Mieszkanie dla Pluka
Pluk miał małą czerwoną ciężarówkę z dźwigiem. Jeździł nią po całym mieście i szukał miejsca, w którym mógłby zamieszkać. Od czasu do czasu przystawał i pytał przechodniów:
- Czy wiedzą może państwo o jakimś mieszkaniu?
A przechodnie zastanawiali się chwilę i odpowiadali:
- Nie.
Bo wszystkie mieszkania były już zajęte.
W końcu Pluk pojechał do parku. Zostawił ciężarówkę między dwoma drzewami, a sam usiadł na ławce.
- Może tu dziś przenocuję - powiedział do siebie. - Mógłbym spać w ciężarówce pod drzewem...
I wtedy nad nim rozległ się głos:
- Wiem, gdzie mógłbyś zamieszkać.
Pluk zadarł głowę. Na gałęzi wielkiego dębu siedziała piękna, dorodna gołąbka.
- Wieżyczka Pewnego Bloku stoi pusta - dodała.
- Dziękuję - odparł Pluk i zdjął czapkę. - Gdzie jest Pewien Blok? I jak się nazywasz?
- Nazywam się Dorotka - odpowiedziała gołąbka. - A Pewien Blok jest niedaleko stąd. Widzisz tamten wysoki budynek? Na samej górze ma malutką wieżyczkę. A na tej wieżyczce jest malutki pokoik. Nikt w nim nie mieszka. Jeśli się pospieszysz, możesz go zająć. Tylko nie zwlekaj, bo inaczej ktoś może wprowadzić się przed tobą.
- Wielkie dzięki! - zawołał Pluk.
Szybko wskoczył do ciężarówki i pojechał pod blok. Zostawił auto przy chodniku, wszedł do środka przeszklonymi drzwiami i wsiadł do windy.
Bziuuum - śmignął na samą górę.
Kiedy wysiadł, znalazł się na najwyższym piętrze, na galerii, a wiatr targał mu włosy. Było tak strasznie wysoko, że Plukowi zakręciło się w głowie. Ale tam czekała już na niego gołąbka Dorotka, która wleciała na górę szybciej niż winda.
- Zaprowadzę cię - powiedziała. - Chodź za mną korytarzem. Oto drzwi do wieżyczki. Nie są zamknięte. Możesz po prostu wejść.
Pluk wszedł więc do środka. Pokój na wieży był wspaniały: idealnie okrągły, a jego okna wychodziły na wszystkie strony. Znajdował się tak wysoko, że miało się widok na całe miasto. Stały tu nawet łóżko i stolik, i szafa, była też umywalka.
- Myślisz, że mogę tu tak po prostu zostać? - spytał Pluk.
- Pewnie. Nikt tu nie mieszka. Powodzenia i do zobaczenia. Jeszcze cię kiedyś odwiedzę - obiecała gołąbka Dorotka i odleciała do parku.
Pluk był bardzo szczęśliwy, że znalazł sobie mieszkanie. Przez dobrą godzinę wyglądał z każdego okna po kolei i za każdym razem podziwiał inną część miasta. Aż w końcu zgłodniał.
- Pójdę na zakupy - postanowił. - Widziałem, że pod blokiem jest całe mnóstwo sklepów.
Znów wsiadł do windy. Ale tym razem jechał nią jeszcze ktoś - jakaś pani, która trzymała w ręce wielką puszkę spreju. Przyjrzała się uważnie Plukowi. A potem spytała:
- Czy ty tu mieszkasz?
- Tak, proszę pani - odpowiedział uprzejmie Pluk.
- A gdzie? - dopytywała pani. - W którym mieszkaniu? Pod jakim numerem?
- Mieszkam w wieżyczce.
- W pokoiku na wieży? - zdziwiła się pani. - No, no!
Znów przyjrzała się Plukowi bardzo chłodnym wzrokiem. Chłopiec bał się, że zaraz spyta: "To tak wolno?" albo: "A masz zezwolenie, żeby tam mieszkać?". Ale na szczęście winda stanęła na dole, więc nie było już czasu na pytania. Pluk szybko wysiadł i wybiegł na zewnątrz, do pasażu ze sklepami. Kupił chleb i mleko, i siatkę jabłek.
- To chyba wszystko, czego mi trzeba - stwierdził. - Chociaż nie, chciałem jeszcze kupić jakiś ładny komiks.
Pluk wszedł do niewielkiej księgarni, gdzie za ladą stał miły starszy pan. Kiedy chłopiec przeglądał komiksy, sprzedawca spytał:
- Mieszkasz u nas w bloku?
- W wieżyczce - wyjaśnił Pluk. - Właśnie się wprowadziłem.
- To szczęściarz z ciebie - stwierdził starszy pan. - Poznałeś już innych mieszkańców?
- Nie. Choć właściwie... No tak, windą jechała taka pani z puszką spreju.
- Wielkie nieba! Z puszką spreju? To musiała być pani Nabłysk. Dokąd poszła?
- Nie wiem - odparł Pluk. - Była w windzie i jechała na sam dół, tak jak ja. Wydaje mi się nawet, że zjechała jeszcze niżej. Czy to możliwe? Na przykład do piwnicy?
- Jak najbardziej możliwe! Posłuchaj, chłopczyku. Nazywam się Pen, a ty?
- A ja Pluk.
- Dobrze. Pluku, czy byłbyś tak miły i zszedłbyś do piwnicy? Pierwsze zielone drzwi w korytarzu, a potem schodami w dół.
- Co miałbym tam zrobić? - spytał Pluk.
- Widzisz, pani Nabłysk cały dzień tylko chodzi i psika tym swoim sprejem na prawo i lewo - odpowiedział pan Pen. - To sprej na muchy i komary, i ćmy, i takie inne... Już rozumiesz? A w piwnicy mieszka Zaza.
- Kim jest Zaza? - zaciekawił się Pluk.
- Karaluchem. To mój mały przyjaciel - wyjaśnił pan Pen.
- Karalu... - zdziwił się Pluk, ale pan Pen lekko go popchnął i zawołał:
- Tylko nie zwlekaj! Pospiesz się... inaczej zapsika Zazę na śmierć!
Pluk wybiegł więc z księgarenki, wpadł na korytarz, przeszedł przez zielone drzwi i popędził schodami do piwnicy, gdzie uderzyła go dusząca woń. Woń spreju.
Znalazł się w bardzo dużym pomieszczeniu, gdzie było gorąco i sucho. Stał tu piec centralnego ogrzewania, a poza tym było pusto i ciemno, i okropnie cuchnęło sprejem na owady.
Pluk zaraz otworzył okienko, po czym zaczął szukać przyjaciela pana Pena. "Karaluch... Kto by się przyjaźnił z karaluchem..." - pomyślał. I zawołał:
- Zazo!
Nikt mu nie odpowiedział. Pluk powoli, krok po kroczku przeszukał całą piwnicę. Zaglądał po kolei w każdy zakamarek. Aż wreszcie coś dostrzegł. W kącie spoczywało małe stworzonko - karaluch Zaza. Leżał na plecach z uniesionymi nóżkami. Martwy.
- Biedny Zaza! - zasmucił się Pluk.
Podniósł stworzonko i położył je przy otwartym okienku piwnicznym, a następnie wrócił do pana Pena.
- Za późno - oznajmił. - Zaza nie żyje.
Pan Pen westchnął.
- Nie żebym jakoś szczególnie przepadał za karaluchami - odparł. - Ale on był naprawdę wyjątkowy, szalenie miły i bardzo bystry. Nie żyje, powiadasz? Oczywiście wszystko przez ten sprej. Pani Nabłysk zapsika kiedyś na śmierć wszystkie żywe stworzenia w okolicy. Nic, tylko psika i psika. No chyba że akurat pucuje albo zamiata. Jest zbyt schludna, proszę ja ciebie. Zbyt porządna. Dla niej nigdy nie jest w sam raz, wiecznie musi coś polerować na błysk... Chyba dlatego tak się nazywa. Cóż, dziękuję ci za fatygę. I odwiedź mnie jeszcze kiedyś.
Pluk ruszył z zakupami w stronę windy, ale nagle przypomniał sobie, że zostawił w piwnicy siatkę z jabłkami. Szybko po nią wrócił. Kiedy już miał wychodzić, usłyszał cichutki, bardzo nieśmiały głosik:
- Zjadłbym sobie skórkę z jabłka.
Pluk obejrzał się, zaskoczony. A tam, tuż przy okienku piwnicznym, siedział sobie karaluch Zaza, który obrócił się na nóżki.
- Wcześniej zemdlałem - wyjaśnił. - Ale teraz już mi lepiej. Czy ta kobieta znów tu wróci z tym swoim straszliwym psikaczem?
- Nie wiem - odparł Pluk. - Chyba lepiej, żebyś poszedł ze mną do mojego pokoiku na wieży. Ona tam nie przyjdzie. I będziesz odtąd dostawał wszystkie obierki z moich jabłek.
Po czym ostrożnie podniósł Zazę i włożył go do siatki z jabłkami.
Kiedy Pluk wieczorem kładł się do łóżka, czuł się bardzo szczęśliwy. "Mam dom" - pomyślał. "A do tego aż dwoje przyjaciół. Nie, troje! Dorotkę i pana Pena, i Zazę".
- Wygodnie ci, Zazo? - zawołał.
Zaza leżał w pudełku po zapałkach wyłożonym watą.
- Bardzo! - odkrzyknął cieniutkim karaluszym głosem.
- To do jutra - odparł Pluk. I zasnął.
Tuptaczki
Na całym świecie nie było pokoiku piękniejszego niż pokoik Pluka na samej górze Pewnego Bloku.
Co rano po przebudzeniu Pluk wyglądał przez wszystkie okna. Widział całe miasto, niebo i chmury, i samochody jadące w dole, a kiedy mocno się wychylił, widział także swoją małą ciężarówkę z dźwigiem, zaparkowaną przy krawężniku.
Gdy chciał zjeść śniadanie, najpierw budził Zazę, który rzeczywiście był bardzo miłym i kulturalnym karaluchem. Żywił się obierkami jabłek, ale nawet obierek ledwo co skubnął, więc nie był drogi w utrzymaniu.
Po kilku dniach mieszkania w Pewnym Bloku Pluk znał już więcej sąsiadów. Zawarł znajomość z doktorem i starszą panią Trelińską, poznał także dużego rudego kota zwanego Blokocurem. Nie polubił go jednak zbytnio, bo kocisko czaiło się na ptaki, w tym na Dorotkę, która czasami przyfruwała do Pluka z wizytą.
Pewien Blok był bardzo duży i bardzo wysoki. Liczył ponad dwadzieścia pięter. Pluk czasem jeździł windą z jednego na drugie, przechadzał się galerią i przyglądał tabliczkom z nazwiskami na drzwiach, żeby sprawdzić, kto tam mieszka. Od czasu do czasu z kimś gawędził i prawie wszyscy byli dla niego mili.
Pewnego poranka Pluk zobaczył chłopczyka siedzącego na kamiennej posadzce niedaleko windy. Malec trzymał w ręce buteleczkę i płakał. Pluk przystanął i spytał, co się dzieje.
Chłopczyk podniósł zapłakaną buzię i zapytał:
- Wie pan może, gdzie ja mieszkam?
- To ty nie wiesz?
- Nie. A pan wie?
- Mów mi po imieniu, nie jestem żadnym panem - odpowiedział Pluk. - Jak się nazywasz?
- Jestem Tuptaczek - odparł chłopczyk. - Od Tuptaczków.
- Jak to? Masz na nazwisko Tuptak?
- Tak.
- Niech się zastanowię... - Pluk głęboko się zamyślił. Widział nazwisko "Tuptak" na którychś drzwiach. - Chodź ze mną. Chyba powinieneś pojechać na dwudzieste piętro. Zaprowadzę cię do domu.
Pluk wsiadł do windy razem z chłopcem i spytał:
- Chyba masz jeszcze kilku braci, prawda?
- Mam - potwierdził malec. - Jest nas sześciu. Sześciu Tuptaczków i jeden tata Tuptak. Pięciu pozostałych Tuptaczków ma odrę. A ja nie. I dlatego musiałem iść do apteki po syrop.
Chłopiec pokazał buteleczkę.
Winda zatrzymała się na dwudziestym piętrze, a na widok galerii Tuptaczek zawołał wesoło:
- Przypomniało mi się! To nasz korytarz!
- Zapamiętaj dobrze: dwudzieste piętro - powiedział Pluk. - Teraz będziesz już wiedział.
- Tu mieszkam - oznajmił maluch.
Drzwi mieszkania się otworzyły i stanął w nich pan Tuptak w fartuchu i z wielką chochlą w dłoni.
- Wreszcie wróciłeś! - zawołał.
- Zgubiłem się - odparł mały Tuptaczek.
- A ja pomogłem mu trafić - dodał Pluk.
- Wchodźcie, wchodźcie! - zawołał pan Tuptak. - Nieraz cię tu widziałem. Masz ciężarówkę z dźwigiem, zgadza się? I mieszkasz w wieżyczce na samej górze, prawda? Właśnie smażyłem frytki. Nie przejmuj się smrodkiem. Nie przejmuj się bałaganem. Wejdź do środka i zjedz z nami.
- Oj, naprawdę nie trzeba - odparł Pluk.
Ale pan Tuptak wciągnął go do mieszkania, wołając:
- Nie opowiadaj! Najpyszniejsze frytki w całym mieście! Nie przejmuj się bałaganem.
W mieszkaniu rzeczywiście panował okropny nieład. Wszędzie leżały swetry, spodnie i komiksy. Podłogę od ściany do ściany pokrywały zszyte ze sobą materace. Mięciutko się po nich chodziło, ale można było się głęboko zapaść butami. Pluk trochę się zdziwił na ten widok.
- To ze względu na hałas - wyjaśnił pan Tuptak. - Tuż pod nami mieszka pani Nabłysk. Może ją znasz?
- Widziałem ją kiedyś - odpowiedział Pluk.
- No, to ta pani Nabłysk na okrągło narzekała na hałas. Bo wszystkie Tuptaczki ciągle tuptały, rozumiesz? Więc wymyśliłem taki sposób. Najlepsze jest to, że nie potrzebujemy krzeseł: wszyscy siedzimy na podłodze. Ale śpimy na łóżkach, sam zobacz.
Pluk zerknął. Przy ścianie stało siedem łóżek piętrowych: jedno dla taty i sześć dla chłopców. A w pięciu łóżkach leżało pięciu Tuptaczków, którzy ani trochę nie wyglądali na chorych i zaraz z nich wyskoczyli. Wszyscy byli weseli, rozchełstani i mieli bujne czupryny.
- To ty jesteś Pluk? - zawołali. - Ten Pluk od ciężarówki? Pluk od karalucha? Jak się ma karaluch?
Skąd oni to wszystko wiedzieli? Pluk się zarumienił. Nie miał pojęcia, że ktoś w tym bloku już go zna. Dlatego zapytał:
- A kto wam o tym opowiedział?
- Ciężarówkę widzieliśmy sami! - zawołały Tuptaczki. - A pan Pen powiedział nam, że uratowałeś karalucha Zazę.
- Masz też takiego grubego gołębia, prawda? - pisnął najmniejszy Tuptaczek. - Dorodną gołąbkę Dorotkę?
- Dorotka nie jest moja. To wolna parkowa gołąbka. Po prostu się przyjaźnimy - wyjaśnił Pluk.
Pan Tuptak wszedł z ogromną misą pełną frytek. Wszyscy usiedli na materacach na podłodze. Zaczęli jeść frytki z sosem i keczupem. Tuptaczki rozchlapywały go na potęgę i wcale się tym nie przejmowały.
- Wielkie nieba! - wykrzyknął nagle pan Tuptak. - Jak mogliśmy być tacy głupi!
- Dlaczego? Co się stało?
- Zaprosiliśmy do nas Pluka. A teraz on też może złapać odrę... I to będzie nasza wina.
- Spokojnie, już kiedyś miałem odrę - powiedział Pluk. - Drugi raz nie zachoruję.
Kiedy zjedli frytki, pan Tuptak spytał:
- Czy poznałeś już Agatkę?
- Nie - odparł Pluk. - A kto to taki?
- Taka mała dziewczynka. Zawsze nosi czyściutką różową sukienkę.
- Aha! Ostatnio widziałem ją na galerii. Chyba jej się nudziło. Spytałem, czy się ze mną pobawi, ale nie chciała.
- Nie wolno jej... Biedactwo - powiedział pan Tuptak.
- Nie wolno jej się bawić? - zdziwił się Pluk.
- Nie wolno jej się brudzić - wyjaśnił pan Tuptak. - Agatka jest córką pani Nabłysk. I ma zakaz zabawy na dworze. Jej mama się boi, że Agatka się pobrudzi.
- Przecież to straszne! - zawołał Pluk.
- Zgadza się. I dlatego... Jeśli znów ją zobaczysz, postaraj się zabrać ją ze sobą. Niech też się trochę pobawi. Na ulicy. Albo w parku.
- Dobrze - obiecał Pluk. - A teraz muszę już iść. Dziękuję za frytki. Czy ta Agatka mieszka piętro niżej?
- Tak! - zakrzyknęły Tuptaczki. - Tutaj, tuż pod nami. A jak hałasujemy, to jej mama gotuje się ze złości.
Pluk pożegnał się i przyrzekł, że niedługo wróci. Zszedł schodami na dziewiętnaste piętro. I właśnie tam ją zobaczył. Mała Agatka wychylała się przez balustradę i patrzyła w dal. Miała bardzo różową, niesamowicie ładną i szalenie czystą sukienkę, ale też smutną minę. Pluk postanowił z nią porozmawiać. Odkaszlnął nieśmiało. Nie bardzo wiedział, jak zacząć. Nagle usłyszał łopot skrzydeł i na jego ramię sfrunęła dorodna gołąbka Dorotka.
- Chodź ze mną szybko, Pluku. Musisz pomóc. Prędko!