Płyń z tonącymi - Lars Mytting

Reflow text when sidebars are open.
MYŚLAŁEM, że on już nie żyje. A w każdym razie byłem pewien, że nie jest w stanie prowadzić. Ale to był on, Magnus Thallaug, stary pastor. W swoim matowym, granatowym roverze, którego pamiętałem jeszcze z okresu przygotowań do konfirmacji. Samochód staczał się krętą drogą, minął bramę, zatrząsł się na przeszkodzie dla bydła.
Wpuściłem koszulę w spodnie. Przeczesałem włosy palcami.
Pastor mrużył oczy za zakurzoną szybą, trzymał obie ręce na kierownicy. Rover zaparkował na środku podwórza, w tym samym miejscu, gdzie wcześniej stał karawan. Drzwi auta się otworzyły, ze środka najpierw wysunęła się laska, a zaraz potem chuda noga. Między skarpetą a nogawką znoszonych spodni od garnituru błysnęła skóra, blada niczym odtłuszczone mleko. Pastor wysiadł i rozejrzał się dookoła.
- Musisz coś zjeść, Edvardzie - powiedział, gdy jego wzrok spoczął wreszcie na mnie po tym, jak zlustrował (i najwyraźniej zatwierdził do użytku) oborę i spichlerz. - Inaczej umrzesz nam z głodu i Hirifjell straci gospodarza.
Z wahaniem uścisnąłem jego dłoń. Skóra na niej wydawała się o dwa numery za duża. Gdy otworzył tylne drzwi rovera, poczułem zapach starego, nagrzanego auta. Na popękanym skórzanym siedzeniu leżała sfatygowana Biblia z kilkoma stronami luzem.
- List do Efezjan - wymamrotał, wkładając strony na miejsce. - Odleciał mi podczas kazania noworocznego w 1956 roku, kiedy Pismo spadło na podłogę przed Reidun Ellingsen. Siedziała w pierwszej ławie i przysypiała. Zrobiła się potem bardzo wierząca.
- Chyba na dobre jej to wyszło - stwierdziłem.
- Absolutnie. Posłuchaj, Edvardzie. Tak się składa, że nająłem się do letniej pracy. Ci, których produkują dziś wydziały teologii, mają w końcu prawo do wakacji.
Przełożył Biblię do drugiej ręki.
- W moich czasach pracowałem cały rok, bez przerwy. Co prawda dla bezbożnych chłopków z gór, przeważnie niepraktykujących, ale zawsze byłem na miejscu.
- Oczywiście - przytaknąłem, zdając sobie sprawę, że kwalifikuję się do obu tych kategorii.
- A teraz odprawię nabożeństwo pogrzebowe Sverrego Hirifjella.
Potoczyłem spojrzeniem po polach.
- Słuchaj. Rozumiem, że jesteś roztrzęsiony. Ale musimy usiąść, skoro mamy zaplanować złożenie twojego dziadka do ziemi. I jak już mówiłem, powinieneś coś zjeść.
- Załatwmy to, co trzeba - powiedziałem.
Zabrzmiało to bardzo łatwo, gdy tak to ująłem. Ale wcześniej tego dnia nic nie było łatwe. Stałem i gapiłem się chyba przez kwadrans, słuchając tykania zegara. Na dziadka, na radziecki bagnet w pochwie na stole, na zdjęcie lotnicze wiszące nad kanapą, zdjęcie naszego gospodarstwa, które nagle stało się moje.
I w końcu zrobiłem coś, czego się po sobie nie spodziewałem. Sięgnąłem po leicę i drżącymi dłońmi sfotografowałem dziadka w objęciach śmierci.
Tam, gdzie leżał.
Takiego, jaki był.
Kąciki ust wykrzywione tak, jak nigdy, kiedy żył. Suche oczy. On, ale jednak nie on. Zupełnie jak pomnik samego siebie za życia.
Potem zadzwoniłem na policję i do biura pogrzebowego Landstadów i wróciłem na dół, stałem tam nieruchomo, ściskając leicę, i myślałem, że tam w środku, wewnątrz aparatu, dziadek jest choć trochę mniej martwy.
Dopiero wtedy zobaczyłem, że głośnik grundiga jest włączony. Na płycie gramofonu leżał pierwszy akt Parcifala Wagnera.
Dziadek zawsze dziwnie na mnie patrzył, kiedy prosiłem, by puścił to nagranie. Ustawiłem igłę na pierwszym rowku płyty, z głośnika zaczęła się sączyć muzyka i stałem tak, a on tak leżał, aż uświadomiłem sobie, że wokół nas są ludzie.
Wyszedłem na korytarz i usłyszałem, jak rozmawiają. Zdawało się, że lensman próbuje zgrywać większego eksperta niż lekarz. Wspomnieli coś o wylewie, a potem minęła godzina albo dwie, kiedy nie byłem pewien, czy w domu jeszcze ktoś jest, czy wszyscy już pojechali, aż w drzwiach stanęła Rannveig Landstad ze swoim synem. Ich rodzina prowadziła biuro pogrzebowe w Saksum od trzech pokoleń, a ponieważ syn Rannveig miał metr sześćdziesiąt wzrostu i szykował się do przejęcia interesu, ludzie wołali na niego Minigrabarz. Sam tak do niego powiedziałem kiedyś na imprezie, ale teraz, gdy stałem się jego klientem, przezwisko wydało mi się nagle żałosne i tanie.
Zabrali go, tak po prostu. W ubraniu, w którym umarł. Znieśli na noszach po kamiennych schodach i zapakowali do karawanu. Moim zdaniem pracowali za szybko. Byliśmy przecież w Saksum, nie musieli się bać, że na podwórze wjedzie za chwilę przedstawiciel innego biura, by zaoferować lepszą usługę w niższej cenie.
Potem wrócili do domu i zaczęli mówić o "wsparciu" i "trudnych chwilach", przestało im się spieszyć i pojechali dopiero, kiedy mniej więcej doszedłem do siebie.
- Co mam teraz zrobić? - zapytałem.
- Trumna już jest gotowa - odrzekł Landstad junior, najwyraźniej chcąc podkreślić swoją pozycję w firmie, ale Rannveig wbiła w niego wzrok i chłopak od razu zamilkł.
- Wpadnij do nas, kiedy będziesz czuł się na siłach - powiedziała. - Wtedy wszystko ustalimy.
Spojrzałem na kanapę, na której nie leżał już żaden dziadek.
- Czy on wiedział, że niedługo umrze? - zapytałem.
Zmarszczyła brwi.
- Skoro już przygotował sobie trumnę? - dodałem.
Rannveig Landstad najwyraźniej chciała coś powiedzieć. Wymieniła spojrzenia ze swoim synem i przez krótką chwilę zdawało mi się, że dostrzegłem w jej oczach poirytowanie. W końcu potrząsnęła głową.
- Wpadnij do nas, kiedy ci będzie pasowało - powiedziała. - Musimy o tym porozmawiać na spokojnie.
Nie drążyłem już tematu. Landstadowie wyszli i zapalili światło w kształcie krzyża na dachu auta.
- Czekajcie - zawołałem.
Wbiegłem do salonu po radziecki bagnet, otworzyłem tylne drzwi karawanu i wpełzłem do dziadka. Światło wpadało do środka przez jasnożółte firanki i sprawiało, że jego twarz wyglądała świeżo, jakby powoli do mnie wracał. Rozpiąłem sprzączkę paska i wsunąłem na miejsce pochwę z radzieckim bagnetem.
- Nigdy się tak nie zestarzałeś, żebyś potrzebował pomocy przy ubieraniu - powiedziałem cicho, układając sprzączkę w odciśniętym przez lata ciemnym wyżłobieniu w skórze i myśląc, że teraz, teraz wreszcie dziadek pojedzie do wsi i nikt nie będzie kręcił nosem, widząc, że ma przy sobie nóż, a potem szepnąłem jeszcze "dobranoc, dziadku", tak cicho, że sam nie usłyszałem swoich słów.
WSZYSTKO TO SIĘ WE MNIE jeszcze gotowało i chyba byłem bardziej roztrzęsiony, niż sobie zdawałem sprawę, bo stary pastor chwycił mnie za ramię i powiedział:
- Posłuchaj mnie: tam czy tam? - i machnął Biblią, najpierw wskazując dom dziadka, potem starą oficynę.
Wybrałem dom dziadka. Pastor poszedł prosto do kuchni.
- Widzę, że nic się tu nie zmieniło - powiedział, patrząc na szafkę narożną z wypchanym głuszcem, na pomalowane na niebiesko drzwi do spiżarni, na opalaną drewnem kuchnię. Przysunął sobie taboret i usiadł na rogu stołu. Pewnie miał doświadczenie w takich sprawach. Pilnował, by przypadkiem nie usiąść na miejscu, które mogło należeć do zmarłego.
- Nie zdążyłem posprzątać ze stołu - powiedziałem i zacząłem zbierać naczynia.
- Nie, poczekaj - pastor powstrzymał mnie, kładąc laskę na moim nadgarstku. - Tamten talerz. To dla Sverrego?
Przecież nie nakrywamy dla kota - pomyślałem.
- Zrobiłeś mu wczoraj obiad? A on go nie zjadł?
- Owszem, gotowałem codziennie. Dla nas obu.
- Posłuchaj, Edvardzie. Z tego, co zrozumiałem, to był wylew. A całe to, jak by to nazwać - zajście, wczoraj w centrum. Ta historia ze swastyką. Lensman o tym wie?
- Lensman w Saksum wie o wszystkim - odparłem.
- I? Czy jedno z drugim się łączy?
- Janeczek nie wie, co robi. Nie ma sensu go obwiniać. Ludzie już wcześniej dręczyli dziadka swastyką.
- Hm - mruknął pastor. - Siadaj i jedz, Edvardzie. Weź jego talerz. Nie pozwól, by dary Pana się zmarnowały. Zwłaszcza że to ostatni posiłek, którego Sverre Hirifjell nie zdążył zjeść.
Odgrzałem sznycle dziadka i zaparzyłem kawę. Pastor wyjął chustkę do nosa w cienkie fioletowe paseczki, wysmarkał się i powiedział:
- Trzeba zagrać parę nutek na wejście do kościoła. Ale organistą musimy pokierować. Trafił do nas prosto z konserwatorium. Nie rozumie, że pogrzeb trzeba wyprawić z pompą.
Thallaug wsparł się na lasce i pokuśtykał do salonu, zatrzymał się przy półce z muzyką. Wsunął na nos okulary i odszukał najbardziej sfatygowane okładki płyt.
- Sonaty triowe Bacha - powiedział zgarbiony. - Aż wszyscy usiądą. A potem coś bardziej z życiem.
Zdjął z półki jeden z albumów i wodził palcem wskazującym wzdłuż kolejnych tytułów.
- Może Buxtehude. I tak nie zrobimy na ludziach większego wrażenia, więc możemy równie dobrze wybrać coś naprawdę w stylu Sverrego.
Najwyraźniej nie przyszło mu do głowy, że ja też tam będę - pomyślałem. I że będę musiał to wszystko znieść.
- A może Masońska muzyka żałobna? - zaproponowałem. - Całkiem niezły utwór.
- Mozart? - spytał pastor z salonu.
- Tak. Możemy go zagrać, mimo że dziadek nie był masonem?
- Spokojna głowa. Da się załatwić.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
MATKA BYŁA DLA MNIE ZAPACHEM. Była ciepłem. Była nogą, którą obejmowałem kurczowo. Powiewem czegoś niebieskiego - sukienki, w której, zdaje się, chodziła. Powtarzałem sobie, że wystrzeliła mnie w życie jak z łuku, i kiedy przywoływałem o niej wspomnienia, nie wiedziałem, czy są właściwe lub zgodne z prawdą, odtwarzałem ją po prostu tak, jak zdawało mi się, że syn powinien wspominać swoją matkę.
To o niej myślałem, wystawiając swoją tęsknotę na próbę. Rzadko o ojcu. Czasem tylko zadawałem sobie pytanie, czy byłby taki, jak inni ojcowie we wsi. Mężczyźni, których widywałem w mundurach obrony cywilnej, w korkach na piłkarskich treningach old boyów, ci, którzy wstawali wcześniej w weekendy, żeby zdążyć na czyn społeczny Związku Myśliwych i Wędkarzy w Saksum. Ale bez żalu pozwoliłem mu zniknąć. Przez wiele lat uważałem po prostu, że dziadek próbował robić wszystko, co robiłby ojciec, i że to mu się udawało.
Nóż dziadka był zrobiony ze złamanego radzieckiego bagnetu. Miał rękojeść z brzozy płomienistej, dziadek nigdy nie wystrugał niczego innego. Górna krawędź ostrza była tępa, ponieważ zdrapywał nią rdzę i giął drut stalowy. Pilnował, żeby dolna była ostra na tyle, by móc nią odcinać kawałki opatrunkowego plastra albo dziurawić wielkie worki z wapnem. Szybko, żeby białe granulki się nie rozsypały i nie zmarnowały, zanim wyjadę traktorem w pole.
Ostra i tępa krawędź zbiegały się w klingę, którą zabijał kilogramowe ryby wyławiane przez nas z saksumskiego jeziora. Zdejmował je z haczyka, silne pstrągi, które rzucały się mocno, wściekłe, że toną na powietrzu. Kładł je na krawędzi burty, przebijał łby ostrzem noża, chwalił szerokie rybie grzbiety. Zawsze podnosiłem wtedy wiosła i patrzyłem, jak gęsta krew spływa powoli po stalowym ostrzu, a krople wody kapią szybko z wioseł, które ja trzymam.
Te krople stawały się ponownie częścią tej samej wody. Pstrągi wykrwawiały się i były naszymi rybami, z naszego jeziora.
Pierwszego dnia w szkole znalazłem swoje nazwisko na ławce, więc tam usiadłem. Kartka papieru była zgięta w połowie, tak że stała ma pulpicie, obca ręka skreśliła na niej pisakiem "Edvard Hirifjell", z przodu i z tyłu, tak jakby przypomnienia o tym, kim jestem, potrzebował nie tylko nauczyciel, ale też ja sam.
Ciągle się odwracałem, szukając wzrokiem dziadka, chociaż wiedziałem, że stoi za mną. Inne dzieci już się nawzajem znały, więc wbiłem wzrok w wiszącą przede mną mapę Europy i szeroką tablicę, pustą i zieloną jak ocean. Jeszcze raz obejrzałem się przez ramię i przyszło mi do głowy, że dziadek jest dwa razy starszy od innych rodziców. Stał tam we własnej osobie, w swoim szorstkim wełnianym swetrze, i był stary jak Fridtjof Nansen na banknocie dziesięciokoronowym. Mieli takie same wąsy i brwi, ale lata nie ciążyły dziadkowi, mogło się wydawać, że podpierają się nawzajem i dodają mu sił. Bo dziadek nie mógł się zestarzeć. Tak mówił. Powtarzał, że dzięki mnie jest młody, że dla mnie musi taki być.
TWARZE MATKI I OJCA też się nie starzały. Żyły na zdjęciu stojącym na komodzie, tuż obok telefonu. Ojciec ma na sobie spodnie dzwony i kamizelkę w kratkę, opiera się o mercedesa. Matka przykucnęła i głaszcze Pellego, naszego owczarka. Wygląda to trochę tak, jakby pies zastawiał jej drogę, jakby nie chciał, żebyśmy wyjeżdżali.
Może zwierzęta potrafią wyczuć takie rzeczy.
Ja siedzę na tylnym siedzeniu i macham ręką, więc pewnie zdjęcie to zrobiono w dniu naszego wyjazdu.
Nadal sobie wmawiam, że pamiętam podróż do Francji, zapach skaju na nagrzanych siedzeniach, widok drzew migających za oknem. Długo też sobie wmawiałem, że pamiętam zapach matki tamtego dnia, głosy rodziców zagłuszane przez pęd powietrza.
Mamy negatyw tego zdjęcia z komody. Dziadek nie wysłał filmu do wywołania od razu. Początkowo myślałem, że z oszczędności, bo po tym, co się okazało ostatnim zdjęciem matki i ojca, miała przyjść Wigilia, łowienie ryb siecią w środku lata i wykopki.
Ale to, na co oszczędzał, nie było wcale oczywiste. Myślę, że czekał z wywołaniem zdjęć, bo kiedy ma się tylko film, to się nie wie, jak będą wyglądać fotografie. Dopóki nie wrócą z laboratorium. Jest tylko jakieś przeczucie, jakieś oczekiwania co do tego, jak wyjdą poszczególne motywy. I tak matka i ojciec żyli dłużej, w emulsji, dopóki kąpiel fotograficzna nie zrobiła z nich bytów skończonych.
Wierzyłem dziadkowi, gdy pod koniec moich ataków wściekłości powtarzał, że chciał mi o wszystkim powiedzieć, kiedy będę "dość duży". Może nie widział, jak szybko rosnę. Odkryłem więc prawdę za wcześnie, a wtedy już było za późno.
Właśnie zacząłem trzecią klasę. Pojechałem rowerem do Lindstad. Drzwi były otwarte, wszedłem zatem do środka i powiedziałem głośno "dzień dobry". W domu nikogo nie było, gospodarze poszli pewnie do obory, więc zajrzałem do salonu. Na ciemno bejcowanym regale z książkami stał sprzęt stereo z zakurzoną pokrywą gramofonu. Przewodniki Norweskiego Związku Automobilowego, skrócone wersje powieści wydane w serii Det Beste i cały rząd tomów w burgundowej oprawie ze złoconym tłoczeniem "Wydarzenia" na grzbiecie. Tomy opatrzone były datami rocznymi, więc domyśliłem się, że to kroniki najważniejszych zajść z każdego roku.
To oczywiście nie przypadek, że zdjąłem z półki tom z datą 1971 - to było tak, jakby książka sama chciała, żebym po nią sięgnął, bo od razu się otworzyła na wypadkach z września. Strony były tu upstrzone odciskami palców. Rogi kart wyraźnie podniszczone, a przy zszyciu zostało kilka pasemek tytoniu.
Matka i ojciec, każde z nich na osobnym zdjęciu. Dwie proste fotografie portretowe. Pod ich nazwiskami widniało słowo "Reuters" w nawiasie. Zacząłem się zastanawiać, co to za jeden ten Reuters, sądziłem, że skoro chodzi o moich rodziców, powinienem to wiedzieć.
Przeczytałem, że norwesko-francuska para, "oboje pochodzący z Gudbrandsdalen", zginęła 23 września niedaleko Authuille w północnej Francji. Ludzie ci weszli na ogrodzone pole bitwy z czasów I wojny światowej i zostali znalezieni w rzece, martwi. Sekcja zwłok wykazała, że nawdychali się gazu ze starego granatu, wpadli do wody i nie zdołali wydostać się na brzeg.
W roczniku napisano też, że wzdłuż byłych linii frontu wciąż jeszcze można znaleźć całe tony ładunków wybuchowych i że rozminowanie wielu obszarów jest niemożliwe. W ostatnich latach z powodu przypadkowego wejścia na takie niewypały zginęła ponad setka turystów i rolników.
O tym wszystkim zdążyłem się już wcześniej dowiedzieć z lakonicznych wyjaśnień dziadka. Ale o tym, co napisano dalej w "Wydarzeniach", nigdy mi nie mówił.
"Po oględzinach samochodu policja ustaliła, że parze towarzyszyło dziecko, trzyletni chłopiec". A ponieważ dziecka nie było nigdzie w pobliżu, rozpoczęto akcję poszukiwawczą. Policjanci z psami przeczesywali bez powodzenia zapomniane pole bitwy, nurkowie badali dno rzeki, a nad okolicą latały helikoptery.
I wtedy przeczytałem zdanie, które wypaliło ze mnie dzieciństwo. Zupełnie jak wtedy, gdy wrzucałem stare gazety do kominka, litery były wyraźne, chociaż papier już płonął, ale wystarczył najlżejszy ruch, by w mgnieniu oka zmieniły się w popiół.
"Cztery doby później dziecko odnalazło się w gabinecie lekarskim w portowym miasteczku Le Crotoy, oddalonym o 120 kilometrów od miejsca tragedii. Intensywne śledztwo nie wyjaśniło, co działo się z chłopcem przez cały ten czas. Zakłada się, że został uprowadzony. Nie stwierdzono u niego żadnych obrażeń oprócz kilku zadrapań i sińców".
Dalej znów wszystko było znaną mi prawdą, napisano bowiem, że zaopiekowali się mną dziadkowie z Norwegii. Stałem jak wryty i gapiłem się na strony kroniki. Zacząłem ją kartkować, by sprawdzić, czy jest coś dalej. Cofnąłem się o kilka stron, żeby się przekonać, czy może wcześniej coś napisano. Nerwowo skubałem pasemka tytoniu w zgięciu tomu. Ludzie musieli o mnie rozmawiać, zdejmowali pewnie z półki "Wydarzenia 1971", gdy sąsiedzi wpadali na kawę i wspominali czasy, kiedy o rodzinie z Hirifjell pisano w gazetach.
Długo jeszcze przepełniała mnie wściekłość. Dziadek mówił, że nic więcej nie wie, toteż wszystkie pytania zanosiłem do zagajnika, w którym naprzeciwko naszego obejścia rosły brzozy płomieniste. Dlaczego matka i ojciec zabrali mnie do miejsca pełnego granatów? Dlaczego w ogóle się tam znaleźli?
Ale odpowiedzi nie było, nie było też rodziców, zniknęli, tak jak wiatr rozwiewa popiół, a ja dorosłem w Hirifjell.
HIRIFJELL LEŻY NA TYŁACH SAKSUM. Duże, bogate gospodarstwa pobudowano po drugiej stronie rzeki, tam gdzie wcześnie topnieją śniegi, a promienie słońca pieszczą drewniane ściany i mieszkającą w nich szlachtę zagrodową. Ta strona wsi nigdy nie jest nazywana "tą właściwą", czasami tylko "słoneczną", ale najczęściej w ogóle nie nazywa się jej w żaden sposób, jedynie tyły wsi mają nazwę odpowiadającą temu, gdzie się naprawdę znajdują. Pomiędzy nami płynie rzeka Laugen. Wilgotna granica, którą przekraczamy, kiedy mamy zacząć naukę w gimnazjum albo musimy się wybrać do centrum na zakupy.
Na tyły wsi przez większą część dnia pada cień. Ludzie żartują, że strzelamy u siebie z wiatrówek do furgonetki z rybami i związujemy sznurówki pijakom, którzy posnęli pod stojakami na siano. Tacy podobno jesteśmy nieokrzesani. Ale prawda jest taka, że nawet jeśli się pochodzi z bogatego gospodarstwa w Saksum, to raczej nie ma się wielkomiejskich manier wprost z Paryża, nie wspominając już o Hamar. Program "Dookoła Norwegii" nigdy nie był nadawany z Saksum. Znaleźć tu można to wszystko, co w każdej wsi. Spółdzielnię rolniczą, krawcową, pocztę i sklep. Lokalną drogę, na której zimą karetki pogotowia zakopują się w śniegu. Odrapane domy zamieszkane przez ludzi, którym nie chce się nawet wypełniać deklaracji podatkowych.
Tylko monterzy telefonów i Agencja Rozwoju Rolnictwa wiedzieli, że tak naprawdę słońce świeci u nas przez cały dzień. Hirifjell bowiem leży w miejscu, w którym zbocze doliny znów zaczyna opadać, tworząc coś w rodzaju słonecznej strony po wewnętrznej stronie tyłów wsi. Ogród w środku lasu, oddzielony szlabanem, w którym żyliśmy z dala od innych.
Dziadek lubił czuwać do późna w nocy. Leżałem na sofie, a on palił cygaretki i przeglądał swoje książki i płyty. Kantaty Bacha, całe pudła symfonii Beethovena i Mahlera, dyrygowanych przez Furtwänglera albo Klemperera. Regał, na którym obok siebie stały zupełnie nowe i zupełnie zaczytane książki. Spomiędzy kart atlasu świata Andreego i leksykonu kieszonkowego Meyera wystawało tyle karteczek z notatkami, że wyglądało to, jakby książkom wyrosły nowe strony.
W takiej atmosferze zasypiałem wieczorami, w mgiełce dymu, w której krzesiwo zapalniczki dziadka trzaskało od czasu do czasu, zagłuszając muzykę, zanim w końcu odkładał "Spiegla", a ja czułem w półśnie, jak mnie podnosi, ściany i sufit obracały się, gdy uchylałem powieki, jakbym był igłą kompasu, aż w końcu dziadek kładł mnie na łóżku, układał moje rozrzucone ręce i nogi i przykrywał mnie kołdrą, a każdego ranka jego twarz znów tam była, lampa w korytarzu rzucała światło na szorstki zarost na jego policzkach i podkręcone wąsy pożółkłe od tytoniu, stał tak i uśmiechał się, a jego uśmiech mówił, że patrzył na mnie długo, zanim się obudziłem.
Jedynym jego dziwactwem było to, że zabraniał mi przynosić pocztę. Spóźnienia listonosza zupełnie wytrącały go z równowagi, każdego dnia o jedenastej zaczynał wyglądać czerwonego samochodu na drodze okręgowej. Później przerzucił się na skrytkę pocztową we wsi, uzasadniając to tym, że jacyś obcy ludzie wyłamali zamek w skrzynce przed domem.
Zamawiałem katalogi, wkładałem do kopert znaczki zwrotne i katalogi przychodziły. "Domowy Zestaw Stereo", "Broń Myśliwska Schou", "Nowości Wędkarskie", sprzęt fotograficzny, materiały muchowe - katalogi przychodziły, a ja uczyłem się z nich więcej niż ze szkolnych podręczników. Świat docierał do mnie za pośrednictwem dziadka, ciężkie koperty na rozgrzanym siedzeniu auta, przywożone z jego wypraw do wsi. Trwało to całą wieczność, aż któregoś roku wrócił z dorocznego zjazdu Związku Hodowców Owiec i Kóz i ni stąd, ni zowąd powiedział, że musimy wrócić do skrzynki na listy, że z przywożeniem poczty z Saksum jest za dużo roboty.
Jeszcze na długo przed tym odpiłowaliśmy kolbę starej strzelby ojca i poszliśmy polować na kaczki. To była dubeltówka marki Sauer & Sohn, kaliber 16. Ojciec dostał ją na konfirmację, ale podobno nigdy z niej nie strzelał. W miarę jak rosłem, doklejaliśmy kolejne krążki z tego, co wcześniej zostało odpiłowane, tak że w dniu mojej konfirmacji kolba z rudawego drewna orzechowego była już cała naznaczona cienkimi rowkami - moje świadectwo dorastania z dziadkiem.
Zupełnie jak słoje drzewa.
Ja jednak dobrze wiedziałem, że świerki, które mają szerokie słoje, rosły zbyt szybko i kiedy tylko będą dość wysokie, by dać się pochwycić podmuchom wiatru, połamią się jak zapałki.
Całe życie słyszałem szelest dochodzący z zagajnika, gdzie rosły brzozy płomieniste. Pewnej nocy w 1991 roku ten szelest przeszedł w wycie wiatru, który wszystkim zachwiał. Bo coś w historii o matce i ojcu ciągle żyło, ruszało się i wiło niczym tłusta żmija w trawie.
TEJ NOCY ŚMIERĆ WRÓCIŁA do Hirifjell. Wiadomo było, po kogo tym razem przyszła, bo też nie miała wielkiego wyboru. Miałem dwadzieścia trzy lata i kiedy później wspominałem to lato, dochodziłem do wniosku, że śmierć nie zawsze musi działać jak ślepy i okrutny morderca. Zdarza się, że przed wyjściem zostawia klucze.
Sęk w tym, że uwolnienie się za ich pomocą może być torturą. Zwłaszcza że dzień, w którym to się stało, nie był zwykłym dniem, dniem wypełnionym pracą i oświetlonym promieniami wieczornego słońca, dniem powoli kołysanym do snu pod batutą Furtwänglera. A nawet wręcz przeciwnie, bo w dniu, kiedy umarł dziadek, ktoś namalował swastykę na jego aucie.
Cały tydzień z niecierpliwością czekałem na paczkę za pobraniem z Oslo i w końcu znalazłem w skrzynce awizo. Wróciłem na skróty do domu, minąłem kępę pokrzyw i przeszedłem przez podwórze. Uchyliłem drzwi szopy na narzędzia. Powiedziałem, że muszę coś przywieźć ze wsi i że biorę auto.
Dziadek podniósł głowę znad warsztatu, odłożył obcęgi i powiedział, że przy okazji powinniśmy zajrzeć do spółdzielni. My.
- Może weźmiemy Gwiazdeczkę - powiedział, strzepując trociny z kurtki. - Zaoszczędzisz benzynę.
Odwróciłem się i zamknąłem oczy. To był jeden z tych dni. Kiedy dochodził do wniosku, że to bez sensu, żeby każdy z nas jeździł swoim autem.
Dziadek poczłapał na sztywnych nogach przez podwórze, żeby włożyć kurtkę, w której zawsze jeździł do sklepu. Ludziom we wsi nie podobało się, że nosi przy sobie nóż, więc za każdym razem, kiedy wybieraliśmy się do centrum, wkładał kurtkę z długimi połami.
Po chwili obaj już siedzieliśmy na miejscach. W czarnym, masywnym mercedesie, którego kupił jako nówkę w 1965 roku. Na lakierze pełno było zadrapań od krzaków rosnących wzdłuż drogi do górskich pastwisk, zamek w bagażniku zardzewiał, ale wciąż był to samochód, który robił wrażenie na parkingu w centrum. Powoli mijaliśmy kwitnące pola ziemniaków, lustrując je obaj, każdy przez swoje okno.
Dziadek i ja hodowaliśmy ziemniaki. Owszem, mieliśmy też owce, ale tak naprawdę byliśmy hodowcami ziemniaków. Co roku dziadek chudł z niepokoju, czekając, aż ziemniaki wykiełkują. Mimo że pola Hirifjell były położone 540 metrów nad poziomem morza, a owady rzadko przywlekały zarazę tak wysoko.
Dziadek miał diabelnie dobrą rękę do ziemniaków i dopilnował, żebym ja też ją miał. Sprzedawaliśmy sadzeniaki i ziemniaki spożywcze. Najwięcej zarabialiśmy na odmianie mandel, choć ringerike była lepsza. Beate to ziemniaki dla idiotów. Wielkie i zupełnie bez smaku. Odmianę pimpernelle jedliśmy sami, każdego dnia na obiad. Rosła powoli, ale miała jędrny miąższ i żadnej innej nie wykopywało się przyjemniej, bo jej czerwonawo-fioletowa łupina pięknie wyglądała w czarnej ziemi.
Koła zazgrzytały na przeszkodzie dla bydła, dziadek nawet się nie rozejrzał i skręcił na drogę okręgową. Las otworzył się przed nami na wysokości Lindstad i jak zawsze zobaczyliśmy rzekę.
- Laugen opadła - stwierdził dziadek. - Można by połowić na drabinkę za polem kempingowym.
- Lipień nie bierze, jak woda jest taka zielona - odparłem.
Świerki znów się zamknęły dookoła nas, rzekę zobaczyliśmy ponownie dopiero, kiedy wyjechaliśmy na żwirówkę. Zjeżdżaliśmy z góry, a mnie żołądek zaczął podchodzić do gardła, tak samo, jak zawsze gdy zbliżałem się do Saksum. Stacja kolejowa, gimnazjum, tartak, obory po słonecznej stronie. Inni ludzie.
Kiedy wjechaliśmy na drewniany most, przez opuszczone okno wpadł do auta chłodny powiew od rzeki.
- To co, najpierw do spółdzielni? - zapytał dziadek.
Wiedziałem, że jeśli już tam wejdzie, to będę na niego czekał. Nie interesowały go nigdy małe zakupy, zawsze wracaliśmy ze spółdzielni z pełnym bagażnikiem i co najmniej półmetrowym paragonem.
- Albo wiesz co - odezwał się znów dziadek. - Pójdziemy najpierw po twoją paczkę. Tak będzie najlepiej.
Swastykę zobaczyłem od razu, gdy wyszliśmy z poczty.
Właściwie przyglądałem się kartonowemu pudełku z wypisanym na nim moim nazwiskiem, lecz kiedy zobaczyłem, że dziadek drgnął, podniosłem wzrok i ujrzałem niezdarny malunek, który ktoś wykonał na drzwiach jego mercedesa czerwoną farbą w sprayu.
Złapałem się na tym, że tak właśnie pomyślałem. Teraz, kiedy auto miało na drzwiach swastykę, to był jego mercedes. A jeszcze przed chwilą, tego samego dnia, i przez tyle lat wcześniej myślałem o Gwiazdeczce jako naszej.
Ludzie się gapili. Stali przy tablicy klubu sportowego z rękami w kieszeniach. B?rre Teigen i jego żona. Siostry Br?ygard. Jenny Sveen i chłopaki od Hafstadów. Wpatrywali się w coś tuż nad naszymi głowami, tak jakby studiowali nową dachówkę na dachu poczty.
Swastyka zaczęła się rozmazywać. Wąskie strużki spływały po drzwiach auta.
Jeden z Hafstadów zerknął szybko w kierunku sklepu odzieżowego. Załopotały poły kurtki, ktoś zniknął za rogiem. Jedyny ruch przez tych kilka sekund w tę sobotę, kiedy czas w Saksum stanął w miejscu.
Dziadek zagrodził mi drogę ramieniem, zupełnie jakby opuszczał szlaban.
W tym momencie miałem wybór. Musiałem zdecydować, czy faktycznie zacząć myśleć, że to jego auto, czy wziąć go w obronę.
Wieś patrzyła na nas wyczekująco.
Kolejny raz wybrałem dziadka. Zrobiłem to samo, co już tyle razy wcześniej, a okazji mi nie brakowało. Odsunąłem jego ramię. Upuściłem paczkę i ruszyłem biegiem. Pędziłem tak, jak całe życie. Pobiegłem przez centrum, pomiędzy gapiącymi się ludźmi, przez ulicę, po czym wypadłem na żwirówkę za stacją benzynową Esso. Tam go dopadłem. Młody chłopak, biegł niezdarnie, ze sztywno opuszczonymi ramionami, szara nylonowa kurtka łopotała za nim na wietrze.
Rzecz jasna, powinienem był wykorzystać swoją przewagę, swoją szybkość, by rzucić się do przodu i go zatrzymać. Stanąć z nim twarzą w twarz, zrobić użytek z tego, że byłem od niego większy, zahamować tak, jak piłkarz hamuje po strzelonym golu.
Ale tego nie zrobiłem. Podstawiłem mu nogę, tak że runął twarzą na żwir. Krzyknął, upadając, i krzyczał dalej, już leżąc na ziemi. Pociągnąłem go za kurtkę i odwróciłem twarzą do góry.
Janeczek.
Który tak naprawdę nazywał się Jan B?rgum i zazwyczaj wciąż kiwał głową, mamrocząc coś sam do siebie. Miał ziemię w otarciach na twarzy i piasek we włosach. Jego łzy mieszały się z krwią cieknącą z nosa, która pieniła się różowo za każdym razem, gdy wydawał z siebie szloch. Na palcach i na rękawie kurtki miał czerwoną farbę, a w garści ściskał kawałek papieru śniadaniowego z niezdarnie naszkicowaną ołówkiem swastyką.
Zakląłem w duchu.
- Jan - zwróciłem się do niego. - Ktoś ci zapłacił, żebyś to zrobił?
Wygulgotał w odpowiedzi coś, czego nie zrozumiałem.
- Jan, mów normalnie.
Ale on nie umiał mówić normalnie. Przecież o tym wiedziałem.
Spróbowałem pomóc mu wstać, ale on się zatoczył, upadł na tyłek i wybuchnął jeszcze głośniejszym płaczem. Miał rozdarte spodnie na kolanie. Szare spodnie, w rodzaju tych, jakie nosili starzy mężczyźni i kierowcy taksówek. Jana przez całe życie ubierała matka. Chodził do tej samej podstawówki co ja, dwie klasy wyżej, i wtedy też nosił takie ubrania, dreptał za pedagogiem szkolnym i zezował dookoła z otwartymi ustami. Kiedy poszedłem do gimnazjum, Jan już nie chodził do dziewiątej klasy. Przenieśli go gdzie indziej.
Za moimi plecami zaczęli się zbierać ludzie. Stali przy rampie do wymiany oleju na Esso.
- Chodź, Jan - powiedziałem. - Wstawaj.
Pociągnął nosem i otarł krew z wargi. Dźwignął się na nogi. Zapytałem, czy go boli. Zaczął kiwać głową. Wcisnąłem mu do ręki banknot, mówiąc, że to za spodnie.
- Kto ci kazał to zrobić? - zapytałem.
- To było w książce - odparł.
- Jakiej książce?
Wymamrotał coś w odpowiedzi.
- Jeśli znów do ciebie przyjdą, to im powiedz, że sobie z nimi pogadam. Możesz im to powiedzieć?
- Co powiedzieć?
Otrzepałem mu plecy. Stał z rozdziawionymi ustami. Zostawiłem go i ruszyłem w stronę Esso. Siostry B?ygard się odwróciły. Zaraz po nich chłopaki od Hafstadów, a potem rozeszli się też inni gapie. Wrócili do swoich zakupów ułożonych w bagażnikach i kubków z kawą, jeszcze gorących po dolewce.
Gdyby tylko mogli się na mnie rzucić. Zacząć mnie szarpać i na mnie krzyczeć, wtedy mógłbym im odpowiedzieć, zrobić awanturę w centrum Saksum, w środku dnia targowego.
Ale co właściwie mógłbym im odpowiedzieć? Poza tym napatrzyli się już do syta. Na dwóch mętów, którzy sami wyrównali rachunki, a teraz, kiedy wszystko dobiegło końca, nie było już sensu zawracać sobie nimi głowy.
Dziadek siedział na miejscu pasażera. Nie odzywał się. Nie opuścił szyby. Siedział tam po prostu, niczym woskowa figura w niemieckim myśliwcu. Wskazał palcem kierownicę. Nie ruszył malunku na drzwiach. Nie trzeba być wróżką, by wiedzieć, że Sverre Hirifjell nigdy nie da ludziom tej satysfakcji i nie poprosi o ścierkę. Ani nie pójdzie do sklepu z farbami, by kupić rozpuszczalnik, odpowiednio do sytuacji rozzłoszczony, mamrocząc coś o szczeniackich wybrykach. Nawet nie słyszałem, by kiedykolwiek używał tego sformułowania.
Otworzyłem drzwi samochodu. Ludzie na parkingu przed sklepem przestali się nagle spieszyć.
- Nie możemy tak jechać - powiedziałem. - Zaraz to zmyję. Albo coś na tym nakleję.
- Jedź - wymamrotał dziadek. - Prosto do Hirifjell.
Moja paczka leżała na tylnym siedzeniu. Jeden z rogów był zgnieciony.
- Wsiadaj już, do diabła, i jedźmy - warknął dziadek. - Tą samą drogą. Prosto, przez centrum. Do Hirifjell.
Nie zaprotestował, kiedy wybrałem inną drogę. Minąłem silos ze zbożem i wyjechałem na żwirówkę biegnącą wzdłuż rzeki. Nadkładaliśmy sześć kilometrów, ale przy tej drodze nikt nie mieszkał, a od strony drzwi ze swastyką mieliśmy tylko góry.
- To Janeczek to zrobił - powiedziałem.
Ale dziadek patrzył tylko na rzekę. Zakładałem, że jest zajęty czymś, w czym miał niezłą wprawę - zmuszaniem się, by zapomnieć.
Niebo nad owczarnią pociemniało. Poczłapałem przez podwórze i usiadłem na schodach starej oficyny, w której mieszkałem. Mercedes stał pod wjazdem na piętro stodoły. Dziadek był u siebie.
Nigdy nie lubiłem ludzi, którzy się nad sobą użalają. Większość spraw da się w końcu rozwiązać. Zazwyczaj pomaga tytoń i kawa. To, a także wyłożenie wszystkich kart na stół. Jeśli okaże się, że masz akurat dwójkę pik i trójkę karo, to trudno. Dziś przegrywasz. Skarżyć możesz się tylko wtedy, gdy masz cztery karty, a powinieneś był dostać pięć.
W powietrzu czuło się zapowiedź deszczu, chciałem, by zaczęło padać. Żeby chmury stoczyły się ze zbocza doliny, żeby zimny wiatr wszystko tu odświeżył. Chciałem tego deszczu, chciałem zaparzyć kawę, wyjść na przeszkloną werandę, słuchać, jak krople bębnią o dach, który sam położyłem, i siedzieć, suchy i bezpieczny, z filiżanką kawy i zapalonym papierosem.
Poszedłem do spichlerza i przykryłem piłę tarczową brezentem. W minionym tygodniu wymieniłem deski szczytowe i podbitki, zostało mi tylko malowanie, ale chciałem się do tego zabrać dopiero po weekendzie.
Deszcz był już niedaleko. Dobry deszcz. Czułem to w powietrzu. Niezbyt mocna ulewa, ale deszcz, który popada dłużej i dobrze rozmiękczy ziemię. Byłem przygotowany na to, że trzeba będzie dziś wieczorem zaciągnąć sprzęt nawadniający na północne pole, teraz nie musiałem tego robić. Zamiast tego zdjąłem buty i włożyłem wełniane skarpety. Posprzątałem stół kuchenny, słuchając bulgotu ekspresu do kawy. Przetarłem blat ścierką i przyniosłem paczkę.
W firmie Kameraservice w Oslo znali się na swoim fachu, widać to było jeszcze tu, w Saksum. Brązowa taśma oklejała paczkę pod właściwym kątem i odpowiednio mocno. Moje nazwisko napisane na maszynie, znaczki z pięknymi motywami równo nalepione, druk nadania wypełniony bez skrótów.
Rozciąłem karton i otworzyłem paczkę, wyjąłem z niej mniejsze pudełko, w którym spoczywał obiektyw owinięty w biały, miękki papier.
Leica Elmarit 21 mm. Szeroki kąt.
Jego ciężar. Opór mechanizmu przy ustawianiu ostrości. Tajemnicza gra kolorów na soczewce. Jedwabisty lakier, głęboko grawerowane liczby oznaczające odległość i czas otwarcia przysłony.
Dziadek podarował mi leicę na osiemnaste urodziny. Model M6, obiektyw Summicron i dziesięć rolek filmu. Najlepszy aparat na świecie, chyba że ktoś w okolicy miałby hasselblada. Dziadka irytowało tylko to, że odległościomierz obiektywu podawał wartości w metrach i stopach.
- Przecież to niepotrzebne - mówił. - Żaden przytomny naród nie mierzy niczego w stopach.
Co rok kupowałem sobie nowy obiektyw, za kwoty, które większość uznałaby za ekstrawaganckie nawet na zakup telewizora. Świat rodził się na nowo z każdą zmianą ogniskowej. Teleobiektyw, który przyciągał motywy bardzo blisko, wszystko, co nieważne, skrywając za mgłą. Makroobiektyw, który sprawiał, że na płatkach kwiatu mieściła się cała planeta. A teraz szeroki kąt, który rozciągał horyzont, zmniejszał rzeczy duże, a z drobiazgów czynił marny pył. Wymagał innych motywów, nowego postrzegania pierwszego planu i tła.
Ale tego dnia nawet nie spojrzałem przez wizjer. Bo gdybym podniósł leicę, zobaczyłbym tylko to, co zwykłe i banalne. Moją kolekcję komiksów o Fantomie. Drzwi do ciemni. Sprzęt stereo z głośnikami, które sam zrobiłem. Przeszkloną szafkę z całą resztą sprzętu fotograficznego. Zdjęcie Joe Strummera z nagrań Straight to Hell. Ogromny plakat The Alarm, reprodukcję okładki 68 Guns, na której żaden z nich nie patrzy w obiektyw. Rząd moich fotografii przyrodniczych wiszących na długiej ścianie.
Wiedziałem, co chcę fotografować nowym obiektywem. Brzozy płomieniste. Ale dopiero następnego dnia rano.
DO STAREJ OFICYNY przeprowadziłem się, kiedy miałem szesnaście lat. Budynek stał wtedy pusty, bo to tu mieszkałem początkowo z matką i ojcem. Wyważyłem kopniakiem napęczniałe od wilgoci drewniane drzwi, nie myśląc nawet o tym, że teraz, w tym momencie, dzieje się coś o znaczeniu historycznym. Po prostu wziąłem ten budynek w posiadanie. Położyłem w środku panele i zbudowałem przeszkloną werandę, z której rozpościerał się widok na ścianę lasu.
Dom był mój, a jednocześnie pozostawał nasz.
Zostało po nich kilka rzeczy. Mikser, kalosze ojca, pościel. Ich zdjęcie zostawiłem w głównym budynku. Wciąż mi się zdawało, że powinienem na chwilę przystawać, kiedy je mijam.
Gdy byłem mały, to zdjęcie dawało mi nadzieję. Nadzieję na to, że matka i ojciec jednak nie umarli. Później przypominało mi tylko, że już nigdy nie zadzwonią. Długo się zastanawiałem, dlaczego dziadek postawił je przy telefonie, a nie powiesił na ścianie. Czy po to, żebyśmy ich wspominali, a może chciał, żeby zdjęcie miało na nas wpływ, kiedy gdzieś dzwoniliśmy? Albo przypominało nam, że ludzie, którzy dzwonią do nas, też mają w głowie historię ojca i matki, gdy z nami rozmawiają?
Babcia miała na imię Alma i tak się złożyło, że nigdy nie mówiłem do niej inaczej. Była cicha i spokojna, jak stary zegar stojący. Choroba przykuła ją do łóżka, w końcu trafiła do domu opieki Kl?verhagen i została pochowana, gdy miałem dwanaście lat.
Ale wcześniej opowiadała czasem o matce. Mówiła, że cała jej rodzina zginęła podczas wojny. Dlatego nigdy nie było mowy o prawie do adopcji, dlatego nie mogliśmy się spodziewać wizyty francuskich krewnych. Alma mówiła o tym krótko i niechętnie, lecz wcale mnie to nie dziwiło. Bo rodzina ze strony ojca też ograniczała się do tego czy innego dalszego kuzyna. Nigdy nie jeździliśmy w dłuższe odwiedziny, od czasu do czasu wybieraliśmy się tylko na pogrzeby i zawsze wychodziliśmy ze stypy, zanim jeszcze podano kawę.
Ale mimo wszystko - zastanawiałem się - nawet jeśli rodzina matki zniknęła, to przecież niemożliwe, żeby wszyscy jej bliscy rozpłynęli się we mgle?
Tak właśnie myślałem, kiedy dziadkowie kładli się na poobiednią drzemkę, każde z nich na swojej kanapie, a ja otwierałem atlas i oglądałem mapę Francji. Powtarzałem sobie, że gdzieś tam musi być ktoś, kto ma jakieś wspomnienia o matce. Żyła w końcu prawie dwadzieścia siedem lat. Odnajdowałem Authuille. Czytałem o I wojnie światowej w leksykonie dziadka. Wyobrażałem sobie, jak wyglądała wioska i jak wyglądała wojna.
Od czasu do czasu chadzaliśmy na cmentarz. Zapach smoły z kościoła słupowego towarzyszył mi aż do nagrobka z błękitnego saksumskiego granitu. Walter Hirifjell. Nicole Daireaux. Matka urodzona w styczniu 1945, ojciec w 1944. Oboje zmarli 23 września 1971 roku.
Ale zawsze zawracałem, zanim podszedłem zbyt blisko. Kiedy zadawałem sobie pytanie, jak się poznali matka i ojciec, zawsze próbowałem pohamować ciekawość. Nie chciałem zobaczyć ich nagle zbyt wyraźnie. Nie możesz tęsknić za czymś, czego nigdy nie miałeś - powtarzałem sobie. Może to przez moje przywiązanie do natury. Naga ziemia nie mogła leżeć otwarta. Każdy rozkopany kawałek czarnoziemu był jak rana. Przyciągał chwasty, które na nim rosły i go okrywały.
Ale rodzice mimo wszystko od czasu do czasu wyłaniali się z mroku tu, w oficynie. Któregoś razu znalazłem płytę z francuskimi piosenkami dla dzieci, a kiedy ją nastawiłem, przez chwilę widziałem matkę.
Znałem wszystkie piosenki. Śpiewałem Fr?re Jacques zamiast Panie Janie. I zdawało mi się, że wiem, co znaczą słowa Au clair de la lune i Ah vous dirais-je maman. Nauka tego pełnego wigoru języka przychodziła mi bez trudu i zrozumiałem, że jako dziecko musiałem mówić po francusku. Matka śpiewała razem ze mną, nasze głosy wypełniały ten dom.
To francuski był moim rodzimym językiem, nie norweski.
W szkole jako przedmiot dodatkowy mogłem wybrać niemiecki albo francuski. Był to pierwszy raz, kiedy zdawało mi się, że muszę dokonać wyboru pomiędzy rodzicami a dziadkiem, i ukrywałem przed nim później, że wybrałem francuski. Język matki znowu obudził się we mnie do życia, tak szybko, iż nauczycielka podejrzewała, że sobie z niej żartuję.
Później znalazłem jeszcze więcej pozostałości po rodzicach, w wielkim kartonowym pudle na strychu. Kosmetyczka, maszynka do golenia, zegarek. Sposób, w jaki te wszystkie rzeczy zostały wrzucone do pudła, sugerował, że sprzątanie po nich dla osoby, która to robiła, było czymś bolesnym.
Na samym dnie leżała książka. L'Étranger Alberta Camusa. Zacząłem ją kartkować od tyłu, studiowałem kolejne zdania, wyobrażałem sobie matkę, jak siedzi i czyta. Nagle drgnąłem i ogarnęło mnie podniecenie. Zupełnie jakbym widział skaczącą w wodzie rybę, zbyt daleko, bym mógł zarzucić tam haczyk i ją złowić. Na pierwszej, pustej stronie ktoś napisał niebieskim długopisem Thér?se Maurel, Reims. Musiały być przyjaciółkami. Ich dłonie trzymały kiedyś tę książkę, równocześnie albo prawie równocześnie.
Nie byłem już jedynym dowodem na to, że moja matka istniała.
Zacząłem wtedy obmyślać plan, by odwiedzić miejsce, w którym zginęli matka i ojciec. Zobaczyć, czy uda mi się obudzić coś w pamięci. Bo przecież był jeden świadek koronny tego, co się wtedy wydarzyło. Ja sam. To wszystko musiało żyć gdzieś w moich wspomnieniach, jak w emulsji fotograficznej, na którą kiedyś padło światło.
Potrzeba, by tam jechać, sprawiała czasem, że czułem się chory. Ale dla mnie świat kończył się na ulicy S?re ?l w Lillehammer. Na południe od sklepu motoryzacyjnego Helgego Mankeruda wszystko już było obce, brakowało mi doświadczenia w podróży i brakowało mi wyjaśnień dziadka, zresztą na pewno zrobiłoby mu się przykro: czyżby już mi nie wystarczał, czyż nie zrobił wszystkiego, co tylko mógł zrobić?
Kiedy byłem chłopcem, to ja potrzebowałem dziadka, potrzebowało go również gospodarstwo. Potem dorosłem, otrzymałem swój przydział pracy w Hirifjell i już wkrótce to ja byłem potrzebny ziemi i owcom. Im dłużej czekałem, tym bardziej on się starzał, a kiedy miałem jakieś dwadzieścia lat, te potrzeby wreszcie się zbiegły, tak że wyjechać było mi tak samo trudno jak zostać i od tego dnia wszystko stężało w koleinach, którymi się poruszałem, coraz głębszych i lepiej zbadanych.
ROZPUSZCZALNIK ZADZIAŁAŁ.
Swastyka rozmazała się i wsiąkła w ścierkę. Różowa maź przywodząca na myśl chorobę. Zakręciło mi się w głowie, ale zwilżyłem jeszcze jedną szmatkę. Zdrapałem ziarenko piasku z lakieru i tarłem jeszcze mocniej. Smród rozpuszczalnika, lżejszy od powietrza, wdzierał mi się do płuc. Rzuciłem szmatkę i wybiegłem na deszcz. Stałem, patrząc na Gwiazdeczkę pod wjazdem na piętro stodoły. Zarys swastyki wciąż był widoczny.
Wróciłem w opary rozpuszczalnika. Tarłem i tarłem. W końcu, na wpół zemdlony, ruszyłem przez podwórze, wspiąłem się po kamiennych schodach i wszedłem do domu dziadka.
- Udało mi się zmyć - zawołałem.
Żadnej odpowiedzi.
Zegar z kukułką wskazywał wpół do piątej. Zapach tytoniu zdradzał, że dziadek stał niedawno w korytarzu. Wszedłem na schody, przystanąłem w połowie drogi. Z drugiego piętra dochodziły jego kroki. Co znowu strzeliło mu do głowy? Z tamtych pokojów nigdy nie korzystaliśmy, były wyziębione i zakurzone. Stałem przy mapie wyznaczającej granice naszego lasu.
- Pojadę na chwilę do wsi - powiedziałem, tak jakbym zwracał się do schodów.
Kroki dziadka ucichły. Ale już po chwili znów rozległo się jego człapanie.
Centrum było wymarłe. Ale wiedziałem przecież, że tak będzie, nikt nie wychodził z domu w tych leniwych godzinach między zamknięciem sklepów a porą obiadową. Samochody podróżnych przejeżdżających przez wieś wlokły się pięćdziesiąt na godzinę. Ich pasażerowie wyglądali przez okna, zadowoleni, że nie muszą mieszkać w Saksum.
Nie mieli pojęcia, co tu mamy.
Bo to właśnie tu było dla nas miejsce. Miejsce dla mnie, dla Carla Braenda, szalonego miłośnika elektroniki, który w wieku pięćdziesięciu pięciu lat mieszkał ze swoją matką, konstruował genialne wzmacniacze i jeździł do kiosku za pięć dziesiąta, żeby przed zamknięciem zdążyć kupić niesprzedanego hot doga za pół ceny.
Wszystkie nasze braki były tu widoczne jak na dłoni. Wiedzieliśmy o nich, dokuczaliśmy sobie z ich powodu, ale ludzkie gadanie trzymało nas razem. Każdy z nas miał w sobie jakiś wyłom i szukaliśmy takiego wyłomu także u tych na pozór nieskazitelnych, bo przez te wyrwy wieś przewlekała łączącą nas nić.
Pojechałem do centrum, skręcając przed kwaterą Armii Zbawienia. Zobaczyłem tylko stary skuter przed stacją benzynową i dwoje dzieci biegnących od strony boiska piłkarskiego. Zawróciłem w stronę Laugen. Opuściłem szybę, mijając gimnazjum, poczułem chłód w powietrzu.
Usłyszałem szum. Zobaczyłem wodę. Znalazłem w schowku kasetę Dylana, która została mi po Hanne. Knocked out Loaded. Album rozczarował nas oboje, z wyjątkiem Brownsville Girl. Mimo to puściłem kasetę. Hanne była teraz we wsi i kiedy zabrzmiała piosenka, mogłem równie dobrze przyznać się przed sobą, iż wyjechałem z domu w nadziei, że ją zobaczę. Parę dni wcześniej zauważyłem ją przed sklepem odzieżowym. W jasnobrązowej zamszowej kurtce. Przypominała antylopę, ze swoimi kasztanowymi włosami i długimi nogami.
Płochliwość, tak dla niej typowa. Chyba pierwsza mnie dostrzegła i wślizgnęła się do sklepu, nie mogłem tam za nią iść w brudnym ubraniu roboczym. W jednej sekundzie patrzyliśmy na siebie. W następnej już nie.
Hanne to jedna z tych dziewcząt, które są dorosłe od urodzenia. Kiedy miała czternaście lat, podkradała skuter bratu i przyjeżdżała do mnie, zatrzymywała się przy skrzynce pocztowej i mrugała światłami. Jak przemytnik na pokładzie załadowanej łodzi w środku nocy.
Poszliśmy ze sobą do łóżka chyba dużo wcześniej, niż powinniśmy, ale z czasem dała mi poczucie, że mnie uratuje. Że jestem zmokłym psem, którego bierze pod swój dach. Do znudzenia powtarzała słowo, którym pogardzałem, wykształcenie, ta droga biegnąca przymusowo przez Oslo albo Bergen, albo ?s, zupełnie jakbyśmy wszyscy mieli obowiązek coś zgromadzić i wrócić z tym do wsi, żeby ją ratować przed unicestwieniem. A ja nie chciałem, żeby mnie napełnili jak termos. Nie miałem wobec nikogo żadnych zobowiązań, tak przynajmniej sam to widziałem. Może z wyjątkiem wyjazdu do Francji. Ale kiedy powiedziałem o tym Hanne, zapytała mnie dlaczego.
- Zostaw to w spokoju - powiedziała. - Wróciłeś do domu cały i zdrowy. Znajdziesz tam tylko stare ślady, które nie dadzą ci spokoju. Bo co niby ty zdołasz wyjaśnić, prawie dwadzieścia lat później, czego nie udało się wtedy wyjaśnić profesjonalnym śledczym?
Zirytowało mnie to. Dobór słów. "Profesjonalni śledczy". Tak, jakby czytała na głos z książki. Zastawiała mi tymi słowami drogę niczym zgrabnym drewnianym płotkiem, lecz mimo to nie pojechałem do Francji, kiedy między nami wszystko się skończyło. Odpaliłem tylko traktor i znów ruszyłem w pole.
Minęły całe lata, a moje palce wciąż pamiętały numer jej telefonu. 84, kierunkowy do Saksum, a potem już jej cyfry, na ukos przez klawiaturę. Dziś wieczorem usłyszy wszystko na rozgrzewce przed imprezą. Ktoś otworzy butelkę piwa Ringnes i zacznie o mnie mówić. Dziewczęta stłoczone na sofie, już trochę podpite, spojrzenia posyłane Hanne z ukosa, gdy pada moje imię, imię faceta, który wygłupił się dziś w centrum, co właściwie o nim myślimy, czy ktoś weźmie go w obronę, czy ktoś może go wziąć w obronę?
Zobaczyłem taunusa Yngvego. Zamrugał światłami i zaparkowaliśmy drzwi w drzwi przed stacją benzynową. Opuściłem szybę, rozejrzałem się dookoła i owszem, miałem nadzieję, że ktoś zobaczy mnie w towarzystwie syna aptekarza. Chłopaka, który przyniósł świadectwo z liceum z tyloma szóstkami, że ludzie wołali na niego Maxi Yahtzee. Podczas gdy ja skończyłem gimnazjum i na tym poprzestałem.
- Laugen opadła - powiedział Yngve.
Zawsze lubiłem tak siedzieć, koło piątej w sobotę, samochód koło samochodu. Uniesiony tył niebieskiego commodore'a GS/E i chromowana kratka wlotu powietrza taunusa 20M, migocząca po dwóch tubkach autosolu. Dopóki miało się we wsi znajomych, godzina piąta po południu była wspaniałym, pustym czasem. Czasem, który nie dzielił ludzi na pracujących i tych jeszcze chodzących do szkoły, czasem, w którym jedyną różnicą między nami było to, że on palił marlboro, a ja sam skręcałem papierosy. Yngve przez jakiś czas spotykał się ze świetną dziewczyną z F?vang, miała na imię Sigrun, ale rzucił ją, ponieważ "była strasznie marudna".
- Sigrun wcale nie była marudna - powiedziałem.
- Może i nie, ale tak jakoś wyszło - odparł Yngve.
Milczeliśmy przez chwilę.
- Mówię tylko, że to trochę dziwne - odezwałem się wreszcie. - To tak, jak nie lubić Bruce'a Springsteena.
- Ale ja nie lubię Bruce'a Springsteena - stwierdził Yngve.
Dyskutowaliśmy przez chwilę, czy lepiej stanąć przy ujściu rzeki i łowić na muchę, czy zorganizować większą wyprawę z łodzią i łowieniem na drabinkę. Nie pytałem go, czy wybiera się potem na imprezę. Pewnie się wybierał. Yngve był chłopakiem, który mógł przyjść spóźniony, a ludzie i tak się wokół niego tłoczyli.
- No, to o siódmej - powiedziałem, zerkając na zegar na desce rozdzielczej. - Muszę tylko coś zjeść.
Ale on nie podkręcił szyby.
- Słyszałem, że była tu jakaś afera - rzucił i skinął głową, wskazując budynek poczty.
- Afera? - powtórzyłem. - To była kompletnie popieprzona sytuacja.
Yngve spojrzał w ziemię i strzepnął popiół z papierosa.
- Co ludzie gadają? - spytałem.
- Tyle tylko, że on ci pomalował auto sprayem, a ty się wkurzyłeś.
- Phi. Paskudny chłopak z Hirifjell poturbował biednego Janeczka, tak pewnie mówią.
- Przecież go nie poturbowałeś.
- Skąd możesz wiedzieć?
- Ludzie gadają, że go nie poturbowałeś. Że się powstrzymałeś, jak tylko zobaczyłeś, że to on. Otrzepałeś mu kurtkę i puściłeś wolno. Tak właśnie mówią.
Zaciągnąłem się ostatni raz i wyrzuciłem niedopałek.
- Ludzie wiedzą - dodał Yngve. - Wiedzą, co z niego za jeden. Że powinien być w zakładzie. I że takie rzeczy przychodzą mu do głowy.
- No, to spotkajmy się przy łasze - powiedziałem. - Połowimy na drabinkę.
Woda na ziemniaki wrzała. Zdjąłem garnek z ognia, wsypałem trochę gruboziarnistej soli i wybrałem ładne pimpernelle. Kilka dodatkowych na jutrzejsze śniadanie. Zawsze jedliśmy smażone ziemniaki z przyprawą do grilla, solony boczek i po trzy jajka. Mogliśmy wtedy pracować, aż przyjdzie gazeta, choć czasem przychodziła późno.
Dziadek leżał na kanapie w salonie, z butami na pożółkłym numerze "Gońca Lillehammer". Radziecki bagnet na stole. Zgasła cygaretka w kryształowej popielniczce. Pewnie zasnął, nim zdążył ją wypalić.
Zdjąłem pled z fotela, w którym zazwyczaj oglądał telewizję, i go nim okryłem. Zerknąłem na pojemniczek z lekami na komodzie, by sprawdzić, czy wziął tabletki. Poszedłem do kuchni i wyjąłem sznycle z lodówki. Z ogrodu przyniosłem zielony groszek i sałatę. Wyłuskałem groszek i nakryłem do stołu. Zawołałem, że obiad gotowy. Dziadek się nie obudził. Stwierdziłem, że nic nie szkodzi. I tak by nam się dobrze nie rozmawiało. Zjadłem i wstałem od stołu, jeszcze przeżuwając. Wychodząc, trzasnąłem drzwiami, żeby wreszcie wstał.
OBUDZIŁEM SIĘ Z LEICĄ NA KOLANACH. Wstawało poranne światło. Byłem po drugiej stronie słońca.
To moja godzina. Godzina z leicą.
Wyszedłem z domu. Trawa pachniała deszczem. Sroka zerwała się znad rybich wnętrzności, które wczoraj wieczorem cisnąłem w kępę pokrzyw. Łowiliśmy na drabinkę w Laugen przez cztery godziny, pod wysoką, czarną górską ścianą, gdzie były pstrągi, a potem w strumieniu, gdzie lipienie szybko łapały się na muchę. Żartowaliśmy i piliśmy colę, paliliśmy i rozmawialiśmy w błękitnych oparach spalin zaburtowego silnika, rozmowa cichła, gdy żyłka zaciskała się na zgrabiałych dłoniach. W domu szorowałem ręce pod kranem, aż zaczęły drętwieć, usiadłem z leicą i zasnąłem.
Szedłem teraz przez kartofliska. Pode mną powoli wyłaniało się z mgły gospodarstwo. Lampa przed domem dziadka świeciła, spojrzałem na oborę i szopę na narzędzia. I poszedłem dalej, do brzóz płomienistych.
Jako dziecko bałem się tu przychodzić. Pewnej wiosny usłyszałem głośny huk, zupełnie jak wystrzał ze strzelby. Dziadek też go usłyszał, wyprostował plecy i spojrzał w stronę zagajnika.
- To pęka żelazo mojego brata - powiedział i pochylił się znowu nad tym, czym akurat był zajęty.
Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby wypowiedział słowo "brat". Później dowiedziałem się, że brat dziadka miał na imię Einar i że była między nimi wielka niezgoda. W czasie wojny znaleźli się po przeciwnych stronach. Dziadek wyruszył na front wschodni, a Einar na Szetlandy. Więcej na ten temat już się nie mówiło, z wyjątkiem drobnostek, o których wspominała Alma, jak na przykład wtedy, gdy porysował się stół w salonie. "To nic takiego, Einar go zbudował" - tak właśnie to ujęła, a kiedy zacząłem wypytywać, wyjaśniła, że Einar był stolarzem meblowym, pracował w Paryżu w latach trzydziestych i zginął w 1944 roku.
Został po nim warsztat stolarski. Stał trochę na uboczu, czerwony, odrapany, podłużny budynek. Kurz pokrywał szyby od wewnątrz i było to jedyne zabudowanie, wokół którego rosły chwasty. Ale wtedy, kiedy wszystko było dla mnie nowością, nie zapytałem o Einara, tylko o to, co to za "żelazo", o którym mówił dziadek.
- Mój brat założył żelazne obręcze na pnie - usłyszałem w odpowiedzi. - Są już zardzewiałe. O tej porze roku soki znów zaczynają krążyć. Drzewa rosną. Te huki to brzozy, które się uwalniają.
Nie pojmowałem, dlaczego Einar chciałby dręczyć drzewa w taki sposób.
- Trzymaj się z dala od tego zagajnika - powiedział dziadek. - Bo w każdej chwili mogą tam zacząć latać odłamki. A latających żelaznych odłamków lepiej unikać.
I spojrzał na mnie takim wzrokiem, który widywałem u niego bardzo rzadko, wzrokiem, który mnie przerażał i jednocześnie wydawał się odpychający, jak zawsze w chwilach, gdy mówił o czymś związanym z wojną. Często się w takich momentach reflektował i po takim spojrzeniu potrafił zrobić równie dziwną minę, łagodną i trochę niepewną, a zaraz potem mógł nagle wysiąść z traktora i spytać, co mam ochotę zjeść na obiad.
Odrzekłem, że to dobrze, że drzewa nie mogą krzyczeć z bólu, bo inaczej nie mógłbym spać, ponieważ okno mojego pokoju wychodzi na cierpiący zagajnik. Ale powiedziałem to tylko po to, żeby dziadek był ze mnie zadowolony. Nie spytałem nawet, dlaczego Einar założył żelazne obręcze na drzewa.
A potem przeczytałem "Wydarzenia 1971" i w tym długim czasie, kiedy byłem wściekły, choć właściwie nie rozumiałem, dlaczego, w pewnym sensie wszedłem w komitywę z Einarem, tylko dlatego, że był nieprzyjacielem dziadka. Zaraz po pierwszej wiosennej burzy, kiedy soki drzew znów zaczęły krążyć, leżałem w łóżku i czekałem na huk z brzozowego zagajnika. Którejś nocy poczułem, że muszę zobaczyć dzieło Einara. Wstałem z łóżka, przemknąłem się na palcach pod drzwiami sypialni dziadka i włożyłem ubranie, które wcześniej schowałem w korytarzu. Popędziłem do zagajnika, rzucając nerwowe spojrzenia przez ramię, by sprawdzić, czy w oknach nie zapaliło się światło.
Ziemia była wilgotna po deszczu. Wielki księżyc na niebie sprawiał, że wszystko dookoła rzucało niesamowite długie cienie. Wysoko na wzgórzu dostrzegłem zielone liście, wyróżniające się wśród świerkowych igieł rosnącego wokół lasu. Podszedłem bliżej, pochyliłem się. Poszycie było gęste i smagało mnie zroszonymi gałązkami niczym mokrymi pędzlami.
W końcu znalazłem się między pniami brzóz. Na każdym z nich zaciskały się obręcze. Płaskie, zardzewiałe żelazne pierścienie wciskały się w białą korę, a ocean zielonych liści szeleścił w koronach drzew nad moją głową. Zagajnik był rozległy, żelazne obręcze założono na jakichś stu brzozach. Po pięć czy sześć na każdym pniu, na różnej wysokości. Einar musiał pewnie wchodzić na drabinę, by zamontować niektóre z nich. Pierścienie miały być w zamyśle rozluźniane w miarę, jak drzewa rosły, bo na ich zakończeniach widziałem długie śruby dociskowe z potężnymi nakrętkami skrzydełkowymi. Ale Einar zginął w 1944 roku, nigdy tu nie wrócił i nie poluzował obręczy. Niektóre z nich zupełnie przerdzewiały i zwisały z pni, inne wrosły w drzewo, a jeszcze inne odpadły i leżały na ziemi.
Dlaczego on tak męczył te biedne brzozy? Stałem długo tej nocy między białymi pniami przypominającymi rzędy masztów flagowych i ćwiczyłem się w złości na człowieka, który od dawna już nie żył, złości, którą szybko odrzuciłem, pojmując, że zaczynam po prostu naśladować dziadka.
Nagle za moimi plecami rozległ się huk. Popędziłem w dół, do domu, ile sił w nogach, tą samą drogą, którą przyszedłem, a kiedy znów znalazłem się pod kołdrą, leżałem, długo dysząc, i w końcu musiałem zrobić coś, czego nie robiłem już od lat, wślizgnąłem się do sypialni dziadka i ułożyłem w jego szafie, patrzyłem na rzędy koszul i spodni na wieszakach.
Bałem się, naprawdę się bałem. Ten huk w lesie coś we mnie obudził, otworzył jakąś otchłań strachu, na której dnie wiły się wspomnienia. Zdawało mi się, że słyszę głosy dobiegające z oddali. I nagle z tej niewyraźnej, groźnej plątaniny wyłoniło się wspomnienie o piesku zabawce, tak wyraźne, iż zacząłem podejrzewać, że je sobie wymyśliłem. Piesek był drewniany, miał zwisające uszy, umiał kiwać łebkiem i merdać ogonem.
Ale czy to prawdziwe wspomnienie, czy tylko upragniony wytwór fantazji? Nigdy nie miałem takiej zabawki. Może piesek należał do jakiegoś dziecka, u którego byliśmy z wizytą, i wszystko po prostu pomieszało mi się w pamięci. No, bo my też przecież jeździliśmy w różne miejsca. Odwiedzaliśmy ludzi.
Następnego dnia zadałem pytanie naszemu nauczycielowi robót ręcznych. A on strzepnął wióry ze skórzanego fartucha i powiedział:
- Brzoza płomienista? Najlepsze drewno w tym kraju. Pochodzi z uszkodzonych drzew. Rysunek powstaje, kiedy drzewo się leczy.
Tak właśnie powiedział. Że drzewo się leczy.
Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby nauczyciel robót ręcznych mówił w taki sposób. Zazwyczaj powtarzał tylko, jakie to ważne, by oszczędzać materiały, i że trzeba wszystko jeszcze dokładniej mierzyć. Ale teraz zniknął na zapleczu i wrócił z niewielkimi drzwiczkami od szafki, mieniącymi się złociście. Rysunek drewna falował, tworząc grę cieni pomiędzy ciemniejszymi włóknami a błyszczącą bursztynową powierzchnią.
- Widzisz, zabliźnienie - powiedział. - Drzewo musi naprawić uszkodzenie i rosnąć dalej. Słoje roczne znajdują sobie okrężne drogi. Omijają uszkodzenie. Rysunek jest zupełnie nieprzewidywalny. Dopiero kiedy potniesz drewno na deski, widzisz, jaki powstał wzór.
Byłem dobry ze stolarstwa, potrafiłem robić prawie niewidoczne złącza ciesielskie i wycinać twarze kukiełek, nie rysując ich wcześniej na kartce.
- Stolarkę ma się we krwi - powiedział nauczyciel w zamyśleniu, a ja poczułem, jak coś mną lekko szarpie, jakaś nić, która nie kończy się w Hirifjell, ale gdzieś dużo dalej.
Wracałem do lasu wiele razy, ale nigdy nie mówiłem, że tam idę. Siadałem na ziemi i patrzyłem na drzewa Einara uwięzione w obręczach. To było nasze wspólne miejsce, a kiedy kłóciłem się z dziadkiem, często wyobrażałem sobie Einara. Jak wychodzi z brzozowego zagajnika i się za mną wstawia. Siedziałem tam i patrzyłem na ptaki, słuchałem szelestu liści. Fantazjowałem, wymyślając różne wersje tego, co się zdarzyło we Francji. Może matka i ojciec wciąż tam jeszcze żyli. Może zamieniono mnie z innym dzieckiem i wysłano tutaj. Może zaraziłem się jakąś śmiertelną chorobą, a matka i ojciec nie mieli siły patrzeć, jak ta choroba się rozwija.
Później unicestwiałem te swoje kłamstwa jedno po drugim. W następnych latach huk rozlegał się coraz rzadziej, większość obręczy poddała się drzewom i pękła, a ja stopniowo zapominałem o wszystkich swoich wymysłach.
Dziadek trzymał się z dala od lasu. Byłoby właściwie naturalne, gdyby ścinał drzewa na drewno opałowe, dbał również o tę część naszej ziemi, ale nigdy się do niej nie zbliżał i jasno dawał do zrozumienia, iż sama myśl o tym, że ja miałbym tam chadzać z piłą, bardzo mu się nie podoba.
Pewnego dnia zdarzyło się coś, czego przez wiele lat nie umiałem wyjaśnić. W noc przed moimi dziesiątymi urodzinami obudził mnie hałas, wstałem więc i wyszedłem na korytarz. Z parteru dochodził głos dziadka, był wściekły, powiedział coś, czego dokładnie nie usłyszałem, ale było to coś w rodzaju "nie zawracaj mi tym głowy" albo "nie zawracaj mu tym głowy". Dalszy ciąg zdania tonął w nienawistnym półszepcie, a kiedy usłyszałem dziadka na schodach, pobiegłem z powrotem do swojego pokoju.
Zobaczyłem przez okno jakieś obce auto, rozległ się warkot silnika i głosy. Auto zawróciło, a tylne światła zniknęły w oddali, malując za sobą dwie czerwone smugi.
Rano dziadek powiedział, że przyszli do nas włóczędzy i nachalnie domagali się pieniędzy w środku nocy. Na stole kuchennym stał tort i jedzenie na dwa dni w chacie przy górskich pastwiskach. Urodzinowy wyjazd miał być prezentem niespodzianką.
Po drodze w góry miałem jednak wrażenie, iż dziadek i Alma boją się, że przez przypadek powiedzą o jedno słowo za dużo, a w nocy śniło mi się, że stoję w kręgu ludzi, którzy śmieją się z czegoś, co mam napisane na plecach, ale nie mogę zdjąć kurtki, by sprawdzić, co to takiego.
Parę dni po urodzinach wybrałem się do lasu, tak jak wtedy miałem w zwyczaju. Ale kiedy wszedłem między brzozy, poczułem czyjąś obecność, tak jakby zagajnik był nawiedzony. I wtedy zobaczyłem pniaki. Cztery drzewa zostały ścięte i pozbawione gałęzi. Trociny na ziemi były żółte i świeże, miejsca cięcia krwawiły żywicą, dookoła brzęczały chmary much, zwabione słodkim zapachem.
Ukląkłem, podniosłem garść trocin i pozwoliłem im przesypać się przez palce. Większe wióry miały okrągłe zakończenie, od piły kabłąkowej z szeroko rozstawionymi zębami. Gałęzie, które zostały na ziemi, układały się w kontury pni, a na podstawie odległości między kopczykami trocin stwierdziłem, że drzewa pocięto na dwumetrowe kawałki. W trawie widać było ślady po kłodach, ktoś zaciągnął je na skarpę, a potem stoczył na drogę okręgową. Nie chodziło tu chyba o zwykłą kradzież drewna, bo inne brzozy rosły przecież bliżej drogi. Człowiek, który przyszedł tu w nocy, musiał doskonale wiedzieć, czego szuka.
A TERAZ ZNÓW TU PRZYSZEDŁEM, tym razem z leicą w dłoni, szedłem między wysokimi, białymi pniami brzóz z pordzewiałymi obręczami. Niektóre drzewa oswobodziły się od czasu, kiedy byłem tu ostatnio, inne zrezygnowały z walki i pozwoliły pierścieniom wrosnąć w korę. Przesunąłem się trochę, oceniłem kierunek, w którym padały cienie, rozejrzałem się w poszukiwaniu ciekawych motywów.
Wstało słońce. Położyłem się na plecach i spojrzałem w górę. Przez szerokokątny obiektyw widziałem pnie pnące się do nieba. Wyjdzie bardzo dobrze. To, co widziałem, było tym samym, co chciałem widzieć. Listowie, gra cieni, pnie i element obcy, żelazo, który sprawi, że to będzie fotografia, a nie pospolite zdjęcie.
Rozległ się cichy szept migawki, jak zawsze, gdy leica chwyta coś, co jest teraz, i pozwala mu stać się czymś, co było.
Podniosłem się, skaleczyłem palec o pękniętą żelazną obręcz. Zlizałem kroplę krwi i ruszyłem z powrotem do Hirifjell.
Nie siedział przy kuchennym stole. To było pierwsze, na co zwróciłem uwagę.
Bo dziadek powinien przecież tam siedzieć, w granatowym swetrze, który wkładał do pracy, na kuchence powinny czekać smażone jajka, dwa kubki z kawą na stole, a on powinien podnieść wzrok znad wczorajszego wydania "Gońca Lillehammer". Powinien tam siedzieć, tak samo stabilny jak ściana za jego plecami, i złożyć gazetę, widząc, że wchodzę.
Tymczasem na blacie stały jeszcze nakrycia po wczorajszym obiedzie. Woda w dzbanku była mętna od pęcherzyków powietrza. Groszek w miseczce pomarszczony. Na patelni leżały dwa wyschnięte sznycle.
Powoli wszedłem do salonu.
Leżał pod pledem, którym go przykryłem, z butami na starej gazecie. Stanąłem jak wryty i pomyślałem: zaczyna się.
Bo dziadek leżał na kanapie i wcale nie spał.