kościane zwitki gasnącej czerni
nierdzewne słowo
w krysztale... zaklęcia
między palcami trzema
dolnej ręki nieświadom
uśmiech z pajaca w świetle dziennym zdjęty
porzucony akwedukt
pewności
nawoływania
gest
tryglify zimnych macek inicjacji
migdały za
kołnierz trwania wrzucone
koralami z pistacji przewiązane przez rękę pierwszą
...noszone o świcie i nigdy potem
co najmniej dwie role w głowie nawiane
spostrzeżenia i kontemplacje
zapiski z żerdzi
wszystko jest zwyczajne oprócz "Sza"
tylko pamiętaj...
tylko pamiętaj, aby
trenami draperii losu nie
zdobić bezzębnej mozaiki istnienia
Bałagan. Obłędny stosunek rzeczy,
źródło wszelkiej płynności... coś przechodziło w coś nieustannie,
na czwartym metrze zrozumienia, pod wietrzną wiatą Chaosu...
z wyczerpania, w ruchu, w ciągłym biegu... będącego częścią
czegoś, Czegoś Nienazywalnego. Prawa ręka chwyta, nie wciskaj
w fotel ciżemki. Na której to zwykle siedziała Ona. Z przytupem. Bez
pierdolenia. Mieszkał tam Tytan, i jego przewodnik, Marzyciel. Razem
żyli przez lata, w poświacie śniętych myśli, na kartach powieści
Gdybań.
znużenie
i tak, i nie... wzgórza z pestek
wiśni. Właśnie przybrały na wadze, dojrzewając na szalce swoistego
lazaretu dolegliwości. Jako że... mknij chyżo pomiędzy obolałymi
konarami powalonych na kolana, rozczochranych dębów. Gdzieś, Tu
jest. Pyszałkowata żona smolarza nie stanowiła już takiego zagrożenia
jak dawniej. Niejedna baśń brała w tym miejscu początek. Baśń jak
baśń... przypowieść, przypowieść o kartonowych pudełeczkach
z furtką, czyli jasności dźwięków w murze. Złoty wiek bierności,
złote lato w bieli. Embrion algorytmu znużenia. Ewentualnie... monsun leje równo. The language of hiatuses, scarcities and
affirmations. Zasiedzieli się zatem przy pustych kielichach erudycji,
niepostrzeżenie ogłuszani przez niesforne karzełki, których pełno
w przyborniku Dziadka Mroza. Nie przeszkadzają im nawet unoszące się
gdzieniegdzie pawlacze grusz, przytwierdzane na zimno i poniekąd do
spóźnionego uścisku w dłoni. Wiąz, więź w galarecie. Znikająca
skorupka zwinności, inne z wielu. Chroniczny Paradoks, dziura
w zębach po deszczu. Winorośl... troska i kropki. Zamroczył się
ździebko pszczelarz, oraz kołodziej, jak i niżej podpisany podczas
gestykulacji. Niedobrze jest oczekiwać.
Obsikam cię.
skąd oni są ...liście na ziemi
ciepłe miejsca na Ziemi... smalec na kromce chleba. Zagubiłeś się chyba w swym poczuciu
bezradności... byłbym zapomniał, cosinusoidalnie ołowiane... w barwie ziemi smoka. Coś w pobliżu tej słynnej krzywej
opanowanego rozwolnienia. Tak. Prosto z wystawy. Pęknięte
brzmienia niczego. Architektura grymasu. Zwyczajnie zlekceważony
problem. Przedwcześnie. Zdecydowanie za wcześnie. Nieśpieszna gra na
flecie. Florecista bez majtek ze szpadą... udawajmy, udajmy się do
gospody. Do gospody tuż za rogiem, zatopionej w szumowinach płowej
bieli. Popielatość... szpaki na czereśni z nienaniesioną linią
kawy. Barwi się ją kompletnie zdziczałym, puszczalskim oranżem... żeby znowu do niego powrócić. Oranżem bez domu, oranżem z dworca
beznadziei i smutku... zawsze na lewym boku pod pierzynką losu. W drodze. Pod zupełnie płaskim sufitem. Pod sufitem zupełnym,
zaspanym... sufitem dlaczego... sufitem właśnie, właśnie
sufitem
konew i wiadro
Kobaltowa konewka zapachu kładziona
na przybrudzone szkliwo... nić nawija się przez dziurkę, kamienie... obrabiane świdrem z krzemienia w podszewce związków. Kamienne Karamba
z nie mniejszym zdziwieniem wypytywało przechodnia o jego misję na
Ziemi. Nic nie ujdzie jej uwadze. Figlarne attyki zdobić będą bycze
błędy negatywów, tudzież motyw sterylnego pata ładu przeminie
nieniepokojony na dorocznej aukcji zastrzeżeń. Na łyso. Ask. Kikimora
nie był bezczynny. W workach trzymał drzazgi, z których wyprawiał
niezimne za piecem. Żwirkiem akceptacji wysypane uroczysko E-dur. To
słynne, grząskie uroczysko ułatwień.
dyskretny urok, komfort... a dalej
listonosz puka dwa razy. Zaufany
Stańczyk zamiatał garderobę egzaltacji w gronie papirusowych
opiłków stoickich oświadczeń Pitagorasa, chinina z potu pasteli,
podobnie koziorożec na kobzie w szkocką kratę; zakładamy poprzez
ramię - na ogół bredzą. Głąb koniczyny w równych odstępach
uwag. Nie po raz pierwszy. Tylko dlaczego. Wywrócony wykrzyknik
w miejscu okazji. Akurat. Pupa pięć. Sam w sobie odległy temat. Hiobowe
wieści.
orgia przejrzewania
na, wio, wiśta wio
...Wielka Pardubicka.
Zapomniana polana źrebiąt. Zabita
dechami na głucho. Zapomniane plemię źrebiąt. U nasady płatków
nadrzecznego bzu dostaje brawa. Won stąd. Parszywa woń pospolitości,
takie nietęgie drganie atrakcyjnego dnia Sublimacji. Bierzesz
w łapę? Zauroczenie... ból głowy również. Właściwie na tym
powinniśmy poprzestać, ale ale... na włochatych piersiach właśnie
otworzyła oczy. Balejaż szybkiego seksu łechtał ją w rozgrzaną
potylicę emocji zamkniętą w wekach. Usypiana w wiecznie zaspanej
kołysce motywacji. Opuścił powieki. Dawało to chwilę wytchnienia,
nie zmieniając sytuacji w trakcie. Miała szemraną dykcję. Szmer
w bagażniku igrzysk. Bieżnia myśli, a niech to: kamienie na
szaniec! paradokumentalna, zwykła chłosta dnia. Stu nagich mężczyzn,
szydząc z podniecenia, prowadzi ożywioną konwersację wówczas.
Z ekscytacji wręcz, dla zasady. Dla pojęcia strachu. A obiecywał sobie,
że nie będzie już w ten sposób spędzał wieczorów. Mimo wszystko
było też pussy. Nie zadawała sobie przynajmniej
żadnych pytań i nie szukał na nie odpowiedzi. Z drugiej strony i tak
tego nie robił. Wabię. Gardłowe "y" udało się spłoszyć. Echo
w paszczy czeladnika. Możliwe wersje wydarzeń... na łeb na szyję,
aż znalazło się w dupie. Zatem półświatek konieczności po
raz kolejny nadstawił swój niczym nieosłonięty zad, tym samym
nieobecna belka bieli nadała właściwości własnościom wszelkich
tonacji zagapienia. Ta bezpańska przygoda zwana życiem. Rzedniejący
krajobraz. Hart ducha nic ci tu nie pomoże. Rozpierzchł się... dumała
o ucieczce; oddały się nieustającym poszukiwaniom, mimowolnie wdając
się w nikomu niepotrzebną szamotaninę z nieopierzonym byczkiem
sonetów krymskich... machnąwszy ręką na otarcie łez. Łatwo mu
to nie przychodzi. Pomarańcze i mandarynki. Dobiegło go westchnienie
i szczur prześcieradła. Rozgrzane podbrzusze. Niestety. Niestety
frędzelki niemocy nie przystawały do oczekiwań... skądinąd
przemiłego. Wypadało coś zrobić. Wstał i zaparzył kawy. Rozejrzała
się po suterenie, w której teraz mieszkał. Walcowate smugi
o stożkowatych krawędziach, kawałki blachy i zdechłych gwoździ... wióry... przepowiednia, i niedomknięte, brzemienne storczyki
przygniatane nadmiarem niechcianych skojarzeń. Umorusane odbitki
zdarzeń, o których już nie pamiętał, w pudrze... w pudrze zbyt
nachalnych zmiotek kurzu poniewierających się w przejściu. No
i kaczeńce... nadąsane, niewyspane... ułomne. Ratuj się kto
może! Odwrócone spiny małomówności. Życia nieodbyte, życia
zwiotczałe. Nieobjęte. Przez okno wpadało słońce. Wciąż to
samo sterane słońce. Słońce w przedpokoju. Jasność ociera się
o kapryśne kształty przedmiotów pogrążonych we wszechogarniającej
niewymowności. Powab ich powierzchni wpełzał swymi języczkami
na sąsiednie tafle. Oranżeria kwiatów i myśli. Snopki wykonanych
czynności kuśtykają po omacku niezauważane. Pogranicze jasności
należało już do sfery cienia. Duże porcje, znaczne. Ciekaw jestem,
jak rolnik zapełnia czas pomiędzy dojeniem Krasuli a pędzeniem
bimbru. Działo się to to to... i tu, i tam... i gdzieś jeszcze,
w ustronnym miejscu, na zaciszu. Znowu żartowano z Jasia. Ktoś wszedł,
ktoś inny wyszedł. Postrzyżyny rusałek. Nadjechało żurawinowe
Mirafiori.
Wakacje nie były dłuższe
niż zwykle. Trajektoria utwierdzonego w swych przekonaniach
przecinka nie stanowiła już tak zwartej masy degeneracji. Czemu
tak się jąkasz... mleko się nie zsiądzie. Klaps... ojej, gęsia
skórka. Pogodna nałożnica śmiechu przy rozporku pensjonariusza
zaczarowanych więzień. Wciąż ta sama replika strzału na wyspie bez
zakończenia. Zza krat próbował dialogu. Z Absurdem. Widzimisię.
W puderniczce więźnia... pali mnie w gębie. Dyrdymały, androny... szelma
oszczerstw wpleciona w termitierę negacji, tak jak i ukrzyżowani na
blejtramie powyżej nosa. Niewygodny frak z macek opętania. Na patio
doskonałości, trzecia symfonia, zbliżamy się do młyna. Rzeczowa
kompozycja. Hebanowego widma Paralaksy. Nad Zatoką Kalifornijską
na wrotkach. Alegoryczna oracja nostalgii. Te małe skurwysyńce,
akordy. Skutecznie przedrzeźniają bryłę. Skalar w akwarium, a rumak
na targu. Nie zaspokajać się oczywistym i małym. Nie odnosząc się
do kwestii poniżej. Choć to inne. Krab.
Zwichrzone, lekko lepkie pośladki
wciąż dominują nad niegościnnymi przedmieściami, więc, dla
niepoznaki, powleczemy je laką barwy. Nieczysta okolica. Zwlekał... Przystąpił, przeciągnął. Powłóczył muskularnym gawędziarzem
wzdłuż kiełkującej nadziei... zwilżonej parceli pomiędzy
pykającym z fajeczki - nie łaskocz mnie - państwem Pe,
a rechocząco-łopoczącymi udami... i raz jeszcze...
i jeszcze. Jeszcze kiedyś. Przychodził i Odchodził. Ponownie
zwlekał. Wypełniona zezowatym zrazem euforii opadła wyczerpana. W kroczu życia... niezły bigos, oraz... oraz bigamia materii. Ośrodek
Jasności, Instytut Waśni i Sporów. Zasiali górale owies. Owal
laserunku. Ich miejsce zajmowały poprzewracane porządki świata. Poprosiła tkaczki pór roku o wodę. Coraz to nowe konstrukcje
dziargane. Gibkie. Ikonografia na rozdrożu, odpust dobiega
końca. Powrót znad równika, pasat kulminacji. Honorata parzona. Talia
za oknem, gorset w pociągu. Talia w kropce, opływowy kształt minaretu
miętowej kropli pożądania.
cza cza cza
uzbierało się tego trochę...
Nie wietrzysz pieszczot? Orion
w piekarni żebrze o bułki z gwiezdnych jaj. Drugie dno szuflady.
W Transylwanii zniechęcenia... jeśli tego nie przegapisz. Na
peronie z drogocennych ech. Wystrzelanych prosto z łuku, tam
gdzie wzrok nie sięga... ani chybi, Hermes się napatoczy.
o jeden dzień za daleko. słodycze, napoje, lalki. Swędzenie.
Zmienna i śliniak. Najeżone wydarzeniami danie drugiego dnia. By zadać gwałt zmowie. Wal go w gębę zepsutego jaja owulacji.
...bo czymże są pieniądze
bez nakrycia głowy
Błazen zakłopotany swą
niecodziennością. W nazad. Lęk podsunięty, zapomniany, zależność
osobliwa.
tylko tu
krztyna zakatarzonego drgania była
tu. Ostrygi żalu, pasta ze szprotki, przystojny kutas nie lada. Szlam
zebrany z warg. Jak ten czas leci. Szpagat na grani... takie są skutki,
depresja gangstera z nawiązką. Gdyby nie apel.
Właściwie nie interesowały
go tego typu rozrywki. Nie leżały również w sferze jego
zainteresowań. Czynił to z przyzwyczajenia... ale w sumie kochał
matkę naturę i jej słabość do przeróżnych dziwactw... zwłaszcza nago pod prysznicem. Kłótnia. Co dalej. Pełnia
i Treść. Ciepli też. To dziwne. Frajda w ruczaju. Przychylne... a nawet schylone. Pochylone nad zamglonym pastwiskiem. Atłasową
paletą cyklicznych nadziei. Nad prawym okiem cyklisty. Kolarza
w wannie. Młodzieńca po latach wciąż wspinającego się po koślawych
nóżkach przerobionego już elementarza. Z wyboru. Ktoś co prawda
musi produkować te dropsy na sprzedaż. Dropsy myśli, dropsy
w myśli. Pochlipujące dropsy ponaglania. Ale dlaczego ja. JA NIE.
Podniósł metalowy przedmiot,
przytrzymał... chwila nieprzynależna, chwila bez związku. Zwichnięta
noga łysego. W połowie... od najdzikszych niosek. Co wykluwają jaja
nieswoje. Plemienne, zafajdane. Jaja prosto z torbacza. Torba w jaja
nie uwiera. Potrząsasz głową? Co ty chcesz, odkryłeś Amerykę
w konserwach? Raz Dwa Trzy. Wyzwól Energię. Z przymrużenia oka,
z gestu, z bólu. Z rozczarowań... potencjalnym. Zabieram ze sobą
nieśliskie Raz. Może jest gdzie indziej.
Pomnóż więc przez
dwa. Sześć sponiewieranych pośladków. Mata słomiana, kokos
i miotła. Jątrzący się dymek w łodzi oszustów. Kwestie mówione też
wypowiadane. Zakląłem sobie. W szklanej kuli z całą masą różnych
drobiazgów. Pojawiam się i znikam. Chyba wzięliśmy prowiant na
później?
W kuwecie pod szafą nad jednym
morzem. Tak blisko. Nagość. Nagość i psoty. Długa linia życia
obojętnej troski "Co Teraz Będzie". Jedna na drugiej... smecz,
skecz o gangu wołaczy. W pomieszczeniu wykończonym wykładziną
wstrzemięźliwości... szachrajka Losu, puszczalska pchła Czmychaj
Stąd. Na statywie trzeciego palca objętości... uszczypnij mnie w dupala
- mam łaskotki. Znamienite. W poprzek siebie. Bierki znaczeń. Uczciwie
uprzedzono je o randze wznoszonych haseł... nakryli stół kobiercem,
najzwyklejszym płótnem bezmyślnie tkanym z bezwonnych kostek
kaligrafii. Wnet... kochaliśmy się w mazi zalegających lodów.
I nie on jeden skuł się w sztok. Z wolna pojawia się coś. Niczym
wiosna... pani moja moja pani. Z miejsca na miejsce, tak - zrób
to sam. Krystalizujący się nalot. I raz jeszcze objęte, obojętne
powtórnie.
Sztorm. Out of the blue.
Taaa... dogonił mnie narowisty
puchacz wypróżnień.
Głupi jesteś jak mydlana
bańka. Słyszałem, że piszesz dla gazet?
Nakładając pióropusz
wojowniczej Słowianki... zaraz po tym, jak osiadła w grodzie
z westchnienia. Pocałuj mnie w rękę. Cierniste róże skraplających
się jak satyr po deszczu, niewidomych punktów; zalewają robala
wraz z nieprzebraną ławicą upośledzonych pszczół tak, aby
dać nam wszystkim przykład. Wgryzam się mleczakiem z trzonkiem
nieśmiałości w pustynną martwotę... no niech będzie... szerszeń
na horyzoncie. Uprzejme "spierdalaj". Murgrabia zwietrzył panicza
w proteście przeciw potajemnym schadzkom. Czółno pod klifem, wydmy
skąpane w słońcu... zaczynają się schody.
Z odrobiną papryczki nihilizmu na
deser.
W sennej czapie z fatałaszków
przekory, Ten, co śmiechu nie doznał na starość. Przyznaj
się. Troć na łowisku, pół na pół z mięsistym gwoździem z minii
natchnienia. W oparach tęczy. Unosisz znane i nieznane... wcielenia
trocin. W centrum ego, na taczce śnieżnych kłosów źdźbła
niewiadomego.
Świeca z wosku możliwości
na samą myśl o podpaleniu odmawia komentarza. Nie odmawiała
również. Przystawały wręcz na każdą, bardziej konkretną
propozycję. Wyciągane z rękawa propozycje rodzimych błaznów. Płaszcze
przenikających się opowieści posiadają zbyt wiele opustoszałych
kieszeni... w najlepszym razie... workowate zrosty w spodniach - nie
do pary. Po czasie chyba... jeśli tak lub nie, albo albo, z kimkolwiek
właściwie. Wdzięczny im za to, osierocony klakier zarzuconych grzybów
- chochlik sumienia w zastawionym fifraku, ogłuszony metalowym prętem
dla gruntownego utrwalenia nabywanej wiedzy. Zatknięto go pochopnie
na maszcie poronionych pomysłów. Za grosz nie jeden, nie dwa. Nie
trzy czy cztery. Pół cala. Pół omówionej kwestii w skali. Jeden
na jeden, dwa na dwa, trzy na trzy. Cztery przez pięć. Już za
pięć złotych możesz mieć piętnaście pasierbic Mularza. Malarza
formatów. Akordeonista Nieadekwatny, Chochoł Sumienia. Tak więc alfons
Sierotki Marysi zapisał się do torysów. Jednak wskutek perswazji
właściwej, notorycznej, egzotycznej... gastrycznej penetracji
opiekuna, zmieniły zdanie. Uległ. Pojemniki z wzorcem
jaskrawości tracą poczucie przynależności. Wektorowe oblicza
kierunków. Rudobrody - to wiadomo, jest jasne. Natomiast pędzący
zając, narwany kurczak, z wyrazistą miną, w charakterze. Wielka
Gra. Piwo i chleb. Pijane bezdroża chęci, akapity retorycznych
figur, oczekiwania bez płonących stosów i krowich placków
naleciałości. Cherlawy bulion chęci. Symulacja stawiająca pierwsze
kroki na misternych układankach dylematów Powagi. Postępujące
poczęcie dźwięków, podstęp kurwy zatracenia. Ciąża urojona,
mimowolna. Sie masz Danka! Ciąża z wyprzedaży. Farsa na salonach,
zdrobnienie. Pan czasu zastygłego. Dezorientacja w chwilach słabości,
których nie posiadasz. Natura gzymsiarza. Człowiek z gzymsu,
parodia grymasów niewyspania. Wstałeś lewą nogą? Ociekający,
obwisły. Sflaczały. Tyci przystający do krawędzi muru. Człowiek
z zewnątrz. Osunięty. Osuwający się z przeznaczenia, z wyboru,
z woli. Z zasady. Nie ma poręczy, na której mógłbyś się
oprzeć. Czasem dżdży... jego mać. Dalekosiężne plany po
wszystkim. Korniszon biegacza i garderoba tyczkarza. Pakamera
do tańca... tańczymy w niej salsę w kagańcu. Nic więcej niż
pamiętnik smolarza. Lemoniada grzęzawiska marności. Słodkość
wyciekła. Puściła. Powściągliwy, i to bardzo... parostatkiem w siną
dal. Kiego chuja tak zwodowany. Śródokręcie na rufie. Ginący gatunek
karczmarza. Opóźnienie, pasaż obfitości. Ku chwale ojczyzny -
poległ na placu boju. Karuzela zgiełku w ramie. Złamane przyrodzenie
torreadora. Krówka górą. Krzepa rejestratorek podań. Podań
o mękę. O Akt Znoju. Wygrzewające się na skałach rumieńce. Pionier
wiraży. Pod ręką czyli pod rękę... gwałt na estetyce, cham na
piedestale. Rozsiądź się wygodnie w latrynie... w samym środku
rozległej równiny Wielkiej Niewiadomej Naleciałości. Kąski,
kreski... różniczki losu, tak i wałach wyświechtanych
dogmatów. Wzajemnie. Rozłożysty wiąz przełamywania lodów. Mierzył
odległość... derka na kowboju.
Ciąg dalszy w wersji pełnej