dokąd chodzą wszystkie dziewczyny
- Będziesz to przymierzać? - zapytała nieśmiało Blair Waldorf Alison Baker, dziwnie infantylna dziewczyna z ostatniej klasy.
Blair pchnęła srebrny wieszak po szynie w stronę Alison. Biała, sztywna jak tektura tunika z lnu jakiegoś przypadkowego skandynawskiego projektanta? Nie, dzięki.
- Bierz - odparła wspaniałomyślnie.
Alison miała cienkie, długie do pasa, brązowe włosy, przerwę między jedynkami i była potwornie chuda. Codziennie zakładała białą koszulę i granatowe sznurowane buty, których szkoła Constance Billard wymagała od przedszkolaków, ale których w pierwszej klasie nikt już nie założyłby do mundurka. Kiedyś, w czwartej klasie, Alison zsikała się w majtki w bibliotece, bo nie chciała pójść do łazienki, nim nie skończy czytać Ani z Zielonego Wzgórza. Przez resztę dnia musiała chodzić w za małych wełnianych rajstopach w musztardowym kolorze z kosza na rzeczy znalezione. Bez bielizny.
Musiało drapać.
W szóstej klasie Alison dwa weekendy z rzędu bezskutecznie zapraszała Blair do wiejskiej posiadłości w Osterville na Cape Cod, aż w końcu sobie odpuściła. Potem rozpuściła paskudną plotkę, że ojciec Blair nie puszcza córki na weekendy, ponieważ łączy ich kazirodczy związek, a tylko wtedy mogą spędzać czas razem.
Ojciec Blair, stuprocentowy gej? Z byka spadła?
- Będzie ci w niej fantastycznie. Ja mam do niej za wąskie ramiona - skłamała Blair.
Alison włożyła tunikę na koszulę i pozwoliła, żeby spódniczka od mundurka opadła na podłogę. Sukienka zwisała z jej kościstej figury jak mokry worek na kartofle. Z mysimi, wiotkimi włosami do pasa wyglądała jak dziewczyna, którą opętał demon w tym obrzydliwym horrorze Egzorcysta.
- Myślisz, że jest za duża? - zapytała.
Nawet Blair nie miała serca udawać, że Alison wygląda dobrze.
- Może - odparła, zbyt zajęta stosem jaskrawo kolorowych, jedwabnych, obcisłych sukienek na ramiączkach od Diane von Furstenberg, żeby czymkolwiek się przejmować.
- Ej, ja to chciałam przymierzyć! - Isabel Coates wyrwała zwiewną, białą sukienkę Stelli McCartney z rąk Rain Hoffstetter i przycisnęła do swojej patykowatej pozbawionej talii figury. Zapuszczała grzywkę i lśniące ciemne włosy nosiła podpięte wsuwkami nad czołem w zamierzonym nieładzie, przez co wyglądała odjazdowo i kretyńsko zarazem.
- Żartujesz? To jest trzydzieści sześć. W życiu się w nią nie wciśniesz - zaoponowała Rain, łapiąc za brzeg sukienki, jakby chciała wyrwać ją z rąk Isabel. - Jestem niższa od ciebie - upierała się, chociaż tak samo jak Isabel, była bliższa czterdziestki niż trzydziestu sześciu.
- Nie wiem, dlaczego tak się pieklicie o głupią kieckę. - Blair ziewnęła, podchodząc do wieszaka z wyszywanymi paciorkami bawełnianymi sweterkami w kolorze lilaróż od Nicole Farhi. - Po pierwsze, jest kremowa i patrzcie... - Wskazała pomalowanym na perłowo paznokciem na biały, satynowy wieszak, na którym wisiała sukienka. - Ma różowy pasek. A nasze sukienki na koniec szkoły mają być nieskazitelnie białe.
Chociaż sukienka była o dwa rozmiary za mała, Isabel nadal przyciskała ją do siebie, jakby od tego zależało jej życie.
- Może wcale nie chcę jej na zakończenie szkoły. Może wybieram się na imprezę albo coś takiego.
Jasne. Została zaproszona na sekretną imprezę, o której Blair nie wiedziała.
Dzisiaj był pierwszy dzień pokazu i wyprzedaży Browns of London w głównej sali balowej hotelu St. Clair i dziewczyny z ostatniej klasy Constance Billard urwały się z godziny wychowawczej, żeby się tam zjawić. Czy był lepszy sposób, by upolować sukienkę, która pojawiła się już w Anglii, ale nigdy nie była sprzedawana w Nowym Jorku? Żeby znaleźć idealną, pożądaną, jedyną w swoim rodzaju suknię na zakończenie szkoły? Jedyny sęk w tym, że ich sukienki na rozdanie świadectw musiały być całe białe, a większość projektantów wystrzegała się bieli, by uniknąć mało seksownych skojarzeń z chrzcinami i wiejskimi pastuszkami.
O sukniach ślubnych nie wspominając.
- Szkoda, że ta ma tren... - zadumała się na głos Kati Farkas, unosząc do góry śnieżnobiałą, satynową sukienkę z bufiastymi rękawami od Alexandra McQueena. Wyglądała jak coś, co Śpiąca Królewna chętnie by włożyła na stuletni sen.
- Fuj. - Isabel zmarszczyła nos. - Tren to zdecydowanie nie jej jedyna wada.
Pokaz składał się z pięćdziesięciu ośmiu wieszaków ubrań - sukni balowych, sukienek koktajlowych, sukni ślubnych i dla druhen, spódnic, bluzek, swetrów, rybaczek, dwóch wieszaków kapeluszy, a nawet wieszaka pełnego tiar, welonów i chustek. Ubrania były cudowne i przepięknie wykonane, ale dziewczyny nie obchodziły się z nimi delikatnie. Rzeczy walały się po całym dywanie, a zwykle dostojna, pełna złoceń sala balowa wyglądała teraz jak garderoba jakiejś zwariowanej modnisi z Upper East Side, która w alkoholowym upojeniu szykowała się na imprezę dobroczynną.
Tłum dziewcząt polujących na wymarzoną sukienkę na zakończenie szkoły, umilkł na chwilę, gdy wysoka blondynka o ogromnych ciemnoniebieskich oczach weszła do sali i podała ochroniarzowi biało-zielony skórzany plecak Louisa Vuittona. Za nią stał opalony chłopak o falujących złotobrązowych włosach i błyszczących zielonych oczach.
- Założę się, że się spóźnili, bo najpierw musieli skoczyć na górę - zachichotała Rain, szturchając Nicki Button w żebra. Rain i Nicki wybrały się w weekend na japoński zabieg prostowania włosów i teraz ich ciemne czupryny były nienaturalnie wygładzone i lśniące, jakby dokleił je specjalista z londyńskiego muzeum figur woskowych Madame Tussaud.
- Patrz. Blair udaje, że ich nie zauważyła. O Boże, Serena idzie prosto do niej - zapiszczała Laura Salmon.
Dziewczyny stały z ramionami pełnymi sukienek, nie spuszczając oczu z Sereny van der Woodsen, która popłynęła do wieszaka z eleganckimi, ale mimo to niemodnymi, słomkowymi kapeluszami od słońca, raptem dwa kroki od Blair, i zaczęła je przymierzać.
- Ładny - stwierdził Nate Archibald bez entuzjazmu, garbiąc się pod ścianą.
Wyglądał na bardziej pochmurnego i zamyślonego niż zwykle. To była jedna z tych imprez, gdzie większość dziewczyn, zamiast czekać wieczność w kolejce do przymierzalni, rozbierała się po prostu przy wieszakach. Nate był jednak najbardziej pożądanym chłopakiem na Upper East Side. Dziewczyny rozbierały się do naga, gdy tylko pstryknął palcami, ale nawet wtedy to on, nie one, przyciągał pożądliwe spojrzenia. Nic dziwnego, że nie był pod wrażeniem. To, jak wbijał wzrok w swoje tenisówki z limitowanej serii Stana Smitha, wyraźnie mówiło, że robi, co może, aby udawać, że nie zauważył Blair - dziewczyny, z którą miał spędzić resztę życia. Jednak raptem w zeszłym tygodniu spieprzył sprawę, zabawiając się w czasie dnia wagarowicza ostatnich klas z Sereną. Teraz Blair stała z pięć metrów od niego, posyłając mu lodowate spojrzenie.
Po tym, jak nakryła Nate'a z Sereną, Blair przysięgła sobie, że jeśli znowu natknie się na nich razem, nie wpadnie w szał, nie złapie pierwszego lepszego ostrego lub ciężkiego przedmiotu i nie ciśnie w ich głowy, wrzeszcząc: "Zdradliwe, napalone świnie!" Nie mogła jednak nic poradzić, że czuła się bardziej niż wkurzona tym, jak dobrze razem się prezentowali. Naturalne jasne pasemka we włosach Nate'a miały dokładnie ten sam bladozłoty odcień, co włosy Sereny. Oboje mieli ten sam zdrowy słoneczny rumieniec, jakby spędzali całe dnie na kocu na Owczej Łące, całując się i opalając. Serena miała na sobie jedną z granatowych znoszonych koszulek polo Nate'a, z wyblakłym kołnierzykiem i strzępiącym się brzegiem. A policzki Nate'a lśniły odrobinę w jasnych światłach sali balowej, zupełnie tak samo jak bladoróżowy błyszczyk Vincenta Longo, który miała na ustach Serena.
W innych okolicznościach byłoby to nawet słodkie, ale teraz zdecydowanie nie było.
A jednak coś było nie tak. Nate schudł i wyglądał na przygnębionego, a Serena sprawiała wrażenie bardziej rozkojarzonej niż zwykle. Blair z przyjemnością zauważyła, że zdecydowanie nie są szczęśliwi. Pewnie Nate chodził ciągle zbyt ujarany, by poświęcać Serenie tyle uwagi, ile się domagała. A Serena pewnie nieustannie zapominała zatelefonować do Nate'a. On udawał, że nie lubi ciągłego dzwonienia, ale w głębi duszy potrzebował tego, tak jak dzieci potrzebują, żeby im zawsze przypominać, że są pępkiem świata. Z chytrym uśmieszkiem Blair wróciła do wieszaka z sukienkami Ghost, które przeglądała bez przekonania, próbując znaleźć coś oryginalnego, w czym nie będzie się jej można oprzeć na uroczystości rozdania dyplomów w Constance Billard. Uroczystości, która miała się odbyć już za dwa tygodnie.
No właśnie. Po co marnować energię na nienawidzenie ich, kiedy są ważniejsze sprawy do załatwienia? Na przykład, kupienie sukienki.
Serena zdjęła kapelusz, który przymierzała i założyła czarny toczek z jedwabiu, z ponaszywanymi sztucznymi perełkami i króciutkim, ledwo przysłaniającym oczy woalem. Zacisnęła błyszczące usta i patrząc w lustro, doszła do wniosku, że wygląda jak Madonna w Evicie albo jakaś młodziutka żona mafioza. To była jedna z tych rzeczy, które tak uwielbiała w graniu. Mogła zatrzepotać długimi rzęsami, zerkać zza woalki ciemnoniebieskimi oczami na publiczność i nagle stawała się tragiczną postacią, która rozpaczliwie potrzebowała odrobiny czułości, albo przynajmniej mocnego drinka.
Kapelusz prezentował się bardzo dramatycznie, a tak właśnie ostatnio się czuła. Nie była tyle dramatycznie przygnębiona czy dramatyczne szczęśliwa, co dramatycznie czuła, że nie jest sobą. Spojrzała ukradkiem na Blair, która zawzięcie przeglądała sukienki na wieszaku, nawet nie racząc zauważyć przyjaciółki. Serena zamieniła czarny kapelusz na wstrętną, grubą opaskę z fioletowego aksamitu z naszytymi sztucznymi liśćmi i owocami. Gdyby tylko Blair spojrzała na nią. Serena wiedziała, że posikałaby się ze śmiechu. Ale Blair nadal stała odwrócona do niej plecami. Serena westchnęła. Jeszcze tydzień temu były najlepszymi przyjaciółkami. A teraz to. Ona i Nate byli razem, a Blair nie odzywała się do nich.
To był totalny wypadek, że rzucili się na siebie na imprezie Isabel i gdyby Blair ich nie przyłapała, prawdopodobnie na tym by się skończyło. Ale byłoby zwyczajnym okrucieństwem baraszkować na oczach Blair, a potem nawet nie spróbować udawać, że to miało jakieś znaczenie. Chociaż ona i Nate nigdy właściwie o tym nie rozmawiali, obojgu zbyt zależało na Blair, żeby nie zostać razem i pokazać, że nie były to tylko przypadkowe igraszki dwojga pięknych, napalonych, egocentrycznych ludzi, którzy nie potrafią nad sobą zapanować.
A właśnie tacy byli.
Poza tym bycie parą nie wydawało się takie trudne. Oboje byli śliczni, uwielbiali swoje towarzystwo - zawsze tak było - a apartament Sereny przy Piątej Alei znajdował się raptem cztery przecznice od domu Nate'a między Park a Lexington. No i tak naprawdę, tylko się wygłupiali, bo po pierwsze, znali się od małego i niczym nie mogli siebie zaskoczyć, i po drugie, nawet jeśli Serena z przyjemnością poszłaby na całość, to Nate miał ostatnio pewien problem...
Och? A cóż to może być za problem?
- Cześć, Serena! - zawołała Isabel znad wieszaka z ubraniami Stelli McCartney. - Słyszałam, że pan Beckham zgłosił cię na mówczynię ostatnich klas.
Serena odwiesiła fioletową opaskę na miejsce.
- Serio? - odparła szczerze zdumiona.
Pan Beckham był nauczycielem filmu w Constance Billard. Przestała chodzić na te zajęcia w dziewiątej klasie, a przez następne dwa lata w ogóle nie uczyła się w Constance. Była w Hanover Academy w New Hampshire, dopóki nie opuściła kilku pierwszych tygodni w ostatniej klasie i dyrekcja nie chciała jej już z powrotem przyjąć. Dlaczego ze wszystkich ludzi akurat pan Beckham zgłosił jej kandydaturę? Dobre pytanie.
- No więc, masz zamiar przemawiać? - dopytywała się Isabel.
Serena próbowała wyobrazić sobie siebie stojącą na podium w Brick Church przy Park Avenue, jak zwraca się do swojej klasy, ubrana w nieskazitelnie białą sukienkę i białe rękawiczki. "Och, miejsca, do których się udacie
. Przyszłość jest tak jasna, że będziemy musiały nosić okulary przeciwsłoneczne" itd. Może i lubiła aktorstwo oraz pracę modelki, ale inspirujące przemowy raczej nie były w jej stylu. Na pewno jest w klasie ktoś, kto lepiej się do tego nadaje.
- Może - odparła wymijająco.
Ty zdziro, pomyślała Blair. Uszy bolały ją od podsłuchiwania. Od czasu niechlubnego incydentu w wannie na imprezie u Isabel, Blair postanowiła, że wszystkich zaskoczy i pokaże im, że jest ponad głupim i raniącym postępkiem Sereny i Nate'a. Zdecydowała się zachowywać tak, jakby miała to gdzieś i skończyć szkołę jako dziewczyna, którą wszyscy podziwiają.
Nie żeby już nie była powszechnie podziwiana. Zawsze miała najlepsze ciuchy, najlepsze torebki, najlepsze paznokcie, najładniejsze fryzury i, zdecydowanie, najfajniejsze buty. Ale tym razem chciała być podziwiania za odwagę, niezależność i inteligencję. A bycie mówczynią na rozdaniu dyplomów stanowiło istotną część tego planu. W tej właśnie chwili Vanessa Abrams, nieoczekiwana współlokatorka Blair, zgolona na pałkę, i zawsze ubrana na czarno, siedziała w szkole i zgłaszała kandydaturę Blair. Ale jak zwykle, ta wścibska zdzira, Serena, musiała ją naśladować.
Dowcip polegał na tym, że z reguły nikt nie musiał zabiegać o bycie mówczynią. Zwykle nie było żadnego głosowania, ponieważ zgłaszano tylko jedną kandydaturę. Bycie mówczynią to jedna z tych rzeczy, które się po prostu przydarzały - kolejna tajemnicza tradycja Constance Billard, której nikt tak naprawdę nie rozumiał. Sprawy przybiorą teraz ciekawszy obrót, skoro będą kandydować dwie dziewczyny.
Zwłaszcza te dwie.
Serena natychmiast zrozumiała, że Blair pomyśli, że ona naprawdę chce przemawiać, co absolutnie nie było prawdą. Ale jak miała się bronić, skoro była przyjaciółka nie chciała na nią nawet spojrzeć? Nie mogąc się oprzeć, wskazała na gotycką, ale białą sukienkę Morgan Le Fay, którą trzymała Blair.
- O Boże, wyglądałaby fantastycznie na Vanessie. To dla niej, prawda? - zapytała z promiennym uśmiechem.
Och, więc myślisz, że możesz tak po prostu ze mną rozmawiać? - pomyślała Blair. Błąd. Nie potrafiła wymyślić ciętej odpowiedzi, wzruszyła więc ramionami i zaniosła sukienkę do zaimprowizowanej kasy rozstawionej na stole bankietowym przy drzwiach. Zapłaciła jedną z trzech platynowych kart, których spłacaniem zajmował się księgowy matki, Ralph.
Nie będzie łatwo, pomyślała Serena z teatralnym westchnieniem.
- Nie mam nastroju na zakupy - dodała na głos i zerknęła w stronę Nate'a.
Sprzeczki z Blair były zawsze takie wyczerpujące. Zwłaszcza jeśli wiązało się to z byciem szaleńczo zakochaną w Nacie Archibaldzie.
Albo przynajmniej udawaniem, że się jest.