S i B zerkają w krzywe lustro
- Halo? Halo? - Blair Waldorf i Serena van der Woodsen weszły do skąpo umeblowanego holu futurystycznej rezydencji Baileya Wintera w East Hampton. Na zewnątrz kwitły hortensje, temperatura wciąż rosła, a w powietrzu latały pyłki. Ale w środku panował chłód. Dom był wysprzątany na wysoki połysk. Blair upuściła na podłogę, której wzór przypominał pasy zebry, łososiową skórzaną torbę z Tod's i znowu krzyknęła: - Halo?! Jest tu kto?
Serena przesunęła na czubek głowy klasyczne okulary przeciwsłoneczne Chanel w drewnianej oprawie. Przyzwyczajona była do mieszkań pełnych antyków, ale gdyby miała letni domek, chciałaby, żeby wyglądał właśnie tak: lśniący, czysty i bez żadnych gratów.
- Jesteście, jesteście, jesteście!
Znany projektant zbiegł wypolerowanymi hebanowymi schodami jak przyduży dzieciak w bożonarodzeniowy ranek, klaszcząc w ręce i przekrzykując szczekanie pięciu mopsów, które pędziły tuż za nim.
Blair wymieniła z nim trzy pocałunki w powietrzu. Nigdy wcześniej nie zauważyła, że jest tak niski; jego głowa znajdowała się dokładnie na wysokości jej podbródka. Bailey przygotował kostiumy do Śniadania u Freda - filmu, który miał być remakiem Śniadania u Tiffany'ego z Audrey Hepburn. Główną rolę gra w nim najstarsza i najlepsza przyjaciółka Blair, Serena. Po zakończeniu zdjęć Bailey zaprosił obie na lato do rezydencji w Georgica Pond, aby były jego muzami. Miały go zainspirować do nowej kolekcji lato-zima. Kolekcji, która zostanie pokazana tylko raz i będzie zawierać najbardziej ekscytujące pomysły.
- Dziękujemy, że nas zaprosiłeś - mruknęła Blair, gdy pięć psów z entuzjazmem obwąchiwało jej pomalowane na blady róż paznokcie u stóp. Na nogach miała - jakże inaczej - białe lniane espadryle Baileya Wintera.
- Nie wstydź się! - wykrzyknął mężczyzna, czym przestraszył Serenę, która nadal stała w progu i podziwiała dom.
- Chodź tu i natychmiast daj mi porządnego buziaka!
Serena ruszyła za przykładem Blair, odkładając ciemnozieloną, płócienną torbę Herm?sa na wypolerowaną podłogę i obejmując drobnego projektanta. Mopsy kręciły się wokół niej, ocierając grube, ociekające śliną pyszczki o jej opalone nogi.
- O mój Boże, zachowujcie się! - zbeształ psy Bailey. Zwierzęta w ogóle nie zwróciły na niego uwagi i kręciły drobnymi, jasnymi zadkami jak szalone. - Dziewczęta, pozwólcie, że was przedstawię. To Azzdeine, Coco, Cristóbal, Gianni i Madame Gr?s. - Skinął na piątkę mopsów. - Dzieciaki, to dziewczęta: Blair Waldorf i Serena van der Woodsen, moje nowe muzy. Bądźcie grzeczne!
- Mam przynieść torby? - odezwał się niski głos z lekkim niemieckim akcentem.
Blair odwróciła się i zobaczyła wysokiego chłopaka. Właśnie wszedł do pokoju z zalanego słońcem korytarza, prowadzącego na tyły domu. Za chłopakiem, przez okna zajmujące całą ścianę dostrzegła basen. Przystojniak miał na sobie wytarty, pomarańczowy T-shirt, który ledwie zasłaniał bicepsy w kolorze karmelu, oraz wystrzępione oliwkowe szorty, sięgające poniżej kolan. Gdzie ona go widziała? W katalogu Abercrombie? W samej bieliźnie na plakacie na Times Square?
W swoich snach?
- Och, witam, Stefanie - pisnął Bailey. - Dziewczyny zamieszkają w domku przy basenie.
- Oczywiście. - Stefan wyszczerzył zęby i złapał porzucone torby.
- Reszta została w samochodzie - poinformowała go Blair. Podziwiała jego bicepsy, kiedy napinały się, gdy dźwigał wypchane torby.
- Niegrzeczna dziewczynka! - rzucił scenicznym szeptem Bailey, który zauważył spojrzenie Blair.
Objął ją opaloną, może nawet lekko pomarańczową ręką za ramiona i uścisnął.
- Niezły kąsek, co?
Blair z entuzjazmem pokiwała głową, chociaż naprężone ramiona i złote od słońca włosy Stefana sprawiły, że pomyślała o swojej dawnej miłości, Nacie Archibaldzie. Zresztą, może wciąż jeszcze coś do niego czuła. Słońce miało magiczny wpływ na jego ciało. Mógł nosić od dziewiątej klasy tę samą beznadziejną koszulkę polo i idiotyczne uprasowane bermudy khaki z Brooks Brothers, które zawsze kupowała mu mama, ale z opalenizną wyglądał obłędnie.
Gdy kilka minut temu podjeżdżała pod rezydencję Bayleya, wbrew sobie rozglądała się ukradkiem po okolicznych podjazdach, szukając samochodu Nate'a. Jego rodzina spędzała wakacje w Maine, ale słyszała, że Nate zatrzymał się w ich nowym domu na plaży w Hamptons, bo pracował dla trenera. Nigdy tam nie była, ale posiadłość znajdowała się gdzieś w okolicy. Nie, żeby jakoś ją to obchodziło.
Jasne, że nie.
To było ostatnie pełne wolności lato w jej życiu. Oczywiście w college'u też będą wakacje, ale Blair spodziewała się, że wypełnią je staże w magazynach mody, archeologiczne wykopaliska na pustyni gdzieś w Azji lub Afryce albo "antropologiczne" badania na południu Francji. Już za osiem tygodni wrzuci walizki do nowego różowo-beżowego bmw (prezent na zakończenie szkoły od podróżującego po świecie kochanego ojca geja) i pojedzie do New Haven, żeby zacząć życie jako studentka Yale. Do tego czasu zamierzała korzystać z życia jako muza znanego projektanta. W dzień będzie sączyła likier cytrynowy i schłodzoną wódkę przy basenie, a wieczorami ugniatała umięśnione ramiona Stefana. A może poszuka Nate'a. Albo nie. Nieważne.
- Masz przepiękny dom.
Głos Sereny wyrwał Blair z zamyślenia. Przestała podziwiać kształtne ramiona Stefana i przyjrzała się przyjaciółce, która siedziała na podłodze, otoczona psami Baileya, i uśmiechała się szczęśliwie. Miała na sobie długą białą sukienkę na cieniutkich ramiączkach, wykończoną fioletową szydełkowaną koronką. Każda inna dziewczyna wyglądałaby w niej jak hipiska z San Francisco, ale na Serenie sukienka prezentowała się cudnie.
- Cieszę się, że te skromne progi spełniają oczekiwania Sereny van der Woodsen - odparł Bailey.
Sześć sypialni, siedem łazienek, ptaszarnia, domek przy basenie, lądowisko dla helikopterów i kort tenisowy - rzeczywiście skromne progi.
Serena wzięła na ręce Coco i pocałowała ją w śliczny, płaski pyszczek. Mops sapnął i parsknął rozradowany. Serena nie bawiła się na podłodze z psem od czasów, kiedy spotykała się z przyrodnim bratem Blair, Aaronem. Jego pies, Mookie, obślinił cały pokój Blair i wystraszył jej kotkę, Kitty Minky, która ze zdenerwowania wszędzie siusiała. Mimo to Serena miała do niego słabość. Zastanawiała się, czy Bailey pozwoli jej spać z Coco w domku dla gości. Zupełnie, jakby miała żywego misia przytulankę.
- Ktoś cię polubił, co, Coco? - zagruchał Bailey, drapiąc psa pod brodą. - Chodźcie, oprowadzę was.
Blair zmarszczyła brwi, patrząc na pozostałe cztery psy, które gapiły się na nią wyczekująco. Ostatnie, na co miała ochotę, to żeby kundel obślinił jej lnianą tunikę Calypso.
- Tędy, proszę! - zawołał Bailey, prowadząc pięć psów i dziewczyny jak stadko gąsek ciemnym korytarzem do głównej części domu.
W holu wisiały ogromne na całą ścianę obrazy z czerwonymi kołami Ellsworth Kelly. Blair znała je już z rozkładówki "Elle Decor", gdzie w zeszłym roku zamieszczono artykuł o posiadłości Wintera. Hol otwierał się na potężną kuchnię z betonowymi blatami. Wielka tekowa misa z jasnożółtymi cytrynami stała na jednym z blatów.
- To jest kuchnia - wyjaśnił gospodarz. - Wy powinnyście tylko wiedzieć, że mam tu barek. - Wskazał na metalowy narożny stolik ze zbiorem asymetrycznych karafek. - Pozwólcie.
Bailey nalał jakiegoś alkoholu na lód i pokruszone listki mięty i wręczył dziewczynom pełne kieliszki od martini. Serena wzięła Coco pod pachę, żeby odebrać drinka.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.