A jak... stażystka
- Szlag! - krzyknęła Avery Carls w piątek po szkole, wchodząc w wielką kałużę przed budynkiem Dennen Publishing Enterprises. To był pierwszy dzień jej stażu w "Metropolitan", legendarnym nowojorskim magazynie mody. Teraz jej nowe czarne pończochy Wolforda ze szwem w stylu niegrzecznej sekretarki były przemoczone do kostki, a szpilki retro Prady z pionowym paskiem z przodu skrzypiały przy każdym kroku.
Dennen Publishing Tower, naprzeciwko stacji Grand Central, był całkiem nowym, inspirowanym stylem art déco cudem architektury, który idealnie wpisywał się w krajobraz Nowego Jorku. Wiotkie kobiety w szpilkach Jimmy'ego Choo i masywnych botkach Stelli McCartney tłoczyły się przed rzędem obrotowych szklanych drzwi, zaciągając się parliamentami i warcząc do swoich blackberry. Z rowerów zeskakiwali gońcy obładowani ciężkimi torbami i pakunkami, a wzdłuż krawężnika czekał cierpliwie sznur lśniących czarnych samochodów.
Avery wzięła głęboki oddech i przepchnęła się nerwowo przez obrotowe drzwi. To był pierwszy dzień jej nowego, lepszego życia. Pobyt w mieście nie zaczął się zbyt dobrze. Od razu skłóciła się z Jack Laurent, najbardziej zdzirowatą, próżną i niepewną siebie dziewczyną w klasie. Potem wygrała konkurs na upragnione stanowisko w szkolnej hierarchii, ale okazało się, że oznacza to cotygodniowe spotkania z radą nadzorczą Constance Billard - grupą równie zdzirowatych siedemdziesięciolatek ze skłonnością do nadużywania alkoholu.
Ale, przypomniała sobie, gładząc grubą, srebrno-czarną opaskę od Marca Jacobsa na pszenicznozłotych włosach, wreszcie uśmiechnęło się do niej szczęście. Ticky Bensimmon-Heart - światowej sławy naczelna "Metropolitan" - należała do rady nadzorczej Constance i uratowała Avery, proponując jej staż w tym prestiżowym piśmie. Wkrótce cały światek nowojorskich mediów pokocha Avery, a Jack Laurent i jej zdzirowate psiapsiółki będą sikać w majtki z zazdrości.
Podeszła do biurka ochrony w rogu. Miało marmurowy blat. Znudzony, białowłosy ochroniarz otaksował ją spojrzeniem.
Wyłącznie ze względów bezpieczeństwa.
- Avery Carls, do "Metropolitan" - oznajmiła najbardziej profesjonalnym tonem. Imponujące lobby miało wspaniałe marmurowe posadzki, a po obu stronach wind spadały w dół wodospady. Avery miała ochotę okręcić się jak Audrey Hepburn w filmie Zabawna buzia.
- Dowód? - zapytał znudzonym głosem ochroniarz, nieświadomy uniesień, jakie właśnie przeżywa Avery. Wyłowiła wystawione w Massachusetts prawo jazdy z nowiutkiej torby Hermesa, którą kupiła w ten weekend w Soho w ramach prezentu z okazji rozpoczęcia nowej pracy.
- Powodzenia. - Ochroniarz mrugnął, wręczając jej obciachową wejściówkę dla gościa. - Trzydzieste piąte piętro. Na samej górze. Proszę nie zapominać o identyfikatorze, dopóki nie załatwimy pani stałej przepustki.
Avery przypięła wejściówkę do spódnicy w miejscu, gdzie mogła zasłonić ją torbą. Nie miała najmniejszego zamiaru obnosić się z idiotycznym identyfikatorem. Wjechała ruchomymi schodami za stadem przypominających gazele dziewcząt i ruszyła ku windom, udając, że wie, dokąd idzie. Na trzydziestym piątym piętrze drzwi otworzyły się na całkowicie białą recepcję, w której wisiały olbrzymie powiększenia najlepszych okładek "Metropolitan". Avery patrzyła na zdjęcia Andy Warhola, Edie Sedgwick i Jackie Kennedy. Wzięła głęboki oddech. Dostała się do lepszego świata.
- Mogę w czymś pomóc? - Dziewczyna za biurkiem nie raczyła oderwać wzroku od białego lśniącego iMaca. Miała proste czarne włosy, które opadały jej do połowy pleców, i gęstą grzywkę wpadającą w oczy. Wyglądała jak Angelina Jolie w mrocznym, gotyckim wydaniu.
- Mam się spotkać z Ticky Bensimmon-Heart - oznajmiła Avery, zadowolona, że zabrzmiało to tak oficjalnie. Była bardziej podekscytowana niż pierwszego dnia w szkole.
Pamiętacie, jak wspaniale zakończył się tamten dzień?
- Jak się nazywasz? - Sobowtór Angeliny Jolie podniósł wzrok znad komputera.
Avery obdarzyła recepcjonistkę swoim najlepszym uśmiechem z repertuaru na pierwszy dzień w pracy i się wyprostowała. Fotografia Jackie wydawała się do niej uśmiechać.
- Avery Carls? - Była zła, że zabrzmiało to jak pytanie.
- Avery Carls - poprawiła się, podkreślając nazwisko. - Jestem stażystką - dodała.
- Jesteś stażystką - powtórzyła recepcjonistka tonem, jakim mogłaby powiedzieć: "Jesteś śmieciarzem" albo "Jesteś proktologiem". - Nie jesteś umówiona z Ticky, uwierz mi. Zawołam McKennę. To nasza poganiaczka stażystek.
Avery zmarszczyła brwi. Poganiaczka stażystek? Za kogo oni ją uważali, bydło?
Usiadła na czarnej skórzanej kanapie i przekartkowała najnowsze wydanie magazynu. W dziale mody dziewczyny pozowały rozłożone zmysłowo na Brooklyn Bridge, co groziło rozjechaniem przez nadjeżdżające samochody. Spojrzała na nagłówek: Zagrożenia miejskiego looku. Tekst wyśmiewał styl boho. Avery uśmiechnęła się krzywo, myśląc o tych wszystkich uczennicach z Constance, które próbowały przytłumić prostą elegancję swoich mundurków przez zestawianie ich z japonkami, arafatkami i podartymi legginsami. Bez dwóch zdań będzie jej się tu podobać.
- To ona?
Avery podniosła wzrok. W szklanych drzwiach stała superwysoka, superchuda blondynka o twarzy w kształcie serca okolonej paziem z wystrzępioną grzywką. Pewnie właśnie skończyła college. Była w dżinsach o prostych nogawkach i różowym blezerze Thakoon, który Avery widziała w "Vogue'u" z tego miesiąca.
- Avery, to McKenna Clarke - powiedziała Gotycka Dziewczyna i wróciła do iMaca.
- Avery Carls. - Avery wstała i wyciągnęła oficjalnie rękę. - Miło cię poznać, McKenna.
- Chodź ze mną. - McKenna obróciła się energicznie na dziesięciocentymetrowych obcasach fioletowych zamszowych botków Christiana Louboutina. Avery musiała prawie biec, żeby dotrzymać jej kroku, gdy szły białym korytarzem.
- Od jak dawna tu pracujesz? - zaćwierkała Avery, z trudem nadążając za przewodniczką, która wyciągała nogi jak prawdziwa supermodelka. Wewnątrz biura ciągnęły się jeden za drugim rzędy boksów. Minęły przeszkloną salę konferencyjną pełną smukłych, nadąsanych modelek. Blondynka o znękanym wyglądzie trzaskała im wściekle zdjęcia polaroidem.
McKenna westchnęła i, nie zwalniając ani trochę, zaczęła lawirować między labiryntem rozstawionych w holu wieszaków z płaszczami.
- Rok. Słuchaj, z reguły stażystkę widać, ale jej nie słychać. Tak już jest w "Metropolitan".
Doprawdy?
W końcu McKenna zwolniła trochę przed przeszklonym narożnym biurem. Avery dostrzegła w nim Ticky, która w jednej dłoni trzymała słuchawkę staromodnego telefonu, a drugą stukała z zapamiętaniem w klawiaturę maszyny do pisania. Ognistorude włosy, poprzetykane ufarbowanymi henną pasemkami, miała spiętrzone na dobre pięć centymetrów nad wygładzonym botoksem czołem. Miała na sobie wyszywaną złotem marynarkę Chanel.
- Przywitam się tylko z Ticky, oczekuje mnie - wyjaśniła Avery, ruszając w stronę urządzonego w stylu lat pięćdziesiątych biura.
- Psst! - syknęła McKenna. Oplotła jej nadgarstek chudymi palcami i wlekła dalej korytarzem. Otworzyła nieoznakowane drzwi, wciągnęła ją do środka i zamknęła drzwi za nimi.
Pokój okazał się pomieszczeniem bez okien, pełnym półek zastawionych kosmetykami. W pudłach na podłodze było ich jeszcze więcej. Przy długim biurku, zgarbione nad laptopami, siedziały trzy dziewczyny, a w rogu ciągle dzwonił telefon.
- Hm, wydaje mi się, że powinnam porozmawiać z Ticky o jej planach wobec mnie. Ale dzięki za pomoc - powiedziała uprzejmie Avery, odwracając się do drzwi.
McKenna rzuciła jej mordercze spojrzenie.
- Posłuchaj, opiekuję się wszystkimi stażystkami i uważam, że najlepiej będzie, jeśli przez kilka pierwszych dni nie będziesz się rzucać w oczy. Dopóki nie dowiesz się czegoś więcej o zwyczajach panujących w "Metropolitan". Gemmo?
- Dziewczyna o brązowych włosach siedząca przy jednym z laptopów odwróciła się i uniosła brew.
- Stażystko, chodź tu! - zawołała ze zniecierpliwieniem, wstając i podchodząc do rzędu wielkich plastikowych szuflad. Poprawiła czarne oprawki Prady na nosie zadartym jak skocznia narciarska i obcięła Avery spojrzeniem
Stażystko? Nie zasłużyła nawet na wołanie po imieniu?
- Uporządkuj te szuflady na początek. - Gemma odwróciła się twarzą do Avery. Miała plamistą cerę i grożącego eksplozją pryszcza na kanciastym podbródku, ale była ubrana w szarą swetrosukienkę Driesa van Notena i czarne legginsy z suwakami na łydkach, które z jej wzrostu robiły największy atut. Była cool i wiedziała o tym.
Avery ukryła rozczarowanie pod uśmiechem. Szybko otworzyła szufladę i zaczęła wyjmować szminki, segregując je na białym blacie pod jedną ze ścian. A więc nie będzie pisać reportaży. Ani stylizować modelek do sesji zdjęciowej. Ale też nie będzie musiała przesiadywać z zalatującymi dziwnie starszymi paniami, do czego była zmuszona przez kilka ostatnich tygodni.
Była właśnie w połowie układania szuflady z bladoróżowymi pomadkami, gdy drzwi znowu stanęły otworem.
- Co tu robi ten burgund? - McKenna wyciągnęła z szuflady szminkę MAC i zamachała nią oskarżycielsko przed nosem Avery.
Dziewczyna wzięła ją z poczuciem winy, czując się jak przedszkolak, na którego nakrzyczano, bo nie odłożył kredek na miejsce.
- Przepraszam - wymamrotała.
- Musisz bardziej uważać - ostrzegła Gemma, wpatrując się w szufladę zmrużonymi oczami.
- A zresztą, skoro to zbyt skomplikowane, w Meatpacking District jest przedsezonowa wyprzedaż Stelli McCartney. Tu masz listę. Możesz mi przywieźć te rzeczy? Jestem trochę drobniejsza, więc to, co będzie na ciebie zbyt obcisłe, powinno na mnie pasować. - McKenna uśmiechnęła się anielsko, podając Avery kartę American Express.
Avery zmrużyła oczy. McKenna chciała, żeby robiła dla niej zakupy?
- Mam nadzieję, że przyjmują karty! Och, a skoro już będziesz w okolicy, możesz zwrócić te buty do Jeffrey? Zupełnie do mnie nie pasują. Ani do gazety. - McKenna uniosła brew.
W tej samej w chwili w torebce Avery komórka rozdzwoniła się głośno przeróbką Madonny w stylu techno, którą Baby ustawiła wyłącznie po to, żeby wkurzyć siostrę.
- Czy to rozmowa prywatna? - McKenna wystukiwała stopą rytm, jak gdyby była kierownikiem zmiany w fabryce.
- Przepraszam. - Avery gwałtownie przerwała połączenie i natychmiast na ekranie pojawiła się wiadomość od Baby: "Wróciłam!" Super. Jej siostra poleciała sobie do Hiszpanii, a ona musiała jechać do Meatpacking District.
Chwyciła ciężkie rączki torby z Jeffrey i odwróciła się raźno na pięcie. Wyszła z biura i z uniesioną głową przemaszerowała przed gotycką Angeliną. Może i jej wymarzona praca okaże się koszmarem, ale nie zamierzała załamać się na oczach całej redakcji "Metropolitan".
Od czego są tylne siedzenia taksówek.