Rozdział 7
Kiedy wchodzę, Aaron rozmawia w tylnej
części kaplicy z tęgim, kędzierzawym pastorem. Jest wpół do dziesiątej i pierwsi wierni jeszcze się nie pojawili.
Z jakiegoś powodu, może dlatego, że natychmiast się odwracają, mam
wrażenie, że mówili o mnie. Może to paranoja, może nie. Dlaczego nie
mieliby o mnie rozmawiać? Jestem nowa. Czuję się niezręcznie. Uśmiecham
się z wysiłkiem.
- Witam. Nie przeszkadzam?
Kędzierzawy pastor się rozpromienia.
- Wielebna Brooks! Jestem pastor Rushton, Brian. W końcu się poznaliśmy!
- Wyciąga pulchną dłoń. Jest niskim grubym mężczyzną z cętkowaną
fioletową twarzą świadczącą o tym, że lubi dobrze zjeść i wypić. Oczy ma
jasne i ruchliwe, nieco psotne. Gdyby nie koloratka, wzięłabym go za
właściciela pubu albo Braciszka Tucka. - Bardzo się cieszymy, że
wreszcie przyjechałaś, zwłaszcza ja.
Ściskam mu rękę.
- Dziękuję.
- Już się trochę zaaklimatyzowałaś? A może jeszcze za wcześnie, by o to
pytać?
- Idzie mi nieźle, choć przystosowanie zawsze zajmuje trochę czasu. Wie
ksiądz, jak to jest.
- Nigdy nie zmieniałem parafii. Mieszkam w Warblers Green od chwili, gdy
zostałem wikarym, prawie trzydzieści lat temu. Okropny ze mnie leń,
zdaję sobie z tego sprawę. Ale uwielbiam tę parafię, a poza tym -
pochyla się konspiracyjnie w moją stronę - w pobliżu jest niezły pub.
Wybucha niskim, rubasznym, zaraźliwym śmiechem.
- Trudno księdza za to winić.
- To chyba duża zmiana w porównaniu z Nottingham?
- Z pewnością.
- Spróbuj się przyzwyczaić do Chapel Croft. Jesteśmy ubogimi
wieśniakami, wcale nie takimi złymi, jeśli nas lepiej poznać. Ostatnio
nie spaliliśmy nikogo na stosie. Cóż, przynajmniej od przesilenia
zimowego.
Znowu wybucha śmiechem, a jego twarz staje się jeszcze bardziej
czerwona. Wyciąga chusteczkę i ociera czoło.
Aaron odchrząkuje.
- Temat dzisiejszego kazania to nowi przyjaciele i nowy początek - mówi
ponurym, monotonnym głosem, który nie brzmi zbyt przyjaźnie. - Wielebny
Rushton uznał go za odpowiedni.
- Nie musisz niczego mówić ani robić - dodaje Rushton. - Zajmiemy się
tym później. Ale dobrze, że przyszłaś. - Mruga do mnie. - Rozeszły się
wiadomości o twoim przybyciu. Wszyscy chcą zobaczyć nową pastorkę.
Sztywnieję.
- Doskonale.
- Cóż, lepiej się przygotujmy. - Rushton chowa chusteczkę do kieszeni i splata ręce. - Wkrótce przybędzie publiczność!
Aaron rusza w stronę ołtarza. Siadam na ławce z przodu.
- Och... - Rushton odwraca się w moją stronę w sposób, który wydaje się
trochę zbyt nonszalancki. - Aaron wspomniał, że poznałaś wczoraj Simona
Harpera i jego córkę.
Więc to o tym rozmawiali.
- Owszem. Poznaliśmy się w dość niezwykłych okolicznościach.
Milczy przez chwilę, po czym odpowiada, starannie dobierając słowa:
- Rodzina Harperów mieszka tu od wielu pokoleń. Ich przodkami byli
męczennicy z Sussex... Słyszałaś o męczennikach?
- Protestanci spaleni na stosie za panowania Krwawej Marii.
Rozpromienia się.
- Bardzo dobrze.
- Czytałam o tym w internecie.
- Ach, w okolicy często się o tym opowiada. Przodkowie Simona Harpera
spłonęli na stosie jako męczennicy. Na cmentarzu jest ich pomnik.
- Widziałyśmy go. Ktoś położył pod nim płonące dziewczyny.
Unosi krzaczaste brwi.
- Płonące dziewczyny? Rzeczywiście, odrobiłaś lekcję. Niektórzy uważają
to za dość makabryczny zwyczaj, ale tu, w Sussex, jesteśmy bardzo dumni
z naszych męczennic! - Znowu się śmieje, po czym jego twarz poważnieje.
- Tak czy inaczej, Harperowie to coś w rodzaju filarów miejscowej
społeczności. Cieszą się wielkim szacunkiem. Parafia wiele im
zawdzięcza, podobnie jak Kościół.
- Dlaczego?
- Darowizny, zbiórki publiczne. Ich firma zatrudnia wielu miejscowych.
"Pieniądze" - myślę. Wszystko zawsze sprowadza się do pieniędzy.
- Zastanawiałam się, czy ich nie odwiedzić - mówię. - Sprawdzić, czy
Poppy dobrze się czuje.
- Cóż, nawiązanie przyjaznych stosunków z Harperami na pewno nie
zaszkodzi. - Spogląda na mnie przebiegle. - Jeśli chcesz o coś zapytać,
o cokolwiek, z przyjemnością pomogę.
Myślę o skórzanej walizce leżącej na stole w kuchni. O dziwnej kartce.
Czy Rushton coś o tym wie? Może. Ale nie jest to najlepsza pora, by o tym wspominać.
- Dziękuję. - Uśmiecham się. - Jeśli coś mi przyjdzie do głowy,
natychmiast się do księdza zwrócę.
Nabożeństwo mija szybko. Kaplica jest prawie w połowie wypełniona.
Prawdopodobnie ludzie przyszli z ciekawości, ale nie jestem
przyzwyczajona do takiego widoku. Nawet w moim poprzednim kościele, do
którego jak na miejskie standardy przychodziło sporo ludzi, miałam
szczęście, gdy była zajęta jedna czwarta ławek. W Chapel Croft nie
wszyscy uczestnicy nabożeństwa to osoby starsze. Zauważam ciemnowłosego
mężczyznę w wieku czterdziestu kilku lat siedzącego na końcu jednego z rzędów ławek i kilka rodzin, ale nie Harperów, więc ich wsparcie z pewnością ogranicza się do pieniędzy.
W czasie nabożeństwa czuję na sobie spojrzenia zebranych. Mówię sobie,
że to zrozumiałe. Jestem nowa. Jestem kobietą. Widzą koloratkę, nie
mnie.
Rushton mówi ciepłym, żywym tonem. Jest dowcipny we właściwych miejscach
i nie przesadza z cytowaniem Biblii. Może wyda się to dziwne, ale ludzie
nie przychodzą do kościoła słuchać Biblii. Przede wszystkim napisano ją
tysiące lat temu. Jest trochę oschła. Dobrzy pastorzy mówią o Biblii w taki sposób, że staje się odbiciem życia i trosk parafian. Rushton
świetnie to potrafi. Gdybym nie czuła na sobie tylu spojrzeń, robiłabym
notatki.
Chociaż pracuję jako pastorka już od piętnastu lat, mam wrażenie, że
ciągle się uczę. Może jestem świadoma, że kobietę znacznie trudniej
traktować poważnie? A może podobnie czują się czasami wszyscy dorośli?
Jakbyśmy tylko bawili się w dorosłych, ale w głębi duszy wciąż byli
dziećmi chodzącymi w za dużych ubraniach i marzącymi o tym, by ktoś
powiedział, że potwory nie istnieją.
Kazanie Rushtona jest krótkie. Wkrótce wierni zaczynają się rozchodzić.
Rushton stoi przy drzwiach, ściska im ręce i wymienia grzecznościowe
uwagi. Trzymam się z dala, nie chcąc przeszkadzać. Kilka osób pyta, jak
się aklimatyzuję. Inni mówią, że miło jest zobaczyć w kościele nową
twarz. Kilku ostentacyjnie mnie ignoruje. Nie przeszkadza mi to. W końcu
mija mnie ostatnia siwa, puszysta głowa i wzdycham z ulgą. Pierwszy
występ publiczny dobiegł końca. Rushton wyjmuje kluczyki do samochodu.
- W porządku, muszę być w Warblers Green o jedenastej trzydzieści, więc
zobaczymy się jutro.
- Jutro?
- Spotkanie w sprawach parafialnych. O dziewiątej rano, tu, w kaplicy.
Trzeba się zająć nudnymi administracyjnymi sprawami.
- Och, oczywiście.
Musiałam zapomnieć. A może nikt o tym nie wspomniał? Przeniesienie
odbyło się bardzo szybko, wręcz podejrzanie szybko, jakby Durkin nie
mógł się doczekać, aż się mnie pozbędzie.
- Może warto się też spotkać w mniej oficjalnym otoczeniu, na przykład
przy kawie albo, jeszcze lepiej, kuflu piwa? - pyta Rushton.
- Bardzo chętnie.
- Doskonale. Mam twój numer. Skontaktuję się z tobą przez WhatsApp. -
Chwyta moją rękę i energicznie nią potrząsa. - Jestem pewien, że
świetnie się zaaklimatyzujesz.
Uśmiecham się.
- Już się czuję jak u siebie w domu.
Idzie do jasnożółtego fiata. Kiwam mu ręką na pożegnanie i wracam do
kaplicy. Aaron zebrał książeczki do nabożeństwa i zniknął w zakrystii.
Nie wiem, jakie jest wykształcenie Aarona, ale na pewno potrafi pojawiać
się i znikać jak duch.
Przez chwilę stoję i spoglądam na kaplicę. Po wyjściu wiernych zawsze
pojawia się specyficzne uczucie: mam ochotę westchnąć z ulgą, bo wiem,
że czeka mnie zasłużony odpoczynek. Kontakt z ludźmi nie pozostaje bez
echa.
Jednak kaplica nie jest pusta. Niezupełnie. Ktoś siedzi w ławce z przodu. Myślałam, że wszyscy wyszli; zastanawiam się, dlaczego Aaron
pozwolił komuś zostać. Oczywiście Bóg nikogo nie odtrąca, ale niewiele
kościołów stać na to, by były otwarte przez cały dzień. W ubogiej
dzielnicy miejskiej otwarty kościół przyciągałby pijaków, narkomanów i prostytutki. Tu prawdopodobnie pojawiłyby się lisy, nietoperze i króliki.
Idę powoli nawą w stronę postaci. Jest tylko cieniem w słabym świetle.
- Przepraszam?
Postać się nie porusza. Jest niska, przypomina dziecko, ale przecież
nikt nie zostawiłby dziecka w kaplicy, prawda?
- Nic ci nie jest?
Postać ciągle się nie odwraca. I nagle zdaję sobie sprawę, że czuję
jakiś zapach. Słaby, ale nie do pomylenia. Dym. Spalenizna.
- Pani pastor?
Wzdrygam się i gwałtownie odwracam, mrużąc oczy z powodu jasnego światła
wpadającego przez drzwi kaplicy. Widzę Aarona. Znowu zmaterializował się
jak duch.
- Jez... mógłby pan przestać to robić?
- Co robić?
- Przepraszam, nieważne. Co to za dziecko?
- Jakie dziecko?
Patrzę na postać siedzącą w pierwszej ławce. Mrugam i nie mogę
wykrztusić słowa. Ławka jest pusta; wisi na niej czarna kurtka
zostawiona przez jednego z parafian. Kaptur można pomylić z ludzką
głową.
Kształt ust Aarona dziwnie się zmienia. Dopiero po chwili zdaję sobie
sprawę, że się uśmiecha.
- To chyba kurtka pani Hartman. Zawsze o niej zapomina. Odwiozę ją
później.
Podchodzi, bierze kurtkę i przewiesza sobie przez ramię. Czuję, że się
rumienię.
- Rozumiem. Dziękuję. Przepraszam... - Milknę. Mówię od rzeczy. Powinnam
odzyskać autorytet. - Mogłabym sama odwieźć kurtkę pani Hartman.
Marszczy brwi.
- Mieszka daleko, przy Peabody Lane, koło farmy Harperów.
Nadstawiam uszu. Po chwili wyciągam rękę.
- To żaden problem.
Rozdział 8
Joan Hartman mieszka w starej pobielanej
chacie przy wąskiej wiejskiej drodze, na której z trudem mieści się
samochód. Na szczęście mija mnie tylko stadko bażantów, które zerkają na
auto jasnopomarańczowymi ślepiami, po czym kryją się w krzakach.
- Skrzydła! - mruczę. - Bóg dał wam skrzydła!
Zatrzymuję się przed domem i wysiadam z płaszczem Joan w ręku. Wejście
znajduje się z boku; otwieram furtkę i idę ścieżką, przy której rosną
łubiny i prawoślazy. Kiedy odwiedzam starszych parafian, zwykle muszę
trzy razy mocno zapukać, nim podejdą do drzwi. Ku mojemu zdziwieniu
otwierają się, gdy tylko unoszę rękę.
Joan Hartman spogląda na mnie oczami pokrytymi bielmem. Ma półtora metra
wzrostu, mlecznobiałe włosy, jest ubrana w fioletową sukienkę i opiera
się na lasce.
- Dzień dobry! - mówię, doszedłszy do wniosku, że prawdopodobnie trzeba
odświeżyć jej pamięć. - Nazywam się...
- Wiem - przerywa. - Miałam nadzieję, że przyjdziesz.
Odwraca się i wchodzi do wnętrza chaty. Wydaje się to zaproszeniem. Idę
za nią i zamykam drzwi.
W środku panuje półmrok i miły chłód. Niewielkie okna mają okrągłe
szybki w ołowianych ramkach, ściany są zbudowane z dużych kamieni. Drzwi
frontowe prowadzą prosto do kuchni, która jest tak niska, że prawie
muskam głową drewniane belki. Podłogę pokrywają nieregularne kamienne
płytki, widzę starą kuchnię węglową i obojętnego kota śpiącego w wystrzępionym koszu.
Joan człapie przez kuchnię do saloniku; znajduje się on kilkanaście
centymetrów niżej, przy drzwiach jest stopień. Salonik jest niski i długi, zajmuje całą szerokość chaty, są w nim drzwi balkonowe prowadzące
do ogrodu. Jedną ze ścian zapełnia olbrzymia szafa z książkami; widzę
ciasno ustawione, podniszczone grzbiety. Pozostałe meble to zapadnięta
kanapa, fotel i duży stolik do kawy. Stoi na nim butelka sherry i dwa
kieliszki. Dwa.
"Miałam nadzieję, że przyjedziesz".
Staruszka siada na krześle. Stoję niezgrabnie, w dalszym ciągu trzymając
w ręku kurtkę.
- Przepraszam, że zawracam pani głowę, ale zostawiła ją pani w kaplicy.
- Dziękuję, moja droga. Połóż ją gdzieś. Mogłabyś nalać mi sherry? Też
się poczęstuj.
- Bardzo dziękuję, ale przyjechałam samochodem.
Nalewam Joan dużą porcję sherry i podaję jej kieliszek.
- Usiądź - mówi, wskazując zapadniętą kanapę.
Patrzę na wgniecione obicie z weluru. Jestem prawie pewna, że jeśli
usiądę, nigdy nie wstanę. Mimo to zajmuję miejsce; kolana podjeżdżają mi
pod brodę.
Joan popija sherry.
- Jak ci się u nas podoba?
- Och, bardzo. Wszyscy są mili.
- Przyjechałaś z Nottingham?
- Tak.
- To chyba spora zmiana?
Mimo zaćmy w jej oczach maluje się ciekawość. Zmieniam zdanie na temat
sherry. Pochylam się z trudem i nalewam sobie odrobinę.
- Jestem pewna, że się przyzwyczaję.
- Powiedzieli ci o wielebnym Fletcherze?
- Tak. To bardzo smutne.
- Był moim przyjacielem.
- Przykro mi.
Kiwa głową.
- Jak ci się podoba kaplica?
Waham się.
- Jest zupełnie inna niż mój poprzedni kościół.
- Ma długą historię.
- Jak większość starych świątyń.
- Słyszałaś o męczennikach z Sussex?
- Czytałam o nich.
- W Chapel Croft spalono na stosie sześcioro protestantów, mężczyzn i kobiet - ciągnie niezrażona. - Dwie dziewczyny, Abigail i Maggie,
schowały się w kaplicy, ale ktoś je wydał. Zostały schwytane, poddane
torturom, a potem zabite.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
"Jakim mężczyzną jestem?"
Ostatnio często zadawał sobie to pytanie.
"Służę Bogu. Jestem kapłanem. Spełniam wolę Pana".
Ale czy to wystarcza?
Patrzył na niewielki pobielany dom. Dach kryty strzechą, jasnofioletowy
powojnik na ścianach skąpanych w blednącym świetle słońca późnego lata.
Na drzewach ćwierkały ptaki. Wśród krzaków leniwie bzykały pszczoły.
"Gniazdo nieprawości. W najbardziej niewinnym otoczeniu".
Ruszył powoli krótką ścieżką. Żołądek ściskał mu strach. Przypominało to
ból fizyczny, skręt kiszek. Uniósł rękę, lecz drzwi się otworzyły, nim
zastukał.
- Och, Bogu dzięki, że ojciec przyszedł!
Matka stała w drzwiach, uginając się na nogach. Rzadkie brązowe włosy
przylepione do czaszki. Przekrwione oczy, szara, pomarszczona skóra.
"Oto, co się dzieje, gdy pojawi się Szatan".
Wszedł do środka. W domu śmierdziało. Kwaśny zapach brudu. Jak do tego
doszło? Popatrzył na schody. Ciemność na szczycie wydawała się gęsta od
zła. Położył rękę na poręczy. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Zacisnął
powieki i oddychał głęboko.
"Służę Bogu".
- Pokaż mi.
Zaczął wchodzić po schodach. Na piętrze znajdowało się troje drzwi. Z jednych wyjrzał chłopiec w poplamionym T-shircie i szortach; miał martwy
wyraz twarzy. Zamknął drzwi na widok postaci w czarnym stroju.
Otworzył sąsiednie drzwi. Poczuł ciepło i smród. Przyłożył rękę do ust i próbował nie zwymiotować.
Łóżko było zaplamione krwią i ekskrementami. Do słupków w narożnikach
przywiązano sznury, ale wisiały luźno. Na materacu leżała otwarta
skórzana walizka. W środku znajdowały się akcesoria przymocowane mocnymi
skórzanymi paskami: duży krucyfiks, Biblia, woda święcona, kawałki
muślinu.
Dwóch przedmiotów brakowało. Leżały na podłodze. Skalpel i długi
ząbkowany nóż. Były lepkie od krwi. Ciało otaczała ciemnoczerwona
kałuża.
Przełknął ślinę. Zaschło mu w ustach.
- Wielki Boże, co tu się stało?!
- Mówiłam ojcu, mówiłam, że diabeł...
- Dość!
Zauważył przedmiot leżący na nocnym stoliku. Podszedł. Małe czarne
pudełko. Patrzył na nie przez chwilę, po czym odwrócił się w stronę
matki stojącej w drzwiach. Załamała ręce i spojrzała na niego błagalnie.
- Co teraz zrobimy?!
"My". On też ponosi odpowiedzialność. Popatrzył na zakrwawione,
okaleczone ciało leżące na podłodze.
"Jakim mężczyzną jestem?"
- Przynieś ścierki i środki czyszczące. Natychmiast.
"WELDON HERALD", CZWARTEK,
24 MAJA 1990
ZAGINIĘCIE NASTOLATEK
Policja wystosowała apel o pomoc w poszukiwaniu dwóch nastolatek
zaginionych w Sussex: Merry Lane i Joy Harris. Obie mają po piętnaście
lat i istnieje podejrzenie, że mogły razem uciec z domu. Joy widziano po
raz ostatni 12 maja wieczorem na przystanku autobusowym w Henfield.
Tydzień później, 19 maja, Merry zniknęła ze swojego domu w Chapel Croft,
pozostawiając list pożegnalny.
Policja nie podejrzewa, że dziewczęta padły ofiarą przestępstwa, ale
niepokoi się o ich los i apeluje, by skontaktowały się z bliskimi.
"Nie zostaniecie ukarane. Rodzice się o was martwią. Chcą wiedzieć, czy
jesteście bezpieczne. Możecie w każdej chwili wrócić do domu".
Joy, drobnej budowy, sto sześćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, ma
długie jasne włosy i delikatne rysy twarzy. Była ubrana w różowy
T-shirt, dekatyzowane dżinsy i buty sportowe marki Dunlop Green Flash.
Merry, szczupła, sto siedemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, ma krótkie
ciemne włosy. Nosiła luźny szary sweter, dżinsy i czarne trampki.
Osoby, które widziały poszukiwane nastolatki, są proszone o kontakt z posterunkiem policji w Weldon pod numer 01323 456723 albo o telefon na
linię organizacji Crimestoppers, 0800 555 111.
Rozdział 1
Sytuacja jest wysoce niefortunna. -
Biskup John Durkin uśmiecha się dobrodusznie.
Jestem prawie pewna, że biskup John Durkin prawie wszystko robi
dobrodusznie, nawet kupę.
Jest najmłodszym biskupem w historii diecezji obejmującej północną część
hrabstwa Nottingham, utalentowanym mówcą i autorem kilku cenionych
artykułów z dziedziny teologii. Byłabym zdumiona, gdyby się okazało, że
nigdy nie próbował chodzić po powierzchni jeziora.
Jest także palantem.
Wiem o tym ja, jego koledzy, cała kuria. Myślę, że w sekrecie nawet on
sam o tym wie.
Niestety, nikt mu tego nie powie. Z pewnością nie ja. Nie dzisiaj. Nie w chwili, gdy trzyma w swoich gładkich, wypielęgnowanych dłoniach moją
przyszłość, pracę i dom.
- Takie nieprzyjemne wydarzenie może zachwiać wiarą parafian - odzywa
się.
- Nie zachwiało ich wiarą. Są rozgniewani i zasmuceni. Nie pozwolę, żeby
to wydarzenie zniszczyło wszystko, cośmy osiągnęli. Nie zostawię tych
ludzi, kiedy mnie najbardziej potrzebują.
- Czy rzeczywiście potrzebują? W nabożeństwach uczestniczy coraz mniej
wiernych. Odwołano zajęcia. Słyszałem, że grupy dziecięce zamierzają się
przenieść do innej parafii.
- To z powodu policjantów kręcących się w pobliżu i żółtych taśm. Ta
społeczność nie przepada za policją.
- Rozumiem, że...
Niczego nie rozumie. Durkin przebywa na terenie dzielnicy robotniczej
tylko wtedy, gdy jego osobisty szofer przypadkiem skręci w złą stronę,
wioząc go do sali gimnastycznej.
- Jestem pewna, że to się wkrótce zmieni. Odzyskam ich zaufanie.
Nie dodaję, że bardzo mi na tym zależy. Popełniłam błąd i muszę go
naprawić.
- Potrafi pani czynić cuda? - Nim odpowiadam, Durkin ciągnie gładko: -
Proszę posłuchać, Jack. Wiem, że bardzo się pani starała, ale wpadła
pani w kłopoty.
Siedzę sztywno na krześle, walcząc z pokusą splecenia rąk na piersi jak
nadąsana nastolatka.
- Myślałam, że mamy obowiązek nawiązywać bliskie związki z parafianami.
- Nasz podstawowy obowiązek to dbać o dobre imię Kościoła. Żyjemy w trudnych czasach. Kościół przeżywa kryzys. Coraz mniej ludzi uczestniczy
w nabożeństwach. Toczymy trudną walkę nawet bez negatywnego rozgłosu w mediach.
Durkin tylko tym się przejmuje. Mediami. Najważniejszy jest PR. Kościół
i tak nie ma najlepszej prasy, a ja wszystko schrzaniłam. Chciałam
ratować małą dziewczynkę, a zamiast tego skazałam ją na śmierć.
- Więc wasza ekscelencja chce, żebym podała się do dymisji?
- W żadnym wypadku. Byłoby wielką stratą, gdyby odszedł od nas ktoś pani
kalibru. - Łączy czubki palców obu rąk. Naprawdę to robi. - Źle by to
wyglądało. Byłoby przyznaniem się do winy. Musimy starannie rozważyć
następny krok.
Nie mam co do tego wątpliwości. Zwłaszcza że to Durkin wpadł na pomysł,
by mnie przenieść do Nottingham. Jestem jego protegowaną. Dobrze sobie
radziłam, zmieniłam podniszczony kościół w ubogiej dzielnicy w ośrodek
życia miejscowej społeczności.
Aż do sprawy Ruby.
- Więc co wasza ekscelencja sugeruje?
- Zmianę parafii. Na jakiś czas. Pojedzie pani do miejscowości
znajdującej się mniej na widoku. Niewielki kościół w Sussex jest
chwilowo pozbawiony kapłana. Chapel Croft. Potrzebny jest tymczasowy
pastor do chwili nominacji następcy.
Patrzę na niego. Mam wrażenie, że ziemia usuwa mi się spod nóg.
- Bardzo mi przykro, ale to wykluczone. W przyszłym roku córka zdaje
maturę. Nie mogę jej zawieźć na drugi koniec kraju.
- Uzgodniłem już przeniesienie z biskupem Gordonem z diecezji Weldon.
- Co takiego?! Jak to?! Biskup Gordon szukał kogoś na to stanowisko?! Na
pewno musi istnieć bardziej odpowiedni miejscowy kandydat...
Kiwa dłonią, zbywając moje protesty.
- Po prostu gawędziliśmy. W trakcie rozmowy padło pani nazwisko.
Wspomniał o wakacie w Chapel Croft. Kompletny przypadek. - Przychodzi mi
do głowy, że Durkin potrafi lepiej pociągać za sznurki niż ojciec
Pinokia. - Proszę wziąć pod uwagę pozytywne aspekty tej nominacji -
ciągnie. - Piękna okolica, świeże powietrze, pola. Niewielka, bezpieczna
wioska. Będziecie zachwycone.
- Myślę, że wiem, co jest dobre dla mnie i Flo. Odpowiedź brzmi: nie.
- W takim razie muszę być brutalny. - Spogląda mi w oczy. - To nie jest
prośba.
Durkin nie bez powodu jest najmłodszym biskupem diecezjalnym. Nie ma to
nic wspólnego z dobrodusznością.
Zaciskam pięści na kolanach.
- Rozumiem.
- Doskonale. Zaczyna pani pracę w przyszłym tygodniu. Proszę pamiętać,
aby zabrać kalosze.
Rozdział 2
Chryste!
- Znowu wzywasz imię Pana Boga nadaremno.
- Wiem, ale... - Flo kręci głową. - Co za zadupie!
Trudno nie przyznać jej racji. Zatrzymuję samochód i patrzę na kaplicę.
W pobliżu stoi nasz nowy, niewielki dom. Można by go nawet uznać za
ładny, gdyby nie to, że jest niepokojąco przekrzywiony, jakby za chwilę
miał się rozpaść cegła po cegle.
Kaplica jest mała, kwadratowa i brudnoszara. Nie ma strzelistego dachu,
krzyża ani witraży. Od frontu znajdują się cztery prostokątne okna, dwa
na górze, dwa na dole. Między górnymi oknami umieszczono zegar. Wokół
biegnie ozdobny napis: "Wykorzystujmy czas, gdyż dni są złe"1.
Ładne. Niestety, ostatnia litera w słowie "czas" się zatarła, więc napis
brzmi: "Wykorzystujmy cza".
Wysiadam z samochodu. Parne powietrze sprawia, że ubranie natychmiast
klei mi się do skóry. Wokół są tylko puste pola. Wioska składa się z około dwudziestu pięciu domów, pubu, sklepu i klubu. Słychać tylko ptaki
i okazjonalne brzęczenie pszczoły. Ogarnia mnie zdenerwowanie.
- Okej - mówię, starając się nadać swojemu głosowi optymistyczne
brzmienie i nie ujawniać trwogi, którą czuję. - Wejdźmy do kaplicy i rozejrzyjmy się.
- Nie obejrzymy nowego mieszkania? - pyta Flo.
- Najpierw dom Boga. Potem dom jego dzieci.
Przewraca oczami, dając do zrozumienia, że jestem męczącą idiotką.
Nastoletnie dziewczęta potrafią wiele wyrazić za pomocą ruchów gałek
ocznych. I tak dobrze, że w ogóle ją rozumiem: po ukończeniu przez córkę
piętnastego roku życia próby nawiązania komunikacji werbalnej czasem
przypominają próbę przebicia głową ceglanego muru.
- Poza tym nasze meble ciągle tkwią w korkach na autostradzie M25 -
dodaję. - W kościele są przynajmniej ławki.
Zamyka drzwi auta i wlecze się za mną z ponurą miną. Zerkam na nią:
ciemne włosy ostrzyżone na boba, kolczyk w nosie (ciężko wywalczony i zdejmowany przed pójściem do szkoły) i duży aparat fotograficzny marki
Nikon niemal stale wiszący na szyi. Często myślę, że moja córka byłaby
idealną kandydatką do zastąpienia Winony Ryder w remake'u Soku z żuka.
Od drogi do kaplicy biegnie długa ścieżka. Przed bramą stoi odrapana
metalowa skrzynka na listy. Powiedziano mi, że jeśli nikogo nie zastanę
po przyjeździe, znajdę w niej klucze. Otwieram wieko, wkładam rękę do
środka i - bingo! Wyjmuję dwa klucze Yale, z pewnością do chaty, i ciężki żelazny klucz jak do bramy z Tolkiena. Domyślam się, że to klucz
do kaplicy.
- Cóż, przynajmniej możemy wejść - mówię.
- Tak - odpowiada Flo z kamienną miną.
Ignoruję ją i otwieram bramę. Ścieżka jest stroma i nierówna. Po obu
stronach widać nagrobki sterczące z wysokiej trawy. Po lewej stoi wysoki
pomnik. Ponury, szary obelisk. U podstawy leży coś, co przypomina
wiązankę zwiędłych kwiatów. Jednak z bliska widać, że to nie kwiaty,
tylko małe laleczki splecione z gałązek.
- Co to takiego? - pyta Flo, sięgając po aparat.
- Płonące dziewczyny - odpowiadam machinalnie. Flo kuca i pstryka kilka
zdjęć. - To tradycja Chapel Croft - dodaję. - Czytałam o niej w internecie. Ludzie robią te figurki na cześć męczenników z Sussex.
- Kogo?
- W okresie prześladowań protestantów za panowania królowej Marii Tudor
spalono na stosie grupę wieśniaków. Przed kaplicą zginęły dwie
dziewczyny.
Wstaje i krzywi się.
- I ludzie robią na ich pamiątkę te dziwaczne figurki?
- Palą je w rocznicę ich śmierci.
- Coś jak z Blair Witch.
- Właśnie taka jest wieś. - Po raz ostatni zerkam lekceważąco na
laleczki. - Pełna dziwacznych zwyczajów.
Flo wyjmuje komórkę i robi jeszcze kilka zdjęć, prawdopodobnie by je
wysłać przyjaciołom z Nottingham ("Popatrzcie, co robią te zwariowane
wsiochy"), po czym idzie za mną.
Docieramy do drzwi kaplicy. Wkładam do zamka żelazny klucz. Chodzi
ciężko i muszę go mocno nacisnąć, by się przekręcił. Drzwi otwierają się
ze skrzypieniem, trochę jak z horroru. Otwieram je szerzej.
Na dworze świeci sierpniowe słońce, ale w kaplicy jest ciemno. Oczy
przyzwyczajają się do mroku dopiero po chwili. Przez brudne okna wpadają
promienie słońca, oświetlając drobinki kurzu unoszące się w powietrzu.
Kaplica jest dziwnie rozplanowana: niewielka nawa i sześć rzędów ławek
naprzeciwko ołtarza. Po obu stronach drewniane schody prowadzące na
galerię, gdzie również stoją ławki. Przypomina niewielki teatr albo
arenę walk gladiatorów. Zastanawiam się, jakim cudem przeszła kontrolę
przeciwpożarową.
Wnętrze pachnie stęchlizną i starością, co wydaje się dziwne, bo jeszcze
kilka tygodni temu kaplica była regularnie używana. Podobnie jak inne
kościoły jest jednocześnie duszna i zimna.
Na końcu nawy znajduje się niewielki obszar odgrodzony żółtymi
barierkami. Na jednej z nich wisi tabliczka z odręcznym napisem: "Uwaga!
Nierówna posadzka. Obluzowane płyty".
- Zmieniam zdanie - mówi Flo. - Nie zadupie, ale przerażające zadupie.
- Mogło być gorzej.
- Czyli?
- Korniki, grzyb, robaki?
- Zaczekam na zewnątrz. - Odwraca się i wychodzi.
Nie idę za nią. Najlepiej odczekać. Nie mogę jej pocieszyć. Zmusiłam ją
do opuszczenia miasta, które lubi, szkoły, w której dobrze się czuła, i przywiozłam do wsi, która ma do zaoferowania tylko pola i woń krowiego
łajna. Przekonanie jej będzie wymagało trochę pracy.
Patrzę na drewniany ołtarz.
- Boże, co ja tutaj robię?
- Mógłbym pani w czymś pomóc?
Odwracam się.
Stoi przede mną mężczyzna. Szczupły i bardzo blady; kredową barwę cery
podkreślają lśniące czarne włosy zaczesane do tyłu we wdowi szpic. Mimo
ciepła ma na sobie ciemny garnitur i szarą koszulę bez kołnierzyka.
Wygląda jak wampir wybierający się do klubu jazzowego.
- Przepraszam, jeszcze nigdy nie otrzymałam bezpośredniej odpowiedzi na
podobne pytanie. - Uśmiecham się i wyciągam rękę. - Nazywam się Jack.
W dalszym ciągu patrzy na mnie podejrzliwie.
- Jestem świeckim administratorem parafii. Jak się pani tu dostała?
Zdaję sobie sprawę, że nie włożyłam koloratki, a jemu prawdopodobnie
powiedziano tylko, że przyjedzie pastor Brooks. Oczywiście mógłby
wyszukać mnie w internecie, ale wygląda jak zabytek z epoki gęsich piór
i inkaustu.
- Przepraszam. Jack Brooks? Pastor Brooks? - Otwiera szerzej oczy. Lekko
się rumieni. Wiem, że forma mojego imienia jest myląca. Przyznaję, że
sprawia mi to przyjemność. - O Boże... Proszę mi wybaczyć. Po prostu...
- Nie tego się pan spodziewał?
- Nie.
- Kogoś wyższego, szczuplejszego, przystojniejszego?
Nagle słyszę krzyk:
- MAMO! - Odwracam się. W drzwiach stoi Flo. Jest blada, wytrzeszcza
oczy. W mojej głowie dźwięczą dzwonki alarmowe. - Tam jest dziewczynka!
Ona... chyba jest ranna! Musisz przyjść, natychmiast!
Rozdział 3
Dziewczynka ma nie więcej niż trzynaście
lat. Jest ubrana w sukienkę, która kiedyś mogła być biała. Bose stopy...
jest cała zalana krwią.
Włosy są pokryte rdzawą cieczą, twarz czerwonymi smugami, a sukienka
ciemnokasztanowymi plamami. Idzie ścieżką w naszą stronę, zostawiając
małe, krwawe ślady.
Patrzę na nią, rozpaczliwie zastanawiając się, co się stało. Wpadła pod
samochód?! Widzę na drodze jedno auto. Skąd tyle krwi?! Jak to możliwe,
że jest w stanie chodzić?!
Zbliżam się do niej ostrożnie i kucam.
- Cześć, kochanie! Jesteś ranna? - Patrzy na mnie. Ma intensywnie
błękitne oczy, w których maluje się przerażenie. Kręci głową. Nie jest
ranna. Więc skąd tyle krwi? - To dobrze. Możesz mi powiedzieć, co się
stało?
- Zabił ją.
Dzień jest upalny, ale czuję chłodny dreszcz.
- Kogo?
- Pippę.
- Zadzwoń na policję, Flo - mówię ostrożnie.
Córka wyjmuje komórkę i spogląda na nią z niedowierzaniem.
- Nie ma sygnału.
Cholera! Ogarnia mnie déja vu. Czuję mdłości. Krew, mała dziewczynka...
Tylko nie to, nie po raz drugi.
Odwracam się w stronę wampira wybierającego się do klubu jazzowego.
Ciągle stoi przy drzwiach.
- Nie dosłyszałam pańskiego imienia.
- Aaron.
- W kaplicy jest telefon stacjonarny?
- Tak, w zakrystii.
- Mógłby pan zadzwonić na policję?
Waha się.
- Znam tę dziewczynkę. To córka Harperów.
- Jak ma na imię?
- Poppy.
- Okej. - Uśmiecham się uspokajająco do małej. - Wezwiemy pomoc, Poppy.
Aaron w dalszym ciągu się nie rusza. Szok, może niezdecydowanie? Tak czy
inaczej, nie zrobił tego, o co prosiłam.
- Niech pan zadzwoni na policję! - rzucam ostro.
Wchodzi do kaplicy. Nagle słyszę warkot pędzącego samochodu. Unoszę oczy
i widzę range rovera, który wyjeżdża zza zakrętu i zatrzymuje się z piskiem opon przed bramą. Kierowca otwiera drzwi.
- Poppy! - Z samochodu wyskakuje barczysty mężczyzna i biegnie ścieżką w naszą stronę. - O Boże, Poppy, wszędzie cię szukałem! Uciekłaś?!
Prostuję się.
- To pana córka?
- Tak. Nazywam się Simon Harper. - Mówi to z dumą, jakby był powszechnie
znaną postacią. - Kim pani jest, do licha?!
Gryzę się w język.
- Pastor Brooks, nowa gospodyni parafii. Może mi pan powiedzieć, co się
tu właściwie dzieje? Pańska córka jest zalana krwią.
Marszczy brwi. Jest kilka lat starszy ode mnie. Masywny, ale nie gruby.
Brutalność wypisana na twarzy. Mam wrażenie, że nie jest przyzwyczajony
do ostrych pytań, zwłaszcza ze strony kobiet.
- Nic się nie stało.
- W czasie teksaskiej masakry piłą mechaniczną też nic się nie stało -
wtrąca Flo.
Simon Harper zerka na nią z irytacją, po czym znowu odwraca się w moją
stronę.
- Mogę panią zapewnić, pani pastor, że to po prostu nieporozumienie.
Poppy, podejdź do mnie. - Wyciąga rękę. Poppy chowa się za moimi
plecami.
- Pana córka powiedziała, że ktoś został zabity.
- Co takiego?!
- Pippa.
- Och, na litość boską! - Harper przewraca oczami. - To śmieszne.
- Może pozwólmy policji zdecydować, czy to naprawdę takie śmieszne.
- Peppa, a nie Pippa... Peppa to świnia.
- Słucham?
- To świńska krew.
Patrzę na niego. Czuję strużki potu spływające po plecach. Słychać
warkot. Drogą powoli jedzie traktor. Simon Harper wzdycha ciężko.
- Czy moglibyśmy wejść do domu i umyć Poppy? Nie mogę jej zabrać
samochodem w takim stanie.
Zerkam na stary dom.
- Proszę za mną.
Po raz pierwszy wchodzę do nowego domu. Nie spodziewałam się, że zobaczę
go w takich okolicznościach. Flo przynosi z ogrodu dwa plastikowe
foteliki i sadzamy Poppy na jednym z nich. Znajduję pod zlewem dość
czysto wyglądającą ściereczkę i pół butelki mydła w płynie.
Zauważam także latarkę i pająka wielkości pięści.
- Zajrzę do auta - mówi Flo. - Zdaje się, że jest tam kilka nawilżanych
chusteczek i moja bluza od dresu, którą Poppy mogłaby włożyć.
- Świetny pomysł.
Wybiega z domu. "Dobra z niej dziewczyna - myślę - mimo fochów".
Zwilżam ściereczkę pod kranem i kucam obok Poppy. Zmywam jej z twarzy
krew.
"Świńska krew. Jak mała dziewczynka mogła się polać świńską krwią?!"
- Wiem, że wygląda to nieładnie, ale zaraz wszystko wytłumaczę - odzywa
się Simon Harper. Próbuje mówić pojednawczym tonem.
- Niczego nie oceniam. To najważniejsza zasada mojej profesji.
Świadomie kłamię. Ścieram krew z czoła i uszu Poppy. Zaczyna przypominać
dziewczynkę, a nie uciekinierkę z powieści Stephena Kinga.
- Chciałby pan coś wytłumaczyć?
- Jestem właścicielem farmy. Farmy Harperów. Należy do naszej rodziny od
wielu pokoleń. Mamy własną rzeźnię. Wiem, że są ludzie, którzy tego nie
pochwalają...
Nie wstaję.
- Moim zdaniem warto wiedzieć, skąd pochodzi to, co jemy. Większość
dzieci z mojej poprzedniej parafii uważała, że mięso rośnie samo z siebie w McDonaldzie.
- Oczywiście... cóż, no właśnie. Staramy się tak wychowywać córki, by
rozumiały, na czym polega praca na farmie, nie traktowały zwierząt zbyt
sentymentalnie. Rosie, starsza, nigdy nie miała z tym kłopotów, ale
Poppy jest bardziej... wrażliwa. - Wyczuwam, że wrażliwość to eufemizm.
Wygładzam włosy Poppy. Patrzy na mnie lśniącymi błękitnymi oczami. W jej
wzroku jest coś pustego. - Mówiłem Emmie... to moja żona... że nie powinna
pozwalać dziewczynkom nadawać im imion.
- Komu?
- Świniom. Poppy była zachwycona... ale potem oczywiście się do nich
przywiązała, zwłaszcza do jednej.
- Peppy?
- Tak.
- Dziś rano zaczęliśmy świniobicie.
- Ach, rozumiem...
- Poppy miała iść z Rosie na plac zabaw, ale... musiały zmienić plany.
Wróciły wcześniej, a potem zobaczyłem Poppy stojącą...
Przerywa z oszołomioną miną. Wyobrażam sobie dziecko wbiegające do
rzeźni i widzące koszmarną scenę.
- Dalej nie rozumiem, jak się poplamiła krwią.
- Musiała się poślizgnąć i upaść na posadzkę. Później uciekła, zna pani
dalszy ciąg... - Spogląda na mnie. - Nawet nie ma pani pojęcia, jak mi
przykro, ale prowadzimy gospodarstwo rolne. Tak wygląda nasza praca.
Czuję lekkie współczucie. Płuczę ściereczkę i usuwam resztkę krwi z twarzy Poppy. Później wyjmuję z kieszeni dżinsów gumkę i wiążę jej
wilgotne włosy w kucyk.
Uśmiecham się.
- Wiedziałam, że w końcu zobaczę śliczną dziewczynkę.
Ciągle nic. Trochę wytrąca mnie to z równowagi. Ale czasem tak działa
trauma. Widywałam to już wcześniej. Praca pastorki w ubogiej dzielnicy
miasta to nie tylko pieczenie ciast i wyprzedaże garażowe. Często
spotyka się ludzi mających kłopoty, starych i młodych. Jednak dzieci
bywają maltretowane nie tylko w miastach. To też wiem.
Odwracam się w stronę Simona.
- Poppy ma jakieś zwierzęta?
- Trzymamy kilka psów pasterskich, ale mieszkają w budach.
- Może byłoby dobrze, gdyby Poppy miała własne zwierzę. Niewielkie, na
przykład chomika, którym mogłaby się opiekować?
Przez chwilę myślę, że Simon przyjmie moją propozycję. Później jego
twarz znowu staje się nieprzenikniona.
- Dziękuję, pani pastor, ale myślę, że wiem, jak postępować z córką.
O mało nie odpowiadam, że ostatnie wydarzenia temu przeczą. Flo wchodzi
do kuchni z nawilżanymi chusteczkami i bluzą od dresu z podobizną Jacka
Szkieletona2.
- Może być?
Kiwam głową, czując ogarniające mnie znużenie.
- Świetnie.
Stoimy przy drzwiach i patrzymy, jak Simon Harper i Poppy wsiadają do
range rovera. Bluza od dresu Flo sięga Poppy do kolan. Odjeżdżają.
Obejmuję Flo ramieniem.
- Właśnie tak wygląda spokojna wieś.
- Rzeczywiście. Może mimo wszystko będzie zabawnie?
Śmieję się, a potem zauważam widmową postać w czarnym stroju idącą w stronę domu z dużym pudłem w rękach. Co robił tak długo w kaplicy?
- Przypuszczam, że policja już jedzie? - pytam.
- O nie. Zauważyłem Simona Harpera i uznałem, że nie ma potrzeby
dzwonić. - "Naprawdę, nie ma potrzeby?" Wydaje się, że Simon Harper to
bardzo wpływowa osoba w Chapel Croft. W wielu małych miejscowościach
istnieje rodzina ciesząca się powszechnym szacunkiem. Z powodu tradycji,
strachu albo jednego i drugiego. - Przypomniałem sobie, że powinienem
dać to pani pastor po przyjeździe - dodaje Aaron.
Wyciąga pudło w moją stronę. Na środku wypisano drukowanymi literami
moje nazwisko.
- Co to takiego?
- Nie wiem. Wczoraj zostawiono to przed kaplicą.
- Kto zostawił?
- Nie zauważyłem. Pomyślałem, że to miły podarunek.
- Może od poprzedniego pastora? - sugeruje Flo.
- Nie sądzę - odpowiadam. - Nie żyje. - Zerkam na Aarona, zdając sobie
sprawę, że moje słowa mogły zabrzmieć bezdusznie. - Było mi bardzo
przykro, gdy dowiedziałam się o śmierci pastora Fletchera. To musiał być
szok.
- O tak.
- Zachorował?
- Zachorował? - Patrzy na mnie dziwnie. - Nie powiedzieli pani?
- Słyszałam, że zmarł niespodziewanie.
- Owszem. Popełnił samobójstwo.
Rozdział 4
Ksiądz biskup powinien był mi powiedzieć!
Głos Durkina w słuchawce jest ledwo słyszalny.
- Delikatna... acja... lepiej nie... szczegóły...
- Nic mnie to nie obchodzi! Powinnam była wiedzieć.
- Ja nie... osobiście... przykro mi.
- Kto jeszcze wie?
- Niewiele osób... znalazł go administrator... rada parafialna.
Czyli prawdopodobnie wie cała wieś. Durkin znowu ględzi. Wychylam się
dalej z okna sypialni na piętrze. To jedyne miejsce, gdzie łapię sygnał.
Pojawia się magiczna trzecia kreska zasięgu.
- Wielebny Fletcher... problemy psychiczne... Na szczęście podał się
wcześniej do dymisji, więc oficjalnie nie pełnił funkcji pastora...
Innymi słowy, nie jest to problem Kościoła. Brak empatii Durkina ma w sobie coś patologicznego. Często myślę, że jego talenty można by lepiej
wykorzystać w polityce niż w Kościele, ale cóż, może nie ma wielkiej
różnicy. I duchowni, i politycy przemawiają do ludzi święcie
przekonanych, że to, w co wierzą, jest słuszne.
- Powinnam była wiedzieć. To wpływa na moją pracę. Na to, jak mieszkańcy
postrzegają Kościół i obecnego pastora.
- Oczywiście. Przykro mi. Doszło do niedopatrzenia. - Jestem pewna, że
kłamie. Po prostu nie chciał mi dać kolejnego pretekstu do odmowy. - To
wszystko, Jack?
- Nie, jest jeszcze jedna sprawa. - To nie powinno mieć znaczenia. Skoro
po śmierci przenosimy się w zaświaty, okoliczności są nieważne. A jednak
są ważne. - Jak to zrobił?
Długie milczenie. Znam Durkina od dawna i wiem, że zastanawia się, czy
nie skłamać. Po chwili wzdycha.
- Powiesił się w kaplicy.
Flo klęczy na podłodze saloniku i wyjmuje rzeczy z pudeł. Na szczęście
nie ma ich dużo. Kiedy przyjechała furgonetka firmy transportowej, dwóch
wytatuowanych młodych ludzi wypakowało nasz doczesny dobytek w dwadzieścia minut. Niewielki dorobek jak na połowę życia.
Siadam na wytartej kanapie, ledwo mieszczącej się w ciasnym saloniku.
Dom jest mały, krzywy, sufity są niskie. Nie można otworzyć żadnego
okna, co sprawia, że w środku jest nieznośnie gorąco; muszę nieustannie
pamiętać, by pochylać głowę w drzwiach między salonikiem a kuchnią (a wcale nie jestem wysoka).
Łazienka jest pomalowana na oliwkowozielony kolor i lekko zagrzybiona. W domu są dwa urządzenia do ogrzewania: kocioł opalany olejem i starożytny
żelazny piecyk. Prawdopodobnie trzeba je sprawdzić, bo w zimie możemy
umrzeć wskutek zatrucia czadem.
Są jednak pozytywne strony. Mieszkanie jest darmowe: nie muszę płacić
czynszu. Możemy się jakoś urządzić. Ale jeszcze nie w tej chwili. Teraz
mam ochotę coś zjeść, obejrzeć telewizję i iść spać.
Flo unosi głowę.
- Mam nadzieję, że dzisiejsze wydarzenia nie zmieniły twojej opinii, że
to potworne zadupie.
- Nie, ale dziś wieczorem jestem za bardzo zmęczona i głodna, żeby się
tym przejmować. Przypuszczam, że w pobliżu nie ma żadnego barku z jedzeniem na wynos?
- W sąsiednim miasteczku jest Domino's Pizza - mówi Flo. - Wyszukałam ją
po drodze w Google.
- Alleluja! Cywilizacja! Zobaczymy, co puszczają w Netfliksie?
- Zdaje się, że British Telecom jeszcze nie podłączył szerokopasmowego
internetu? - odpowiada.
"Cholera, rzeczywiście nie podłączył".
- Więc chyba jesteśmy skazane na normalną telewizję - odzywam się.
- Niestety nie.
- Słucham? Dlaczego? - pytam ze zdziwieniem.
Flo wstaje, siada obok mnie na kanapie i obejmuje mnie ramieniem.
- Co jest nie tak z tym obrazkiem, Michaelu? - pyta. Uśmiecham się na
aluzję do Straconych chłopców. Przynajmniej czegoś się ode mnie
nauczyła. - Na dachu nie ma anteny telewizyjnej. Wiesz, co oznacza brak
anteny telewizyjnej?
- O Boże... - Odrzucam głowę do tyłu. - Naprawdę?!
- Tak.
- W co myśmy się wpakowały?
- Miejmy nadzieję, że to nie druga Santa Carla3.
- Jakoś sobie poradzę z wampirami. Mam przynajmniej krzyż.
- Jest jeszcze tajemnicze pudło.
Pudło. Byłam wściekła na Durkina, który nie raczył mnie poinformować o okolicznościach śmierci Fletchera, i prawie zupełnie zapomniałam o pudle. Rozglądam się.
- Nie pamiętam, gdzie je położyłam.
- W kuchni.
Flo wstaje, wraca z pudłem i stawia je obok mnie. Spoglądam na nie z powątpiewaniem.
"Wielebna Jack Brooks".
- A zatem? - Flo trzyma w ręku nożyczki.
Biorę je i przecinam taśmę klejącą. W środku jest coś zapakowanego w bibułkę. Na wierzchu leży niewielka karteczka. Wyjmuję ją.
Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajnego,
co by nie stało się wiadome. Dlatego, co mówicie w ciemności, będzie
słyszane w świetle dziennym, a co w komorach na ucho szeptaliście,
będzie rozgłaszane na dachach.
Ewangelia św. Łukasza, XII, 2-34
Zerkam na Flo, która pytająco unosi brwi.
- Trochę melodramatyczne.
Odkładam kartkę i rozwijam bibułkę. Owinięto nią odrapaną, brązową
teczkę ze skóry.
Patrzę na nią. Czuję gęsią skórkę na ramionach.
- Zamierzasz ją otworzyć? - pyta Flo.
Niestety nie potrafię znaleźć rozsądnego pretekstu, by tego nie robić.
Wyjmuję teczkę i kładę na kanapie. Coś grzechocze w środku. Otwieram
zatrzaski.
"Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajnego,
co by nie stało się wiadome".
Wnętrze jest wyściełane czerwonym jedwabiem, zawartość umocowana
paskami: Biblia w skórzanej oprawie, duży krucyfiks, woda święcona,
kawałki muślinu i duży ząbkowany nóż.
- Co to takiego? - pyta Flo.
Przełykam ślinę, czując lekkie mdłości.
- Zestaw do egzorcyzmów.
- O la la! - Marszczy brwi. - Nie wiedziałam, że używacie noży do
egzorcyzmów.
- Zwykle nie używamy.
Wyciągam dłoń i dotykam wytartej kościanej rękojeści. Wydaje się chłodna
i gładka. Wyjmuję nóż z teczki. Jest ciężki, ząbkowane krawędzie są
ostre i pokryte brązowymi plamkami.
Flo pochyla się do przodu.
- Mamo, czy to...
- Tak.
Wydaje się, że to lejtmotyw dzisiejszego dnia.
Krew.
Rozdział 5
Światło księżyca. Trudno sobie wyobrazić,
że można żyć inaczej, a jednak to prawda.
Wyciąga dłoń, chwyta światło, pozwala mu spłynąć na trawę. "Trawa". To
też coś nowego. W więzieniu nie było trawy. Niczego miękkiego. Nawet
pościel była sztywna i szorstka. Światło księżyca sączyło się przez
wąskie okna, częściowo zasłaniały je okoliczne budynki. A później
roztrzaskiwało się na betonie albo stali.
Tutaj światło rozlewa się swobodnie, nic go nie krępuje. Park wydaje się
skąpany - właśnie tak, skąpany! - w srebrzystym blasku padającym na
trawę. I co z tego, że jest rzadka i wydeptana, pokryta śmieciami,
butelkami po cydrze i niedopałkami? Ma wrażenie, że znalazł się w raju.
Jakimś pieprzonym Edenie. Nocuje na ławce na rozłożonych kartonowych
pudłach, w śpiworze ukradzionym pijakowi. Złodzieje i żebracy nie mają
honoru. Ławka wydaje się wspaniałym łożem z kolumienkami, jedwabną
pościelą i puchowymi poduszkami.
Jest wolny. Po czternastu latach. Tym razem nie wróci za kraty. Jest
czysty, odbył terapię. Uwolnił się od nałogu, grzecznie się zachowywał.
"Nigdy nie jest za późno - mówili psycholodzy. - Ciągle możesz rozpocząć
nowe życie. Uwolnić się od przeszłości".
Oczywiście to kłamstwo. Nigdy nie da się zapomnieć o przeszłości. Wlecze
się za człowiekiem jak wierny, stary pies, nie chce odejść. A czasami
gryzie w tyłek.
Śmieje się cicho. To by się jej podobało. Zawsze mówiła, że ma poczucie
humoru. Może, ale potrafi także bić i kopać. Nie mógł powstrzymać
gniewu. Kompletnie go zamroczyło. Nie potrafił wykrztusić słowa, miał
przed oczami czerwoną mgłę. Dzwoniło mu w uszach i czuł ściskanie w gardle.
"Musisz panować nad gniewem, bo inaczej zwycięża zło" - mówiła.
W nocy, w celi, wyobrażał ją sobie obok siebie. Gładziła go po włosach,
szeptała, uspokajała. Pomagała znieść więzienie i głód narkotyków.
Rozgląda się w ciemności, szukając jej wzrokiem. Nie, jest sam. Ale już
niedługo.
Podciąga śpiwór pod brodę, kładzie głowę na ławce. Noc jest ciepła. Jest
szczęśliwy, że śpi na wolnym powietrzu. Może patrzeć na księżyc i gwiazdy, myśleć o jutrze.
Jak brzmiała ta piosenka o jutrze? Tylko jeden dzień czy jakoś tak...
"Szkoda, że nie jesteśmy sierotami jak Annie - mówiła. - Wtedy
moglibyśmy uciec".
Przytulała się do niego. Chude ramiona i rozczochrane włosy pachnące
ciasteczkami.
Uśmiecha się. "Jutro, jutro cię znajdę".
Rozdział 6
Poranne nabożeństwo niedzielne to główny
popis sceniczny duchownego w całym tygodniu. Jeżeli chce przyciągnąć
tłumy - czyli przeszło dziesięć osób - ma na to szansę tylko w niedzielę.
W moim dawnym kościele w Nottingham, gdzie większość parafian była
czarnoskóra, w niedziele wszyscy ubierali się jak na wielką uroczystość:
kapelusze, garnitury, małe dziewczynki z warkoczykami i dużymi kokardami
we włosach. Tak samo wyglądała Ruby.
Dzięki temu dzień nabierał wyjątkowego charakteru. Ja też czułam się
wyjątkowo. Zwłaszcza że wiedziałam, że jeśli się dobrze przyjrzeć,
stroje parafian są często trochę podniszczone albo za ciasne w talii.
Pochodzili z najuboższej dzielnicy miasta, a jednak się starali. Byli
dumni, że przychodzą do kościoła w niedzielny ranek w przyzwoitych
ubraniach.
W niektórych innych kościołach, w których pracowałam, w niedzielne ranki
widywało się włóczęgów śpiących na ławkach. Mimo to duchowny musi się
starać dobrze wykonywać swoją pracę.
Może to oczywiście uznać za nieco zniechęcające, ale zawsze sobie
powtarzam, że jeśli moje kazania pomagają choćby jednej osobie, odnoszę
wielkie zwycięstwo. Kościół nie jest dla ludzi wierzących, tylko dla
tych, którzy nie mają w co wierzyć. Samotnych, zagubionych, bezdomnych.
Stanowi azyl. Właśnie tym stał się dla mnie, gdy nie miałam dokąd iść,
do kogo się zwrócić. Ktoś mi pomógł. Nigdy nie zapomniałam okazanej mi
dobroci. Teraz próbuję za nią odpłacić.
Nie wiem, czego oczekiwać po parafianach z Chapel Croft. Małe wioski są
często przywiązane do tradycji. Kościół odgrywa ważną rolę. Z drugiej
strony parafianie bywają starsi. To zabawne, jak wielu ludzi odnajduje
wiarę, gdy musi zamówić pierwszą protezę zębową.
Nie będę dziś odprawiać nabożeństwa. Oficjalnie obejmę stanowisko
dopiero za dwa tygodnie. Dziś rano pierwsze skrzypce gra wielebny
Rushton z Warblers Green. Wymieniliśmy już kilka mejli. Wydaje się miły,
zaangażowany i przepracowany. Jak większość duchownych na wsi. Obsługuje
trzy parafie, więc przyjazd do Chapel Croft to dla niego wyzwanie.
Skomentował to następująco:
"Bóg jest wszechobecny, ale ja muszę się dopiero nauczyć przebywać w czterech miejscach jednocześnie".
Częściowo wyjaśnia to, dlaczego mianowano mnie w tak pilnym trybie. Ale
niezupełnie.
Dziwna przesyłka trochę wytrąciła mnie z równowagi. W nocy źle spałam.
Nieustannie wyrywała mnie ze snu cisza. Nie słyszałam uspokajającego
wycia syren w oddali ani pijaków krzyczących pod oknem. Stale
przypominałam sobie wydarzenia dnia; Poppy z twarzą zalaną krwią.
Ząbkowany nóż. Na twarz Poppy nakładała się twarz Ruby. Wszystko łączyła
krew.
"Dlaczego się zgodziłam tu przyjechać? Na co liczę?"
Tuż po siódmej wreszcie wstaję z łóżka. Za oknem kuka kukułka. Prawdziwa
cholerna kukułka. Parzę kawę, czuję pokusę wyjęcia puszki z tytoniem i bibułkami z miejsca, gdzie ją ukryłam, pod ścierką w szufladzie w kuchni.
Flo zadręcza mnie, żebym rzuciła palenie. Próbuję i nic z tego nie
wychodzi: "Duch wprawdzie jest ochotny, ale ciało mdłe"5.
Potajemnie zwijam skręta przy stole, wkładam stary dres i buty sportowe,
a później wypalam papierosa przed domem, usiłując zapomnieć o posępnym
nastroju. Jest już ciepło, choć niebo się zachmurzyło. Nowy dzień. Nowe
wyzwania. Zawsze dziękuję Bogu za jedną rzecz. Nie mamy gwarancji, że
dożyjemy jutra. Każdy dzień to dar, więc trzeba go mądrze wykorzystać.
Oczywiście, jak większość duchownych, nie zawsze przestrzegam przykazań,
które głoszę.
Dopalam papierosa, idę na górę i biorę kąpiel w letniej wodzie. Później
suszę włosy i doprowadzam się do jakiego takiego wyglądu. Nie mam zbyt
wielu siwych włosów ani zmarszczek, ale moja twarz jest trochę
podpuchnięta. Przypuszczam, że wyglądam jak przeciętna zmęczona matka w wieku około czterdziestu pięciu lat. Werdykt - trzeba się z tym
pogodzić.
Schodzę na dół. Dziwne, ale Flo już wstała; leży na kanapie w saloniku z filiżanką herbaty i książką. Wygląda na to, że to najnowszy Stephen
King.
- Jak wyglądam?
- Na wykończoną.
- Dzięki. A poza tym?
Włożyłam dżinsy, czarną koszulę i koloratkę, by ludzie wiedzieli, kim
jestem, choć chwilowo nie pełnię oficjalnej funkcji.
- Nie jestem pewna, czy dobrze ci w czerni.
- Neonowa sukienka i kabaretki przydadzą się na lepszą okazję.
- Jaką?
- Może Wigilię?
- Przyzwyczajaj ich powoli.
- Taki mam plan.
Uśmiecha się.
- Wyglądasz świetnie, mamo.
- Dziękuję. - Waham się. - A ty?
- Co ja?
- Nic ci nie jest?
- Wszystko w porządku.
- Naprawdę?
- Możemy to sobie darować, mamo? Nie, nie jestem na ciebie wściekła.
Tak, jestem wściekła, że wyjechaliśmy z Nottingham. Ale tylko na pewien
czas, prawda? Tak jak mówisz: trzeba się z tym pogodzić.
- Czasami jesteś zbyt dorosła jak na swój wiek. Moim zdaniem to ci
szkodzi.
- Któraś z nas musi być dorosła.
Mam ochotę do niej podejść i ją przytulić, ale znowu zatopiła nos w książce.
- Przyjdziesz na poranne nabożeństwo?
- Muszę?
- To zależy od ciebie.
- Miałam ochotę obejrzeć cmentarz. Zrobić trochę zdjęć.
- Okej. Dobrze się baw.
Usiłuję ukryć rozczarowanie. Rozumiem, że nie chce słuchać suchego,
nudnego nabożeństwa w małej, zatęchłej kaplicy. Ma piętnaście lat.
Uważam, że nie należy zmuszać dzieci, by wierzyły w to samo co my.
Moja matka próbowała mnie zmuszać. Kiedy byłam mała, zmuszała mnie do
uczestnictwa w nabożeństwach. Wierciłam się w najlepszej, spranej
sukience, nie mogłam wytrzymać. Ławki były twarde, kaplica zimna;
płakałam na widok pastora w czarnych szatach. Później religia stała się
jedną z obsesji mamy, wraz z ginem i głosami rozlegającymi się w jej
głowie. Uciekłam, gdy tylko nadarzyła się okazja.
Wiara powinna być świadomym wyborem, a nie praniem mózgu, kiedy dziecko
jest za małe, by ją rozumieć albo kwestionować. Wiara nie jest czymś, co
przekazuje się jako tradycję rodzinną. Nie jest namacalna ani absolutna.
Nawet dla duchownego. To coś, nad czym trzeba pracować, jak nad
małżeństwem albo dziećmi.
Zdarzają się chwile zwątpienia. To naturalne. Dzieją się złe rzeczy.
Rzeczy, które sprawiają, że zaczynamy się zastanawiać, czy Bóg naprawdę
istnieje, a jeśli istnieje, dlaczego jest takim sukinsynem. Ale złe
rzeczy nie zdarzają się z powodu Boga; taka jest prawda. Nie siedzi w niebiańskiej sterowni, zastanawiając się, jak "sprawdzić naszą wiarę",
niczym wszechpotężny Ed Harris w Truman Show.
Złe rzeczy się zdarzają, ponieważ życie to ciąg przypadkowych,
nieprzewidywalnych zdarzeń. Po drodze popełniamy błędy, ale Bóg nam
wybacza. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Zdejmuję bluzę z oparcia krzesła w kuchni i wsuwam głowę do saloniku.
- W porządku. Lepiej już pójdę.
- Mamo?
- Tak?
- Co zamierzasz zrobić z tą walizką?
Naprawdę nie wiem. Nie chcę się przyznać, jak bardzo mną wstrząsnęła. Na
pewno nie przed Flo. "Skąd się wzięła? Kto ją zostawił? I dlaczego?"
- Jeszcze nie wiem. Może porozmawiam o niej z Aaronem?
Robi zabawną minę.
- Przechodzą mnie ciarki na jego widok.
Chcę powiedzieć, żeby nie oceniała go surowo, ale tak naprawdę mnie też
przechodzą ciarki. Nie wiem dlaczego. Duchowni często spotykają dziwaków
i samotników, ale Aaron ma w sobie coś szczególnego. Coś, co wywołuje
uczucia, o których wolałabym zapomnieć.
- Porozmawiajmy o tym później, dobrze?
Wsuwam ramiona w rękawy bluzy.
- Dobrze. Mamo?
- Co takiego?
- Lepiej włóż inną bluzę. Ta pachnie papierosami.