Płonące listy - Dan T. Sehlberg

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kilka ty­go­dni wcze­śniej

Nie pa­mię­tam już, od czego za­częła się kłót­nia. Jak­by­śmy ze wszyst­kich sił wal­czyli o wzgó­rze, któ­rego na­zwy już nie znamy. Nad­szedł wcze­sny so­botni po­ra­nek, a my pa­da­li­śmy ze zmę­cze­nia. To była długa noc. Eva prze­bu­dziła się i pła­kała. A ja nie­po­ko­iłem się jej po­dróżą. Może ostrze­gała mnie in­tu­icja. Kiedy zo­ba­czy­łem, jak ona tak stoi po­chy­lona nad otwartą wa­lizką, przy­tło­czyła mnie straszna myśl. Eva nie wróci. Ni­gdy wię­cej się nie spo­tkamy. Wszyst­kie ubra­nia, które spa­ko­wała tak sta­ran­nie - cien­kie stroje do jogi w od­cie­niach od sza­rego po rdzawy, nowe ja­sno­nie­bie­skie najki, ko­sme­tyczka w for­mie książki, Anna Ka­re­nina Toł­stoja, którą jej po­da­ro­wa­łem po pre­mie­rze w te­atrze, a którą sam ku­pi­łem na Tar­gach Książki w Lon­dy­nie, do tego jej książki, chyba Co ko­cha­łem Siri Hu­stvedt i Wol­ność Jo­na­thana Fran­zena, to­mik wier­szy Ka­rin Boye i jesz­cze czer­wony no­tat­nik. Wi­dok tych do­brze zna­nych rze­czy w wa­lizce spa­ko­wa­nej na czas mo­jego roz­sta­nia z Evą był tak roz­dzie­ra­jący, że na­peł­niał mnie du­szą­cym stra­chem. Chcia­łem ją przy­tu­lić. Przy­gar­nąć do sie­bie, przy­trzy­mać i spra­wić, by znowu ko­chała. Spra­wić, by za­po­mniała albo w każ­dym ra­zie prze­ba­czyła, ale tylko sta­łem, nie­po­radny i oszo­ło­miony. Kuc­nęła i na­pięła pa­ski na ubra­niach we­wnątrz wa­lizki. W wy­obraźni wi­dzia­łem czer­wony krzy­żyk nad wszyst­kim, co na­le­żało do niej. Nad wszyst­kim, co nie na­le­żało do mnie.

Co robi czło­wiek, któ­remu umiera dziecko? Sam umiera. Albo żyje da­lej, tylko zma­sa­kro­wany. Wszystko się ja­koś to­czy, ale to okrutne i prze­peł­nione bó­lem pie­kło. Zbli­ży­li­śmy się do speł­nie­nia ma­rzeń, mie­li­śmy je w za­sięgu ręki. Umarło nie tylko dziecko. Umarła cała ro­dzina. Cała przy­szłość. Mówi się, że stra­cić dziecko, które się ni­gdy nie uro­dziło, to co in­nego. W każ­dym ra­zie lu­dzie do­okoła nie uwa­żają tego za rów­nie wielką tra­ge­dię. To naj­wy­raź­niej nie to samo, co stra­cić dzie­się­cio­latka czy na­wet sze­ścio­mie­sięcz­nego nie­mow­laka. Nie wiem, kto ustala te war­to­ści. Chrza­nić to. Dla nas to była tra­ge­dia. Ko­niec świata i dla niej, i dla mnie. Czy­sto teo­re­tycz­nie smu­tek ła­twiej znieść, gdy się go z kimś dzieli. Po­wi­nien się wtedy roz­ło­żyć po po­ło­wie. Ale za­miast tego w bru­tal­nej rze­czy­wi­sto­ści się po­dwoił. Czę­sto chcia­łem zo­stać sam ze swoją go­ry­czą. Sa­memu można nie pa­trzeć w lu­stro i chro­nić się przed smut­kiem, po­zwo­lić so­bie upaść, nie zwra­ca­jąc na nic uwagi. Można w ciem­no­ści zwi­nąć się w kłę­bek i spo­cząć w swoim za­prze­cze­niu, ale gdy się jest we dwoje, pustka jest cią­gle obecna, od­bita w spoj­rze­niu dru­giej osoby. Więc co zro­bić, żeby się obro­nić? Za­ata­ko­wać. Rzu­cić się z wście­kło­ścią na od­bi­cie w tym lu­strze, na bez­na­dzieję i nie­spra­wie­dli­wość. A ta druga osoba robi to samo, raz za ra­zem, aż za­brak­nie sił. W na­szej tę­sk­no­cie za ży­ciem za­bi­ja­li­śmy się na­wza­jem. Ja może bar­dziej ją niż ona mnie.

Krzy­czała, że je­stem de­struk­cyjny. Że je­stem ma­łost­kowy i nie­do­stępny. Ucie­kam. Że ni­gdy nie biorę od­po­wie­dzial­no­ści. Że je­stem pie­przo­nym al­ko­ho­li­kiem, zbyt tchórz­li­wym, roz­la­złym i za­kła­ma­nym, żeby szu­kać po­mocy. Ja wrzesz­cza­łem jesz­cze gło­śniej. Że jest nie­wdzięczna. Że żyje na mój koszt. Że nie ro­zu­mie, jak jej do­brze. Że te oskar­że­nia to tylko ża­ło­sne pro­jek­cje jej wła­snych za­sra­nych obaw. Że nie mam za­miaru słu­chać jej pie­prze­nia. W końcu umil­kła i opa­dła na sofę. Wy­gra­łem. Wzgó­rze było moje, ale już go nie chcia­łem. Za­miast tego wy­sze­dłem z domu, trza­ska­jąc drzwiami. Krą­ży­łem po są­sied­nich uli­cach, żeby się uspo­koić. Po­tem wsia­dłem do sa­mo­chodu. Zmar­no­wa­łem na­sze cenne wspólne mi­nuty. Stra­ci­łem ostat­nie zia­renka z klep­sy­dry.

Od kłótni mi­nęło ja­kieś pół go­dziny. W sa­mo­cho­dzie było zimno, włą­czy­łem ogrze­wacz, ale jesz­cze tro­chę po­trwa, za­nim tem­pe­ra­tura się pod­nie­sie. Śnieg wo­kół opa­dał miękko, jak ja­kieś dziwne, nie­rze­czy­wi­ste prze­ci­wień­stwo wszyst­kiego, co się wy­da­rzyło. Przez roz­świe­tlone okna wi­dzia­łem tylko roz­ma­zaną syl­wetkę Evy. Jakby już za­czy­nała zni­kać. Śle­dzi­łem rytm do­brze zna­nych ru­chów. Obe­szła par­ter, żeby się upew­nić, że ni­czego nie za­po­mniała. Gdy tak sie­dzia­łem sam w au­cie, wszystko na­bie­rało no­wych wy­mia­rów. Słowa, któ­rymi w sie­bie ci­ska­li­śmy, ma­lały i za­stę­po­wały je inne, więk­sze uczu­cia. Opa­da­jące mię­dzy nimi płatki śniegu przy­no­siły uczu­cie utu­le­nia i prze­ba­cze­nia, a może na­wet da­wały na­dzieję. Zda­łem so­bie sprawę, jak wiele dla mnie zna­czy Eva. Jak bar­dzo ją ko­cha­łem, na­wet jej za­ci­śnięte pię­ści. Jej szczu­płe, kru­che ciało, kiedy tak stała i krzy­czała na mnie. Po­tar­gane, rude włosy. Jej zroz­pa­czone spoj­rze­nie, zno­szone kap­cie, ple­cioną bran­so­letkę. Ziała mię­dzy nami prze­paść, ale ro­biąc od­ważny krok, mo­gli­by­śmy się spo­tkać. Po­ża­ło­wa­łem. Tak samo, jak wiele razy wcze­śniej.

Otwo­rzyły się drzwi i Eva wy­szła na śnieg. Ro­zej­rzała się do­okoła, zda­wała się wa­hać, ki­wała się to w jedną, to w drugą stronę. W końcu się wy­pro­sto­wała i za­mknęła drzwi. Za­częła chwiej­nie zno­sić ze scho­dów dużą wa­lizkę. Wy­sko­czy­łem z sa­mo­chodu i pod­bie­głem. Kiedy bra­łem ba­gaż, jej palce ze­śli­znęły się z rączki, nie do­ty­ka­jąc mo­ich. Przy­spie­szyła kroku. Wy­cią­gną­łem rękę, pró­bu­jąc ją przy­tu­lić. Mam­ro­ta­łem, że nie mia­łem na my­śli tego, co po­wie­dzia­łem. Że je­stem idiotą. Wy­rwała się, a kiedy znowu spró­bo­wa­łem ją chwy­cić, rzu­ciła słowo, które miało wszystko znisz­czyć, i do­brze o tym wie­działa:

- Mor­derca.

W tej chwili prze­paść mię­dzy nami stała się bez­denna. Krew za­szu­miała mi w uszach. Bez słowa ob­sze­dłem sa­mo­chód i wło­ży­łem wa­lizkę do ba­gaż­nika. Za­mkną­łem drzwiczki zde­cy­do­wa­nie zbyt moc­nym ude­rze­niem, wsia­dłem do środka i włą­czy­łem sil­nik. Eva usia­dła w mil­cze­niu obok mnie ze wzro­kiem utkwio­nym gdzieś po­nad za­śnie­żo­nym ogro­dem z bez­list­nymi ja­bło­niami o ster­czą­cych ga­łę­ziach. Kiedy co­fa­łem z po­dwórka, po­ło­żyła lewą dłoń na przed­niej szy­bie. Po­woli ob­ry­so­wała koń­cami pal­ców kon­tur domu, który te­raz przy­po­mi­nał zmniej­sza­jącą się dwu­wy­mia­rową sce­no­gra­fię po­zo­sta­wioną w tyle za śnieżną kur­tyną. Przez ten nie­na­tu­ralny gest zro­biło mi się nie­do­brze.

Są różne ro­dzaje mil­cze­nia. Ist­nieje mil­cze­nie, które może we­ssać w sie­bie całe po­wie­trze i roz­ro­snąć się tak, że nie da się już od­dy­chać. Sie­dzie­li­śmy te­raz w ta­kiej próżni. Je­cha­łem trasą E4 o wiele za szybko. Sa­mo­cho­dów było mało. Czu­łem się odrę­twiały. Prze­cież to nie my. My to coś in­nego. Coś dużo bar­dziej ży­wego. Za­ko­cha­li­śmy się w so­bie. Śmia­li­śmy się, wy­głu­pia­li­śmy i dro­czy­li­śmy. Łą­czył nas ten sam brak po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Tę­sk­nota za bli­sko­ścią i przy­na­leż­no­ścią. Za ro­dziną. Po­czu­łem ssa­nie w żo­łądku. By­li­śmy na do­brej dro­dze, by się po­wio­dło, i już za kilka mie­sięcy mie­li­śmy stać się ro­dziną.

Za nami wy­ło­nił się ra­dio­wóz z włą­czo­nym ko­gu­tem. W pierw­szej chwili po­my­śla­łem, że jadą za mną. Za­mi­ga­łem kie­run­kow­ska­zem i zmie­ni­łem pas. Zer­k­ną­łem na Evę. Wy­da­wała się po­grą­żona w my­ślach. Ra­dio­wóz nas wy­mi­nął. Moc­niej ści­sną­łem kie­row­nicę. Strata nas zmie­niła. Sta­li­śmy się zimni. Eva ob­wi­niała mnie. Gdzieś w głębi też sie­bie ob­wi­nia­łem. Od­dał­bym wszystko, żeby cof­nąć czas i nie po­peł­nić tam­tych błę­dów. Wła­śnie to było tak straszne. Rze­czy­wi­stość po­su­wała się bez­względ­nie na­przód, ni­gdy wstecz. Cho­dzi­li­śmy do psy­cho­loga. Na po­czątku czu­li­śmy ulgę, neu­tralny upust, ale z cza­sem neu­tral­ność za­częła się sy­pać. Te­ra­peutka wzięła stronę Evy. Chciała ro­zu­mieć mój tok my­śle­nia, kiedy na­ra­ża­łem Evę na te wszyst­kie trud­no­ści pod­czas ciąży. Pro­siła, że­bym wy­ja­śnił, dla­czego ła­ma­łem da­wane jej obiet­nice. Dla­czego ją lek­ce­wa­ży­łem. Stra­ci­łem en­tu­zjazm. Nie wró­ci­li­śmy wię­cej.

Eva zmie­niła po­zy­cję obok mnie. Chyba wes­tchnęła. Przed nami ma­ja­czył już ter­mi­nal od­lo­tów na Ar­lan­dzie. Chcia­łem przy­ha­mo­wać, zy­skać czas i wy­rzu­cić z sie­bie wszystko to, co po­wi­nie­nem był po­wie­dzieć, ale czego jesz­cze nie udało mi się ubrać w słowa. Spra­wić, by dała mi coś, czego mógł­bym się chwy­cić. Koło ra­tun­kowe. Po­je­cha­łem da­lej i chwilę póź­niej zwol­ni­łem przed ter­mi­na­lem nu­mer pięć. Eva wy­sia­dła z sa­mo­chodu. Wy­łą­czy­łem sil­nik i po­sze­dłem za nią. Prze­stało pa­dać, ale za­miast tego te­raz wiał ostry wiatr, który prze­ni­kał na wskroś wszyst­kie ubra­nia. Białe chmury śnie­gowe prze­pły­wały po nie­bie nad par­kin­giem, a flagi przy wej­ściu gło­śno trze­po­tały. Par­kin­gowa szła wzdłuż rzędu sa­mo­cho­dów i mo­co­wała do szyb żółte man­daty. Serce mocno mi wa­liło i czu­łem, że zbiera mi się na płacz. Wy­ją­łem wa­lizkę, a Eva ją wzięła. Po­sta­wiła ją na as­fal­cie i spoj­rzała mi w oczy. Przez chwilę obez­wład­nia­ją­cej nie­pew­no­ści my­śla­łem, że coś po­wie, ale tylko od­wró­ciła się i po­szła. Ot tak, ode­szła. Pa­sa­żerka z wa­lizką. Ni­ska, szczu­pła, ruda ko­bieta, która zmie­szała się z in­nymi spie­szą­cymi się po­dróż­nymi. Za­pra­gną­łem za nią po­biec. Po­pę­dzić przez par­king, wpaść przez ob­ro­towe szklane drzwi i ją zła­pać. Po­de­szła do mnie par­kin­gowa. Z su­rową miną stu­kała w palm­topa. Prze­tar­łem ręką pie­kące oczy. Eva mnie zo­sta­wiła. I na­wet się nie po­że­gna­li­śmy.

Otwo­rzy­łem drzwi do pu­stego domu. Te same drzwi, które Eva za­mknęła za­le­d­wie go­dzinę temu. Czu­łem się po­de­ner­wo­wany i nie­spo­kojny. Mia­łem mnó­stwo pracy, odło­żone na póź­niej za­da­nia, któ­rych nie mo­głem się do­cze­kać. Za­mó­wie­nie tłu­ma­czeń, plany wy­daw­ni­cze do za­twier­dze­nia, za­pla­no­wa­nie im­prezy dla księ­ga­rzy z Göte­borga, wy­kład, który mia­łem za ja­kiś ty­dzień wy­gło­sić w Ko­pen­ha­dze, ale po­dob­nie jak w wy­padku tam­tego zdo­by­tego wzgó­rza, praca stra­ciła war­tość. Nie­zde­cy­do­wany sta­łem bez ru­chu w sa­lo­nie, na­dal w kurtce i bu­tach. W dłoni mocno ści­ska­łem te­le­fon. Za­sta­na­wia­łem się, czy nie wy­słać do niej ja­kie­goś SMS-a. Cze­goś, co mo­głoby od­mie­nić ener­gię mię­dzy nami. Ma­giczną wia­do­mość, która przy­wró­ci­łaby mi Evę, ale ostat­nie słowo, które wy­po­wie­działa, roz­strzy­gało wszystko.

Z re­zy­gna­cją rzu­ci­łem te­le­fon i za­pią­łem za­mek kurtki. Nie mo­głem zo­stać w opu­sto­sza­łym domu. Nie wie­dzia­łem, do­kąd się udać, kiedy je­cha­łem do mia­sta przez za­dzi­wia­jąco pu­sty most Tra­ne­bergs­bron, ma­jąc szarą, za­mgloną dziel­nicę Fre­dhäll po pra­wej, a po le­wej kilka wa­go­nów me­tra, które do­ga­nia­łem. Wy­peł­niały mnie wście­kłość i strach. Pa­ląca ener­gia, która szu­kała uj­ścia, ale go nie znaj­do­wała. W głębi serca czu­łem, czego po­trze­buję, na­wet je­śli nie chcia­łem przy­jąć tego do wia­do­mo­ści. Wie­dzia­łem, czego do­maga się ciało, ale jed­no­cze­śnie myśl o al­ko­holu przy­pra­wiała mnie o mdło­ści. Zda­niem Evy by­łem al­ko­ho­li­kiem. Osobą, która cierpi na nie­ule­czalną cho­robę. Nie zga­dza­łem się z tym. Mama była al­ko­ho­liczką, więc do­kład­nie wie­dzia­łem, jak ta cho­roba wy­gląda. Jak pach­nie i jak sma­kuje. To nie by­łem ja. Nie wpa­da­łem na­wet w cugi. Żad­nego uza­leż­nie­nia. Ale ja­sne, mia­łem słabą głowę. Pi­łem, kiedy czu­łem się źle, wtedy czu­łem się jesz­cze go­rzej i pi­łem jesz­cze wię­cej. Zda­rzało się, że tra­ci­łem kon­trolę. Ro­bi­łem z sie­bie bła­zna. Ale żad­nym al­ko­ho­li­kiem nie by­łem. Za cho­lerę. Włą­czy­łem kie­run­kow­skaz i zmie­ni­łem pas. Je­cha­łem te­raz wzdłuż po­brzeża Nor­r­mälar­strand. Było śli­sko. Ja­kaś tak­sówka wpa­dła w po­ślizg i wje­chała w sy­gna­li­za­cję świetlną. Słu­pek prze­chy­lał się pod ostrym ką­tem, a czer­wona lampa zwi­sała na czar­nym prze­wo­dzie. Przy­po­mi­nała wiel­kie, zdu­mione oko.

Kłam­stwo mo­jego ży­cia było słabe i kru­che. I tak oczy­wi­ste, że ani ja, ani mój psy­cho­log nie ro­zu­mie­li­śmy, dla­czego na­dal go bro­ni­łem. Pierw­szym kro­kiem do wy­zdro­wie­nia jest do­strze­że­nie i uzna­nie pro­blemu. Eva bła­gała mnie o to, od­kąd tylko po raz pierw­szy sta­nęła przed tym za­la­nym po­two­rem. Pod­sta­wo­wej kwe­stii uni­ka­łem, ale obie­cy­wa­łem, że skoń­czę pić. Twier­dzi­łem zde­cy­do­wa­nie, że mogę się kon­tro­lo­wać. Że po­twór zo­stał po­skro­miony. Po­je­cha­łem na si­łow­nię koło za­byt­ko­wej za­jezdni tram­wa­jo­wej. Cho­ciaż nie by­łem tu kilka ty­go­dni, tre­no­wa­łem po­nad dwie go­dziny. Pró­bo­wa­łem za­pal­czy­wie wy­ci­snąć z ciała, wy­ła­do­wać i wy­po­cić w sau­nie nie­za­do­wo­le­nie. Po­tem jeź­dzi­łem bez celu po uli­cach wo­kół placu Jar­la­plan. Szyb­ciej mi­ja­łem spor­towe puby i piz­ze­rie z li­cen­cją na al­ko­hol. Za­ci­sną­łem dło­nie. Sa­mo­chód zo­sta­wi­łem na ulicy Tu­le­ga­tan. Zro­biło się mroźno i prze­ni­kli­wie zimno. Chmury na nie­bie miały brudną barwę sta­rego, po­pę­ka­nego be­tonu. Po­po­łu­dniowe świa­tło było słabe i mgli­ste, jakby zgęst­niało z zimna. Wał­ko­wa­łem w my­ślach na­szą kłót­nię. Prze­wi­ja­łem film tam i z po­wro­tem. Za­re­ago­wała nie­spra­wie­dli­wie. Bez­dusz­nie. Prze­cież nie tylko ją to do­ty­kało, ja też roz­pa­cza­łem. Ja też coś stra­ci­łem, tyle samo, co ona. A jed­nak wi­dzia­łem, że z na­szej dwójki to ja po­no­szę więk­szą winę i z pew­no­ścią wła­śnie ta świa­do­mość do­pro­wa­dzała mnie do ta­kiego gniewu. Nie­mal wście­kło­ści. Przez po­czu­cie winy krzy­cza­łem co­raz gło­śniej, ale nie na Evę, tylko na sa­mego sie­bie.

Jakby coś mnie przy­cią­gało, wy­lą­do­wa­łem w an­ty­kwa­ria­cie Rön­nella. Jak pra­wie za­wsze. Uwiel­bia­łem ten sklep i wszystko, co w nim było. Tu­taj rządy spra­wo­wały pa­pier, stara skóra i farba dru­kar­ska. Za­pach ty­sięcy śpią­cych ksią­żek. Tu trwała cią­głość, wieczna hi­sto­ria, go­towa do opo­wia­da­nia we wszyst­kich moż­li­wych po­sta­ciach, róż­nymi gło­sami, ję­zy­kami i me­lo­diami. Rzędy książ­ko­wych grzbie­tów two­rzyły pry­mi­tywną istotę. Formę ży­cia, która mnie ro­zu­miała w taki sam spo­sób, w jaki las czy mo­rze zda­wały się po­grą­żone w mil­czą­cej, pra­daw­nej świa­do­mo­ści. Tu ist­niały dzie­ciń­stwo i sta­rość, w jed­nym mo­men­cie, obok sie­bie. Po­tężne kon­ti­nuum, lecz także swego ro­dzaju za­krze­pły bez­ruch poza cza­sem i prze­strze­nią. Wspo­mi­nam swoje czy­ta­nie. Te wszyst­kie go­dziny, kiedy sie­dzia­łem czy le­ża­łem oto­czony książ­kami. W skle­pie spę­dzi­łem dużo czasu i w końcu ku­pi­łem Mur Jean-Paula Sar­tre'a - książkę, którą wy­bra­łaby Eva, gdyby ze mną była. Bo na swój spo­sób była. Nie­wielka ksią­żeczka kosz­to­wała sześć­dzie­siąt pięć ko­ron i miała mnó­stwo plam i oślich uszu. Wzią­łem to­rebkę i nie­chęt­nie wy­sze­dłem ze sklepu.

Skrę­ci­łem w prawo na Bir­ger Jarls­ga­tan, a po­tem znowu w prawo i w górę, na Eriks­bergs­ga­tan. Zimno aż szczy­pało w gar­dle i kłuło w oczy. Wsze­dłem do Café Sa­tur­nus i ku­pi­łem po­dwójne espresso. Sie­dząc w rogu, po­pi­ja­łem go­rącą kawę i czy­ta­łem swoją nową książkę. Cho­ciaż "czy­ta­łem" to aku­rat nie naj­lep­sze słowo, bo pa­trzy­łem na tekst, ale po­grą­ży­łem się głę­boko w my­ślach. Oscar. Ta­kie imię wy­bra­li­śmy. Oscar Fors. Imię staje się kro­kiem od roz­ma­za­nego kon­turu na zdję­ciu z USG do ca­łej ży­cio­wej drogi. Rze­czy­wi­stej przy­szło­ści. Kon­kretu. Po­znać tego ko­goś. Ko­chać go i chro­nić. Wraz z imie­niem po­ja­wiają się kleik, smoczki i prze­tarta mar­chewka. Rączka za­ci­ska­jąca się wo­kół palca. Pierw­szy uśmiech, pierw­szy zą­bek. Wy­wia­dówki, plany lek­cji i dru­gie śnia­da­nia. Pierw­szy po­ca­łu­nek i pierw­sza ba­langa. Żona i ro­dzina. Za­to­czony krąg. Opar­łem się o ścianę i za­mkną­łem oczy. W kuchni roz­trza­skała się fi­li­żanka i ktoś za­klął gło­śno po fran­cu­sku. Ni­gdy nie po­zna­łem Oscara, w każ­dym ra­zie nie bli­żej niż za po­śred­nic­twem tych kilku kop­nięć. Ru­cho­mych wy­pu­kło­ści na brzu­chu, do­kąd Eva pro­wa­dziła moje palce. Może po­peł­ni­li­śmy błąd, uzna­jąc tak wiele rze­czy za pewne. Eva po­wie­działa raz, że pro­wo­ko­wa­li­śmy los. Już w szó­stym mie­siącu urzą­dzi­li­śmy po­kój. Ku­pi­li­śmy ubranka, za­bawki i ob­razki. Pla­no­wa­li­śmy i fan­ta­zjo­wa­li­śmy. I nada­li­śmy mu imię.

Kiedy wró­ci­łem do Brommy, było już zu­peł­nie ciemno. Zro­biło się jesz­cze zim­niej, śnieg stał się kru­chy, a ja o mało się nie za­bi­łem na lo­do­wej ta­fli przed scho­dami. Te­le­fon zo­sta­wi­łem w domu, więc pe­łen na­dziei pod­bie­głem do stołu w sa­lo­nie. Żad­nych nie­ode­bra­nych po­łą­czeń. Żad­nych wia­do­mo­ści. Roz­cza­ro­wany wsze­dłem na górę. Drzwi do po­koju Oscara były za­mknięte. Były za­mknięte, od­kąd wró­ci­li­śmy ze szpi­tala. Wzią­łem prysz­nic, umy­łem zęby, a po­tem po­sze­dłem nago do sy­pialni i wśli­zną­łem się do łóżka. Świa­do­mie czy nie, po­ło­ży­łem się po stro­nie Evy. Nie mia­łem siły czy­tać, ale nie mo­głem też za­snąć. Za­miast tego oglą­da­łem ja­kąś głu­pawą ame­ry­kań­ską ko­me­dię, która mimo wszystko po­pra­wiła mi na­strój. Po ko­me­dii za­czął się film Wo­ody'ego Al­lena, który oglą­da­łem tak wiele razy, że zna­łem każdą kwe­stię. Prze­łą­czy­łem ka­nał na pro­gram do­ku­men­talny o Tour de France. Przy­gnę­biony dzien­ni­karz spor­towy o sze­ro­kim wą­sie wy­ja­śniał, że kon­kurs zo­stał cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wany przez do­ping. Gdy w końcu wy­łą­czy­łem te­le­wi­zor i zga­si­łem lampkę, by­łem prze­ko­nany, że na­szym naj­więk­szym pro­ble­mem jest śmierć na­szego nie­na­ro­dzo­nego syna, straszna sama w so­bie, ale wie­dzia­łem, że ją prze­trwamy. Na­dal by­li­śmy dość mło­dzi, mie­li­śmy po trzy­dzie­ści pięć lat - róż­nica mię­dzy nami wy­no­siła trzy ty­go­dnie. Eva do mnie wróci. Znowu pój­dziemy do te­ra­peuty, a ja będę bar­dziej wy­ro­zu­miały. Z cza­sem los da nam nową szansę. I ko­lejną ciążę.

Obu­dził mnie te­le­fon. Było tuż po czwar­tej nad ra­nem. Za oknami sy­pialni mocno wiało, fu­tryny skrzy­piały i trzesz­czały. Po­wi­nie­nem za­ło­żyć, że o tej po­rze dzwoni Eva, ale mimo że by­łem le­dwo roz­bu­dzony, wie­dzia­łem in­stynk­tow­nie, że to ktoś inny. Na za­wsze za­pa­mię­tam na­zwi­sko męż­czy­zny przy te­le­fo­nie. Tho­mas Bor­gvall. In­spek­tor po­li­cji Tho­mas Bor­gvall. Nie­które szcze­góły mocno wże­rają się w pa­mięć ni­czym cie­nie lu­dzi na ścia­nach po wy­bu­chu w Hi­ro­szi­mie.

- Dzwo­nię do pana na po­le­ce­nie Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych. Oba­wiam się, że mam nie­po­ko­jące wie­ści, ale pro­szę tak je przy­jąć, jako nie­po­ko­jące, nie tra­giczne. Jesz­cze nie.

Słu­cha­łem po­wścią­gli­wie, jak­bym to nie ja miał uczest­ni­czyć w tej roz­mo­wie. Może by­łem zbyt zmę­czony lub zszo­ko­wany, ale z trud­no­ścią przy­cho­dziło mi zro­zu­mie­nie, co mówi Bor­gvall. Stop­niowo jed­nak do mnie do­cie­rało, że kiedy spa­łem, w po­ścieli, która na­dal pach­niała kre­mem pod prysz­nic Evy, li­nie In­dian Air stra­ciły kon­takt z jed­nym z sa­mo­lo­tów. Spo­śród ty­sięcy tych wszyst­kich punk­ci­ków, które prze­mie­rzały niebo owej nocy, z ra­da­rów znik­nął wła­śnie sa­mo­lot pod­czas lotu IA48. Czu­łem, że mu­szę coś po­wie­dzieć, jak gdyby wy­ja­śnie­nie mo­gło wszystko na­pra­wić, ale mój był głos dziwny i znie­kształ­cony, jakby do­bie­gał przez długą rurę.

- Le­ciała na obóz z warsz­ta­tami jogi. Po­trze­bo­wała spo­koju.

- Ro­zu­miem.

Na dłuż­szą chwilę za­pa­dło mil­cze­nie, może in­spek­tor nie wie­dział, co po­wie­dzieć. Wy­da­wało mi się, że w tle sły­szę inne, słabe głosy. Te­le­fon, który nie prze­sta­wał dzwo­nić. Po­li­cjant chrząk­nął.

- Wi­docz­nie nad Nel­liam­pa­thi były złe wa­runki po­go­dowe, a może na­wet nad ca­łymi po­łu­dnio­wymi In­diami.

Wtedy nic mi to nie mó­wiło, ale dziś wiem, że Nel­liam­pa­thi to pie­kło na ziemi. In­spek­tor do­dał coś o te­le­fo­nicz­nej li­nii wspar­cia i wy­re­cy­to­wał nu­mer. Upu­ści­łem te­le­fon na pod­łogę i zsze­dłem do kuchni. Na bla­cie obok ta­le­rza z jo­gur­tem i resztką mu­sli na­dal stała fi­li­żanka Evy. Po­my­śla­łem o te­le­fo­nie, który bez prze­rwy dzwo­nił w biu­rze in­spek­tora Tho­masa Bor­gvalla. To mógł być ktoś z in­for­ma­cją, że sa­mo­lot się od­na­lazł. Że znowu go wi­dać na ekra­nach ra­da­rów i wszystko do­brze się skoń­czyło. Wy­sze­dłem na ko­ry­tarz. Tym ra­zem drink był na­prawdę uza­sad­niony. Mia­łem jesz­cze jedną bu­telkę scho­waną na sa­mym dnie szu­flady z let­nimi ubra­niami. Pod prze­po­co­nymi bu­tami spor­to­wymi, któ­rych tak nie­na­wi­dziła Eva. Na­la­łem so­bie do szklanki let­niego dżinu i po­sze­dłem do sa­lonu z du­żym te­le­wi­zo­rem. W TV4 po­ka­zy­wali stary kry­mi­nał. Prze­łą­czy­łem na te­le­ga­zetę i zna­la­złem, trzeci na­głó­wek od góry: "Nad po­łu­dnio­wymi In­diami za­gi­nął sa­mo­lot pa­sa­żer­ski". Krótka no­tatka mó­wiła nie­wiele, ale przy ostat­nim zda­niu tak mocno ści­snęło mnie w żo­łądku, że pa­dłem na sofę. "MSZ po­daje, że wśród stu pięć­dzie­się­ciu ośmiu pa­sa­że­rów sa­mo­lotu praw­do­po­dob­nie jest szwedzka oby­wa­telka". Moje my­śli roz­bie­gły się we wszyst­kie strony, tak że nie dało się ich już z po­wro­tem po­zbie­rać. Nie wiem, jak długo tak sie­dzia­łem, czy tylko kilka go­dzin, czy kilka dni. Za oknami, da­leko w ciem­no­ści, mi­gało po­ma­rań­czowe świa­tło, pew­nie od­śnie­żarki. Ży­cie wo­kół mnie to­czyło się da­lej i zda­wało się, że znik­nię­cie ikonki sa­mo­lotu z in­dyj­skich ra­da­rów nic nie zmie­niło. Ale ze mną było ina­czej. Two­rzy­li­śmy jed­ność, ja i ta ikonka, i w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym znik­nęła, znik­ną­łem rów­nież ja.

Wsze­dłem do in­ter­netu. Kli­ka­łem jak opę­tany. Jak­bym my­ślał, że mogę zna­leźć sa­mo­lot ukryty za bez­kre­snymi ma­sami tek­stu. By­łem prze­ko­nany, że Eva żyje, że czuł­bym, gdyby stało się jej coś po­waż­nego. Go­dzi­nami nie prze­sta­wa­łem. Wcho­dzi­łem na strony z pro­gnozą po­gody i mo­du­łami ra­da­ro­wymi, czy­ta­łem wia­do­mo­ści i prze­wi­ja­łem fora lot­ni­cze. Nie­sa­mo­wite, jak zde­spe­ro­wany czło­wiek może przy­wią­zać się do naj­bar­dziej płon­nej na­dziei, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo jego wi­zja by­łaby na­cią­gana. Nor­mal­nie od­zna­cza­łem się scep­ty­cy­zmem i z po­gardą od­no­si­łem się do wszyst­kiego, czego nie dało się udo­wod­nić, ale tego ranka wszystko się zmie­niło. Te­raz by­łem go­towy zgo­dzić się na każdą teo­rię, a w In­ter­ne­cie ich nie bra­ko­wało. Pi­sano, że sa­mo­lot cią­gle jest w po­wie­trzu, ale pi­loci stra­cili moż­li­wość ko­mu­ni­ka­cji. Że wy­lą­do­wał awa­ryj­nie na mo­rzu, a pa­sa­że­ro­wie do­stali się na bez­ludną wy­spę. Że po­ry­wa­cze zmu­sili pi­lo­tów do lą­do­wa­nia na taj­nym lot­ni­sku. W pew­nym mo­men­cie twier­dzono, że ka­pi­tan miał długi ha­zar­dowe i prze­ku­pili go pa­ki­stań­scy ter­ro­ry­ści. Po­ja­wiła się też teo­ria o UFO. Za­dzwo­ni­łem na te­le­fon Evy, ale był wy­łą­czony. Wsze­dłem na pocztę i spraw­dzi­łem, czy są nowe e-ma­ile. Eva miała zwy­czaj do mnie pi­sać, czę­sto kilka razy dzien­nie. Wpraw­dzie głów­nie pa­pie­rowe, praw­dziwe li­sty, ale też przez in­ter­net. Dzięki li­stom do­cho­dziła do sie­bie, zwłasz­cza po kłót­niach, ale tego ranka skrzynka pocz­towa była pu­sta.

O trze­ciej po po­łu­dniu w te­le­wi­zo­rze w sa­lo­nie zo­ba­czy­łem jedną rzecz, która mnie po­ru­szyła. Była to mapa In­dii, na któ­rej nie­bie­ska kre­ska bie­gła od New Delhi do Thi­ru­va­nan­tha­pu­ram. CNN po­ka­zy­wało mapę przez cały dzień, ale te­raz po­ja­wił się tam też mi­ga­jący krzy­żyk umiesz­czony nad miej­scem pla­no­wa­nego lą­do­wa­nia. Ob­ró­ci­łem się na krze­śle i wbi­łem wzrok w ekran te­le­wi­zora, na któ­rym było wi­dać czer­wono-czarny na­pis: "Z ostat­niej chwili". Wsta­łem i zbli­ży­łem się na sztyw­nych no­gach, nie włą­cza­jąc dźwięku. Re­por­terka stała przed bu­dyn­kiem lot­ni­ska z ta­bli­cami w ję­zyku hindi. Trzy­mała nad głową pa­pie­rową teczkę, żeby osło­nić się przed desz­czem. Po­wie­działa coś i wska­zała na ter­mi­nal za swo­imi ple­cami. Wtedy ekran wy­peł­nił się wi­do­kiem zroz­pa­czo­nych lu­dzi. Tak wiele razy wi­dzia­łem wcze­śniej po­dobne sceny - zdru­zgo­tane ko­biety, z ja­kie­goś po­wodu to chyba za­wsze były ko­biety, któ­rych krewni zgi­nęli w od­le­głych i abs­trak­cyj­nych tra­ge­diach. Gdzieś w domu za­czął dzwo­nić te­le­fon. Re­por­terka po­ja­wiła się z po­wro­tem. Żeby prze­czy­tać coś z kartki, prze­stała się już osła­niać teczką. Na prze­mian po­ci­łem się i mar­z­łem. Wró­ciła mapa In­dii. Krzy­żyk cią­gle się tu znaj­do­wał, ale te­raz mo­głem prze­czy­tać obok niego na­pis: "Miej­sce wy­padku". Po­kój wo­kół mnie się za­ko­ły­sał. Ude­rzy­łem w ścianę i sa­piąc, pró­bo­wa­łem prze­su­nąć się w prawo, do drzwi, z dala od te­le­wi­zora, ale za­nim zdą­ży­łem uciec, po­ja­wiła się pierw­sza fo­to­gra­fia - zro­biona z lotu ptaka, o ni­skiej roz­dziel­czo­ści i roz­ma­zana. Wy­pa­lony ko­ry­tarz, naj­praw­do­po­dob­niej w dżun­gli. Te­le­fon bez prze­rwy dzwo­nił. Zwy­mio­to­wa­łem na fo­tel.

Nie by­łem prze­cież zwią­zany, ale mimo to czu­łem się spa­ra­li­żo­wany jak sarna uchwy­cona przez świa­tła re­flek­to­rów sa­mo­cho­do­wych. Przez to, że nie by­łem w sta­nie się po­ru­szyć, ła­two pa­dłem ofiarą do­nie­sień me­dial­nych. Mapy, ana­lizy i za­pła­kane twa­rze. Zmar­twieni sze­fo­wie li­nii lot­ni­czych, mi­gawki z kon­fe­ren­cji pra­so­wych i mnó­stwo ilu­stra­cji. Tchu mo­głem za­czerp­nąć przez krót­kie mo­menty, gdy urywki prze­pla­tały się z in­nymi wia­do­mo­ściami, ta­kimi jak sa­mo­cho­dowe ataki bom­bowe w Afga­ni­sta­nie i przy­zna­nie Na­grody No­bla w dzie­dzi­nie me­dy­cyny. Już mia­łem się pod­nieść, gdy w te­le­wi­zji po­ja­wił się wrak. Zbli­że­nie ka­mery po­zwo­liło zo­ba­czyć me­ta­lowe czę­ści, ale tak znie­kształ­cone, że nie dało się stwier­dzić, z ja­kiego miej­sca sa­mo­lotu po­cho­dziły. Moje usta znowu wy­peł­niły się kwa­sem żo­łąd­ko­wym. Po­środku ca­łej tej po­pa­lo­nej i po­gnie­cio­nej kupy że­la­stwa wy­sta­wał ogon, który wy­glą­dał na nie­usz­ko­dzony. Był po­ma­lo­wany na czer­wono i miał żółtą gwiazdę. Jakby ktoś już wzniósł po­mnik ku pa­mięci ofiar. Brudna od sa­dzy zie­mia wo­kół niego mie­niła się róż­nymi ko­lo­rami. Na pierw­szy rzut oka wy­glą­dało to jak kwiaty, które prze­biły się przez pianę ga­śni­czą, jakby chcąc po­ka­zać, że ży­cie po­wró­ciło wbrew ca­łej tej śmierci. Ale to nie były kwiaty, tylko ubra­nia po­roz­rzu­cane po ca­łym tym te­re­nie. Ubra­nia i wa­lizki. Może te strzępy na­dal okry­wały wła­ści­cieli. Mocno za­ci­sną­łem oczy, nie mo­głem ry­zy­ko­wać, że za­uważę zie­loną su­kienkę Evy. Eks­perci we wcze­śniej­szym wej­ściu na an­tenę wy­ja­śniali, że ze­bra­nie szcząt­ków i zi­den­ty­fi­ko­wa­nie wszyst­kich ofiar tro­chę po­trwa. Weź­mie w tym udział la­bo­ra­to­rium z Wiel­kiej Bry­ta­nii, wy­ko­rzy­stu­jąc karty sto­ma­to­lo­giczne i DNA. Nie pa­mię­ta­łem na­zwi­ska den­ty­sty, do któ­rego cho­dziła Eva, i bar­dzo mnie to przy­gnę­biło.

Dni zle­wały się ze sobą jak akwa­rele na kartce pa­pieru. Pi­łem bez prze­rwy, de­spe­racko wal­cząc z trzeź­wo­ścią. Opróż­ni­łem bu­telkę dżinu, wy­pi­łem odło­żone rocz­ni­kowe wina i skrzynkę piwa wiel­ka­noc­nego, którą zna­la­złem w głębi spi­żarki. Za­dzwo­nił te­le­fon. To był Kri­stof­fer Nord­berg, dzwo­nił już dzie­sięć razy o róż­nych po­rach. Wśród nie­ode­bra­nych po­łą­czeń wy­sko­czyło też kilka z nie­zna­nych nu­me­rów, od ko­le­gów z wy­daw­nic­twa i To­biasa, młod­szego brata Evy. Nie ode­bra­łem żad­nego. Poza tym ktoś wa­lił w drzwi, ale dla mnie ten dźwięk gi­nął tylko w szu­mie co­raz moc­niej­szego wia­tru wie­ją­cego w oczy. Spa­da­łem, mimo że le­ża­łem na so­fie, a więc wszystko inne ra­zem ze mną, jak w ka­ta­stro­fie lot­ni­czej, ale w od­róż­nie­niu od lotu IA48 pode mną nie było ni­czego. Żad­nej dżun­gli ani żad­nych gór. Je­dy­nie próż­nia. I ten szu­miący, szem­rzący wiatr wie­jący w oczy.

Prze­bu­dzi­łem się z krzy­kiem, gło­śnym i roz­pacz­li­wym, aż zda­łem so­bie sprawę, że nikt mnie nie sły­szy. Że już ni­gdy nikt mnie nie usły­szy. Że te krzyki po­chła­nia ci­sza pa­nu­jąca w domu. A co gor­sza, gdyby na­wet zdo­łały wy­do­stać się na ze­wnątrz, gdyby roz­trza­skały okna, wy­wa­żyły drzwi i przedarły się na świat, nic by się nie zmie­niło. To­talna sa­mot­ność pa­no­wała w po­koju, w domu i wszę­dzie poza nim. Za­pa­da­łem się w ciem­ność. Cze­ka­łem i cze­ka­łem, aż ci­sza z po­wro­tem mnie po­chło­nęła.

Ster wy­so­ko­ści (ang. ele­va­tor) służy przede wszyst­kim do ste­ro­wa­nia po­ło­że­niem dziobu sa­mo­lotu (w górę lub w dół), a więc ru­chami wzdłuż osi x. Po­wo­duje to zmianę pręd­ko­ści i stop­niową zmianę po­ło­że­nia w płasz­czyź­nie po­zio­mej. Ster wy­so­ko­ści jest zwy­kle za­mon­to­wany na sta­tecz­niku i spra­wia, że po­wie­trze wy­piera w górę lub w dół część ogo­nową, co pro­wa­dzi do zmiany kąta skrzy­dła w sto­sunku do stru­mie­nia po­wie­trza.

Pod­stawy ae­ro­dy­na­miki. Nikt się nad tym na co dzień nie za­sta­na­wia, ale aku­rat dzi­siaj była to naj­bar­dziej prze­ra­ża­jąca rzecz, o ja­kiej się do­wie­dzia­łem. Wró­ci­łem przed te­le­wi­zor. Prze­pro­wa­dzono ana­lizę czar­nej skrzynki. Ilu­stra­cje po­ka­zy­wały, że jest ona prze­cho­wy­wana na sa­mym tyle sa­mo­lotu, bo ta część, sta­ty­stycz­nie rzecz bio­rąc, naj­le­piej znosi wy­padki. Przy­po­mniał mi się po­mnik w Nel­liam­pa­thi, ten nie­usz­ko­dzony ogon. Czarna skrzynka, która wcale nie jest czarna, tylko po­ma­rań­czowa, składa się z dwóch ele­men­tów: re­je­stra­tora da­nych lotu i re­je­stra­tora dźwię­ków w kok­pi­cie. Te dwa urzą­dze­nia na­gry­wają pa­ra­me­try in­stru­men­tów po­kła­do­wych i wszyst­kie wy­po­wie­dzi pi­lo­tów. Od­czy­tu­jąc te in­for­ma­cje, ko­mi­sja wy­pad­kowa mo­gła od­two­rzyć prze­bieg lotu. W CNN przy­po­mi­na­jący ła­sicę męż­czy­zna opo­wia­dał, co przy­nio­sła ana­liza czar­nej skrzynki. Oglą­da­łem na prze­mian ilu­stra­cje po­glą­dowe i ła­si­co­wa­tego męż­czy­znę. Dźwięk od­twa­rzany pod­czas re­la­cji, z wy­jąt­kiem ko­men­ta­rzy ła­sicy, po­cho­dził z au­ten­tycz­nego na­gra­nia z ostat­nich mi­nut w kok­pi­cie.

O dwu­dzie­stej pierw­szej zero pięć na mię­dzy­na­ro­do­wym lot­ni­sku In­diry Gan­dhi w New Delhi roz­po­czął się lot IA48. Sa­mo­lot był już znacz­nie opóź­niony z po­wodu złych wa­run­ków po­go­do­wych. Na ma­pie po­ka­zano jego trasę. Jedna ra­czej pro­sta li­nia przez cały kraj - do Thi­ru­va­nan­tha­pu­ram, czyli na sam po­łu­dniowy kra­niec In­dii. Dwie go­dziny i czter­dzie­ści dwie mi­nuty póź­niej drugi pi­lot Amar Bahri zgło­sił, że zbli­żają się do miej­sca roz­le­głej ak­tyw­no­ści CB. Ła­sica po­ja­wił się na ekra­nie z po­wro­tem i wy­tłu­ma­czył, że "CB" ozna­cza cu­mu­lo­nim­busa, czyli po­godę bu­rzową. Pi­lot Bahri po­pro­sił kon­trolę lotu o po­zwo­le­nie na wznie­sie­nie się z wy­so­ko­ści trzy­dzie­stu sze­ściu ty­sięcy stóp na czter­dzie­ści dwa ty­siące. Cho­dziło o to, żeby prze­le­cieć nad chmurą bu­rzową. Kon­trola od­rzu­ciła prośbę pi­lota z wy­ja­śnie­niem, że za­łoga in­nego lotu wy­brała tę samą stra­te­gię. Za­pro­po­no­wali na­to­miast, żeby IA48 ob­le­ciał ob­szar bu­rzowy. Ka­pi­tan Hari Dayal prze­jął pro­wa­dze­nie roz­mowy i po­in­for­mo­wał, że chcie­liby utrzy­mać tę samą wy­so­kość i kurs. Po kilku se­kun­dach kon­trola za­ak­cep­to­wała po­mysł i roz­mowę za­koń­czono. W kok­pi­cie ka­pi­tan Dayal po­wie­dział do dru­giego pi­lota, że ob­lot ozna­cza tylko do­dat­kowe opóź­nie­nie, i go wy­kpił. Bo­eing 737 by­naj­mniej nie musi się chro­nić przed lek­kim desz­czem. To prawda, ale na lot IA48 cze­kało coś wię­cej niż lekki deszcz. W ka­dłub sa­mo­lotu ude­rzyły bły­ska­wice, au­to­pi­lot wy­siadł, a Bahri mu­siał się mocno tru­dzić, żeby utrzy­mać kurs pod­czas tur­bu­len­cji. W stu­diu ła­sica po­chy­lił się nad biur­kiem i splótł przed sobą dło­nie. Opo­wia­dał po­ucza­ją­cym to­nem, że bu­rze są tym więk­sze i nie­bez­piecz­niej­sze, im bli­żej rów­nika się pod­cho­dzi. Na tych sze­ro­ko­ściach geo­gra­ficz­nych mogą osią­gać na­prawdę mon­stru­alne roz­miary. Wy­da­wał się roz­ko­szo­wać dra­ma­tur­gią i dbał o to, by opo­wia­dać o prze­biegu wy­da­rzeń po­woli i od­da­wać go jak naj­bar­dziej szcze­gó­łowo. Nie­na­wi­dzi­łem go. A jesz­cze bar­dziej nie­na­wi­dzi­łem zu­chwa­łego ka­pi­tana i jego tchórz­li­wego dru­giego pi­lota. Nie­na­wi­dzi­łem li­nii In­dian Air, które ich za­trud­niły, In­dii, które wy­dały ich na świat, i aśram, które ofe­ro­wały tre­ningi jogi lu­dziom z Za­chodu. Naj­bar­dziej ze wszyst­kich zaś nie­na­wi­dzi­łem sa­mego sie­bie. Za to, że po­zwo­li­łem jej je­chać.

Pod­czas lotu IA48 do sil­ni­ków do­stały się duże ilo­ści lodu. Po za­le­d­wie trzech i pół mi­nuty prawy sil­nik eks­plo­do­wał, bo przy­pusz­czal­nie zo­stał kom­plet­nie za­pchany. Co do dal­szego ciągu teo­rie są już różne, ale we­dług ła­sicy naj­bar­dziej praw­do­po­dobny sce­na­riusz jest taki, że ja­kaś część sil­nika, praw­do­po­dob­nie jedna z ło­pa­tek tur­biny, ude­rzyła ka­dłub z boku i roz­cięła prze­wody hy­drau­liczne. Ry­su­nek ka­dłuba zo­stał po­ka­zany na ekra­nie w ramce przed czę­ścią ogo­nową. Układ hy­drau­liczny ste­ro­wał kla­pami, a bez nich sa­mo­lot stał się prak­tycz­nie nie­zdatny do uży­cia.

Wkrótce po eks­plo­zji sil­nika Bahri za­no­to­wał, że sa­mo­lot traci wy­so­kość, a dziób znaj­duje się w zbyt ostrym po­ło­że­niu. Pró­bo­wał się wznieść, ale ster nie re­ago­wał. Sa­mo­lot za­czął prze­chy­lać się na lewo. Ka­pi­tan Dayal ryk­nął do Bah­riego, żeby prze­ka­zał mu stery. Jego krzyk zo­stał nie­mal cał­ko­wi­cie za­głu­szony przez sys­tem ostrze­gaw­czy - me­cha­niczny głos, który raz za ra­zem przy­po­mi­nał o nie­bez­piecz­nym ką­cie lotu. Dayal wy­dał Bah­riemu roz­kaz, żeby ten po­in­for­mo­wał kon­trolę lotu, że znaj­dują się w po­ło­że­niu awa­ryj­nym i na­tych­miast po­trze­bują wol­nej prze­strzeni po­wietrz­nej do naj­bliż­szego lot­ni­ska. Z wy­ko­rzy­sta­niem je­dy­nego dzia­ła­ją­cego sil­nika Day­alowi udało się zmie­nić kąt, który po­wo­do­wał prze­chy­la­nie się sa­mo­lotu do góry dnem. Po­goda jed­nak nie od­pusz­czała i na­dal tra­cili wy­so­kość. Dayal le­ciał te­raz, uży­wa­jąc tak zwa­nego ma­nual re­ver­sion, co ozna­czało, że ste­ro­wano te­raz przy uży­ciu li­nek i siły mię­śni wszyst­kimi funk­cjami, któ­rymi w nor­mal­nych wa­run­kach kie­ro­wał układ hy­drau­liczny. We­dług ła­sicy było to nad­zwy­czaj trudne i wy­ma­gało ogrom­nej siły. Dwa­dzie­ścia cztery se­kundy póź­niej kon­trola lotu po­now­nie na­wią­zała łącz­ność, za­le­ca­jąc, aby le­cieć na mię­dzy­na­ro­dowe lot­ni­sko Ko­czin od­da­lone o sto czter­dzie­ści ki­lo­me­trów. Na­gra­nie za­trzy­mano i na ekra­nie z po­wro­tem po­ja­wił się ła­sica. Sie­dział te­raz lekko prze­chy­lony na bok, marsz­cząc wy­so­kie, blade czoło. Po­wie­dział, że mu­simy zro­zu­mieć, w jak nie­wy­obra­żal­nej sy­tu­acji zna­leźli się obaj pi­loci. Pi­lota za­wo­do­wego szkoli się wpraw­dzie z ręcz­nego ste­ro­wa­nia i w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach uda­łoby się może wy­lą­do­wać w ten spo­sób, ale tu żadne oko­licz­no­ści nie były nor­malne. Mieli tylko je­den sil­nik i znaj­do­wali się w środku sil­nej bu­rzy. Wy­po­wie­dziaw­szy te dra­ma­tyczne słowa, ła­sica znowu włą­czył na­gra­nie z czar­nej skrzynki.

Ka­pi­tan Hari Dayal ode­zwał się do pa­sa­że­rów po raz pierw­szy i po­pro­sił ich o przy­ję­cie prze­pi­so­wej po­zy­cji do lą­do­wa­nia awa­ryj­nego. Tak zwany wi­bra­tor drążka wpra­wił stery sa­mo­lotu w silne drga­nia, co było oznaką trwa­ją­cego prze­cią­gnię­cia i cał­ko­wi­tej utraty zdol­no­ści do lotu. Bo­eing 737 prak­tycz­nie swo­bod­nie opa­dał, a Dayal de­spe­racko wal­czył z opor­nymi ste­rami. Na na­gra­niu z czar­nej skrzynki było sły­chać wy­soki głos Amara Bah­riego, dru­giego pi­lota. Usi­ło­wał prze­krzy­czeć wy­jące sy­gnały ostrze­gaw­cze i me­cha­niczny głos, który po­wta­rzał cały czas: "Pull-up, pull-up".

- Zwiększ moc sil­nika! Wię­cej. Wię­cej! Boże drogi...

Ale zdol­no­ści do lotu nie dało się już od­zy­skać i na­dal do lot­ni­ska w Ko­czi­nie było zbyt da­leko. Wo­kół nich sza­lała bu­rza, a pod nimi nie było nic poza gó­rami i dżun­glą. Prawe skrzy­dło za­częło się znowu pod­no­sić, a ka­dłub prze­chy­lać w lewo. Ani­ma­cja wi­deo ilu­stro­wała, jak sa­mo­lot prze­chyla się co­raz bar­dziej. Nie­długo po roz­pacz­li­wym okrzyku Bah­riego o zwięk­sze­niu mocy sil­nika na­gle ustała walka z urzą­dze­niami ste­ru­ją­cymi, jakby ka­pi­tan Dayal po pro­stu pu­ścił ste­row­nicę i się pod­dał. Miał do­syć. Mu­siał przy­jąć do wia­do­mo­ści fakty. I ta prawda go oszo­ło­miła jak świa­tła re­flek­to­rów sarnę. Owo przy­pusz­cze­nie wzmoc­niły ostat­nie słowa wy­po­wie­dziane w kok­pi­cie. Mó­wił ka­pi­tan Hari Dayal, a jego głos był za­ska­ku­jąco spo­kojny. Zre­zy­gno­wany:

- Roz­bi­jemy się. Nie mogę w to uwie­rzyć.

Ktoś mocno ude­rzył w drzwi wej­ściowe. Naj­pierw to zi­gno­ro­wa­łem, bo by­łem zbyt zszo­ko­wany tym, czego się wła­śnie do­wie­dzia­łem. Ktoś wal­nął znowu, ale te­raz w okno obok drzwi na ta­ras. Przez mro­żone szkło do­strze­głem szarą syl­wetkę. Gdzieś w naj­głęb­szych po­kła­dach mó­zgu za­try­biło, więc wsta­łem, po­sze­dłem do drzwi i otwo­rzy­łem. Nie roz­po­zna­łem męż­czy­zny, który stał na ze­wnątrz. Pa­trzył na mnie ba­daw­czo. Miał oczy na­brzmiałe krwią i roz­czo­chrane włosy. Wy­cią­gnął ręce.

- Nik, do cho­lery... Chodź tu.

Ob­jął mnie. Cie­pło jego ciała i zna­jomy głos. Wszystko we mnie pę­kło i za­czą­łem pła­kać. Trzy­ma­łem się go kur­czowo, pod­czas gdy śnieg wpa­dał przez otwarte drzwi. Mocno przy­ci­ska­łem twarz do mo­krej kurtki swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela. W końcu od­su­nął mnie od sie­bie i ro­zej­rzał się do­okoła.

- Ożeż, kurde, ale tu wy­gląda. I śmier­dzi.

Kri­stof­fer po­pa­trzył na mnie ze łzami w oczach.

- Co by twoim zda­niem po­wie­działa na to Eva? Co? Cho-ler-nie by się wście­kła.

Otwo­rzył okna wy­cho­dzące na ta­ras i zimne, orzeź­wia­jące po­wie­trze wy­peł­niło sa­lon, sze­lesz­cząc kart­kami "Da­gens Ny­he­ter". Po­tem za­czął cho­dzić po po­koju i zbie­rać śmieci. By­łem kom­plet­nie nie­świa­domy, że aż tak się za­pu­ści­łem. Zwitki pa­pie­rów, za­smar­kane ser­wetki, to­rebki po chip­sach, w po­ło­wie zje­dzony pie­róg, puszki po pi­wie i cała masa na­czyń, przede wszyst­kim kie­lisz­ków i kub­ków. Cho­dzi­łem za nim jak nie­zdarny zom­bie, od­no­to­wy­wa­łem wszystko, co robi, ale sam nie by­łem zdolny do pod­ję­cia ja­kiej­kol­wiek ini­cja­tywy. Kri­stof­fer wsy­pał śmieci do pa­pie­ro­wej torby i spoj­rzał na mnie z nie­po­ko­jem.

- Mam na­dzieję, że nie wy­pi­łeś sam tych wszyst­kich bu­te­lek?

Nie od­po­wie­dzia­łem.

- Nie wpad­niesz z po­wro­tem w to ba­gno, nie ma szans.

Wkła­dał do zmy­warki po­brzę­ku­jące sztućce, ta­le­rze i szklanki. W prze­ra­że­niu zo­ba­czy­łem ta­lerz Evy od­wró­cony do góry dnem w pla­sti­ko­wym po­jem­niku zmy­warki. Chcia­łem go ura­to­wać. Nie chcia­łem, żeby prze­pa­dły po niej ja­kie­kol­wiek ślady, na­wet mu­sli.

- Sły­szysz, co mó­wię?

Jęk­ną­łem i wró­ci­łem do sa­lonu. Tem­pe­ra­tura znacz­nie spa­dła, ale zi­gno­ro­wa­łem otwarte okna i opa­dłem na sofę. Kri­stof­fer po­szedł za mną, za­mknął okna, uwa­ża­jąc, żeby nie przy­trza­snąć za­słon, i usiadł na­prze­ciwko mnie. Przyj­rzał mi się uważ­nie, z pew­no­ścią chcąc oce­nić mój stan. Prze­pro­wa­dził ru­ty­nowe ba­da­nie. Po­tem po­cią­gnął no­sem i się skrzy­wił. Po­ki­wa­łem.

- Zrzy­ga­łem się w fo­telu obok cie­bie.

Wes­tchnął, ale nie ode­rwał ode mnie wzroku. Nie po­zwoli mi uciec.

- Mo­żesz wy­brać, czy chcesz mnie po­słu­chać jako przy­ja­ciela, czy jako le­ka­rza. Wiem, że je­steś roz­bity. Boże drogi, kto nie jest? Ale mu­sisz to prze­cier­pieć, choćby ze względu na Evę. Może to brzmi bez­dusz­nie, ale jest do­kład­nie na od­wrót. Jak się za­pi­jesz na śmierć, ona ni­gdy ci nie wy­ba­czy. Bę­dzie na cie­bie cze­kała tam na gó­rze, a do­brze wiesz, jak po­trafi się wściec. Ra­czej tego nie chcesz.

Spró­bo­wał się uśmiech­nąć. Wpa­try­wa­łem się w znisz­czony fo­tel Bruno Ma­ths­sona. Kri­stof­fer był za­wsze tak samo ma­łost­kowy. Cho­ciaż Evy jesz­cze na­wet nie od­na­le­ziono, już za­kła­dał, że zgi­nęła. Bez ogró­dek wy­ra­ził to, co za­ka­zane. Oczy­wi­stość. Za­mkną­łem oczy, spró­bo­wa­łem ze­brać resztki sił i spoj­rza­łem mu w twarz.

- Kri­stof­fer, ja nie chcę tak da­lej. Nie daję rady. Nie wi­dzę sensu. Wszyst­kie moje ma­rze­nia, wszyst­kie moje po­my­sły... Bez Evy ży­cie to tylko nu­żąca ha­rówka. Po­gar­dzam swoim od­bi­ciem w lu­strze, swoim cia­łem, swo­imi po­trze­bami. Nie wiem, po co mam rano wsta­wać. Tak na­prawdę nie ma po­wodu. Na­prawdę. Nie chcę tak wię­cej.

Kri­stof­fer otwo­rzył usta, żeby coś po­wie­dzieć, ale go uprze­dzi­łem.

- Je­stem mor­dercą.

- Co ta­kiego?

- Tak po­wie­działa na sam ko­niec. To były jej ostat­nie słowa i miała ra­cję. Pod ko­niec jej ciąży pra­co­wa­łem jak sza­lony. Trzy­ma­łem się z da­leka w ja­kimś pie­przo­nym ho­telu w Niem­czech. Kto tak w ogóle robi? A tam wpa­da­łem po szyję... - Pod­nio­słem rękę, na­ka­zu­jąc mu, żeby słu­chał da­lej. - Wiem bar­dzo do­brze, że obie­ca­łem ni­gdy już nie pić, obie­ca­łem wam obojgu, ale kiedy zbli­żała się data po­rodu, ogar­nęła mnie pa­nika. To było po pro­stu za wiele. Utkwi­łem w swo­ich ko­le­inach i wał­ko­wa­łem w gło­wie wszystko, co mo­gło pójść nie tak. Co miało pójść nie tak. Ucie­kłem na te za­srane Targi Książki we Frank­fur­cie, wmó­wi­łem so­bie, że to ostat­nia rzecz, jaką ro­bię jako wy­dawca, za­nim uro­dzi się dziecko i pójdę na urlop. A jak już otwo­rzy­łem pierw­szą flaszkę, nie było od­wrotu. Niech to szlag, na­wet nie ode­bra­łem, kiedy dzwo­ni­łeś. Prze­ga­pi­łem wszystko, co za­częło się tu dziać. Moja wła­sna żona, mój wła­sny syn, a ja leżę urżnięty w sztok na pod­ło­dze w ła­zience. Za­wio­dłem na ca­łej li­nii. Pew­nie, stre­so­wa­łem się po­ro­nie­niem. Za­mor­do­wa­łem na­sze dziecko, a w kon­se­kwen­cji też ją.

Kri­stof­fer gwał­tow­nie po­krę­cił głową

- Nik, bre­dzisz. Jak mo­żesz...

- Za­re­zer­wo­wała bi­let na­stęp­nego dnia po po­ro­nie­niu. Aśrama w In­diach... Cztery wa­riac­kie ty­go­dnie jogi bez ja­kie­go­kol­wiek kon­taktu ze świa­tem. Sam chyba sły­szysz, jak to brzmi? Eva, naj­bar­dziej to­wa­rzy­ska osoba na świe­cie. Ni­gdy by nie po­je­chała, gdyby do­no­siła ciążę. - Za­ci­sną­łem pię­ści. - A więc ją za­bi­łem. Za­bi­łem ich oboje. - Oczy mnie pie­kły, a w ustach mia­łem kwa­śny po­smak. - A te­raz... Kłó­ci­li­śmy się, do­słow­nie kilka mi­nut przed tym, za­nim wy­je­chała. Chcia­łem po­móc jej z wa­lizką, spró­bo­wa­łem ją przy­tu­lić, ale ona tylko wy­szarp­nęła rękę i...

Kri­stof­fer się­gnął po moją dłoń. Chwy­cił ją i trzy­mał w moc­nym uści­sku.

- Za­po­mi­nasz, że roz­ma­wiasz z le­ka­rzem, a ja do­kład­nie wiem, co się stało. Ty też to wiesz. Po­ro­nie­nie nie miało nic wspól­nego z nie­po­ko­jem Evy ani z wa­szymi kłót­niami. Ani z twoim pi­ciem. To była czy­sto me­dyczna kwe­stia. Mo­żesz być skoń­czo­nym dup­kiem, bez dwóch zdań, ale nie je­steś żad­nym mor­dercą. Ani dla mnie, ani dla Evy.

Znowu za­mkną­łem oczy.

- Wła­śnie tak po­wie­działa.

Kri­stof­fer za­dzwo­nił do zna­jo­mego psy­chia­try. Mó­wił ści­szo­nym gło­sem, ale i tak nie słu­cha­łem ich roz­mowy. My­śla­łem o tym, że już ni­gdy nie wy­ką­pię się z Evą w Le­rvik. Że już ni­gdy nie po­łoży mi na ko­la­nach mo­krej głowy ani nie wy­drze się na mnie, że nie na­pra­wi­łem drzwi do sauny. Że już ni­gdy nie bę­dziemy się ko­chać. Te my­śli spra­wiały taki ból, że mu­sia­łem się skrzy­wić i po­chy­lić do przodu. Kri­stof­fer skoń­czył roz­ma­wiać i wło­żył kurtkę.

- Po­jadę po le­kar­stwa. I może pizzę? Mu­sisz coś zjeść. - Pod­szedł do drzwi, ale się za­trzy­mał, jakby na­gle opa­no­wało go ja­kieś wa­ha­nie. - Mogę zo­sta­wić cię sa­mego?

Wy­pro­sto­wa­łem się.

- Nie bierz tego do sie­bie, ale je­stem sam nie­za­leż­nie od tego, czy tu je­steś, czy nie.

Zbladł, może po­czuł się do­tknięty? Da­łem so­bie spo­kój.

- Obie­cuję, że nie po­peł­nię sa­mo­bój­stwa, a przy­naj­mniej nie wtedy, kiedy cię nie bę­dzie.

Prze­wró­cił oczami i po­szedł. Słu­cha­łem cich­ną­cego od­głosu auta, który stop­niowo za­stę­po­wała przy­tła­cza­jąca ci­sza. Nie mia­łem po­ję­cia, która go­dzina, czy jest wie­czór, czy po­ra­nek. Za oknami zro­biło się cał­kiem czarno. Kri­stof­fer po­wie­dział, że kupi pizzę, więc było pew­nie bli­żej do obiadu niż do śnia­da­nia. Spoj­rza­łem na lampę od We­gnera sto­jącą na sto­liku obok sofy. Eva czę­sto mó­wiła o feng shui. Jak wszy­scy lu­dzie i rze­czy od­dzia­łują na swoją ener­gię. Że wszystko wo­kół nas łą­czy się ze sobą w pew­nego ro­dzaju za­mknię­tym kręgu. Je­śli tak było, to w każ­dym ra­zie tę małą lampkę opu­ściły wszyst­kie siły. Jej klosz bez­wład­nie zwi­sał i wy­da­wało się, że nie daje rady na­po­tkać mo­jego wzroku. Pa­mię­tam, jakby to było wczo­raj, jak Eva przy­szła z nią do domu. Prze­waż­nie na au­kcje jeź­dzi­li­śmy ra­zem, ale wtedy po­je­chała sama. Chyba mu­sia­łem po­pra­co­wać. Wie­dzia­łem, że po­szło do­brze, gdy tylko wró­ciła. Roz­po­zna­łem to po spo­so­bie, w jaki za­mknęła drzwi wej­ściowe, nie­cier­pli­wie zrzu­ciła z sie­bie płaszcz i po­pę­dziła przez sa­lon. Przy­szła zdy­szana do ga­bi­netu, gło­śno po­sta­wiła lampkę na biurku i usia­dła obok na jego kra­wę­dzi. Od razu roz­po­zna­łem mo­del. Eva miała fioła na punk­cie tego, co duń­skie. Nic nie po­wie­działa, tylko po­pa­trzyła na mnie wy­cze­ku­jąco. Po­ki­wa­łem z uzna­niem.

- Dwa ty­siące?

Eva po­krę­ciła głową.

- Ty­siąc pięć­set?

Znowu za­prze­czyła, a po­tem się po­chy­liła, po­ca­ło­wała mnie w czoło i wy­szep­tała trium­fal­nie:

- Sie­dem­set pięć­dzie­siąt.

Od­wró­ci­łem się od lampy. Naj­chęt­niej bym ją po pro­stu roz­bił.

Kri­stof­fer za­bro­nił mi oglą­dać te­le­wi­zję, ale jak krnąbrny na­sto­la­tek i tak wy­cią­gną­łem rękę i chwy­ci­łem pi­lota. Zmie­nia­łem ka­nały, aż zna­la­złem coś o lo­cie IA48. Ja­kaś Azjatka sie­działa z dwoma męż­czy­znami w ja­snym, lśnią­cym stu­diu te­le­wi­zyj­nym. Ko­bieta roz­ma­wiała z ja­kimś męż­czy­zną łą­czą­cym się z In­dii. Na ekra­nie wid­niała jego fo­to­gra­fia opa­trzona ety­kietą z na­zwi­skiem - "Ro­bert Kak­kar, główny śled­czy w ka­ta­stro­fie IA48". Miał krza­cza­ste brwi, grube, siwe włosy, sze­roki nos i su­rowe, świ­dru­jące spoj­rze­nie. Nad zdję­ciem wid­niała in­for­ma­cja: "Na żywo z Nel­liam­pa­thi". Zwięk­szy­łem gło­śność. Kak­kar opo­wia­dał, że wciąż pa­da­jący deszcz utrud­niał im pracę w te­re­nie. Po­dzię­ko­wał lo­kal­nej lud­no­ści, która im po­ma­gała po­mimo tego, że wiele z ich do­mów zo­stało znisz­czo­nych w ka­ta­stro­fie. Gdy sa­mo­lot spadł, zgi­nęło pię­ciu miesz­kań­ców, a po­tem trzech ko­lej­nych na sku­tek jego po­żaru. Je­den z męż­czyzn w stu­diu za­py­tał, czy wszyst­kie ofiary zo­stały zi­den­ty­fi­ko­wane. Wpa­try­wa­łem się bła­gal­nie w fo­to­gra­fię.

- Obec­nie zi­den­ty­fi­ko­wano sie­dem­dzie­się­ciu trzech pa­sa­że­rów i dwie osoby z za­łogi, ale prace trwają i nie prze­rwiemy ich, do­póki wszy­scy nie zo­staną od­na­le­zieni. Po­goda, ukształ­to­wa­nie te­renu i sam prze­bieg wy­padku spra­wiają, że to cza­so­chłonne za­da­nie. Dzia­łamy jed­nak do­kład­nie i me­to­dycz­nie. Nie pod­da­jemy się.

Ko­bieta prze­czy­tała coś na iPa­dzie.

- Sły­sze­li­śmy ana­lizę z czar­nej skrzynki. Jako osoba od­po­wie­dzialna za do­cho­dze­nie w spra­wie ka­ta­strofy może pan po­wie­dzieć coś wię­cej o jej przy­czy­nach?

- W za­sa­dzie nie. Dane ze skrzynki od­dały do­kładny prze­bieg zda­rze­nia, a po­twier­dziły go wy­niki po­szu­ki­wań na miej­scu.

Po­kój się roz­ja­śnił, gdy świa­tła sa­mo­chodu omio­tły ściany. Kri­stof­fer wró­cił. Już mia­łem wy­łą­czyć te­le­wi­zor, ale po­wstrzy­ma­łem się ze względu na jed­nego z męż­czyzn w stu­diu. Za­trzesz­czało, jakby od­chrząk­nął, a ja z ja­kie­goś po­wodu za­trzy­ma­łem się na­gle. Gdy­bym tylko za­giął pa­lec wska­zu­jący na ja­kiś mi­li­metr, te­le­wi­zor by się wy­łą­czył i wszystko po­to­czy­łoby się po­tem ina­czej. Ale to trzesz­cze­nie pod­świa­do­mie uzna­łem za za­po­wiedź. Oznakę, że te­raz wy­da­rzy się coś waż­nego. Te­raz kom­plet­nie nie­znany męż­czy­zna na od­le­głej so­fie w te­le­wi­zji po­wie coś roz­strzy­ga­ją­cego o ży­ciu i śmierci. Znowu wstrzy­ma­łem od­dech, le­dwo za­uwa­ża­jąc, że na ze­wnątrz pod ga­ra­żem zgasł sil­nik sa­mo­chodu. Męż­czy­zna, star­szy, si­wo­włosy je­go­mość w okrą­głych oku­la­rach, mó­wił spo­koj­nie po an­giel­sku z bry­tyj­skim ak­cen­tem.

- Sa­mo­lot pod­czas lotu IA48 po­zo­sta­wał w po­wie­trzu aż przez dzie­więć mi­nut po wy­stą­pie­niu pro­ble­mów. Tur­bu­len­cje były silne, a na po­kła­dzie mu­siał roz­gry­wać się dra­mat. Szybka zmiana wy­so­ko­ści, sy­gnały ostrze­gaw­cze, spa­da­jące ma­ski tle­nowe... Wiemy rów­nież, że ka­pi­tan w pew­nym mo­men­cie po­pro­sił pa­sa­że­rów, aby przy­jęli po­zy­cję do lą­do­wa­nia awa­ryj­nego. Wszystko to ozna­cza, że lu­dzie byli świa­domi po­wagi sy­tu­acji. Dla­tego nie był­bym za­sko­czony, gdy­by­śmy zna­leźli ja­kieś li­sty. Te­sta­menty, wo­ła­nia o po­moc i wia­do­mo­ści po­że­gnalne do naj­bliż­szych. Lu­dzie pi­szą na tyl­nych stro­nach in­struk­cji bez­pie­czeń­stwa, to­reb­kach na wy­mioty czy ser­wet­kach. Tak było w przy­padku Pol­skich Li­nii Lot­ni­czych w ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym szó­stym roku, Ja­pan Air­li­nes w ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym pią­tym roku i Uni­ted Air­li­nes w dwa ty­siące je­de­na­stym. We wszyst­kich wra­kach zna­le­ziono ta­kie po­że­gna­nia. Na­zy­wamy je pło­ną­cymi li­stami.

Kri­stof­fer szarp­nął drzwiami i wszedł do przed­sionka. Wy­łą­czy­łem te­le­wi­zor. Kri­stof­fer roz­ma­wiał z prze­ję­ciem przez te­le­fon, jed­no­cze­śnie otrze­pu­jąc śnieg z bu­tów.

- Nie, no do cho­lery, Wilda ni­gdy by cze­goś ta­kiego nie zro­biła. Tak, wiem, z kim się za­daje, ale... Tak, ja­sne, mhm. - Głę­bo­kie wes­tchnie­nie. - Po­ga­dam z nią.

Kri­stof­fer wszedł do sa­lonu. Rzu­cił na sto­lik dwa czer­wono-białe pu­dełka z pizzą, wziął do ręki te­le­fon wci­śnięty mię­dzy brodę a ucho i za­koń­czył roz­mowę. Pu­dełka pach­niały ore­gano i czosn­kiem. Cią­gle było mi nie­do­brze, więc od­su­ną­łem je ręką.

- Co się stało?

- Ech, nic, czym mu­sisz się przej­mo­wać. O Boże, tylko ta­kie drobne zmar­twie­nia.

- Coś z Wildą?

- Za­częła się za­da­wać ze star­szymi ko­le­siami. Zaj­mują się ja­kimś ba­dzie­wiem w In­ter­ne­cie. Nie­le­gal­nym. I to nie tylko w domu, ale też na kom­pu­te­rach w szkole.

- Jak to nie­le­gal­nym?

Zda­wało się, że Kri­stof­fer też nie ma ochoty na je­dze­nie. Na­dal stał w kurtce.

- Na­zywa się to dark web. To coś w ro­dzaju taj­nej czę­ści in­ter­netu, gdzie znaj­dziesz wszel­kie moż­liwe gówna. Wszystko, czego ofi­cjal­nie nie wi­dać. Ale Wilda twier­dzi, że miała tam tylko coś spraw­dzić. Co niby? Ode­zwy, żeby przy­stą­pić do ISIS? Naj­mod­niej­szy śmier­telny nar­ko­tyk? Do­staję przez to szału.

Po­ki­wa­łem, na­gle opa­no­wany przez zmę­cze­nie. Kri­stof­fer mu­siał to za­uwa­żyć. Po­grze­bał w kie­szeni kurtki i wy­cią­gnął dwa białe opa­ko­wa­nia wiel­ko­ści pa­czek pa­pie­ro­sów. Po­sta­wił je na stole.

- Zo­loft, prze­ciw­lę­kowy. Każda ta­bletka ma sto mi­li­gra­mów. Za­cznij od po­łówki na dzień, a po mniej wię­cej ty­go­dniu mo­żesz brać całą. Nie za­ży­waj kilku na­raz i ni­gdy nie łącz z al­ko­ho­lem. To silny pre­pa­rat, po­wo­duje skutki uboczne, ale i tak my­ślę, że jest dla cie­bie w sam raz. Żadna cu­downa te­ra­pia, ale po­może ci prze­trwać. Twoje dołki nie będą ta­kie głę­bo­kie.

Po­ło­żył mi rękę na ra­mie­niu. Po­czu­łem, że zbiera mi się na płacz. Wo­lał­bym zo­stać sam, a jed­no­cze­śnie nie chcia­łem, żeby Kri­stof­fer po­szedł. Po­chy­lił się w moją stronę.

- Obie­caj mi, że bę­dziesz je brać.

- Spró­buję za­snąć.

Kri­stof­fer się wy­pro­sto­wał.

- Brzmi nie­źle. Je­stem pod te­le­fo­nem. Wpadnę ju­tro, od razu po pracy.

Spró­bo­wa­łem się uśmiech­nąć.

- Dzięki. I po­wo­dze­nia z Wildą.

Po­pa­trzył mi ba­daw­czo w oczy. Za­trzy­mał na mnie wzrok chwilę dłu­żej. Po­tem wy­szedł do przed­po­koju, otwo­rzył drzwi i znik­nął. Wpa­try­wa­łem się w białe pu­dełka na stole. Nie wie­rzy­łem ani przez jedną se­kundę, że dzięki nim moje dołki nie będą ta­kie głę­bo­kie.

Obu­dzi­łem się z drgnię­ciem. W pierw­szej chwili by­łem zdez­o­rien­to­wany, ale pa­mięć za­raz po­wró­ciła. Eva ode­szła, a ja by­łem sam. Szok za każ­dym ra­zem był rów­nie silny. Le­ża­łem na so­fie w sa­lo­nie, a mały, nie­bie­ski wy­świe­tlacz z ze­stawu ste­reo wska­zy­wał piątą pięt­na­ście. Wie­dzia­łem, co mnie obu­dziło. Prze­świad­cze­nie, sil­niej­sze od wszyst­kiego, co prze­ży­łem od bar­dzo dawna. Krzy­czała do mnie. W swo­ich ostat­nich mi­nu­tach wy­rwała kartkę z ka­len­da­rza albo od­wró­ciła in­struk­cję bez­pie­czeń­stwa. I tam, w wol­nym miej­scu, obok ko­lo­ro­wych po­staci, na po­wrót wy­peł­niła prze­paść mię­dzy nami. Prze­dzie­rała się wstecz. Pod­nio­słem się na so­fie. Gdzieś w in­dyj­skiej dżun­gli cze­kał jej list. Wło­ży­łem szla­frok i po­sze­dłem do kuchni. Za oknami było ciemno, a Bromma spała pod przy­kry­ciem z ci­szy i chłodu. Ter­mo­metr wska­zy­wał mi­nus sie­dem stopni. Za­grza­łem wodę na her­batę. Od­szu­ka­nie li­stu bę­dzie trudne, ra­tow­nicy nie do­tarli jesz­cze na­wet do wszyst­kich pa­sa­że­rów. Wy­ją­łem fi­li­żankę, wło­ży­łem do niej to­rebkę her­baty i wla­łem wodę. Co, je­śli list zo­stał znisz­czony w wy­padku? Tak musi chyba jed­nak dziać się naj­czę­ściej? Ostat­nie słowa prze­pa­dają ra­zem z nadawcą? Od­sta­wi­łem czaj­nik na blat. A jed­nak. Męż­czy­zna w stu­diu te­le­wi­zyj­nym po­wie­dział, że to się może wy­da­rzyć. Ta­kie li­sty rze­czy­wi­ście się po­ja­wiają. Była więc szansa. Wie­dzia­łem, że kie­row­nik ak­cji ra­tun­ko­wej na­zywa się Ro­bert Kak­kar. Musi się do­wie­dzieć, że je­śli, nie, nie je­śli, ale kiedy znajdą list, mu­szą od­dać go mnie. Eva cze­kała i żyła po­śród jego li­ter. List utrzy­my­wał ją przy ży­ciu. Ostat­nie spo­tka­nie było na­dal przede mną. Wzią­łem ze sobą fi­li­żankę do ga­bi­netu. Lekko bo­lała mnie głowa, może po zo­lof­cie.

Dwie go­dziny za­jęło mi zdo­by­cie nu­meru, pod któ­rym można było się skon­tak­to­wać z Ro­ber­tem Kak­ka­rem. W In­ter­ne­cie nie było żad­nych da­nych kon­tak­to­wych, li­nie In­dian Air nie po­da­wały żad­nych nu­me­rów, a ktoś z in­dyj­skiej ko­mi­sji wy­pad­ko­wej odło­żył słu­chawkę, kiedy dzwo­ni­łem. W końcu dzien­ni­karka z ga­zety "The Ti­mes of In­dia" dała mi nu­mer do kie­row­nic­twa ak­cji ra­tun­ko­wej w Nel­liam­pa­thi. Nie był to nu­mer bez­po­śred­nio do Ro­berta Kak­kara, ale lep­sze to niż nic. Kiedy dzwo­ni­łem, by­łem tak zde­ner­wo­wany, że mu­sia­łem stać. Po pię­ciu sy­gna­łach dało się sły­szeć klik­nię­cie i ktoś ode­brał.

- Aap kaun bol rahe hai?

Głos był mocny i zde­cy­do­wany. Sta­łem tylko bez słowa, tak by­łem za­sko­czony, że ktoś ode­brał.

- Ha­ilo?

Ze­bra­łem się w so­bie.

- Na­zy­wam się Ni­klas Fors i szu­kam pana Ro­berta Kak­kara.

- Przy te­le­fo­nie.

Nie­sa­mo­wite. Udało mi się przy pierw­szej pró­bie. Ale na­wią­za­nie tego kon­taktu spra­wiło, że zro­biło mi się su­cho w ustach i lekko za­krę­ciło mi się w gło­wie. Prze­łkną­łem ślinę i spró­bo­wa­łem zna­leźć od­po­wied­nie słowa.

- Więc tak, wi­dzia­łem pana w te­le­wi­zji i...

- Wy­razy współ­czu­cia.

Zszo­ko­wany ro­zej­rza­łem się do­okoła, jakby Kak­kar mógł mnie zo­ba­czyć, gdy tak sta­łem. Kiedy nic nie od­po­wie­dzia­łem, mó­wił da­lej, jakby czy­tał mi w my­ślach.

- Po­wie­dział pan, że na­zywa się Fors. Za­kła­dam, że jest pan krew­nym pani Fors?

W prze­ra­że­niu zda­łem so­bie sprawę, że te­le­fon do kie­row­nika ak­cji ra­tun­ko­wej w Nel­liam­pa­thi był fa­tal­nym błę­dem. My­śla­łem tylko o li­ście, ale bra­ko­wało cze­goś nie­skoń­cze­nie waż­niej­szego. Co mo­gło zo­stać od­na­le­zione w każ­dej chwili. Co może już od­na­le­ziono. W żad­nym wy­padku nie chcia­łem tego wie­dzieć. Nie te­raz. Ani kie­dy­kol­wiek. Ob­lany zim­nym po­tem usia­dłem na krze­śle przy biurku.

- Pa­nie Fors? Jest pan tam?

- Eva Fors była... jest moją żoną.

Ro­bert za­kasz­lał. Głę­boki, rzę­żący ło­skot z płuc.

- Ro­zu­miem. Ro­bimy wszystko, co w na­szej mocy, ale nie­stety na­dal nie zo­stała od­na­le­ziona. Ona i około sześć­dzie­się­cioro po­zo­sta­łych. Ale się nie pod­da­jemy.

Na­bra­łem po­wie­trza. Chcia­łem szybko zmie­nić te­mat. Nie mia­łem ochoty słu­chać o kar­tach sto­ma­to­lo­gicz­nych i prób­kach DNA.

- W te­le­wi­zji mó­wili o li­stach, wia­do­mo­ściach, które pa­sa­że­ro­wie pi­szą, kiedy ro­zu­mieją już, że... - Ści­snęło mnie w gar­dle. - Na­zywa się je pło­ną­cymi li­stami.

- Zga­dza się, ale...

- Moja żona na­pi­sała taki list.

Kak­kar mil­czał kilka se­kund, po czym od­po­wie­dział:

- Skąd pan wie?

Wpa­try­wa­łem się w ekran kom­pu­tera przed sobą. Wi­dzia­łem w nim wła­sne blade od­bi­cie. Wła­śnie, skąd wie­dzia­łem? Nie było na to żad­nego lo­gicz­nego do­wodu, po pro­stu wie­dzia­łem, w ten sam spo­sób, w jaki czło­wiek wie na długo przed­tem, za­nim spoj­rzy na ze­ga­rek, że za­spał, albo kiedy sie­dząc w łódce, może do­kład­nie wska­zać, gdzie chowa się ryba i gdzie bę­dzie brała, cho­ciaż sam ni­czego nie wi­dzi na gład­kiej po­wierzchni. To tak pro­ste. A list ist­niał. Tak po pro­stu było.

- Znaj­dzie­cie list i mi go wy­śle­cie.

- Nie­stety mu­szę pana roz­cza­ro­wać. Nie zna­leź­li­śmy nic, co wska­zy­wa­łoby na to, że pa­sa­że­ro­wie zo­sta­wili ja­kieś li­sty.

- To nie ma zna­cze­nia. Wiem, że go na­pi­sała. - Zni­ży­łem głos. - Pro­szę, niech pan znaj­dzie ten list.

Kak­kar za­wo­łał do ko­goś, a w tle chyba za­trą­bił klak­son sa­mo­chodu albo cię­ża­rówki. Po chwili znów się ode­zwał:

- Mamy ogra­ni­czone za­soby i kon­cen­tru­jemy się na od­na­le­zie­niu i iden­ty­fi­ka­cji pa­sa­że­rów. Wiem, że pan też to do­ce­nia.

- W ta­kim ra­zie przy­jadę. Sam po­szu­kam li­stu.

Mó­wiąc to, po­czu­łem, że mam ra­cję, że to je­dyna moż­liwa droga na­przód.

- Pa­nie Fors, pro­szę po­słu­chać. Nel­liam­pa­thi to miej­sce ka­ta­strofy. Jak strefa wojny. Leje i jest czter­dzie­ści stopni cie­pła. Sza­leją cho­roby, śmier­dzi, za prze­pro­sze­niem, wszystko, czym jesz­cze nie udało nam się za­jąć. A poza tym bar­dzo trudno się tu na­wet do­stać, bo deszcz znisz­czył drogi. Nie mogę panu za­bro­nić, ale sta­now­czo od­ra­dzam.

Kak­kar znowu za­kasz­lał. Oczy za­szły mi łzami. Nie chcia­łem, żeby Eva była w ta­kim miej­scu.

- Po­sy­łamy wszyst­kie szczątki do Co­im­ba­tore w celu iden­ty­fi­ka­cji. W ra­zie po­trzeby zo­sta­nie pan tam we­zwany. Jest tam też pro­wi­zo­ryczne cen­trum kry­zy­sowe dla ro­dzin ofiar.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Kak­kar mil­czał dłuż­szą chwilę. Wes­tchnął.

- Po­wiem panu coś, czego nie po­wie­dziano w te­le­wi­zji. Za­brzmi to ma­ka­brycz­nie i ta­kie wła­śnie jest, ale ży­jemy w dziw­nym świe­cie za­miesz­ka­nym przez dziw­nych lu­dzi.

Zmę­cze­nie za­częło się znowu pod­kra­dać i uszła ze mnie cała ener­gia.

Kak­kar mó­wił da­lej:

- Pi­sane pod­czas wy­pad­ków li­sty, które prze­trwały sam upa­dek sa­mo­lotu, mają dużą war­tość, nie tylko dla bli­skich, ale też na rynku wtór­nym.

- Nie ro­zu­miem...

- Wszy­scy, któ­rzy zaj­mują się więk­szymi wy­pad­kami sa­mo­lo­to­wymi, mu­szą zma­gać się ze zło­dzie­jami, to zna­czy ry­zy­kiem, że miej­sce ka­ta­strofy zo­sta­nie splą­dro­wane. Mamy tu wielu cy­wili, któ­rzy nam po­ma­gają. Po­trze­bu­jemy ich, żeby wy­ko­nać swoje za­da­nie. Są bar­dzo przy­datni, ale mimo wszystko to ubo­dzy chłopi, pra­wie bez­domni. Zda­rza się, że kon­tak­tują się z nimi osoby, które płacą za łupy. Te­le­fony ko­mór­kowe, lap­topy, bi­żu­te­rię, ze­garki i pasz­porty. Rze­czy zni­kają. Ro­bimy oczy­wi­ście wszystko, co w na­szej mocy, żeby po­wstrzy­mać ten pro­ce­der, ale to w za­sa­dzie nie­moż­liwe.

- Ale co to ma wspól­nego z li­stem mo­jej żony?

- Li­sty po­że­gnalne, te­sta­menty, wiele z tych do­ku­men­tów ni­gdy nie do­ciera do od­bior­ców. Za­miast tego są sprze­da­wane na czar­nym rynku. Ku­po­wa­nie tych li­stów jest nie­le­galne, ale przez to są chyba jesz­cze bar­dziej ku­szące.

- Twier­dzi pan, że list mo­jej żony jest wy­sta­wiony na eBayu?

- W żad­nym wy­padku. Te li­sty są sprze­da­wane w świe­cie prze­stęp­czym, w ta­jem­nicy.

- To prze­cież ab­surd, te­sta­menty umie­ra­ją­cych?

- Po­li­cja nad­zo­ruje kar­czo­wa­nie, ale nie­stety po­li­cję też można ku­pić.

- Przy­jadę.

- Pa­nie Fors, tak jak po­wie­dzia­łem, nie zna­leź­li­śmy nic, co wska­zy­wa­łoby na to, że na­pi­sano ja­kie­kol­wiek li­sty. Pro­szę mi wie­rzyć, na nic się tu pan nie przyda. Szu­kamy dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę, a pan musi po­le­gać na na­szych sta­ra­niach.

Mil­czał przez chwilę, po czym do­dał:

- Je­śli rze­czy­wi­ście chce pan po­świę­cić czas na szu­ka­nie, chyba le­piej spró­bo­wać bez­po­śred­nio u ko­lek­cjo­ne­rów. Kto wie, może ja­kiś list z wy­padku wy­sta­wiono już na sprze­daż?

Skrzy­wi­łem się. Ból głowy przy­brał na sile.

- A gdzie znajdę tych ko­lek­cjo­ne­rów?

- Wła­ści­wie to nie wiem. Jak mó­wi­łem, han­del od­bywa się po­ta­jem­nie. Na­wią­za­nie kon­taktu z ku­pu­ją­cymi jest pew­nie trudne, może wręcz nie­moż­liwe.

Po kilku go­dzi­nach przed kom­pu­te­rem wie­dzia­łem już, że Ro­bert Kak­kar miał ra­cję. W In­ter­ne­cie nie było ani jed­nej wzmianki o ko­lek­cjo­ne­rach pło­ną­cych li­stów. Na­pi­łem się zim­nej her­baty. Pizza wciąż le­żała w sa­lo­nie, ale nie by­łem głodny. Kri­stof­fer po­wie­dział, że wpad­nie po pracy, ale mo­gło to ozna­czać do­słow­nie wszystko. Po­my­śla­łem o Wil­dzie. Trudno było zro­zu­mieć, prze­ciwko czemu się bun­to­wała. Miała fan­ta­stycz­nych ro­dzi­ców i bez­pieczny dom. Była in­te­li­gentna i do­brze ra­dziła so­bie w szkole. Jed­nak we­dług Kri­stof­fera to wła­śnie oto­cze­nie sta­no­wiło pro­blem. Cią­gnęło ją do chło­pa­ków, któ­rzy piją i spra­wiają kło­poty. Kri­stof­fer po­wie­dział, że ser­fują po In­ter­ne­cie, ale nie po jego jaw­nej czę­ści, tylko ja­kiejś taj­nej. Ukry­tej. Za­trzy­ma­łem fi­li­żankę w po­ło­wie drogi do ust. Ta­kiej, któ­rej ofi­cjal­nie nie wi­dać. Sko­czyło mi tętno. Dark web! Ale jak tam tra­fić? Sam by­łem kiep­ski w kwe­stiach tech­nicz­nych, więc mu­sia­łem zna­leźć ko­goś, kto by mi po­mógł. Nie mo­głem po­pro­sić Wildy, nie po tym, co Kri­stof­fer po­wie­dział o dark we­bie. Łyk­ną­łem her­baty, nie czu­jąc smaku.

Po­my­śla­łem o Mor­ga­nie Sten­so­nie, ku­zy­nie Kri­stof­fera. Mor­gan od­wie­dził nas kilka razy. Po­ma­gał Evie za­in­sta­lo­wać pro­gram do edy­cji fil­mów i usta­wił nam sieć wi-fi. Zda­wało się, że sporo wie o kom­pu­te­rach. Od­sta­wi­łem fi­li­żankę, wzią­łem te­le­fon i prze­wi­ną­łem li­stę kon­tak­tów. O tu­taj, Mor­gan Sten­son. Czy mo­głem do niego za­dzwo­nić, nie roz­ma­wia­jąc wcze­śniej z Kri­stof­fe­rem? Mor­gan był wpraw­dzie do­ro­sły, miał po­nad trzy­dziestkę, ale się tak nie za­cho­wy­wał. Nie li­cząc sta­rego jam­nika, miesz­kał sam i ge­ne­ral­nie był dziwny. Na­bur­mu­szony i nie­życz­liwy. Miał po­sta­wioną ja­kąś dia­gnozę. We­dług Kri­stof­fera ży­wił się wy­łącz­nie słoną lu­kre­cją i grał w gry kom­pu­te­rowe. Był sa­mot­ni­kiem, ale Kri­stof­fer go lu­bił i za­wsze miał go na oku. Wściekłby się, gdy­bym wplą­tał jego ku­zyna w coś nie­le­gal­nego. Jed­nak może prze­ko­nał­bym Mor­gana, żeby trzy­mał to w ta­jem­nicy. Wa­ha­łem się. Sie­dzia­łem nie­ru­chomo z kciu­kiem na ikonce po­łą­cze­nia. Cho­dziło prze­cież o ostat­nie słowa Evy. O oca­le­nie li­stu, który mógł zo­stać sprze­dany ja­kie­muś zwy­rod­nia­łemu ko­lek­cjo­ne­rowi na dru­gim końcu świata. Wci­sną­łem zie­loną słu­chawkę, po­łą­cze­nie zo­stało na­wią­zane i roz­legł się sy­gnał. Klik­nęło, po czym dało się sły­szeć dud­nią­cego har­drocka.

- Halo? Mor­gan?

- Kto mówi?

Pod­nio­słem głos.

- Ni­klas Fors, ko­lega Kri­stof­fera.

- Po co dzwo­nisz?

W tle ktoś wrzesz­czał jak opę­tany, może to był frag­ment pio­senki.

- Chcę cię pro­sić o przy­sługę. O coś bar­dzo waż­nego.

Nie od­po­wie­dział.

- Znasz dark web?

Wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc.

- Roz­łą­czam się.

Wsta­łem tak gwał­tow­nie, że ude­rzy­łem w biurko, a her­bata roz­lała się na kla­wia­turę.

- Nie, słu­chaj. Nie cho­dzi mi o żadne głu­poty. Po­trze­buję tylko po­mocy, żeby zna­leźć coś, co może tam być.

- Skoń­czy­łem z tym gów­nem. Usu­ną­łem Tora.

- Tora?

- Prze­glą­darkę. Wej­ście do dark webu. Po­li­cja Bez­pie­czeń­stwa fil­truje wszyst­kich, któ­rzy tam za­glą­dają. Re­je­struje ich na­zwi­ska i umiesz­cza w ja­kiejś cho­rej ba­zie. W przy­szło­ści, pew­nie szyb­ciej, niż się spo­dzie­wasz, wy­cią­gną to i bum! Cza­isz? Na­zna­czeni równa się znisz­czeni.

- Ro­zu­miem, ale po­słu­chaj. To tak na­prawdę kwe­stia ży­cia i śmierci. Nie wiem, czy sły­sza­łeś, co mi się zda­rzyło. Co się stało z Evą.

Mor­gan wy­mam­ro­tał coś nie­zro­zu­miale. Mu­zyka za­dud­niła tak, że aż za­trzesz­czało w te­le­fo­nie. Mó­wi­łem da­lej:

- Nie będę cię za­nu­dzać dłu­gimi wy­ja­śnie­niami, ale przez to, co się stało, mu­szę zna­leźć pewną grupę lu­dzi. Ko­lek­cjo­ne­rów. A twoja po­moc by­łaby bez­cenna. Je­śli Kri­stof­fer cze­goś się do­wie, cho­ciaż nie musi, we­zmę to na sie­bie, obie­cuję.

Mor­gan mil­czał, ale po­mimo mu­zyki sły­sza­łem jego ciężki od­dech. Cze­ka­łem, ma­jąc na­dzieję, że wzbu­dzę w nim coś w ro­dzaju za­cie­ka­wie­nia. Roz­lana her­bata ka­pała na pod­łogę.

- Co ko­lek­cjo­nują?

- Li­sty. Z wy­pad­ków lot­ni­czych.

- Jak to, pi­sa­nych w sa­mo­lo­tach? Zna­czy w sa­mo­lo­tach, które...

- Które się roz­biły. Na­zywa się je pło­ną­cymi li­stami.

- Ożeż, kurde. Ku­uur­deee. Chore.

Wrza­ski za­stą­piła so­lówka na gi­ta­rze. Mor­gan znowu za­milkł. Sia­dłem na krze­śle i prze­tar­łem ręką mo­krą kla­wia­turę.

- Mor­gan, nie po­wiem nic Kri­stof­fe­rowi, je­śli to tym się przej­mu­jesz. Wiem, ja­kie ma zda­nie o dark we­bie, ale to zo­sta­nie mię­dzy nami. A je­śli cho­dzi o bazę Po­li­cji Bez­pie­czeń­stwa, pew­nie już i tak w niej je­steś. Prawda?

Mor­gan prych­nął. Zni­żył głos.

- Więc cho­dzi o to, żeby od­szu­kać świ­nię, która ku­puje albo sprze­daje ta­kie li­sty?

- Wła­śnie.

- Okej, zro­bię to, ale tylko ze względu na to, co się stało... Zna­czy... z Evą. Dla niej. I nic ni­komu nie mów. Sły­szysz? Nic ni­komu. Wszy­scy mogą być za­mie­szani. Wszy­scy!

Trudno mi było pa­trzeć na twarz Kri­stof­fera. Wy­glą­dał na cho­rego. Cho­rego i zmar­no­wa­nego. Był po­ra­nek i Kri­stof­fer za­trzy­mał się w dro­dze do pracy. Nie ogo­lił się, miał duże, ciemne worki pod oczami, a na so­bie te same ubra­nia co wczo­raj - parę brą­zo­wych sztruk­so­wych spodni i czer­woną ko­szulę. Skar­petki nie do pary. Znał Evę dłu­żej niż ja. On też był oczy­wi­ście zszo­ko­wany i smutny. I zły. Może i on przyj­mo­wał zo­loft. Sie­dzia­łem na swoim zwy­kłym miej­scu na so­fie i prze­żu­wa­łem gu­mo­waty ka­wa­łek pizzy. By­łem zde­ner­wo­wany i mia­łem wy­rzuty su­mie­nia po roz­mo­wie z Mor­ga­nem. Kri­stof­fer po­ki­wał głową.

- A w ogóle to się wy­ja­śniło.

- Co ta­kiego?

- Z Wildą.

Prze­żu­wa­łem da­lej, uwa­ża­jąc, żeby nie na­po­tkać jego wzroku.

- To do­brze.

- Od­by­łem z nią długą roz­mowę i w końcu za­sko­czyło. Obie­cała, że ni­gdy wię­cej nie bę­dzie zaj­mo­wać się tym gów­nia­nym dark we­bem.

Coś brzdąk­nęło w te­le­fo­nie. Kri­stof­fer zbladł.

- Do­sta­łeś SMS-a.

Spró­bo­wa­łem wy­glą­dać na nie­po­ru­szo­nego. Ski­nął w stronę te­le­fonu.

- A co, je­śli to coś z wy­pad­kiem?

Wzią­łem te­le­fon i spoj­rza­łem na wy­świe­tlacz. Od Mor­gana. Po­krę­ci­łem głową.

- W wy­daw­nic­twie chcą tylko wie­dzieć, jak się mie­wam.

Kri­stof­fer się roz­luź­nił.

- Jako twój le­karz mogę po­wie­dzieć, że świet­nie się spi­su­jesz. Od­dy­chasz, jesz, śpisz. Bo chyba tak jest?

- Mniej wię­cej.

- Je­steś silny, Eva by­łaby z cie­bie dumna.

Wsta­łem.

- Nie tylko śpię i od­dy­cham, na­wet si­kam.

Kri­stof­fer się uśmiech­nął. Po­pę­dzi­łem do to­a­lety. Kiedy w tej cia­snej prze­strzeni wy­cią­ga­łem te­le­fon, czu­łem się jak prze­stępca. To była krótka wia­do­mość.

Ehr­ling Ho­vland,

Dam­tjer­nve­gen 199, Elve­rum, Nor­we­gia

Te­le­fon 0047 624 010 00

M.

Prze­czy­ta­łem wia­do­mość kilka razy. Mor­gan wy­grze­bał skądś praw­dzi­wego ko­lek­cjo­nera. Wpi­sa­łem "Elve­rum" w wy­szu­ki­warkę map w te­le­fo­nie. To była mała miej­sco­wość na tra­sie do Lil­le­ham­mer, sześć­set ki­lo­me­trów na pół­nocny za­chód od Sztok­holmu. Ze ssa­niem w żo­łądku cof­ną­łem się do nu­meru. Za­nim za­dzwo­ni­łem, wsze­dłem w usta­wie­nia te­le­fonu i wy­łą­czy­łem swoją iden­ty­fi­ka­cję. Po­tem na­bra­łem po­wie­trza i wy­bra­łem nu­mer. Dało się sły­szeć dwa sy­gnały, po czym au­to­ma­tyczny głos od­po­wie­dział po nor­we­sku:

- Nu­mer, z któ­rym chcesz się po­łą­czyć, zo­stał zli­kwi­do­wany na wnio­sek abo­nenta.

Roz­cza­ro­wany osu­ną­łem się na muszlę klo­ze­tową. No oczy­wi­ście, ina­czej by­łoby zbyt ła­two. Co więc mam zro­bić? Je­chać sześć­set ki­lo­me­trów, ale w ogóle się nie kon­tak­to­wać przez te­le­fon? Albo ska­so­wać SMS i za­po­mnieć o pło­ną­cych li­stach? Tkwić da­lej w swoim ko­ko­nie, aż w końcu z In­dii przyj­dzie to nie­szczę­sne po­łą­cze­nie? Wsta­łem i spu­ści­łem wodę. Oczy­wi­ście, że tak zro­bię. Cze­ka­nie w domu było je­dy­nym roz­sąd­nym wyj­ściem. A jazda do Nor­we­gii to sza­leń­stwo.

- Jadę do Nor­we­gii.

Kri­stof­fer wle­pił we mnie wzrok.

- Wpa­dłeś na to w ki­blu?

- Tak jakby. Kilka ty­go­dni temu do­sta­łem za­pro­sze­nie, to zna­czy kiedy Eva po­ro­niła. Pe­wien nor­we­ski pi­sarz za­pro­sił mnie do swo­jego domku pracy twór­czej i przy­po­mniało mi się to, jak by­łem w ła­zience. Mu­szę stąd wy­je­chać. Nie mogę tak po pro­stu tu­taj sie­dzieć i cze­kać, aż ją znajdą.

- Ale nie za­mie­rzasz chyba ru­szać już te­raz? O wpół do ósmej rano? Jest ciemno, a drogi są śli­skie. Poza tym za­ży­wasz lek, które wy­wo­łuje zmę­cze­nie i brak kon­cen­tra­cji. - Sam na pewno sły­szał, jak to brzmi. Wstał i za­ostrzył ton. - Nie wolno ci tego zro­bić. Może ju­tro, jak bę­dzie ładna po­goda, a ty się wy­śpisz.

Nie mia­łem za­miaru się z nim sprze­czać, bo i tak nie przy­stałby na żadne pro­te­sty.

- Masz ra­cję, zo­ba­czymy ju­tro.

Kri­stof­fer spoj­rzał mi w oczy. Zbyt do­brze mnie znał i wie­dział, że coś ukry­wam, ale nie miał siły za­czy­nać dys­ku­sji. Przy­tu­lił mnie mocno i długo trzy­mał w ob­ję­ciach. Wy­da­wało mi się, że chyba pła­cze. Po chwili mnie pu­ścił i od­wró­cił głowę.

- Mo­żesz dzwo­nić, kiedy chcesz. Spró­buj od­po­cząć.

Mach­nął ręką i wy­szedł szyb­kim kro­kiem. Trza­snęły drzwi wej­ściowe. Ro­zej­rza­łem się po po­koju. Co mam za­brać? W wa­lizce z po­dróży do Frank­furtu da­lej le­żało kilka rze­czy. Ko­sme­tyczka, parę czy­stych ubrań, skar­petki, pasz­port. Mu­sia­łem spa­ko­wać ła­do­warkę do te­le­fonu i jesz­cze tro­chę ciu­chów. Spoj­rza­łem na ze­ga­rek. Za pięt­na­ście ósma. Ja­dąc bez prze­rwy, po­wi­nie­nem być na miej­scu około trze­ciej po po­łu­dniu. Wsze­dłem na górę, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie na­raz. W sy­pialni bez­ład­nie się spa­ko­wa­łem i wró­ci­łem na par­ter. Na­de­szła pora, by wyjść z ko­konu.