Plus One - Kelsey Rodkey

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (26,78 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jeden

Kiedy mówię Noah: płyń albo zgiń, to naprawdę mam to na myśli.

W końcu to nie­pi­sana zasada zauro­czyn1, że jeśli jedna osoba nie umie pły­wać, to druga musi ją ura­to­wać. Jest to dra­ma­tyczne i roman­tyczne, i nie ma zna­cze­nia, że to kon­kretne spo­tka­nie nie dzieje się na oce­anie czy na przy­ję­ciu zarę­czy­no­wym, lecz na miej­skim base­nie, oto­czo­nym przez małe dzieci z lep­kimi od lodów pal­cami, które pró­bują prze­ści­gnąć się w chla­pa­niu nie­zbyt uda­nymi sko­kami do wody na bombę.

Miej­sce może i nie jest ide­alne, ale roman­tyczne pierw­sze spo­tka­nie tak. Zadba­łam o to.

Znam Noah Chena od przed­szkola, gdzie bawi­li­śmy się w szpie­gów na placu zabaw i doty­ka­li­śmy się nogami pod sto­łem w kla­sie, i choć osta­tecz­nie się odda­li­li­śmy, zawsze byli­śmy dla sie­bie, kiedy była potrzeba. A teraz Noah abso­lut­nie mnie potrze­buje.

Sie­dzi obok mnie na roz­kle­ko­ta­nym krze­śle z wypo­ży­czalni, mocno krzy­żu­jąc opa­lone ramiona i nogi, tak jak robię to ja, kiedy pró­buję zła­go­dzić bóle men­stru­acyjne. Jeśli pró­buje roz­to­pić się w tym poran­nym słońcu, musi się bar­dziej posta­rać. Jeste­śmy na base­nie od jego otwar­cia o ósmej rano, cze­ka­jąc aż Justin Car­roll zaj­mie sta­no­wi­sko ratow­nika na swo­jej zmia­nie - zazwy­czaj od ósmej rano do czwar­tej po połu­dniu - ale naj­wy­raź­niej się spóź­nia. Nie jest to czę­ścią mojego sta­ran­nie opra­co­wa­nego planu, ale jesz­cze nie ma się czym mar­twić. Noah nato­miast uważa, że ozna­cza to dzień ska­zany na nie­po­wo­dze­nie, ponie­waż Noah jest pesy­mi­stą. Nawet naj­mniej­szą oznakę desz­czu trak­tuje jako oso­bi­sty atak na sie­bie.

- To było głu­pie - mówi, szu­ra­jąc skó­rza­nym klap­kiem po tra­wie. - Pew­nie usły­szał, że się w nim bujam i wie­dział, że nie powi­nien się poja­wić. Zapewne zadzwo­nił na poli­cję.

- Nikt oprócz nas nie zna tego planu; jestem dys­kretna.

- Może tak dys­kretna jak twój strój - mam­ro­cze. - Dla­czego nie masz na sobie kostiumu kąpie­lo­wego?

Pochy­lam głowę, żeby rzu­cić mu groźne spoj­rze­nie znad moich okrą­głych, retro korek­cyj­nych oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych, które dosta­łam od rodzi­ców na uro­dziny. Mimo tego, że za te same pie­nią­dze mogłam dostać inne rze­czy, nie żałuję, że przez dwa tygo­dnie bez prze­rwy pro­si­łam o te oku­lary. Krę­po­wały mnie te kre­tyń­skie nakładki prze­ciw­sło­neczne, które musia­łam nosić na zwy­kłych oku­la­rach. Rzecz w tym, że nakładki prze­ciw­sło­neczne na oku­la­rach sku­tecz­nie wyklu­czają waka­cyjny flirt. Nie dla takich osób zauro­czyny, romanse ani nawet chwile godne Insta­gramu. Nie mogłam pozwo­lić, żeby moje oku­lary były powo­dem, dla któ­rego będę samotna i bez randki choćby jeden dzień dłu­żej.

- Prze­pra­szam - mówi. - Wiesz, że staję się opry­skliwy, kiedy jestem zde­ner­wo­wany.

Wygła­dzam przód swo­jej kwie­ci­stej sukienki i krzy­żuję nogi w kost­kach, aby pod­kre­ślić moje masywne san­dały. Z peł­nym maki­ja­żem dopeł­nia­ją­cym strój, ow­szem, jestem ubrana zbyt stroj­nie do oka­zji, ale to moja zbroja.

- Potem idę na brunch.

- Z kró­lową Anglii?

Nie pod­su­waj jej żad­nych pomy­słów.

- Z moją rodziną, na uro­dziny Sum­mer.

Robi minę, bo to żadna tajem­nica, że moja kuzynka i ja się nie doga­du­jemy. W ciągu ostat­niego roku nie­raz był świad­kiem naszych drob­nych sprze­czek na szkol­nym kory­ta­rzu.

- No cóż, mam nadzieję, że moje sabo­to­wa­nie wła­snego życia uczu­cio­wego nie sprawi, że się spóź­nisz.

Zanim zdążę zare­ago­wać, mówi:

- Prze­pra­szam. Nerwy.

Ści­skam jego spo­coną rękę.

- Nie dener­wuj się. Wszystko dobrze zapla­no­wa­łam.

- Wiem, wiem - wzdy­cha. - Znam te twoje czary.

Uśmie­cham się sze­roko. Mówią, że środ­kowe dzieci pra­gną uwagi, ale nie ja. Ja pra­gnę uzna­nia. Wali­da­cji. A moim ulu­bio­nym spo­so­bem na jej zdo­by­cie jest swa­ta­nie. Pary, które zeswa­ta­łam, jak Noah i Justin, cza­sami nie mają ze sobą pra­wie nic wspól­nego, dopóki nie wpro­wa­dzę kilku popra­wek. Wystar­czy tro­chę inter­ne­to­wego śledz­twa, nie­win­nego stal­kingu i od czasu do czasu drob­nej meta­mor­fozy. Noah nie pozwo­lił mi na to ostat­nie, mimo że wiem, że ma szafę pełną okrop­nych koszu­lek Nin­tendo, które ide­olo­gicz­nie nie pasują do jego toa­letki peł­nej kosme­ty­ków do maki­jażu i pie­lę­gna­cji skóry.

- Sta­ram się jak mogę.

Nie­któ­rzy, zado­wo­leni ze swo­ich wła­snych zauro­czyn, nale­gają, żebym zaczęła za tę usługę pobie­rać opłaty, ale szcze­rze mówiąc, cho­dzi mi po pro­stu o emo­cje. Kocham miłość.

- Jest Justin.

- Gdzie?

Szyja Noah trzesz­czy, gdy obraca głowę w stronę wej­ścia na basen. Justin prze­cha­dza się, wyglą­da­jąc dokład­nie jak lalka Kena. Ken ratow­nik, można by powie­dzieć, wypo­sa­żony w nastę­pu­jące akce­so­ria: kąpie­lówki, gwiz­dek, krem do opa­la­nia i czte­ro­pak na brzu­chu.

- Dajmy mu chwilę, żeby się ogar­nął. Zaraz położy swój tele­fon na opar­ciu krze­sła, jak każ­dego dnia, a kiedy spoj­rzy w drugą stronę, ja wezmę go i upusz­czę pod sto­ja­kiem. Ty przej­dziesz obok i zro­bisz to roz­cią­ga­jące coś, które poka­zuje twoje bicki, a potem zapy­tasz go, która godzina. On zauważy, że jego tele­fon znik­nął i zacznie pani­ko­wać, bo... no, oczy­wi­ście, to jego tele­fon. Będzie bar­dzo wdzięczny, gdy go odnaj­dziesz, i będzie to oka­zja, żeby opo­wie­dzieć mu tę histo­rię o tym, jak zgu­bi­łeś swój tele­fon.

Noah przy­gryza wargę.

- Tę zmy­śloną histo­rię?

- Nie jest zmy­ślona, jest pod­ko­lo­ry­zo­wana - odpo­wia­dam, nakła­da­jąc oku­lary na czu­bek głowy. Jeśli Noah do tej pory nie wie, o którą zmy­śloną-nie-zmy­śloną histo­rię cho­dzi, jeste­śmy w tara­pa­tach. - Nie po to wymy­śli­li­śmy histo­rię o tym, jak zgu­bi­łeś tele­fon w metrze w Nowym Jorku, żebyś jej nie wyko­rzy­stał. On idzie na Uni­wer­sy­tet Nowo­jor­ski w tym roku. Nadą­żaj. - Biorę oddech. - Prze­pra­szam. Zaczy­nam zrzę­dzić, gdy nie zjem śnia­da­nia.

Wyciera dło­nie o swoje kąpie­lówki, śle­dząc wzro­kiem ruchy Justina, który wspina się na swoje krze­sło, by nad­zo­ro­wać głę­boką część basenu. Nie jestem nawet pewna, czy mnie usły­szał.

- Noah?

- Noo?

- Na­dal chcesz to zro­bić?

Odwraca się do mnie, jego nie­obecny wyraz twa­rzy teraz zmie­nia się w panikę, a policzki czer­wie­nieją.

- Nie wiem.

Łagod­nieję.

- Jest faj­nym gościem. Ale nie muszę ci tego mówić.

Zaczy­nam odli­czać na pal­cach podaną mi przez niego listę powo­dów, według któ­rych Justin Car­roll jest nie tylko cia­chem, ale też jest dla niego ide­al­nym chło­pa­kiem.

- Nie udo­stęp­nia za dużo na mediach spo­łecz­no­ścio­wych, segre­guje śmieci, należy do klubu książki, och, może powi­nie­neś prze­kie­ro­wać roz­mowę z histo­rii o tele­fo­nie na jego klub książki, mówiąc, że przez szu­ka­nie tele­fonu spóź­ni­łeś się na spo­tka­nie klubu książki.

- A którą książkę czy­tał ten zmy­ślony klub książki?

- A co ostat­nio czy­ta­łeś?

Mruga.

- Które książki kie­dy­kol­wiek prze­czy­ta­łeś? - Popra­wiam się szybko. - Do szkoły?

Znów pusty wyraz twa­rzy.

- Dla­czego miał­bym nale­żeć do klubu książki w sta­nie, w któ­rym nie miesz­kam?

- Spę­dzi­łeś lato w Nowym Jorku, odwie­dza­jąc swo­ich dziad­ków. - To aku­rat prawda. Naj­lep­szym spo­so­bem na pod­ko­lo­ry­zo­wa­nie, czy­taj: nie­kła­ma­nie, jest zaczę­cie od nie­pod­wa­żal­nej prawdy. - Mia­łeś mnó­stwo wol­nego czasu i chcia­łeś pobyć wśród podob­nie myślą­cych ludzi. - W pew­nym sen­sie to prawda. Fak­tycz­nie miał mnó­stwo wol­nego czasu, ale spę­dził więk­szość lata, gra­jąc w gry wideo w nowo­jor­skiej kamie­nicy dziad­ków. Ale Justin nie wygląda na kogoś, kto gra w gry. On lubi książki.

- Okej... a co robi­łeś poza domem, kiedy tam byłeś?

- Wypro­wa­dza­łem psa moich dziad­ków, Bunny'ego.

- Ide­al­nie. Zapo­mnij o klu­bie książki, powiedz, że spóź­ni­łeś się na wolon­ta­riat. Wypro­wa­dza­łeś psy sta­rusz­kom. Kto by tego nie polu­bił?

Jego twarz się roz­ja­śnia.

- Okej, dobra. - Bie­rze głę­boki oddech i kiwa głową. - Jestem gotowy.

Wstaję, zakła­dam oku­lary prze­ciw­sło­neczne i powoli idę w stronę krze­sła ratow­nika. Mała dziew­czynka z kucy­kami i rękaw­kami do pły­wa­nia prze­biega obok mnie. Pochy­lam się w stronę krze­sła, żeby ją wymi­nąć, i chwy­tam tele­fon Justina, gdy jest zbyt zajęty śle­dze­niem dziew­czynki. Lekko dmu­cha w gwiz­dek i mówi: "Nie bie­gać!" Jego pole­ce­nia brzmią jak suge­stie; jego ton jest zbyt słodki, by był straszny. Noah ma szczę­ście, że (wkrótce) będzie miał chło­paka, który nie krzy­czy, dba o śro­do­wi­sko i wygląda nie­przy­zwo­icie atrak­cyj­nie bez koszulki. Pomy­śleć, że Noah i ja kie­dyś pobra­li­śmy się pod­czas prze­rwy, w bar­dzo ele­ganc­kiej cere­mo­nii mię­dzy huś­taw­kami a karu­zelą. A teraz ma roz­wi­nąć skrzy­dła i odle­cieć ode mnie pro­sto w umię­śnione ramiona Justina.

Umiesz­czam tele­fon pod krze­słem i idę do zamknię­tego baru z prze­ką­skami. Nie otwo­rzy się aż do jede­na­stej, ale mimo to mój zdra­dziecki żołą­dek bur­czy, gdy prze­glą­dam menu. Zwy­kle uma­wiam się na takie zauro­czyny po połu­dniu, żeby mieć pew­ność, że jestem wypo­częta i naje­dzona, ale dzi­siaj robię wyją­tek. Od jutra Justin nie będzie już pra­co­wał na base­nie. Zgło­sił się na opie­kuna kolo­nij­nego, a byłoby dość trudne - nie wspo­mi­na­jąc już o tym, jak dziwne - prze­my­cić Noah na obóz dla dzieci w celu flir­to­wa­nia (albo, szcze­rze mówiąc, po pro­stu gapie­nia się z otwar­tymi ustami). Poja­wi­łoby się wiele pytań, ale żadne z nich nie brzmia­łoby: "Czy chciał­byś się ze mną umó­wić?"

Noah prze­cho­dzi do akcji, roz­cią­ga­jąc się powoli, ale Justin nie patrzy. Kiedy Noah nie­zręcz­nie prze­suwa się na drugą stronę krze­sła - na­dal się roz­cią­ga­jąc - Justin roz­ma­wia z inną ratow­niczką, patrząc w prze­ciw­nym kie­runku. To ten typ idio­ty­zmu, jakiego można by się spo­dzie­wać w sit­co­mie emi­to­wa­nym długo po upły­wie swo­jej daty waż­no­ści, ale to jest bar­dzo wyraź­nie kome­dia roman­tyczna, więc to jest nie­do­pusz­czalne!

Obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, jedną z naj­lep­szych cech Justina jest jego życz­li­wość. Jest to rów­nież jego naj­więk­sza wada. Musi spła­wić swoją dłu­go­nogą współ­pra­cow­nicę z lśnią­cymi brą­zo­wymi wło­sami i zauwa­żyć Noah w jego zie­lo­nych kąpie­lów­kach, które kaza­łam mu kupić, bo to ulu­biony kolor Justina.

Jeśli spóź­nię się na brunch, umoż­liwi to Sum­mer obga­dy­wa­nie mnie, zanim jesz­cze tam dotrę, więc muszę przy­spie­szyć sprawy. Ni­gdy nie powie­dzia­łam Noah o pla­nie B - zawsze jest plan B - bo byłby zde­cy­do­wa­nie prze­ciwko.

Obcasy stu­kają o chod­nik, wiatr efek­tow­nie roz­wiewa moją sukienkę, pod­bie­gam do Noah i popy­cham go w stronę basenu.

Jego klapki skrzy­pią o beton, gdy pró­buje się opie­rać.

- Hej, cze­kaj, Lahey, nie umiem pły­wać - mówi, zaci­ska­jąc ręce na moich ramio­nach. On może i ćwi­czył ramiona przez ostat­nie kilka tygo­dni, ale ja mia­łam lata, żeby stać się zaska­ku­jąco silna dzięki mojej star­szej sio­strze spor­t­smence, dla któ­rej zapasy to ulu­biony spo­sób roz­strzy­ga­nia spo­rów.

- Wiem. Czas na płyń albo zgiń. - Ostatni raz go popy­cham i wszystko zaczyna dziać się w zwol­nio­nym tem­pie.

Plan B:

On wpad­nie do wody.

Ja krzyknę, żeby Justin go ura­to­wał.

Ken Pierw­sza Pomoc na ratu­nek.

Rzecz w tym, że powin­nam była przy­go­to­wać Plan C. Albo przy­naj­mniej Plan B-i-pół, ponie­waż Noah mnie nie pusz­cza. Pociąga mnie i moje ciało gotowe na brunch do wody wraz ze sobą. Jest zimno i wstrzą­sa­jąco, a mój maki­jaż i nowa sukienka nie są wodo­od­porne. Nie­chęt­nie przy­znaję, że moją pierw­szą tro­ską, gdy wynu­rzam się na powierzch­nię, są moje oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Moja druga tro­ska to fakt, że Noah nie umie pły­wać.

- Ratunku! - krzy­czę, pod­pły­wa­jąc do kra­wę­dzi basenu, a moja sukienka oble­pia mi nogi, kiedy płynę. - Mój kolega nie umie pły­wać!

Nor­mal­nie zasta­na­wia­ła­bym się, dla­czego ktoś, kto nie umie pły­wać, znaj­duje się na base­nie, ale dzi­siaj nie ma wąt­pli­wo­ści: jest tu w celach roman­tycz­nych.

Justin chwyta swoją czer­woną bojkę i bez waha­nia ska­cze do wody. Spo­śród wszyst­kich dni, kiedy obser­wo­wa­łam go jako ratow­nika, to pierw­szy raz, kiedy naprawdę wyko­nuje jakąś akcję ratun­kową. Prze­cina wodę i obej­muje wrzesz­czą­cego Noah, wycią­ga­jąc go na kra­wędź basenu obok mnie. Justin, zajęty rzu­ca­niem bojki na asfalt, nie sły­szy, jak szep­czę do Noah:

- Uda­waj mar­twego.

Noah zmu­sza się do zaprze­sta­nia kaszlu i, po rzu­ce­niu mi gniew­nego spoj­rze­nia, robi się moż­li­wie jak naj­bar­dziej bez­władny. Jego oczy zamy­kają się jako ostat­nie, ale nawet pomimo tego, że jestem bez oku­la­rów, nie mógł przede mną ukryć tej zna­jo­mej iskierki nadziei. Justin wyciąga go na kra­wędź basenu, a ja podą­żam za nim.

- Hej - zaczyna Justin, nagle ude­rza­jąc Noah w twarz. Nie jest to całus w poli­czek, o któ­rym roz­ma­wia­li­śmy z Noah, ale hej, to zawsze jakiś kon­takt fizyczny. - Ock­nij się, Noah.

- O mój Boże - mówię w panice, zde­cy­do­wa­nie zbyt teatral­nie. Ni­gdy nie twier­dzi­łam, że jestem aktorką. Jestem reży­serką, jeśli już. - Reani­muj go!

Wokół nas gro­ma­dzi się tłum, ale Justin jest tego nie­świa­domy. Bar­dzo poważ­nie trak­tuje swoją pracę, mimo że zara­bia tylko około dwu­na­stu dola­rów za godzinę. To zde­cy­do­wa­nie za mało, jeśli ma rato­wać ludzi. Nachyla się nad Noah, aby roz­po­cząć coś, co wygląda na bar­dzo bole­sne uci­ska­nie klatki pier­sio­wej. Noah od roku jest zako­chany w Justi­nie, więc znosi to dziel­nie. Wszystko dla miło­ści. Wszystko dla szansy na akcję usta-usta, nawet jeśli nie jest to to, na co liczył. To począ­tek, a ja nie akcep­tuję porażki.

Usta Justina uno­szą się nad ustami Noah przez jedną, nie­koń­czącą się sekundę, zanim ich dotkną.

To nie jest poca­łu­nek, nie, ale i tak się wzru­szam. Nie­po­prawna roman­tyczka we mnie igno­ruje racjo­nalne wyja­śnie­nie, które mówi, że moje oczy łza­wią tylko od chloru. Noah cudow­nie udaje, że wraca do życia, a ja zosta­wiam ich, zaję­tych roz­mową, gdy tłum się roz­cho­dzi. Noah udaje się ode­rwać od spoj­rze­nia Justina na tyle, by pod­nieść w moją stronę jeden kciuk.

Justin mówi do niego:

- Chyba mie­li­śmy razem che­mię w zeszłym roku.

Noah kiwa głową, oszo­ło­miony marzy­ciel­skim nastro­jem Justina, i odpo­wiada:

- Tak, zde­cy­do­wa­nie mamy che­mię; mie­li­śmy che­mię.

Dwa

- Nie bra­łaś wcze­śniej prysz­nica? Naprawdę, zaczy­nasz prze­gi­nać z cza­sem, Lahey - woła za mną Liberty, gdy wbie­gam na górę do naszej małej wspól­nej łazienki. Moja star­sza sio­stra nie zauwa­żyła, że jestem prze­mo­czona, a więc nie wie, że fotel kie­rowcy w jej samo­cho­dzie, który poży­czam dzięki dobroci jej serca, też jest prze­mo­czony. To coś, z czym będziemy musiały się zmie­rzyć, gdy nadej­dzie czas... za około pięt­na­ście minut.

- Zała­twię to szybko! - krzy­czę w odpo­wie­dzi, zamy­ka­jąc się w łazience.

Kładę swoje oku­lary prze­ciw­sło­neczne na bla­cie - wzię­łam na sie­bie wycią­gnię­cie ich cedza­kiem z głę­bin naj­bar­dziej epic­kich zauro­czyn, jakie kie­dy­kol­wiek wymy­śli­łam, ponie­waż Justin był tro­chę zbyt zajęty, żeby zro­bić to sam - i uru­cha­miam prysz­nic, modląc się, żeby Lily nie zużyła całej cie­płej wody swoją typową poranną kąpielą. Twier­dzi, że tylko to jest w sta­nie ją dobu­dzić.

Zdej­muję prze­mok­niętą pach­nącą chlo­rem sukienkę i zawie­szam ją na kar­ni­szu prysz­ni­co­wym. Byłam naprawdę pod­eks­cy­to­wana, by się nią dzi­siaj pochwa­lić, szcze­gól­nie mojej ciotce, ponie­waż zawsze, zawsze kom­ple­men­tuje moje sty­lówki i tanie zna­le­zi­ska z lum­peksu, ale chyba będę musiała pocze­kać na inną oka­zję. Może na uro­dziny Sum­mer. Wyobra­żam sobie, jak jej szczęka opada, gdy wcho­dzę. Opada na zie­mię i nie prze­staje scho­dzić niżej i niżej, aż wypad­nie w Austra­lii czy gdzie tam. Wyobra­żam sobie, jak przy­pad­kowo połyka kan­gura.

Dopiero gdy spłu­kuję szam­pon z wło­sów i się­gam po odżywkę, zdaję sobie sprawę, że jakiś zbrod­niarz zużył ją do końca i zosta­wił puste opa­ko­wa­nie. Jestem na sto pro­cent pewna, że to nie byłam ja - odło­ży­ła­bym ją do prze­płu­ka­nia przed recy­klin­giem, tak jak przy­stało na małego zie­lo­nego Demo­kratę, któ­rego moi rodzice wycho­wują. Wykrę­cam z wło­sów wodę i namy­dlam całe ciało, pró­bu­jąc prze­cią­gnąć czas, aż do momentu, kiedy naprawdę będę musiała zawo­łać o pomoc, ale wtedy drzwi otwie­rają się, skrzy­piąc.

- Hej! - mówię, odwra­ca­jąc głowę w stronę drzwi. - Możesz przy­nieść mi butelkę odżywki, pro­szę? - Powstrzy­muję się od oskar­ża­nia kogo­kol­wiek, kto wszedł, o zuży­cie jej do końca, ponie­waż to jest pewny spo­sób, żeby nie dostać tego, czego chcę. Lily, odkąd skoń­czyła trzy­na­ście lat, stała się szcze­gól­nie zło­śliwa i roz­ko­szo­wa­łaby się tym, że mam splą­tane, matowe włosy, gdy­bym ją wku­rzyła.

Kto­kol­wiek wszedł, nie odpo­wiada na moje pyta­nie. Wszystko, co sły­szę, to sfa­ty­go­wany wen­ty­la­tor i woda roz­pry­sku­jąca się w wan­nie pode mną.

- Eee, halo? - Dostaję gęsiej skórki, ponie­waż przy­się­gam, że sły­sza­łam otwie­ra­nie drzwi, ale teraz czuję się bar­dzo sama.

- Pro­szę. - Naj­pierw zaska­kuje mnie głos, a potem widok ręki, która zde­cy­do­wa­nie nie należy do żad­nej z moich sióstr. Trzyma odżywkę, a pod paznok­ciami ma coś czar­nego i dla­tego wiem, że to...

- Adler! - To tylko jego ręka, zabru­dzona sma­rem od pracy przy samo­cho­dach, ale czuję się, jakby wci­snął tu tysiąc oczu. Całe moje ciało robi się gorące, mimo że woda zaczyna już sty­gnąć. Pró­buję zasło­nić się z przodu, cho­ciaż wiem, że nie jest żad­nym zbo­czeń­cem, któ­rym muszę się mar­twić, tylko naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Liberty, nie­prze­strze­ga­ją­cym gra­nic. - Wynoś się!

- A gdzie "dzię­kuję"? - Macha­jąc butelką na oślep, przy­pad­kowo ude­rza nią o moje śli­skie ramię, a ta upada mi pod nogi z brzę­kiem.

- Myśla­łam, że to jedna z moich sióstr. - Zde­cy­do­wa­nie nie tak wyobra­ża­łam sobie roz­mowę z Adle­rem, którą mie­li­śmy odbyć na osob­no­ści po kata­stro­fal­nym incy­den­cie z randką w ciemno. Uni­kał mnie od swo­jej imprezy z oka­zji ukoń­cze­nia szkoły ponad dwa mie­siące temu, kiedy moja próba zaaran­żo­wa­nia zauro­czyn mię­dzy nim a naprawdę miłą dziew­czyną, Bri­gh­ton, poszła źle. Adler wcale nie doce­nił mojej pomocy, jak zro­biła to Bri­gh­ton - przy­naj­mniej do momentu, gdy Adler uprzej­mie, ale bez sensu, dał jej kosza.

- Która?

Robię minę, któ­rej na szczę­ście nie może zoba­czyć.

- Czy to ma zna­cze­nie? Wynoś się!

- Muszę umyć zęby.

- Jestem tu goła. - Nie­na­wi­dzę, jak mój głos drży przy tym sło­wie. Wydaje się zbyt intymne, by było uży­wane mię­dzy nami.

- No myślę, że jesteś; to prze­cież prysz­nic.

Sły­szę, jak odkręca wodę w umy­walce.

- Naprawdę myjesz teraz zęby?

- Cóż, nie jestem tu dla tej wspa­nia­łej roz­mowy. Mama i tata zaj­mują łazienki w naszym domu, a ja muszę iść do pracy.

Zer­kam przez szcze­linę mię­dzy ścianą a zasłoną, upew­nia­jąc się, że nie widać ani kawałka mojego ciała. To nie pierw­szy raz, kiedy Adler Alt­man przy­szedł z sąsiedz­twa, żeby sko­rzy­stać z łazienki, ugo­to­wać coś do jedze­nia czy prze­no­co­wać. Był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Liberty, odkąd prze­pro­wa­dził się tutaj latem przed ich szó­stą klasą i zazwy­czaj jego obec­ność jest w porządku - można się nawet przy­zwy­czaić do jego prze­ko­ma­rzań, jeśli sły­szy się je wystar­cza­jąco czę­sto, bo ma swoje zalety, jak nie­sa­mo­wite poczu­cie humoru i per­fek­cyj­nie upie­czone pizza rolls - ale teraz, gdy pochyla się nad umy­walką, z ustami peł­nymi kapią­cej piany z pasty do zębów, powi­nien znik­nąć. Wkłada szczo­teczkę do ust ponow­nie. Moją szczo­teczkę.

- No gościu - jęczę.

- No co? - Obraca się w moją stronę, a kosmyk jego falu­ją­cych dłu­gich do pod­bródka, brą­zo­wych wło­sów przy­kleja się do pasty wokół jego ust. Jego oczy błysz­czą w świe­tle lampy, ale nie ma w nich śladu śmie­chu, niczego z typo­wej dla niego otwar­to­ści czy cie­pła. Zwy­kle jest tak pogodną osobą, że musi to wyma­gać dużego wysiłku z jego strony, żeby ostat­nio mnie ole­wać; ani razu nawet przy­pad­kiem nie przy­wi­tał mnie swoim ulu­bio­nym "Lay-hey, Lahey". A to jego ulu­biony spo­sób, żeby wywo­łać u mnie prze­wra­ca­nie oczami.

Owi­jam zasłonę prysz­ni­cową cia­sno wokół ciała, zanim orien­tuję się, że to tylko spra­wia, że jest bar­dziej prze­świ­tu­jąca. Moja twarz jest już naprawdę czer­wona. Gdy­bym się pod­ko­chi­wała w Adle­rze lub cho­ciaż tro­chę by mi się podo­bał, ten incy­dent mógłby zna­czyć dla mnie wszystko. Odtwa­rza­ła­bym go w gło­wie w nocy, zasta­na­wia­jąc się, co on myślał o mnie w danej chwili. Czy wyglą­da­łam jak zmo­kła kura, czy może spły­wa­jąca po mojej twa­rzy woda wyglą­dała dla niego atrak­cyj­nie?

Ale nie ma to zna­cze­nia, bo nic do niego nie czuję, a on też zde­cy­do­wa­nie nie czuje nic do mnie. Jestem tro­chę ura­żona, że ni­gdy nie byłam dla niego nawet małym obiek­tem pożą­da­nia. Jestem tylko jedną z młod­szych sióstr Liberty, która wtrą­ciła się w nie­swoje sprawy i wku­rzyła go.

Liberty krzy­czy gdzieś zza drzwi, że musimy jesz­cze przed brun­chem ode­brać Sophie, a ja mar­nuję czas na wykłó­ca­nie się z Adle­rem. Wyobraź­cie sobie, ja zacze­piam jego.

Woda kapie mi do otwar­tych ust, gdy pró­buję zna­leźć słowa.

- To moja szczo­teczka do zębów. - W jego ustach.

- Berty powie­działa, że nie będziesz mieć nic prze­ciwko - mówi, nie wycią­ga­jąc szczo­teczki z ust. Z zapa­łem wraca do mycia zębów.

- Czy nie masz zlewu w kuchni i wła­snej szczo­teczki, któ­rej mogłeś użyć?

- Mam, ale szczo­teczka jest za zamknię­tymi drzwiami. - Wyko­nuje gest, jakby mówił: Więc teraz jestem tutaj.

Prze­wra­cam oczami, pod­no­sząc butelkę odżywki i nakła­da­jąc jej za dużo na włosy. To dla mnie ogromny wysi­łek stać tutaj, wycią­gnięta i nie­osło­nięta - nawet za zasłoną prysz­ni­cową - z nim tak bli­sko. Chcę się zwi­nąć w sobie i znik­nąć.

- Tylko wyrzuć ją, kiedy skoń­czysz. Nie wiem, gdzie były twoje usta.

- I lepiej, żebyś nie wie­działa - odpo­wiada bez chwili zawa­ha­nia.

- Pro­szę, idź stąd.

Sły­szę jak spluwa, po czym opłu­kuje wodą umy­walkę.

- Twoje życze­nie jest dla mnie roz­ka­zem - mówi bez cie­nia sar­ka­zmu, o któ­rym wiem, że czai się w jego sło­wach.

- Skoro speł­niasz życze­nia, czy mógł­byś przy­nieść mi nową szczo­teczkę do zębów i ni­gdy wię­cej nie prze­ry­wać mi w łazience?

- A co prze­rwa­łem?

- DO WIDZE­NIA - mówię dobit­nie, prze­cze­su­jąc pal­cami włosy. Powta­rzam sobie, że muszę szybko brać prysz­nic, bo ina­czej Liberty dosłow­nie wycią­gnie mnie stąd, gotową czy nie, a wola­ła­bym być gotowa. Nie uzna wej­ścia Adlera chcą­cego umyć zęby za dobrą wymówkę do spóź­nie­nia.

- Liberty powie­działa, że masz się pośpie­szyć. To ci może pomóc - mówi.

Spłu­kuje toa­letę bez ostrze­że­nia, a woda pod prysz­ni­cem staje się lodo­wato zimna.

- Co do cho­lery, Adler!

Drzwi trza­skają gło­śno, gdy szybko wycho­dzi. Tęsk­nię za dniami, zanim ogło­sił mnie wro­giem publicz­nym numer jeden - nie, tęsk­nię za dniami, zanim w ogóle się tu prze­pro­wa­dził. Nasza stara sąsiadka, pani Win­th­rop, była taka miła i trzy­mała się na ubo­czu, poza przy­no­sze­niem kwia­tów ze swo­jego ogrodu i pro­sze­niem mojego taty o odśnie­że­nie pod­jazdu zimą.

Koń­czę prysz­nic i na pal­cach wycho­dzę z łazienki, bla­do­ró­żowy ręcz­nik przy­lega do mojego ciała.

- Adler wyszedł - mówi Lily ze swo­jego pokoju mono­ton­nym gło­sem.

Z kory­ta­rza widzę ją na łóżku, z twa­rzą bez wyrazu skie­ro­waną w stronę sufitu. Miała wzloty i upadki, odkąd jeden z jej naj­lep­szych przy­ja­ciół, Rohan, wypro­wa­dził się do Mis­so­uri w zeszłym mie­siącu. Dużo roz­pa­cza­nia, dużo śmie­chu aż do łez. Naprawdę prze­cho­dzi przez trudny okres.

- Co się stało? - Odwa­żam się zapy­tać.

- Życie jest bez sensu.

- Jezu.

Wska­zuje pal­cem w stronę okna.

- Kote­usz XIV umarł, a razem z nim moje marze­nia.

Patrzę na ostat­nią mar­twą roślinę w dłu­giej linii zmar­łych roślin na para­pe­cie - brą­zową, wyschniętą i smutną. Spo­czy­waj w pokoju.

Od czasu wyjazdu Rohana, Lily pró­buje prze­ko­nać rodzi­ców, by pozwo­lili jej adop­to­wać kota, któ­rego nazwie Kote­usz (w skró­cie Kot); to był jakiś żart mię­dzy nimi a innym naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Lily. Nasi rodzice powie­dzieli, że musi naj­pierw poka­zać, że potrafi się czymś opie­ko­wać - zawsze byli prze­ciwni posia­da­niu zwie­rząt, praw­do­po­dob­nie dla­tego, że posia­da­nie trzech córek jest wystar­cza­jąco kosz­towne i kło­po­tliwe. Prze­nie­śmy się czter­na­ście mar­twych roślin póź­niej. Tak lepiej (dla kota).

- Prze­la­łaś go czy prze­su­szy­łaś? - pytam, przy­glą­da­jąc się rośli­nie. Były­śmy obie dość zasko­czone, kiedy dowie­dzia­ły­śmy się, że obie te rze­czy mogą skut­ko­wać natych­mia­stową i dra­ma­tyczną śmier­cią roślin.

- Nie wiem. Może miała za dużo słońca. - Siada i odwraca się w moją stronę. - To też moż­liwe.

- Tak.

- Nie jest to pro­blem, z któ­rym musia­ła­bym się zma­gać, gdy­bym miała kota. Szcze­rze mówiąc, hodo­wa­nie roślin jest o wiele trud­niej­sze.

- No nie wiem. Myślę, że mar­twe rośliny można przy­wró­cić do życia, czego nie można powie­dzieć o kotach.

Unosi brew w spo­sób prze­ra­ża­jąco podobny do Liberty.

- Mają dzie­więć żyć. Oczy­wi­ście, że można - mówi rado­snym, sar­ka­stycz­nym tonem.

- Chodźmy! - woła Liberty z dołu.

Moja młod­sza sio­stra wzdy­cha i ześli­zguje się z łóżka, dosłow­nie.

- Brunch? W takim momen­cie?

Popy­cham ją w kie­runku scho­dów, sta­ra­jąc się nie śmiać z jej udręki, a potem wbie­gam do mojego i Liberty pokoju, kiedy Liberty dosłow­nie zaczyna odli­czać od sześć­dzie­się­ciu. Będę musiała iść z mokrymi wło­sami, czym narażę się na zło­śliwe uwagi ze strony Sum­mer, ale nie mam wyj­ścia, jeśli chcę ponow­nie nało­żyć maki­jaż. Mokre włosy same wyschną, więc to pro­blem, który roz­wią­zuje się sam. Nie­stety, nie można tego samego powie­dzieć o nie­uma­lo­wa­nej twa­rzy. Dłuż­sze cze­ka­nie nie sprawi, że stanę się bar­dziej atrak­cyjna.

Jako że moja ulu­biona sukienka odpada, prze­glą­dam szafę w poszu­ki­wa­niu cze­goś, co będzie "wygodne, prze­wiewne, ukry­wa­jące fakt, że nie chcę tu być". Mimo że mamy podobne nosy i blond włosy, nie mam takiej samej szczu­płej syl­wetki jak Liberty i Lily, więc muszę bar­dziej roz­waż­nie dobie­rać swoje stroje. Muszę uni­kać ubrań, które są zbyt przy­le­ga­jące pod­czas sie­dze­nia, bo widać byłoby moje fałdki, co wyklu­cza więk­szość moich ulu­bio­nych koszu­lek i dżin­so­wych szor­tów. Choć sukienki czę­sto powo­dują obtar­cia na udach, będę sie­działa przez więk­szość czasu pod­czas posiłku. Tak więc, znowu sukienka. Ale nie w paski. Nic czar­nego, bo to nie jest letni kolor. Mam piękną zie­loną sukienkę w kształ­cie litery A, ale jest wyko­nana z wszyst­kiego, tylko nie z bawełny, i spra­wia, że pocę się na sam jej widok. Prze­glą­dam sukienkę za sukienką, aż nagle moja strona szafy prze­cho­dzi w stronę Liberty, pełną T-shir­tów, tank topów i crop topów - natu­ralną selek­cję jej ubrań, które zuży­wają się z bie­giem lat.

Liberty zaczyna wbie­gać po scho­dach, żeby mnie wyko­pać i wpa­ko­wać nie­przy­tomną do samo­chodu, więc chwy­tam zwiewną nie­bie­ską sukienkę i wkła­dam ją na sie­bie. Kiedy popra­wiam rękawki, ona zagląda do naszego pokoju przez uchy­lone drzwi.

- Ofi­cjal­nie jeste­śmy spóź­nione. Mam nadzieję, że jesteś zado­wo­lona. Teraz możemy zro­bić wiel­kie, dra­ma­tyczne wej­ście, jak pew­nie chcia­łaś. - Pro­mie­nie słońca błysz­czą na jej kol­czyku w nosie, a jego migo­ta­nie wydaje się także pro­tek­cjo­nalne.

- Tylko dla­tego, że nie lubię Sum­mer, nie zna­czy, że chcę odwró­cić od niej uwagę.

Choć ni­gdy nie miała pro­blemu, żeby robić to samo wobec mnie - w ostatni dzień szkoły cho­dziła za mną, prze­ry­wa­jąc za każ­dym razem, gdy pro­si­łam kogoś o pod­pi­sa­nie mojej kla­so­wej książki pamiąt­ko­wej, żeby udo­wod­nić, że jest dla tej osoby waż­niej­sza czy coś w tym stylu. Mam chyba pięć­dzie­siąt nie­do­koń­czo­nych HAGS2, więc, po pro­stu... HA HA HA wszę­dzie w moim rocz­niku z trze­ciej klasy.

Liberty zaczyna się śmiać, po czym szorstko prze­rywa.

- Jasne.

Chwyta mnie za nad­gar­stek i wyciąga z pokoju, nawet nie zwal­nia­jąc, kiedy poty­kam się o parę jej kor­ków. Przez ostatni mie­siąc trzy razy w tygo­dniu pro­si­łam, żeby je scho­wała.

Szcze­rze mówiąc, po pro­stu ni­gdy nie doga­dy­wa­łam się z moją kuzynką - i to nie dla­tego, że nie pró­bo­wa­łam! Kie­dy­kol­wiek usi­ło­wa­łam się z nią zaprzy­jaź­nić, tak jak chcia­łyby nasze matki, ona odpy­chała mnie lub mówiła coś absur­dal­nie nie­grzecz­nego, co trudno mi zapo­mnieć i wyba­czyć. Sum­mer zawsze jest kry­tyczna, okrutna i wyra­cho­wana. Jakby mię­dzy nami ist­niała jakaś rywa­li­za­cja, którą despe­racko chce wygrać, a któ­rej zasad po pro­stu nie znam. Więc za każ­dym razem, gdy ją widzę, wcho­dzę do gry.

Z tyłu samo­chodu Lily wychyla się przez otwarte okno.

- Mama i tata chcą wie­dzieć, gdzie jeste­śmy.

- Powie­dzia­łaś im? - pyta Liberty, zamy­ka­jąc za nami drzwi. Idę wzdłuż pod­jazdu, a ona szybko mnie doga­nia, poru­sza­jąc nogami w tym samym ener­gicz­nym tem­pie, w jakim robi wszystko inne.

- Chcesz, żebym powie­działa im, że na­dal jeste­śmy w domu? Mama by się wku­rzyła.

- Nie, pew­nie wypiła już przy­naj­mniej jedną mimosę. Myślę, że możemy jej powie­dzieć prawdę. - Lily zaczyna mru­czeć pod nosem, pisząc odpo­wiedź do naszych rodzi­ców. - Lahey... opóź­niła nas... Dla­tego... powin­ni­ście... jeź­dzić osobno.

- Śmieszne - mówię, pró­bu­jąc otwo­rzyć drzwi od strony pasa­żera, ale są zablo­ko­wane.

Liberty stoi po dru­giej stro­nie, tuż przy drzwiach kie­rowcy.

- Sophia jedzie z przodu, oczy­wi­ście.

Krzy­wię się, ale prze­su­wam się o jedne drzwi i zmu­szam Lily, żeby się prze­su­nęła. Liberty szar­pie za swoje drzwi i siada, a w samo­cho­dzie roz­lega się ciche pla­śnię­cie. Jej ciało napina się, a ja sie­dzę, rów­nie zasko­czona, przy­po­mi­na­jąc sobie, że nie powie­dzia­łam jej o mokrym sie­dze­niu.

Powinna mi podzię­ko­wać, szcze­rze mówiąc. Jej ogrod­niczki nie paso­wały do butów.

Lily znów zaczyna na głos pisać SMS-y.

- Będziemy... jesz­cze... póź­niej.

Trzy

To nie tak, że odkła­dam wej­ście do Feather na cze­ko­la­dowe nale­śniki z dodat­kiem pasywno-agre­syw­nych komen­ta­rzy; po pro­stu zauwa­ży­łam kogoś na zewnątrz restau­ra­cji, kto despe­racko potrze­buje mojej pomocy i dla­tego nie mogę jesz­cze wejść. To mój obo­wią­zek i zaszczyt poma­gać, kiedy tylko jest to moż­liwe.

Liberty i Sophia wcho­dzą do środka, trzy­ma­jąc się za ręce, by dołą­czyć do mojej rodziny, a Lily nie­chęt­nie wle­cze się za nimi z nosem kilka cen­ty­me­trów od ekranu tele­fonu, ale ja zatrzy­muję się przy wej­ściu, gdzie dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nia dziew­czyna pró­buje dys­kret­nie zro­bić sobie sel­fie przed naj­now­szą insta­la­cją arty­styczną mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki Poppy. Pokryty kwia­tami i mchem meta­lowy męż­czy­zna trzyma dwa karm­niki dla pta­ków, jak latar­nie odpę­dza­jące ciem­ność. Rodzice Poppy, wła­ści­ciele Feather, poda­ro­wali jej tę prze­strzeń na świe­żym powie­trzu, by mogła pre­zen­to­wać swą sztukę, ale na­dal nie­chęt­nie pozwa­lają, by jej prace były eks­po­no­wane wewnątrz lokalu. Jej dzieła nie zawsze są tak przy­jemne czy zro­zu­miałe, a oni, wyłącz­nie ze wzglę­dów este­tycz­nych, nie chcą tra­cić klien­tów. Myślę, że na­dal prze­śla­duje ich wspo­mnie­nie, kiedy to Poppy zgło­siła poma­lo­wany słoik pełen ziemi i roba­ków na zali­cze­nie z mixme­diów w szkole.

- Chcesz, żebym zro­biła ci zdję­cie? - pytam dziew­czynę.

- Yyy nie, ja tylko... - Wzru­sza ramio­nami, a jej pie­go­wate policzki eks­plo­dują czer­wie­nią.

- To naprawdę fajna rzeźba. - Pod­cho­dzę bli­żej i wycią­gam rękę. - Stwo­rzyła ją moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, więc zro­bi­łam tu mnó­stwo zdjęć.

Może jestem w mniej­szo­ści, ale uwiel­biam, kiedy ktoś mnie prosi, żebym zro­biła mu zdję­cie - tak bar­dzo, że sama pytam czę­ściej, niż ludzie pro­szą mnie. To takie eks­cy­tu­jące uczu­cie widzieć radość na ich twa­rzach, gdy zdają sobie sprawę, że dostali dokład­nie takie zdję­cie, jakie chcieli, kiedy otwo­rzyli apli­ka­cję apa­ratu. Nie zli­czę, ile razy pró­bo­wa­łam namó­wić Liberty lub Lily, żeby zro­biły mi fotkę w jakimś miej­scu, a koń­czyło się na nie­uda­nym, nie­sy­me­trycz­nym zdję­ciu - i to nie w arty­styczny spo­sób. Nawet mój urok nie jest w sta­nie tego ura­to­wać. Kie­dyś żar­to­wa­łam, że potrze­buję Insta­gra­mo­wego Chło­paka, żeby robił mi sesje zdję­ciowe, ale potem prze­ro­dziło się to w grę, którą moje sio­stry pod­chwy­ciły prze­ciwko mnie: pro­sze­nie przy­pad­ko­wych face­tów, żeby robili nam zdję­cia, jako casting na Insta­gra­mo­wego Chło­paka Lahey. Mogłyby to być świetne zauro­czyny, ale nie­prze­wi­dy­walne czyn­niki (czy­taj: moje sio­stry i ich twa­rze) spra­wiały, że z pew­no­ścią pozo­sta­ła­bym sin­gielką.

Podaje mi swój tele­fon.

- Dzięki - mówi, zakła­da­jąc długi kosmyk brą­zo­wych wło­sów za ucho. - Ja, cóż, mój chło­pak wła­śnie ze mną zerwał, raczej były chło­pak, i chcę żeby wyglą­dało, jak­bym się dobrze bawiła. - Wska­zuje bez prze­ko­na­nia na rzeźbę, a ja zauwa­żam cie­nie pod jej oczami. - Może to jest żało­sne.

- Wcale nie. Sły­sza­łam, że naj­lep­szą zemstą jest żyć dalej, a - spo­glą­dam na nią i rzeźbę przez ekran tele­fonu - ten przy­stoj­niak na pewno sprawi, że twój były będzie żało­wał, co stra­cił. Może pochyl się do tego faceta, jak­byś szep­tała mu na ucho? I prze­rzuć tro­chę wło­sów na ramię.

Przy­ku­cam, mimo sukienki, i robię kilka zdjęć od dołu. To nie jest kąt dla każ­dego, ale dla tej dziew­czyny jest ide­alny. Udało mi się nawet uchwy­cić tro­chę sło­necz­nego bla­sku w rogu, co spra­wia, że zdję­cie wydaje się bar­dzo let­nie i w stylu high fashion. Pomaga to, że ona jest piękna sama w sobie, ale wiem, że ja też dodaję tym zdję­ciom bla­sku. Nie chcę nawet myśleć, jak wyglą­da­łyby one w rękach kogoś mniej doświad­czo­nego.

- Tak, jest świet­nie. Spójrz w tamtą stronę i uśmiech­nij się.

Wybu­cha śmie­chem, a ja strze­lam kilka fotek.

- Robisz to pro­fe­sjo­nal­nie, czy coś? - pyta.

- Po pro­stu wie­rzę w silną widocz­ność w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Tak świat postrzega ludzi w dzi­siej­szych cza­sach. - Oddaję jej tele­fon. - Powo­dze­nia.

Ona przy­ci­ska tele­fon do piersi z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Dzięki.

Kiedy wcho­dzi do restau­ra­cji, nie mam już powodu, by nie pójść za nią.

Omi­jam hostessę i kie­ruję się pro­sto do sto­lika w rogu, z dobrym natu­ral­nym oświe­tle­niem, przy któ­rym rzą­dzi moja rodzina. Sta­ram się podejść dys­kret­nie, ale cio­cia Madi­son pisz­czy, jakby była na kon­cer­cie Harry'ego Sty­lesa, a ten oblał ją wodą. Tak też się zacho­wuje. Jeśli ktoś myśli, że to ja jestem naj­bar­dziej melo­dra­ma­tyczną osobą w naszej rodzi­nie, to zna­czy, że nie poznał mojej cioci.

Gwał­tow­nie wstaje z krze­sła, a luzem wsy­pane drobne brzę­czą w jej saszetce w kolo­rze fio­le­to­wo­ró­żo­wym. Kil­ka­krot­nie mówi­łam jej, że taką saszetkę należy nosić jak torbę na ramię, ale twier­dzi, że jej piersi są za duże. Nie kła­mie; mamy tak podobne syl­wetki, że wiele osób myśli, iż jest moją matką.

- Chodź tu, Lahey, tak bar­dzo za tobą tęsk­ni­łam.

Przy­tula mnie mocno, a ja z tru­dem wydu­szam:

- Widzia­łam cię w zeszłym tygo­dniu.

- To było dawno temu. - Odsuwa się na tyle, by spoj­rzeć na mój strój. - Jesteś pięk­nie ubrana.

- Szkoda, że nie mogłaś zoba­czyć sukienki, którą pier­wot­nie chcia­łam wło­żyć.

- Już to miała na sobie, mamo - odzywa się z pre­ten­sją głos Sum­mer gdzieś zza cioci Madi­son. - Spo­koj­nie.

Cio­cia Madi­son spo­gląda przez ramię.

- Cóż, dobrze jej w tym. - Odwraca się z powro­tem do mnie i pusz­cza oczko. - Dołącz do stołu, kocha­nie.

Wsu­wam się na jedno z dwóch wol­nych miejsc mię­dzy Lily a moją mamą. Jest dokład­nie naprze­ciwko skwa­szo­nej sole­ni­zantki.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego - mówię bez entu­zja­zmu.

- Dzięki - odpo­wiada, uno­sząc brew w kie­runku swo­jej mamy. - Mówi­łam ci, że Lahey nikogo nie przy­pro­wa­dzi. Nie potrze­bo­wa­li­śmy dodat­ko­wego krze­sła.

Minęła jedna minuta, a ja już jestem obiek­tem jej zło­śli­wo­ści.

- To miej­sce nie jest dla two­jego chło­paka? - pytam.

- Pra­cuje.

- Jaka wygodna wymówka, żeby od cie­bie uciec - mru­czę, roz­pa­ko­wu­jąc sztućce i kła­dąc mate­ria­łową ser­wetkę na kola­nach.

Moja mama śmieje się, prze­ry­wa­jąc napię­cie, które nara­stało w cen­trum stołu, a potem pochyla się, żeby prze­rzu­cić swoją ogromną torebkę - pełną wszyst­kiego, co może się przy­dać w sytu­acjach awa­ryj­nych, które ni­gdy się nie zda­rzają - na wolne krze­sło.

- Możemy je wyko­rzy­stać do zrzu­ce­nia tore­bek. Bez obaw. - Zabiera moją torebkę z opar­cia krze­sła i kła­dzie ją obok swo­jej, jakby chciała pod­kre­ślić potrzebę dodat­ko­wego krze­sła.

- Twoja mama zamó­wiła ci gofry - rzuca Sum­mer sztywno.

Brzmi to jak obe­lga, i w pew­nym sen­sie nią jest. Moja mama wie, że nie­na­wi­dzę gofrów.

- Mamo - jęczę. - Nale­śniki.

Moja mama odsta­wia mimosę i prze­łyka.

- Może gdy­byś przy­szła na czas, nie musia­ła­bym impro­wi­zo­wać.

- To nie jest impro­wi­za­cja. Jedyne co zawsze zama­wiam to nale­śniki. - To jest naj­lep­szym śnia­da­niem, a ja jestem wyczer­pana, cią­gle musząc to udo­wad­niać. - Gofry dra­pią mnie w pod­nie­bie­nie.

- Myśla­łam, że nie­na­wi­dzisz nale­śni­ków - mówi. - Są gli­nia­ste.

- To Liberty. - Dobrze wie­dzieć, że pamięta jej dzi­wac­twa.

- Cóż, coś jed­nak udało mi się zro­bić dobrze: upew­ni­łam się, że są bez dodat­ków, wszystko osobno. - Wydaje się być bar­dzo dumna z sie­bie.

- To Lily. - Moja młod­sza sio­stra uważa, że wszyst­kie potrawy powinny być poda­wane na początku bez dodat­ków, żeby można je było dopra­wić według wła­snych upodo­bań. Nie ufa nikomu, nawet świa­to­wej klasy sze­fowi kuchni, w kwe­stii tego, jak jej posi­łek powi­nien sma­ko­wać.

Kie­dyś może mama będzie w sta­nie zapa­mię­tać nasze dzi­wac­twa. Nie dość, że uparła się mieć trzy córki i nadała nam wszyst­kim dziwne imiona zaczy­na­jące się na L, a teraz jesz­cze nie pamięta, która z nas jest naj­więk­szą fanką nale­śni­ków na świe­cie? Trudno tego nie zapa­mię­tać.

Mój tata wtrąca się ze śmie­chem.

- Przy­naj­mniej mamy zna­jo­mo­ści w kuchni. Spraw­dzę, czy mogą zmie­nić zamó­wie­nie.

Wstaje z krze­sła i idzie na zaple­cze, naj­praw­do­po­dob­niej pró­bu­jąc unik­nąć mojego gniewu. Patrzę na niego z tęsk­notą, nie będąc pewna, czy potra­fię to ukryć. Wola­ła­bym spę­dzić pora­nek, zmy­wa­jąc garnki i patel­nie za darmo razem z Poppy, niż sie­dzieć tutaj, czu­jąc się samotna zarówno men­tal­nie, jak i emo­cjo­nal­nie.

Ponow­nie milknę, przy­pa­tru­jąc się Sum­mer, pod­czas gdy wszy­scy - oprócz Lily, która czyta arty­kuł o pie­lę­gna­cji roślin na swoim tele­fo­nie - roz­ma­wiają w małych grup­kach. Blon­d­włosy Sum­mer zawsze były o odcień jaśniej­sze niż moje - pla­ty­nowe, pod­czas gdy reszta z nas ma mio­do­wo­blond włosy - i dzi­siaj nie­mal świecą w słońcu. Już wcze­śniej narze­kała, że nie lubi się wyróż­niać, ale wiem, że tak naprawdę cie­szy się z bycia inną. Gdyby jej to aż tak prze­szka­dzało, dawno by je sobie prze­far­bo­wała. Jej mama jest fry­zjerką.

Sum­mer sku­bie paste­lo­wo­ró­żowy lakier do paznokci na pra­wej ręce, kiwa­jąc głową w odpo­wie­dzi na jakieś pyta­nie, które zadała jej Sophia. Jed­nak daleko jej do non­sza­lan­cji. Jej kipiąca ener­gia jest bli­ska wybu­chu i ude­rze­nia mnie w twarz. Czeka na coś. Na co, nie wiem, ale przy­go­to­wuję się na ewen­tu­alną kon­fron­ta­cję.

Mój tata wraca i zaj­muje swoje miej­sce po dru­giej stro­nie mamy.

- Śmieszne, że już wie­dzieli, że zamó­wie­nie na gofry jest błędne. Chyba Poppy coś powie­działa.

Uśmie­cham się. Moja mama może i nie dopil­no­wała zamó­wie­nia, ale Poppy ni­gdy mnie nie zawo­dzi.

- Jak już wszy­scy tu jeste­śmy, chcia­ła­bym wam wrę­czyć ofi­cjalne zapro­sze­nia na moją imprezę w sobotę. - Sum­mer wyciąga z torby stos kopert dokład­nie w tym samym kolo­rze co jej lakier do paznokci. Nie wiem, ile pracy czy pie­nię­dzy kosz­tuje dopa­so­wa­nie koloru lakieru do kopert, ale dla mnie to tro­chę prze­sada.

Wstrzy­muję się od jęku, bo moja mama, nawet publicz­nie, nie waha­łaby się dać mi po łbie za coś takiego.

- Upie­rała się, żeby to zro­bić oso­bi­ście. - Cio­cia Madi­son mówi to do moich rodzi­ców, ale odpo­wiada Sum­mer.

- To moje słod­kie szes­na­ste uro­dziny. To ważne. - Sum­mer odwraca głowę w moim kie­runku. - Przy­po­mnij mi, Lahey, co ty zro­bi­łaś na swoje?

Powstrzy­muję się od mojej pierw­szej odpo­wie­dzi - która brzmia­łaby: Powin­naś już to wie­dzieć, skoro tak fascy­nuje cię moja osoba - i uśmie­cham się.

- Spę­dzi­łam całą noc z moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Ide­alne uro­dziny.

- Nie było imprezy? To smutne - mówi Sum­mer z uda­waną tro­ską. Nikt nie zwraca jej za to uwagi, ani na fakt, że to wcale nie jest smutne, co nie? To był mój wybór, jak świę­to­wać.

- Ale tak, chcia­łam zro­bić coś dużego i świę­to­wać. Mój tata nale­gał.

Kel­nerka i Poppy przy­no­szą nasze zamó­wie­nia. Patrzę na przy­ja­ciółkę sze­roko otwar­tymi oczami i bez­gło­śnie mówię: Pomóż mi. Nachyla się nad moim ramie­niem, gdy sta­wia przede mną ide­al­nie cze­ko­la­dowe nale­śniki i szep­cze:

- Chcesz, żebym wylała na nią jej owsiankę?

Kto zama­wia owsiankę na brunch? W swoje uro­dziny? Psy­cho­paci, oto kto.

- To byłoby zbyt oczy­wi­ste, ale dzięki.

- Szkoda, że Feather nie mogło zająć się cate­rin­giem na przy­ję­cie Sum­mer - cio­cia Madi­son zwraca się do Poppy, gdy ta kła­dzie przed nią miseczkę owo­ców. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka sztyw­nieje, gdy zwraca się na nią uwagę. - Ale cie­szę się, że udało się wam zor­ga­ni­zo­wać tę zbiórkę pie­nię­dzy.

- Dzięki. Jeste­śmy naprawdę pod­eks­cy­to­wani. - Wysoki ton głosu zdra­dza jej dys­kom­fort, jak zawsze, przy­naj­mniej dla mnie. Reszta mojej rodziny kon­ty­nu­uje roz­mowę, wszy­scy zapa­trzeni na Poppy, mimo że wyraź­nie kur­czy się pod ich spoj­rze­niami.

- Jesteś wię­cej niż mile widziana na mojej impre­zie, jeśli uda ci się wymknąć - mówi Sum­mer. Naj­gor­sze w tym zapro­sze­niu jest to, że jest tak szczere; Sum­mer, jak wszy­scy na świe­cie, uwiel­bia Poppy. Gdy Sum­mer odwraca się z powro­tem do stołu, wymu­szony uśmiech Poppy znika. - Sły­sza­łaś, mamo? Zbiórka pie­nię­dzy odbę­dzie się też w Hil­to­nie.

Cio­cia Madi­son wydaje impo­nu­jącą kom­bi­na­cję jęku i zawo­dze­nia.

- Co za zbieg oko­licz­no­ści! Będziesz dosłow­nie tuż obok! Musisz się na chwilę wymknąć pod­czas prze­rwy.

Feather, a więc i rodzice Poppy, nie­dawno dostą­pili zaszczytu obsłu­gi­wa­nia pierw­szej ofi­cjal­nej zbiórki pie­nię­dzy na kam­pa­nię Juanity González, która star­tuje do Senatu. Mama Poppy, ta miła, drobna Wiet­namka, kilka lat temu została oby­wa­telką USA i od tego czasu stała się zago­rzałą fanką poli­tyki. Wszystko byłoby świet­nie, gdyby nie fakt, że teraz ocze­kuje, że Poppy zosta­nie pierw­szą w histo­rii ame­ry­kań­ską pre­zy­dentką wiet­nam­skiego pocho­dze­nia.

- Śmiało - mówi Sum­mer, gdy zostaje tylko rodzina. - Otwórz­cie swoje zapro­sze­nia.

Ledwo udaje mi się nie prze­wró­cić oczami, pod­no­sząc kopertę. Drogi papier jest na tyle gruby, a jed­no­cze­śnie na tyle ostry, że mógłby prze­ciąć wszyst­kie trzy moje ogromne nale­śniki.

Moi rodzice oraz Liberty i Sophia dostali wspólne zapro­sze­nia, ale Lily i ja dosta­jemy swoje wła­sne. Prze­ła­muję złotą pie­częć wosku na koper­cie i wycią­gam zapro­sze­nie, aby uda­wać, że je czy­tam, dopóki roz­mowa nie zej­dzie na inny temat.

- Ej, co ozna­cza "plus jeden"? - pyta Lily, wkła­da­jąc swoje zapro­sze­nie z powro­tem do koperty. Lily od zawsze zacho­wuje wszel­kie kartki. Lubi zacho­wy­wać różne rze­czy, o ile nie są to rośliny.

- To zna­czy, że możesz przyjść z zapro­szoną przez sie­bie osobą. Nie­któ­rzy zapra­szają kogoś na randkę, ale możesz zabrać przy­ja­ciela, jeśli chcesz - oznaj­mia Sum­mer, pijąc świeżo wyci­śnięty sok poma­rań­czowy. Oczy­wi­ście Sum­mer dała każ­demu moż­li­wość zapro­sze­nia dodat­ko­wej osoby. Chce wię­cej pre­zen­tów, wię­cej uwagi i wię­cej ludzi, żeby mogła mi wytknąć, że swoje szes­na­ste uro­dziny spę­dza­łam tylko z jedną osobą.

- Zało­ży­łam, że Liberty zabie­rze cie­bie, Sophio, więc mam nadzieję, że nie masz nic prze­ciwko, że nie mam dla cie­bie zapro­sze­nia... - Oczy­wi­ście Sum­mer nie chcia­łaby ura­zić nikogo oprócz mnie.

- Oczy­wi­ście. Jestem naprawdę pod­eks­cy­to­wana. - Czer­wone włosy Sophii błysz­czą w słońcu, gdy sięga po sól. - Ni­gdy wcze­śniej nie byłam na praw­dzi­wych szes­na­stych uro­dzi­nach. Sły­sza­łam tylko opo­wie­ści.

- Tak, ja chyba też nie - mówi Liberty. - Naj­dzik­sza impreza, na jakiej byłam, to bar micwa Adlera. Byli nawet żon­gle­rzy ogniem.

- Jak się żon­gluje ogniem? - pyta Sophia, zatrzy­mu­jąc kawa­łek nasiąk­nię­tego tostu fran­cu­skiego tuż przed ustami.

- Może zoba­czy­cie na mojej impre­zie - wtrąca Sum­mer, zło­śli­wie się uśmie­cha­jąc.

Zer­kam na swoje zapro­sze­nie, serce mi bije szyb­ciej na myśl o zapro­sze­niu kogoś na randkę, ale ni­gdzie nie widzę wzmianki o "plus jeden" wśród zło­tego, błysz­czą­cego pisma.

Pod­no­szę oku­lary na nos i nachy­lam się do Lily, obni­ża­jąc głos, gdy pytam:

- Gdzie zoba­czy­łaś to "plus jeden"?

Lily na pewno tego nie wymy­śliła, bo Sum­mer już by to spro­sto­wała. Nie­po­żą­dani na jej impre­zie? Nie ma mowy.

- Tu. - Lily wska­zuje miej­sce na moim zapro­sze­niu, ale jest puste. Chowa palec z powro­tem. - Dziwne.

Wyciąga swoje zapro­sze­nie i porów­nuje je z moim. Tam jest, ele­ganc­kim dru­kiem: +1. Ale nie ma tego na moim. To musi być błąd.

Patrzę w górę znad dwóch zapro­szeń i widzę, że Sum­mer uśmie­cha się do mnie z taką zło­śli­wo­ścią, że wiem, że to pomi­nię­cie nie jest przy­pad­kiem. Oczysz­czam gar­dło i daję jej to, czego tak despe­racko pra­gnie. W końcu to jej uro­dziny.

- Nie mam "plus jeden".

Sum­mer wyciąga rękę przez stół, by dotknąć mojej; jest lodo­wata.

- Nie chcia­łam utrud­niać ci życia. Wiem, że ni­gdy nie mia­łaś chło­paka, a ponie­waż Poppy już jest zapro­szona... Kogo jesz­cze znasz?

Powoli wydy­cham powie­trze nosem, ostatni powiew chloru opusz­cza moje ciało. I to wła­śnie mnie moty­wuje - przy­po­mnie­nie, że cią­gle uma­wiam ludzi na randki. Prze­cież mogę z pew­no­ścią zna­leźć kogoś dla sie­bie. Po pro­stu ni­gdy wcze­śniej naprawdę nie pró­bo­wa­łam.

- Dla­czego myślisz, że nie chcia­ła­bym "plus jeden"?

- A kogo byś zapro­siła? - pyta ze śmie­chem. Ludzie wokół nas, któ­rzy są świad­kami naszej roz­mowy, mogliby pomy­śleć, że jest to lekka i bez­tro­ska wymiana zdań.

- Jest mnó­stwo chło­pa­ków, któ­rych mogła­bym zapro­sić - któ­rzy by się zgo­dzili - ale nie muszę się tym chwa­lić jak ty. Nie jestem tak nie­pewna sie­bie.

Sum­mer zaci­ska szczękę.

Liberty i Sophia spo­glą­dają na mnie, a potem wymie­niają mię­dzy sobą zna­czące spoj­rze­nia. Powinny być po mojej stro­nie, a przy­naj­mniej mogłyby spra­wić, żeby nie było tak oczy­wi­ste, że kła­mię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki