Płomień w Oklahomie - Wernic Wiesław

Kup ebooka

9.99 zł
8.19 zł (7,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W Bi­blio­tece li­te­ra­tury dzie­cię­cej Wy­daw­nic­twa Sied­mio­róg uka­zały się mię­dzy in­nymi:

1. Bajki, Char­les Per­rault (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

2. Ba­śnie, Ja­cob i Wil­helm Grimm (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

3. Ba­śnie, Hans Chri­stian An­der­sen (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

4. Ali­cja w Kra­inie Cza­rów, Le­wis Car­roll (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

5. Ania z Zie­lo­nego Wzgó­rza, Lucy Maud Mont­go­mery (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

6. Cu­da­czek-Wy­śmie­wa­czek, Ju­lia Du­szyń­ska (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

7. Dar rzeki Fly, Ma­ria Krüger (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

8. Don Ki­chot z Man­czy, Mi­guel de Ce­rvan­tes (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

9. Go­dzina pą­so­wej róży, Ma­ria Krüger (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

10. Idzie niebo ciemną nocą, Ewa Szel­burg-Za­rem­bina (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

11. Klechdy do­mowe, Hanna Ko­styrko (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

12. Kli­mek i Kle­men­tynka, Ma­ria Krüger (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

13. Księga dżun­gli, Ru­dy­ard Ki­pling (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

14. Le­gendy war­szaw­skie, Ar­tur Op­p­man (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

15. Ły­sek z po­kładu Idy, Gu­staw Mor­ci­nek (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

16. Mity grec­kie, Ni­kos Cha­dzi­ni­ko­lau (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

17. O czym szu­mią wierzby, Ken­neth Gra­hame (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

18. O kra­sno­lud­kach i o sie­rotce Ma­rysi, Ma­ria Ko­nop­nicka (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

19. Od­po­wied­nia dziew­czyna, Ma­ria Krüger (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

20. Pa­mięt­niki Adama i Ewy, Mark Twain (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

21. Pi­no­kio, Carlo Col­lodi (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

22. Przy­gody Tomka Sa­wy­era, Mark Twain (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

23. Przy­padki Ro­bin­sona Cru­soe, Da­niel De­foe (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

25. Psotki i śmieszki, Ja­nina Po­ra­ziń­ska (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

24. Ro­bin­son Cru­soe, Da­niel De­foe (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

26. Serce, Ed­mund de Ami­cis (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

27. Szew­czyk Dra­tewka, Ja­nina Po­ra­ziń­ska (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

28. Ta­jem­ni­cza wy­spa, Ju­liusz Verne (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

29. Ta­jem­ni­czy ogród, Fran­ces Hodg­son Bur­nett (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

30. Ucho, dy­nia 125!, Ma­ria Krüger (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

31. Ucznio­wie Spar­ta­kusa, Ha­lina Rud­nicka (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

32. W 80 dni do­okoła świata, Ju­liusz Verne (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

33. W pu­styni i w pusz­czy, Hen­ryk Sien­kie­wicz (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

34. We­sołe przed­szkole, Ma­ria Ko­nop­nicka (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

35. Ba­śnie pol­skie i eu­ro­pej­skie, Jo­anna Ro­dzie­wicz (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

36. Złota ko­rona, Ma­ria Krüger (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

37. Ba­śnie pol­skie, Ta­mara Mi­cha­łow­ska (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

38. Hi­sto­ria żół­tej ci­żemki, An­to­nina Do­mań­ska (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

39. Wspo­mnie­nia nie­bie­skiego mun­durka, Wik­tor Go­mu­licki (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

40. An­tek, Bo­le­sław Prus (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

41. Tropy wiodą przez pre­rię, Wie­sław Wer­nic (We­stern)

42. Wi­taj, Ka­rol­ciu!, Ma­ria Krüger (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

43. Słońce Ari­zony, Wie­sław Wer­nic (We­stern)

44. Na po­łu­dnie od Rio Grande, Wie­sław Wer­nic (We­stern)

45. Sze­ryf z Fort Ben­ton, Wie­sław Wer­nic (We­stern)

46. Król Ma­ciuś Pierw­szy, Ja­nusz Kor­czak (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

47. Kaj­tuś Cza­ro­dziej, Ja­nusz Kor­czak (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

48. Stara baśń, Jó­zef Ignacy Kra­szew­ski (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

49. Ka­rol­cia, Ma­ria Krüger (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

50. Pla­stu­siowy pa­mięt­nik, Ma­ria Kow­nacka (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

51. Troje wspa­nia­łych i skrzat, Ewa Mir­kow­ska (Klub Ma­łych Czy­tel­ni­ków)

52. Za ży­wo­pło­tem, Ma­ria Kow­nacka (Se­ria li­mi­to­wana)

53. Aka­de­mia Pana Kleksa, Jan Brze­chwa (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

54. 10 opo­wie­ści o ba­jecz­nej tre­ści, Ta­mara Mi­cha­łow­ska (Bajki współ­cze­sne)

55. Janko Mu­zy­kant oraz Sa­chem, Hen­ryk Sien­kie­wicz (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

56. Mała Księż­niczka, Fran­ces Hodg­son Bur­nett (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

57. Bajki dla dzieci, Iwan Kry­łow (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

58. Brze­chwa dzie­ciom, Jan Brze­chwa (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

59. Co słonko wi­działo, Ma­ria Ko­nop­nicka (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

60. Gruby, Alek­san­der Min­kow­ski (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

61. Ja­no­sik, Ta­mara Mi­cha­łow­ska (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

62. Kop­ciu­szek, Hanna Ja­nu­szew­ska (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

63. Ku­ku­ryku na ręcz­niku, Ma­ria Kow­nacka (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

64. Magda, Pa­weł i Ty, Kry­styna Kle­niew­ska-Ko­wa­li­szyn (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

65. Mały Książę, An­to­ine de Sa­int-Exu­péry (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

66. Na ja­gody, Ma­ria Ko­nop­nicka (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

67. Naj­milsi, Ewa Szel­burg-Za­rem­bina (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

68. Opo­wie­ści o Świę­tym Mi­ko­łaju, Ta­mara Mi­cha­łow­ska (Bajki współ­cze­sne)

69. Opo­wieść wi­gi­lijna, Char­les Dic­kens (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

70. Przy­gody Pla­stu­sia, Ma­ria Kow­nacka (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

71. Sto ba­jek, Jan Brze­chwa (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

72. Wy­bór mi­tów grec­kich, Jo­anna Ro­dzie­wicz (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

73. Zia­renka maku, Grze­gorz Ra­taj­czak (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

74. Pier­ścień i róża, Wil­liam Ma­ke­pe­ace Thac­ke­ray (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

75. Trzej musz­kie­te­ro­wie, Alek­san­der Du­mas (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

76. Win­ne­tou, Ka­rol May (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

77. Łowcy wil­ków, Ja­mes Cur­wood (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

78. Czarny tu­li­pan, Alek­san­der Du­mas (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

79. Nad da­le­kim, ci­chym fior­dem, Agot Gjems-Sel­mer (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

80. Gwiazda prze­wod­nia, Joan Gould (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

81. Ka­ta­rynka oraz Z le­gend daw­nego Egiptu, Bo­le­sław Prus (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

82. Biały kieł, Jack Lon­don (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

83. Zew krwi, Jack Lon­don (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

84. Złota El­żu­nia, Eu­ge­nia Mar­litt (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

85. Skarb w Srebr­nym Je­zio­rze, Ka­rol May (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

86. Zorro, John­ston McCul­ley (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

87. Bajki li­tew­skie, Oskar Mi­łosz (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

88. Ro­bin Hood, Ho­ward Pyle (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

89. Do­lina bez wyj­ścia, Tho­mas M. Reid (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

90. Książę i że­brak, Mark Twain (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

91. Bajka o ry­baku i rybce, Alek­san­der Pusz­kin (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

92. Piękna i Be­stia, Je­anne-Ma­rie Le­prince de Be­au­mont (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

93. Wy­brane po­da­nia i le­gendy pol­skie (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

94. Klechdy se­za­mowe, Bo­le­sław Le­śmian (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

95. Słoń Trą­bal­ski, Ju­lian Tu­wim (Se­ria li­mi­to­wana)

96. 12 po­dróży mi­sia Mio­dala, Ste­fan Po­tocki (Klub ma­łych czy­tel­ni­ków)

97. 7 opo­wie­ści o ry­ce­rzu, cza­ro­dzieju i księ­ciu do­bro­dzieju, Ja­nia Ship­per (Klub ma­łych czy­tel­ni­ków)

98. Eg­zo­tyczna przy­goda, Alek­san­dra Mi­cha­łow­ska (Klub ma­łych czy­tel­ni­ków)

99. Troje wspa­nia­łych i skrzat, Ewa Mir­kow­ska (Klub ma­łych czy­tel­ni­ków)

100. W pa­mięt­niku Zo­fii Bo­brówny, Ju­liusz Sło­wacki (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

101. Cu­downa po­dróż, Selma La­ger­löf (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

102. Pani Twar­dow­ska, Adam Mic­kie­wicz (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

103. Wy­brane wier­sze, Wła­dy­sław Bełza (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

104. Sza­ra­czek, Mie­czy­sława Bucz­kówna (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

105. Dzie­cię el­fów, Hans Chri­stian An­der­sen (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

106. Ju­tro nie­dziela i inne opo­wia­da­nia, Zo­fia Żu­ra­kow­ska (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

107. Las­sie, wróć!, Eric Kni­ght (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

108. Lato le­śnych lu­dzi, Ma­ria Ro­dzie­wi­czówna (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

109. O dwu­na­stu mie­sią­cach, Ja­nina Po­ra­ziń­ska (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

110. O księ­ciu Got­fry­dzie, ry­ce­rzu Gwiazdy Wi­gi­lij­nej, Ha­lina Gór­ska (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

111. Pięt­na­sto­letni ka­pi­tan, Ju­liusz Verne (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

112. Przy­gody Me­li­klesa Greka, Wi­told Ma­ko­wiecki (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

113. Przy­gody Sind­bada Że­gla­rza, Bo­le­sław Le­śmian (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

114. Ta­jem­nica wę­dru­ją­cego ja­ski­niowca, Andy Chan­dler (Al­fred Hich­cock) (Przy­gody Trzech De­tek­ty­wów)

115. Ka­pi­tan Fra­casse, Teo­fil Gau­tier (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

116. Dios­sos, Wi­told Ma­ko­wiecki (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

117. Atlan­tyda, wy­spa ognia, Ma­ciej Ku­czyń­ski (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

118. Mały lord, Fran­ces Hodg­son Bur­nett (Ka­non li­te­ra­tury dzie­cię­cej)

Wszyst­kie ty­tuły na­le­żące do Bi­blio­teki li­te­ra­tury dzie­cię­cej są do­stępne w księ­garni in­ter­ne­to­wej Sied­mio­róg.pl

Za­stępca sze­ryfa

Czy mo­że­cie so­bie wy­obra­zić?

Izba dość prze­stronna, bar­dziej sze­roka niż długa, z dwoma oknami, w któ­rych umo­co­wano kraty. Pod ścianą - zbite z le­dwo ob­łu­pa­nych be­lek dwa stoły. Je­den bli­żej, drugi da­lej od wej­ścia. A za tym dal­szym - wła­śnie ja.

Sie­dzę za tym sto­łem i szczy­pię się w po­li­czek. Po­dobno zna­ko­mity spo­sób na prze­bu­dze­nie. Ale nie bu­dzę się. Wi­docz­nie to jed­nak nie sen!

Przede mną, na przy­bru­dzo­nym bla­cie spo­czywa sze­ścio­ra­mienna gwiazda sze­ryfa. To jest wła­śnie naj­trud­niej­sze do zro­zu­mie­nia. Gwiazda niby moja, a prze­cież nie moja.

Na progu, w otwar­tych, wą­skich drzwiach sie­dzi - z długą rusz­nicą po­ło­żoną na ko­la­nach - wuj Jo­na­than. Nie, to nie mój wuj! Na­wet nie wiem, czy jest czy­im­kol­wiek wu­jem. Ale tak go tu po­wszech­nie na­zy­wają. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że ucho­dzi za naj­star­szego osad­nika w tym mia­steczku. Jed­nakże to tylko do­mysł. W tej chwili nie mógł­bym od­po­wie­dzieć na­wet na py­ta­nie, jak się na­zywa ta miej­sco­wość. Wy­le­ciało mi z głowy. Aż wstyd się przy­znać.

Mu­szę wy­ja­śnić, że na kilka go­dzin, a może na­wet na cały dzień obar­czony zo­sta­łem funk­cjami sze­ryfa, a "praw­dziwy" sze­ryf aku­rat znaj­duje się w aresz­cie, skąd przez kraty spo­gląda na mnie wzro­kiem peł­nym wy­rzutu. Wcale mu się nie dzi­wię. Na­to­miast dzi­wię się so­bie i wszystko cią­gle jesz­cze wy­gląda mi bar­dziej na sen niż na rze­czy­wi­stość.

Dla­tego sie­dzę bez­czyn­nie za sto­łem i sta­ram się upo­rząd­ko­wać wy­padki we­dług ko­lej­no­ści, w ja­kiej na­stę­po­wały w ciągu ostat­niego ty­go­dnia, a przede wszyst­kim pod­czas wczo­raj­szego ranka.

Żeby wy­tłu­ma­czyć wszystko do­kład­nie, mu­szę się cof­nąć w cza­sie. Aż do ostat­nich dni marca 1885 roku.

Zima wów­czas wy­da­wała swe ga­snące, mroźne od­de­chy, a ja sys­te­ma­tycz­nie speł­nia­łem funk­cje le­ka­rza w ro­dzin­nym mie­ście Mil­wau­kee nad je­zio­rem Mi­chi­gan.

Je­śli nie orien­tu­je­cie się, weź­cie mapę i zo­bacz­cie, jak wiel­kie od­le­gło­ści dzielą tamto mia­sto od po­łu­dnio­wych krań­ców stanu Kan­sas, na te­re­nie któ­rego obec­nie prze­by­wam.

Ale do rze­czy.

Któ­re­goś wie­czoru, wła­śnie w Mil­wau­kee, od­wie­dził mnie, a ra­czej wpadł, bo to le­piej okre­śla sy­tu­ację, Ka­rol Gor­don. On­giś mój pa­cjent, póź­niej przez całe lata ser­deczny przy­ja­ciel. Nie­gdyś far­mer w jed­nym z po­łu­dniowo-wschod­nich sta­nów, na­stęp­nie - zrzą­dze­niem losu - łowca skór, tra­per, my­śliwy, który prze­mie­rzył w swych wę­drów­kach setki mil wio­dą­cych przez bez­droża Gór Ska­li­stych i rów­nin Pół­noc­nej Ame­ryki.

Wrza­snę­li­śmy obaj z ra­do­ści, spo­glą­da­jąc je­den na dru­giego tak, jak­by­śmy nie wi­dzieli się od wie­ków. A prze­cież były to tylko mie­siące.

- Ba­łem się, że cię nie za­stanę, Ja­nie - po­wie­dział Ka­rol, opadł­szy na naj­wy­god­niej­szy z mo­ich fo­teli.

- Skąd ta obawa? - za­py­ta­łem roz­ba­wiony.

Kto jak kto, ale Ka­rol do­sko­nale wie­dział, że zimą prze­by­wa­łem za­wsze w mie­ście, nie wy­su­wa­jąc nosa poza ostat­nie za­bu­do­wa­nia Mil­wau­kee.

- Uwie­rzy­łem w złą gwiazdę - od­parł. - Twoja nie­obec­ność pa­so­wa­łaby do se­rii mo­ich nie­po­wo­dzeń, jak ko­łek do kołka w pło­cie. Ach, nie masz po­ję­cia...

- Nie mam po­ję­cia - przy­tak­ną­łem. - Ale może mnie wta­jem­ni­czysz.

Oka­zało się, że "se­ria nie­szczęść" nie była wcale tak bar­dzo ka­ta­stro­falna.

Poza zwich­nię­ciem nogi pod­czas zi­mo­wego po­lo­wa­nia w pół­noc­nych re­jo­nach Ka­nady naj­bar­dziej do­pie­kło Ka­ro­lowi znisz­cze­nie, a ra­czej sa­mo­znisz­cze­nie się jego ulu­bio­nej broni. Ten wy­pa­dek skró­cił, i to znacz­nie, okres ło­wiec­kiej wy­prawy. Przy­pusz­czam, że Gor­don mu­siał być bar­dzo zmę­czony tam­tego zi­mo­wego dnia, je­śli nie za­uwa­żył, że lufa jego sztu­cera za­pchana jest śnie­giem. Jaki był sku­tek tego prze­ocze­nia ła­two od­gad­nąć. Przy wy­strzale broń zo­stała po pro­stu roz­sa­dzona, ale Ka­ro­lowi nic się nie stało. Znaj­do­wał się wów­czas da­leko od wszel­kich sie­dzib ludz­kich, więc o na­by­ciu ja­kiej­kol­wiek in­nej strzelby mógł tylko ma­rzyć.

- Gdyby to było lato - opo­wia­dał z nie­ukry­waną go­ry­czą - mógł­bym kar­mić się ko­rzon­kami traw, le­śnymi ja­go­dami, w osta­tecz­no­ści... ża­bami.

- Nie mia­łeś si­deł?

Spoj­rzał na mnie jed­nym okiem.

- Nie. Wiesz, jak nie lu­bię tego ro­dzaju ło­wów. Trzeba da­wać zwie­rzę­tom ja­kąś szansę, a poza tym ja po­luję na upa­trzo­nego i nie za­do­wala mnie to, co przy­pad­kowo wpad­nie we wnyki.

Tak więc Ka­rol w po­ło­wie zimy mu­siał wra­cać. Nie miał czym po­lo­wać i nie bar­dzo miał co jeść. Wlókł się na po­łu­dnie aż gdzieś znad rzeki Po­koju i je­ziora Atha­ba­ska[1] naj­prost­szą drogą, jaką mógł obrać. Z je­dze­niem zresztą sprawa nie przed­sta­wiała się tak tra­gicz­nie. Miał su­chary i nieco sprosz­ko­wa­nego mięsa, a po kilku dniach spo­tkał grupę In­dian z ple­mie­nia Kri po­lu­jącą jak on, tyle że z lep­szym skut­kiem, i mógł uzu­peł­nić żyw­no­ściowe za­pasy.

Dru­gie spo­tka­nie przy­da­rzyło mu się znacz­nie da­lej, na po­łu­dniu. Ze­tknął się z sa­mot­nie po­lu­ją­cym tra­pe­rem. Spę­dzili ra­zem dwa dni, pod­czas któ­rych mój przy­ja­ciel do­brze przyj­rzał się ło­wiec­kim suk­ce­som to­wa­rzy­sza.

- Za­nim go opu­ści­łem, wiele roz­ma­wia­li­śmy o Okla­ho­mie - do­dał.

- Prze­cież ni­gdy tam nie by­łeś - za­uwa­ży­łem.

- Ja nie, ale ten tra­per. Opo­wia­dał mi mnó­stwo szcze­gó­łów. Nie masz po­ję­cia, Ja­nie, ile tam zwie­rzyny. Cu­downy kraj!

Spoj­rza­łem po­dejrz­li­wie na Ka­rola. Co miało ozna­czać na­głe wy­chwa­la­nie Okla­homy? Wi­docz­nie spo­strzegł to i na­tych­miast zmie­nił te­mat. Opo­wia­dał, w jaki spo­sób do­tarł na te­reny swych przy­ja­ciół, Czar­nych Stóp (od któ­rych przed laty otrzy­mał za­szczytny przy­do­mek Wiel­kiego Bo­bra), jak po­wi­tany zo­stał przez ich wo­dza, Wy­so­kiego Orła, i cza­row­nika ple­mien­nego, Czer­woną Chmurę, i jak na sa­mym progu obo­zo­wi­ska czer­wo­no­skó­rych, za­ha­czyw­szy o ja­kiś ko­rzeń tkwiący pod śnie­giem, zwich­nął nogę. To unie­ru­cho­miło go na dwa ty­go­dnie. I tak do reszty zmar­no­wał se­zon zi­mo­wych po­lo­wań.

Wy­ra­zi­łem mu z tego po­wodu ubo­le­wa­nie, pro­po­nu­jąc jed­no­cze­śnie po­życzkę pie­niężną aż do na­stęp­nej zimy. Od­mó­wił. Na­to­miast za­pro­po­no­wał mi wy­jazd... do Okla­homy. Ro­ze­śmia­łem się:

- Tak cię za­agi­to­wał tam­ten tra­per?

- Nie tylko on. Prze­py­ty­wa­łem in­nych. Wszystko się zga­dza. To wspa­niały te­ren ło­wiecki!

- Może - po­wie­dzia­łem bez­na­mięt­nie. - Je­śli jed­nak się nie mylę, jest to zie­mia za­mknięta dla bia­łych[2].

- Prawda.

- I każdy, kto tam się udaje, ła­mie prawo i ry­zy­kuje wła­sną skórą.

- No... nie­zu­peł­nie tak. Nie wolno się osie­dlać, ale prze­cież nie w ta­kim celu tam się udamy. A co się ty­czy ry­zyka... Jak roz­pa­kuję swój to­bo­łek, to ci coś po­każę.

- Cią­gle nie bar­dzo ro­zu­miem, Ka­rolu, dla­czego ci tak za­leży wła­śnie na Okla­ho­mie? Chyba coś przede mną ukry­wasz.

- Nic, a nic. Po pro­stu wiem, że żyje tam bor­suk, piż­mo­wiec, szary i czer­wony lis, wilk, ko­jot, bóbr, an­ty­lopa, łoś, ba­żant, kura pre­riowa i... so­ból! Po­myśl tylko, Ja­nie, jak cenne jest fu­terko so­bola!

- W le­cie? Chyba żar­tu­jesz.

- Oczy­wi­ście, że nie w le­cie, ale ja chcę do­kład­nie zba­dać te­ren przed zi­mową wy­prawą.

- Oba­wiam się, że czer­wo­no­skó­rzy nie będą zbyt za­do­wo­leni z two­ich ło­wów.

- Już ci mó­wi­łem, że w to­bołku mam coś, co po­może nam zjed­nać przy­chyl­ność czer­wo­nych ple­mion. Je­dziemy, Ja­nie?

I tak oto, po raz pierw­szy w ży­ciu mia­łem zwie­dzić Okla­homę. Dla­czego ustą­pi­łem? Po pro­stu dla­tego, że co­rocz­nie wio­sną wła­śnie w to­wa­rzy­stwie Ka­rola opusz­cza­łem na kilka mie­sięcy Mil­wau­kee, aby od­po­cząć po zi­mo­wych tru­dach z dala od lu­dzi, z któ­rymi na co dzień się sty­ka­łem, w wa­run­kach zu­peł­nie od­mien­nego ży­cia. W ten spo­sób zwie­dzi­łem część Ka­nady, Ari­zonę, Nowy Mek­syk... Okla­homa w grun­cie rze­czy była dla mnie tak samo do­bra, jak każda inna część kraju, a je­żeli mia­łem co do niej pewne za­strze­że­nia, to tylko z po­wodu In­dian. O czym już wspo­mnia­łem. Mój upór zo­stał zła­many, gdy Ka­rol po wie­czor­nym po­siłku wy­jął z to­bołka zdu­mie­wa­jąco piękny, wą­ski i długi pas wy­pra­wio­nej mi­strzow­ską ręką skóry an­ty­lopy. Była miękka i de­li­katna w do­tknię­ciu, róż­no­ko­lo­rowa, a do tego prze­ty­kana per­łami. Znam się coś nie­coś na ta­kich przed­mio­tach. Je­den rzut oka wy­star­czył: to był in­diań­ski wam­pum.

Prze­by­wa­jąc z Ka­ro­lem wśród ple­mion Czar­nych Stóp, Na­wa­hów czy Apa­czów oglą­da­łem wam­pumy już nie­je­den raz, ale tak pięk­nego chyba ni­gdy nie wi­dzia­łem.

Wam­pum to coś w ro­dzaju glejtu gwa­ran­tu­ją­cego po­sia­da­czowi bez­pie­czeń­stwo oso­bi­ste; może być rów­nież do­wo­dem, że jego oka­zi­ciel prze­ma­wia w imie­niu osoby, która mu wrę­czyła wam­pum.

Ka­rol otrzy­mał go od wo­dza Czar­nych Stóp w Ka­na­dzie. Było to za­szczytne wy­róż­nie­nie, do­wód spe­cjal­nego za­ufa­nia. Wy­pa­dek nie­sły­cha­nie rzadki w sto­sun­kach mię­dzy In­dia­nami a bia­łymi. Jed­nakże nie zdzi­wiło mnie to - Ka­rol Gor­don cie­szył się sławą przy­ja­ciela "czer­wo­nych mę­żów", a zwłasz­cza Czar­nych Stóp.

- Komu chcesz to wrę­czyć? - za­py­ta­łem, pa­trząc na mie­niący się ko­lo­rami pas.

- Jesz­cze nie wiem. Zo­ba­czymy w Okla­ho­mie. Naj­chęt­niej sko­rzy­stał­bym z go­ściny Ko­man­czów. Ła­twiej się po­ro­zu­mieć. Ich mowa po­dobna jest do ję­zyka Czar­nych Stóp[3]. Ale rów­nie do­brze mo­żemy przy­pad­kowo na­tra­fić na Cze­je­nów, Apa­czów, Kiowa, Se­mi­no­lów... Na tam­tej­szych ob­sza­rach mieszka chyba z tu­zin roz­ma­itych ple­mion.

Tak wła­śnie wy­glą­dał po­czą­tek hi­sto­rii, któ­rej ciąg dal­szy do­pro­wa­dził mnie do wnę­trza sze­ry­fow­skiego bu­dynku.

Do­dam, że przed wy­ru­sze­niem w drogę z na­ci­skiem oświad­czy­łem Ka­ro­lowi:

- Ale pa­mię­taj, tym ra­zem jadę dla przy­jem­no­ści, tylko po to, by od­po­cząć; będę się ką­pać w dzie­wi­czych stru­mie­niach, będę opa­lać się na zło­ci­stych pla­żach, może cza­sem ze­chce mi się upo­lo­wać an­ty­lopę albo zło­wić tro­chę ryb, któ­rych w wo­dach Okla­homy żyje po­dobno aż sześć­dzie­siąt ga­tun­ków.

Sta­wia­łem sprawę ja­sno, ma­jąc w pa­mięci od­bytą przed dwoma laty po­dróż do Ari­zony. Wów­czas do­piero na miej­scu do­wie­dzia­łem się, że mój to­wa­rzysz obar­czony zo­stał przez wła­dze pań­stwowe spe­cjalną mi­sją, któ­rej cię­żar dźwi­ga­nia przy­padł mnie w nie­pro­szo­nym udziale. Wy­wią­za­li­śmy się z za­da­nia zna­ko­mi­cie, ale nie­wiele bra­ko­wało, a zie­mia ari­zoń­ska przy­tu­li­łaby nas raz na za­wsze! Nie ży­czy­łem so­bie, by coś po­dob­nego miało się po­wtó­rzyć.

Jed­nakże Ka­rol ener­gicz­nie za­prze­czył ist­nie­niu ja­kich­kol­wiek ukry­tych przede mną za­mia­rów.

- Od­po­czy­wamy, Ja­nie, i tylko od­po­czy­wamy!

- Wła­śnie to mi od­po­wiada. I tylko to!

- Więc do Okla­homy?

- Niech bę­dzie Okla­homa!

De­cy­zja za­pa­dła. Przez kilka ty­go­dni, gdy obo­wiązki za­wo­dowe nie da­wały mi chwili wy­tchnie­nia, Ka­rol prze­sia­dy­wał w bi­blio­te­kach i czy­tel­niach, wy­szu­ku­jąc wszel­kich wia­do­mo­ści zwią­za­nych z Okla­homą. Dziwne, jak na tra­pera. Ale trzeba wie­dzieć, że Ka­rol Gor­don nie był po­spo­li­tym łowcą skó­rek. Jego umie­jęt­no­ści i wie­dza nie ogra­ni­czały się do roz­po­zna­wa­nia zwie­rzę­cych tro­pów i do cel­nych strza­łów. Są­dzę, że w swym za­wo­dzie (je­śli to wolno na­zwać za­wo­dem) na­le­żał do wy­jąt­ków. Był mi­ło­śni­kiem książki, po­świę­cał jej wiele czasu, gdy prze­by­wał w mie­ście. Po­zna­łem go przed paru laty i od pierw­szych chwil za­sko­czył mnie swym oczy­ta­niem. Nade wszystko przed­kła­dał te­ma­tykę geo­gra­ficzną, co było zresztą zro­zu­miałe. Znał się na ma­pach i w ra­zie po­trzeby sam po­tra­fił spo­rzą­dzać pod­ręczne szkice. A jego zna­jo­mość czer­wo­no­skó­rych po­zwo­li­łaby mu pi­sać dzieła o nie­prze­cięt­nej war­to­ści, gdyby... chciało mu się tym za­jąć.

Na długo więc przed wy­jaz­dem głowę na­bitą mia­łem Okla­homą, o któ­rej Ka­rol wciąż mi opo­wia­dał pod­czas dłu­gich go­dzin wie­czor­nych, udzie­la­jąc szcze­gó­ło­wych in­for­ma­cji. Kraj to rze­komo ba­jeczny, kli­mat do­sko­nały. Na­wet w zi­mie rtęć ter­mo­me­tru nie spada po­ni­żej zera, a la­tem nie wznosi się po­wy­żej stu stopni[4]. Dwie trze­cie po­wierzchni zaj­mują łąki i lasy. Żad­nych osad, żad­nych mia­ste­czek, żad­nych sa­lo­onów ani bia­łych włó­czę­gów spod ciem­nej gwiazdy. Pier­wotna przy­roda i pier­wotni miesz­kańcy tej ziemi.

- Czego jesz­cze wy­ma­gać? - koń­czył trium­fal­nie Ka­rol każdą swą in­for­ma­cję.

Szybko upo­ra­li­śmy się z ko­niecz­nym ekwi­pun­kiem. I ja, i Ka­rol po­sia­da­li­śmy nie­złą ko­lek­cję my­śliw­skiej broni, ze­braną w moim do­mo­wym "ar­se­nale", więc tylko wy­słu­cha­łem na­rze­kań (raz jesz­cze!) na nie­szczę­sny pech ka­na­dyj­skiej zi­mo­wej wy­prawy i mój przy­ja­ciel zde­cy­do­wał się na inny sztu­cer. W końcu za­opa­trzy­li­śmy się w po­trzebną odzież i za­pas lek­kich, trwa­łych kon­serw. Ko­nie mie­li­śmy za­ku­pić - jak zwy­kle - u osad­ni­ków, by móc bez kło­potu część po­dróży od­być ko­leją, wio­ząc ze sobą tylko uprząż i sio­dła.

Że­la­zny szlak miał nas do­pro­wa­dzić z Mil­wau­kee przez Chi­cago, Sa­int Lo­uis, Kan­sas City aż ku po­łu­dnio­wej li­nii gra­nicz­nej, od­dzie­la­ją­cej stan Kan­sas od te­ry­to­rium Okla­homy. Od tej bo­wiem strony po­sta­no­wi­li­śmy prze­kro­czyć gra­nicę nie­zna­nego nam kraju, już konno i zbrojno, za­się­gnąw­szy, ile się da, in­for­ma­cji od osad­ni­ków kan­sa­skiego po­gra­ni­cza.

I tak, zgod­nie z pla­nem, do­tar­li­śmy do końca ko­le­jo­wej drogi.

O tym to wła­śnie te­raz my­śla­łem (z braku in­nego za­ję­cia), sie­dząc za sto­łem i pa­trząc jak sroka w gnat w chudą po­stać wuja Jo­na­thana.

Tak wy­glą­dał po­czą­tek na­szej wy­prawy do Okla­homy, do któ­rej - ko­niecz­nie mu­szę to do­dać - wciąż jesz­cze nie zdo­ła­li­śmy wje­chać, za­trzy­mały nas bo­wiem na sa­mym wstę­pie nie­prze­wi­dziane trud­no­ści.

Od dawna mó­wi­łem Ka­ro­lowi, że mi­nął się z po­wo­ła­niem, że po­wi­nien był zo­stać sze­ry­fem i wpro­wa­dzać na zie­miach Dzi­kiego Za­chodu po­sza­no­wa­nie prawa, po­rzą­dek i spra­wie­dli­wość. Od­po­wia­dał na to, że jego zna­jo­mość prze­pi­sów prawa równa się zeru i że nie znosi sie­dzą­cego trybu ży­cia.

- Ra­czej pa­so­wa­łoby to do cie­bie, Ja­nie. Taki je­steś roz­tropny, zrów­no­wa­żony i prze­cież tro­chę otrza­skany z wa­run­kami ży­cia na Da­le­kim Za­cho­dzie.

Nic na to nie od­po­wie­dzia­łem, trak­tu­jąc tego ro­dzaju roz­wa­ża­nia jako oczy­wi­sty żart. Te­raz się oka­zało, że Ka­rol w ja­kąś złą dla mnie go­dzinę wy­po­wie­dział swe uwagi. Jego słowa na­brały cech prze­po­wiedni. Speł­nio­nej, nie­stety. Tkwi­łem prze­cież za sze­ry­fow­skim sto­łem, w sze­ry­fow­skim bu­dynku, z sze­ry­fow­ską sze­ścio­ra­mienną gwiazdą spo­czy­wa­jącą w za­sięgu mo­jej ręki.

Wiem, że wszystko, co do­tąd opo­wie­dzia­łem, nie wy­ja­śniło jesz­cze naj­waż­niej­szej sprawy: w jaki spo­sób zna­la­złem się w tej za­po­mnia­nej dziu­rze na po­gra­ni­czu po­łu­dnio­wego Kan­sas. Ażeby to wy­tłu­ma­czyć, mu­szę znowu cof­nąć się w prze­szłość. Tym ra­zem nieco mniej od­le­głą.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki