W sierpniowy piątek Rahel Wunderlich idzie żwawym krokiem wzdłuż Pulsnitzer Straße w kierunku Martin-Luther-Platz. Przez całą drogę czuje się lekko, niemal beztrosko, z dziarskim zapałem wyprzedza większość przechodniów.
W gabinecie uporała się z papierkową robotą, podlała rośliny i zostawiła karteluszek z wytycznymi dla sprzątaczki. W ulubionej księgarni kupiła polecaną książkę, a także powieść Elizabeth Strout, która od dawna widniała na jej liście życzeń - wysoko ocenianą historię o matce i córce.
Peter powinien wrócić do domu za jakąś godzinę. Napisał do niej z winnicy w Radebeul, przesłał zdjęcia rozmaitych grauburgunderów i weißburgunderów, zapytując, czy zgadza się z jego wyborem. Poprosiła jeszcze o butelkę scheurebe, w odpowiedzi dostała tylko zwięzłe OK.
Na klatce schodowej opróżnia skrzynkę na listy i przegląda pocztę: reklama nowej pizzerii, rachunek od malarza, który niedawno wyremontował kuchnię, formalne pismo z urzędu miasta - mandat z fotoradaru sprzed kilku tygodni. Dziewięćdziesiąt euro plus dwadzieścia pięć euro opłaty, plus jeden punkt karny. Mogło być znacznie gorzej, bądź co bądź przejechała na czerwonym świetle.
Rahel wchodzi po schodach na drugie piętro kamienicy, listy kładzie na komodzie w przedpokoju. Gdy zdejmuje buty, w jej pokoju dzwoni telefon. Przez chwilę się waha. Musi do toalety, ma jednak wrażenie, że w dźwięku dzwonka pobrzmiewa niecierpiąca zwłoki natarczywość.
Podczas rozmowy musi usiąść.
Mężczyzna ochrypłym głosem informuje ją, że położony w górach domek letniskowy, który zarezerwowała kilka miesięcy wcześniej, spłonął. Przez niemal sto lat należał do rodziny, a teraz został doszczętnie zniszczony.
Rahel nie okazuje współczucia. Kiedy mężczyzna udziela jej wskazówek na temat zwrotu kaucji i proponuje zastępcze lokum, ani przez chwilę nie myśli o stracie właścicieli, a jedynie o Peterze i jego minie, kiedy mu o tym powie.
- A zatem wynajmie pani mieszkanie we wsi? - pyta mężczyzna całkiem rzeczowym tonem.
- Nie - odpowiada Rahel. - Proszę o zwrot pieniędzy.
Szukała takiego miejsca od prawie dwóch miesięcy. Już na początku roku, gdy pojawiły się pierwsze doniesienia o wirusie, uzgodnili, że lato spędzą w kraju.
To była wprost wymarzona okazja: chata w Górnej Bawarii, w Alpach Ammergau, stojąca w całkowitym odosobnieniu na porośniętym łąką wzgórzu, ze studnią wyposażoną w ręczną pompę oraz kamienną misę, z jedynym dojściem wyboistą ścieżką wijącą się serpentynami przez las. Bez internetu, bez telewizji, bez jakichkolwiek rozpraszaczy.
Peter od tygodni studiował mapy i układał trasy wycieczek. Kupił drogie buty trekkingowe, plecak na jednodniowe wyprawy, koszulki i spodnie z szybkoschnącego i nieprzemakalnego materiału, pierwszorzędną kurtkę szwajcarskiej firmy oraz specjalne skarpety stabilizujące stopę. Rahel także zadbała o kompletny ekwipunek i prawie codziennie ćwiczyła, przygotowując się do pieszych wędrówek.
Mieli wyruszyć za trzy dni. Teraz, w pośpiechu, nie sposób znaleźć cokolwiek porównywalnego, nie w tym roku, nie w tych okolicznościach. Bez większych nadziei wpisuje swoje wymagania na portalu oferującym wynajem wakacyjnych mieszkań. Zero wyników. Próbuje na innym - z podobnym skutkiem.
Następnie otwiera internetową wizytówkę górskiej chaty. Przeklikuje zdjęcia, ogląda pelargonie w skrzynkach na balkonie oraz niewielką werandę z widokiem na przeciwległy masyw górski, na koniec podziwia dom ukazany z innej perspektywy. Wraca do kamiennej misy oraz kolorowych kwiatów na łące - i nagle widzi buchający na zboczu góry ogień. Dostrzega umykające w popłochu zwierzęta oraz słup dymu wznoszący się ku rozgwieżdżonemu nocnemu niebu, a pośrodku siebie i Petera - jak na stosie pogrzebowym.
Gdyby spotkało ich to dziesięć lat wcześniej, pokiwaliby tylko głowami. Kto wie, co to oznacza - powiedziałby pewnie Peter i zacząłby ją pocieszać. Ale zatracił gdzieś swoje opanowanie. Jego poczucie humoru coraz częściej przeradza się w cynizm, a ich ożywione rozmowy zastąpiła dystyngowana serdeczność. Na domiar złego - i to jest najgorsze - przestał z nią sypiać.
Od rozmowy telefonicznej upłynęło pół godziny. Rahel stoi boso przy oknie swojego pokoju, unosząc się i opadając na palcach nóg. Czarne, przetykane siwizną włosy nosi spięte. Życie za oknem, głosy młodych ludzi przesiadujących na ławkach przed kościołem docierają do niej jakby z oddali. Rozczarowanie uczyniło ją bezsilną.
Kiedy ponownie dzwoni telefon, zamiera w bezruchu. Z zamkniętymi oczami czeka, aż dzwonek ucichnie.
Ale nie cichnie.
Spogląda na ekran: to Ruth. Rahel mimowolnie ściąga ramiona, odchrząkuje, sprawdza w wiszącym obok biurka lustrze wyraz swojej twarzy i podnosi słuchawkę.
Już przy powitaniu słyszy pobrzmiewającą w głosie Ruth zmianę - brak jej żywiołowej pewności siebie. Mimo to Ruth od razu przechodzi do sedna: przed kilkoma dniami Viktor miał wylew. Wiele się działo, dlatego dzwoni dopiero teraz. Przez sześć tygodni będzie przebywał w klinice rehabilitacyjnej w Ahrenshoopie. Niespodziewanie zwolniło się tam miejsce. Chce się nim opiekować, znalazła już kwaterę u ich wspólnej przyjaciółki Frauke, mieszkającej w Ahrenshoopie malarki. Szuka kogoś, kto zatroszczyłby się o dom i zwierzęta w Dorotheenfelde. Nie zwykła chodzić po prośbie, ale...
Przerywa, po chwili znów zaczyna mówić. Czy Rahel i Peter mogliby zająć się domem przez pierwsze dwa tygodnie? Byliby z Viktorem niezmiernie wdzięczni.
Rahel omal nie odmawia. Nie, niestety to niemożliwe. Wyjeżdżamy w góry. Potem jednak przypomina sobie o pożarze.
- Tak, oczywiście, bardzo chętnie - odpowiada. - Jeśli chcesz, zostaniemy na całe trzy tygodnie.
***
Peter milczy. Potrząsa głową, bezradnie unosi ręce.
- To chyba jakiś żart! - mówi w końcu. - Jakie jest prawdopodobieństwo zarezerwowania akurat tej wakacyjnej kwatery, która tuż przed przyjazdem spłonie?
Ze spuszczoną głową człapie do swojego pokoju. Dawniej pokój ten należał do Selmy. Gdy się wyprowadziła, przejął go Simon, a gdy i on opuścił rodzinne gniazdo, zajął go Peter. Dawny pokój Simona służy za gościnny, poprzedni gabinet Petera należy teraz do Rahel. Mieszkanie przemeblowali zaraz po wyprowadzce Simona. Przez pewien czas szukali mniejszego lokum, ale wszystkie mieszkania, które brali pod uwagę, mimo skromniejszego metrażu okazały się droższe, i to w gorszej lokalizacji. Äußere Neustadt graniczy tu z Radeberger Vorstadt, na nadłabskie łąki można się dostać równie szybko jak na drezdeńskie wrzosowisko. A z tego rezygnować nie chcieli.
Na razie odetchnęła z ulgą. Nadal nie wie, jak go przekonać do wyjazdu do Dorotheenfelde. Podchodzi do okna, wychyla się nieznacznie, spogląda w dół na przechodniów - i nagle słyszy za plecami głos Petera.
- I co teraz? - pyta. Siada na granatowym szezlongu, niedawno kupionym przez Rahel.
Zwleka z odpowiedzią, w końcu górę bierze jej pragmatyzm.
- Jedziemy do Uckermarku, do Dorotheenfelde, już jutro.
Uśmiech znika z jej twarzy, wzrok Rahel nie wytrzymuje spojrzenia męża. Lustrując pomalowane paznokcie u stóp, relacjonuje mu telefoniczną rozmowę z Ruth. Peter wydaje odgłos, jakby się zachłysnął.
- Nie pytając mnie o zdanie... - Urywa, po czym wstaje. - A więc do tego już doszło.
Jej stopy jakby zrosły się z podłogą, język przywarł do podniebienia. Peter wychodzi z pokoju z miną człowieka pokonanego.
Rahel siada na szezlongu, dokładnie w tym samym miejscu, które zajmował Peter. Potem się wyciąga, zakrywa oczy ramieniem. Spogląda w głąb siebie i od razu zaczyna żałować, że to zrobiła.
Kiedy na chybił trafił wyjmuje z szafy ubrania i wrzuca je do walizki, myśli o Ruth. Wciąż ma przed oczami jej twarz. Z biegiem lat drobne zmiany zatarły symetrię jej rysów, lecz mimo to Ruth zawsze wygląda nieskazitelnie. Szczególnie w kiepskie dni jej perfekcyjna aparycja jest zbroją przeciwko bezczelności świata. Od dawien dawna jej postawa miała wpływ także na Rahel. W obecności Ruth nigdy sobie nie folgowała, nie ubierała się niedbale ani nie poruszała niezdarnie. Tę bezwzględną dyscyplinę Ruth przyswoiła sobie podczas lat spędzonych w szkole Palucca. Razem z matką Rahel, Edith, rozpoczęły naukę tańca klasycznego w tym samym dziecięcym jeszcze wieku. Edith zarzuciła ją po trzech latach, Ruth została. Przyjaźń dziewczynek nie zatraciła się nawet u progu dorosłości.
Więź łącząca Rahel z Viktorem i Ruth pozostaje niezachwiana i trwa równie długo jak jej własne życie. To u nich w Dorotheenfelde znalazła ukojenie. Burzliwa egzystencja Edith, która dzieciństwo Rahel i jej siostry Tamary naznaczyła zmieniającymi się ojczymami oraz ustawicznymi przeprowadzkami po całym Dreźnie i jego rozmaitych szkołach, przypominała sztorm na pełnym morzu. I chociaż także Dorotheenfelde nie okazało się trwałą przystanią, to przynajmniej oferowało chwile uzdrawiającego wytchnienia.
Podczas dni spędzonych w Dorotheenfelde Edith i Ruth były nierozłączne. Mimo wszelkich dzielących je różnic związała je bliska zażyłość, a kiedy przed kilkoma laty rak zaatakował ciało Edith po raz trzeci i ostatni, Ruth przyjechała i została. Do samego końca.
***
Nie zatrzymują się ani na chwilę. Według wskazań nawigacji podróż miała zająć trzy godziny i trzynaście minut. Peter uznał, że wyliczenie jest poprawne.
Po drodze Rahel dzwoni do dzieci i przełącza telefon w tryb głośnomówiący. Selma trzyma na rękach marudzącego Maxa. Kwilenie chłopca zagłusza jej głos.
- Strasznie mi przykro, mamo, że musicie spędzić urlop w innym miejscu! - krzyczy do telefonu. - Jeśli dziś koło północy znajdę minutę dla siebie, będę wam współczuć. - Po czym się rozłącza.
Peter natychmiast łagodzi ton.
- Daj jej spokój! Ma na głowie dwójkę maluchów.
- Ma męża, który zrobiłby dla niej wszystko.
- Czyżbyś była zazdrosna?
Rahel postanawia nie odpowiadać i wybiera numer Simona.
- Założysz się, że nie odbierze? - Peter się uśmiecha. To jego pierwszy uśmiech od wielu dni i choć powód wydaje się niestosowny, Rahel czuje w sercu ulgę. Po trzynastym sygnale się rozłącza.
- Po co mu w ogóle telefon? - prycha.
- Pewnie wędruje po górach.
Rahel przytakuje i chowa aparat do torebki.
Tuż za tablicą graniczną wioski skręcają w prawo. Znak wjazdu w ślepą uliczkę jest wyblakły i przekrzywiony. Zanim Viktor musiał na dobre oddać prawo jazdy, kilka razy o niego zawadził. Trzęsą się na wybojach wyłożonej płytami drogi, pośrodku której pleni się trawa. Kiedy nawierzchnia z płyt się kończy, po żwirze i piasku wjeżdżają na łagodne wzniesienie.
Ruth stoi na podjeździe. Wysoka, wyprostowana, w sukience z głębokim dekoltem, podkreślającym jej imponujący biust. Ani śladu zniedołężnienia, choć ma już prawie siedemdziesiąt lat. Rahel wysiada i rusza w jej stronę, podczas gdy Peter parkuje samochód na podwórku.
Do głównego budynku przylegają z lewej strony stajnie, z prawej zaś sporej wielkości stodoła. Po wojnie pomieszkiwali tu uchodźcy, następnie w majątku mieściła się siedziba miejscowej administracji rolniczej spółdzielni produkcyjnej, potem stary dom zarządcy - z piecami i wychodkiem - zajęli Viktor i Ruth wraz z dwiema innymi rodzinami. Pierwsza rodzina wyprowadziła się na początku lat siedemdziesiątych, z początkiem osiemdziesiątych druga.
Po upadku komunizmu Viktor i Ruth zakupili na poły zrujnowane gospodarstwo i przez wiele lat odnawiali je kawałek po kawałku. Teraz znów zaczyna podupadać.
Ruth unika uścisków.
- Cała jestem spocona - tłumaczy i odchodzi, by przywitać się z Peterem.
Na ogrodowym stole stoją karafka z wodą, przykryty moskitierą talerz z ciastem oraz termos z kawą. Przy poczęstunku Ruth zaczyna opowiadać o Viktorze. Rahel zastanawia się, czy pewnego dnia będzie mówić o Peterze w równie czuły sposób. W słowach Ruth pobrzmiewa ton głębokiego przywiązania. Rahel wyczuwa na sobie spojrzenie Petera.
Wypiwszy kawę, wyjmują z samochodu bagaże i wchodzą za Ruth po schodach. Na pierwszym piętrze wskazuje im pokój po prawej na końcu korytarza.
- Najlepsze miejsce do spania macie w pokoju od północnego wschodu. Panuje tam przyjemny chłód. Albo... - pokazuje w przeciwnym kierunku - zajmijcie tamten pokój. Południowy zachód, pomiędzy drzewami lśni tafla jeziora. Ale po co ja to mówię, przecież doskonale znacie to miejsce.
Potem odwraca się i zbiega na dół. Nie patrząc na siebie, rozchodzą się - Peter na północny wschód, Rahel na południowy zachód. Cicho zamykają za sobą drzwi.
Później Ruth wydaje im instrukcje. Samo podlewanie roślin zajmuje niemal godzinę, mają korzystać z rozstawionych wokół domu pojemników gromadzących deszczówkę.
Pracownia Viktora mieści się w przedniej części stodoły, ale do niej nie wchodzą. W ostatnich latach, wyjaśnia Ruth, jego prace stały się skromniejsze. Osłabł fizycznie, choć zachował kunszt i siłę wyobraźni.
Największy problem stanowią zwierzęta. Ani Peter, ani Rahel nigdy nie mieli z nimi do czynienia. A teraz powierzono im los konia, kilku kotów, kilkunastu kur i niezdolnego do lotu bociana białego.
Obchodzą całe podwórko. Jedno okno w stodole powinno być stale otwarte, by jaskółki mogły bez przeszkód wlatywać do środka. Za stodołą, na wybiegu dla kur, jabłonie wydają obfite owoce. Ogrodzenie z drucianej siatki tu i ówdzie załatano. W każdym zakamarku czeka ich sporo pracy. Liczne różane krzewy przy ścianie stodoły od dawna nie były przycinane, pnąca się pod daszkiem winorośl usycha. W trakcie obchodu Rahel naliczyła trzy wybite okna, wszędzie też ścielą się zeszłoroczne liście i suche gałęzie.
Ruth udaje, że wszystko jest w najlepszym porządku.
Nagle, krzywiąc się, spogląda w niebo.
- Już prawie siódma. Czas na kolację.
Jedzą na podwórku przy pięknie nakrytym stole, zapadający mrok zamazuje oznaki rozkładu. Jest solanka, chleb, czerwone wino i woda.
- Pysznościowo! - wyrzuca z siebie Peter w przypływie błogiego zadowolenia.
Ruth wybucha donośnym śmiechem, którym zaraża również Rahel. Obie powtarzają chóralnie Pysznościowo!, w głowie Rahel odżywają wspomnienia.
Nie tak dawno, przed dwoma bodaj laty, razem z Viktorem, Ruth i Simonem zasiedli do wesołej kolacji, były solanka, chleb i wino. Simon nie pił alkoholu, zagadnięty przez Viktora wyjaśnił swoje powody, które Rahel i Peter już znali. Po studiach sportowych na Uniwersytecie Bundeswehry ich syn chciał zdawać egzamin na przewodnika górskiego. Przygotowania zajęły mu około dwóch, trzech lat. Trening wspinaczkowy oraz jazda na nartach na najwyższym poziomie w niedostępnym wysokogórskim terenie w najtrudniejszych warunkach pogodowych były równie istotne jak wytrzymałość i odporność psychiczna. Simon zaczął od alkoholowej abstynencji. Już sama decyzja o karierze oficerskiej przeraziła Rahel. Wizja syna jako dowódcy oddziału górskiego była dla niej kolejnym szokiem. Jego zapewnienia, że jest to raczej wyzwanie natury sportowej, wcale jej nie uspokoiły. Tamtego popołudnia Viktor miał podobne wątpliwości.
- I w razie potrzeby będziesz nadstawiał karku za ten kraj! - zawołał skonsternowany. - Nikt ci za to nawet nie podziękuje.
Czasami Ruth przyprawia ją o dreszcze. Jakby czytała w jej myślach, nagle pyta o Simona.
- Nadal w Monachium, na Uniwersytecie Bundeswehry - wyjaśnia Peter.
- Nawet do mnie nie oddzwonił, nasz kandydat na oficera - mruczy Rahel, zerkając z niepokojem na ekran telefonu. Następnie otwiera folder ze zdjęciami, z których większość ukazuje jej dzieci albo wnuki, jednak komentarze Ruth ograniczają się do grzecznościowych półsłówek. W stosownej chwili rzuca niskim głosem Ach tak, Jak ładnie i Aha, lecz jej wzrok wciąż błądzi, a śmiech nie brzmi autentycznie. Ziewa, zasłaniając usta dłonią, i oznajmia, że chce wyruszyć z samego rana.
- Nie musicie tak wcześnie wstawać. Pożegnamy się teraz, tak będzie lepiej - mówi z typową dla siebie stanowczością.
Poniedziałek
Rahel wstaje krótko przed ósmą. Musiała wyłączyć budzik, ale tego nie pamięta. Długo nie pospała. Dopiero około pierwszej w nocy Simon jej odpisał.
Hej, Mamo, naprawdę mi przykro, że Bawaria nie wypaliła. Na pewno bym wpadł i pokazał Wam kilka fajnych tras. Cóż, może innym razem! U mnie wszystko dobrze. Obecnie trenuję w górach Karwendel. Pozdrów wszystkich ode mnie!
Simon
Na razie odetchnęła z ulgą, choć oczywiście wiedziała, że ryzyko zawsze będzie mu towarzyszyć. Nocne demony strachu wciąż podsuwały jej obraz jego pogruchotanego ciała.
Co pewien czas zjawiają się w jej gabinecie. Matka, której jedyne dziecko zostało potrącone przy przechodzeniu przez jezdnię, albo ojciec, który widział, jak jego córka tonie w odmętach Bałtyku. Siedzą przed nią jak zgaszone światła, zbyt bezradni, by żyć, zbyt bezsilni, by się zabić.
Rahel wstaje, człapie do łazienki i wyjmuje z ust szynę relaksacyjną. Ona także przemieniłaby się w jedno z tych zagasłych istnień, gdyby któreś z jej dzieci umarło. Otrząsa się z tej myśli, czyści szynę, wkłada ją do plastikowego pudełka i pije wodę z kranu. Potem wraca do pokoju, zamienia koszulę nocną na czarną lnianą sukienkę i wygląda przez okno. Jakaś postać znika w lesie od strony jeziora. Rahel sięga po leżące na nocnej szafce okulary i ponownie patrzy w dal. Człowiek zniknął, tylko bocian z opuszczoną głową przechadza się za domem.
- Węże, myszy, krety. Oczywiście żywe. - Ruth z kamienną twarzą wyjaśniła im nawyki żywieniowe bociana. Gdy już nacieszyła się ich osłupiałymi minami, na jej twarzy zagościł uśmiech. - Możecie też wziąć rybki z lodówki. Albo kurczęta i myszy z zamrażarki. A jeśli znów będzie padać, zbierajcie ślimaki z łubinów i funkii - bocian wam za to podziękuje.
Ptak nie ma imienia.
Rahel idzie boso długim korytarzem do pokoju Petera. Puka do drzwi, czeka, ponownie puka, wchodzi. Okna są otwarte na oścież, wróble awanturują się w krzewie czarnego bzu, którego gałęzie niemal sięgają do wnętrza pokoju, łóżko jest puste, koc starannie złożony. Siada na brzegu i wsuwa rękę pod posłanie, by poczuć jego ciepło. Jednak prześcieradło jest gładkie i chłodne w dotyku.
Na biurku widnieje stos książek, które Peter zamierza przeczytać: Propaganda Steffena Kopetzky'ego, pierwszy tom Im alten Reich. Lebensbilder deutscher Städte Ricardy Huch, zbiór esejów Montaigne'a, Sämtliche Gedichte Tomasa Tranströmera, Freibeuterschriften Piera Paola Pasoliniego oraz Der Waldgang Ernsta Jüngera.
Na środku blatu, na nowym zeszycie, leży świeżo zatemperowany ołówek, za nim okulary i paczka chusteczek. Z jakiegoś powodu ta staranna aranżacja wyzwala w niej głębokie emocje. Wychodzi z pokoju, nie pozostawiając po sobie śladu, i zbiega po schodach.
Nieco bezradna wchodzi do kuchni. Ile by teraz dała za cappuccino z własnego ekspresu, z kremową mleczną pianką i szczyptą brązowego cukru. Krąży dokoła, otwiera kolejne szafki i powoli zaczyna rozumieć porządek kryjący się za pozornym chaosem kuchni Ruth. Nie ma ekspresu do kawy, jest tylko zaparzacz. Ruth i Viktor są miłośnikami zielonej herbaty. Po przyjeździe Peter z zadowoleniem zauważył duży wybór dzbanków, herbat i miseczek.
Gorącą wodą płucze zaparzacz, w czarnej puszce znajduje mieloną kawę. Wącha, wydaje się świeża. Słyszy trzask zamka w drzwiach wejściowych, zaraz potem odgłos kroków Petera w sieni. Staje w progu i w dobrym nastroju opowiada o kąpieli w jeziorze.
- Ach, to ty byłeś tym człowiekiem w lesie.
Przytakuje.
- Pływałem całkiem sam w tym ogromnym jeziorze.
- Zaparzyć ci herbatę? - pyta, kładąc dłoń na jego ramieniu.
- Nie, sam to zrobię.
Peter z entuzjazmem odkrywa, że czajnik jest wyposażony w regulację temperatury, dzięki czemu herbatę można parzyć w temperaturze siedemdziesięciu stopni, Rahel natomiast gotuje owsiankę. Przy okazji dzielą się obowiązkami. Peter, który nigdy nie darzył zwierząt szczególną sympatią, a słysząc prośby i błagania dzieci o domowego zwierzaka, zawsze reagował stanowczą odmową, ku jej zaskoczeniu oznajmia:
- Zajmę się trzódką.
Ucieszyło to Rahel. Woli pielęgnować ogród.
Peter śpiesznie wstaje od stołu. Rahel patrzy, jak podąża w stronę stajni, skąd wkrótce wraca, trzymając za uzdę konia.
To dwudziestotrzyletnia kasztanka o imieniu Baila. Od pięciu lat żyje tu na łaskawym chlebie po kontuzji, która zmusiła ją do wycofania się z zawodów hipicznych. Drepcze za Peterem i nie wygląda na zadowoloną z wyjścia na padok. Co chwila przystaje, kładzie uszy i wbija kopyta w ziemię. Szarpanie za uzdę ani namawianie nie przynoszą efektu. Nagle Peter chwyta za wodze, skręca je w bicz i uderza upartą Bailę w zad, a wtedy klacz rusza potulnie naprzód.
Chwilę później obserwuje Petera przy karmieniu bociana. Ptak dostaje rybę w plastikowej misce, łapczywie się nią objada. Ruth przed wyjazdem wypuściła kury i je nakarmiła, również koty wydają się syte i zadowolone. Wylegują się w słońcu, wałęsają po podwórku albo wślizgują przez klapkę do domu i znikają w piwnicy.
Rahel zostawia naczynia i wychodzi z kuchni. Bierze konewkę, ale zbiorniki na deszczówkę są puste. Także w tych okolicach letnie miesiące są coraz gorętsze, suchsze i bardziej zapylone. W lasach obumierają świerki i buki, już w sierpniu widać pierwsze oznaki jesieni. Odkręca kurek obok drzwi wejściowych, rozwija umocowany do niego wąż i zaczyna podlewać te rośliny, które jej zdaniem mają największe szanse na przetrwanie. Ogrodowe hibiskusy, malwy, rododendrony, rozmaite hortensje, nagietki i funkie chylą się ku ziemi, lecz po chwili zaczynają się prostować. Tylko lawenda wspaniale się pleni, tworząc cudownie pachnące wyspy. Pozostaje zagadką, w jaki sposób niemal siedemdziesięcioletnia Ruth oraz jej starszy o dziesięć lat mąż radzą sobie z prowadzeniem domu i gospodarstwa, trudno też sobie wyobrazić, co się stanie, jeśli Viktor nie wróci do zdrowia.
Peter jest zajęty aż do obiadu. Rahel rozłożyła na stole zawartość pojemnika z warzywami, wyrzuciła zgniłe sztuki, a z reszty postanowiła ugotować zupę. Chleba jest jeszcze pod dostatkiem. Nakrywa stół przed domem, rozkłada parasol, nalewa wody do glinianej chłodziarki na wino, aż się zabarwi na ciemno, po czym z przywiezionych win wybiera weißburgunder.
W lodówce znajduje jeszcze dwa serdelki jagnięce, z westchnieniem zostawia oba Peterowi. Od jakiegoś czasu je mniej, by zachować figurę.
Podczas obiadu Peter oznajmia, że po południu zamierza zabrać Bailę na długi spacer. Ruth poleciła mu wyprowadzać klacz na co najmniej godzinę dziennie. Nie patrzy przy tym na Rahel, nie pyta też, czy chciałaby mu towarzyszyć.
Podczas uprzątania naczyń kieliszek wypada mu z rąk. Rozbija się na kamieniach przed drzwiami. Peter zastyga w bezruchu, jego wzrok pada na rozsypane odłamki szkła. Przez kilka sekund patrzy przed siebie, spojrzenie to powstrzymuje ją przed udzieleniem mu pomocy. Rahel się odwraca. Promień słońca oświetla jej twarz, zamyka oczy. Kiedy ponownie je otwiera, Peter kuca, zamiatając szklane okruchy.
Peter wyrusza razem z Bailą, Rahel wałęsa się po domu. Stoi tu od ponad stu pięćdziesięciu lat, niczym organizm rządzący się własnymi prawami przyjmuje wciąż nowych ludzi, otula ich, wchłania, przenika, działa najpierw w nich, a w końcu i przez nich.
W jasnym drewnie podłóg widnieją głębokie rysy, terakota w kuchni jest po części spękana, po części wyszczerbiona, brakuje pustych powierzchni. Wszystko, co poziome, jest zastawione - na każdym parapecie, każdej komodzie, każdym stole piętrzą się stosy artykułów prasowych, katalogów wystawowych, książek, zdjęć, płyt CD, notatek, szkiców oraz całe legiony rzeźbionych figurek dla dzieci, których Ruth nigdy nie urodziła.
Rahel rozpoznaje te, które Viktor wykonał ongiś dla niej. Jedną z nich - elfa - zabiera z sobą.
Kiedy w korytarzu dzwoni telefon, waha się. Ruth nie zostawiła żadnych instrukcji dotyczących ewentualnych rozmów telefonicznych. Aparat jest nowy. Obok leży instrukcja obsługi oraz paragon. Odbiera, zanim włączy się automatyczna sekretarka.
- Witaj Rahel - mówi Ruth. - Dotarłam bezpiecznie do Viktora, przesyła ci serdeczne pozdrowienia. Powtarzał mi to trzy razy, widocznie to dla niego bardzo ważne.
- Dziękuję! Jak on się czuje?
- Zważywszy na okoliczności... Słuchaj, przepraszam, ale muszę kończyć, bo za chwilę przyjdzie lekarz, by ustalić plan terapii. Powiedz tylko, jak się mają zwierzęta?
- Dobrze! Bardzo dobrze! Nie martw się, nad wszystkim panujemy.
- Cieszę się. Zadzwonię ponownie. Żegnaj, moja droga, i pozdrów Petera.
- Oczywiście.
Kiedy Ruth odłożyła słuchawkę, Rahel przypomina sobie wszystkie pytania, które powinna była zadać.
Gdzie jest odkurzacz? Kiedy wywożą śmieci? Czy mam ci przesyłać pocztę?
Zastyga na chwilę przed aparatem, po czym wkłada elfa do kieszeni sukienki, wychodzi z domu, przemierza podwórko i otwiera drzwi do pracowni Viktora.
Daleko w głębi pomieszczenia, gdzie nie dociera światło słoneczne, stoi na postumencie rzeźba naturalnej wielkości. Naga kobieta, nogi lekko rozstawione, górna część ciała oraz ramiona wygięte do tyłu. Poza tancerki albo wyraz potwornego bólu. Rahel podchodzi bliżej. Widok ją zaskakuje: między nogami, tuż poniżej łona, duży pająk utkał swoją sieć. Z odrazą i zarazem fascynacją Rahel obserwuje czmychające zwierzę.
Przysuwa sobie krzesło, by przyjrzeć się wyrzeźbionej twarzy. Bez wątpienia to Ruth. Nie ta dzisiejsza, ale Ruth młodzieńcza, Ruth przed ślubem, tancerka, muza artysty Viktora Kolbego.
Na ścianie po prawej stronie wiszą starannie ułożone dłuta. Jest ich bodaj setka. Na stole warsztatowym stoi otwarta skrzynka z rzeźbiarskimi nożami, a obok kilka zaczętych prac, prawie wszystkie o charakterze religijnym. Leży też książka Opowieści pielgrzyma. Jedna z kartek jest zapisana zamaszystym pismem Viktora: Módlcie się bez ustanku! oraz: Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną.
Zaskoczona, przerzuca kilka kart księgi pielgrzyma. O ile jej wiadomo, Viktor nie jest wierzący.
Odkłada ją na miejsce i wychodzi z pracowni w dziwnie ponurym nastroju.
Bierze z pokoju ręcznik, zarzuca go na ramiona i rusza w stronę jeziora. Głosy nastolatków dochodzą z kąpieliska na przeciwległym brzegu, po tej stronie jest sama. Zawsze kąpie się nago. Chłodna, czysta woda otula jej ciało, uwielbia ów moment zanurzenia, kiedy ziemskie odgłosy nikną i spowija ją grobowa cisza.
W drodze powrotnej próbuje sobie wyobrazić, co robiliby teraz w Bawarii. Nic jednak nie przychodzi jej do głowy.
Peter siedzi na podwórku na zacienionej ławce. Kapelusz nasunął na twarz, skrzyżował ramiona, chyba drzemał. Kiedy podeszła, podniósł głowę.
Siedzą obok siebie, nie dotykając się. Swoją opowieścią o spacerze z Bailą Peter rozśmiesza Rahel. Z początku klacz udawała, że kuleje. Raz za razem przystawała, zarzucała łbem albo próbowała skubać trawę przy ścieżce. W drodze powrotnej natomiast nagle zaczęła biec kłusem, i Peter z trudem dotrzymywał jej kroku.
Akurat w chwili, gdy Rahel chce mu opowiedzieć o znalezisku w pracowni, wstaje i oznajmia:
- Położę się na chwilę.
- Dobrze - odpowiada, nie to mając na myśli.
***
Przed kolacją Rahel nadziewa goździkami dwie połówki cytryny i kładzie je na stole, by pozbyć się os. W lodówce znajduje resztki szynki wołowej, nieco koziego sera oraz kilka oliwek. Nazajutrz muszą pojechać na zakupy.
Ma ochotę na czerwone wino, ale perspektywa kiepskiego snu niweczy jej zachciankę.
Wynosi tacę z naczyniami, nakrywa do stołu, dostrzega wychodzącego z domu Petera. Niesie trzy duże puszki kociej karmy i rozdziela ją do kilku misek. Potem siada na ziemi w odległości kilku metrów i obserwuje posilającą się gromadkę. Mały kot o czerwonobrunatnym futerku i pozbawiony jednego ucha bezskutecznie próbuje dopchać się do jedzenia. Peter odpędza pozostałe, sięga po jedną z misek, chwyta rudzielca i odchodzi z nim na bok, by mały pod jego czujnym okiem mógł się bez przeszkód najeść.
- Podważasz społeczną hierarchię! - woła do niego Rahel. On przytakuje i wygląda na zadowolonego.
Po posiłku odsuwa swój talerz na środek stołu, pociąga spory łyk piwa, odstawia butelkę, prostuje nogi, a ręce krzyżuje za głową - pozę tę Rahel widziała już u wielu mężczyzn, ale jeszcze nigdy u Petera.
- Właściwie to dobrze, że Bawaria nie wypaliła, nie sądzisz? - zauważa.
Chociaż podobna myśl jej także zaświtała w głowie, odpowiada:
- Nie. Nie widzę w tym nic dobrego.
Patrzy na nią z powagą w oczach. Potem prostuje się, łapczywie dopija piwo i zabiera się do sprzątania naczyń.
Rahel pozostaje na dworze, póki jej wzrok nie przywyknie do ciemności. Rozświetlający podwórko blask księżyca pozwala dostrzec kontury przedmiotów oraz liczne przemykające nietoperze. Dziś i przez najbliższe kilka dni potrwa maksimum roju Perseidów. Jakże chciałaby popatrzeć z Peterem w niebo, a później, być może, pójść z nim do łóżka.
Jego odmowa jest dla niej udręką.
Jeszcze przed wydarzeniami na uniwersytecie Rahel stała się wyczulona. Chodziło o sposób, w jaki uprawiali seks, oraz fakt, że inicjatywa niemal zawsze wychodziła od niej. Znała symptomy. Pacjenci wielokrotnie opowiadali jej o tym, jak zatracili gdzieś swoją seksualność. Miłość przeradzała się w przyjaźń, nierzadko bezpowrotnie.
Zdarzało się, że Peter zaraz po osiągnięciu orgazmu zaczynał roztrząsać temat, który akurat zaprzątał mu głowę. Znów patrzył na nią z osobliwą łagodnością w oczach. Pod wpływem wyzutych z pożądania spojrzeń jej ciało wiotczało. Kiedy pojawiły się u niej pierwsze oznaki klimakterium, wręcz podręcznikowo wpadała w wir zmiennych nastrojów. Bywało, że przepełniona żądzą wydzwaniała na uczelnię i wabiła Petera do domu. W inne dni jego dotyk stawał się dla niej nie do zniesienia. Nierzadko pragnęła go po kilka razy dziennie, a kiedy umykał przed jej pożądaniem, z niepokojem wypytywała go o romans.
- Na litość boską, Rahel! Po pierwsze, nie uważam, by natarczywość, z jaką zwierzyna pcha się pod lufę karabinu, była nader podniecająca, a po drugie, istnieją ludzie, dla których seks nie ma aż tak istotnego znaczenia!
Mocne słowa. Dąsała się przez kilka tygodni, rozważała nawet przyjmowanie preparatu hormonalnego, który złagodziłby gwałtowną huśtawkę emocji. W głębi serca przyznała jednak, że chce to wszystko poczuć. Łzy napływające znikąd, zmęczenie i oblewające ją fale potu, euforię zwykłego życia oraz pragnienie seksu z własnym mężem.
Czasem nie pożądała własnego męża, ale jakiegokolwiek mężczyzny.
Wtorek
Wnosząc z pozycji słońca, musi być późne przedpołudnie. Znowu za długo spała, ma wrażenie, jakby skradziono jej kawałek życia.
Wkłada wczorajszą, czarną lnianą sukienkę, podejrzewając, że będzie ją nosić przez kilka następnych dni. Elf wypada przy tym z kieszeni i ląduje na podłodze. Odłamuje się jedno ze skrzydeł. Ostrożnie kładzie je na nocnej szafce, obok stawia figurkę, myśli o Viktorze. Zainteresowanie, jakim darzył Rahel, było nader widoczne, jej siostrę Tamarę traktował raczej obojętnie. Zagadnięty o to przez Ruth, wyjaśnił krótko, że Tamara ma ojca, a Rahel nie.
W kuchni stoi zimna herbata. Po Peterze ani śladu, akurat w tej chwili czuje z tego powodu ulgę. Parzy kawę, smaruje połowę bułki dżemem, je na stojąco. Bez szczególnego powodu znów ciągnie ją do pracowni Viktora. Z pełną filiżanką kawy w dłoni przechodzi w poprzek podwórko i kieruje się prosto do stołu, na którym leży książka. Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną. Kilkakrotnie powtarza modlitwę, za każdym razem inaczej rozkłada akcenty, aż w końcu odnajduje rytm. Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną, Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną, Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną, Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną, Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną.
Nic się nie dzieje.
Obok stołu znajduje się szafka na grafiki. W górnej szufladzie leżą rysunki węglem z wizerunkami zwierząt, zwłaszcza koni i kotów. W drugiej Rahel odkrywa rozmaite ołówki, kartonowe pudełko z kredkami, szkicowniki, paczkę tytoniu z filtrem i bibułką, świece i zapalniczki. Tytoń wciąż jest wilgotny, nie może być stary. Czy Ruth o tym wie?
Otwiera kolejną szufladę: kilka rysunków kobiecego torsu w różnych pozach. Przegląda je po kolei. Większość to pobieżne szkice, tylko nieliczne wydają się dopracowane. Ostatni przedstawia także głowę i twarz: to Edith, matka Rahel.
Obok niego kolejny stos kartek. Widać na nich dziecko, to ona.
Przez kilka minut wpatruje się w rysunki. Zawartość tej szuflady nie była przeznaczona dla niczyich oczu. Czuje się jak złodziejka, a zarazem jak osoba, której odebrano jej własność.
Drżącymi dłońmi wyjmuje tytoń z drugiej przegródki. Bierze z paczki bibułkę i skręca swojego pierwszego od ponad dwudziestu lat papierosa. Zanim jednak zdąży go zapalić, słyszy stukot kopyt o bruk podwórka. Zerka przez okno i dostrzega Bailę. Klacz przystaje, prawym przednim kopytem uderza kilka razy w ziemię i prycha. Wodze zwisają swobodnie, nie widać Petera. Rahel odkłada papierosa i w pośpiechu wychodzi na dwór.
Jakieś pięć minut później zjawia się Peter. Człapie, kręcąc z rozbawieniem głową.
- Musiałem zasznurować but, wtedy dała drapaka.
Chwyta za wodze i zaczyna pouczać Bailę.
Gdyby choć w połowie tak ze mną rozmawiał, myśli sobie Rahel, odprowadzając go wzrokiem w stronę padoku.
Po krótkiej kąpieli w jeziorze Rahel wraca do domu. Ma nadzieję, że zastanie Petera w pokoju. Głowę wciąż zaprząta jej odkrycie w pracowni, rodzące się pytania nie dają jej spokoju, a jedyna osoba, która może na nie odpowiedzieć, leży pod troskliwą opieką żony w klinice rehabilitacyjnej nad Bałtykiem.
Z Peterem chce jednak porozmawiać o czymś innym.
Upina włosy w lubiany przez niego sposób, wyciąga po bokach kilka luźnych kosmyków, nakłada na usta odrobinę szminki, maluje tuszem rzęsy i przez chwilę przygląda się sobie w lustrze. W dobre dni wcale nie widać, że ma czterdzieści dziewięć lat.
Każdy kolejny krok stawia ostrożniej. Stare deski podłogowe skrzypią, już ma zapukać, gdy słyszy:
- Wejdź.
Peter siedzi przy biurku przed otwartą książką, odwraca się w jej stronę i zdejmuje okulary.
- Peterze, co z nami?
Wskazuje na stojące obok łóżka krzesło.
- Usiądź.
Zimne kropelki potu spływają jej po plecach, uważnie przygląda się jego twarzy. Widzi, jak mocuje się z każdym słowem.
- Peterze, proszę!
- Zbiłaś mnie z tropu, Rahel. Nie chcę powiedzieć nic niewłaściwego, ja... Możemy porozmawiać później? Dziś po południu?
Z pełnym godności spokojem podnosi się i idzie ku drzwiom. Zdobywa się jeszcze na nikły uśmiech, po czym rusza długim korytarzem do swojego pokoju.
Od roku i czterech miesięcy Peter większość czasu spędza samotnie. Idzie mu całkiem dobrze. Czyta różne przekłady danego dzieła, ogląda filmy dokumentalne o zwierzętach, programy o postaciach historycznych albo relacje z podróży, urządza długie wycieczki rowerowe do poddrezdeńskich winnic, całe tygodnie poświęca starannie wybranym tematom, które analizuje z literackiego, artystycznego i naukowego punktu widzenia. Jego zamiłowanie do dokładności ociera się o pedanterię, krytyczny dystans przemienił w oderwanie od świata.
W tamten czwartek, w dniu, w którym zachwiała się jego krucha równowaga, wrócił do domu nieco wcześniej. Nie spodziewała się go o tej porze. Kiedy wyszła spod prysznica ubrana tylko w ręcznik, stał w korytarzu bez ruchu. Na poły nieobecne, na poły przerażone spojrzenie nie wróżyło nic dobrego, od razu stało się jasne, że wieczór potoczy się inaczej, niżby sobie tego życzyła. A była to rocznica ich ślubu. Dwudziesta ósma.
- Co się stało? - zapytała, nie mogąc ukryć lekkiej irytacji w głosie. Ostatnio nader często coś się działo, gdy wracał do domu. Niemal każdego dnia oburzał się, jak wielu studentów jest na bakier z ortografią i gramatyką, jak mało są oczytani i jak historycznie niezorientowani.
Słysząc te narzekania, Rahel przewracała tylko oczami. Jej pragmatyzm nie dopuszczał tak bezużytecznego buntu. Choć zdawała sobie sprawę, że ludzie pokroju Petera cierpią, to jednak jej cierpliwość miała swoje granice.
- Chodź, otworzę dla nas butelkę wina - przerwała jego milczenie.
Potrząsnął głową. W kuchni nalał sobie wody do szklanki i wypił.
- To już nie jest mój świat, Rahel - stwierdził, spoglądając przez okno.
Następne pół godziny spędziła przy kuchennym stole, z mokrymi włosami i zimnymi stopami. Z wyczerpującą dokładnością opowiedział jej o całym zdarzeniu. Słuchała go, siedząc na krześle z podkurczonymi nogami.
Na seminarium "Rola płci w literaturze dziewiętnastowiecznej" Peter podał obszerną listę lektur. Kilku uczestników zaprotestowało przeciwko jej objętości, uzasadniając swój sprzeciw tym, że wynikną z tego wyłącznie męskie i kobiece klisze. Binarne klasyfikacje, w które i tak nikt już nie wierzy. Wystarczyłoby przeczytać jedną z tych książek albo kilka fragmentów i już miałoby się rozeznanie. Peter argumentował, że opieranie się jedynie na fragmentach lub pojedynczych przykładach jest sprzeczne z wymogami kształcenia uniwersyteckiego. A nawet gdyby po całościowej lekturze okazało się, że przeważają tradycyjne stereotypy, to i tak pojawiłyby się pasjonujące kwestie. Można by zadać sobie pytanie, czy w banałach tkwi ziarno prawdy. Można by rozwinąć hipotezy i je przedyskutować. Wysunął tezę, że kobiety niejednokrotnie przywiązują w życiu wagę do innych wartości i celów niż mężczyźni. Na przykład samo dążenie do władzy jest im nierzadko odrażająco obce, to niezwykle sympatyczna różnica w stosunku do licznych męskich narcyzów na szczytach władzy. Wówczas niewielką grupę seminarzystów ogarnęło wzburzenie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył przez wszystkie lata nauczania.
Zwłaszcza jedna osoba głośno go zaatakowała: Olivia P.
Szczególnie perfidny z niego szowinista, ponieważ chwali kobiety za to, że nie są żądne władzy, zamiast zachęcać je do jej zdobycia. Peter niezwłocznie zareagował, zwracając się do niej per pani P., a wtedy usłyszał rzucone wściekle: Jestem osobą niebinarną! - Przez chwilę naprawdę zaniemówił, potem spojrzał na listę uczestników i zauważył, że widnieje na niej jako pani Olivia P. Olivia P. wybuchła. Czyżby wzbraniał się uznać, że nie przynależy do żadnej płci? Wcale nie, odparł, stwierdził tylko, że na seminarium jest zapisana jako kobieta... Reszta wyjaśnień utonęła wśród wrzasków i krzyków.
Peter opisał te wydarzenia w najdrobniejszych szczegółach.
- Dobry Boże! - przerwała mu w końcu Rahel. - Ależ z ciebie czasem... - Omal nie nazwała go upierdliwcem, ale w porę się opamiętała. - Kto wie, przez co ta biedaczyna przeszła. Nazywaj ją po prostu tak, jak tego chce!
Spojrzał na nią obcym wzrokiem. Na twarzy drgnął mu nerw. Potem wstał i zaszył się w swoim pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.
Od tej pory nastała między nimi cisza. Nie poznała dalszego ciągu. Dopiero kiedy pewnego ranka w jednym z dużych krajowych dzienników natknęła się na artykuł, zdała sobie sprawę z powagi sytuacji: "Wieczni obskuranci. Profesor germanistyki z TU Dresden odmawia osobie transpłciowej uznania jej niebinarnej tożsamości". Po czym następowało rozliczenie ze Wschodem. Niegdyś indoktrynowani, wciąż nie nauczyli się otwartego i wolnego myślenia. Ich deficyty doskonale widać na przykładzie profesora Wunderlicha i tak dalej, i tak dalej. Wszystkie te okropne brednie, których nie mogli już słuchać.
Odwołała poranne wizyty i pojechała na uczelnię.
Peter przebywał w swoim gabinecie. Odwrócił krzesło w stronę okna i patrzył na zewnątrz. Ręce oparł na podłokietnikach.
- Ach, to ty. - To było wszystko, co z siebie wydusił, gdy podeszła go uściskać.
W mediach społecznościowych Olivia P. rozpętała istną gównoburzę.
Z początku Peter zareagował niemal beznamiętnym niezrozumieniem. Nie dość, że się nie bronił, to nawet nie skomentował informacji krążących po Facebooku, Twitterze i podobnych portalach. Nie docenił jednak dynamiki wydarzeń. Wkrótce na korytarzach uczelni zawisły plakaty z jego podobizną oraz wyrwanymi z kontekstu wypowiedziami z jego wykładów i seminariów.
W rozmowie z panią dziekan oraz prodziekanem wydziału zarzucono mu nieudolne postępowanie z Olivią P. Jego uwagę, że przecież widniała na liście jako kobieta, uznano za niepotrzebną prowokację, protest zaś młodych ludzi za w pełni uprawniony w ramach demokracji. Wszyscy winni dążyć do języka wolnego od dyskryminacji. Peter powinien w przyszłości zachowywać się rozsądniej i pozwolić, by sprawa przycichła.
- Wiesz, co w całej tej historii jest najgorsze? - zapytał znużonym głosem i od razu podał odpowiedź: - Że wbiłaś mi nóż w plecy.
Rahel leży na łóżku w swoim pokoju. W pracowni czeka papieros, nadszedł odpowiedni moment, by go zapalić. Siada i prostuje plecy. Po drodze na dół przypomina sobie, że lodówka jest prawie pusta, do jutra nie starczy nawet chleba. Zawraca, ponownie puka do pokoju Petera, czeka na odpowiedź, po czym uchyla drzwi.
- Jadę na zakupy. Mam ci coś przywieźć?
- Nie. To znaczy... - odwraca się do niej - może kawałek wędzonej ryby. Pstrąg lub węgorz, albo cokolwiek innego.
Przytakuje. I cieszy się, że czegoś sobie zażyczył.
Powoli wyjeżdża z podwórka. Niecałe dwadzieścia metrów za domem jej wzrok przykuwa głaz narzutowy, który w dzieciństwie wydawał jej się gigantycznych rozmiarów. Viktor posadził ją kiedyś na jego szczycie i wyjaśnił, że około piętnastu tysięcy lat temu przyniósł go tu lodowiec - i po stopnieniu pozostawił w tym miejscu. I że jezioro również powstało z wód polodowcowych, a cały okoliczny krajobraz z jego łagodnymi wzgórzami jest owocem ostatniej epoki lodowcowej. Morena czołowa. Pojęcie, które usilnie próbowała zapamiętać. Za obrzydliwy uznała jednak fakt, że jezioro, w którym się kąpała, liczy piętnaście tysięcy lat.
- Do tak starej wody nie wejdę! - oznajmiła Ruth oraz własnej matce. Ich śmiech głęboko ją zranił.
Choć głaz nadal wygląda imponująco, to jednak nie emanuje już z niego magia - jak z żadnej rzeczy, którą można przyporządkować i zrozumieć.
Dojazd zajmuje jej około kwadransa. Wypełnia samochód po brzegi, by zapasów wystarczyło na długo. W drodze powrotnej zatrzymuje się u rybaka we wsi, kupuje wędzonego pstrąga i węgorza, prosi też o ochłapy dla bociana, które rybak oddaje jej za darmo. Pospiesznie wraca do domu.
Peter siedzi przy stole pod rozłożonym parasolem i rozmawia z bocianem. Co pewien czas ptak trzepocze bezużytecznymi skrzydłami, ale nie odchodzi ani na krok. Kiedy wyłącza silnik, obaj podchodzą do niej. Peter otwiera klapę bagażnika i wnosi zakupy do kuchni. Bocian zostaje przy samochodzie.
- Mam ryby - oznajmia Rahel, rozpakowując sprawunki. - Węgorz i pstrąg, świeżutkie.
- Wspaniale. - Uśmiechnął się. - Czy pomyślałaś też o naszym boćku?
W odpowiedzi podnosi torbę z rybimi odpadami.
- Wspaniale - powtarza radośnie, bierze od niej torbę i wychodzi na dwór.
Rahel siada na chwilę przy kuchennym stole. Nagle poczuła ogromne zmęczenie.
Zerka przez okno. Słońce minęło już zenit. Bocian łakomie dobiera się do strawy, Peter musi odpędzać zgraję kotów. Rahel nie czuje głodu, nie ma też ochoty zająć się kuchnią. Po rozpakowaniu zakupów biegnie przez podwórko do pracowni.
Akurat w chwili, gdy zamierza zapalić papierosa, Peter otwiera drzwi i zagląda do środka.
- Szukałem cię. Mam przygotować sałatkę? Moglibyśmy zjeść do niej rybę.
- Tak, chętnie! - odpowiada spiesznie.
- Czy zrobisz ten swój delikatny sos? Nie wiem, jak go przyrządzić.
Dyskretnie odkłada papierosa, chowa go za książkami i rusza do kuchni.
Peter włącza radio, przez kilka sekund słucha wiadomości, wzdycha, kręci głową, po czym szuka innej stacji. Przeskakuje przez szlagiery, muzykę pop i skrzeczące reklamy, zatrzymuje się dopiero przy nagraniu Kwintetu pstrągowego.
- Już lepiej - stwierdza i zaczyna myć sałatę.
Rahel nalewa do miseczki oliwę i ocet, dodaje musztardę, miód, cytrynę, pieprz i sól. Niewielką trzepaczką ubija składniki do uzyskania kremowej konsystencji, sprawdza efekt palcem wskazującym. Jest zadowolona. To właśnie kontrasty sprawiają, że jedzenie jest smaczne - słodkie i słone, słodkie i pikantne, słodkie i kwaśne. Zerka na Petera, zastanawiając się, dlaczego on nie potrafi zrozumieć, że cały urok kryje się w ich odmienności. Jako rodzice zazębiają się niby dwa trybiki, tworząc sprawnie działający rodzinny mechanizm, na którym dzieci zawsze mogą polegać. Lecz biada, jeśli Rahel przesadzi. Biada, jeśli da o sobie znać jej niesforna żywiołowość. Wtedy on chowa się jak ślimak w swojej skorupie i wyczekuje. W literaturze uwielbia charaktery niecierpliwe i gwałtowne. Tylko tam może się do nich zbliżyć, nie obawiając się z ich strony zagrożenia.
Bierze nóż i deskę do krojenia, po czym siada obok niego przy stole. Peter kroi ogórek starannie, na kawałki niemal identycznej wielkości. Podobnie zresztą podchodzi do wszystkiego. Nie ma dla niego różnicy pomiędzy planem a jego wykonaniem, słowa i czyny niezawodnie się pokrywają. W tym jego sposobie bycia Rahel zakochała się przed prawie trzydziestu laty. Jakby po okresie ogromnego chaosu wskoczyła do miękkiego, ciepłego łóżka.
Wkłada kawałki ogórka i papryki do salaterki, odwija z papieru rybę i kładzie ją na białym porcelanowym półmisku, po czym sięga po talerze i sztućce, białe wino i kieliszki.
- Zjemy na dworze? - pyta, choć zna odpowiedź.
- Lepiej nie. Osy.
Rahel przytakuje niepostrzeżenie.
- Woda powinna pomóc - mówi łagodnie.
Zerka na nią pytająco.
- Woda rozpylana z butelki. Wtedy wydaje im się, że pada deszcz.
- A może zjemy tutaj w spokoju, a na zewnątrz wypijemy potem kawę.
- Niech będzie.
Triumf rozsądku nie sprawia jej radości. Je bez apetytu, uprzątnięcie naczyń zostawia Peterowi. Oznajmia, że pójdzie do swojego pokoju na południowy odpoczynek.
- Chciałaś porozmawiać... - odpowiada Peter na wpół pytaniem, na wpół stwierdzeniem.
Zdobywa się jedynie na znużone skinienie głowy.
- Spotkamy się przed domem około trzeciej i pójdziemy na krótki spacer? - pyta łagodnym tonem.
Rahel niemal zalewa się łzami.
Punktualnie o trzeciej pojawia się w drzwiach i wychodzi na podwórko. Wiedzie dokoła wzrokiem. Peter siedzi na jednej z ławek rozstawionych po całej posesji. Założył panamę, na kolanach trzyma jednouchego kota. Kiedy podchodzi Rahel, ostrożnie zdejmuje go z kolan i wstaje.
Kierują się leśną ścieżką w stronę jeziora, potem jednak skręcają w lewo i szerszym duktem podążają przez stary wąwóz, który Rahel lubiła już w dzieciństwie. Dzień jest jedwabisty. Delikatny, ciepły wiatr muska jej nagie ramiona i nogi. Peter poprawia okulary i nieco unosi kapelusz.
- Jeśli chcesz zacząć... zamieniam się w słuch.
Choć w porze obiadowej szlifowała swoją wypowiedź, czuje się zagubiona. Usilnie próbuje sobie przypomnieć początkowe zdania. Peter cierpliwie kroczy obok niej. Rahel zabija na karku komara, chwyta Petera za ramię, zatrzymuje się.
- Czy ty nadal chcesz być ze mną?
Wreszcie wyrzuciła to z siebie. Wąwóz jest w tym miejscu na tyle głęboki, że skarpy po obu stronach przesłaniają krajobraz. Gałęzie drzew zrastają się ponad ich głowami, tworząc gęste sklepienie.
Patrzy na nią zaskoczony, potem spuszcza głowę.
- To proste pytanie, Peterze. Powinieneś na nie odpowiedzieć.
Obrzuca ją spojrzeniem.
- A ty? Czy w dowolnym momencie naszego małżeństwa miałabyś jasną odpowiedź na tak postawione pytanie?
Rahel się waha. Zauważa na swoim ramieniu dwa komary i błyskawicznie je zabija.
- Chodźmy. - Peter rusza przed siebie. - Nie chcę się z tobą rozstawać, Rahel, ale obecnie nie mogę żyć z tobą w sposób, którego pragniesz.
- Jaki sposób masz na myśli?
- Wszechogarniający.
- O czym ty mówisz? - pyta Rahel ostrym tonem i znów przystaje.
Peter się odsuwa.
- Wiesz dobrze, o co mi chodzi.
Tak, wie, ale nie zamierza darować mu wyjaśnień.
Od swoich pacjentów wymaga nazwania problemu, z którym do niej przyszli. Czego nie sposób sformułować w języku, z pewnością nie da się rozwiązać. Dotyczy to również Petera.
- Nie mogę już z tobą sypiać - oświadcza.
W milczeniu słucha dalszych wyznań. Cała ta sprawa z Olivią P., ucieczka przed wścibskimi spojrzeniami na uczelni, nienawiść, wulgarność, to wszystko do głębi nim wstrząsnęło. A kiedy wrócił wyczerpany do domu, zadrwiła sobie z niego - i wtedy coś w nim pękło.
Westchnął.
- Potrzebowałem cię... w tamtej chwili. Całymi tygodniami czułem się jak obcy we własnym mieszkaniu, u boku własnej żony. Pożądanie... po prostu wyparowało.
- A teraz? - pyta cicho Rahel. - Czy mamy żyć obok siebie jak brat i siostra?
- Na przykład.
- Aha!
Głos jej się załamuje, jak zawsze, kiedy odczuwa strach. Peter patrzy na nią ze współczuciem. Przystaje i robi to coś z rękami - jego ramiona zwisają w dół, a palce poruszają się w sposób niekontrolowany, aż w końcu sam to zauważa i krzyżuje ręce za plecami. Wyszli z lasu, stoją na polnej drodze, widać już dom.
- To znaczy... jak to sobie wyobrażasz?
- Nic sobie nie wyobrażam, Rahel. Po prostu mówię, jak jest.
Jego udręczony wzrok błądzi po ciągnących się w oddali polach.
- Do tego nie można się zmusić - mówi w końcu.
- Nie. Oczywiście, że nie można. Ale można spróbować.
- Nie chcę teraz niczego próbować - oświadcza przytłumionym głosem.
Maszerują dalej i resztę drogi pokonują w milczeniu.
Rahel zdejmuje ręcznik ze sznurka i niezwłocznie rusza w stronę jeziora. Zanurza się w wodzie i płynie wzdłuż brzegu. Nie ma odwagi się od niego oddalić. Na lekcjach pływania w drugiej klasie, gdy usiłowała trzymać się brzegu basenu, nauczycielka odpychała ją długim kijem, krzycząc: Naszym celem jest wytrwały pływak! Każde dziecko, które do tej pory czuło się w miarę bezpiecznie, zaczynało gwałtownie wierzgać nogami. Rahel na każdej lekcji była śmiertelnie przerażona. Nigdy nie nauczyła się skoku startowego. Na egzaminie nauczyciel po prostu ją pchnął. Co prawda wpadła głową w dół do wody, ale daleko jej było do wykonania poprawnego skoku.
Teraz płynie powoli wzdłuż grubych łodyg żółtych nenufarów. Myśli o ostatnim zdaniu wypowiedzianym przez Petera. Nie chcę teraz niczego próbować. Może to znaczyć, że spróbuje później. Musi spróbować. W przeciwnym razie nie będzie mogła z nim zostać.
Co on sobie myśli? Że ot tak, po prostu się z tym pogodzi?
Odwraca się na plecy i swobodnie unosi na wodzie.
Bywały rzecz jasna chwile, kiedy zmęczona sama nie miała ochoty. Gdy dzieci były małe. Kiedy były chore albo po prostu zbyt absorbujące. Kiedy umarła Edith. Peter nigdy nie narzekał, nie naciskał. A jednak - i to jest zasadnicza różnica - zawsze mógł mieć pewność, że to minie.
Tylko jej twarz wynurza się ponad powierzchnię wody. Nogi opadły w głębinę, czegoś dotknęła. Pośpiesznie zaczyna płynąć.
Z drugiego brzegu dobiega muzyka. Gromadzi się miejscowa młodzież. Pora odejść, myśli Rahel.