Jeździec wrócił z Ahiranji w dniu, w którym Malini pierwszy raz zobaczyła morze.
Przemieszczającej się armii towarzyszyła specyficzna woń końskich ciał, słoniowego łajna, spoconych ludzi i rozgrzanego przez słońce żelaza. Malini liczyła, że po tygodniach podróży się do niej przyzwyczai, ale tak się nie stało. Za każdym razem, gdy wiał wiatr i cienkie zasłonki otaczające jej rydwan zaczynały trzepotać, miała wrażenie, że czuje ją po raz pierwszy.
Wietrzyk niosący woń oceanu przebił się przez smród niczym lśniący nóż. Była to ostra nuta, gorzka od soli. Cesarzowa wyprostowała się w rydwanie, gdy poczuła jej dotyk na policzku. Wyciągnęła rękę, by odsunąć tkaninę i pozwolić podmuchowi swobodnie do niej dotrzeć.
Gdy zasłonka nie zakłócała jej już widoku, Malini przyjrzała się otaczającej ją armii: wojownikom ze Srugny z buzdyganami opartymi o barki; saketyjskim wasalom ze znakami lennymi widocznymi na szarfach i zwiniętymi biczami u bioder; Alorczykom z czakramami na nadgarstkach, jadącym przy dwaralskich łucznikach na białych ogierach o krwistoczerwonych siodłach, a także okalającym ją jej własnym paridźatdwipańskim siłom, odzianym w cesarską biel i złoto, z obnażonymi szablami lśniącymi w słońcu. Oto była jej armia, połączone wojska miast-państw cesarstwa, które pomogą jej obalić brata i przejąć tron. Jej tron, należący jej się z racji krwi i proroctwa.
Zaś ponad ich głowami dostrzegała cieniuteńką niebieską kreskę.
Morze.
Wiedziała, że w końcu je ujrzy. Jeszcze zanim Aditja o jeden raz za dużo odrzucił ich dziedzictwo, zanim Malini została nazwana cesarzową, garstka lordów wiernie udzielających poparcia Aditji zaplanowała, by ich siły spotkały się i podążyły w kierunku Dwarali, w miarę możliwości trzymając się trasy prowadzącej wzdłuż wybrzeża, po ziemiach władanych przez tych, którzy byli mniej lojalni wobec Ćandry. Zamierzali dotrzeć do Lal Qila, fortu położonego na skraju cesarstwa - wzniesionego po to, by powstrzymywał ataki ze strony nomadycznych Baburów i Dźagatajów, żyjących poza granicami imperium. Mieli nadzieję, że okaże się wystarczająco wytrzymały, by zatrzymać też Ćandrę.
Malini nie widziała powodu, by zmieniać plany, których opracowanie zajęło wiele czasu, a które sama pomagała tworzyć poprzez starannie podsuwane sugestie i przymilne listy w czasach, gdy jako księżniczka Paridźatdwipy pozostawała pod kontrolą Ćandry. Wciąż jednak czuła w głębi siebie dziwną satysfakcję, gdy patrzyła, jak jej armia rośnie, jak piechociarze i słoniowa kawaleria dołączają do nich po drodze, jak nowi lordowie witają ich na swoich ziemiach, przysięgają jej lojalność i otwierają swoje wioski oraz haweli przed ludźmi Malini, jak ich karmią i uzbrajają, jak posyłają swoich dziedziców i wojowników, by zasilili rosnące szeregi zmierzające do odległego Lal Qila.
Nawet konfrontacje z lordami podchodzącymi z większym wahaniem do pomysłu sprzymierzenia się z nią stanowiły swoistą przyjemność. Lubiła patrzeć, jak występują dumnie przeciwko niej, a później ich upór kruszy się, gdy widzą jej armię, jej sojuszników, jej niewzruszony uśmiech. To wszystko w znacznie większym stopniu niż jakiekolwiek pochlebstwa czy wyrazy czci było w stanie stępić odczuwany przez nią nieustannie głód, kotłujące się i palące pragnienie, które zdoła zaspokoić tylko śmierć Ćandry.
Tak wiele snutych od dawna planów wreszcie rozkwitało na jej oczach i nie służyły one Aditji, tylko jej samej. Po trudnej, zgoła niekończącej się pracy, jakiej wymagało ich opracowanie, teraz płynęły niczym siła natury, niczym fale, które pęcznieją i rosną; każda kolejna wynosiła ją coraz wyżej. Było to porywające.
Wpatrywała się w morze, zastanawiając się, czy gdyby była kobietą większej wiary, uznałaby ten widok za znak, że jej armia jest podobnie jak ono rozległa i niepowstrzymana. Że nic nie może stanąć jej losowi na drodze. Miała jednak bardziej pragmatyczną naturę.
Zinterpretowała zatem ten widok praktycznie. Wcześniej wpatrywała się w mapy cesarstwa i śledziła trasę oczyma oraz opuszkami palców, wiedziała więc, że dotrą do wybrzeża, gdy zostanie im zaledwie tydzień do granic Dwarali. Teraz już się tu znaleźli - mogli wdychać morską zieleń, czuli chłodny wietrzyk przenikający przez armię. Niektórzy zatrzymywali się i unosili śliskie od potu twarze, by poczuć chłód na skórze. Wkrótce będą w Dwarali, a później w Lal Qila. Niemal rozpoczął się kolejny etap w jej drodze do tronu.
Jej towarzyszka wydała z siebie ciche westchnienie.
- Widziałaś już kiedyś morze? - zapytała Malini. Czuła, jak Lata wykręca szyję, by dostrzec wodę ponad jej ramieniem. Cofnęła się, by jej to umożliwić.
- W pismach. Na ilustracjach w książkach. W sztuce. Ale nigdy osobiście. A... a ty, moja damo?
- Wiesz, że nie. - Malini odczekała jeszcze chwilę, po czym pozwoliła zasłonie opaść. - W Paridźacie jest pod dostatkiem rzek i jezior, ale cesarski mahal leży tak daleko od wybrzeża, jak to tylko możliwe.
- Szkoda, że nie możemy się zatrzymać i pozachwycać.
- Ludzie w końcu będą musieli odpocząć. Niewątpliwie wtedy będzie to możliwe. Może nawet uda nam się popływać. - Poczuła na sobie wzrok Laty. - Na pewno wszyscy odwrócą się z szacunkiem plecami, jeśli o to poproszę.
- Żartujesz sobie - stwierdziła Lata z powątpiewaniem.
- Najwyraźniej niezbyt wprawnie. Oczywiście, że nie zrobimy niczego podobnego.
Ale bardzo by chciała. Z tęsknotą i żalem pomyślała o Alori i Narinie. Siostrom jej serca spodobałoby się morze. Narina spacerowałaby wzdłuż wody, zanurzając w niej stopy jedynie do kostek i oburącz podtrzymując spódnicę. Zawsze zbyt przejmowała się swoim wyglądem, by posunąć się do czegokolwiek więcej. Alori weszłaby głęboko, wślizgnęłaby się w toń niczym ryba. W Alorze było równie wiele rzek jak w Paridźacie, a bracia nauczyli ją pływać na tyle, na ile sami umieli.
Tęsknię za wami, pomyślała, przemawiając do nicości zalegającej w ciszy jej serca. Zawsze będę za wami tęsknić.
W jej umysł wpłynęła, nieproszona, myśl o Prii, jak to się często zdarzało. Co pomyślałaby o morzu? Malini nie potrafiła wyobrazić sobie jej tutaj. W wyobraźni widziała ją taką, jaka była w lesie - zanurzoną do pasa w wodzie, z mokrymi, rozpuszczonymi włosami, miękką pod dłońmi Malini. Czuła dotyk jej warg na swoich.
Starannie schowała tę myśl, niczym skarb.
Gdy wieczorem rozstawiono jej namiot, nie było czasu na podziwianie wybrzeża, zresztą tak naprawdę Malini się tego nie spodziewała. Niemal czuła ulgę. Bez sióstr serca nie potrafiłaby poczuć tego, co powinna. Lepiej, żeby to doświadczenie pozostało w sferze marzeń.
Najstarsi - i najlojalniejsi - z paridźatdwipańskich wysoko urodzonych dołączyli do niej na wieczorny posiłek. Przyniesiono wino w karafkach z młotkowanej blachy i herbatę dla tych, którzy się nie odurzali: w małych kubkach, z dużą ilością mleka, cukru i kardamonu. Potrawy były proste, ale i tak znacznie bardziej wykwintne niż to, co otrzymywali żołnierze - świeże parathy, dhal gęsty od ghi i ryż obłożony cebulą usmażoną na ciemne, lśniące złoto.
Czasami zdarzały się specjalne dania, służące zaspokojeniu gustów różnych szlachciców. Tego wieczoru przyniesiono ostro przyprawione sabzi dla panów ze Srugny. Szczególnie cenił je sobie lord Prakasz, jeden z najstarszych obecnych, nigdy nieukrywający, że jest głęboko zakorzeniony w swoich tradycjach i przyzwyczajeniach.
Malini słuchała uważnie, gdy lord Mahesz, którego mianowała generałem swojej armii, informował ją o postępach w podróży. Utrzymywała niewzruszoną postawę i spokój, ledwo cokolwiek tknęła - nawet wino, choć łyk, który doniosła do ust, sprawił, że jej krew się rozgrzała. Lata siedziała w kącie namiotu. Obserwowała. Była jedyną kobiecą towarzyszką Malini, a mężczyźni sądzili, że jej obecność podyktowana jest kwestiami przyzwoitości.
Osobliwie niełatwo było utrzymywać obraz postępującej zgodnie z konwenansami cesarzowej wybranej przez proroctwo i boginie. Zwłaszcza podczas jedzenia. Widywała ojca po całkiem wielu wysączonych pucharach, w poplamionym stroju - tyle że jej ojciec był cesarzem, a Malini nie. Zatem jadła jak ptaszek, wiedząc, że naje się porządnie później, gdy zapadnie już zimna i głęboka noc, a ona i Lata będą mogły podzielić się jadłem przeznaczonym dla zwykłych żołnierzy: odrobiną marynowanego mango lub cebulą praktycznie nasączoną olejem, by wytrzymała długą podróż, oraz wyschniętą parathą, niezmiękczoną złocistym ghi, a do tego szybkim łykiem letniej herbaty, doprawionej tak lekką ręką, że w drodze do żołądka paliła niemal nieprzyjemnie.
- Widzę, że książę Rao znowu jest nieobecny - oznajmił lord Mahesz.
Nie mówił na tyle głośno, by inni wysoko urodzeni go usłyszeli.
- Ma swoje obowiązki - odparła Malini.
- Jak my wszyscy. Jednym z nich, najistotniejszym, jest właśnie to. Chwila na zadzierzgnięcie więzów. Na dyskusję. Musimy być zjednoczeni, cesarzowo. Dzięki takim chwilom stajemy się jednością. - Wskazał otaczających ich mężczyzn, skąpanych w miękkim świetle lamp.
Zabawnie było słyszeć, jak Mahesz mówi o więzi i jedności, podczas gdy sama Malini była w pełni świadoma, jak różni się od mężczyzn, których miała wokół siebie. Jak starannie musiała utrzymywać fasadę i jak odizolowana od nich się czuła. Byli dla niej przydatni i za to oczywiście ich lubiła. Ale nie byli Alori, Nariną czy Latą. Nie byli Priją. Nie wiedziała, jak ich kochać, jak szczerze ich kochać, i wcale tego nie chciała.
- Lordzie Maheszu, wiesz równie dobrze jak ja, dokąd chodzi książę Rao - odparła.
Wymienili spojrzenia. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, Mahesz na nowo napełnił sobie puchar winem.
- Nie odbierz moich słów niewłaściwie, cesarzowo. Cieszy mnie, że może służyć pociechą księciu Aditji i doradzać mu. I ucieszyłbym się jeszcze bardziej, gdyby książę pozwolił czynić tak samo innym.
Mahesz był w Paridźacie potężną postacią; dzięki pradawnej pozycji swojej rodziny miał wielu szlachetnie urodzonych paridźackich sojuszników - jego przodek był świadkiem spłonięcia Diwjanśi oraz matek płomienia, które poszły w jej ślady. Od tamtego czasu ród słynął z militarnej biegłości i religijności.
Do tego Mahesz był zawsze lojalny wobec Aditji, nie Ćandry. Niezłomnie wspierał wizję, by Aditja przejął z powrotem porzucony przez siebie tron. Dzięki temu, że nie zgodził się poprzeć formy wiary wyróżnionej przez Ćandrę, Malini zyskała popleczników, na których w inny sposób nie mogłaby liczyć.
Wybrała go na generała ze wszystkich tych powodów. Jego obecność u jej boku dawała jej korzyści.
Niemniej sentyment, jakim darzył jej brata, wydawał się...
Cóż, nie do końca irytujący. Stanowił jednak potencjalny problem, nawet jeśli generał okazywał jej niezachwiany szacunek. Bo skoro nie mogła przejąć kontroli nad jego lojalnością i przywiązać go do siebie na stałe, szacunek na niewiele się zdawał.
- Znów próbowałeś do niego dotrzeć? - zapytała.
- Odrzucił moje towarzystwo. Tak samo jak każdego innego.
Oprócz Rao, zawisło niewypowiedziane w powietrzu. I oprócz samej Malini, rzecz jasna.
- Mój brat czuje się zagubiony - powiedziała. - Pragnie skupić się na swojej relacji z bezimiennym i odnaleźć dla siebie nową ścieżkę. Gdy już ją znajdzie, z pewnością z chęcią przywita towarzystwo dawnych przyjaciół i sojuszników.
- Może mogłabyś z nim porozmawiać, cesarzowo.
- Rozmawiam. I dalej będę rozmawiać.
A jeśli nie będzie chciał słuchać, pomyślała ponuro, cóż - do niczego go nie zmuszę.
Szmer tkaniny. Strażnik odsunął połę namiotu.
Jogesz, jeden z wojskowych kwatermistrzów zajmujących się zaopatrzeniem, wszedł do środka i skłonił się nisko. Był ubrany w prosty strój, turban i tunikę spiętą szarfą, ale nawet gdyby nie znała go z widzenia, pojedynczy czakram na nadgarstku i sztylet schludnie wsunięty w zwoje turbanu wyraźnie identyfikowałyby go jako pochodzącego z Aloru, a zatem lojalnego wobec Rao - zaś przez Rao lojalnego wobec niej.
- Szczerze przepraszam, że zakłócam spotkanie, cesarzowo i lordowie. - Blask lamp olejowych zamigotał na jego twarzy, gdy przekrzywił głowę w stronę Malini. - Przybył do ciebie pilny posłaniec.
Jej serce nagle uderzyło mocniej.
W jej służbie pozostawało wielu jeźdźców. Cesarzowa potrzebowała jeszcze więcej oczu i uszu niż księżniczka, zatem Malini dopilnowała, by jej siatka szpiegów i kurierów obejmowała całe cesarstwo. Nie było dnia, kiedy nie dochodziły jakieś wieści o przybywających lub odchodzących sojusznikach, przywożone przez ludzi na końskich grzbietach.
Lecz wśród tych jeźdźców znajdował się tylko jeden człowiek wierny Rao. I ten człowiek dostał zadanie, by odbyć jedną konkretną podróż.
Pilna wiadomość mogła oznaczać cokolwiek, absolutnie cokolwiek. A jednak, skoro powiadamiał o niej Jogesz, a nie któryś z pozostałych kwatermistrzów, poczuła w głębi siebie szarpnięcie nadziei.
- Zatem to tyle - oznajmiła, wstając.
Mahesz popatrzył na nią ponuro i również zaczął się podnosić.
Machnęła dłonią.
- Miłego posiłku. Nie ma potrzeby, żebyście przerywali z uwagi na mnie.
- Cesarzowo - powiedział Jogesz, pochylając z szacunkiem głowę - posłaniec znajduje się w towarzystwie księcia Rao. Mogę poprosić, żeby natychmiast przysłano go do ciebie...
- Nie trzeba. Zabierz mnie do nich. - Lepiej odbyć tę rozmowę w obecności Rao. Nauczyła się już, że kurierzy niezbyt dobrze reagują, gdy cesarzowa pobłogosławiona przez proroctwo odzywa się do nich bezpośrednio, a nie mogła zobaczyć się na osobności z Rao w swoim namiocie, nawet gdyby byli przy nich Lata i strażnicy.
Namiot wykorzystywany przez administrację wojskową był pełen ksiąg i rejestrów z wprawą owiniętych wonnymi tkaninami, dzięki czemu nie pleśniały w gorącu czy w deszczu i nie miały do nich dostępu owady. Gdy weszła do środka, zgromadzeni skłonili się pospiesznie, upuszczając papiery. Zignorowała poruszenie i odnalazła wzrokiem posłańca.
Najpierw ujrzała Rao, ubranego w wytworny książęcy strój uzupełniony o sztylety oraz czakramy, rozmawiającego z barczystym, bardzo nerwowo wyglądającym Alorczykiem.
Gdy ją dostrzegli, Rao skłonił się, a jeździec pospiesznie padł na ziemię, by przycisnąć do niej twarz.
- Wyprostujcie się - poleciła Malini im obu.
Zrobili to, choć kurier wciąż miał spuszczony wzrok.
- Jakie wieści? - zapytała Rao.
- Ahiranja ma nowe rządy. Regent nie żyje.
Dama Bhumika? - pomyślała. Prija? Miała nadzieję. Miała...
- Opowiedz mi, co się wydarzyło - poleciła posłańcowi.
Mężczyzna wydawał się zbyt onieśmielony, by się odezwać, więc Rao zmitygował go łagodnym, lecz stanowczym głosem:
- Powiedz cesarzowej.
Przekazał jej, że teraz w Ahiranji rządzili kapłani. Nie, świątynni starsi, jak dawniej, czy ludzie za takowych się uważający. W ich gronie znajdowały się dwie kobiety.
- Niektórzy powiadają, że najwyższa starsza była kiedyś żoną regenta - powiedział jeździec.
- Kto ci to mówił? - spytał Rao.
- Ludzie gadają. Kupcy i... mieszkańcy miasta. Podróżni na drodze.
- Nie widziałeś ich bezpośrednio?
- Nie. - Kurier zawahał się. - Ale...
- Kontynuuj - ponaglił go Rao.
Powiedział, że wszyscy wiedzą, że świątynni starsi naprawdę są tymi, za kogo się podają, ponieważ po przejęciu przez nich władzy las otaczający Ahiranję stał się dziwniejszy niż kiedykolwiek. Kurier słyszał historie o drzewach obracających się i wykręcających, jakby były świadome i obserwowały mijających je ludzi. Cesarz Ćandra najwyraźniej posłał tam grupkę zwiadowców, a potem kolejne, żeby sprawdzić szczelność ahiranyjskich granic. Sprzedawca owoców, regularnie opuszczający Ahiranję i wracający do niej, natknął się na kilkunastu martwych cesarskich żołnierzy nadzianych na ciernie grubością dorównujące ludzkiej ręce. Reszty w ogóle nie odnaleziono.
Sam jeździec nie dostrzegł żadnych śladów użycia przemocy. Widział jedynie Ahiranyjczyków żyjących tak jak wcześniej. Kupcy, których spotkał - zaledwie pełna wahania garstka, która zdecydowała się na wyjazd powodowana desperacją i koniecznością, a nie ochotą - przemieszczali się po Ahiranji bez przeszkód. Samemu kurierowi też oczywiście nic się nie stało. Dostrzegł jednak na ulicach nowych ludzi - nie żołnierzy regenta w paridźatdwipańskiej bieli i złocie, tylko grupki mężczyzn i kobiet w prostych, niedopasowanych pancerzach, uzbrojonych w sierpy i łuki zamiast w tradycyjne paridźatdwipańskie szable.
Malini wyczuwała, że Rao ją obserwuje. Nie znał całego zakresu jej więzi z Ahiranją, ale o części wiedział. Nikt, nawet Rao, nie dysponował całą wiedzą. Wiedział jednak, że ówczesną księżniczkę ocalili Ahiranyjczycy i że coś ją z nimi łączy.
- Dziękuję ci - powiedziała do kuriera. - Idź z Jogeszem, żeby wydał ci nagrodę.
Monety, ciepłe łóżko na noc i żywność. Ponadto Malini dopilnuje, by go obserwowano, bo chciała sprawdzić, czy przekaże tę informację również komuś innemu.
Gdy wróciła do swojego namiotu, przywołała Latę.
- Chcę, żebyś coś dla mnie napisała.
Gdy Lata szukała atramentu i papieru oraz zapalała świecę, Malini zaczęła szukać odpowiednich, politycznie właściwych słów, którymi potwierdzi swoje wsparcie dla Ahiranji oraz przekaże damie Bhumice, Prii i wszystkim ich sprzymierzeńcom, że nie zapomniała, co im obiecała, gdy już obejmie tron.
Oczywiście najlepszym akcentem, jaki mogła nadać słowom, były działania. Gdy już skończy ten list, wyśle wiadomości do sojuszników w Srugnie i na ziemiach graniczących z Ahiranją, namawiając do utrzymania silnych kontaktów handlowych z nowymi świątynnymi przywódcami. Być może las stał się jeszcze dziwniejszy, niż był wtedy, gdy go widziała - lecz jeździec nie wspominał nic o tym, by zagrażał komukolwiek oprócz ludzi Ćandry. Zatem zapewne wraz z całą swoją potęgą znajdował się pod kontrolą pani Bhumiki i Prii. Zaś przynajmniej Prii ufała. Nie była w stanie powstrzymać się przed tym w pełni.
Chciała przekazać Prii, że o niej nie zapomniała.
Ale zapomnienie lub pamiętanie Prii nie stanowiło kwestii politycznej. Tutaj w grę wchodziło jej serce, skorupa kwiatu, który nosiła na łańcuszku na szyi. Lśniącą zielenią w jej umyśle utrzymywało się wspomnienie, jak we dwie leżały przy wodospadzie, wpatrując się w siebie, gdy woda błyszczała w ciemnych włosach Prii i na jej uśmiechniętych ustach.
Powinna była odegnać tę myśl, ale nie zrobiła tego. Zamiast tego postanowiła, że znowu poprosi Rao o jego jeźdźca. Pośle tajemną wiadomość.
Jedną dla starszych w Ahiranji. I jedną... dla kogoś innego.
Lata napisała, co Malini jej poleciła. Ten list, wyszukanie formalny i nakreślony starannym, eleganckim pismem, przejdzie przed oczami wojskowego kwatermistrza i służących jej lordów.
Co innego list do Prii. Który chciała napisać własnoręcznie.
- Tę wiadomość również mogę dla ciebie sporządzić, moja pani - powiedziała Lata, gdy Malini wzięła atrament i papier.
- Tego nie ujrzą jutro lordowie.
Lata milczała, lecz było to milczenie wymowne. Sprawiło, że Malini roześmiała się cicho, a potem uniosła głowę.
- Wiem, że nie ma tu żadnych prawdziwych sekretów - powiedziała. - Ale w treści nie znajdzie się nic, co by ich zaniepokoiło, nawet gdyby wiadomość wpadła w ich ręce. Zresztą nawet cesarzowa może od czasu do czasu wysłać uprzejmy list do kogoś, z kim od dawna pozostaje w sojuszu.
Twarz myślicielki zrobiła się jeszcze posępniejsza. Podczas tej podróży spędziły razem wiele czasu. Znała serce cesarzowej lepiej niż ktokolwiek, choć Malini nie zdradzała wszystkiego, co się w nim kryje.
- Wśród rzemieślników i kobiet z Paridźatu krąży powiedzenie, które ryje się w brązie, złocie i kamieniu na posągach matek - powiedziała Lata. - Mówią, że gdy posąg zostaje wykuty, lśni tak promiennie, że każdy może na niego spojrzeć i ujrzeć boską matkę. Wszystko jednak matowieje wraz z padającym deszczem.
- Poetycko - mruknęła Malini.
- Cesarzowo - ciągnęła ciszej myślicielka - okala cię złota opowieść. Nie pozwól, by zmatowiała zbyt szybko.
Malini wróciła myślą do klęczących przed nią mężczyzn. Do słońca gorejącego nad głową. Do ich skandujących głosów: "Cesarzowa Malini. Matka Malini".
- Zmatowieje tak czy inaczej - uznała. - Dlatego muszę zacząć snuć nowe opowieści, by zastąpić te wcześniejsze. Dopilnuj, by jeździec od Rao otrzymał list, gdy skończę. I daj mu dość monet, by zaskarbić sobie jego dyskrecję.
Lata już się dłużej nie spierała. Malini wiedziała, że nie powinna tego pisać.
Ale chciała.
Patrzyłam na morze - nakreśliła. I przypomniałam sobie opowieść o rzece. Oraz o rybie szukającej nowego świata na jej brzegu.
Pamiętam też opowieść o wieńcach. I o złych gwiazdach. O dwojgu ludzi, którzy znaleźli do siebie drogę.
Powiedz mi, też ją pamiętasz?