­nej, szczu­płej twa­rzy, cecho­wały go zaś chłodna, nie­mal stra­ceń­cza odwaga oraz nie­prze­nik­niony spo­kój i opa­no­wa­nie mary­na­rza wal­czą­cego w daw­nym stylu. Pła­cono mu za to, żeby wal­czył, on zaś nie przy­wykł brać pie­nię­dzy za darmo. Spoj­rze­niem stale przy­mru­żo­nych oczu potra­fił przej­rzeć wszel­kie fał­szywe tłu­ma­cze­nia, wybiegi i wykręty. Zmu­sił "Alt­marka" do skie­ro­wa­nia się na skały3 i wysłał na jego pokład grupę abor­da­żową. Mary­na­rze prze­do­stali się tam uzbro­jeni w kor­de­lasy - co zda­rzyło się po raz ostatni w naszej dłu­giej histo­rii mor­skich bitew4. Po wdar­ciu się pod pokład, sto­su­jąc bez­li­to­sną prze­moc wobec każ­dego Niemca, który sta­nął im na dro­dze, usły­szeli głosy wzy­wa­jące po angiel­sku ratunku. Odpo­wie­dzieli okrzy­kiem: The Navy's here!5.

Obec­nie już żadną miarą nie potra­fię oddać sło­wami rado­ści, pocie­sze­nia i otu­chy, jakimi słowa te prze­nik­nęły mnie do głębi; były one dla mnie sym­bo­lem świata bez­piecz­nego, cie­płego i życz­li­wego, w któ­rym obo­wią­zy­wały zasady honoru i spra­wie­dli­wo­ści. Uoso­bie­niem tego wszyst­kiego stała się piękna, przy­sa­dzi­sta, szara syl­wetka HMS "Cos­sack", maja­cząca groźną ciem­no­ścią na tle lodo­wa­tego Morza Pół­noc­nego6, nisz­czy­ciela o chwacko otwar­tym mostku bojo­wym (mostki zabu­do­wane mogli sobie mieć na okrę­tach cudzo­ziemcy albo mamin­synki) oraz cudow­nie zawa­diac­kich kształ­tach, zwo­do­wa­nego, podob­nie jak inne jed­nostki wojenne, po to, by wal­czył i poszedł na dno w bitwie - takie też było rów­nież jego prze­zna­cze­nie i jego osta­teczny los.

Moja pla­sti­kowa replika stała się obiek­tem dewo­cji, a nawet, rzekł­bym bał­wo­chwal­czego kultu, choć nikomu z moich ówcze­snych kole­gów ze szkoły kate­dral­nej nawet by przez myśl nie prze­szło, by to dostrzec i kry­ty­ko­wać. W tam­tych bowiem cza­sach dzieci trzy­mano z daleka od trud­nych i nie­po­ko­ją­cych kwe­stii reli­gij­nych, tak jak ukry­wano przed nami podobne sprawy zwią­zane z sek­sem. Gdy doro­śniemy, będziemy mieli dużo czasu na pozna­nie tych rze­czy - tak wtedy rozu­mo­wano. Jed­nak pseu­do­re­li­gijny aspekt dru­giej wojny świa­to­wej wyra­żał się (i na­dal wyraża) w czymś wię­cej ani­żeli wyłącz­nie w nabo­żeń­stwach pamięci, które im bar­dziej wojna znika w otchłani odle­głej prze­szłości, tym one same jakoś dziw­nie stają się coraz wspa­nial­sze i coraz bar­dziej wido­wi­skowe. Ów kon­flikt, jak żaden inny, ota­cza szcze­gólna cześć i sza­cu­nek. Ten rodzaj niby-reli­gii można dostrzec - gdy ktoś jest czujny na ten pro­blem - w Ben­tley Priory, sie­dzi­bie dowódz­twa myśliw­skiego RAF-u pod­czas bitwy o Anglię. Upa­mięt­nia ją witraż. Jest to o tyle cie­kawe, że witraż to prze­cież forma sztuki reli­gij­nej, podob­nie jak hymn jest formą muzyki reli­gij­nej. Domi­nu­ją­cym moty­wem rze­czo­nego witraża jest syl­wetka myśliwca Spit­fire obró­co­nego dzio­bem do góry, tak że mocno przy­po­mina krzyż. To naśla­dow­nic­two innego wia­do­mego krzyża oraz innej wia­do­mej ofiary idzie nawet dalej, niż szli wspo­mi­na­jący żałob­nie pierw­szą wojnę świa­tową w hym­nie (nie­gdyś sze­roko zna­nym) O Valiant Hearts i suge­ru­jący, że śmierć tysięcy można porów­nać z ofiarą zło­żoną przez Chry­stusa. Oto szcze­gól­nie kon­tro­wer­syjny jego frag­ment:

"Still stands His Cross from that dread hour to this,

Like some bri­ght star above the dark abyss;

Still, thro­ugh the veil, the Vic­tor's pity­ing eyes

Look down to bless our lesse Calva­ries"7.

Tyle tylko, że ów hymn jest dziś nie­mal zupeł­nie zapo­mniany. Ja sam, choć stale uczęsz­czam do kościo­łów tra­dy­cyj­nych wspól­not, sły­sza­łem go tylko raz (wymru­czany przez wier­nych nie­zna­ją­cych słów i melo­dii). Przy­czyna leży głów­nie w tym, że pogląd, jakoby wojna lat 1914-1918 była Wielką Wojną w Imię Cywi­li­za­cji, czy też, że była ona Wojną Mającą Poło­żyć Kres Wszel­kim Woj­nom, znik­nął cał­ko­wi­cie i bez­pow­rot­nie. Sfor­mu­ło­wa­nie "Wojna Mająca Poło­żyć Kres Wszel­kim Woj­nom" można spo­tkać w lite­ra­tu­rze pięk­nej oraz publi­cy­styce tam­tej epoki, lecz dla nas jest wprost nie­po­jęte, że ludzie zupeł­nie otwar­cie wtedy w to wie­rzyli. Czy przy­szłe poko­le­nia będzie w rów­nym stop­niu zdu­mie­wać nasze wręcz reli­gijne uświę­ce­nie mitu Słusz­nej Wojny? Tak prze­wi­duję, choć chwila, gdy ono rap­tow­nie się zakoń­czy, nadej­dzie w jesz­cze nie­zna­nej nam przy­szło­ści.

Pogląd gło­szący, że pierw­sza wojna świa­towa była Wojną Mającą Poło­żyć Kres Wszel­kim Woj­nom roz­wiał się oczy­wi­ście jak dym we wrze­śniu 1939 roku, gdy rze­czy­wi­stość, i to bar­dzo bru­tal­nie, dowio­dła, iż była to Wojna, Która Nie Poło­żyła Kresu Woj­nom. A nawet rów­nie dobrze można by ją nazwać Wojną, Która Dopro­wa­dziła Bez­po­śred­nio do Kolej­nej Wojny. Wspo­mniany pogląd zastą­piło nowe prze­świad­cze­nie, jakoby wojna lat 1939-1945 (począt­kowa data tego kon­fliktu poda­wana jest róż­nie, w zależ­no­ści od kraju) była Słuszną Wojną. Wojna ta - takie utrzy­muje się prze­ko­na­nie - była tak dalece słuszna, że ludzie usta­wicz­nie chcie­liby znów w niej uczest­ni­czyć, by pła­wić się w jej szla­chet­nych ide­ałach.

Jej pasje8, przy­po­wie­ści z nią zwią­zane, jej posta­cie są dziś lepiej znane niż biblijne. Trium­falny wjazd do Jero­zo­limy, Ostat­nią Wie­cze­rzę, zdradę w Ogro­dzie Oliw­nym, Ukrzy­żo­wa­nie, Zmar­twych­wsta­nie, wie­cze­rzę w Emmaus, a także zstą­pie­nie Ducha Świę­tego wśród pło­mieni - wszystko to zastą­piły współ­cze­sne motywy: oto i Win­ston na pustyni, nie­po­si­la­jacy się sza­rań­czą i mio­dem dzi­kich psz­czół, tylko palący cygara i popi­ja­jący szam­pana, a choć, podob­nie jak dawni pustel­nicy znie­wa­żany, oplu­wany i wygnany, to jed­nak posia­da­jący dar pro­ro­czy. Mamy więc zdradę w Mona­chium, cudowne prze­trwa­nie cnót i morale pod­czas klę­ski pod Dun­kierką oraz w bitwie o Anglię, i wresz­cie, wraz z lądo­wa­niem w Nor­man­dii, zmar­twych­wsta­nie wol­no­ści i demo­kra­cji. Fetują to wszystko i z życz­li­wym uśmie­chem wspie­rają takie feto­wa­nie Stany Zjed­no­czone Ame­ryki Pół­noc­nej, boskie przez swoją dobroć, bogac­two i siłę - zwłasz­cza odkąd użyły stwo­rzo­nych przez czło­wieka pio­ru­nów w Hiro­szi­mie i Naga­saki. Sym­bo­lem wiary w Wiel­kiej Bry­ta­nii jest Spit­fire, co cie­kawe - broń defen­sywna, naj­bar­dziej znana z tego, że uchro­niła nas przed domnie­maną inwa­zją. Rów­nież, choć nieco tylko rza­dziej, bom­bo­wiec Avro Lan­ca­ster bywa obiek­tem czci. Lecz ów samo­lot był bez­sprzecz­nie bro­nią ofen­sywną, wsze­lako z gatunku tych, któ­rymi wolimy zbyt­nio nie zaprzą­tać sobie głowy. Egzem­pla­rze obu tych maszyn zostały zacho­wane jako żywe reli­kwie, uczest­ni­cząc w Bat­tle of Bri­tain Memo­rial Fli­ghts, kiedy to wzbi­jają się w powie­trze z oka­zji naszych uro­czy­sto­ści pań­stwo­wych, w tym także ślu­bów człon­ków rodziny kró­lew­skiej9, zupeł­nie jakby były jakimś sakra­men­tem.

Wiara w Słuszną Wojnę stała się tak potężna, że nawet celowe zabi­ja­nie lud­no­ści cywil­nej w strasz­li­wych nalo­tach na uboż­sze dziel­nice miast nie jest by­naj­mniej uspra­wie­dli­wiane, lecz zostało uświę­cone przez wyznaw­ców nowego kultu. Oto sir Arthut Har­ris, który bez poczu­cia winy, wyraź­nie i nie­dwu­znacz­nie dążył aktyw­nie do zgła­dze­nia tylu Niem­ców, ile to tylko moż­liwe, został upa­mięt­niony pomni­kiem w cen­trum Lon­dynu, odsło­nię­tym przez samą Kró­lową Matkę10. Bodaj tylko naj­ła­god­niej­sze kry­ty­ko­wa­nie takich ata­ków wywo­łuje (co ja, autor, sam mogę potwier­dzić) urazę i wście­kłość, a nawet bywa odbie­rane jako oso­bi­sta znie­waga. Jed­no­cze­śnie ogromna rola, jaką ode­grał w woj­nie Zwią­zek Radziecki Sta­lina, impe­rium taj­nej poli­cji, obo­zów nie­wol­ni­czej pracy, tor­tur i mon­stru­al­nej tyra­nii, jest nie­mal cał­ko­wi­cie zapo­mniana. Nie tylko prze­waż­nie zapo­mi­namy o ist­nie­niu Gulagu, o któ­rym wiemy zresztą i tak nie­wiele, jed­no­cze­śnie (i słusz­nie) nie zapo­mi­na­jąc ani na moment o nie­miec­kich obo­zach śmierci i pracy przy­mu­so­wej, ale też rzadko wspo­mi­namy o udziale Sta­lina w poko­na­niu Hitlera. Wyka­zu­jemy przy tym zadzi­wia­jącą igno­ran­cję o jego pak­cie z III Rze­szą z 1939 roku, o zagar­nię­ciu przez Rosjan połowy ówcze­snej Pol­ski (bez­pow­rot­nym) oraz o agre­sji ZSRR na Fin­lan­dię. Nie­wiele też wiemy o wiel­kich bitwach lądo­wych, które roz­strzy­gnęły o wyniku wojny w Euro­pie. Nic nam abso­lut­nie nie wia­domo o dziw­nym, powi­kła­nym kon­flik­cie rosyj­sko-japoń­skim, zupeł­nie nie­po­dob­nym do pozo­sta­łych zma­gań wojen­nych.

Powód tej nie­pa­mięci jest oczy­wi­sty. Skoro bowiem była to Słuszna Wojna, wojna prze­ciw siłom Zła, to jakże mogła zostać wygrana za pomocą tak nie­go­dzi­wego mocar­stwa, na dobitkę tego, któ­rym przez następne pięć­dzie­siąt lat jakoby pogar­dza­li­śmy? Fin­lan­dia, nie­omal nasz sojusz­nik w roku 1940, dążyła do zacho­wa­nia nie­za­leż­no­ści od ZSRR, pozo­sta­jąc w latach 1941-1944 w nie­for­mal­nym soju­szu z Hitle­rem. Ów kraj sta­nął w obli­czu lustrza­nego odbi­cia dyle­matu moral­nego Wiel­kiej Bry­ta­nii. Oto jego naj­więk­szym wro­giem był despo­tyczny i zbrod­ni­czy Zwią­zek Radziecki. Naj­po­tęż­niej­szy wróg Związku Radziec­kiego, despo­tyczna i zbrod­ni­cza III Rze­sza mogłaby pomóc Finom prze­trwać. Jed­nak ceną tego prze­trwa­nia był sojusz z ohyd­nym reżi­mem. Tak więc Fin­lan­dia posta­wiła na nie­wła­ści­wego konia, ów epi­zod został jej jed­nak przez grzecz­ność zapo­mniany.

Ma to rów­nież odnie­sie­nie do kil­ku­na­stu innych, zgoła dziw­nych i bez­pre­ce­den­so­wych zda­rzeń, jakie zaszły w Skan­dy­na­wii w latach 1940-1945; zwłasz­cza do postę­po­wa­nia cywi­li­zo­wa­nej, socjal­de­mo­kra­tycz­nej Szwe­cji, która otwo­rzyła swoje gra­nice i udo­stęp­niła linie kole­jowe, umoż­li­wia­jąc nie­miec­kim (czy też, jak to się obec­nie przy­jęło mawiać, nazi­stow­skim) woj­skom swo­bodny prze­jazd tam, gdzie miały gnę­bić i prze­śla­do­wać innych. Ów epi­zod jest zresztą mało znany poza Skan­dy­na­wią, lecz wspo­mi­nają go do dziś z gory­czą Nor­we­go­wie, jego główna ofiara. Pod­czas nie­miec­kiego ataku na ZSRR Szwe­cja umoż­li­wiła trans­lo­ka­cję całej dywi­zji pie­choty Wehr­machtu, mają­cej uczest­ni­czyć w tej inwa­zji, przez swoje tery­to­rium z Nor­we­gii do Fin­lan­dii. A trzeba tu nad­mie­nić, iż była to jedy­nie drobna część znacz­nie więk­szego tran­zytu wojsk w dłu­gim cza­sie. Ów dłu­go­trwały, bez­sporny i wsty­dliwy epi­zod przed­sta­wia się dziś jako kry­zys w histo­rii Szwe­cji, jed­nak szwedzcy histo­rycy spie­rają się, czy rze­czy­wi­ście był to kry­zys, czy może tylko gra pozo­rów, mająca ukryć to, iż w inten­cjach Sztok­holmu leżało wyłącz­nie prze­pusz­cze­nie Niem­ców przez wła­sne tery­to­rium. Ale też teo­lo­gia Słusz­nej Wojny wymaga w znacz­nej mie­rze sto­so­wa­nia takich uni­ków, ukry­wa­nia i prze­mil­cze­nia nie­wy­god­nych fak­tów oraz zapo­mi­na­nia.

A co możemy powie­dzieć o osta­tecz­nych posta­no­wie­niach odno­szą­cych się do powo­jen­nego świata, zawar­tych w Jał­cie? Gdy spoj­rzeć na to chłod­nym okiem, tamta cyniczna kon­fe­ren­cja była jed­nym wiel­kim wymu­sze­niem hara­czu, przy czym głów­nym reke­tie­rem był Sta­lin, a mocar­stwa zachod­nie zastra­szo­nymi prze­zeń ofia­rami; na dobitkę był to nie­po­rów­na­nie znacz­nie bar­dziej haniebny przy­kład appe­ase­mentu, niż w roku 1938 mogliby roz­wa­żać uczest­nicy kon­fe­ren­cji mona­chij­skiej. W następ­stwie tego mało­dusz­nego układu miliony nie­win­nych i bez­bron­nych osób prze­ka­zano okrut­nemu cudzo­ziem­skiemu zdo­bywcy. Wiele z nich - na przy­kład Koza­ków - wysłano w spo­sób haniebny w zaplom­bo­wa­nych wago­nach kole­jo­wych wprost pod lufy kara­bi­nów plu­to­nów egze­ku­cyj­nych NKWD. Ludzie ci mieli uza­sad­nione powody, żeby oba­wiać się o swoje życie, lecz ich żar­liwe prośby o pozwo­le­nie pozo­sta­nia na Zacho­dzie zostały zigno­ro­wane. Bez­sprzecz­nie spe­ne­tro­wa­nie naszego esta­bli­sh­mentu przez sym­pa­ty­ków komu­ni­stycz­nego impe­rium powstrzy­my­wało nas przez tak długi czas od przy­zna­nia, że pań­stwo radziec­kie to twór odra­ża­jący i łaj­dacki. Być może jed­nak jedną z przy­czyn tej powścią­gli­wo­ści było nasze zakło­po­ta­nie, że pozo­sta­jemy z nim w soju­szu.

W podobny spo­sób prze­świad­cze­niu, jakoby pojał­tań­ska Europa była kon­ty­nen­tem wol­nym i spra­wie­dli­wym, zadały poważny kłam uchwały kon­fe­ren­cji pocz­dam­skiej. W myśl jej posta­no­wień zwy­cię­skie mocar­stwa uznały za słuszne to, co dziś ucho­dzi­łoby za "czystki etniczne", doko­ny­wane na nie­sły­chaną skalę. Prze­ra­ża­jące okrop­no­ści tego epi­zodu, kiedy to sprzy­mie­rzeni jedy­nie na papie­rze zobo­wią­zali się do pro­wa­dze­nia tych wysie­dleń "w spo­sób upo­rząd­ko­wany i ludzki"11, są dobrze udo­ku­men­to­wane. Ku naszemu wsty­dowi pozo­stają one nie­mal zupeł­nie nie­znane, wyjąw­szy nie­wiel­kie grono pro­fe­sjo­nal­nych histo­ry­ków, któ­rych zawód wymaga pamię­ta­nia o takich spra­wach. A jed­nak uchwały pocz­dam­skie sta­no­wiły jeden z naj­waż­niej­szych ele­men­tów dzie­jów współ­cze­snej Europy. Jed­nak wolimy o nim nie pamię­tać, ponie­waż nie pasuje on do obrazu nas samych, jaki hołu­bimy. Tak oto samo­uspra­wie­dli­wia­jąca się legenda okrywa w dzi­waczny spo­sób, niczym puszy­sty kocyk dzie­cięcy, szkie­lety i rumo­wi­sko.

Ów pseu­do­na­bożny, absur­dalny z punktu widze­nia histo­rii obraz wojny naj­sil­niej wyraża nie­zwy­kłe malo­wi­dło ścienne góru­jące w sali, gdzie odby­wają się posie­dze­nia Rady Bez­pie­czeń­stwa ONZ. Według samej orga­ni­za­cji rze­czone dzieło sztuki "przed­sta­wia wysiłki podej­mo­wane przez czło­wieka, by wyzwo­lić się z mrocz­nej prze­szło­ści wojny i nie­wol­nic­twa i dążyć do lep­szego życia oraz przy­szło­ści roz­świe­tlo­nej przez naukę i sztukę"12. Jed­nak ów malu­nek, któ­rego auto­rem jest nor­we­ski arty­sta Per Las­son Krohg, znacz­nie przy­po­mina pod wzglę­dem formy witraż kościelny i wypeł­nia go pseu­do­re­li­gijna (nie­ko­niecz­nie chrze­ści­jań­ska) sym­bo­lika. Skuci więź­nio­wie uwal­niani są z lochów; dzieci trzy­mają gołę­bie i zry­wają jabłka z gałęzi; Feniks odra­dza się z popio­łów; magiczne świa­tło wpada przez otwarte podwoje; wielki biały koń staje dęba; żoł­nierz odkłada na bok kara­bin; uśmiech­nięte pro­mien­nie grupy w tra­dy­cyj­nych stro­jach radują się; posta­cie męskie i kobiece odwa­żają złoto albo patrzą przez mikro­skopy bądź tele­skopy. Górna część tej sce­ne­rii jest bar­dziej oświe­tlona niż dolna, bo jej dolne par­tie spo­wija cień. Poni­żej umiera w ciem­no­ściach zło­wrogi smok, w któ­rego trze­wiach tkwi miecz. W cen­trum klę­czy para zato­piona naj­wy­raź­niej w modli­twie; oboje mocno ści­skają wza­jem­nie swoje przed­ra­miona. Ona trzyma kwiaty. Cie­kawe, że ta sama para poja­wia się rów­nież na innym, mniej opty­mi­stycz­nym obra­zie tego samego autora. Per Krohg wiele wycier­piał pod­czas nie­miec­kiej oku­pa­cji swego kraju i przez rok wyko­ny­wał prace przy­mu­sowe. Para usy­tu­owana pośrodku muralu w ONZ nie­zmier­nie przy­po­mina posta­cie z głę­boko melan­cho­lij­nego stu­dium, które ów arty­sta nama­lo­wał, gdy Niemcy zaj­mo­wali Nor­we­gię, co przy­nio­sło mu wiele cier­pień. Nic więc dziw­nego, że klę­ska III Rze­szy wypeł­niła go nie­mal reli­gijną rado­ścią, podob­nie zresztą jak wiele innych osób w oku­po­wa­nych kra­jach - zwłasz­cza gdy nie zostały one oddane pod wła­dzę Sta­lina. Malo­wi­dło w sali obrad Rady Bez­pie­czeń­stwa przed­sta­wia począ­tek nowej ery - ery wol­no­ści i oświe­ce­nia, a zara­zem nie tylko koniec wojny, lecz także zakoń­cze­nie całego sta­dium dzie­jów ludz­ko­ści, zara­nie nowej epoki pokoju, bra­ter­stwa i dobro­bytu.

To prze­świad­cze­nie, że żyjemy w świe­cie, który uszla­chet­nia wojna pro­wa­dzona prze­ciw czy­stemu złu, dobrze wyra­ził, w typowy spo­sób, wybitny przed­sta­wi­ciel mojej gene­ra­cji. Jego wyso­kość książę Karol, książę Walii i Korn­wa­lii, następca bry­tyj­skiego tronu - bo wła­śnie jego mam na myśli - wystą­pił w audy­cji reli­gij­nej radia BBC Tho­ught for the Day, wyemi­to­wa­nej 22 grud­nia 2016 roku. Oto jego wypo­wie­dziane wów­czas słowa: "Uro­dzi­łem się w roku 1948 - nie­długo po zakoń­cze­niu dru­giej wojny świa­to­wej, w któ­rej poko­le­nie moich rodzi­ców wal­czyło i umie­rało w zma­ga­niach z nie­to­le­ran­cją, prze­ra­ża­ją­cym eks­tre­mi­zmem oraz prze­ciw­sta­wia­jąc się nie­ludz­kiej pró­bie eks­ter­mi­no­wa­nia żydow­skiej popu­la­cji w Euro­pie. Jest dla mnie wprost nie­po­jęte, że bez mała sie­dem­dzie­siąt lat póź­niej na­dal trwają na naszych oczach podobne potworne prze­śla­do­wa­nia. Naszą powin­no­ścią wobec tych, któ­rzy cier­pieli i umie­rali tak strasz­liwą śmier­cią, jest nie­do­pusz­cze­nie do powtó­rze­nia się zbrodni prze­szło­ści"13.

Teza, jakoby ostat­nia wojna była (chyba że przy­god­nie) "walką z nie­to­le­ran­cją, potwor­nym eks­tre­mi­zmem oraz nie­ludzką próbą eks­ter­mi­no­wa­nia żydow­skiej popu­la­cji w Euro­pie", jest, jak uwa­żam, nie­mal cał­ko­wi­cie bez­pod­stawna, co dalej udo­wod­nię. Gdy­byż to była prawda! Co gor­sza, takie poglądy skła­niają ludzi do moral­nego uspra­wie­dli­wia­nia współ­cze­snych wojen z wyboru.

Lecz to wła­śnie takie wojny, wsz­czy­nane w imie­niu słusz­no­ści oraz cywi­li­za­cji, zawio­dły nas bez­po­śred­nio - takie jest moje zda­nie - ku "potwor­nym prze­śla­do­wa­niom", o któ­rych wspo­mniał książę. Mówił rów­nież o ogrom­nych poto­kach uchodź­ców, ucie­ka­ją­cych wtedy z Bli­skiego Wschodu, który stał się strefą znisz­cze­nia oraz polem sek­ciar­skiej nie­na­wi­ści. Wiele prze­ma­wia za stwier­dze­niem, iż uchodźcy ci, któ­rzy prze­by­wa­jąc na wygna­niu, czę­sto sta­wali się eko­no­micz­nymi migran­tami, sta­no­wili pro­dukt zamie­rzo­nych i o pozor­nie szla­chet­nych inten­cjach inter­wen­cji Zachodu. Inge­ro­wa­nie w sprawy wewnętrzne Afga­ni­stanu, a potem inwa­zja na ów kraj, co miało rów­nież odnie­sie­nie do Iraku, Libii i Syrii, przy­czy­niły się do zaist­nie­nia tego kry­zysu. We wszyst­kich powyż­szych przy­pad­kach ode­grała w pew­nej mie­rze wiara w Słuszną Wojnę z lat 1939-1945 oraz pra­gnie­nie, by na niej się wzo­ro­wać. W cza­sach gdy tra­dy­cyjne wojny kolo­nialne i tery­to­rialne zde­cy­do­wa­nie wyszły z mody, tylko kon­cep­cja ide­ali­stycz­nej, słusz­nej wojny mogła uspra­wie­dli­wić te poczy­na­nia w zachod­nich demo­kra­cjach. Dopiero póź­niej, kiedy to przej­rze­li­śmy na oczy i zmie­ni­li­śmy nasz styl myśle­nia, a naszych emo­cji już nie roz­pa­lał ide­alizm - dopiero wtedy zaczęły się pod­no­sić głosy żąda­jące uka­ra­nia odpo­wie­dzial­nych za zbrod­nie wojenne wywo­łane przez te kon­flikty. Dopro­wa­dziło jed­nak do nich ogólne akcep­to­wa­nie uto­pij­nej wojny.

Wojna z Hitle­rem stała się - i na­dal pozo­staje - wojną tak dalece zide­ali­zo­waną, tak dalece ide­olo­giczną, że zabra­kło w niej miej­sca na takie sta­ro­świec­kie bry­tyj­skie cnoty jak wspa­nia­ło­myśl­ność wobec prze­ciw­nika czy tez zdol­ność do auto­iro­nii. A prze­cież pozwa­lano na takie postę­po­wa­nie - ba, nawet do niego zachę­cano - pod­czas prze­cież jaw­niej cynicz­nych zma­gań z lat 1914-1918. Byli­by­śmy więc bar­dzo zasko­czeni, gdyby w cza­sie ostat­niej wojny żoł­nie­rze prze­ciw­nych stron urzą­dzili sobie na linii frontu chwi­lowy rozejm z oka­zji Bożego Naro­dze­nia. A nasi lot­nicy ni­gdy nie zrzu­ci­liby z powie­trza wień­ców pod­czas pogrzebu nie­miec­kiego pilota, opa­trzo­nego sło­wami: "Męż­nemu i god­nemu prze­ciw­ni­kowi", tak jak to miało miej­sce, gdy w roku 1918 skła­dano do grobu szczątki Man­freda von Rich­tho­fena. Ow­szem, pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej Niemcy mogli być dla nas Hunami, nie byli oni jed­nak żadną miarą ide­olo­gicz­nym wro­giem, nosi­cie­lem nie­to­le­ran­cji i prze­ra­ża­ją­cego eks­tre­mi­zmu. Stało się powszechną prak­tyką wśród piszą­cych obec­nie o woj­nie 1939-1945 sto­so­wa­nie takich okre­śleń jak: "nazi­stow­skie okręty wojenne", "nazi­stow­skie lot­nic­two" i "nazi­stow­skie woj­ska", choć prze­cież bar­dziej byłoby tu na miej­scu słowo "nie­miec­kie". Bez­sprzecz­nie bowiem na wszyst­kich fron­tach wal­czyło wielu naro­do­wych socja­li­stów. Jed­nak ich mun­dury i sztan­dary były w więk­szo­ści naro­dowe, nie zaś par­tyjne. Na dobitkę wiele celów mili­tar­nych, w imię któ­rych wal­czyli, uzna­łyby bez zastrze­żeń demo­kra­tyczne rządy nie­miec­kie z cza­sów sprzed obję­cia wła­dzy przez Hitlera. Zna­mienne, że w odnie­sie­niu do żoł­nie­rzy oraz w ogóle do sił zbroj­nych ZSRR, naszego sojusz­nika przez więk­szą część tego samego kon­fliktu, rzadko sto­so­wany jest przy­miot­nik "komu­ni­styczny", choć w tej sytu­acji byłoby to wszak kon­se­kwentne i logiczne.

Naj­oso­bliw­szą i naj­bar­dziej zna­mienną ofiarą tej nowej zaja­dłej formy ide­ali­zmu stał się nie­szczę­sny P.G. Wode­ho­use, nie­wąt­pliwy patriota, lecz zagu­biony niczym dziecko w mean­drach bie­żą­cej poli­tyki, który był zdzi­wiony i zasko­czony tym, że trak­tuje się go jak zdrajcę ojczy­zny za to tylko, że żar­to­wał ze swo­jego inter­no­wa­nia14. Na długo wcze­śniej napi­sał on powieść saty­ryczną The Swoop!, paro­dię sen­sa­cyj­nych tytu­łów Wil­liama Le Queuxa15 jak rów­nież podob­nych mu auto­rów, w któ­rej prze­po­wie­dział on nie­miecką inwa­zję na Anglię, i to przed rokiem 1914. Ale bo też wtedy takie rze­czy były dopusz­czalne. Jed­nak poczu­cie humoru Wode­ho­use'a nie odpo­wia­dało nowym cza­som. On sam tkwił duchem naj­czę­ściej gdzieś poza aktu­alną teraź­niej­szo­ścią, w wiecz­no­tr­wa­łym raju wiej­skich rezy­den­cji, maje­sta­tycz­nych cio­tek i zbzi­ko­wa­nych ary­sto­kra­tów. Nie­wy­klu­czone, że o jego wie­dzy, iż ist­nieje ktoś taki jak Hitler, świad­czy jeden jedyny frag­ment z pocho­dzą­cej z 1936 roku jego noweli Buried Tre­asure. Jak to zwy­kle u Wode­ho­use'a fabuła jest absur­dalna i nie­po­ważna; oto i ów frag­ment: "Sytu­acja w Niem­czech stała się przed­mio­tem dys­ku­sji przy barze w "Wytchnie­niu Węd­ka­rza"; wyra­żono ogólne prze­ko­na­nie, że Hitler stoi na roz­drożu i że nie­ba­wem oko­licz­no­ści znu­szą go do pod­ję­cia jakichś kon­kret­nych kro­ków. Jego obecne poczy­na­nia, jak oświad­czył któ­ryś "Whi­sky splash", wysoce zna­mio­nują nie­zde­cy­do­wa­nie.

- Będzie więc musiał albo go zapu­ścić, albo zgo­lić - rzekł. - Bo prze­cież nie może tak bez końca się wahać. Albo ma się wąsik, albo się go nie ma. Trze­cia moż­li­wość nie ist­nieje".

Oczy­wi­ście coś podob­nego nijak się ma do wojny total­nej, jej natury, reguł oraz ide­olo­gii. Taka postawa autora jest wprost nie­po­jęta dla tych, któ­rzy dobrze wie­dzą, jakie dno moralne osią­gnęło pań­stwo Hitlera, nim osta­tecz­nie upa­dło, co jed­nak w tam­tych cza­sach nikomu nawet by przez myśl nie prze­szło. W tym kon­tek­ście jakże inte­re­su­jące jest to, co pisali naj­więksi prze­ciw­nicy Hitlera przed rokiem 1945, oka­zuje się bowiem, że nie mieli oni nawet w poło­wie poję­cia, jak naprawdę sprawy wyglą­dają. Nazy­wają go wpraw­dzie gwał­tow­nym, okrut­nym i nie­to­le­ran­cyj­nym tyra­nem, jed­nak zwy­kłego euro­pej­skiego chowu. Bo też nie wie­dzieli tego, co my wiemy. Nie usi­ło­wali pod­trzy­my­wać popar­cia dla wojny w dużym demo­kra­tycz­nym kraju, któ­rego oby­wa­tele nie­zbyt byli skłonni do wyrze­cze­nia się coraz dostat­niej­szego życia na rzecz racjo­no­wa­nia żyw­no­ści, zaciem­nień i obo­wiąz­ko­wego poboru do woj­ska.

Toteż gdy wybu­chła totalna ide­olo­giczna wojna, która go wchło­nęła, Wode­ho­use na­dal nie poj­mo­wał, jak dalece różni się ona od poprzed­niej. Uznał, że wpraw­dzie został zatrzy­many przez Hunów, groź­nych, bo groź­nych, lecz prze­cież tak naprawdę komicz­nych, z któ­rych mógł się pośmiać. Sądził, że obecna wojna to po pro­stu kolejny kon­flikt naro­dów, w któ­rym znaj­dzie się też nieco miej­sca dla lek­kiego humoru. Na swoje nie­szczę­ście to nie Huno­wie go schwy­tali, tylko nazi­ści, któ­rych wtedy, pod koniec roku 1940, nale­żało już brać poważ­nie, choć na początku tego samego roku można ich było - na upar­tego - trak­to­wać nawet i bez­tro­sko. W kome­dii jed­nak kore­la­cja czasu decy­duje o wszyst­kim. Wcze­sna bry­tyj­ska pro­pa­ganda wojenna prze­waż­nie ude­rzała w podobne tony co Wode­ho­use, pre­zen­tu­jąc Hitlera jako absur­dalną, śmieszną figurę, a Niem­ców jako masze­ru­ją­cych zama­szy­ście Pru­sa­ków. Była wtedy nawet pio­senka (po maju 1940 roku rzadko się ją wpraw­dzie już sły­szało) o tym, jak to "zawie­simy pra­nie na Linii Zyg­fryda". Zawo­dowi żoł­nie­rze ser­decz­nie jej nie­na­wi­dzili. Rów­nież w nakrę­co­nym w 1940 roku fil­mie Dyk­ta­tor Hitler został spa­ro­dio­wany przez Char­liego Cha­plina jako klaun. I wła­śnie dla­tego ów obraz trudno się dziś ogląda. Twórcy takich mate­ria­łów byli rów­nie naiwni co Wode­ho­use, co trzeba im jed­nak wyba­czyć, ponie­waż tak wielu się śmiało z podob­nych spraw i rze­czy pod­czas dłu­gich począt­ków wojny, świę­cie prze­ko­na­nych, że pro­wa­dzą zwy­czajną wojnę ze zwy­czaj­nym wro­giem.

Jed­nak w roku 1939, jak rów­nież na początku następ­nego roku bar­dzo nie­wiele osób spoza Nie­miec dys­po­no­wało szer­szą wie­dzą na ten temat, a już w naj­mniej­szym stop­niu bry­tyj­ska klasa poli­tyczna. Wśród zacie­trze­wio­nych kry­ty­ków Wode­ho­use'a, prze­ko­na­nych o słusz­no­ści swo­jego potę­pie­nia tego co (w nor­mal­nym świe­cie i według wszel­kich roz­sąd­nych kry­te­riów) było drob­nym uchy­bie­niem, znaj­do­wała się oso­bliwa postać Duffa Coopera16. Ów jeden z naj­bliż­szych sprzy­mie­rzeń­ców Chur­chilla jest po dziś dzień naj­bar­dziej powa­żany za to, że sta­nął "po wła­ści­wej stro­nie" pod­czas Wiel­kiej Zdrady Cze­cho­sło­wa­cji w roku 1938. Był on wier­nym uczniem potęż­nego Chur­chilla. Lecz nawet już wtedy można było zadać pyta­nie, po czy­jej stro­nie wła­ści­wie stoi, zwa­żyw­szy na praw­do­po­dobny rezul­tat wojny pomię­dzy Wielką Bry­ta­nią z jej maleń­kimi siłami lądo­wymi, bro­nioną w powie­trzu przez dwu­pła­towce, a Niem­cami Hitlera w roku 1938? Prze­świad­cze­nie, że wojna bry­tyj­sko-nie­miecka mogłaby wtedy "zatrzy­mać Hitlera", jest zadzi­wia­jąco roz­po­wszech­nione. Być może przy­czyna leży w tym, że więk­szość Angli­ków bar­dzo słabo zna geo­gra­fię Europy Wschod­niej, nie wie­dząc (przy­kła­dowo), że Wie­deń leży bar­dziej na wschód niż Praga. W następ­stwie ansz­lusu jesie­nią 1938 roku Cze­cho­sło­wa­cja została pozba­wiona wszel­kich moż­li­wo­ści sku­tecz­nej obrony, ponie­waż została oto­czona z trzech stron przez tery­to­ria oraz lot­ni­ska nie­miec­kie. W kolej­nych roz­dzia­łach tej książki przed­sta­wię zresztą Coopera rów­nież w nieco innym świe­tle. Jed­nak to, w jaki spo­sób potrak­to­wał on Wode­ho­use'a, było wcze­snym ostrze­że­niem - oto bowiem ujaw­niła się w dzia­ła­niu moc i potęga mitu Słusz­nej Wojny. W słusz­nej woj­nie prze­ciw­nik nie może być ot po pro­stu prze­ciw­nikiem. Musi być zawsze uoso­bie­niem zła, i wła­śnie to decy­duje, że z nim wal­czymy.

Czym ta książka nie jest

Druga wojna świa­towa, podob­nie jak wszyst­kie inne wyda­rze­nia, które ule­gły mito­lo­gi­za­cji, jest tema­tem nie­bez­piecz­nym. Rzecz oso­bliwa, bez­po­śred­nio po zakoń­cze­niu była ona przez kilka lat przed­mio­tem bar­dziej racjo­nal­nych i roz­sąd­nych ana­liz oraz dys­ku­sji ani­żeli obec­nie, a to dla­tego że pokaźna liczba osób odgry­wa­ją­cych znaczne role w życiu spo­łecz­nym sama jej doświad­czyła.

Wsze­lako od tam­tej pory wojna ta utrwa­liła się i zesta­liła, sta­jąc się legendą, zwłasz­cza wśród mojego poko­le­nia, co odarło ją ze wszel­kich niu­an­sów. Prze­ko­na­nie, iż była to nie­za­prze­czal­nie i bez­wa­run­kowo Słuszna Wojna, roz­po­wszech­niło się z nad­zwy­czajną szyb­ko­ścią, ostat­nio zaś jesz­cze je utwier­dziły póź­niej­sze Słuszne Wojny, jakoby na niej wzo­ro­wane.

Zwo­len­nicy kon­cep­cji Słusz­nej Wojny by­naj­mniej nie twier­dzą, że była to już ostat­nia wojna, co prak­ty­ko­wali obrońcy kon­fliktu roz­po­czę­tego w roku 1914 aż do roku 1939, kiedy stało się to z oczy­wi­stych wzglę­dów nie­moż­liwe. Oni wie­dzą lepiej.

Tak więc ów mit prze­trwał, nie­na­ru­szony przez serię kon­flik­tów, zarówno o małej, jak i więk­szej skali, jakie potem nastą­piły, nawet wów­czas gdy (tak jak w byłej Jugo­sła­wii czy też ostat­nio na Ukra­inie) na tych samych polach bitew­nych, co w latach 1939-1945 ście­rali się ze sobą ci sami prze­ciw­nicy - tyle że we współ­cze­snych mun­du­rach - co wtedy. Wprost prze­ciw­nie, pro­pa­ga­to­rami kon­cep­cji "Słusz­nej Wojny" są za każ­dym razem ci, któ­rzy chcą wię­cej wojen, zawsze sta­ra­jąc się prze­ko­nać nas przy tym, że rów­nież one byłyby "słuszne". Pasjo­nu­jące było zaś patrzeć, jak Ser­bo­wie i Rosja­nie, któ­rych w latach 40. uzna­wa­li­śmy za naszych "szla­chet­nych sojusz­ni­ków" na Bał­ka­nach i na Ukra­inie, zna­leźli się na prze­ciw­le­głych bie­gu­nach; w tych bowiem współ­cze­snych woj­nach naszymi sojusz­ni­kami zostali Chor­waci i Ukra­ińcy, któ­rzy jed­nak czę­sto­kroć sta­wali zde­cy­do­wa­nie "nie po naszej stro­nie" w roku 1941.

Dla­czego jed­nak tak bar­dzo trudno jest kry­ty­ko­wać fan­ta­zję zwaną Słuszną Wojną? Bo też i tak jest. Ci, któ­rzy ośmie­lają się to czy­nić szybko, zostają oskar­żeni o sym­pa­tie pro­na­zi­stow­skie, defe­tyzm, moralną obo­jęt­ność, oraz podobne nie­piękne przy­wary. Ja jed­nakowoż wszel­kie tego typu zarzuty skwi­tuję krót­kim: "Nie poczu­wam się do winy".

Nie chcę przy tym ranić niczy­ich uczuć. Tych uczuć pozo­stało zresztą już i tak bar­dzo nie­wiele. Ogólną nie­chęć do kry­ty­ko­wa­nia wojny nie można, prawdę powie­dziaw­szy, wytłu­ma­czyć tak­tow­nym pra­gnie­niem, żeby przy­pad­kiem nie ura­zić tych, któ­rzy w niej uczest­ni­czyli. Jed­nak żyje ich już bar­dzo nie­wielu. Więk­szość jej kom­ba­tan­tów (jak na przy­kład mój ojciec) wspo­mi­nało ją smęt­nie i bez żad­nych sen­ty­men­tów. Ci zaś, któ­rzy pro­wa­dzili ją aż do końca, już dawno spo­częli w gro­bach, toteż możemy sobie daro­wać dba­łość o ich uczu­cia. Jedna z naj­bar­dziej pro­mi­nent­nych jej postaci; ten, który miał naj­więk­szy udział w ukształ­to­wa­niu jej obrazu w naszych umy­słach, zmarł, gdy byłem jesz­cze ucznia­kiem i para­do­wa­łem w krót­kich spoden­kach. Lecz pomimo to na­dal czuję się nie­swojo, gdy pomy­ślę, o czym zamie­rzam tu napi­sać.

Naj­bar­dziej oba­wiam się, że będzie to prze­ina­czone, roz­myśl­nie źle zro­zu­miane, czy też błęd­nie bądź fał­szy­wie zin­ter­pre­to­wane przez osoby nie­chcące, by rze­czony mit rewi­do­wano. A sta­nie się tak, ponie­waż ów mit - mit wojny w dobrej spra­wie, pro­wa­dzo­nej dla dobra ludz­ko­ści - został ostat­nimi czasy zasad­ni­czym czyn­ni­kiem wielu kam­pa­nii na rzecz nowych wojen. W tych zaś kam­pa­niach Chur­chill oraz jego poczy­na­nia są nie­ustan­nie przy­wo­ły­wane w cha­rak­te­rze uza­sad­nie­nia, bez względu na to, jak bar­dzo wąt­pliwe mogą być tego rodzaju porów­na­nia. W życiu codzien­nym tak zwane prawo Godwina powiada, że ten, kto pierw­szy użyje w jakiej­kol­wiek dys­ku­sji porów­na­nia, w któ­rym wystę­puje Hitler, od razu ją prze­grywa. W kam­pa­niach pro­wo­jen­nych taki ktoś zostaje zwy­cięzcą. W takich kon­flik­tach wro­giem jest zawsze Hitler, orę­dow­ni­kami wojny nie­zmien­nie bywają Chur­chill i pre­zy­dent Roose­velt, jeśli zaś cho­dzi o prze­ciw­ni­ków wojny, to zawsze jest nim Neville Cham­ber­lain, rzecz­nik hań­bią­cego appe­ase­mentu.

Tak też było gdy w czerwcu 1950 roku ame­ry­kań­ski pre­zy­dent Harry S. Tru­man otrzy­mał infor­ma­cję o agre­sji Korei Pół­noc­nej na Połu­dniową. Do tego czasu Stany Zjed­no­czone trzy­mały się z dala od Korei, ponie­waż znaj­do­wała się ona poza "linią obrony" USA. Jed­nak obawa przed appe­ase­men­tem zmie­niła ów stan rze­czy, albo też oka­zała się ona uży­teczna przy wyja­śnia­niu Ame­ry­ka­nom przy­czyny zasad­ni­czej zmiany w poli­tyce zagra­nicz­nej, która zmu­siła ich kraj do inter­wen­cji. Oto, co napi­sał Tru­man: "Przy­po­mnia­łem sobie, jak za każ­dym razem, ile­kroć demo­kra­cje pozo­sta­wały bez­czynne, ośmie­lało to agre­so­rów do kon­ty­nu­owa­nia swo­ich poczy­nań. Komu­nizm dzia­łał w Korei podob­nie jak Hitler, Mus­so­lini i Japoń­czycy dzie­sięć, pięt­na­ście i dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej. [...] Gdyby się temu nie prze­ciw­sta­wić, ozna­cza­łoby to trze­cią wojnę świa­tową, tak jak podobne incy­denty dopro­wa­dziły do wybu­chu dru­giej wojny świa­to­wej17".

Potem, w grud­niu 1950 roku, pod­czas wojny kore­ań­skiej, powie­dział, co nastę­puje: "Podej­miemy wszel­kie hono­rowe kroki, żeby unik­nąć powszech­nej wojny. Jed­nak na pewno nie zaan­ga­żu­jemy się w poli­tykę appe­ase­mentu. Mona­chium nauczyło świat, że bez­pie­czeń­stwa nie można kupić za cenę appe­ase­mentu18.

A pod­czas wojny o Kanał Sueski Anthony Eden (choć był zbyt wstrze­mięź­liwy, żeby przy­wo­łać w tym kon­tek­ście nazwi­sko Hitlera) porów­nał egip­skiego przy­wódcę Gamala Abdela Nasera do Mus­so­li­niego, prze­strze­ga­jąc, że za "ule­ga­nie faszy­zmowi" płaci się wyso­kie koszty.

Wiele przy­kła­dów, kiedy to Ame­ry­ka­nie sto­so­wali takie porów­na­nia, podaje Nor­man Solo­mon w zna­ko­mi­tym eseju, dostęp­nym w Inter­ne­cie: "This Guy is a Modern-day Hitler"19.

Pod­czas zaś kon­fe­ren­cji pra­so­wej 28 lipca 1965 roku, ame­ry­kań­ski pre­zy­dent Lyn­don John­son rów­nież powo­łał się na lek­cję Mona­chium, uza­sad­nia­jąc coraz inten­syw­niej­sze zaan­ga­żo­wa­nie się jego kraju w wojnę wiet­nam­ską. Oto, co wtedy rzekł: "Kapi­tu­la­cja w Wiet­na­mie też nie przy­nie­sie pokoju, ponie­waż postę­po­wa­nie Hitlera w Mona­chium nauczyło nas, że suk­ces tylko wzmaga żądzę agre­sji". Można też podać przy­kłady jesz­cze bar­dziej absur­dal­nych para­leli. Oto na przy­kład 15 lutego 1984 roku, pod­czas sesji World Affa­irs Coun­cil w Bosto­nie, ame­ry­kań­ski sekre­tarz stanu Geo­rge Schultz wypo­wie­dział takie oto słowa: "Popro­si­łem kilku moich dobrych przy­ja­ciół, któ­rzy poznali Niemcy w latach 30., żeby udali się tam [do Nika­ra­gui]; oto, co usły­sza­łem od nich po powro­cie: "Byłem w wielu komu­ni­stycz­nych kra­jach, lecz Nika­ra­gua to zupeł­nie coś innego. Tam czło­wiek ma wra­że­nie, że prze­bywa w nazi­stow­skich Niem­czech"".

Być może naj­bar­dziej nie­do­rzecz­nym spo­śród tych wszyst­kich fał­szy­wych porów­nań była "hitle­ry­za­cja" panam­skiego despoty Manu­ela Noriegi w sierp­niu 1989 roku Law­rence Eagle­bur­ger, zastępca sekre­ta­rza stanu USA, bez­sprzecz­nie zasad­nie oskar­żył Noriegę o udzie­la­nie bez­piecz­nego schro­nie­nia prze­myt­ni­kom nar­ko­ty­ków, pra­nie brud­nych pie­nię­dzy, jak rów­nież dopusz­cze­nie do tego, że Panama stała się punk­tem prze­rzu­to­wym koka­iny. Stwier­dził on jed­nak rów­nież, co zakra­wało na wie­rutny non­sens, że: "Jest to nie­wąt­pli­wie taka sama agre­sja, jaką była agre­sja Adolfa Hitlera na Pol­skę 50 lat temu. Jest to agre­sja prze­ciw nam wszyst­kim, toteż pew­nego dnia trzeba będzie poło­żyć jej kres". Wkrótce potem Stany Zjed­no­czone naje­chały Panamę, pozba­wiły wła­dzy Noriegę i uwię­ziły go.

Gdy wresz­cie w czerwcu 1990 roku iracki dyk­ta­tor Sad­dam Husajn zajął Kuwejt, pre­zy­dent Geo­rge Bush (star­szy) oświad­czył: "Pół wieku temu naród nasz, oraz cały świat, drogo zapła­cił za ugła­ski­wa­nie agre­sora, któ­rego nale­żało, i można było, w porę zatrzy­mać. Tego błędu już nie popeł­nimy". Lecz nawet i to porów­na­nie nie było uza­sad­nione i sen­sowne. Stany Zjed­no­czone oka­zy­wały pobłaż­li­wość Husaj­nowi, gdy Irak zaata­ko­wał Iran. Ponadto uczy­niły zde­cy­do­wa­nie zbyt mało, by odstrę­czyć go od inwa­zji na Kuwejt - jesz­cze przed tym fak­tem. Pod­czas zadzi­wia­ją­cego spo­tka­nia Husajna z panią April Gla­spie, amba­sa­do­rem USA w Iraku, które odbyło się 25 lipca 1990 roku, na osiem dni przed zaata­ko­wa­niem Kuwejtu, przy­wódca iracki zadał jej nastę­pu­jące pyta­nie: "Jeśli zacho­wamy kon­trolę nad czę­ścią Szatt al-Arab - naszym celem stra­te­gicz­nym w woj­nie z Ira­nem - pój­dziemy na ustęp­stwa wobec Kuwejtu. Gdy­by­śmy jed­nak zostali zmu­szeni do wybie­ra­nia pomię­dzy zatrzy­ma­niem połowy Szatt al-Arab oraz Iraku w peł­nych gra­ni­cach [według Sad­dama inte­gralną czę­ścią Iraku był Kuwejt, który uwa­żał on za utra­coną pro­win­cję swego kraju], wów­czas zre­zy­gnu­jemy z cało­ści tej rzeki, bro­niąc jed­nak naszych praw do Kuwejtu po to, by Irak zacho­wał taki kształt tery­to­rialny, jaki pra­gniemy. (pauza) Jakie jest sta­no­wi­sko Sta­nów Zjed­no­czo­nych w tej kwe­stii?".

Oto i odpo­wiedź, jakiej udzie­liła pani Gla­spie: "Nie wyra­żamy żad­nego sta­no­wi­ska doty­czą­cego mię­dzy­arab­skich kon­flik­tów, do któ­rych należy wasz spór z Kuwej­tem. Sekre­tarz [stanu James] Baker pole­cił mi poło­żyć akcent na tre­ści oświad­cze­nia prze­ka­za­nego Ira­kowi po raz pierw­szy w latach 60., mówią­cego, że kwe­stia Kuwejtu nie doty­czy Ame­ryki".

W jed­nej z rela­cji z tej roz­mowy znaj­duje się (ujęty w nawiasy) komen­tarz: "Sad­dam uśmie­cha się"20. Lecz 23 wrze­śnia 1990 roku "New York Times" opu­bli­ko­wał inną wer­sję tej roz­mowy, pod­czas któ­rej, według gazety, pani Gla­spie oświad­czyła, co nastę­puje: "Nie mamy żad­nego sta­no­wi­ska wobec kon­flik­tów mię­dzy­arab­skich, jak na przy­kład doty­czą­cych waszego sporu gra­nicz­nego z Kuwej­tem. Pod koniec lat 60. pra­co­wa­łam w Amba­sa­dzie Ame­ry­kań­skiej w Kuwej­cie. W myśl otrzy­ma­nej wtedy instruk­cji mie­li­śmy nie wyra­żać żad­nego sta­no­wi­ska w tej kwe­stii; ponadto nie doty­czyła ona Ame­ryki. James Baker pole­cił naszemu ofi­cjal­nemu rzecz­ni­kowi, by trzy­mać się ści­śle tej instruk­cji. Mamy nadzieję, że zdo­ła­cie roz­wią­zać ten pro­blem, wyko­rzy­stu­jąc wszel­kie odpo­wied­nie spo­soby, za pośred­nic­twem Che­dli Kli­biego [Che­dli Klibi, ówcze­sny sekre­tarz gene­ralny Ligi Państw Arab­skich], albo też pre­zy­denta Muba­raka [przy­wódcy Egiptu]. Liczymy na szyb­kie roz­wią­za­nie tych kwe­stii"21.

Żadna z tych wer­sji nie wyraża chur­chil­low­skiej deter­mi­na­cji, by pozo­stać nie­ugię­tym za wszelką cenę. Obie nato­miast bar­dziej chyba przy­po­mi­nają w swej wymo­wie wcze­sną reak­cję dyplo­ma­tyczną tegoż Chur­chilla na wkro­cze­nie wojsk nie­miec­kich do Nad­re­nii; "Ostatni Lew" wezwał wtedy z naci­skiem i zde­cy­do­wa­nie do... kolej­nych nego­cja­cji.

Wpraw­dzie panią Gla­spie uspra­wie­dli­wiano, jed­nak nawet jej obrońcy przy­znali, że John Kelly, asy­stent ame­ry­kań­skiego sekre­ta­rza stanu do spraw Bli­skiego Wschodu, pod­czas wystą­pie­nia przed Komi­sją Spraw Zagra­nicz­nych Izby Repre­zen­tan­tów, został zapy­tany przez prze­wod­ni­czą­cego frak­cji repu­bli­ka­nów Lee Hamil­tona: "Czy pod­pi­sa­li­śmy z Kuwej­tem trak­tat o wza­jem­nej obro­nie, który obli­go­wałby nas do udzie­le­nia pomocy temu pań­stwu w wypadku inwa­zji jego tery­to­rium przez Irak?". Kelly przy­znał, że taki trak­tat nie ist­nieje22. A było to 31 lipca, na dwa dni przed iracką inwa­zją na Kuwejt. Oto kolejny przy­kład kon­wen­cjo­nal­nej dyplo­ma­cji, pozba­wio­nej umie­jęt­no­ści traf­nego wej­rze­nia w przy­szłość. W tym wypadku siła tej prze­po­wiedni ozna­cza moż­li­wość, że ci wszy­scy, któ­rzy przy­wo­łują ducha Win­stona Chur­chilla, są prze­ko­nani, iż nie opu­ści ich on w chwili próby. Tyle tylko że nie­stety rzadko towa­rzy­szy im on w rze­czy­wi­stym świe­cie i jego realiach.

Z zaświa­tów wywo­łano także ducha Neville'a Cham­ber­la­ina, by wes­przeć jego auto­ry­te­tem wezwa­nia do wojny prze­ciw serb­skiemu przy­wódcy Slo­bo­da­nowi Miloševićowi. W stycz­niu 1999 roku David Nyhan, komen­ta­tor "Boston Globe" napi­sał, że jest on "czymś naj­bar­dziej zbli­żo­nym do Hitlera, wobec czego Europa sta­nęła w ostat­nim pół­wie­czu"23. Rów­nież mniej wię­cej wła­śnie wtedy pre­zy­dent Bill Clin­ton porów­nał Miloševića do nie­miec­kiego Führera: "Tak więc, chcę dziś mówić do Pań­stwa o Koso­wie, lecz pamię­taj­cie jedno - sprawa doty-czy naszych war­to­ści. Co by się bowiem stało, gdyby ktoś posłu­chał Win­stona Chur­chilla i prze­ciw­sta­wił się odpo­wied­nio wcze­śniej Adol­fowi Hitle­rowi?"24. A "Washing­ton Post" napi­sał, że: "Pre­zy­dent nie­dwu­znacz­nie porów­nał Miloševića do Hitlera"25. Wszel­kie wąt­pli­wo­ści, czy należy wsz­cząć z nim wojnę, zostały, ma się rozu­mieć, potę­pione i nazwane "ugła­ski­wa­niem". Sytu­acja powtó­rzyła się pod­czas dru­giej wojny irac­kiej, kiedy to nijak nie zdo­łano wyka­zać, by ów kraj sta­no­wił jakie­kol­wiek zagro­że­nie dla innych państw. Ówcze­sny bry­tyj­ski pre­mier Tony Blair, argu­men­tu­jąc na rzecz poli­tyki, któ­rej zwień­cze­niem była ame­ry­kań­sko-bry­tyj­ska inter­wen­cja w Iraku w roku 2003, użył podob­nego porów­na­nia. Po stwier­dze­niu, że on, pre­mier bry­tyj­ski, nie kwe­stio­nuje szcze­ro­ści swo­ich opo­nen­tów, przy­po­mniał, iż w latach 30. XX wieku wie­lo­krot­nie sta­rano się ugła­ski­wać "faszyzm" po to, by unik­nąć wojny. "Więk­szość przy­zwo­itych i peł­nych naj­lep­szych inten­cji osób utrzy­my­wało wtedy, że nie ma potrzeby dążyć do kon­fron­ta­cji z Hitle­rem, rzecz­nicy zaś prze­ciw­nego sta­no­wi­ska byli pod­że­ga­czami wojen­nymi" [...] Gdy uznano, że nie prze­ciw­sta­wimy się faszy­zmowi, opi­nia ta zyskała popu­lar­ność, a ci, któ­rzy ją wyra­żali, uznali, że takie postę­po­wa­nie jest wysoce uza­sad­nione, zaś oni sami są zacnymi ludźmi... jed­nak, jak się oka­zało, był to błędny pogląd"26. W kwiet­niu 2017 roku Sean Spi­cer, rzecz­nik pre­zy­denta Trumpa, użył być może naj­bar­dziej nie­prze­ko­ny­wa­ją­cego porów­na­nia nale­żą­cego do podob­nej kate­go­rii. Otóż po tym, gdy Stany Zjed­no­czone oskar­żyły syryj­skiego pre­zy­denta Baszara al-Asada o uży­cie broni che­micz­nej, Trump zasu­ge­ro­wał, że Asad jest nawet gor­szy od nie­miec­kiego dyk­ta­tora: "No wie­cie, oto jest przed wami ktoś rów­nie nik­czemny jak Hitler, który jed­nak nie zni­żył się do tego, żeby użyć broni che­micz­nej"27. Odpo­wie­dział mu szy­der­czy śmiech.

Jed­nak porów­na­nia tego na­dal uży­wano, choćby nawet spo­ty­kało się ono z naj­gor­szym szy­der­stwem. Oto w czerwcu 2017 roku Trump skry­ty­ko­wał poli­tykę swo­jego poprzed­nika wobec Kuby (znie­sie­nie embarga i ogólne nawią­za­nie rela­cji dyplo­ma­tycz­nych oraz gospo­dar­czych bez więk­szego zna­cze­nia mili­tar­nego). Bli­scy współ­pra­cow­nicy pre­zy­denta Trumpa w Bia­łym Domu poin­for­mo­wali ame­ry­kań­skie media, że ini­cja­tywa Obamy "jest zban­kru­to­waną poli­tyką appe­ase­mentu".

Żeby było zabaw­niej, jedyne rze­czy­wi­ste przy­padki aktyw­nej poli­tyki appe­ase­mentu, poczy­na­jąc od kon­fe­ren­cji jał­tań­skiej, spo­ty­kały się z uzna­niem, tudzież z wie­loma pochwa­łami ze strony waż­nych postaci poli­tycz­nych, wpły­wo­wych mediów oraz śro­do­wisk poli­tycz­nego esta­bli­sh­mentu. Po raz pierw­szy cho­dziło o "pro­ces poko­jowy" roz­wi­ja­jący się na Bli­skim Wscho­dzie, poczy­na­jąc od roku 1970, kiedy to mie­niący się sojusz­ni­kami Izra­ela zaczęli nakła­niać ów kraj do przy­ję­cia opcji "zie­mia za pokój". To samo można powie­dzieć w odnie­sie­niu do układu mona­chij­skiego. Na mocy jego posta­no­wień Cze­cho­sło­wa­cja została zmu­szona do wyrze­cze­nia się czę­ści swo­ich tery­to­riów, w zamian za co nie stała się celem bez­po­śred­niej agre­sji woj­sko­wej i bom­bar­do­wań. Jed­nak osta­tecz­nym celem tego układu było zmniej­sze­nie napięć w zewnętrz­nych mocar­stwach, ukon­ten­to­wa­nia ich dyplo­ma­tów, oraz spra­wie­nia satys­fak­cji ich rzą­dów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Pomoc­ni­cza kobieca for­ma­cja Royal Navy pod­czas obu wojen świa­to­wych - liczyła do 5500 kobiet pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej i do 75 000 pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. W 1993 r. sca­lona z Royal Navy (przyp. tłum.). [wróć]

Dzień roz­po­czę­cia ope­ra­cji Over­lord, czyli lądo­wa­nia alian­tów w Nor­man­dii 6 czerwca 1944 r. (przyp. tłum.). [wróć]

Tak w ory­gi­nale, jed­nak według dostęp­nych źró­deł gdy "Cos­sack" dobił dzio­bem do lewej burty "Alt­marka", pomię­dzy nad­bu­dówką na śród­o­krę­ciu i nad­bu­dówką rufową nie­miecki kapi­tan Hein­rich Dau pod­dał swój sta­tek, lecz w tej samej chwili jego trzeci ofi­cer dosko­czył do tele­grafu maszy­no­wego i nadał sygnał "cała wstecz". Wtedy doszło do abor­dażu, a w powsta­łym zamie­sza­niu kapi­tan Dau ponow­nie roz­ka­zał uru­cho­mić sil­niki na bieg wsteczny. Wów­czas "Alt­mark", kru­sząc lód, zaczął się cofać ku lądowi, by po kilku minu­tach osiąść na skale (przyp. tłum.). [wróć]

Jim Rho­des, były czło­nek załogi "Cos­sacka", napi­sał w kwiet­niu 2002 r. w biu­le­ty­nie HMS "Cos­sack" Asso­cia­tion (sto­wa­rzy­sze­nie byłych człon­ków załóg dwóch bry­tyj­skich nisz­czy­cieli pod taką nazwą, człon­ków ich rodzin oraz przy­ja­ciół i miło­śni­ków tych jed­no­stek - przyp. tłum.), że sam widział z kor­de­la­sem jed­nego z człon­ków grupy abor­da­żo­wej, a cztery inne kor­de­lasy prze­cho­wy­wano na pokła­dzie dla celów repre­zen­ta­cyj­nych. [wróć]

"Mary­narka jest tutaj!" (przyp. tłum.). [wróć]

Miej­scem zatrzy­ma­nia "Alt­marka" i bry­tyj­skiego abor­dażu był nor­we­ski fiord Jössing (przyp. tłum.). [wróć]

Jego Krzyż trwa w bez­ru­chu od tam­tej godziny grozy aż do tej/ Niczym gwiazda pło­nąca ponad mroczną otchła­nią/ Lito­ściwe oczy Zwy­cięzcy, uta­jone i w ciszy, lito­ści­wie patrzą na nas/ Bło­go­sła­wiąc nasze pomniej­sze Kal­wa­rie. [wróć]

Tu w zna­cze­niu biblij­nym: świa­dec­twa o wyda­rze­niach od uro­czy­stego wjazdu Jezusa do Jero­zo­limy do jego zmar­twych­wsta­nia (przyp. tłum.). [wróć]

Uświet­nia­jący te oka­zje uro­czy­sty prze­lot zacho­wa­nych jesz­cze samo­lo­tów Spit­fire, Hur­ri­cane i Lan­ca­ster (nie­kiedy także innych typów); uczest­ni­czą one rów­nież w poka­zach lot­ni­czych na Wyspach Bry­tyj­skich i kon­ty­nen­cie euro­pej­skim (przyp. tłum.). [wróć]

Arthur Tra­vers Har­ris (1892-1984), zwany Rzeź­ni­kiem Har­risem, bry­tyj­ski mar­sza­łek Royal Air Force, reali­za­tor stra­te­gii nalo­tów dywa­no­wych na III Rze­szę; w latach 1942-1945 dowódca alianc­kiej floty bom­bow­ców w Euro­pie (przyp. tłum.). [wróć]

Cyt. według uchwał kon­fe­ren­cji pocz­dam­skiej z 2 VIII 1945 r., za: Wiek XX w źró­dłach. Wybór tek­stów źró­dło­wych z pro­po­zy­cjami meto­dycz­nymi dla nauczy­cieli, stu­den­tów i uczniów, opr. Mela­nia Sobań­ska-Bon­da­ruk i Sta­ni­sław Bogu­sław Lenard, War­szawa 1998, t. 3, s. 236. [wróć]

Powyż­szy cytat dostępny jest pod adre­sem: https://www.unmul­ti­me­dia.org/photo/detail.jsp?id=516/51629&key=27&query=mural&so=o&sf=date (przyp. aut.). [wróć]

Pełne wystą­pie­nie księ­cia Karola znaj­duje się tutaj: http://www.bbc.co.uk/pro­gram­mes/po4m613z (przyp. aut.). [wróć]

Cho­dzi o P.G. Wode­ho­use'a (1881-1975), pisa­rza bry­tyj­skiego, autora sztuk teatral­nych oraz sce­na­riu­szy fil­mo­wych, lecz przede wszyst­kim zna­nych i poczyt­nych (także w Pol­sce) powie­ści humo­ry­stycz­nych o mło­dym lor­dzie Ber­tra­mie Wooste­rze i jego kamer­dy­ne­rze Jeeve­sie. Wybuch dru­giej wojny świa­to­wej zastał go we Fran­cji; zatrzy­many i przej­ściowo inter­no­wany i wię­ziony przez Niem­ców (pozwo­lono mu zamiesz­kać wraz z żoną w Paryżu), udzie­lił wtedy wywiadu przed­sta­wi­cie­lowi ame­ry­kań­skiej sieci CBS (Stany Zjed­no­czone nie uczest­ni­czyły jesz­cze wtedy w woj­nie), wygło­sił też pięć saty­rycz­nych poga­da­nek radio­wych, emi­to­wa­nych potem przez nie­miec­kie radio do odbior­ców w USA i w Anglii. W woj­nie uznany z tego powodu za kola­bo­ranta i zdrajcę ojczy­zny. Kam­pa­nię prze­ciw niemu roz­po­częło bry­tyj­skie Mini­ster­stwo Infor­ma­cji, i to wbrew zale­ce­niom zarządu BBC. Zda­nie szefa tego resortu, Duffa Coopera, jed­nak prze­wa­żyło, a on sam naka­zał Wil­lia­mowi Coope­rowi pisu­ją­cemu pod pseu­do­ni­mem "Cas­san­dra" w "Daily Mir­ror" gwał­towne zaata­ko­wa­nie Wode­ho­use'a na falach radio­wych. Pisarz osie­dlił się po woj­nie w USA jako dobro­wolny wygna­niec, jed­nak jego utwory na­dal cie­szyły się dużą popu­lar­no­ścią (podob­nie jak wcze­śniej, pod­czas wojny). W roku 1975, na sześć tygo­dni przed śmier­cią, otrzy­mał od kró­lo­wej Elż­biety II tytuł szla­checki. Spra­wie jego domnie­ma­nej zdrady Geo­rge Orwell poświę­cił jeden ze swo­ich naj­wspa­nial­szych ese­jów "W obro­nie P.G. Wode­ho­use'a" (przyp. tłum.). [wróć]

Cho­dzi o Wil­liama Tuf­nella Le Queuxa (1864-1927), bry­tyj­sko-fran­cu­skiego pisa­rza (autora przede wszyst­kim powie­ści szpie­gow­skich, sen­sa­cyj­nych, kry­mi­nal­nych oraz dresz­czow­ców), radiowca i dzien­ni­ka­rza; Hit­chens odnosi się do jego sen­sa­cyj­nej powie­ści z 1906 r. (prze­ło­żo­nej na pol­ski wyda­nej rok póź­niej także w Kra­ko­wie jako Rok 1910: najazd nie­miecki na Anglię) The Inva­sion of 1910 doty­czą­cej prze­biegu i następstw hipo­te­tycz­nej inwa­zji nie­miec­kiej na Wyspy Bry­tyj­skie. Stała się ona mię­dzy­na­ro­do­wym best­sel­le­rem i przy­nio­sła mu ogromne dochody (przyp. tłum.). [wróć]

Alfred Duff Cooper (1890-1954), bry­tyj­ski poli­tyk i dyplo­mata pocho­dze­nia ary­sto­kra­tycz­nego, lite­rat nie­po­śled­niego talentu, absol­went Eton i Oks­fordu, we wcze­snych latach życia noto­ryczny pijak i hazar­dzi­sta, także (przez bar­dzo długi czas) słynny uwo­dzi­ciel kobiet. U schyłku pierw­szej wojny słu­żył w eli­tar­nym pułku gre­na­die­rów kró­lew­skich; w roku 1919 poślu­bił ucho­dzącą wów­czas za naj­pięk­niej­szą kobietę w Anglii lady Dianę Man­ners, eks­cen­tryczną ary­sto­kratkę, przy­ja­ciółkę - podob­nie jak on sam - naj­bar­dziej wpły­wo­wych osób na Wyspach (którą rów­nież noto­rycz­nie zdra­dzał). W roku 1924 został posłem do Izby Gmin z ramie­nia kon­ser­wa­ty­stów (ów man­dat pia­sto­wał przez pięć lat); także już wtedy wyko­ny­wał różne misje dla bry­tyj­skiej służby zagra­nicz­nej, a w 1928 roku został mia­no­wany pod­se­kre­ta­rzem ds. finan­so­wych w Mini­ster­stwie Wojny. Do Izby Gmin powró­cił w 1931 roku:pozo­stał w ławach posel­skich do 1954 r. W latach 1931-1947 peł­nił roz­ma­ite wyso­kie funk­cje rzą­dowe; m.in. w 1935 r. został mini­strem wojny, a w. 1937 r. Pierw­szym Lor­dem Admi­ra­li­cji. Jako prze­ciw­nik poli­tyki appe­ase­mentu Cham­ber­la­ina (do któ­rego upadku mocno się potem przy­czy­nił) zre­zy­gno­wał z tych funk­cji w 1938 r.. W rzą­dzie Chur­chilla był mini­strem infor­ma­cji, sta­łym przed­sta­wi­cie­lem rządu w Sin­ga­pu­rze, łącz­ni­kiem rządu z Wol­nymi Fran­cu­zami, wresz­cie od 1944 r. amba­sa­do­rem bry­tyj­skim we Fran­cji. Uszlach­cony, wyco­fał się z poli­tyki, poświę­ca­jąc się głów­nie lite­raturze. W Wiel­kiej Bry­ta­nii przy­zna­wana jest pre­sti­żowa nagroda lite­racka Duff Cooper Prize (przyp. tłum.). [wróć]

Memo­irs by Harry S. Tru­man: Years of Trial and Hope, t. 2, Nowy Jork, 1956, s. 331-333 (przyp. aut.). [wróć]

"Radio and tele­vi­sion report to the Ame­ri­can people on the Natio­nal Emer­gency", "Public Paper sof the Pre­si­dents of the Uni­ted Sta­tes: Harry S. Tru­man, 1950", t. 6 (15 grud­nia 1950), s. 742. Pełny tekst można zna­leźć tu: https://www.tru­man­li­brary.org/public­pa­pers/index.php?pid=993&st=&st1= (przyp. aut.). [wróć]

Nor­man Solo­mon, "This Guy is a Modern-day Hitler", 26 lipca 2005. Pełny tekst: https://www.alter­net.org/story/23735/%27this_guy_is_a_modern-day_hitler%27 (przyp. aut.). [wróć]

Glo­bal Rese­arch, "Gulf War docu­ments: meeting between Sad­dam Hus­sein and US Ambas­sa­dor to Iraq April Gla­spie", 30 maja 2012 r. Pełny tekst: http;//www.glo­bal­re­se­arch.ca/gulf-war-docu­ments-meeting-between-sad­dam-hus­sein-and-ambas­sa­dor-to-iraq-april-gla­spie/31145 (przyp. aut.). [wróć]

Pełny tekst tej wer­sji: http;//www.nyti­mes.com/1990/09/23/world/con­fron­ta­tion-in-the-gulf-excerpts-from-iraqi-docu­ment-on-meeting-with-us-envoy.html?page­wan­ted=all (przyp. aut.). [wróć]

"A bum rap for April Gla­spie - Sad­dam and the start of the Iraq War", "Asso­cia­tion for Diplo­ma­tic Stu­dies and Tra­ining" [strona inter­ne­towa]. Pełny tekst: http://adst.org/2016/02/ a-bum-rap-for-april-gla­spie-sad­dam-and-the-start-of-the-iraq-war/ (przyp. aut.). [wróć]

David Nyhan, "US ene­mies are enjoy­ing the show", "Boston Globe, 20 stycz­nia 1999 r. (przyp. aut.). [wróć]

Pełna trans­kryp­cja wystą­pie­nia pre­zy­denta Clin­tona znaj­duje się tutaj: http;//www.pre­si­dency.ucsb.edu/ws/?pid=57294 (przyp. aut.). [wróć]

Bar­ton Gel­l­man, "U.S. allies launch air attack on Yugo­slav mili­tary tar­gets", "Washing­ton Post", 25 marca 1999 r. (przyp. aut.). [wróć]

Cyto­wane przez Jac­kie Ash­ley w "No moving a prime mini­ster whose mind is made up", "Guar­dian", 1 marca 2003 r. (przyp. aut.). [wróć]

Rze­czony klip można zna­leźć na kilku inter­ne­to­wych stro­nach z wia­do­mo­ściami, m.in. tutaj: https;//washing­ton­post.com/news/the-fix/wp/2017/04/11/sean-spi­cer-some­one-as-despi­ca­ble-as-hitler-didnt-even-sink-to-using-che­mi­cal-weapons/?utm_term=.6b37b01aa68d (przyp. aut.). [wróć]