Płomiennie obojętny - Bogusław Kierc

Kup ebooka

22.50 zł
18.00 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ochłopcu, który chciał być Przybosiem

Dzisiajprawie że się wstydzę tej dawnej książki (prawie że, bo jednak niecałkiem się wstydzę, mniemając, że świadczy nie tylko o młodzieńczejpysze i naiwności autora), więc niechętnie przypomniawszy ją, odsyłamłaskawego czytelnika do pierwszych stroniczek Przybosiai,gdzie znajdzie - jak ja znalazłem po latach - dośćcharakterystyczny (charakterystyczny dla tamtego, którym byłem)dokument czytania PróbyCałości.

Ten,który zapisał wrażenia z lektury, był wówczas młodszy ode mnienotującego te uwagi (na początku lat dziewięćdziesiątych) o bliskopiętnaście lat. Zapisał wrażenia czytelnika niespełna dziesięć latmłodszego od siebie. I choć obaj mają to samo imię i nazwisko, co ja,a także wspólnych rodziców, wspólną datę urodzin i może pisana imjest wspólna data śmierci, przyglądam się wspólnemu nam (jednak!)przeżyciu PróbyCałości,oddalony prawie o ćwierć wieku (a teraz, kiedy ponownie nad tyminotatkami ślęczę, doszło jeszcze ćwierć i jeszcze parę lat).

Czyto coś znaczy poza erozyjnymi śladami czasu, czyli tego, co sięzdarzyło we mnie, przeze mnie, przy mnie, dla mnie..., co przemieniłomnie, oddaliło od mojej istoty, bądź - przybliżyło do niej? Czyto coś znaczy? Nie wiem. I choć jest to"niewiem" inercyjne, z retorycznego rozpędu - powtarzam je,bo rzeczywiście nie wiem w tej chwili, kiedy znowu udało mi się(zapragnąłem) przeczytać niektóre iluminacje PróbyCałościtak, że poruszyły we mnie głębszą (i wyższą?) "mność", iobjawiły raz jeszcze to, co wtedy naiwnie uczułem, czy - jakpisał Przyboś - "uwiedziałem", ale nie umiałemnazwać sobie ani innym; mimo to nazywałem, opisywałem stanemocjonalny, fałszując to, co rzeczywiście chciałem nazwać,przekazać, powiedzieć, pojąć - ale byłem zanadto zajęty swoimprzeżywaniem tego, swoim byciem w tym, żebym zdolny był douświadomienia sobie sensu objawiającego się tak przejmująco pięknie,że już to samo przejmujące piękno gotowy byłem uznać za nadmiarłaski.

Niestety,tak dała znać o sobie moja natura dyletanta, czyli kogoś znajdującegoupodobanie w ustawicznej niedojrzałości, niedokończoności.

Więcmoże jednak ćwierć wieku (bo to mimo wszystko wtedy sobie takmyślałem) dla takiego niedojrzałego, niedokończonego typa,poddającego się wrażeniom i prowokującego wrażenia, jest drogą, którąprzebył po to, by ujrzeć i poznać to, co było - że jest właśnietakie, jakie było, a co rzeczywiście było w tym, że jest właśnietakie, jakie jest? Żeby odzyskał błogosławieństwo tautologii, i jakmistrzowie zen - choć nie uzurpując sobie takiego mistrzostwa -poznał w rzece rzekę, w górach - góry, w niebie - niebo?

Coto znaczy, że wtedy nie poznałem w rzece rzeki, w górach - gór,w niebie - nieba, skoro poznawałem niewątpliwą rzekę,rzeczywiste góry i oczywiste niebo?

Jawówczas - tak dzisiaj (czyli ponad ćwierć wieku temu)odpowiadam tamtemu sprzed dwudziestu pięciu lat (czyli sprzedprzeszło pięćdziesięciu) - poznałem w rzece nie - rzekę,lecz jej"rzeczność";w górach nie - góry, lecz ich "górzystość"; wniebie nie - niebo, lecz jego "nieboskłonność"...

Dzisiajośmieliłbym się twierdzić, że Julian Przyboś, jako teoretyk własnejsztuki, często zajmował się nie tyle Przybosiem, ile -"przybosiowością".

Czyz poznania"przybosiowości"wynika jakaś wiedza o Przybosiu? Tak. Wynika. Podobnie jak z poznania"procesówżyciowych" wynika jakaś wiedza o życiu, ale mówiąc o"procesachżyciowych" nie odpowiada się jeszcze na najważniejsze pytanie,czym jest życie, co to jest życie. (W tej dziedzinie świadomość mojawiele zawdzięcza Włodzimierzowi Sedlakowi).

Znając"przybosiowość",można symulować Przybosia. Podobno czytanie rozmaitych książek oempirii życia seksualnego przyczynia symulantów, którzy z pewnąwprawą opanowują niezbędny repertuar "symptomów orgazmicznych"i przekonująco udają wobec siebie samych i wobec siebie wzajemprzeżywanie ekstazy.

Napomykamo tym skrywanym i nieskrywanym terytorium ludzkiej intymności, bostanowi ono dziedzinę - nazwę to tak - ekstatycznegopoznania, dającego się opisać podobnie jak ekstaza mistyczna, czy -bo jest i taka - ekstaza poetycka. Zachwycenie. Jeżeli więctamto, w intymności dwojga osób mające miejsce, doświadczenie bywasymulowane - o ileż bardziej na symulacje narażone sądoświadczenia, których przeznaczeniem jest użytek publiczny.

Możnaby powiedzieć, że poeta w stanie ekstatycznego doświadczenia nie"przeznacza" go. Ale ono samo jest już "przeznaczone".Dla niego. W momencie, kiedy pojmuje je jako własne, jako integralnączęść swojej podmiotowości, czy swojego podmiotowego udziału, a towystarcza, by pozostał w pamięci ejdetyczny sygnał, do którego będziemożna dostroić zachowania "symptomatyczne", zreprodukować- może nie ekstazę, ale - "ekstatyczność".

Takąmetodą wydaje mi się napisana relacja z lektury poezji Przybosia wmojej dawnej książce. I nie dla samokrytyki czy etycznego udręczeniawyrzucam sobie po latach ten - jakby powiedział Słowacki -"metodyzm". Obnażam go przede wszystkim dla uwidocznieniatego, co symulował.

Szłow tej (nieświadomie, albo mało świadomie stosowanej) metodzie owprawianie czytelnika w stan zbliżony do opisywanego. Taki byłzamiar. No, może nie tyle o wprawianie samego czytelnika, lecz -jego wyobraźni, aby ją dostroić do owego ejdetycznego detonatora,jaki - być może - tętni w czytelniku, albo da się w nimzainstalować.

Zachodzitu więc dość typowe zjawisko mimikry i mimezy, upodobnienia inaśladowania.

Jeślidobrze pamiętam, jeden ze złośliwych recenzentów Przybosiainapisał, że ja zagrałem, czy - gram Przybosia. Coś w tymrodzaju. Przyboś jako moja rola.

Myślę,że ta diagnoza jest bliska prawdy. Dlatego przyglądam się temumedium, bo utrwalone w nim zostały te cechy "przybosiowości",które medium "chciało" utrwalić. A w tak utrwalonej"przybosiowości" pomieszczony jest mistyczny kodPrzybosia. Zakodowane doświadczenie mistyczne.

Ważnejest (a rozśmieszające), że w tym czasie, kiedy poznawałem PróbęCałości,byłem - na wzór Przybosia - programowo racjonalistycznieusposobionym wyznawcą światopoglądu "naukowego". Co,oczywiście, było ledwo niepobożnym zamiarem, wariantem roli -niekiedy konsekwentnie i wiarygodnie granym.

Czysam uświadamiałem sobie tę grę, czy też - dla moralnegobezpieczeństwa - udawałem, że nie uświadamiam jej sobie?Chciałem być jak Przyboś, chciałem być Przybosiem w sobie.Przybosiem, który jest mną.

Nastronie 8 Przybosiaisą dość znamienne wyznania, wykrzykniki, jakiś upiorny stylapologetyczny. Tak. Ale to - ponad wszystkim - jestświadectwo miłości. Uwielbienia, ubóstwienia.

Wtedyjeszcze nie wiedziałem, że kiedy był chłopcem, objawił mu się anioł.Że był to znak wybraństwa, szczególnej łaski Bożej. Ja widywałemanioły we śnie albo w marzeniu, albo na jawie - w innychludziach. Ale to co innego. On był widomie powołany. Przez większączęść życia miał siebie za bezbożnika. Wykręcał się. Niekiedypowoływał się na boga Apollina. Bo to już bóg - chciałoby sięrzec - literacki, albo: przeliteraturyzowany.

To,co opowiadał mi Julian Przyboś podczas naszego pierwszego spotkania oswoim chłopięctwie, było w dynamice i esencji archetypem mojegoekstatycznego, mistycznego, sensualistycznego chłopięctwa. A więc onobyło w nim tak silne, że odczytałem tę chłopięcą entelechię wwizyjnych ekstazach PróbyCałości,i że udzieliła się mojemu duchowi i ciału; zobaczyłem i zacząłemsymulować to, co przecież i tak było mi dane.

Alew duchu nie symulowałem. Albo inaczej: mój duch nie symulował. Wiemto dzisiaj, kiedy zmusił mnie do - którego już? -czytania, po to, żebym przeczytał czysto po raz pierwszy, z wiarą ipewnością, że to, co czytam, jest rzeczywiście tym, co czytam..

Jedenz rozdziałów tamtej mojej książki, Zwiastowanie,zawiera - oprócz pewnego wyznania ułożonego"przybosiowo"- także wiersz, który uznałem za pastisz poezji Przybosia, mimoże nie było moim zamiarem napisać pastisz, ale zawsze czułem nad sobąobecność Mistrza w postaci rygorów poetyckich, których nie wolno mibyło (tak sobie nakazałem) uchylić.

Pojakimś czasie miałem te rygory w sobie i podporządkowałem się imrównie naturalnie jak wymaganiom własnego organizmu.

Oczywistejest dzisiaj - i wcześniej także było dla mnie oczywiste -że poezja Przybosia wymodelowała mój sposób widzenia i opisywania.Widziałem więc tyle i to, ile i co mogłem był opisać, czyli uczynićpoezją. Reszta to były widzenia peryferyjne.

Znająctylko ten język poezji (albo: najlepiej znając ten język poezji),jakiego nauczyłem się czytając Przybosia - słabo słyszałemjęzyki inne - a te, które mogłem był usłyszeć i pojąć -traktowałem jako języki będące poza obszarem mojej ascezy poetyckiej.To więc, czego nie mógłbym wyrazić językiem wykształconym uPrzybosia, nie urzeczywistniało się ani w widzeniu, ani w opisie. Alejęzyk Przybosia od początku jest naznaczony meta-widzeniem imeta-wizją. Jest to w istocie język metafizyki.

Przenoszącjego zasady i prawidła, jednocześnie przenosiłem to, co się wzasadach i prawidłach utaiło. Przenosiłem nieświadomie, a tymgorliwiej, im bardziej chciałem zaprzeczyć swojejmistyczno-sentymentalnej naturze. Sądzę, że sam Mistrz podlegał tejprzewrotności wynikającej z obawy okazania się tym, kim się jestrdzennie, w naturze i w duchu.

Językjednak, nawet świadomie używany, ma swoją masę i podlega inercji.Aliteracje, echolalie, rytmy - narzucając się"same"i"wybierając"sobie rzeczywistość, w tym nawet ograniczonym przez rygor poetyckizakresie - jaki wydaje się - ustanawia sam poeta. Te"narzucającesię same" słowa ujawniają nie tylko smak literacki poety, aletakże - jego ducha.

Ewokowanaprzez słowa rzeczywistość bywa wiernym wyrazem rzeczywistościwidzianej. Ale widzianej - jak to nazwę - zmysłami"słownymi", tą gotowością zmysłów i umysłu do formowaniasłów natychmiast w akcie widzenia. Jakby to potencjalne słowaodkrywały dla siebie aktualną rzeczywistość, która by je mogłapowołać, żeby one ją potwierdziły.

Stałemsię wrażliwy na poezję Przybosia dlatego, że miała mnie doprowadzićdo chwili, w której dane mi będzie świadectwo spotkania człowieka zaniołem, które zdarzyło się w czasie nieodległym komuś tak bardzo mibliskiemu?

Stawiamte pytania, pamiętając dobrze smak przeżycia sprzed lat, pamiętamzapach łubinów kojarzony z możliwością śmierci - słyszałem otakich przypadkach zawąchania się do śmierci; pamiętam bladozłoteświatło nad morzem po zachodzie słońca i - rzeczywiście! -rozedrgane niebo, jakby przez nie przeszedł...

Chwyciłemsię tego ratunkowego "jakby" (ratunkowego, bopozwalającego mi powiedzieć wprost o zjawisku, które czytałem jako"mogące być" nadprzyrodzonym), żeby nie ulec łudzącejpokusie popadnięcia w mistycyzm i metafizykę... Ale we mnie, w duchu- i tak było mistycznie i metafizycznie. Choć i mistycyzm, imetafizyka - jakieś takie "podprogowo" symulowane.

Symulujesię jednak, żeby dać efekt czytany przez drugiego (innego) jakorzeczywisty. W akcie poetyckim - drugi czy inny to już ja sampo stronie (jakby mógł to nazwać Andrzej Falkiewicz) Anioła Cogito.Symuluję więc przed sobą, dla siebie. Także.

Jatu nazywam symulowaniem to, co podpada pod mimikrę i mimezę, objawiasię jak transgresja i transmisja, i jest związkiem udawania ioszołomienia - takim, w jakim udawanie prowadzi dooszołomienia, a efekt oszołomienia czy samo oszołomienie jestrzeczywiste.

RogerCaillois dopatruje się tego symulacyjnego bodźca w mitach, rytuałach,legendach i liturgii.

"Toczyńcie na moją pamiątkę". Ogarniając tym nakazem Chrystusowymnie tylko eucharystię, ale całą rzeczywistość religijną, a więczasadniczą (?) rzeczywistość człowieka, można by ryzykować -bez bluźnierstwa - twierdzenie, że każdy religijny akt mimikryi mimezy spełnia (powinien spełniać) ten nakaz. Że więc nakaz ówobjawia się (może się objawiać) w nacisku (albo inercji) słów iewokacji - tak jak i w moich tworach językowych wywiedzionych znauki języka poetyckiego, czytanej z tekstów Juliana Przybosia.

Przejąłemod niego - bezwiednie - niejasną świadomość powołaniapoezji do dawania świadectwa temu powołaniu do... anielstwa? Doczynnego urzeczywistniania Królestwa nie z tego świata - na tymświecie?

Dzieńw dzień - dzień powtarzalny, widoczność znikania...

Chcęujrzeć Trwanie... czego? Czy mam zawsze tylko

widzieći ogarniać

to,co gdy zaczyna się - znikło?

Odpowiedźna to pytanie postawione przez poetę w Próbie...brzmi: tak. I Przyboś to wiedział. I o tym wiedział. Nie chciał sięzgodzić na tę wiedzę? Nie chciał się zgodzić z tą wiedzą? Nie chciałsię przyznać do tego, że wie? A przyznał się. I przyznawał do końcażycia. A teraz - we mnie?

w serii piętnastkaukazały się:

HenrykBereza„Względy”, „Zgłoski”, „Zgrzyty”

KazimierzBrakoniecki„Dziennik berliński”

MaciejCisło„Błędnik”

WojciechCzaplewski„Książeczka rodzaju”

MarekCzuku„Stany zjednoczone”

JanDrzeżdżon„Łąka wiecznego istnienia”

AnnaFrajlich„Czesław Miłosz. Lekcje”, „Laboratorium”

PawełGorszewski„Niecierpiące zwłoki”

MałgorzataGwiazda-Elmerych„Czy Bóg tutaj”

TomaszHrynacz„Noc czerwi”

LechM. Jakób„Do góry nogami”, „Poradnik grafomana”,„Poradnik złych manier”, „Rzeczy”,

PawełJakubowski„Kopuła”

ZbigniewJasina„Drzewo oliwne”, „Inaczej przemijam”

JolantaJonaszko„Bez dziadka. Pamiętnik żałoby”

GabrielLeonard Kamiński„Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)”

Piotr Kępiński „Po Rzymie.Szkice włoskie”

BogusławKierc„Cię-mność”, „Płomiennie obojętny (o chłopcu, którychciał być Bogiem)”

ArturDaniel Liskowacki„Brzuch Niny Conti”, „Capcarap”, „Kronikapowrotu”, „Ulice Szczecina”, „Ulice Szczecina(ciąg bliższy)”

KrzysztofLisowski„Czarnenotesy (o niekonieczności)”, „Motyl Wisławy. I innepodróże”

KrzysztofMaciejewski„Dziewięćdziesiąt dziewięć”, „Osiem”

TomaszMajzel„Opowiadaniaw liczbie pojedynczej”, „Treny Echa Tropy”

PiotrMichałowski„Cisza na planie”

MirosławMrozek„Odpowiedź retoryczna”

EwaElżbieta Nowakowska„Merton Linneusz Artaud”

HalszkaOlsińska„Bliskie spotkania”, „Małostki”, „Złotażyła”

PawełOrzeł„Cudzesłowa”

MirosławaPiaskowska-Majzel„(Po)między”

KarolSamsel„Jonestown”, „Prawdziwie noc”, „Więdnice”

BartoszSawicki„Krucha wieczność”

EugeniuszSobol„Killer”

EwaSonnenberg„Wiersze dla jednego człowieka”

WojciechStamm„Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste”

GrzegorzStrumyk„Re _ le rutki”

LeszekSzaruga„Kanibale lubią ludzi”

WiesławSzymański„Skrawki”

MichałTabaczyński„Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane”

PawełTański„Glinna”, „Kreska”

MariaTowiańska-Michalska„Akrazja”, „Engram”, „Z Ameryką w tle”

AndrzejTurczyński„Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze”

MiłoszWaligórski„Długopis”

HenrykWaniek„Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)”

Sławomir Wernikowski„Passacaglia”

Leszek Żuliński „Suchełany”