Rozdział 3
Czasy współczesne
Pilot transportowego samolotu C-130 Hercules podniósł wzrok na Willa Jaegera.
- To chyba pewna przesada, kolego. Wzięliście całego herculesa tylko dla siebie? - spytał z silnym południowym akcentem, najprawdopodobniej teksańskim. - Jest was tylko trzech, prawda?
Jaeger rzucił wzrokiem za siebie, na dwóch towarzyszy, którzy siedzieli w głównym przedziale transportowym na składanych, płóciennych siedzeniach.
- Tak, jesteśmy tylko we trzech - potwierdził.
- Więc to chyba nieco za duża maszyna, nie?
Jaeger wsiadł na pokład samolotu w pełnym stroju do skoków spadochronowych z dużej wysokości, w kasku, z maską tlenową i w nieporęcznym kombinezonie. Pilot nie miał najmniejszych szans, by go rozpoznać.
Przynajmniej na razie.
Jaeger wzruszył ramionami.
- Myśleliśmy, że będzie nas więcej. Wiesz, jak to jest: nie wszyscy dali radę.
A po krótkiej chwili dodał:
- Utknęli w Amazonii.
Pozwolił, by to słowo zawisło w powietrzu na dobrych kilka sekund.
- W Amazonii? - podjął pilot. - W dżungli? Co to było? Nieudany skok?
- Coś gorszego - Jaeger poluzował paski kasku, jakby chciał zaczerpnąć powietrza. - Nie dali rady... gdyż... zginęli.
Pilot obrzucił go uważnym spojrzeniem.
- Zginęli? Ale jak? Wypadek?
Jaeger zaczął mówić powoli, akcentując niemal każdy wyraz.
- Nie. To nie był wypadek. Nie wyglądało to na wypadek. Bardziej na zaplanowane, świadomie przeprowadzone morderstwo.
- Morderstwo? Co takiego? - pilot sięgnął przed siebie i zmniejszył nieco ciąg. - Zaraz osiągniemy wysokość przelotową... Dwadzieścia jeden minut do skoku.
Krótka pauza.
- Morderstwo? Ale kto zginął? I dlaczego?
W odpowiedzi Jaeger zdjął kask, nadal jednak miał na głowie jedwabną kominiarkę. Zakładał ją przy każdym skoku z trzydziestu tysięcy stóp - na tej wysokości mogło być zimniej niż na szczycie Everestu.
Pilot nadal nie był w stanie go rozpoznać, ale widział oczy Jaegera, a w tej chwili jego wzrok mógłby zabić.
- Uważam, że to było morderstwo - powtórzył Jaeger. - Morderstwo z zimną krwią. Zabawne, ale to miało miejsce po skoku z C-130.
Rozejrzał się po kabinie i dodał:
- To była maszyna bardzo podobna do tej...
Pilot potrząsnął głową, najwyraźniej zaczynał robić się nerwowy.
- Kolego, nie rozumiem... ale zaraz, twój głos brzmi jakoś znajomo. Tak to zresztą z wami jest, Angole: wszyscy brzmicie tak samo. Bez urazy.
- Rozumiem - Jaeger wykrzywił usta w uśmiechu, ale jego oczy pozostały poważne - spojrzenie w nie mogłoby zmrozić krew w żyłach. - Chyba służyłeś w SOAR*, zanim odszedłeś ze służby.
* SOAR - Special Operations Aviation Regiment (Airborne) - 160 Pułk Lotniczy Operacji Specjalnych, elitarna jednostka specjalna Sił Zbrojnych USA, założona w 1981 roku, prowadząca operacje z wykorzystaniem śmigłowców. Jej członkowie określani są mianem Nightstalkers - Nocni Łowcy (przyp. tłum.).
- W SOAR? - pilot wyglądał na zaskoczonego. - Tak, rzeczywiście, służyłem tam... Ale skąd... Czy ja powinienem cię skądś znać?
Wzrok Jaegera stał się jeszcze twardszy.
- Raz Nocny Łowca, zawsze Nocny Łowca - czy nie tak się o was mówi?
- Tak, tak rzeczywiście mówią - w głosie pilota dało się już wyczuć strach. - Ale, zapytam jeszcze raz, czy my się skądś znamy?
Rzeczywiście, znamy się. Chociaż mniemam, że wolałbyś nigdy się ze mną nie spotkać. Bo teraz jestem, kolego, twoim najgorszym koszmarem. To ty zawiozłeś mnie i moją drużynę prosto w serce Amazonii i niestety nie skończyło się to dobrze...
Trzy miesiące wcześniej Jaeger stanął na czele dziesięcioosobowej ekspedycji, której zadaniem było odszukanie samolotu zaginionego w czasie drugiej wojny światowej w amazońskiej dżungli. Wynajęli wtedy dokładnie tę samą firmę transportową, co teraz. Po drodze pilot wspomniał, że służył w jednostce specjalnej SOAR, której członkowie znani byli także jako Nocni Łowcy.
Gdy Jaeger służył w siłach specjalnych, piloci SOAR kilkakrotnie wyciągali jego i jego ludzi z poważnych opałów. Motto SOAR brzmiało: "Śmierć czeka w ciemności", ale Jaeger nigdy nie sądził, że to on i jego zespół mogą stać się celem.
Podniósł dłoń do twarzy i jednym ruchem ściągnął kominiarkę.
- Śmierć czeka w ciemności... i rzeczywiście czekała tam na nas, a ty pomogłeś jej nas namierzyć. Mało brakowało, a zginęlibyśmy wszyscy, co do jednego.
Pilot wpatrywał się w niego przez chwilę oczami pełnymi niedowierzania, po czym zwrócił się do mężczyzny siedzącego w fotelu obok.
- Przejmujesz stery, Dan - powiedział cicho do drugiego pilota. - Muszę zamienić słówko z naszym... angielskim przyjacielem. Wywołaj Dallas-Fort Worth. Anuluj lot. Niech przekierują nas...
- Nie robiłbym tego - przerwał mu Jaeger. - Na twoim miejscu bym tego nie robił.
Jego ruchy były tak szybkie, że pilot ledwo był w stanie je zauważyć, nie mówiąc już o stawianiu jakiegokolwiek oporu. Płynnie wyciągnął pistolet SIG Sauer P228, kaliber 9 milimetrów, ulubioną broń elitarnych jednostek, i mało delikatnie przytknął ją do potylicy pilota.
Kolory odpłynęły mu z twarzy.
- Co... co do jasnej cholery? Chcesz porwać mój samolot?
- Chyba lepiej, żebyś w to uwierzył - Jaeger uśmiechnął się i rzucił do drugiego pilota: - Ty też jesteś Nocnym Łowcą? Takim samym zdradzieckim śmieciem jak ten tutaj?
- Co mam mu powiedzieć, Jim? - wymamrotał drugi pilot. - Co odpowiedzieć temu skurwy...
- Ja ci powiem, jak masz mi odpowiedzieć - przerwał mu Jaeger, odblokowując fotel pilota i zdecydowanym ruchem okręcając go do siebie. Wycelował prosto w czoło mężczyzny. - Masz mówić szybko, zgodnie z prawdą i niczego nie pomijając, albo już pierwsza kula roztrzaska mu mózg.
Pilot wytrzeszczył oczy z przerażenia: - Powiedz mu, Dan. On jest na tyle szalony, żeby to zrobić.
- Tak, obaj służyliśmy w SOAR - pośpieszył z odpowiedzią drugi pilot. - W tej samej jednostce.
- Może więc dasz mi próbkę swoich umiejętności. Wiem, że SOAR nie ma sobie równych, wszyscy z brytyjskich jednostek specjalnych wysoko was cenimy. Udowodnij, że się nie mylimy. Kurs na Kubę. Przy granicy zejdź jak najniżej, dopóki nie wylecimy z amerykańskiej przestrzeni powietrznej. Nie chcę, by ktokolwiek wiedział, że tu jesteśmy.
Drugi pilot spojrzał na pierwszego, który kiwnął głową: - Zrób, jak mówi.
- Kurs na Kubę - potwierdził przez zaciśnięte zęby. - Jakieś szczególne miejsce? Do wyboru mamy kilka tysięcy mil kubańskiego wybrzeża.
- Zrzut nad małą wyspą. Dokładne współrzędne dostaniesz później, gdy będziemy już bliżej celu. Chcę, żebyśmy dolecieli tam zaraz po zachodzie słońca, pod osłoną ciemności. Ustaw odpowiednią prędkość.
- Jakie skromne wymagania - warknął drugi pilot.
- Trzymaj kurs na południowy wschód i stałą prędkość. A ja w tym czasie zadam kilka pytań twojemu kumplowi.
Jaeger rozłożył siedzenie nawigatora, umieszczone w tylnej części kokpitu, usiadł i opuścił lufę swojego SIG-a na wysokość genitaliów pierwszego pilota.
- No więc pytania. - Zadumał się. - Liczne pytania.
Pilot wzruszył ramionami.
- W porządku. Co mi tam, strzelaj.
Jaeger rzucił przelotne spojrzenie na końcówkę lufy i uśmiechnął się złośliwie.
- Naprawdę tego chcesz?
Pilot stężał.
- Nie, to tylko taka metafora.
- Pytanie numer jeden. Dlaczego posłałeś mój zespół na pewną śmierć, wtedy, w Amazonii?
- Hej, spokojnie, nie miałem o niczym pojęcia, nikt nic nie mówił o zabijaniu.
Jaeger mocniej zacisnął dłoń na pistolecie.
- Odpowiedz na moje pytanie.
- Pieniądze - wymamrotał pilot. - Przecież zawsze o to chodzi. Ale do kurwy nędzy, ja naprawdę nie wiedziałem, że będą próbowali was zabić.
- Ile? - Jaeger zignorował nieporadne próby obrony.
- Wystarczająco.
- Ile?
- Sto czterdzieści tysięcy dolców.
- No dobrze, policzmy to sobie. Straciłem siedmiu ludzi. To będzie dwadzieścia tysięcy za jedno życie. Rzekłbym, że sprzedałeś nas tanio.
- Hej, ja naprawdę nie miałem o niczym pojęcia! - Pilot uniósł dłonie w obronnym geście. - Próbowali się was pozbyć? Skąd miałem to, do cholery, wiedzieć!
- Kto ci zapłacił?
Pilot zawahał się na moment.
- Jakiś Brazylijczyk, miejscowy. Spotkaliśmy się w barze.
Jaeger prychnął. Nie wierzył w ani jedno słowo. Musiał tego drania mocniej przycisnąć. Potrzebował szczegółów, czegoś, na czym mógłby się oprzeć, czegoś, co pomogłoby mu dotrzeć do prawdziwych wrogów.
- Znasz imię?
- Tak. Andriej.
- Andriej... Brazylijczyk o imieniu Andriej, którego spotkałeś w barze?
- Nooo, może nie mówił jak Brazylijczyk, bardziej jak Rosjanin.
- Świetnie. Dobrze, że poprawia ci się pamięć, szczególnie że masz dziewięć milimetrów wycelowane prosto w jaja.
- Trudno o tym zapomnieć.
- A więc ten Andriej. Rosjanin, którego spotkałeś w barze. Masz jakieś pojęcie, dla kogo mógł pracować?
- Wiem tylko, że był jeszcze jakiś Władimir, szef - zawiesił głos. - Bez względu na to, kto zabił twoich ludzi, to właśnie on wydał im rozkaz.
Władimir. Jaeger znał już to imię. To musiał być szef bandy, ale z całą pewnością nad nim byli jeszcze inni, bardziej potężni i wpływowi ludzie.
- Spotkałeś się z tym Władimirem? Widziałeś go?
- Nie - pilot potrząsnął głową.
- Ale pieniądze wziąłeś.
- Tak.
- Dwadzieścia tysięcy dolarów za każdego z moich ludzi. I co zrobiłeś z tą kasą, zorganizowałeś imprezę? Wziąłeś dzieci do Disneylandu?
Tym razem pilot nie odpowiedział. Jego szczęka sterczała prowokująco. Jaeger miał ochotę strzelić go kolbą pistoletu prosto w łeb, ale drań był mu potrzebny cały i zdrowy. Jaeger chciał, by wzniósł się na wyżyny swojego kunsztu i sprawnie dotransportował ich do celu, który szybko się zbliżał.