1
www.eurekalert.org/pub_releases
Międzynarodowy zespół naukowców donosi o odkryciu globu typu
ziemskiego
W gwiazdozbiorze Łabędzia zaobserwowano nową planetę wielkości Ziemi.
Szczegóły zostały przedstawione w najnowszym numerze "Nature".
Oznaczona numerem Kepler-973d planeta jest czwarta w układzie podwójnym
Kepler-973. Została odkryta klasyczną metodą tranzytową.
Kepler-973d ma masę zbliżoną do Ziemi (1,006). Według wstępnych
szacunków znajduje się w odległości 21 lat świetlnych od nas.
www.nasa.gov
Teleskopy NASA odkrywają parę wodną i czyste niebo na egzoplanecie
Naukowcy NASA ustalili, że w atmosferze skalistej planety w gwiazdozbiorze Łabędzia znajduje się para wodna.
Egzoplaneta Kepler-973d jest najbardziej z dotychczas poznanych planet
podobna do Ziemi. Z najnowszych ustaleń wynika, że ma atmosferę
składającą się z tlenu, azotu, dwutlenku węgla i pary wodnej. Czyste
niebo pozwoli na jej dalsze dokładne obserwacje: określenie składu
chemicznego oraz historii geologicznej.
Kepler-973d jest pokryta lodem, jednak - zdaniem astronomów - nie w całości.
www.esa.eu/pub-releases
Na Lodowej Ziemi zima trwa od 500 tys. lat
Najnowsze dane potwierdzają, że na egzoplanecie Kepler-973d od co
najmniej pół miliona lat trwa epoka lodowcowa. Na planecie tej,
odwrotnie niż np. na Wenus, nie występuje efekt cieplarniany.
- To, czy glob będzie z naszego punktu widzenia gorący czy zimny, zależy
między innymi od obecności gazów cieplarnianych w jego atmosferze -
tłumaczy astrofizyk dr Cuong Phan. - Nad Lodową Ziemią jest ich mniej
niż nad naszą planetą. W rezultacie ponad 95 % globu pokrywa lodowiec.
Mimo to planeta Kepler-973d uważana jest za najlepszą kandydatkę na
drugą Ziemię. Przypuszcza się, że wokół jej równika utrzymała się woda w stanie ciekłym. Istnieją również przesłanki, że ma pole magnetyczne
chroniące przed promieniowaniem kosmicznym.
- Obiektywy wszystkich teleskopów, jakie w tej chwili pracują na Ziemi
oraz w całym Układzie Słonecznym, skierowane są na Kepler-973d - mówi dr
Phan. - Jest już pewne, że to pierwsza egzoplaneta typu ziemskiego, na
której mogłoby się rozwinąć życie.
2
Kim jesteś, Keri? Gdzie teraz jesteś?
Pytania płyną razem z krwią, pompowane przez serce.
Skąd się tu wzięłam?
Po co tutaj jestem?
Pojawiają się rzeczy bez nazwy. Wydają się znajome, ale ponieważ nie
umiem przyporządkować do nich określeń, wymykają mi się. Coś, co nie ma
nazwy, jeszcze lub już, stanowi upiorny odblask rzeczywistości, jej
niepotrzebną, ukrytą na co dzień odsłonę. Lękam się takich rzeczy, ale
jeszcze bardziej boję wewnętrznego przyzwolenia na ich istnienie.
Podszytej lękiem zgody na to, że bezimienne przedmioty mają prawo być,
tak samo jak ja.
Rozglądam się w panice. Coś uderza, dudni, wali, obok mnie i we mnie.
Szukam określeń, słów, formuł. Nazwać to tyle co oswoić, nadać imię
wilkowi to pierwszy krok, by uczynić z niego psa.
Oklaski. Rozlegają się dookoła mnie. Znajduję się w ciemnym
pomieszczeniu, przed sobą widzę ścianę rozjarzoną diodami. Dostrzegam
głowy, ramiona, karki. Powietrze jest ciepłe, ma metaliczny zapach
substytutu, sztuczne podmuchy napływające spod sufitu nieudolnie
naśladują wiatr. Gdzieś niedaleko, za ścianami, pod podłogą, znajdują
się odpowiedzi, tłoczone przez te same pompy, które napełniają
pomieszczenie precyzyjnie skomponowaną mieszanką tlenu i azotu. I spadają na mnie potokiem słów, kwaśnych, ostrych, tęczowych, wyblakłych,
jaskrawych, trzeszczących, czułych, niepojętych, gniewnych.
Trzęsę się. Nie rozumiem, co się dzieje, mam ochotę się rozpłakać.
Mężczyzna stojący obok mnie odwraca się. Widzę na jego twarzy niepokój.
- Wszystko w porządku, Keri?
Nie znam go. Znam go. Coś zostaje mi odebrane, coś tracę, słowa, zdania,
całe opowieści umykają i giną jak sny, które po obudzeniu zostają z nami
tylko przez kilka chwil. A potem zapominamy je z pełną świadomością
dokonującego się na naszych oczach aktu utraty.
Kiwam głową. W porządku.
Wyraźnie czuję zapach swojego potu, ciężki od strachu. Czego się tak
przestraszyłam, co się ze mną działo?
Nie znam tego miejsca. Znam je. Baza planetarna.
Nie tylko ja się pocę, wszyscy dookoła także. I każdy pachnie inaczej, a subtelne różnice w stężeniu mocznika i kwasu mlekowego przekształcają
się w paletę woni, którą zaczynam rozpoznawać niczym słoń lub
niedźwiedź, zwierzęta o najczulszym węchu. Nie otwierając oczu, mogę
powiedzieć, ile dzieli mnie od pilota lądownika wydzielającego mocny
zapach odwagi. Od operatora piaskowej koparki śmierdzącego lenistwem. Od
chemiczki emitującej lekki swąd nudy i od lekarki pachnącej
poświęceniem.
Przede mną widzę ruch.
- To nie wszystko. Właśnie otrzymaliśmy...
Między głowami przesuwa się cień. Ktoś, od kogo od dawna czuć jedynie
suche przygnębienie, znika nam z oczu.
- Dinu! Gdzie on poszedł?
- Maria, czy wyjaśnisz...
- Dlaczego nie wysyłają każdemu...
- To automatyczna wiadomość z komputera pokładowego - głos Marii,
pierwszej oficerki, przebija się przez inne. - Ze statku, który powinien
nas jutro minąć. Ma awarię systemu podtrzymywania życia. Wyhamuje przy
nas, zadokuje do stacji orbitalnej...
Ramiona się unoszą. Głowy skręcają na prawo i lewo. Korpusy przestępują
z nogi na nogę. Tak jakby wszyscy otrzymali nagle rozkaz tańca i podporządkowali mu się z rzadką jednomyślnością.
- Maria, czy to ten statek, przez który obcięto nam dostawy o połowę? -
odzywa się ktoś bardzo głośno.
- Przez który od roku nie możemy się doprosić o nową koparkę?
- ... nie usunęły roboty. Dwie osoby polecą tam i rozwiążą problem
manualnie...
- Mamy im pomagać? My - im?!
- A co z frachtowcem?
- Nikt nigdzie nie poleci! - przez gwar przebija się głos mechanika. -
Mamy mieszanki tylko na jeden lot, dokładnie tyle, ile...
- Zaraz, a dlaczego nie można wybudzić tamtych? Co za problem ich
wybudzić? Maria!
- Nie wiem! - Pierwsza oficerka ma blade policzki. - Dostaliśmy
polecenie od ich sztucznej inteligencji...
Okrzyki, pełne złości. Powietrze robi się naelektryzowane od
przekleństw.
Słyszę przyspieszony oddech, swój własny.
- ... dokują za dwadzieścia dwie godziny. Będziemy mieć godzinę piętnaście
na naprawę, jeden obrót, tak żeby siła odśrodkowa...
- Maria, pieprzyć to!
- Nie będziemy ryzykować!
- Gdzie jest Dinu? Dlaczego znowu wyszedł?
- Maria, policz sobie: nas jest tu sto dwadzieścia osób, a na
"Płomieniu" tylko dwie!
3
Albert Townsend czesał się przed lustrem. Obok, na szafce, stała kamera
wysokiej rozdzielczości. Czerwone światełko, wskazujące, że jest
włączona, błyskało na samej granicy pola widzenia profesora.
- Czy jest jakiś powód, dla którego teraz nagrywamy? - zapytał.
Stojąca obok asystentka zarumieniła się. Jak na dany znak, wszyscy
czekający na niego - trzy kobiety i dwóch mężczyzn - zaczęli żartować.
- Al, postanowiliśmy zarejestrować, jak się upiększasz w tym
historycznym momencie.
- Przyda się do przyszłych filmów dokumentalnych o tobie.
- Życie i twórczość, odcinek: przygotowania do finału.
- Na zapleczu, z dala od ciekawskich dziennikarzy i zawistnych kolegów,
z grzebieniem w ręku, szef najważniejszej misji w dziejach ludzkości
pozostawał jak zawsze skromny i naturalny...
Townsend lekko się uśmiechnął. Napięcie daje się jego współpracownikom
we znaki. Zazwyczaj bywali dowcipniejsi.
Przypiął mikrofon do koszuli.
- Możemy nagrać coś dodatkowego później. Dla potomności.
- Oczywiście - potwierdziła Nisreen, szefowa jego sekretariatu.
Albert zdjął marynarkę od jasnoszarego garnituru, powiesił ją na oparciu
krzesła. Podwinął rękawy i popatrzył w lustro.
W samej tylko koszuli, lekko wygniecionej, wyglądał tak, jak chciał
wyglądać - jakby wyszedł na przerwę z sali wykładowej albo z laboratorium.
- Miał wady, jak każdy człowiek. Tylko jego najbliżsi współpracownicy
wiedzieli, że lubi dobrze wypaść i że pozwala sobie niekiedy na drobne,
nikomu nieszkodzące manipulacje...
Townsend zerknął spod oka na mówiącego. Wszyscy się roześmieli.
- Powodzenia!
- Trzymamy kciuki!
Gdy wyszli na korytarz, szedł pierwszy. Błękitna koszula, zgrabna
sylwetka, na której dobrze leżały ubrania. Osoby kręcące się przed
wejściem do sali konferencyjnej zaglądały mu w oczy.
Gleb, jeden z asystentów, wyprzedził go i usłużnie otworzył drzwi.
Albert podziękował spojrzeniem.
Sala, do której weszli, miała wielkość parlamentarnej auli. Gdyby nie
to, że zaciemniono okna, roztaczałby się z niej widok na zalane słońcem
kalifornijskie pasmo Santa Cruz. Pięćset miejsc, zajętych teraz do
ostatniego krzesła. Przypominała kino - zebrani siedzieli przed wielkim
ekranem, pod którym znajdowała się scena. W tej chwili stał na niej
drugi asystent Townsenda.
- A oto i on - powiedział.
Al odwrócił się do widowni. Najpierw trzy sekundy dla publiczności.
Niech mu się przyjrzą, oswoją z jego widokiem.
Światło bijące ze sceny docierało jedynie do pierwszych rzędów. Następne
ginęły w półmroku. Z coraz głębszych ciemności wyłaniały się tylko
niewyraźne twarze. Rozglądać się, wypatrywać znajomych, byłoby oznaką
stresu, a przynajmniej braku pewności siebie, profesor patrzył więc na
wprost. Skonstatował oczywistość: gdy ma się przed sobą pięćset osób, w oczy rzucają się nie różnice w wyglądzie, lecz łączące wszystkich
podobieństwo. Uzupełniony o kilka zmiennych ten sam genetyczny wzór.
Albert Townsend, astrofizyk i inżynier technologii kosmicznych, był
wysokim, lekko rudziejącym blondynem o pociągłej twarzy, ostrym
podbródku i wysokim czole. Szczupły, wysportowany, poruszał się
sprężycie i lekko; sprawiał wrażenie, że zawsze jest gotowy odwrócić
się, przyjąć inną pozycję, zmienić położenie w przestrzeni. Jasne oczy
miały przyjazny wyraz, ale jego spojrzenie trudno było uchwycić -
patrzył na człowieka krótko, a potem uciekał wzrokiem, jakby chciał jak
najszybciej wrócić do swoich myśli.
Obecni w auli zaczęli robić mu zdjęcia. Mniej więcej jedna trzecia czuła
się wyróżniona - znali go osobiście.
Townsend przesunął wzrokiem po sali. Gotowi? Gestem uruchomił komputer.
Na ekranie za jego plecami wyświetlił się film złożony ze zdjęć
zrobionych przez teleskopy orbitalne. Przedstawiał rozżarzony, pulsujący
w ciemnościach punkt. Ze skazą, kilkoma zaczernionymi pikselami,
powiększonymi w oddzielnym oknie.
Tranzyt planety na tle gwiazdy.
- Co czujecie, gdy patrzycie na tę fotografię? - zapytał Townsend, a system nagłośnienia rozniósł jego słowa po sali. - Jakie emocje budzi w was ten widok? - Kliknięcie i zebranym ukazała się artystyczna wizja
pokrytego lodem globu. - Jesteście podnieceni? Osłupiali z fascynacji?
Czy raczej przestraszeni? A może myślicie, że uczucia nie mają
znaczenia? No cóż, Paul Clancy - klik, zdjęcie starszego mężczyzny o bystrym spojrzeniu - jeden z moich znakomitych poprzedników, wsławił się
powiedzeniem, że pragnienie eksploracji nie jest intelektualne, lecz
impulsywne.
Profesor mówił z niskim, starannie modulowanym głosem.
- Ten widok - wrócił do lodowego globu - budzi w nas impuls. Ja
osobiście, gdy na to patrzę, czuję fascynację połączoną z niepokojem.
Zaczynam zadawać sobie pytania: czy sobie poradzę? Czy to dla mnie nie
za dużo? Czy ludzkość na to stać? - Po sali przeszedł szmer. - No
właśnie, wszyscy słyszeliśmy już ten zarzut. "Lepiej byłoby, żebyście
wydali te pieniądze na poszukiwanie lekarstwa na raka. Na powstrzymanie
kolejnych pandemii. Na pokrycie Sahary panelami słonecznymi, na
podniesienie o kolejny metr europejskiej tamy".
Umilkł. Przeszedł parę kroków w prawo, tak, by stanąć obok ekranu. Nie
chciał go zasłaniać, lecz sprawiać wrażenie, że jest tylko dodatkiem do
treści zawartej w obrazach.
- Podsuwający nam tego rodzaju pomysły mają sporo racji. Każdy z tych
celów, w ujęciu krótkoterminowym, jest ważniejszy od naszego. A więc
powstaje pytanie - dlaczego wybieramy eksplorację? Co się kryje za
kierującym nami impulsem? Nie ścigamy się już z obcym mocarstwem za
żelazną kurtyną - kliknięcie, zdjęcie z misji Apollo - nie pragniemy się
wzbogacić, handlując goździkami czy gałką muszkatołową - rycina z Vasco
da Gamą - nie zamierzamy rozsławić na świecie imienia swojego władcy -
Zhang He, wracający z pionierskiej wyprawy do Afryki. - A może chcemy
zyskać sławę pierwszego zdobywcy odległego punktu na mapie, jak Roald
Amundsen? - Ubrany w grube futro mężczyzna z zaprzęgiem psów. - Nawet
jeśli się nam to uda, nie dowie się o tym nikt na tej sali... Chyba że
ktoś tu jest w ciąży.
Przez salę przebiegł śmiech, krótki, aprobujący. Townsend wyświetlił
kolejny obraz - białą, pustą przestrzeń.
- Wyobraźmy sobie, że przenosimy się w czasie, pięćdziesiąt tysięcy lat
wstecz. Pierwsza grupa ludzi sforsowała właśnie Cieśninę Beringa. Choć
tego nie wiedzą, otwiera się przed nimi połowa globu, obie Ameryki.
Niewiarygodnie wielki obszar lądu, nie do skolonizowania nie tylko dla
jednego, ale i dziesięciu pokoleń. Kto pierwszy postawił stopę na
dzisiejszej Alasce? Nigdy się tego nie dowiemy. Ale możemy sobie
wyobrazić, co kierowało tym człowiekiem, gdy prowadził swoich
pobratymców w nieznane.
Zaczął iść wzdłuż ekranu. Każdy krok odmierzał rytm słów.
- Ciekawość. Zmysł przygody. Chęć zapewnienia swojej grupie lepszego
życia. Lojalność. Dzielność. - Zatrzymał się na środku sceny. - Odwaga.
Popatrzył po sali.
- By poczuć impuls, o którym mówił Clancy, potrzebna jest odwaga -
podjął, zwracając się wprost do widowni. - Ten rodzaj zuchwałej
dzielności, który jest przeciwieństwem wykalkulowanego rozsądku.
Rozpoczynając to, z czym dziś startujemy, i czego efekty będą znane
dopiero za wiele pokoleń, powinniśmy pamiętać o pierwszym człowieku,
który wiódł swoich ludzi przez pokrytą lodem Cieśninę Beringa. Nie był
rozsądny, ale wykazał się odwagą. Nie bał się, a jeśli nawet się bał -
zdołał pokonać strach. Mógł nie ryzykować, ale stawił czoło
niebezpieczeństwu. Mógł zostać w miejscu, ale ruszył naprzód.
Pauza, już ostatnia.
- Odwaga. To jest właśnie cecha, która uczyniła nas tym, kim jesteśmy.
Wykorzystajmy ją. "Płomień" jest po to, żebyśmy wszyscy mogli znów
poczuć odwagę. Żeby każdy z nas mógł powiedzieć sobie i wszystkim
dookoła: jestem człowiekiem, nie boję się.
Oklaski.
Townsend zaczekał, aż ucichną. Rozejrzał się - otaczała go chmura
twarzy. Na tle ciemnej podłogi i strojów odcinały się dłonie,
niezasłonięte maseczkami policzki i czoła. Kobiety, mężczyźni, od
dwudziesto- do siedemdziesięciolatków, przedstawiciele wielu ras ze
wszystkich kontynentów.
W idealnym świecie, pomyślał, mógłby zwrócić się do każdego
indywidualnie. Każdego przekonać osobiście.
Profesor lubił rozmawiać - traktował konwersację jako podstawowe
narzędzie pracy. Przywiązywał wielką wagę do kontaktów personalnych, w pełni świadomy, że zyskuje przy bliższym poznaniu. Mimo
specjalistycznego wykształcenia umiał wypowiadać się na dużym poziomie
ogólności. Potrafił też szybko sprowadzić dyskusję do sedna i umiejętnie
skracał dystans ani nie strasząc technicznymi szczegółami, ani nie
popadając w toporną familiarność.
Gdy znów się odezwał, użył innego języka, konkretnego i rzeczowego.
Celem tego spotkania, usłyszeli zebrani, jest zapoznanie się ze
strukturą organizacyjną finalnej części prac projektowych oraz
przedstawienie - na żywo - szefów poszczególnych zespołów. Później,
podczas testów statku, każdy zespół będzie na bieżąco komunikował się z pozostałymi, on zaś osobiście postara się zapewnić przepływ kluczowych
informacji.
To po pierwsze, po drugie zaś: poziom skomplikowania misji, nad którą
właśnie kończą prace, jest na tyle wysoki, że wymaga ciągłego
zarządzania ryzykiem, czyli opracowania przybliżonych szacunków
pojawiania się błędów. W jego ocenie jest to najważniejszy element
projektu, dlatego chciałby zacząć od przedstawienia wszystkim Liu Wanga,
profesora robotyki ewolucyjnej z MIT, który oprócz tego, że odpowiada za
wyposażenie jednostki, zgodził się stanąć na czele zespołu
przygotowującego zmieniający się w czasie model prawdopodobieństwa
wystąpienia usterek.
Na scenie pojawił się Wang - komputer wyłowił go z tłumu, a wszyscy
zobaczyli na ekranie.
Townsend odszedł na bok. Upił łyk wody, którą podał mu Gleb. Ledwie Liu
skończył, Al przedstawił szefa kolejnej grupy badawczej. Projektanci
napędów, inżynierowie, astrofizycy, specjaliści do spraw zarządzania
energią, geolodzy i terraformiści, programiści, trenerzy sztucznej
inteligencji, projektanci systemu zarządzania misją, projektanci kapsuł
życia, zespół medyczno-anestezjologiczny, psychologiczny, grupa
koordynująca wymianę informacji i politykę informacyjną, wreszcie, na
koniec, jego drużyna - specjaliści implementacji i - Townsend zawiesił
głos - strażnicy deadline'ów.
Po sali przebiegł cichy śmiech. Minęła już godzina spotkania, wszyscy
zaczęli się rozglądać. Albert to wychwycił.
- Czas na podsumowanie. - Poprawił rękawy.
Spostrzegł, że ledwie się odezwał, tłum naukowców umilkł. Czyli,
pomyślał, cel został osiągnięty. Miał świadomość, że wbrew temu, co
powiedział, powodem ściągnięcia tutaj tych wszystkich ludzi, prawdziwym
powodem zmuszenia ich do uaktualnienia biopaszportów, nie było jedynie
zjednoczenie ich wokół celu misji. Nie tylko danie im poczucia, że
działają w grupie, nie tylko zaznajomienie ze sobą nawzajem, ale przede
wszystkim - z nim, jego stylem zarządzania i komunikacji. Czuł, że wobec
złożoności projektu wyjątkowe znaczenie będzie miał czynnik ludzki.
A precyzyjniej - to on, jego osoba będzie miała wyjątkowe znaczenie.
Townsend patrzył uważnie na wielooką, wielogłową salę. Miał nadzieję, że
mu ufają, tak samo mocno, jak on ufał sobie.
Zerknął na zegar - z półtorej godziny, którą przeznaczył na spotkanie,
minęła już godzina dwadzieścia. Zostało dziesięć minut na pytania.
Zapaliło się światełko, jaskrawe i wyraźne. Komputer wyłowił z tłumu
pytającego.
- Doktor Evelyn Brin, psycholożka moralności z nowojorskiej Leonard
Stern School of Business - przedstawiła się trzydziestoparolatka z tylnych rzędów. - Chciałabym zaproponować dodanie do pańskiej struktury
zespołu etyków, którzy zajmowaliby się na bieżąco intuicjami moralnymi
pojawiającymi się w toku prac nad "Płomieniem". W mojej ocenie prace
takiego zespołu nie tylko pomogą uporządkować hierarchię wartości nas
wszystkich, lecz także staną się bezcennym źródłem historycznym dla... -
doktor Brin zacięła się na ułamek sekundy - ... dla przyszłych pokoleń.
Oczy, zęby, dłonie, na nie w pierwszej kolejności zwraca uwagę ludzki
mózg. Na ekranie, który Townsend miał przed sobą, widać było ciemne
źrenice, wąskie usta, lekko zaczerwienione dłonie.
Nie wolno poddać tego pod dyskusję, pomyślał.
- Proponuję, by taki zespół składał się z ochotników - powiedział
spokojnie, gdy Brin skończyła. - I pracował w wybranym przez siebie
czasie, poza ustaloną odgórnie agendą. Chętni, którzy chcieliby się w nim znaleźć, niech zgłoszą się do Nisreen Haidemi. - Wskazał swoją
asystentkę - A teraz... jeszcze jedna rzecz.
Znów śmiech uznania, odprężenia.
Townsend zerknął na podręczny wyświetlacz, powoli przesunął wzrokiem po
sali.
- Chciałbym coś państwu na koniec przeczytać. Nie muszę przypominać, kim
był kapitan James Cook i jakie znaczenie miały jego dokonania dla
osiemnastowiecznego świata. Zacytuję fragment epitafium, jakie po
śmierci kapitana wygłosił David Samwell, lekarz jego ekspedycji. -
Zrobił pauzę, by upewnić się, że audytorium go słucha. - "Angażując w służbie przedsięwzięcia cały swój geniusz, dążył do celu z niezachwianą
wytrwałością, z trzeźwym osądem, głębokim wyczuciem i absolutnym
zdecydowaniem...".
4
... z trzeźwym osądem, głębokim wyczuciem i absolutnym zdecydowaniem, w najwyższym stopniu czujny i aktywny, najpierw zobaczyłem Jake'a.
Siedział skulony na ziemi, przyciskając ramię do przepony. Krzywił się z bólu, niezadowolony, że to widać. Popatrzyłem na niego i od razu
zrozumiałem, że ten wysoki chłopak jest moim towarzyszem i że ma na imię
Jake.
Ogarnęło mnie dziwne uczucie - zdawało mi się, że widzę go po raz
pierwszy, choć przecież znaliśmy się od wieków. Miał szeroką twarz o wyzywającym spojrzeniu i posępnych, krzaczastych brwiach. Kwadratowa
szczęka zdradzała zamiłowanie do rozwiązań siłowych, zapadnięte policzki
zaś - hart ducha. Nosił znoszony mundur khaki, zabłocony, z wystrzępionymi mankietami, podarty w kilku miejscach. Do piersi tulił
naszą największą pociechę na tym złym świecie: karabin szturmowy.
Widząc, że mu się przyglądam, posłał mi ciężkie spojrzenie. Chcesz w dziób? - przeczytałem w jego wzroku. W życiu, odpowiedziałem w myślach.
Nie wiadomo, dlaczego byłem pewien, że pogróżka malująca się na twarzy
Jake'a to jego zwyczajna, zupełnie niegroźna mina.
Zsunąłem ze spoconego czoła hełm i rozejrzałem się, nieco
zdezorientowany. Krajobraz był nowy i zarazem znany. Niewysokie wzgórza,
płaskie jak piersiówka, ciągnęły się aż po horyzont. Jak okiem sięgnąć
pokrywały je wysuszone badyle. W niemrawych podmuchach wiatru ten ocean
chaszczy trzeszczał jak stara łajba, wypędzona na morze o jeden raz za
dużo. Nad nim wisiała szmata chmur, ciężkie kłęby nasiąknięte deszczem.
Przyznaję, gdybym był skłonnym do uniesień poetą, okolica zrobiłaby na
mnie ponure wrażenie. Ja jednak mam naturę praktyczną, więc tylko
rozglądałem się czujnie. Coś się nie zgadzało, choć przecież zgadzało
się wszystko. Łopiany, trawy sięgające do pasa, karłowate jarzębiny z czerwonymi kiściami, teren oferujący mało dobrych kryjówek i niewiele
naturalnego jedzenia. Znałem to wszystko, naprawdę dobrze znałem.
Wynfred, zwróciłem się sam do siebie, co ci się roi w głowie? Skupiłem
się, wytężyłem pamięć. Przecież byłeś tu wczoraj i przedwczoraj, na tych
płaskich pagórkach zarośniętych szarłatem. Przedwczoraj dostrzegłeś w oddali miasto, wczoraj Jake dostał, ale niegroźnie. Pamiętasz? Jasne,
odpowiedziałem sam sobie i dziwaczne wrażenie obcości,
najprawdopodobniej efekt odwodnienia, raz na zawsze zniknęło.
Przypomniałem sobie, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Za moimi plecami
rozpościerała się dolina, w której z godnością spoczywał trup rozległej
metropolii. Na jego skraju znajdował się ogromny budynek o znajomym
kształcie. Supermarket z oddali wydawał się nienaruszony.
- Musimy iść - kontynuowałem - musimy dotrzeć tam przed zmrokiem.
Jake się nie odezwał.
- Musimy tam iść - powtórzyłem.
- Nie musimy.
- Coś tam się znajdzie, zobaczysz.
- Nic się nie znajdzie.
Jego optymizm bywał irytujący.
- Tutaj nic nie trafimy, tam natomiast...
- W mieście nas załatwią.
Westchnąłem.
- No cóż - powiedziałem powoli - jeśli chcesz spędzić kolejną noc pod
tym pięknym niebem...
- Na razie jakoś idzie.
- Szło, do wczoraj. Od wczoraj nie idzie. Rusz się.
- Sam się rusz.
Od dawna tak właśnie wyglądały nasze rozmowy.
Umilkłem, obserwowałem okolicę. Znajdowaliśmy się w połowie rozległego
pagórka, w kiepskim, odsłoniętym terenie.
- Damy radę tutaj - powiedział Jake z naciskiem.
- Nie damy - wpadłem w jego ton. - Zresztą nie wierzę, że tego nie
czujesz. Jeśli jesteś żywy i widzisz przed sobą supermarket, musisz to
czuć.
- Co?
Zerknąłem na niego jak kłusownik rozstawiający wnyki.
- Impuls. Pragnienie poznania. Instynktowną chęć zbadania nieznanego.
Jeśli widzisz miasto, musisz chcieć tam...
Nagle usłyszałem coś za plecami.
Upadłem na ziemię, na brzuch. Odwróciłem się. Złapałem broń i przysunąłem do oka wizjer lunety. Trawy w oddali poruszały się miarowo,
widziałem je na przecięciu linii celowniczych. Zarośla, niskie krzewy,
szczyt wzgórza. I jeszcze...
Uspokoiłem oddech, liczyłem uderzenia serca. Potem dwa razy pociągnąłem
za spust.
Jake opadł na brzuch i przyczołgał się do mnie. Ledwie znalazł się obok,
złożył się do strzału.
- Trafiłem! - syknąłem, nagle zły jak osa.
- Gówno trafiłeś, Wynfred!
Poprawił, a ja liczyłem, jeden po drugim, wystrzeliwane naboje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki