co b by chciała pod choinkę
- Nie śpisz, Skaucie?
Blair Waldorf przebudziła się z drzemki i zobaczyła nad sobą Pete'a Carlsona, swojego chłopaka. Pete posłał jej uroczy, krzywy uśmiech. Jego oczy były niebieskie jak ocean. Otaczały je rudawe rzęsy, tego samego koloru co gęste, opadające na oczy włosy.
Blair odrzuciła koc w szkocką kratę Black Watch w nogi kanapy i dyskretnie sprawdziła palcem wskazującym, czy nie ośliniła się podczas snu. Uwielbiała być budzona przez Pete'a, a już zwłaszcza gdy zwracał się do niej jakimś uroczym przezwiskiem. Teraz mówił na nią Skaut, bo doprowadziła go i jego trzech starszych braci do najpiękniejszej jedlicy w lesie w rozległej posiadłości Carlsonów w Woodstock w stanie Vermont. Wcześnie rano otworzyli prezenty ułożone pod wspaniałym drzewkiem. Pete dał Blair parę granatowo-beżowych butów turystycznych marki North Face. Obiecał jej, że jak zrobi się cieplej, zabierze ją na swoje ulubione szlaki. Blair nigdy nie przepadała za przyrodą, za to Pete uwielbiał być na świeżym powietrzu. I jakoś nagle spanie pod gwiazdami u jego boku nabrało dla niej romantycznego wymiaru.
- Pewnie, że nie śpię - skłamała, usiadła i ziewnęła.
Było już prawie południe. Milutcy, aczkolwiek nadpobudliwi bratankowie i bratanice Pete'a obudzili wszystkich o nieludzkiej piątej nad ranem, żeby otworzyć prezenty.
- To dobrze.
Pete usiadł koło niej na wytartej granatowej kanapie i czule odsunął jej długie pasma grzywki sprzed trójkątnej twarzy. Włosy miała trochę bardziej zmierzwione, niż lubiła, ale nie miała zaufania do żadnego z fryzjerów w obskurnym New Haven. Poza tym, cóż znaczy rozczochrana fryzura, gdy jest się z chłopakiem, który naprawdę cię kocha?
- Śniło ci się coś? Warczałaś przez sen. To urocze. Pete podniósł koc z podłogi i owinął nim ich nogi.
- Aha.
Blair zmarszczyła czoło. Warczała?
Szczerze mówiąc, miała ostatnio dziwne sny. Zeszłej nocy obudziła się i w pierwszej chwili wydawało jej się, że jest u swojej dawnej najlepszej przyjaciółki, Sereny van der Woodsen. Dopiero po chwili do niej dotarło, że śpi w ciemnej, dostojnej sypialni gościnnej w ogromnej posiadłości Carlsonów w stylu kolonialnym.
Może po prostu stęskniła się za domem. Ostatecznie nie mieszkała już w Nowym Jorku, Sereny nie widziała od sierpnia, a wszyscy jej krewni byli teraz za granicą. Jej ojciec, Harold, świętował Boże Narodzenie w Prowansji ze swoim chłopakiem, Gilese'em i ich adoptowanymi bliźniętami. Przyrodni brat, Aaron, był w kibucu w Izraelu. Matka, ojczym, brat Tyler i mała siostrzyczka Yale przeprowadzili się w sierpniu do Los Angeles, do wielkiej, kiczowatej posiadłości na Pacific Palisades, którą przerabiali na jeszcze większą i bardziej kiczowatą. Na czas remontu wybrali się w podróż po południowym Pacyfiku, na wyspy, które zeszłej wiosny Eleanor Rose kupiła członkom rodziny w napadzie szaleństwa podyktowanego ciążą. Blair kusiło, żeby do nich dołączyć, choćby tylko po to, by spędzić trochę czasu ze swoją młodszą siostrą, najmniej popapranym członkiem jej absurdalnie tragicznej familii.
Lecz wtedy przyszła kartka od matki. Zdjęcie przedstawiało jej łysego ojczyma, Cyrusa Rose'a w jaskrawoczerwonym kostiumie Mikołaja, który na jednej ręce trzymał maleńką Yale w kostiumie elfa, a w drugiej menorę. Na kartce złotymi literami było wypisane: "Na pamiątkę świątecznej fuzji rodziny Waldorf-Rose". Udział w świątecznej fuzji nagle przestał ją pociągać. A potem dostała zaproszenie na święta od idealnych Carlsonów i uznała, że jej obowiązkiem jako dziewczyny Pete'a jest przyjąć zaproszenie.
- Śniłam o tobie. O nas. Jestem taka szczęśliwa.
Blair westchnęła z zadowoleniem i spojrzała w płomienie buzujące w oryginalnym, ceglanym kominku po drugiej stronie pokoju. Za oknem ziemię przykryła cienka kołderka śniegu.
- Ja też.
Pete zmierzwił jej włosy, przyciągnął do siebie i pocałował.
- Przyjemnie smakujesz - szepnęła.
Rozluźniła się i opadła w umięśnione ramiona Pete'a. Zsunął jej czarny kaszmirowy kardigan Loro Piana i została tylko w brzoskwiniowym podkoszulku marki Cosabella.
Zabawne, jak sprawy się potoczyły. Cztery miesiące temu, gdy przyjechała do Yale, zakwaterowano ją z tryskającą energią Alaną Hoffman, śpiewającą a cappella. Cały czas. Blair budziła się przy dźwiękach piosenki Son of a preacher man, którą Alana śpiewała swojej kolekcji misiów marki Gund. By jak najmniej przebywać w pokoju, Blair zaczęła przesiadywać w bibliotece. Pete pisał tam pracę na zajęcia z magicznego realizmu. Blair nawet nie spojrzała na żadnego faceta, odkąd Nate Archibald, jej chłopak ze szkoły średniej i rzekoma miłość jej życia, postanowił nie iść z nią do Yale i zostawił ją na lodzie na stacji Grand Central. Poszedł na inną uczelnię. Tamtego dnia, na widok uroczego dwudniowego zarostu Pete'a, nieustannego półuśmieszku, intensywnego skupienia w ciemnoniebieskich oczach, gdy ślęczał nad książką, po raz pierwszy ogarnęło ją poczucie, że może życie nie kończy się na Nacie. Wymienili zalotne spojrzenia i w końcu Pete zaprosił ją na kawę.
Od tamtej pory byli nierozłączni. Od Święta Dziękczynienia Blair właściwie mieszkała z Pete'em - oraz piątką jego niestroniących od dżinu, wysportowanych współlokatorów - w wygodnej, odrapanej kamienicy na Chapel Street. Na początku trochę niepokoiło ją mieszkanie z bandą chłopaków, ale spodobało jej się, że z dnia na dzień zdobyła serca braci i przez większość czasu była jedyną dziewczyną na horyzoncie. Chłopcy oddali jej do wyłącznej dyspozycji łazienkę na górze. Nie miała w związku z tym nic przeciwko pomaganiu im w zadaniach domowych ze statystyki.
Niesamowite, jakie z Pete'em wszystko było łatwe. Po raz pierwszy od osiemnastu lat życie Blair nabrało sensu. Z przyjemnością chodziła na zajęcia wprowadzające do prawa, mieszkała z kolegami, którzy ją uwielbiali, miała kochającego, przystojnego chłopaka. I jeszcze na dodatek znalazła w Carlsonach rodzinę zastępczą.
Której członkowie nie używali słowa "fuzja".
Przez ostatnie parę dni niemal cały czas spędzali z Carlsonami: tatą Pete'a, Chappym, który był kiedyś senatorem, jego mamą Jane, pochodzącą z dobrej bostońskiej rodziny, trójką starszych braci, ich żonami i bandą anielskich bratanków i bratanic, których wciąż myliła. Brzmiało to jak istny koszmar, ale okazało się urocze. Pan Carlson był postawnym mężczyzną z rumianą twarzą, który opowiadał pikantne dowcipy i doprowadzał wszystkich do histerycznego śmiechu. Mama Pete'a od niechcenia recytowała przy stole wiersze Anne Sexton, choć wcale nie była wstawiona. Bracia byli przystojni, przyjaźni i inteligentni, ich żony dobrze wychowane i miłe. Nawet dzieci były uprzejme. Jak dotąd były to idealne święta.
A miało być jeszcze lepiej. Z okazji Nowego Roku Chappy zarezerwował dla całej rodziny miejsca w ekskluzywnym pięciogwiazdkowym kurorcie na Kostaryce. Oczywiście Blair mogła się obejść bez wycieczki do lasu tropikalnego, ale słyszała, że są tam nieskazitelne plaże, jest gorąco, a wille są wyposażone w niesamowite materace.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Jesteście ubrani? - zawołał Jason, brat Pete'a, i wszedł do środka.
Miał taką samą szczupłą sylwetkę jak Pete. Wysocy, rudawi przystojniacy - cała czwórka braci Carlsonów: Everett, Randy, Jason i Pete, była do siebie tak podobna, że można by ich wziąć za czworaczki, choć było między nimi po dwa lata różnicy. Ujmujący Jason, student drugiego roku prawa na UPenn, był dwa lata starszy od Pete'a. Gdyby Blair nie była po uszy zadurzona w Pecie, pewnie zakochałaby się w Jasonie.
Przynajmniej miała wyjście awaryjne.
- Gramy w kalambury. Bożonarodzeniowa tradycja Carlsonów. Wasza obecność byłaby mile widziana.
- Musimy? - Blair zdusiła jęk.
W teorii było to miłe, ale przez ostatnie trzy dni nic innego nie robili, tylko grali w kalambury, rebusy i scrabble. Blair lubiła rywalizację i była już zmęczona ciągłą walką o wygraną i jednoczesnym udawaniem, że wcale jej na tym nie zależy.
Może powinni zamiast tego zagrać w prawda czy wyzwanie?
- Zgadnij, kto znowu chce cię mieć w swojej drużynie. - Jason uśmiechnął się ironicznie, błyskając perłowobiałymi zębami, znakiem rozpoznawczym Carlsonów. - Nasz tato cię po prostu uwielbia!
- Super! - odpowiedziała z udawanym zapałem.
Przeszła za Pete'em przez szeroki, łukowato sklepiony hol do kuchni. Cały dom składał się ze sprzeczności: ściany były z surowego drewna, ale wypolerowane drewniane podłogi przykrywały zabytkowe tureckie dywany. W kuchni, w kącie naprzeciwko dwóch ogromnych lodówek sub-zero stał ogromny piec opalany drewnem. Członkowie rodziny siedzieli na tapicerowanych żółtych krzesełkach przy dużym oknie w wykuszu. Przed nimi stał Chappy, który miał na sobie gruby kremowy sweter z Aranów i próbował przywołać ich do porządku.
- Skaut! - zawołał radośnie na widok Blair i Pete'a.
- Dzień dobry, panie Carlson.
Blair uśmiechnęła się ciepło, gdy Chappy klepnął ją w ramię.
- Już cię zarezerwowałem, więc sobie od razu odpuśćcie, chłopcy - oświadczył jowialnie synom, którzy uśmiechnęli się uprzejmie do Blair, choć Everett nawet nie podniósł głowy znad iPhone'a. - Sam nie wiem, co ja bez ciebie zrobię w przyszłym tygodniu, Skaucie.
- Och, przecież na plaży też można się zabawić - odparła Blair. Zarumieniła się. Zabrzmiało to zupełnie nie na miejscu.
- Znaczy, zagrać w kalambury - wyjaśniła szybko.
- No tak, ale co ja zrobię bez mojego ulubionego członka drużyny? - Chappy pokręcił smętnie głową. - Jane, bez obrazy, ale ty oszukujesz.
- Owszem, oszukuję, sama się do tego przyznaję. - Włosy Jane Carlson o barwie pszenicy były przystrzyżone na rozsądnego pazia. Jane była wysoka i wysportowana. Miała na sobie sweter w tym samym stylu co jej mąż. - Dobrze, że chociaż ty trzymasz się litery prawa. - Puściła oko do Blair.
Lecz Blair myślała teraz o słowach Chappy'ego, które sugerowały, że jej nie będzie z nimi na Kostaryce. Kupiła na tę okazję pięć nowych kostiumów kąpielowych od Eres. Dobrze tuszowały dwa i pół kilo, które jej przybyło, odkąd przeszła na obrzydliwe jedzenie w stołówce w Yale.
- Beze mnie? - wypaliła idiotycznie.
- Ja bym cię chętnie zabrał, ale wiesz, w rodzinie Carlsonów mamy takie powiedzenie... - zaczął Chappy i jego niebieskie oczy zamigotały, jakby właśnie miał wygłosić błyskotliwą przemowę polityczną. - Jeśli chodzi o wspólne wyjazdy na wakacje, to wierzę w zasadę "bez mariaży nie ma wspólnych wojaży".
- To przekleństwo Carlsonów - westchnął Jason i szturchnął Blair ze współczuciem pod bok.
Przesunęła się. Rzeczywiście nigdy oficjalnie nie zaproponowano jej wyjazdu na Kostarykę, ale, na litość boską, ostatecznie zaproszono ją na święta. Przecież to bardziej wyjątkowa okazja niż wakacje nad morzem, prawda? No i czemu właściwie nie mieliby jej zaprosić? Sama od lat zabierała Nate'a na wakacje z rodziną, a nie był przecież jej mężem.
No, może tylko w marzeniach.
- Blair, my cię kochamy i chcemy, żebyś weszła do naszej rodziny, ale zasady są zasadami - wyjaśnił z sympatią Chappy, jakby była kimś z jego okręgu wyborczego, komu próbuje wytłumaczyć jakieś niewiarygodnie skomplikowane przepisy. - Mam czterech synów. Oni się przy tobie zachowują przyzwoicie, ale szczerze mówiąc, ci panowie odegrali więcej scen z przedstawicielkami płci pięknej w roli głównej niż studenci aktorstwa na Yale - dokończył i pokręcił głową.
- Może spędzisz trochę czasu z koleżankami i zaszalejecie! - zasugerowała Sara, szwagierka Pete'a w ósmym miesiącu ciąży, która siedziała w rogu i głaskała się po brzuchu opiętym sukienką Lilly Pulitzer. - Pamiętam, że jak pierwszy raz usłyszałam o zasadzie Carlsonów, pojechałam z dziewczynami ze studiów do Cancún i świetnie się bawiłyśmy!
Lekko opalona twarz Sary w kształcie serca nagle rozpromieniła się na to miłe wspomnienie.
- Naprawdę? - zdziwił się Randy i spojrzał na nią. - Nie miałem o tym pojęcia.
- Przykro mi, synu! - Chappy klepnął Pete'a w plecy. - Przykro mi, Skaucie!
Blair wbiła wzrok w obraz wiszący nad kominkiem, który przedstawiał statek miotany falami podczas wściekłego sztormu. Co za nudny, przypadkowy obraz. Nagle poczuła, że nienawidzi swojego głupiego przezwiska. Skaucie?
Chyba raczej Skaucie na aucie.
- Blair, przepraszam... - powiedział lakonicznie Pete. - Myślałem, że rozumiesz...
- Co? Dobrze wiedziałam, że nie jadę z wami - skłamała Blair i uśmiechnęła się nieszczerze.
W żołądku jej się przewracało. Przez krótką chwilę miała ochotę wstać, pobiec do łazienki na drugim piętrze i zwymiotować wszystko, co zjadła podczas ostatnich pięciu dni.
- Blair, kochanie, proszę, twoja gorąca czekolada. Dołożyłam ci kilka dodatkowych cukierków ślazowych. - Jane podała jej parujący kubek. - Nie usiądziesz? - Wskazała na jeden z wygodnych, miękkich, ciemnozielonych foteli.
- Dziękuję. - Blair kiwnęła głową. Wyprostowała się i odwróciła do czekającego cierpliwie klanu Carlsonów. Postanowiła, że nie pozwoli tej bandzie rodem z Brady Bunch zobaczyć, jaka jest zdenerwowana. - Gotowi do gry?
Zmusiła się do uśmiechu. W jej głowie już powstawał plan.
- Może rzeczywiście zorganizuję sobie szalony, babski weekend - szepnęła Pete'owi na ucho. - Cały rok nie byłam w Nowym Jorku. Te dwa weekendy z tobą się nie liczą, bo nie wyszliśmy z hotelu.
Zbladł. Zapewne wyobrażał sobie teraz huczną zabawę bez niego. Blair uniosła wyzywająco brew. W końcu była kobietą. Kobietą z Yale. Miała gdzie się podziać.
Oraz, co ważniejsze, miała w co grać.