Plaża dla psów - Jacek Kaczmarski

Reflow text when sidebars are open.
Grażynie i Jackowi Petryckim
Słońce oddalało się już w stronę Afryki, a Święty Piotr daleki był od ukończenia. Na szczęście popołudniowa bryza spóźniała się albo w ogóle wzięła sobie wolne tego dnia - bo inaczej Dzieło nie zostałoby dokonane. Budowniczy otarł z czoła kroplisty pot wierzchem dłoni, po czym polizał ją z lubością. Pocił się czystym ginem albo tak mu się przynajmniej wydawało. Sięgnął do przenośnej styropianowej lodówki po puszkę piwa, żeby utrwalić przyjemne uczucie oddalenia od miejsca, w którym klęczał, i pracy, której się oddawał. Zagrzechotały w zimnej wodzie resztki lodu. Nie musiał zaglądać do pojemnika, żeby wiedzieć, że pływały w nim jeszcze tylko dwie puszki.
Chłodne piwo błyskawicznie prześlizgnęło się przez jego organizm i wystąpiło na rozpalone czoło. Poprawił opaskę podtrzymującą niesforne kudły, siwe na czubku głowy, czarne, lśniące i zlepione na karku i za uszami. W przepasce zrobionej z wzorzystej chusty (jednej z niewielu rzeczy, które wziął ze sobą z innego świata) tkwiły, poutykane dookoła czaszki, narzędzia pracy: snycerskie dłuta, nożyki o najróżniejszych ostrzach przedziwnego kształtu, wystrugane przezeń z lipowego drewna, kilka pędzli ze sztywnym włosiem. Z daleka mógł uchodzić za Indianina odprawiającego modły do Słońca w wyjściowym, choć przetrzebionym przez czas, pióropuszu. Zresztą - z przedramionami, jakby dopiero co wyjął je z wrzątku, i guzowatą bryłą twarzy podobną do kalafiora zanurzonego w barszczu - zasługiwał na miano czerwonoskórego.
Masyw Bazyliki z grubsza był gotowy. Wyrastał z chaotycznie pofałdowanych płaszczyzn piachu jak obietnica trwałości; górował nad hałdami wyschniętych wodorostów, nad zdechłymi rybami i psim gównem, nad pogniecionymi puszkami po piwie, zgubionymi majtkami, klapkami i jednorazowymi strzykawkami - niby pomnik triumfu wyobraźni nad normalnym biegiem rzeczy. Budowniczy lubił ten moment osiągnięcia wizji ogólnej. Teraz czekało go jednak wejście w szczegół, w dziesiątki szczegółów, przy których nie mógł sobie pozwolić na najmniejszy błąd.
Sięgnął po plastikową butelkę po preparacie do mycia okien i płynem własnego pomysłu spryskał bryłę Bazyliki. Mokry piach, w którym rzeźbił, wysychał równie szybko, jak szybko skóra Twórcy pokrywała się oleistą wilgocią. Obsuwał się wówczas z krawędzi z denerwującą, niespieszną nieuchronnością i gmach tracił swój wyrazisty rysunek. Zwilżony - dawał się kroić jak tort; dlatego nieobecność wiatru była błogosławieństwem.
Budowniczy wzniósł rękę nad głowę i na ślepo sięgnął po właściwe narzędzie - wąską metalową szpachelkę o ostrzu cienkim jak bibułka papierosa. Spokojnymi ruchami, z niewyobrażalną cierpliwością, której nauczył się w innym świecie, zaczął szkicować kolumny, okna i łuki kopuły Michała Anioła. Nie miał ze sobą żadnych rysunków, żadnych planów. Proporcje, kształty, odległości znał na pamięć. W końcu kiedyś miał nadzieję, że stanie się Architektem, nie Indianinem.
W miarę jak słońce zniżało się nad horyzont (teraz chyba całą siłą pali Madagaskar), cienie wydłużały się i pogłębiały. Bazylika nabierała przestrzenności, chwytała złocistoróżowe blaski i podchodziła sinozielonym chłodem. Wzmagał się senny syk fal. Między placem budowy a brzegiem oceanu beztroskim truchtem zaczęły przebiegać psy. Za psami pojawili się ludzie. Plaża nabrała charakteru ruchliwej promenady z gwarem witających się głosów, karcenia niesfornych ulubieńców, przywoływania do nogi rozochoconych Fidów, Reksów i Dian. W poprzek tego plebejskiego rejwachu milczący młodzieńcy w kąpielówkach z godnością prowadzili do morza wyścigowe konie pełnej krwi, wyszczotkowaną arystokrację lśniącą miedzianym blaskiem na wygiętych szyjach i muskularnych zadach.
Budowniczy zdawał się nic nie widzieć i nie słyszeć. Nieświadomym gestem odpędzał psa, który podnosił nogę nad kolumnadą Berniniego, grożąc jej niszczącym potopem. Nie reagował na okrzyki podziwu z ust tych, co podchodzili, by przyjrzeć się jego dziełu. Nie dostrzegał nawet albo udawał, że nie dostrzega, jak niektórzy z nich rzucają drobne monety na porzuconą obok pojemnika z piwem czapkę, biorąc go za jeszcze jednego niedzielnego artystę, co zarabia na porannego kaca publicznym pokazem swego kunsztu. Nie miał czasu. W innym świecie, gdzie czas był w rękach ludzi, pracował tak skrupulatnie i powoli, jak tylko potrafił. Tu termin wyznaczał księżyc.
Zmierzch jak zwykle przyszedł nagle. Przezroczysty, akwamarynowy mrok, w którym wszystko jeszcze jest widoczne. Syk fal się wzmógł i pociągnął chłodnym dreszczem po spoconych plecach Budowniczego. Ludzie, psy i konie zniknęli, jakby ich w ogóle nie było.
Zdrętwiały i jak zawsze w tym momencie śmiertelnie wyczerpany, wstał i mruknął coś do siebie w swoim języku, języku innego świata; coś, co zabrzmiało jak niechętna modlitwa. Potem schylił się po czapkę z drobniakami i lodówkę pełną letniej wody i odszedł w głąb plaży, pod wydmy, by zyskać właściwą perspektywę. Otworzył przedostatnią puszkę.
Bazylika Świętego Piotra rysowała się teraz ostrym, jakby wyciętym z kartonu, czarnym konturem na tle jarzącego się neonowymi majakami oceanu i cynobrowej, ognistej krechy, niby otwartej rany między horyzontem a niebem. Z lekkiego wzniesienia, na którym siedział, Budowniczy mógł z całą wyrazistością obserwować, jak ciemne lśnienie fal powoli zbliża się do jego dzieła, okrąża je, sycząc nieufnie, cofa się i znowu naciera. Nieprzebrane mroczne armie, nieświadome tego, co za chwilę, za dwie - w swoim czasie - zniszczą. Pojedyncze strumyki otoczyły już gmach, podchodząc brudnymi, pieniącymi się mackami pod Spiżową Bramę. Następna fala podmyła pierwszą kolumnę, która bezszelestnie osunęła się w piach, pociągając za sobą kunsztownie odtworzoną rzeźbę któregoś z apostołów.
Przez jakiś czas wydawało się, że budowla oprze się leniwemu i pozbawionemu agresji oceanowi. Budowniczy wiedział, że zawsze tak się dzieje. Koniec nadchodził późno i niespodziewanie, ale zawsze nieuchronny i szybki. W poświacie, która była już tylko odbiciem nieobecnego słońca - albo może litościwą kontrybucją rządzącego przypływami księżyca - kopuła Bazyliki zapadła się nagle, jakby wessana przez ogrom własnego pustego wnętrza, a za nią zapadły się resztki potężnych murów z piasku. Kolejna fala omiotła już tylko żałosne gruzowisko, hojnym niedbałym gestem zacierając wszelkie ślady.
Budowniczy wzniósł toast ostatnią puszką piwa.
- Jeeez! Co za facet! - zawyło coś w środku Wendy na widok jej najnowszego klienta. Zawyło już drugi raz z rzędu.
Kiedy pojawił się dzień wcześniej, zajęta była malowaniem paznokci, rutynową czynnością w martwym sezonie, i po kolejnej awanturze z Rogerem. Ostre przedpołudniowe słońce września przedostawało się przez story pionowymi paskami, w komputerze pływały rybki. Dmuchała właśnie na pieczołowicie nałożony szkarłat wieńczący wskazujący palec lewej ręki. Nagle poczuła, że ktoś stoi pomiędzy nią a światłem, i usłyszała głos:
- Uważaj, bo rozpalisz ognisko.
Podniosła oczy i zobaczyła kontur faceta, nieprzestrzeloną tarczę strzelniczą w kształcie mężczyzny, obrysowaną świetlistą kreską. Kreska była gładka na ramionach (koszula z jedwabiu!), postrzępiona w złociste strzępki wzdłuż rąk i nóg. Wokół głowy zamieniała się w mgłę o barwie brązu, bo tarcza strzelnicza miała brodę i włosy w atrakcyjnym nieładzie.
- Hej, jestem Ian.
- Hej, jestem Wendy - powiedziała, a Ian wyłuszczył jej swoje potrzeby.
Nie bardzo słuchała, bo cały czas zastanawiała się, o co mu chodziło z tym ogniskiem. Z całą pewnością jakiś zagraniczny dowcip. Australijczycy nie mieli zwyczaju rozpoczynania rozmowy z nieznajomą od żartu. Chyba gówniane gnojki w rodzaju Rogera i jego paki. Ale ich rozpaczliwe wysiłki, żeby się wydać dowcipnym, krążyły wokół żeńskich szczegółów anatomicznych i bynajmniej nie wymagały zastanowienia. Głowiła się więc nad tym nieszczęsnym ogniskiem, kiedy stojący nad nią mężczyzna kulturalnym, spokojnym tonem o drażniącej, ale raczej tajemniczej niż przykrej barwie obcości tłumaczył, czego poszukuje. Jego wymagania nie różniły się zresztą od oczekiwań innych klientów Wendy. Z uprzejmą obojętnością umówiła się z nim na następny dzień. Niech sobie nie myśli, że tak jej na nim zależy. A zależało! W jej zawodzie, przy rynku znieruchomiałym jak powietrze w samo południe, jadło się z okien kit.
Na razie miała jeszcze na sałatkę grecką i białe wino, a Roger nie przyszedł na noc do domu, toteż mogła sobie spokojnie porozmyślać na lemat nieznajomego. Millie, która widziała go z profilu, kiedy wychodził, przewróciła zabawnie oczami i wzniosła kciuk do góry. Ale Millie zachwycała się wszystkimi facetami, może dlatego, że tak naprawdę miała tylko jednego, a ten jeden na jej nieszczęście był jej mężem. Ian nie wyglądał na żonatego, chociaż musiał mieć koło czterdziestki. Jeśli nawet zdarzyły mu się jakieś żony, to najwyraźniej nie wyrządziły wielkich szkód. Zauważyła jednak, że ubrany był z niedbałą starannością, tak jakby ktoś się nim zajmował albo on miał się dla kogo zajmować sobą. Zdecydowanie nieaustralijskie - uznała Wendy, wydłubując widelcem oliwki z sałatki greckiej. Okej, jedwabna koszula z krótkimi rękawami, dżinsy ucięte do pół ud (świetne uda, owłosione bez przesady), klapki; tyle zdążyła zobaczyć, kiedy się znalazł w pełnym słońcu; niby norma, ale ciut za bardzo normalna, jakby się przebrał za Australijczyka. Australijczycy nie chodzą takim zdecydowanym krokiem, sugerującym, że za rogiem czeka ich życiowy cel, a ci, co tak chodzą, nie noszą szortów i klapek, tylko garnitury, i też przeważnie nie są Australijczykami z urodzenia. Nie opowiadają niezrozumiałych dowcipów na dzień dobry, no i akcent, chłopcze - uśmiechnęła się Wendy do kieliszka wina - akcent cię zdradzi, właśnie tu, gdzie każdy mówi po swojemu.
Kojarzy mi się z jakimś aktorem, ale to nie aktor - pomyślała jeszcze przed snem. Nie sportowiec, sportowcy w jego wieku mają kłopoty z sylwetką. Zresztą każdy swój kolejny obiekt zainteresowania kojarzyła Wendy z jakimś aktorem lub sportowcem, telewizja upubliczniała wszelkie możliwe typy wspaniałych drani, i jak dotąd - żaden z nich nie pozostawił w jej życiu nic godnego uwagi. No, poza Rogerem. Za jakie grzechy?
- Jutro przyjrzę ci się z bliska - powiedziała głośno rzeczowym tonem mimo podniecenia winem i wyobraźnią - i pewnie się okażesz seryjnym produktem z przeceny z ukrytą wadą. Wiele jeszcze zależy od tego, co to za wada - mruknęła na koniec, nieświadomie ćwicząc swój uwodzicielski głos.
I oto siedział obok niej w samochodzie, taki jak wczoraj, tylko trójwymiarowy, oświetlony z profilu, którym zachwycała się Millie. W zasadzie nic szczególnego. Młody Nicholson, zanim na twarz wystąpiły mu łajdactwa postaci, jakie grał, rozkoszując się kolejnymi progami deprawacji. Dojrzały chłopiec, z ustami przeznaczonymi do całowania i smakowania słodyczy, ale ze śladami ciosów, jak u Vala Kilmera. Oczy trochę smutne, trochę skurwysyńskie, rozglądające się z uwagą po mijanej okolicy.
- Skąd jesteś, Ian? - zapytała tym swoim specjalnym głosem, który nie zabrzmiał jednak tak dobrze jak wczoraj przed snem.
- Zza mórz - odpowiedział, z uśmiechem używając australijskiego zwrotu mogącego oznaczać Europę, Amerykę, a równie dobrze Afrykę czy Chiny.
Dobrze, chłopcze. Spróbujemy inaczej.
- Twój akcent. To niemiecki czy francuski?
- Mieszkałem w Niemczech. I we Francji też.
- Pora na Australię? Na długo?
- Skoro kupuję dom, to chyba na stałe. - Spojrzał na nią poważnie, tak że poczuła się skarcona.
Też mi argument! Dom się kupuje, dom się sprzedaje, panie Światowy. Ale zrozumiała aluzję. Przytrzymując kierownicę kolanami (krótka czarna spódnica i dobre nogi w opalizujących rajstopach), wyjęła z torby komputerowe wydruki.
- Znalazłam kilka propozycji, które ci powinny pasować. Zakreślone na czerwono.
- W kolorze paznokci? - zareagował automatycznie.
Dodała gazu, rajstopy zaszeleściły i strzeliły elektryczną iskierką.
- Ja jestem Irlandką. To znaczy ojciec jest Irlandczykiem, matka Francuzką. Ale urodziłam się tutaj.
- Katoliczka? - spytał znad wydruków obojętnie.
Oniemiała. Co to go obchodzi? I zaraz zdała sobie sprawę, że w obramowaniu rozpiętego, urzędowego żakietu, na śmiałym dekolcie, któremu (ku umiarkowanej satysfakcji) poświęciła rano pół godziny, spoczywa jej złoty krzyżyk. Nieźle tam wyglądał.
- W Australii nie pyta się ludzi o wyznanie - powiedziała głosem żartobliwie karcącym. Przynajmniej chciała, żeby tak zabrzmiał.
- Przepraszam.
Znów ten poważny, szczery ton dobrze wychowanego dziecka. Jeśli on jest katolik, to dupa blada. Nici z flirtu. Będzie miał opory. Ukryta wada seryjnego produktu. Nagle przyszło jej do głowy, że on może pochodzić z któregoś z tych dziwnych krajów (jak jej Irlandia nigdy niewidziana na własne oczy), gdzie religia to to samo co tożsamość. Tylko co to za kraje?
- Znajdziesz tu każdy Kościół, jak zechcesz - rzuciła od niechcenia - wystarczy zajrzeć do książki telefonicznej.
- Nie, dzięki... oj, jak pięknie!
Skręcili właśnie w ulicę prowadzącą po łagodnym stoku w dół, w stronę morza. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a na niemal stojącą wodę oceanu słońce kładło przenikliwie biały blask w kształcie wrzeciona. Nieregularne szeregi spadzistych dachów opadające ku plaży prowadziły wzrok ku brzegowi, gdzie prawie czarne z tej odległości pinie przekomarzały się z ową świetlistością, sięgającą aż po horyzont. Wendy nie widziała w tym nic pięknego. Oglądała takie obrazki dzień w dzień. Pocztówka z Perth.
- To jest mój Kościół - oświadczył Ian.
Zanim Wendy udzieliło się jego wzruszenie, zdążyła jeszcze pomyśleć, że w każdym razie to nie południowiec. I Bogu dzięki - nawet jeśli religijny, to nie w zwyczajowym znaczeniu tego słowa.
Ian nie był południowcem, ale nie po raz pierwszy zachwycał się egzotycznym wybrzeżem. Ocean zawsze miał na niego kojący, magiczny wpływ. Może dlatego, że pozwalał oderwać wzrok od tego, co się działo na ziemi. Gdzie to po raz ostatni pomyślał: "Oj, jak pięknie!", mając portki pełne strachu? Kolumbia? Cejlon? Angola? Nie, hekatomby na plażach Afryki Zachodniej obsługiwał dawniej; wtedy jeszcze tak bardzo się nie bał, ale zachwycać się niezależnie od okoliczności już potrafił. Dubrownik? Te dachy spadające do Adriatyku, obsuwające się w jakieś księżycowe leje, okropny smród, krzyk, wybuchy, czyjaś krew rozsmarowana na asfalcie, a mimo to uczucie zadziwienia słońcem opartym nad morzem na łodydze własnego odbicia, od niechcenia zamieniającym kożuchy dymów z rozbitego miasta w zdumiewające fantasmagorie. Zdążył dostrzec, podnieść i zachować odprysk rzymskiej mozaiki, którą właśnie słoneczny odblask wydłubał spomiędzy zapylonych gruzowisk.
Tu jednak nie musiał w oceanie szukać ucieczki od tego, co ludzie robili ze sobą z takim upodobaniem. Chyba od tej wypindrzonej dzidzidupki o krwawych paznokciach. Tak się stara, tak się spieszy. Do czego? Ma jeszcze parę lat przed sobą. Chyba że to mizdrzenie się jest częścią usługi. Prędzej kupi dom od irlandzko-francuskiej pośredniczki o świdrujących oczach niż od otłuszczonego fryzjera z popękanymi żyłkami na nosie. W końcu wczoraj w agencji mógł podejść do tej drugiej panienki. Miała twarz i figurę, których się nie zapamiętuje. Ale podszedł do Wendy.
- Domy z widokiem na ocean są oczywiście droższe - mówiła, strzelając tymi swoimi rajstopami - ale z drugiej strony to pewna inwestycja. Za pięć, sześć lat...
- Słuchaj, Wendy - przerwał uprzejmie i wbrew sobie położył rękę na jej nadgarstku, tym od zmiany biegów - szukam domu dla siebie, tylko dla siebie i na stałe. Uwierz mi, to nam oszczędzi czasu i sił. Nie chcę oglądać inwestycji.
Zarumieniła się jak nastolatka. Albo jak pośredniczka przyłapana na starym kupieckim chwycie podsycania apetytu klienta kolejnymi atrakcjami, aż kupi coś, czego nie chciał i nie potrzebował, ale za to bardzo drogo. W końcu pracowała na procent od ceny sprzedaży.
- Zakreśliłaś tu - ciągnął dalej, bezlitośnie wskazując na wydruki - domy z czterema sypialniami, dwiema łazienkami, warsztatem, pokojem gier, basenem i mnóstwem literek, których nie rozumiem. Nie o to mi chodzi.
Przełknęła ślinę. Chyba się nie rozpłacze? Nie umiał się zachować wobec kobiecych łez. I znów wbrew sobie powiedział coś, co było oczywistą kokieterią:
- Chcę czegoś niewielkiego, przyjemnego, odpowiedniego dla samotnego mężczyzny w średnim wieku o niewielkich wymaganiach.
- Jeśli chodzi o wybrzeże, to to są akurat duże wymagania. - Uśmiechnęła się, słysząc najwyraźniej to, co chciała usłyszeć.
- Ale spróbujemy je zaspokoić. Mamy czas.
Pozostała przy swoim. Pierwszy dom był oczywiście za duży, choć tak przeładowany ozdobną stolarką, stiukami, wnękami, kolorowymi szybkami, postumentami na doniczki i tapetami, że wydawał się ciasny. Wendy otwierała przed nim drzwi do każdego pokoju i puszczała go przodem, tak by musiał przesunąć się tuż koło niej i docenić robocze perfumy. Docenił ogrom pracy, jaką wykonała tego poranka: zmarszczki zatuszowane kremem, a w kącikach oczu makijażem, precyzyjnie obrysowany kontur ust, tak by nie opadały w wyrazie bolesnego rozczarowania, przypudrowane piegi na dekolcie. To go nawet trochę poruszyło. "Jednak musi się spieszyć" - pomyślał.
- Dla mnie... zbyt ozdobne - powiedział, nieśmiało wskazując na rzeźbione w czerwonym drewnie ciężkie boazerie i brokatowe kotary ze złocistymi kutasami.
Wyobrażał sobie, że Wendy oblicza w myślach wysokość swojej premii, i przykro mu było, że musi ją rozczarować.
- Tak myślałam - uśmiechnęła się beztrosko - ale nie zaszkodzi spróbować. Nie masz pojęcia, co się czasem ludziom podoba. Przeważnie to, co do nich zupełnie nie pasuje.
"Więc ona wyobraża sobie, że już wie, co do mnie pasuje. Dobrze, zobaczymy, co będzie dalej".
Drugi dom zasługiwał na jedno tylko słowo: szpan. Kwintesencja tego, co architekt uważał za nowoczesność, która krzyczy, że jest nowoczesnością. Białe, ponakładane na siebie wielokątne bryły z dużymi oknami z przyciemnionego szkła, brak drzwi, niespodziewane półpiętra i skośne perspektywy, wrażenie szpitalnego labiryntu pozbawionego kątów prostych. Nawet jedyne okno wychodzące na ocean miało trójkątny kształt. Wszystko oczywiście bardzo efektowne i Ianowi przyszło do głowy parę osób, które padłyby z zazdrości, widząc go w takim otoczeniu. Wendy przyglądała mu się bez słowa. Ona pasowała do tych wnętrz czy też wnętrza pasowały do niej, wciśniętej w czarną, krótką spódniczkę i żakiet, w jaskrawą bluzkę zgraną z kolorem ust i paznokci. Poczuł się obiektem testu.
- Szukajmy dalej. - Zaprosił ją gestem w stronę drzwi, świadom, że daje się wciągnąć w grę, która sprawia mu przyjemność. - Wolałbym więcej szorstkości, surowości, jeśli wiesz, co mam na myśli.
- To, czego szukasz, to tak zwany dom z charakterem. - Wendy najwyraźniej wyczuła w jego nastroju zmianę i odzyskała pewność siebie. - Nie ma ich wiele, bo kiepsko się sprzedają. Ktoś buduje dla siebie, tak jak lubi, i potem - jeśli z jakichś powodów musi się tego pozbyć - nie znajduje kupca. Trzeba mieć fart, żeby trafić na drugiego siebie.
Ale trafili. Późnym popołudniem, kiedy światło nabiera tej przedwieczornej głębi, z banału czyniącej tajemnicę. To, a może i zmęczenie Iana, sprawiło, że niewielki domek z rudej cegły zdawał się spełniać wszelkie wymagania. Miał trzy pokoje, kuchnię połączoną z salonem i jedną łazienkę. Z przodu ocieniały go młode cyprysy, płonące teraz jak wysokie świece, z tyłu oddychał w cieniu niewielki, egzotyczny ogródek. Typowo angielski wykusz okienny w gabinecie (Ian wiedział od razu, że tu stanie jego biurko) wychodził na łagodną wydmę porośniętą dzikimi nadmorskimi krzewami, za którą w nie znającym umiaru barbarzyńskim przepychu rozwalał się Ocean Indyjski. Ian chodził po pokojach, które już uznawał za swoje, i po raz pierwszy od - ilu? - z górą dwudziestu lat miał pewność, że jest u siebie. Dom miał skośny, wzmacniany drewnianymi belkami sufit w salonie, okna, okna i znowu okna na wszystkie strony świata, ściany z surowej cegły i tę wiele mówiącą ciszę, co wiernie przechowuje głosy zamieszkałych tu niegdyś ludzi. Pewnie, że dał się ponieść uczuciom i wyobraźni, ale... kiedy to ostatni raz doświadczył takiego uniesienia?
Jedynym zgrzytem była szafa w sypialni. Zajmowała całą ścianę i - zamykana na przesuwane lustra - odbijała okropnie brzydkie podwójne łoże, nasuwające skojarzenia z domami schadzek z czasów Toulouse-Lautreca.
- Możesz to wyrzucić - odezwała się Wendy głosem z odpowiedniej epoki, jakby we właściwej chwili dała o sobie znać francuska krew jej matki - ale chyba zatrzymasz, póki nie znajdziesz czegoś bardziej odpowiedniego dla samotnego mężczyzny w średnim wieku o niewielkich wymaganiach...
Poczuł jej paznokcie we włosach i malinowy smak szminki. Serią elektrycznych trzasków odezwały się jej opalizujące rajstopy.
"Psiakrew! - pomyślał. - Czemu nie?".
- Znowu czuć psie gówno. - Chris rozsiadł się w swoim fotelu, pilotem włączył panoramiczny telewizor i otworzył sobie puszkę Carltona.
Ekran wypełnił się biegającymi we wszystkie strony ludzikami, którymi rządziła, jak się zdawało, jajowata piłka. Od kiedy mieszkał w Australii, nie udało mu się zrozumieć zasad tutejszego futbolu, ale lubił spędzać popołudnia, jak jego zdaniem spędzać je powinien rodowity mieszkaniec tego kraju.
- Nie pij - usłyszał z kuchni głos Lizy. - Zaraz trzeba jechać po dziewczynki.
- Co mam na myśli, to to, że znowu czuć psie gówno - powtórzył Chris z naciskiem. - Nie po to z naszych podatków rada miejska płaci za kubły na łajno i za te plastikowe torebeczki, żeby przy byle południowym wietrze zasmradzało nam dom za trzysta tysięcy.
- Lena ma dzisiaj balet, Karla ceramikę, a Anna skrzypce. Obiecałeś im, że tym razem ty je zawieziesz. Chcą się przed tobą popisać.
- Gdyby ci, których stać na domy w tej dzielnicy, mieli córki zamiast psów, toby nie śmierdziało gównem. Co mam na myśli, to to, że wszystko dobre, ale w miarę. To państwo ma rozsądne przepisy dotyczące zwierząt i zupełnie bezsensowne dla ludzi nieprzestrzegających przepisów. To mam na myśli.
- Dziewczynki też chcą psa - podniosła głos Liza, żeby przekrzyczeć hałas kuchennego robota szatkującego cebulę.
- Żebym miał co robić, jak już przywiozę Lenę z baletu, Karlę z ceramiki i Annę ze skrzypiec. Z drugiej strony, jak się tak zastanowić, to gdyby w tej dzielnicy wszyscy mieli córki zamiast psów, to śmierdziałoby marihuaną, a na plażę trzeba by było zakładać buty narciarskie, żeby nie nadziać się na strzykawki. Z całego miasta zjeżdżałaby hołota na motorach i tych rozpadających się jeepach. Po zmroku można by pobierać opłaty za wstęp na plażę. Wyobrażasz sobie, co za interes?
- Twoje interesy... - westchnęła Liza, uruchamiając mikser.
- Co mam na myśli, to to, że za wiele rzeczy w tym kraju jest za darmo. Ja musiałem na wszystko zarobić. Własną pracą. I zarobiłem. Człowiek nie szanuje tego, co ma za darmo. Gdyby za tę plażę dla psów trzeba było płacić, to nagle by się okazało, że pies niekoniecznie wart jest takiego poświęcenia. A ci, dla których byłby wart, grabkami wybieraliby to, co ich ukochany wyknocił.
- Jedź już po dziewczynki, Chris.
- Za bardzo się przejmujesz wszystkim naraz - mówił dalej Chris, dopijając piwo, gasząc telewizor, zmieniając domowe pantofle na rozdeptane, poplamione adidasy. - Dziewczynki poczekają, obiad nie musi co dzień składać się z pięciu dań, odkurzać możesz raz na tydzień, a do ogrodu weź sobie pomoc. Stać nas na to, po to pracuję. Do prasowania też. - Zatrzymał się w drzwiach. - A ten smród obniża wartość domu. Mamy nowego sąsiada. Przywieźli skrzynie. Ciekawe, czy ma psa.
Wychodząc z domu, Chris jak zwykle z zadowoleniem spojrzał na fronton swojej siedziby. Białe gipsowe kolumienki zgrabnie podpierały balkon otoczony balustradką ze sztucznego marmuru, zwieńczoną kopiami antycznych rzeźb. Na środku nienagannego trawnika (trawa nie chciała się przyjmować, co roku trzeba było kłaść nowy) wznosiła się trzystopniowa fontanna z piaskowca, z której szczytu pluły wodą na świat trzy delfiny, uchwycone w skomplikowanych ewolucjach. Fontannę uruchamiał co wieczór na dziesięć minut automat, ale można też było, na przykład na wypadek ważnej wizyty, włączyć ją ręcznie. Skrzynka pocztowa miała kształt budki dla ptaków; była umieszczona w rozwidleniu uschniętego drzewa, ale wykonana została z nierdzewnego metalu. Całość korzystnie różniła się od sąsiedniej zaniedbanej posesji, gdzie resztki trawy znikły pod dwiema ogromnymi skrzyniami, wokół których dość bezradnie kręcił się nijaki facet w jedwabnej koszuli i krótkich, obciętych do pół ud dżinsach. Nie wyglądał na kogoś, z czyjego sąsiedztwa będzie pożytek. Ale Chris gotów był zaoferować mu kredyt swojej sympatii.
- Potrzebujesz elektrycznej wiertarki - zawołał z pobłażaniem i zamiast wsiąść do samochodu, wszedł do garażu, gdzie w idealnym porządku trzymał swoje narzędzia. Założył świeżą baterię, sięgnął jeszcze po łom (facecik nie pomyślał pewnie nawet i o tym) i spokojnym krokiem człowieka znającego się na rzeczy przekroczył granicę posesji.
- Hej, jestem Chris.
- Hej, jestem Ian. Daj spokój, poradzę sobie...
- Nie ma sprawy. Od czego są sąsiedzi? Porządne skrzynie. - Chris obrzucił wzrokiem sosnowe wiązania. - Z Europy?
- Z Europy.
- Jak my wszyscy. - Pierwsze śruby z wizgiem wyskakiwały z desek jak łuski z automatycznej broni. Chris czuł, że facecik patrzy na niego z mieszaniną onieśmielenia i podziwu. Lubił to. Zawsze tak na niego patrzono. - Co by ta Australia bez nas zrobiła? Te biedne czarnuchy i żółtki? Co mam na myśli, to to, że pierwsze pokolenie imigrantów z Europy urobi sobie ręce po łokcie, żeby się urządzić. Takie jest prawo natury. Każdy chce mieć lepiej. A już następne tylko by korzystało z gotowego. Zasiłki, stypendia, plaża, darmowe leczenie. W porządku, niech mają. Tylko ktoś musi na to zarobić. Więc co jakiś czas znowu trzeba wpuścić do raju trochę siły roboczej. Ale właśnie z Europy. No, może jeszcze z Ameryki, jednej i drugiej. Białych. Bo inaczej wszystko diabli wezmą. Żółty nie śpi. A muzułmanie? Rodziny po dwadzieścia osób, a do pracy jeden niepijący. Ani się obejrzymy, będzie tu Azja. Mam rację?
Zgrzyt wiertarki zagłuszył odpowiedź Iana, ale Chris nie miał wątpliwości, że była twierdząca.
- Mnie nie trzeba mówić, co jest warta myśl białego człowieka. Ja jestem Grek, wychowałem się w Polsce, w komunizmie, wyobrażasz sobie? Żonę mam z Węgier, ale człowiekiem się poczułem dopiero w Ameryce. Kiedyś ci to wszystko opowiem. Sam doszedłem do tego, co mam. Od zera, z dwójką dzieci i niemowlęciem przy piersi. Co mam na myśli, to to, że człowiek - ale uważasz: Człowiek! - zdolny jest do niezwykłych rzeczy. Byle mu dać szansę. Byle sam sobie potrafił dać szansę. No. A teraz łomem.
Frajer, jak się okazało, miał łom i we dwóch odwalili całą ścianę pierwszej skrzyni.
W środku, od góry do dołu, wzdłuż i wszerz piętrzyły się pękate kartonowe pudła.
- Łał - sapnął Chris - będzie trochę roboty z przenoszeniem tego. O tej porze roku zdarzają się jeszcze deszcze - i chwycił pierwszy z brzegu karton. Oklejająca go brązowa taśma puściła z żałosnym mlaśnięciem i na trawę wypłynęły barwną strugą książki poprzekładane gazetami.
- Ostrożnie! - krzyknął Ian poniewczasie i schylił się niepotrzebnie.
Odruchowo podniósł pierwszą z brzegu książkę i zaczął ją przeglądać. Chris zgniótł stopą puste pudło na płask i odłożył je na bok.
- Za duży format kartonu na taki ciężar - orzekł. - Kto to pakował?
- Żona - mruknął Ian, zbierając pogniecione wycinki gazet.
- To i żona powinna rozpakować. Kobiety mają małe pojęcie o pakowaniu. Myśmy się przeprowadzali już z dziesięć razy, za każdym razem z coraz większą ilością rzeczy i zawsze mówiłem: "Dzwoneczku, od tego to się trzymaj z daleka". Żona dojedzie? - Ian nie odpowiedział, zajęty gazetami, więc Chris kucnął, zebrał kilka książek na równy stosik i spojrzał na piętrzącą się nad nimi skrzynię.
- To wszystko książki?
- Książki, papiery, prasa. Wiesz, dzięki wielkie za pomoc, ale ja to sobie wszystko powoli...
- A w tej drugiej skrzyni?
- Też.
- Niewiele do urządzenia całego domu. Będziesz musiał wszystko kupować. Nie lada wydatek. Trzeba się było kogoś poradzić, niektóre rzeczy są znacznie tańsze w Europie. Sprzęt elektroniczny, porządne meble. Tak się wydaje, ale wszystko kosztuje.
- Mam łóżko po poprzednim właścicielu.
- To dziwne, że zostawił. Wesoło tu bywało u niego. Jak się tak zastanowić, to dobrze trafiłeś z tym domem. Co mam na myśli, to to, że on też miał książek od cholery. Tylko jak się wyprowadzał, to pakował w mniejsze kartony albo w torby na śmieci. Książki w domu to problem. Zbierają kurz i zapachy. A tu, bywa, że ciągnie od tej plaży dla psów. Pewnie już zauważyłeś. Nic dziwnego, że facet całymi dniami siedział w ogrodzie. To widać. Będziesz miał krzyż pański, żeby to wszystko nie zmarniało, zwłaszcza latem. Woda też kosztuje. Jak się tak zastanowić, to i książki są drogie. No, ale trzeba mieć pieniądze, żeby siedzieć w domu i czytać.
- Ja już to wszystko przeczytałem - powiedział Ian z lekkim rozdrażnieniem, ostrożnie wyciągając ze skrzyni następny karton.
- To znaczy robisz w tym? Czekaj, we dwóch będzie łatwiej. Może tu, do garażu. Samochód może stać na podjeździe, tu nie kradną. Jak będziesz sobie kupował samochód, to powiedz. Poradzę. Można się nieźle naciąć. Ja szanuję ludzi, którzy czytają. To znaczy myślą. No i trzeba myśleć, żeby żyć z myślenia. Chociaż jak się tak zastanowić, to niewiele z tego pożytku. Co jeden naplącze, to drugi odkręci, i komu tu wierzyć? Ale to na pewno ciężka praca. Inaczej tak dobrze by za to nie płacili. Jest popyt, musi być podaż, to jasne. Ale samymi książkami człowiek nie żyje. Trzeba jeść. Co mam na myśli, to to, że przede wszystkim musisz sobie kupić lodówkę. W tym klimacie wszystko się natychmiast psuje. Latem nawet chleb trzeba trzymać w lodówce, bo wyhodujesz sobie karaluchy. Mamy lodówkę na werandzie, możesz sobie ją na razie wziąć. Stara już, to nawet ci za nią nie policzę. Ale jakbyś potrzebował, nie wiem - krzesła, półki... Półki możesz sobie zrobić z tych skrzyń, mam narzędzia, jakie chcesz. Popatrz, znowu pękł...
Z rozwartego jak luk bombowca kartonu wyśliznął się lśniący, czarno-biały strumień zdjęć. Wszystkie przedstawiały ludzi. Martwych ludzi, szeregami i pojedynczo. O powykręcanych sylwetkach, zdeformowanych twarzach, o fakturze ziemi.
Chris zamilkł i spojrzał na Iana. Ten wzruszył ramionami.
- Materiały do książki.
Pozbierali zdjęcia i wzięli się do następnych kartonów. Chris był wyjątkowo ostrożny. Chwytał je od dołu i podnosił jak w każdej chwili gotowe wybuchnąć miny.
- No, ja tej książki w każdym razie nie kupię - odezwał się po dłuższym czasie z wymuszoną pogodą. Dobrze, że tu nie ma moich córek. Nie spałyby całą noc. Po byle horrorze przybiegają do nas z płaczem. Cholera! Córki!
Od strony jego domu dało się słyszeć podwójne trzaśnięcie drzwi: wejściowych i od samochodu. Obaj podnieśli głowy akurat na czas, żeby w mijającym ich jeepie cherokee zobaczyć nieruchomą twarz Lizy.
- Moja żona - wyjaśnił Chris. - Miałem jechać po dziewczynki. No, ale za to mam teraz czas. Co mam na myśli, to to, że jeśli się coś zaczyna, to po to, żeby skończyć, nie?
Dave nie lubił Rogera i bał się go. Roger starał się, żeby się go bano. Wysoki, barczysty i przystojny, jeśli ktoś gustuje w typie Christophera Lamberta, nosił trzydniowy zarost, kolczyk w uchu, nabijany ćwiekami pas czy to do czarnych skórzanych spodni, czy do szortów, i ciężkie buty pobrzękujące grubo kutymi posrebrzanymi sprzączkami. Kogoś udawał, to jasne, może zresztą nie Lamberta, tylko Banderasa, bo często powtarzał, że chętnie posunąłby Melanie Griffith; ale to udawanie nie obejmowało li tylko wyglądu zewnętrznego. Każdy dzień zaczynał od dwóch godzin na siłowni, kac nie kac, surfował jak młody bóg, grał w kosza jak Murzyn z Brooklynu i - według tego co mówił - jak nic grałby w narodowej reprezentacji footie, gdyby nie zwierzęca niechęć do obowiązującej w zespole dyscypliny. Podobał się dziewczynom i gardził nimi, co sprawiało, że ciasto do pizz ugniatane przez dwie jego podwładne - Wietnamkę Suzie i Włoszkę Sandrę - często było bardziej słone, niż przewidywał przepis.
Dave nie lubił Rogera, bo Roger nie lubił mięczaków i pedałów. Dave nie był pedałem i nie uważał się za mięczaka, ale to nie miało znaczenia, skoro dla Rogera był jednym i drugim. W przypływie dobrego humoru Banderas chwytał go ręką za kark, bez wysiłku sprowadzał jego twarz do poziomu swojej sprzączki do pasa w kształcie zaciśniętej pięści i wołał w udawanej ekstazie:
- Sssij, Pizza Boy!
- Odpierdol się - charczał Dave.
Kiedy Roger mówił "odpierdol się", brzmiało to męsko i przekonywająco. W jego wykonaniu rozpaczliwie szczeniacko.
Dziewczyny wybuchały śmiechem, a Sandra za każdym razem powtarzała, że jeśli o nią chodzi, to nie miałaby nic przeciwko temu. Długimi palcami rozprowadzała przy tym sos pomidorowy po miękkim cieście pizzy, co Dave uważał za najwspanialszy erotyczny gest, jaki mógł sobie wyobrazić. Gdyby to od niego zależało, pozwoliłby Sandrze wysmarować się pomidorowym sosem od stóp do czubka głowy porośniętej długim, rzadkim blond włosem. Ale Roger, nie zwracając uwagi na te subtelne sygnały, warczał tylko: "Chciałaby dusza do raju", puszczał Dave'a i oświadczał, że trzeba będzie poczekać, aż Chłystek przejdzie mutację.
- Chciałaby dupa do raju - szeptała na boku Suzie w mściwym odruchu współczucia dla upokorzonego chłopaka, do którego miano "chłystka" przylgnęło już na stałe. Suzie kochała Rogera na swój cichy, pokorny wietnamski sposób, i nie cierpiała Sandry za jej ostentacyjną bezceremonialność.
Obracając głowę na zbolałej szyi, Dave musiał jednak przyznać, że Roger miał swoje zalety. Ich małe przedsiębiorstwo, filia koncernu Flying Pizza, funkcjonowało jak trzeba, praca była prosta i mało męcząca, bo urozmaicona żartami i wzajemnym znęcaniem się nad sobą. To Roger brał na siebie papierkową robotę, Roger wiedział, kiedy poczęstować ich skrętem z niewyczerpanego, jak się wydawało, źródła, żeby poprawić atmosferę, Roger organizował wieczorne rozrywki i - jeśli ktoś miał ochotę - dostęp do "twardego gówna". Sam jeśli brał, to bez widocznego wpływu na jego sprawność, złośliwość i energię. I chociaż - jak przypuszczał Dave - nie korzystał z gotowości obu dziewcząt, to na dyskotekach i poruchawach chronił je przed nieodpowiednimi - jego zdaniem - chartami.
No cóż, Dave był tylko gońcem dowożącym gorące pizze mieszkańcom Perth, zbyt leniwym, żeby nawet samemu sobie coś ugotować. Więcej czasu spędzał w swoim idiotycznym różowym volkswagenie garbusie z żółtą uskrzydloną słuchawką i napisem "Flying Pizza" na dachu niż w gorącej kuchni, pełnej sprośnych dowcipów i dobrodusznego terroru. Terror nigdy zresztą nie przekraczał pewnej nieokreślonej granicy, bowiem Pizza Boy miał brata, nieprzyzwoicie zamożnego prawnika w City, który dla Rogera mógł się kiedyś okazać niezbędną rezerwą gotówki.
- Śmieszny dziwak mi się trafił - zaczął Dave, korzystając z pełnej skupionego milczenia przerwy na trawkę. - Dom nad oceanem, w środku pusto, żadnych mebli, tylko książki na półkach z desek. Nawet nie oheblowanych. Tony książek. Bardzo serdeczny. Pytam, czy naukowiec, a on, że nie, że pisze książkę. Jeszcze jedną. Nie ma komputera. Maszyna do pisania na podłodze.
- Numer dwadzieścia cztery? - spytała obojętnie Sandra, wciągając dym z takim przejęciem, jakby się wreszcie dorwała do Rogera.
- Dwadzieścia cztery.
- Duża pizza, pomidory, ser, anchois, podwójne oliwki, papryczki, kapary i czosnek - wyrecytowała. - Jakiś ostry facet.
- W sam raz dla ciebie, Chłystku - parsknął zza biurka Roger.
- Przyjazny. Dał dwa dolary napiwku, odmówiłem, nie chciał przyjąć z powrotem, poczęstował piwem.
- Dwa dolary i piwo to niedużo jak za dziewiczy tyłeczek.
- Odpierdol się. Pytał, co robię...
- Jakiś inteligentny. Powiedziałeś, że rozwozisz pizze?
Wszyscy pokładali się ze śmiechu.
- Jak cię znam, to przez godzinę mówiłeś o francuskich próbach atomowych i zachwianej równowadze ekologicznej na Wielkiej Rafie - śmiała się Suzie. - To jedyne, na czym się znasz.
- Oprócz swojej dziewiczej dupy - musiał wtrącić Roger.
- Mówiłem. Powiedział, że to wszystko jedno, czy człowiek robi krzywdę sobie, czy światu. Ja na to, że człowieka mam w dupie, a świata nie. Na to on, że świat, szeroko pojęty, tak się wyraził - "szeroko pojęty" - też ma człowieka w dupie, z czego wynika, że ja jestem światem czy tożsamy ze światem - jako człowiek. I że to, że świat ma człowieka w dupie, nie daje człowiekowi spokoju, i właśnie to jest największym nieszczęściem człowieka.
- I świata - dodała Sandra.
- Pieprzenie - skomentował Roger.
- Jesteś pewien, że nic nie paliliście? Takie dyskusje po jednym piwie?
- Na dyskusje to on mnie zaprosił na kiedy indziej. I was też, gdybyście chcieli. Powiedział, że interesują go rozbitkowie.
- To coś dla Suzie - rzucił bezlitośnie Roger.
- Odpierdol się - powiedziała Suzie.
Szczeniak nie miał jeszcze nawet czterech tygodni i żadnego wpływu na swój los. W którymś momencie krótkiego życia po prostu podniesiono go do góry (uznał, że bardzo mu się to nie podoba) i poczucie ciepła, sytości i bezpieczeństwa zniknęło raz na zawsze. Pojawiła się szklana klatka i trzy bliźniaki rottweilery.
Był synem boksera z rodowodem i porządnej wiejskiej suki pilnującej owiec. Zapracowana matka uległa wdziękom arystokraty na wakacjach, ale owoce romansu nie przypominały w niczym ich zabójczego rodzica. Nie czekano więc, czy przejawią odziedziczone po matce instynkty wierności, pracowitości i posłuszeństwa. Rozdano litościwym sercom, a ostatnie zaniesiono do sklepu.
Szczeniak nie wiedział, że jest wystawiony na sprzedaż. Wiedział, że zostanie wytarmoszony za uszy, jeśli spróbuje pierwszy dotrzeć do miski z wodą, dostanie łapą po pysku, jeśli ośmieli się przyłączyć do zabawy radosnej trójki, natomiast wszyscy bojowi braciszkowie w każdej chwili mogą go potraktować jako należną im zabawkę. Jego dramat polegał na tym (nie wiedział, rzecz jasna, że to dramat - przeżywał dojmujący lęk), że czuł się odpowiedzialny za swoich prześladowców. Patrzył na ich okrutne i groźne figle z głębokim pragnieniem powstrzymania ich przed zrobieniem sobie krzywdy, doprowadzenia głuptaków do porządku. Byli obojętni na jego piskliwe ostrzeżenia. Ćwiczyli mięśnie i zęby. Wdrapywali się jeden po drugim na przezroczystą ścianę, spadali na plecy, aż dźwięczało im w płucach, i nie wyciągali żadnych wniosków ze swoich porażek.
Po paru dniach przestał, o ile to było możliwe, zwracać na nich uwagę. Siadywał w kącie klatki na podwiniętym ogonku z niedającym się opisać bólem nieprzydatności. Jeszcze później odkrył, że może w ogóle usunąć ich ze swego świata (jeśli nie liczyć drażniącego zapachu pewności siebie, odwracając się od nich i przytykając nos do szyby.
Za szybą działy się rzeczy z początku przerażające. Zbliżały się do jego oczu wytrzeszczone oczy, do jego nosa - rozpłaszczone nosy, do jego pyszczka - gumowe, rozciągnięte w strasznych grymasach usta. Szybko jednak pojął, że nic mu nie grozi. Przedziwnym nieznanym ruchom, gestom i minom nie towarzyszyła żadna woń. Nie zdarzały mu się w związku z nimi ani rzeczy przykre, ani przyjemne. Patrzył więc z ciekawością, bo cały czas coś się działo. Zajęci sobą, potężniejący z dnia na dzień bracia nie mieli pojęcia o świecie.
On zaś nie miał pojęcia, że jego przenikliwe, mądre oczy układają się w okropnego rozbieżnego zeza, nadając mu nieodparcie żałosny wyraz. Dlatego nikt z odwiedzających sklep, mały czy duży, nie robił min do rottweilerów. Były przewidywalne i niekomunikatywne. Każdy natomiast czuł potrzebę małpowania bezradności samotnika. Potem plecy prostowały się z wyższością, a twarze wyrażały pobłażliwą litość.
Wiele razy szyba odsuwała się z nieprzyjemnym zgrzytem i brano go na ręce. Odbywał krótki, przerażający lot i lądował na czymś ciepłym i pachnącym. Pachniało za każdym razem inaczej, zawsze obco. Potem unoszono go w powietrze, więc wyprężał ogonek i tylne łapy, żeby zachować równowagę, a wytrzeszczone zezowate ślepia widziały przed sobą przepaść. Czuł wtedy, jak spod brzucha tryska mu gorący, przynoszący ulgę strumień. To była metoda. Natychmiast lądował z powrotem w klatce, tuląc uszy przed wybuchami śmiechu i wrzasku.
Któregoś dnia zniknął jeden z braci. Na pozostałych nie zrobiło to widocznego wrażenia. Ich miłość własna i instynktowna radość życia górowały nad jakimikolwiek rodzinnymi sentymentami. Obaj zresztą zniknęli wkrótce potem. Żadna strata. Szczeniak obwędrował pustą klatkę, wywąchując gasnące ślady po swoich dręczycielach, i sumiennie je obsikał. Był na swoim.
Gdyby wiedział, że jego utrzymanie kosztuje, a szanse na sprzedaż są, zdaniem właścicieli sklepu, nikłe - może by się bał wylądowania w przytułku. Ale nie wiedział nawet, co to jest przytułek. Siedząc samotnie w kącie klatki, z nosem przy szybie, miał czasem wrażenie, że słyszy i czuje niepoprawnych łobuzów, których trzeba uspokoić. Odwracał się wtedy z odważnym szczeknięciem i patrzył ze zdziwieniem na pusty kwadrat słomy. Otrząsał się, speszony tym dowodem na własne życie wewnętrzne.
Musiał właśnie przebywać w tych tajemniczych rejonach, kiedy decydował się jego los, bo nawet nie zauważył, kiedy znalazł się w ciasnym i ciemnym pomieszczeniu, które w dodatku było w nieustannym ruchu. Zapomniał się posikać. Kaskady zapachów uniemożliwiały skupienie, doszły do nich zupełnie nieznane mu dźwięki. Nieznane, choć nie przykre. Łagodny pomruk, podobny do oddechu śpiącej matki. Nie pamiętał go oczywiście. Ale usnął.
Obudził się w powietrzu. Silne ręce przenosiły go z mroku w jasną, nieskończoną przestrzeń. Kiedy poczuł grunt pod łapami, na wszelki wypadek przewrócił się na plecy i posikał. Górująca nad nim postać wydała z siebie jakiś głos i odbył kolejny lot, tym razem zakończony na czymś niepewnym, ruchomym i szeleszczącym. Szelest napełnił go przerażeniem, więc dźwignął się na cztery łapy i uczynił pierwsze niechętne kroki w nieznane. Gorący strumień nie zadziałał. Nie powróciła znajoma klatka i własna słoma. Musiał zacząć żyć od nowa.
Wędrówka zdawała się nie mieć końca. W dodatku cały czas czuł i słyszał za sobą tę wielką postać, której zapach nieprzyjemnie kojarzył mu się z owym strasznym szelestem. Wreszcie poddał się i z cichym piskiem zwinął się w kłębek w pierwszym lepszym miejscu. Niech się dzieje, co chce.
Poczuł dotyk na głowie i nie było to przykre. W chwilę potem nos rozpoznał nieomylną woń jedzenia. Szczeniak wstał i wpakował łapę w miskę. Apetyczna breja czekała na niego. Zapomniał o wszystkim. Jadł łapczywie, jak nigdy przedtem, nie czując, że tylne łapy rozsuwają się po każdym przełknięciu, niezdolne utrzymać ciężaru pęczniejącego żołądka. Żarcie skończyło się tak szybko, że nie mógł uwierzyć w koniec rozkoszy. Oblizywał miskę, łapy i przestrzeń dookoła siebie, przeżywając jeszcze raz to, czego doświadczył. Życie wewnętrzne miało swoje dobre strony.
Życie zewnętrzne zafundowało mu natomiast kolejny lot (z pełnym brzuchem), który skończył się na tej samej, szeleszczącej płaszczyźnie. Chciał z niej zejść tak jak przedtem, wiedział, że to możliwe, ale silna ręka zatrzymała go w miejscu. Po paru próbach zrozumiał, że ma tu zostać. Przycupnął bez ruchu. Czekał, aż ręka zniknie. Trwało to wieczność. Wreszcie poczuł, że musi się podnieść i dokonać niezbędnego po jedzeniu wysiłku. Ręka przyzwoliła. Poruszył ogonem na znak, że docenia ten gest.
Po tych przeżyciach nie przejął go zbytnio następny pobyt w powietrzu zakończony lądowaniem w czymś miękkim i ciepłym. Gdyby przed zaśnięciem wiedział, że po obudzeniu czeka go niepojęte uczucie osamotnienia, które każe mu dobyć z siebie przejmujące piski rozpaczy, pewnie by nie usnął. Ale nie wiedział. Wetknął nos pod tylną łapę (przynajmniej własny mocz pachniał znajomo) i ufnie pogrążył się w błogosławiony fatalizm nieświadomości.