patrzcie tylko,
co przyniosła zębowa wróżka
Serena leżała na białej narzucie, kompletnie ubrana w ulubione grafitowe legginsy i czarny kaszmirowy sweter z dekoltem w serek J. Crew. Był sobotni poranek. W nocy nawet trochę spała, ale o piątej się obudziła, wzięła kąpiel i zrobiła sobie mleczną maseczkę na twarz, i potem już nie zasnęła. Teraz musiała być już ósma, może dziewiąta, nie była pewna. Śnieg przestał padać, przez białe, zaciągnięte zasłony wdzierały się do pokoju promienie słońca.
Sięgnęła apatycznie po małą, srebrną szkatułkę od Tiffany'ego, która stała na zabytkowej, mahoniowej szafce nocnej obok łóżka. Na wieczku znajdowały się jej inicjały: SvdW. Otworzyła szkatułkę, przyglądając się jej wnętrzu, wyściełanemu jasnoniebieskim aksamitem, będącym znakiem firmowym Tiffany'ego. Na wyściółce leżało sześć małych ząbków, lekko zbrązowiałych na brzegach - były to jej mleczaki. Nate zawsze chciał wiedzieć, dlaczego było ich tylko sześć. Siekacze, dolne i górne. Gdzie były trzonowce? I cała reszta? Serena zawsze odpowiadała mu, że reszta wypadła, kiedy jadła czekoladowe ciasto musowe na jego ósmych urodzinach i połknęła je wszystkie naraz, ale oboje wiedzieli, że to nieprawda. Sprawa z zębami była wielką tajemnicą.
Wysypała zęby ze szkatułki i trzymała je w dłoni. Były trochę obrzydliwe, jak kości zwierzęcia, które zostało przejechane na drodze, jak coś, czego nie powinna dotykać. Schowała je z powrotem do szkatułki, zamknęła wieczko i postawiła szkatułkę sobie na brzuchu. Była zmęczona, tak zmęczona, że mogłaby przespać kilka kolejnych dni, ale bała się zamknąć oczy, bo znowu mogłaby zobaczyć całujących się Blair i Nate'a. Było to coś, czego nigdy nie zapomni.
- Panienko Sereno? - Brazylijska gosposia van der Woodsenów, Deidre, zapukała delikatnie do drzwi. - Przyszedł pan Chuck Bass. Z prezentami - dodała porozumiewawczo, jakby Serena nie marzyła o niczym innym jak o zobaczeniu pana Chucka Bassa w sobotni poranek.
- Aha - mruknęła Serena, wsuwając stopy w stare kapcie Ugg, czarne, z kożuszkiem. Podeszła cicho do drzwi i lekko uchyliła. - Deidre, czy on jest już w mieszkaniu? Czy czeka w holu na dole? - zapytała z nadzieją, że gosposia będzie mogła powiedzieć portierowi, żeby go spławił.
- Jestem tutaj - rozległ się donośny głos Chucka. Stanął przed drzwiami z bukietem pachnących białych lilii i gigantycznym plastikowym kubkiem ze Starbucks, w którym była mocha frappe z bitą śmietaną na wierzchu. - Dzień dobry, skarbie. - Pocałował ją w policzek i wszedł do jej sypialni, zupełnie jakby było to ich zwykłe, cotygodniowe sobotnie spotkanie. Deidre w biało-szarym uniformie wycofała się w głąb korytarza, posyłając Serenie rozbawione spojrzenie; jej łagodne, brązowe oczy zdawały się mówić: "Co za czaruś!"
Nie było wielu rzeczy, których Serena nienawidziła, ale tak się składa, że nienawidziła przesłodzonych, mrożonych napojów ze Starbucks, a intensywny zapach lilii zawsze ją odrzucał. Tak samo jak męska woda kolońska Chucka, jego włosy, które zawsze wyglądały, jakby były mokre, i te olbrzymie, oślepiająco białe zęby. Zastanawiała się przez chwilę, czy Chuck kiedykolwiek miał mleczaki. Ciężko było to sobie wyobrazić.
- Cześć, Chuck - przywitała go znużonym głosem. Wzięła kawę, lilie odłożyła na biurko. Miała ochotę wyrzucić je przez okno, ale uznała, że to by było niegrzeczne. - Ranny ptaszek z ciebie. Gdzie Donatella?
Zauważyła, że nadal miał na sobie frak i nadal nieźle wyglądał, jak facet z reklamy dezodorantu. Znienacka padł przed nią na kolana, ujmując jej bezwładne ręce.
- Całą noc nie spałem, obserwowałem twój dom. Patrzyłem, jak zapalają się i gasną światła w twoim oknie. Nocny portier nie chciał mnie wpuścić. Nawet nie zadzwonił. - Urwał, jakby nie musiał nic więcej mówić.
Serena zmarszczyła brwi. Miała wrażenie, że coś umknęło jej uwagi.
- Gdzie Donatella? - powtórzyła głupio. - Świetnie razem wyglądaliście.
Chuck przewrócił oczami, jakby Donatella de la Varga i jej idealne, nagie piersi były czymś z zamierzchłej przeszłości.
- To jeszcze dziecko. Totalna dziewica. Okazało się, że jest zaręczona z jakimś księciem ze Szwajcarii, który ma zagwarantowane na piśmie, że Donatella musi pozostać dziewicą do nocy poślubnej, co będzie za jakieś dwa miesiące. Jej ojciec cały czas pilnował jej jak jakiś jastrząb. Chociaż może to wcale nie był jej ojciec. Jestem pewien, że miał broń. To trochę pokrzyżowało moje plany. Ale to bez znaczenia. - Chuck mocniej ścisnął jej dłonie. - Kiedy mnie wczoraj pocałowałaś, wszystko stało się jasne. To ciebie kocham.
Serena wpatrywała się w niego z góry, a kąciki jej kształtnych ust lekko drgały. To niemożliwe, żeby mówił poważnie.
- Blair cię do tego namówiła? - zapytała podejrzliwie. Blair uwielbiała kawały. Do tego zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że wczoraj złamała swojej przyjaciółce serce. Tak, to pewnie był kawał.
Chuck zmarszczył brwi.
- Nie. Blair była dosyć zajęta. - Zrobił obrzydliwy gest dłonią: wsuwał i wysuwał prawy palec wskazujący z kółeczka, które utworzył, łącząc lewy palec wskazujący z kciukiem. - Z Nate'em - dodał, jakby to było potrzebne.
Serena poczuła się, jakby ktoś ją kopnął w żołądek. Skrzywiła się; ściskało ją w gardle.
- Nie chcę zranić twoich uczuć, Chuck - powiedziała cicho - ale musisz już iść. - Pociągnęła go za ręce, żeby przywrócić go do pozycji stojącej.
Chuck wstał i złapał ją za ramiona. Już miał pochłonąć jej twarz w żarłocznym, mokrym pocałunku, ale Serena wyrwała mu się i cofnęła.
- Proszę - powiedziała błagalnie.
Wpatrywał się w nią ze złością. Nie tego się spodziewał.
Najwyraźniej potraktował ich wczorajszy pocałunek jako swego rodzaju otwarte zaproszenie.
- Co z tobą? - warknął. - A może robisz to tylko z dziewczynami?
Serena postanowiła nie odpowiadać na to pytanie.
- Cześć, Chuck. - Złapała telefon, uznając, że szybciej wyjdzie, jeśli zobaczy, że jest zajęta. Wcisnęła na chybił trafił kilka przycisków.
- Zadzwonię do ciebie - rzucił i pomachał jej na pożegnanie.
Proszę, nie.
W jej dłoni zadzwonił telefon.
- Hej! - To była Blair, tak podekscytowana, że niemal krzyczała. - Zrobiliśmy to!
Serenie zakręciło się w głowie i opadła na łóżko. Czuła się, jakby ktoś ją przekręcił przez wyżymaczkę albo dostała obuchem w głowę. Co powinna powiedzieć - pogratulować? Ale przynajmniej Blair była teraz szczęśliwa i nie siedziała z głową w sedesie, wyrzygując wnętrzności.
- On jeszcze tam jest? - zapytała ochrypłym szeptem.
- Tak - odszepnęła radośnie Blair. - Śpi.
Serena zamknęła oczy, z których pociekły łzy.
- Och.
- Nie zapomnij zadzwonić do agenta z biura podróży, żeby powiedzieć, jakie mamy plany na lato - przypomniała jej Blair despotycznym tonem. - Powiedz mu, że nie interesują nas piesze wędrówki po Alpach ani Droga Appijska, ani nic takiego. Nie zamierzam wędrować. Chcę spędzić możliwie jak najwięcej czasu w pociągu, w swojej kuszetce, z Nate'em.
- Okay. - Serena już szlochała. - Zadzwonię do ciebie później - dodała szybko i się rozłączyła. Siedziała na brzegu łóżka, wpatrując się w wesoły, różowo-niebieski dywanik w różyczki, a po jej policzkach płynęły łzy, skapując na kolana. Zatracona w nieszczęściu, siedziała tak, sama nie wiedząc jak długo; mogła to być minuta, dziesięć minut albo nawet czterdzieści pięć.
Wreszcie otarła łzy i podeszła do biurka. Odsunęła na bok stos folderów ze szkół z internatem i otworzyła podręcznik do łaciny. Amo, amas, amat. Jeszcze nigdy nie odrabiała pracy domowej w sobotni poranek. Ale ponieważ jej najlepsi przyjaciele byli teraz zajęci sobą, może to była jej szansa, by stać się wzorową uczennicą, poświęcić się działalności dobroczynnej czy poprawić bekhend.
Musiała znaleźć jakiś sposób, by uleczyć złamane serce.