witajcie w dżungli
Baby Carls obudziła hałasująca śmieciarka, która właśnie cofała na Piątej Alei. Dziewczyna potarła opuchnięte oczy i spuściła bose stopy na czerwoną terakotę tarasu. Przytuliła do szczupłej piersi czerwoną szkolną bluzę z Nantucket High, która należała do jej chłopaka.
Chociaż zamieszkali na samej górze, na piętnastym piętrze ponad Siedemdziesiątą Drugą i Piątą Aleją, doskonale słyszała hałasy budzącego się w dole miasta. Tu było zupełnie inaczej niż w jej starym domu w Siaconset na Nantucket, lepiej znanym jako Sconset, gdzie zwykła zasypiać na plaży ze swoim chłopakiem, Tomem Devlinem. Jego rodzice prowadzili mały pensjonat, a on mieszkał z bratem w domku dla gości na plaży, odkąd skończył trzynaście lat. Zaskoczył Baby, odwiedzając ją w Nowym Jorku w ten weekend. Ale wyjechał wczoraj wieczorem. Nie mogła potem zasnąć, więc zabrała kołdrę na hamak na tarasie.
Spanie na świeżym powietrzu? Jakie to... au naturel. Weszła przez rozsuwane, przeszklone drzwi do ogromnego apartamentu, który najwyraźniej teraz będzie jej domem. Wielkie, pomalowane na kremowo pokoje ze lśniącymi, drewnianymi posadzkami i ozdobnymi, marmurowymi dekoracjami, wcale nie wyglądały przytulnie. Baby ciągnęła za sobą kołdrę Frette, wycierając nią nieskazitelną podłogę. Szła do sypialni siostry, Avery.
Złote włosy Avery rozsypały się na bladoróżowej poduszce. Dziewczyna chrapała jak potłuczony imbryk. Baby wskoczyła do niej na łóżko.
- Ej! - Avery podniosła się, naciągając na opalone ramię ramiączko białego topu Cosabella. Jej długie włosy były matowe, a niebieskie oczy przymglone, ale nadal wyglądała jak księżniczka, dokładnie tak jak ich babka. Całkowite przeciwieństwo Baby.
- Już rano - oznajmiła Baby, podskakując na kolanach jak czterolatka, która przedawkowała cukier w płatkach z miodem.
Chciała to powiedzieć wesoło i dziarsko, ale czuła się ociężała. Nie chodziło tylko o to, że w zeszłym tygodniu cała rodzina została z korzeniami wyrwana z Nantucket. Po prostu Nowy Jork nigdy, przenigdy, nie stanie się dla niej domem.
Kiedy Baby się urodziła, jej pojawienie się zaskoczyło i mamę, i położną, która myślała, że Edie nosi tylko bliźnięta. Jej brata i siostrę nazwano po dziadkach ze strony matki, a niespodziewane trzecie dziecko wpisano do metryki po prostu jako Baby. I tak już zostało. Za każdym razem, kiedy Baby przyjeżdżała do Nowego Jorku odwiedzić babcię, łatwo było wyczytać z jej spojrzenia, że o ile bliźnięta jeszcze dało się zaakceptować, o tyle trójka to zbyt duża liczba dzieci, zwłaszcza dla samotnej matki. Baby zawsze była zbyt niechlujna i zbyt głośna. Po prostu już samo to, że istniała, to było za wiele i dla babci Avery, i dla Nowego Jorku.
Teraz Baby zaczynała się zastanawiać, czy babcia nie miała racji. Wszystko tutaj - począwszy od pokoi identycznych jak pudełka, a skończywszy na regularnej siatce ulic Nowego Jorku - uosabiało porządek i ograniczenia. Podskoczyła jeszcze raz na łóżku siostry. Avery jęknęła sennie.
- No daj spokój, obudź się! - ponaglała Baby, chociaż nie było jeszcze dziesiątej, a Avery zawsze lubiła dłużej pospać.
- Która godzina? - Avery usiadła i przetarła oczy.
Nie mogła uwierzyć, że ona i Baby były spokrewnione.
Baby zawsze miała idiotyczne pomysły. Na przykład uczyła ich psa, Chance'a, porozumiewać się przy pomocy mrugania. Zupełnie, jakby cały czas chodziła nawalona. Ale chociaż jej chłopak rzeczywiście regularnie przypalał, Baby nigdy nie tknęła narkotyków.
Wyglądało na to, że ich nie potrzebuje.
- Już po dziesiątej - skłamała Baby. - Masz ochotę gdzieś wyjść? Jest naprawdę ładnie - namawiała.
Avery popatrzyła na splątane, ciemne, długie włosy siostry i podpuchnięte, brązowe oczy i od razu wiedziała, że Baby przepłakała noc z powodu swojego beznadziejnego chłopaka. Kiedy mieszkali na Nantucket, Avery robiła, co mogła, żeby unikać Toma. Ale przez ostatni weekend nie dało się nie widzieć tego faceta. Był obleśny, począwszy od brudnych, białych, sportowych skarpetek z Gap, które zwinął i dał do zabawy kotu, Rothko, skończywszy na przyłapaniu go z fajką wodną i trawką na tarasie, kiedy miał na sobie tylko bokserki ze Świętym Mikołajem. Wiedziała, że Baby ceni jego autentyczność, ale czy bycie sobą musi oznaczać bycie odrażającym?
Odpowiedzieć jednym słowem? Nie.
- Dobra, wstaję.
Avery wygrzebała się z pościeli z najdelikatniejszej włoskiej bawełny i wyszła boso na taras. Tuż za nią Baby. Avery zmrużyła oczy od słońca. Szeroka ulica w dole była pusta, tylko limuzyny od czasu do czasu śmigały alejami. Dalej rozciągała się bujna zieleń Central Parku. Avery z trudem dostrzegła poplątany labirynt ścieżek wijących się między drzewami.
Siostry usiadły razem, kołysząc się w hamaku i spoglądając na wypielęgnowaną zieleń na tarasach i balkonach przy Piątej Alei. Pustych, jeśli nie liczyć ogrodników. Avery westchnęła z zadowoleniem. Tu na górze czuła się jak królowa Upper East Side, do tej roli się urodziła.
Czy aby na pewno?
- Cześć.
Ich brat, Owen - prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, jak zwykle bez koszulki - wyszedł na taras z kartonikiem soku pomarańczowego i butelką szampana. Miał na sobie tylko czarne kąpielówki Speedo. Avery przewróciła oczami na widok brata. Miał obsesję na punkcie pływania i z łatwością potrafił spić wszystkich, tak że lądowali pod stołem, a sam nadal mógł przebiec 10 kilometrów.
- Macie ochotę na drinka?
Upił łyk soku i wyszczerzył zęby, widząc jak Avery krzywi się z odrazą. Baby pokręciła smutno głową, a splątane włosy opadły jej na łopatki. Baby zawsze była drobniutka, a teraz wyglądała wręcz filigranowo. Potargane, brązowe włosy straciły już miodowe pasemka, które zawsze pojawiały się w czasie pierwszych tygodni lata na Nantucket.
- Co słychać? - zagadnął przyjaźnie.
- Nic - odparły jednocześnie.
Westchnął. O wiele łatwiej było je zrozumieć, gdy miały po dziesięć lat, zanim stały się takie wycofane i tajemnicze.
Pociągnął soku pomarańczowego, zastanawiając się, czy kiedykolwiek rozumiał dziewczyny. Gdyby nie to, że tak trudno im się oprzeć, może by sobie odpuścił i został mnichem. A skoro o tym mowa, jedyny powód, dla którego wstał tak wcześnie, to z lekka pornograficzny sen, który zmusił go do wyskoczenia z łóżka i poszukania - bez skutku - basenu.
Sen o kim? Prosimy o więcej szczegółów!
Odstawił zamkniętą butelkę szampana do wielkiej donicy ze stokrotkami, upił jeszcze jeden łyk soku i wcisnął się na hamak obok sióstr. Zerknął w dół na gąszcz drzew. Nie mógł uwierzyć, jaki mały wydawał się Central Park. Z tej wysokości wszystko wydawało się miniaturowe. Zupełnie inaczej niż na Nantucket, gdzie bezmiar oceanu ciągnął się w nieskończoność. Sconset było najbliższym Portugalii i Hiszpanii miejscem w kraju i Owen zawsze się zastanawiał, jak długo musiałby tam płynąć.
- Heeeej!
Głos ich matki i brzęk bransoletek własnoręcznie zrobionych ze srebra i turkusów było słychać w całym mieszkaniu i na tarasie. Edie Carls pojawiła się w drzwiach. Miała na sobie opływającą kształty, letnią sukienkę w niebieski wzór od Donny Karan, a blond włosy z siwymi pasemkami ścięte na pazia zaplotła w mnóstwo cieniutkich warkoczyków. Wyglądała bardziej jak przestraszony jeżozwierz niż mieszkanka najbardziej ekskluzywnej okolicy na Manhattanie.
- Bardzo się cieszę, że wszyscy tu jesteście - ekscytowała się. - Potrzebuję waszej rady. Wchodźcie.
Wskazała w kierunku korytarza, a grube bransoletki zadzwoniły jedna o drugą.
Avery zachichotała, kiedy Owen posłusznie zsunął się z hamaka i podreptał do mieszkania za idącą szybkim krokiem Edie. Przez ostatni tydzień pełnił funkcję doradcy do spraw artystycznych matki. Co wieczór był na jakimś otwarciu wystawy - zwykle w zatłoczonych, pachnących paczulą galeriach na Brooklynie lub w Queens, gdzie sączył ciepłe chardonnay i udawał, że wie, o czym mówi.
Drogie pokoje z drewnianym parkietem, w których kiedyś pewnie stały szezlongi w stylu Ludwika XIV i stoliki Chippendale, były teraz puste, jeśli nie liczyć kilku przechodzonych sztuk mebli, które Edie zdobyła, korzystając z rozległej siatki przyjaciół w świecie artystycznym. Avery natychmiast zamówiła ultranowoczesny wystrój od Jonathana Adlera i Celerie Kempbell, ale meble jeszcze nie przyjechały. Tymczasem Edie wytrzasnęła skądś zjedzoną przez mole pomarańczową kanapę, którą postawiła pośrodku salonu. Rothko zaciekle ją drapał. To było jego nowe ulubione zajęcie od czasu przeprowadzki do Nowego Jorku. Większość ulubieńców Carlsów - trzy psy, sześć kotów, koza i dwa żółwie - musiało zostać na Nantucket. Rothko pewnie czuł się samotny.
Ale nadszedł kres jego samotności. Obok Rothko stała ponad półmetrowa gipsowa szynszyla, pomalowana na bladoniebiesko i owinięta w folię bąbelkową.
- Co o tym myślicie? - zapytała Edie. Jej niebieskie oczy rozbłysły. - Jakiś facet sprzedawał to po pięćdziesiąt centów na ulicy w Red Hook w Brooklynie, akurat kiedy wracałam wieczorem z performance'u. To autentyczna, nowojorska sztuka w stylu ready-made - dodała entuzjastycznie.
- Spadam stąd - stwierdziła Avery, cofając się, jakby gipsowa figurka była nosicielem groźnych chorób. - Wybierałyśmy się z Baby do Barneys - dodała, przekonując siostrę spojrzeniem, żeby się zgodziła. Baby snuła się ze smętną miną w idiotycznej bluzie Toma przez cały weekend. To się musi skończyć.
Baby jednak pokręciła głową, przyciskając bluzę mocniej do ciała. Właściwie to podobała jej się ta szynszyla. Obie w równym stopniu nie pasowały do tego eleganckiego mieszkania.
- Mam plany - skłamała.
Jakie to plany, zdecyduje, gdy tylko zniknie rodzinie z oczu.
Owen patrzył na figurkę. Miał wrażenie, że mruga do niego jednym okiem. Naprawdę musiał wyjść z tego domu.
- Ehm, muszę odebrać sprzęt do pływania.
Mgliście przypominał sobie jakiś e-mail, o tym że ma odebrać strój od kapitana drużyny w szkole św. Judy, nim jutro zacznie się nauka.
- Powinienem się tym zająć.
- No dobrze - zaszczebiotała Edie, kiedy Avery, Owen i Baby rozbiegli się w różne końce mieszkania.
Jutro zaczyna się szkoła. Początek nowej ery.
Edie ostrożnie zaniosła szynszylę do swojej pracowni artystycznej.
- Bawcie się dobrze, to wasz ostatni dzień wolności! - zawołała. Jej głos niósł się echem w pustym mieszkaniu.
A przecież oni zawsze znajdą sposób, żeby się dobrze bawić. Nie?