Platforma - Roger Levy

Reflow text when sidebars are open.
1.
Alef
Witamy w PozaŻyciu.
Wybrałeś obiekt: [xx] (ograniczony dostęp)
Nazwisko obiektu: Alef Selsior
Stan obiektu: nieokreślony. Stan fizyczny: rigor vitae. Poważne urazy: brak. Poważne choroby: brak. Stan świadomości: hipersomnia.
Uwaga specjalna: Obiekt nie jest dostępny do głosowania. To Życie jest niesfinalizowane i dostępne wyłącznie w celach naukowo-badawczych. Nie jest obecnie dostępne przez funkcjonalność losowego wyszukiwania.
Proszę wybrać kryteria przeglądu:
Całe życie | Zdarzenia kluczowe?
Dziękuję za wybór Zdarzeń kluczowych.
Kolejność: chronologiczna | przypadkowa?
Dziękuję za wybór kolejności chronologicznej.
Z wnioskami | Bez wniosków?
Dziękuję za wybór Z wnioskami.
Proszę potwierdzić kryteria.
Dziękuję za wybór: Alef Selsior, życie, zdarzenia kluczowe w kolejności chronologicznej z wnioskami.
Nazywam się Alef Selsior. Jestem jedynakiem.
Urodziłem się i wychowałem we wsi w zamkniętej społeczności planety Gehenna. Nasza wieś nazywała się JerSalem. Mój ojciec, Saul, był statystykiem i prowadził drobną binarną działalność doradczą. Matka, Marita, śpiewała w kościelnym chórze i piekła ciastka.
Z trudem przypominam sobie moje życie sprzed przylotu Pellonhorca i jego matki. Może chodzi o wiek -?przyjechał, kiedy miałem osiem lat -?myślę jednak, że głównie dlatego, że spadł na nas jak wiroburza1, zmieniając wszystko i rzucając głęboki cień na wszystko, co przed nim.
Jedną rzeczą, którą pamiętam z czasów przed Pellonhorkiem, jest to, jak na Gehennę przybyła arkestra. Wspominałem to zdarzenie tyle razy, że czuję się młody i stary, jednocześnie mądry i naiwny -?chociaż po namyśle widzę, że właściwie zawsze się tak czułem.
Żeby usłyszeć arkestrę, pojechaliśmy do miejskiej katedry; była to całodzienna podróż. Nie licząc usypianek, Gehenna nie miała za wiele muzyki, poza hymnami i kolędami, a od Pieśni, którą nazywano tu pornowersum, całkowicie się odcięła. Muzyka arkestry była więc czymś nowym. Oczywiście podczas pobytu na Gehennie zezwolono jej grać tylko bożą muzykę. Hymny i kolędy.
Do miasta pojechaliśmy busem. Byłem tak podekscytowany, że podczas startu nie mogłem się skupić na modlitwach, mamrotałem je bezmyślnie. Przez to poczułem się odpowiedzialny, kiedy trafiliśmy na turbulencję; pamiętam także, że ksiądz w kapsule patrzył na mnie oskarżycielsko. Wiedziałem, że jeśli się rozbijemy, to będzie moja wina, on jednak nic nie powiedział, a ja resztę podróży spędziłem na desperackich modlitwach.
W mieście polecieliśmy wzdłuż rzeki lotocyklem. Nigdy wcześniej nie byłem w lotocyklu ani nad rzeką, lecz pamiętam tylko, jak się modliłem, żeby kabina wytrzymała napór gazowych wirów i żebyśmy nie zatonęli w błocie i nie trafili do piekła pod spodem.
Katedra była ogromnym stadionem. Gdzie indziej w Układzie takie obiekty służyły do sportu. Widziałem ją na naszej domowej ekranii, a także oczywiście w kościele, ale kiedy usiadłem na trybunach pomiędzy dziesiątkami tysięcy wiernych, poczułem się jak wniebowzięty. Nasz kościółek z JerSalem mógłby stanąć na ogromnej płycie w dole pod nami i miałby naokoło taką połać trawy, że nie dałbym rady dorzucić do niego piłką. Wielki stadion był otwarty, a niebo toczyło się nad nami, chmury rozwijały swe potworne kształty, diabeł kusił nas, byśmy wyobrażali sobie najgorsze. Nie podnosiłem wzroku, tak mnie uczono. Widziałem miejsca, z których zdemontowano stosy, normalnie poustawiane wokół owalnego boiska -?można je było poznać po kręgach spalonej ziemi. Kiedy czekaliśmy na arkestrę, na ekranii wokół płyty pokazywano historyczne spowiedzi. Przyznawano się w nich do apostazji, bałwochwalstwa, herezji, sporadycznie do pospolitych przestępstw.
Myślę teraz o tamtym dniu i nie mogę w to uwierzyć. Dziwne to. Całe moje dzieciństwo -?przed Pellonhorkiem -?wydaje mi się czasem niewinności. Gehenna mieniła się niewinną planetą, a jej kapłani rygorystycznie tej niewinności bronili.
Lecz co to takiego niewinność? Czy można patrzeć otwartymi oczyma na świat i nadal ją zachować? Można zamknąć oczy na życie i mienić się niewinnym?
Czy ja tak mogę, po wszystkim, co widziałem i co zrobiłem? I kto może mnie osądzić? Nie może osądzać nikt, kto nie może zrozumieć.
Atmosfera w katedrze była cudowna. Niezwykłe poczucie wspólnoty. Siedziałem pomiędzy rodzicami na wysokiej trybunie, trzymając ich za ręce. Matka miała rumianą twarz. Ojcu błyszczały oczy. Gapiłem się na płytę jak oczarowany. Dziwnie było widzieć na tej trawie coś innego niż grupy potępionych. Powietrze przecinały muzyczne nuty, gdy muzycy przygotowywali instrumenty. Nawet teraz pamiętam idealną przypadkowość tych dźwięków, całkowity brak porządku w nutach i akordach. Tę wolność.
Pulpit kapłana na drugim końcu płyty był tak daleko od naszych miejsc, że strzykało nas w szyjach, kiedy je wyciągaliśmy, by lepiej go widzieć na wysokiej ekranii. Dzisiejszym kaznodzieją był ojciec Szeol. Stanął tam i rozpostarł ręce.
Ojciec Szeol był legendarny, był stary, miał prawie pięćdziesiąt lat, ale wciąż pełen piekielnego ognia. Jego głos nie zgrywał się z poruszeniami ust na ekranii, jakby przemawiał do nas z nieba.
-?Witajcie -?zagrzmiał.
Ryknęliśmy w odpowiedzi; przez stadion przeszła fala radości.
-?Witamy także Arkestrę Amadeusza.
Wypowiedział to imię starannie. Na Gehennie imiona miały wielką wagę i długo debatowano nad podobieństwem Amadeusz-Asmodeusz, zanim wydano arkestrze zgodę na lądowanie. Członkowie arkestry przerwali przygotowania, żeby skłonić się wiernym i odpowiedzieć na powitanie.
-?Zebraliśmy się tu po to, by współodczuwać piękno bojaźni bożej - obwieścił. -?Jesteśmy tu, by sobie przypomnieć o pokusie w górze, karze w dole, cierpieniu tu i teraz oraz nagrodzie poza tym życiem. My, mieszkańcy Gehenny, witamy Arkestrę Amadeusza i przypominamy jej o bojaźni bożej.
Kilku członków arkestry wróciło do przygotowywania instrumentów. Lecz zamarli, gdy ekrania wokół opustoszała i przybrała piekielną czerń.
Ojciec Szeol kontynuował:
-?Dzisiaj Gehenna wita nie tylko Arkestrę Amadeusza, ale także oczy Górnych Światów.
Po reakcji ludzi wokół widziałem, że to niespodziewane. Później oglądałem zapisy tego zdarzenia, te, które istnieją. Ojciec Szeol wygląda na małego, a głos ma cieniutki. I za każdym razem, gdy powtarza nazwę arkestry, brzmi coraz podobniej do Asmodeusza. Asmodeusz to jedno z imion diabła.
Dlaczego ojciec Szeol i jego Ministerium mieliby pozwolić Górnym Światom (jak określaliśmy resztę Układu) gapić się na nas? Górne Światy to agentura diabła, a my oto pozwalamy, by Gehenna była widoczna w pornowersum. Co za grzech się tu popełnia i przez kogo?
Szmery rozeszły się po całej katedrze. Wszyscy pomyśleli to samo: Dlaczego w najboższe z bożych miejsc wpuszcza się pornowersum?
Piekielna czerń ekranii powoli się rozjaśniła, pojawiły się nowe sceny. Nie były to jednak typowe spowiedzi, lecz retrybucje.
Dziwniej i dziwniej. Nie standardowe palenie pojedynczych grzeszników na stosie, lecz masowa egzekucja ludzi skazanych na czeluść. Na ekranii pojawił się tłum roztrzęsionych mężczyzn, kobiet i dzieci, stojących na płycie nad czeluściami, czekających, aż rozewrą im się pod stopami.
Pomyślałem, jakie to musi być odstręczające dla arkestry -?siedzieć na zbudowanej w tym miejscu estradzie. Lecz obrazy na ekranii nie pokazywały samego otwarcia się czeluści, teraz więc rozumiem, że muzycy nie mieli szans na zrozumienie ich sensu i tego, co będzie dalej. Wiedzieli o Gehennie tylko tyle, że mają okazję zagrać przed ogromną, całkiem nową publicznością na jednej z dwóch zamkniętych planet -?drugą była obsesyjnie skryta (aż po strzeżenie własnej nazwy) niewymowna planeta -?i jednocześnie przed całym Układem.
Na pulpicie kaznodziei widać było mały prostokąt -?ołowianą skrzyneczkę ze złotymi ornamentami na brzegach. Ojciec Szeol stanął za nią wyprostowany i zrobił krótką pauzę. Wszyscy wiedzieli, co jest w środku. Otwierana była raz do roku i dzisiaj nie był ten dzień.
Skłonił głowę, na chwilę złożył dłonie do modlitwy, potem rozpostarł palce i nasunął na dłonie parę ciężkich, czarnych rękawic, przesuwając powyżej łokci długie rękawy ołowianej kolczugi, a potem nachylił się i położył ręce na wypukłym wieku skrzynki. Wziął głęboki oddech i zamknął oczy.
Jednym gładkim rytualnym ruchem otworzył skrzynkę, sięgnął do środka, cofnął dłoń i pozwolił wieku opaść.
Wiwatowaliśmy, gdy uniósł księgę wysoko. Cała katedra dygotała od ekstatycznego entuzjazmu. To była boska Bublia, a ojciec Szeol trzymał jej Autoryzowaną Wersję. Płonęła w jego rękawicach, promieniując nabożną czcią. Ojciec Szeol stał skąpany w jej ostrym blasku, a kiedy ryk ucichł, parę długich, ogłuszających sekund później wszyscy w katedrze skulili się na siedzeniach i wstrzymali oddech. Jedynie do arkestry nie dotarło znaczenie tego, co widzą.
Słyszałem, że ludzie szepczą, odliczają sekundy tak jak ja, choć mnie liczenie przychodziło równie naturalnie jak oddychanie.
Trzy, cztery...
Nawet ja wiedziałem, że blask boskiej Bublii jest śmiercionośny.
-?Na Gehennie my wierzymy!!! -?ryknął ojciec Szeol.
Arkestra prawie zamarła. Teraz i oni wyczuli, że dzieje się tu coś szczególnego. Widzieli ostry blask Bublii odbity na policzkach wysokiego kapłana.
Siedem, osiem, dziewięć...
Lecz ojciec Szeol wciąż trzymał księgę w górze. Wpatrywały się w nią oczy całej pornosfery, a on wygłaszał ogniste kazanie. Pokazywał Górnym Światom niepowstrzymaną potęgę naszej wiary.
Opuścił księgę, wszyscy odetchnęliśmy. Ale zanim zamknął ją w ołowianej skrzynce, nagle uniósł ją do ust i pocałował gołymi wargami. Dopiero po chwili ją zamknął. Przytknął do ust palec i posłał arkestrze bezgłośnego całusa. Z ust uniosła się strużka dymu. Już pokrywały się pęcherzami.
Co to ma znaczyć? Na Gehennie wszystko miało znaczenie i wszystko należało interpretować. Ale teraz nie było czasu, bo arkestra zaczęła grać.
Od razu zapomniałem o ojcu Szeolu. Wydało mi się, że jestem w niebie. Ogarnęły mnie falowanie, pulsacja, szybowanie tej muzyki. Melodie, które ginęły i pojawiały się na nowo, ich subtelne wariacje, ich... nie umiem tego opisać. Słyszałem wcześniej wszystko, co grali, tysiące razy, w każdą złodzielę, odkąd sięgam pamięcią. Tu jednak było coś więcej. Wspaniałe i straszne zarazem. Siedziałem tam i usiłowałem zatrzymać to w umyśle, tę prostotę i skomplikowanie, w końcu jednak poddałem się, zamknąłem oczy i dałem jej się ponieść.
Gdy tak trwała, przepełniając mnie czymś, czego dotąd nie znałem, stwierdziłem, że zerkam na niebo. Nie myśląc o tym, co robię, wpatrzyłem się w chmury i zobaczyłem w nich wielkie, wspaniałe zwierzęta sunące sobie majestatycznie, prześwietlone odległym światłem.
Muzyka mnie wypełniała, a ja się gapiłem, nie wiem jak długo, dopóki nie wybiło mnie z tego mocne uderzenie w głowę, od tyłu. Byłem oszołomiony przez dobre kilka sekund. Odwróciłem się, zdumiony i urażony. Wzrok odzyskał ostrość, gdy człowiek, który mnie uderzył, wysyczał:
-?Diabelski podpatrywacz! Oczy w dół!
Zupełnie jakby ten cios przestawił mi w głowie jakiś przełącznik - muzyka brzmiała teraz płasko. Wciąż słuchałem, lecz inaczej. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mnie wcześniej uderzył. Rodzice -?na pewno nie. Ale też nic nie powiedzieli człowiekowi, który to zrobił. Patrzyli po sobie przez moment, lecz nic więcej nie zrobili.
Dziwne. Myślałem, że przywołuję wspomnienie prostego życia przed przybyciem Pellonhorca, z czasów bez bólu i zamętu, a jednak czuję się zbulwersowany.
Muzyka skończyła się. Kiedy czekaliśmy, aż ojciec Szeol dokończy ceremonię, matka zapytała, czy mi się podobało, a ja odpowiedziałem, że tak. Mój głos brzmiał inaczej. Spojrzeliśmy po sobie. Z perspektywy czasu widzę, że matka zauważyła, że coś się we mnie zmieniło.
Za to ojciec nie zauważył nic. Uśmiechnął się do nas i powiedział:
-?Świetne! -?A kiedy ojciec Szeol wrócił za swój pulpit, dodał: - Interesujące. Sekcja smyczkowa stanowiła siedemnaście i osiem dziesiątych arkestry.
Zawsze rzucał takie właśnie uwagi. Tak po prostu działał jego umysł. Kiedy wymykało mu się coś takiego, matka zerkała na mnie i przewracała oczyma. Miała na myśli to, że on nie jest taki jak my -?chyba wtedy pierwszy raz naprawdę to zrozumiałem. Innym razem, zdarzało się, to my z ojcem zerkaliśmy po sobie, myśląc o matce, że nie jest taka jak my.
Odpowiedziałem ojcu w poprawny sposób:
-?A zauważyłeś, że sekcja smyczkowa odpowiadała za trzydzieści osiem koma dwadzieścia pięć procent zagranych nut?
Ojciec zamrugał i powiedział z łagodnym zdziwieniem:
-?Tak.
A potem jego uwaga, tak jak wszystkich zgromadzonych, skupiła się na ojcu Szeolu.
-?Ten dzień wszyscy dobrze zapamiętamy. Gehenna pozostanie silną latarnią wiary, niezbrukaną trującym spojrzeniem Górnych Światów.
Było jasne, że arkestra się tego nie spodziewała. Chowali instrumenty do futerałów, gadając między sobą, ale teraz się zawahali.
-?Arkestra Asmodeusza -?tym razem bardzo wyraźnie nie powiedział "Amadeusza" -?udzieliła nam dzisiaj lekcji. Lekcji, której Górne Światy nie powinny zapominać.
Ojciec Szeol uniósł coś wysoko. Tym razem to nie była Bublia; ekrania zrobiły zbliżenie na czarną kulę w garści. Trzymał Spust.
Wierni jęknęli. Matka się zatchnęła. Muzycy zamarli, czując, że dzieje się coś, czego w ogóle nie rozumieją.
W myślach liczyłem sobie procenty różnych sposobów, na które okazywali panikę, zaokrąglając do całkowitych wartości. Osiemnaście procent krzyczało, trzydzieści jeden ściskało się nawzajem, dwanaście padało na ziemię. Nikt się nie modlił. Zero procent.
Kiedy to teraz analizuję, jak ta muzyka uwolniła mój umysł, by mógł myśleć, wyobrażać sobie, a potem jak logika pozwoliła mi uciec przed tą wyobraźnią, wycofać się w świat liczb -?to wszystko był wgląd w umysł mojego ojca. Lecz nagle poczułem także zaczątki myślenia jak u matki, a przynajmniej wczesną tego zapowiedź.
Z tego się nie ucieszyłem.
Trzymając Spust wysoko, ojciec Szeol zszedł ze swego pulpitu w stronę czeluści i stanął na ich krawędzi. Zastanawiałem się, czy czeluść pod arkestrą jest wystarczająco szeroka. Widziałem takie potępienia na domowej ekranii, spokojną rezygnację skruszonych grzeszników, mamroczących modlitwy, gdy ziemia rozstępuje im się pod nogami. Zawsze stali w grupach po dwudziestu pięciu, największe czeluści miały pięć metrów średnicy. Ojciec Szeol stał przed nimi na pewnej ziemi, gdy pociągał za Spust. Ich odejście miało w sobie godność.
Tu godności prawie nie było.
Ojciec Szeol uśmiechnął się do muzyków. Ewidentnie nie mieli pojęcia, co się dzieje. Panika przygasła, choć około czterdziestu procent wciąż lamentowało. Dał znak, ekrania zrobiła zbliżenie jego twarzy. Spalone Bublią usta nie kontrolowały słów, tak że z trudem go rozumieliśmy.
-?Oto jest lekcja. -?Ledwo był w stanie wymówić szeleszczące głoski. Dziąsła miał całe we krwi. Splunął nią. -?Niechaj wszyscy zobaczą. -?Na Spuście wylądował kleks krwawej śliny. -?Niechaj wszyscy dojrzą. - Przerwał i otarł Spust o czerwoną szatę. -?Niechaj dowiedzą się wszystkie światy!
Uniósł Spust wysoko, z kciukiem w pogotowiu na czarnej kuli. Spomiędzy członków arkestry wybiegła skrzypaczka i rzuciła się na niego z wrzaskiem, jej instrument wydał dysonansowy dźwięk, który skojarzył mi się z wcześniejszym strojeniem, lecz ojciec Szeol odepchnął ją. Skrzypce pokoziołkowały po pomarańczowej trawie.
-?Wszyscy jesteśmy grzesznikami. Wszyscy w górze, w dole i pomiędzy. Jedyna wolność jest poza.
Kciuk zadrgał mu na Spuście, odrzucił rękę w tył i cisnął kulę wysoko w powietrze. A rzuciwszy, ruszył naprzód i dołączył do arkestry nad czeluścią.
Teraz krzyczeli już wszyscy członkowie arkestry i ten dźwięk był głośniejszy niż wcześniej ich muzyka. Dla większości zgromadzonych, jestem o tym przekonany, zagłuszał nawet jej wspomnienie, jak zapewne planował ojciec Szeol.
Czeluść, otwierając się z jękiem, wciągnęła powietrze znad katedry, które potem oddała opuchniętym od żaru wirem. Były płomienie i huk, strumień ciepła i światła oszołomił mnie, zakręciło mi się w głowie, choć nagle czeluść zamknęła się i zapadła cisza.
Na płycie obok czeluści pozostały tylko połamane skrzypce i Spust. Ojciec Szeol również zniknął. Sam siebie złożył w ofierze.
Wierni krzyczeli, pohukiwali, darli się przez siedemnaście minut, gdy otwierały się wyjścia, a nad murawą rozkołysały się wielkie kadzielnice, ciągnące za sobą smugi słodkich aromatów. Z katedry wyprowadzały nas hymny: Niebo przyćmiewa piekielne gromy oraz W bojaźni ku Tobie, Panie, idziemy.
Matka przez całą drogę powrotną nie odezwała się słowem. Ojciec coś mruczał do siebie. Ja udawałem, że jestem puterem, i zadawałem sobie coraz trudniejsze obliczenia.
Jak w ogóle do tego dopuszczono? Czy Górne Światy nie zdawały sobie sprawy z możliwych skutków posłania arkestry na Gehennę?
Teraz, z perspektywy czasu, jest to dla mnie oczywiste. Arkestra była ofiarą, to jasne, ale złożoną nie tylko przez ojca Szeola.
Cały Układ -?z wyjątkiem Gehenny i niewymownej planety -?był rygorystycznie bezbożny. Niewymowna planeta całkiem oderwała się od Układu, strzegąc swojej prywatności do tego stopnia, że monitorowała i usuwała wszystkie nawiązania do siebie, natomiast Gehenna była usankcjonowaną aberracją. Gehennie zaproszenie arkestry pasowało - ojciec Szeol pomyślał, że da Górnym Światom lekcję, lecz Górne Światy dokładnie wiedziały, czego się po nim spodziewać. I Arkestrę Amadeusza posłały mu na ofiarę. Była to dla nich idealna okazja, by zademonstrować, jakim obłędem jest w ich oczach boska wiara.
W rezultacie okazało się to lekcją z ludzkiej mentalności. W świeckim Układzie istnienie Gehenny było niezbędne.
Lecz w codziennym życiu Gehenna nie była miejscem udręki. Mała osada, w której mieszkaliśmy, była spokojna. Praktycznie nie było przestępczości. Do kopalń eliminium mieliśmy daleko. Wiedziałem o nich tylko, że zsyła się tam do pracy grzeszników z Górnych Światów.
Był jednak podatek. Na Gehennie, tak jak wszędzie indziej w Układzie, obciążenia podatkowe były skomplikowane. Każda planeta miała własną ordynację Infratax, a Administracja Układu narzucała na to jeszcze kilka ordynacji Ultratax.
Gehenna była w całym Układzie jedynym rajem zwolnionym z części podatku -?uzasadniano to, formalnie, brakiem kompetencji umysłowych. Jeśli mieszkałeś tutaj, przestrzegałeś bożego pisma, odrzucałeś pornosferę i inne znamiona świeckiego zamętu, przyczyniałeś się do eksportu eliminium, którego złoża były tylko na Gehennie, to Ultrataxu płaciłeś bardzo niewiele.
Większość ludzi do wyliczania podatków zatrudniała specjalistów, ale nie mój ojciec. Uwielbiał skomplikowanie podatku, tak jak uwielbiał puterię, jej systemy, procesy, obietnicę nieomylności. Nawet na Gehennie to było coś nietypowego. Kochał system podatkowy i Bublię, tak samo, bez wątpliwości, uwielbiał, że przenikają wszystkie aspekty ludzkiej egzystencji, zupełnie nie oglądając się na zdrowy rozsądek. Kiedy siedział z przyjaciółmi i naprawiał ich puterię, tłumaczył jednocześnie, jak są opodatkowani. Doradzał im, jak uniknąć podatku, wykorzystując tę czy tamtą ulgę, a potem -?jak uniknąć gniewu Boga, czyniąc ten czy tamten akt miłosierdzia.
Z perspektywy czasu dziwię się, jak ktoś tak logiczny jak on mógł wierzyć w boże pismo. Czemu ja nie byłem w stanie? Kiedy pierwszy raz dotarło do mnie, jakie to dziwne? Czy sprawił to ten cios w głowę w katedrze? Może mina matki, kiedy zrozumiała, że dostrzegłem, że nie umiała mnie obronić? Czy to była nieubłagana fala jej genów? Ona w ogóle kiedykolwiek wierzyła? Czy może po prostu trzymała swoją niewiarę w tajemnicy?
2.
Tallen
Ponur to planeta graniczna, a Przyczółek, miasteczko, gdzie mieszkam, to najbardziej wysunięty posterunek. Oczywiście jeśli nie liczyć platform. W Przyczółku ludzie garbią się i spuszczają głowy, robią, co potrzeba, a potem jadą odpocząć poza planetę. Mówią, że wariuje się od monotonii, ale mamy tu przecież trzy pory roku, więc to nie od monotonii wszyscy tu wariują. Większość ludzi myśli, że to przez wiatr. Pory roku są tak bogate w wydarzenia, jak można by się spodziewać po planecie, która przeszła wybuchową terraformację z metanu na azoto-tlen w niecałe trzysta lat.
Najdłuższa pora roku jest pomiędzy zimą i latem, kiedy od morza w stronę gór dmie ostry wiatr, niosący za sobą grzmoty i skłębione srebrno-czarne chmury. W innym miejscu nazywałoby się to wiosną. Tutaj zwie się napływ i to jest naprawdę niezły widok. Kiedy zmruży się oczy, można w tych zwałach chmur dostrzec różne kształty. Czasem przypominają zwierzęta, jakie widziało się na zdjęciach, czasem sny, twarze, mapy innych światów -?a czasem są podobne do platformy i wtedy, choćbyś był nie wiem jak bezbożny, błagasz, żeby to, co zostanie z tej chmury, nie spadło ci na łeb. W Przyczółku tylko raz widziano spadającą platformę, dawno temu, nie za moich czasów, ale kiedy wzmaga się wiatr, ciągle się o tym gada, popijając krzakówkę w Czerwonym Barze. Platformy przeważnie są porządnie zakotwiczone i, jak mówią spece, półzanurzone -?i na tyle daleko w morzu, że nawet jeśli je wyrwie, mało prawdopodobne, aby spadły akurat tutaj.
W Przyczółku wszystko kręci się wokół platform. Nie ma tu prawie nic poza stoczniami, które je budują, i firmami produkującymi dla nich osprzęt.
No nie, to nie do końca prawda -?są oczywiście jeszcze sarki, jak wiedzą wszyscy w całym Układzie, ale wrzucają je do morza daleko od Przyczółku. Gdzie indziej są ważne, tutaj nie obchodzą nikogo, chyba że zdarzy się, że któryś przemknie się przez osłonę i osiądzie na brzegu. A, prawda, jest jeszcze Szyb, ale nie jestem na tyle szalony, żeby spędzać w nim czas.
Podczas napływu Przyczółek się zamyka i w środku nic nie słychać, a poza osłonę się nie wychodzi, aż do lata -?wtedy to zupełnie co innego. Wiatr się uspokaja, a morze przy brzegu jest przyjemniejsze, faluje sobie przy plażach. Ja robię sobie przerwę właśnie latem. Pogoda jest stosunkowo łagodna i ta wątła nadzieja, którą to budzi, jest nie do zniesienia - dlatego pakuję się i jadę wysoko w śniegi Colder. To parę dni drogi wolnostatkiem. Po drodze nie mogę spać, cały czas patrzę, jak Przyczółek niknie mi z oczu, albo gapię się w gwiazdy. Kiedyś spotykałem się w Colder z jedną kobietą, ale związała się z kimś i już jej nie widuję. Teraz biorę sobie domek wysoko na białych wzgórzach i chodzę na samotne wędrówki. Do Przyczółka wracam na zimę. Jesieni na Ponurze praktycznie nie ma. A zima polega na tym, że wiatr się odwraca i leci w morze z ładunkiem wydartych z gór kamieni. Terraformacja Ponura nie do końca się udała, ale to nieważne -?jak mówiłem, miasteczko żyje tylko dla platform, a one liczą się tylko, dopóki jest co wydobywać z jądra. Myślę, że jądro zostanie wyczerpane, zanim Ponur z powrotem zrobi się do dupy.
Ale wtedy już dawno mnie nie będzie, więc co tam.
Tallen spojrzał na to, co napisał, zamknął na moment oczy, potem westchnął i po raz trzeci sprawdził opis, szukając haczyków.
OSTATNIE PRZYPOMNIENIE. BEZPŁATNA OFERTA POWITALNA SERWISU [GwiezdneSerca] JEST WAŻNA TYLKO PRZEZ DWANAŚCIE GODZIN. ZOSTAŁA CI JEDNA GODZINA, BY Z NIEJ SKORZYSTAĆ. ZAREJESTRUJ SWÓJ PROFIL [GwiazdaSerca] JUŻ TERAZ. TAKA OFERTA SIĘ NIE POWTÓRZY.
Od miesiąca wysyłali mu coraz to lepsze i lepsze promocje, a on je ignorował, ale całkowicie za darmo -?to się nie zdarzało.
Nienawidził czuć się zmanipulowany, choć dobrze wiedział, że wszyscy są. Nie dało się brać udziału w Pieśni, nie zatracając po drodze części swej duszy. Lecz tym razem niemal nie dało się odmówić, nawet jeśli nie miał ochoty na niczyje towarzystwo. Normalnie Serca kosztowały, i to sporo.
Poczuł krótką falę typowej melancholii i skasował wszystko z ekranu. GwiezdneSerca nigdy jeszcze mu się na nic nie przydały.
Potem jednak westchnął i przywrócił większość tekstu, kończąc go po domku na białych wzgórzach. Zamknął oczy i wspomniał żegnającą się z nim Lenę, jej rękę unoszącą się do ekranii i jego własną, głupio dotykającą szklanego interfejsu.
Po Lenie przysiągł sobie, że więcej Serc nie tknie, a jednak proszę - znów go przyciągnęło. Wiedzieli, co myśli. Znali go na wylot.
I świetnie. Kiedy zaczną go naliczać, a niedługo zaczną, anuluje subskrypcję. To też muszą o nim wiedzieć.
Tamten związek i tak nie miał przyszłości. Oboje o tym wiedzieli. To nie wina programu. On dla nikogo nie wyprowadziłby się z Przyczółka, ona nigdy nie zamieszkałaby nigdzie indziej niż w Colder i to zamykało sprawę.
Wiadomość do nikogo świeciła na ekranie. Przywrócił całość, aż po "więc co tam". Co tam, pomyślał i zatwierdził edycję.
Ekran natychmiast się rozjarzył.
Witamy ponownie w serwisie [GwiezdneSerca]. [GwiezdneSerca] to ParaSerwis PozaŻycia.
Poniżej porady dla subskrybentów. Są bezpłatne.
Nie wspomniałeś o swojej pracy. Opisując dobrze wynagradzane i szanowane społecznie zajęcie, statystycznie zwiększasz szanse na odpowiedź.
Użyłeś słów lub zwrotów, które mogą być odpychające dla niektórych subskrybentów serwisu [GwiezdneSerca]. Niektóre z nich to: "monotonia", "bezbożny", "nie do zniesienia", "nie mogę spać", "piją", "spotykałem się kiedyś", "związała się z kimś", "wyczerpane", "wydarte", "do dupy", "co tam".
Słowa lub zwroty, które mogą się okazać skuteczniejsze: "miłość", "towarzystwo", "ciepło", "czuły", "poczucie humoru", "zabawny", "majątek" (tylko w odniesieniu do siebie), "zdrowy" (tylko w odniesieniu do siebie), "domator", "przystojny" (tylko w odniesieniu do siebie).
Czy chcesz zmienić swój profil [GwiazdaSerca]?
Tallen wybrał "Nie".
Twój profil [GwiazdaSerca] został rozesłany do wszystkich subskrybentów na okres stu bezpłatnych godzin. Po upływie tego czasu twoje konto będzie miało naliczane saldo w wysokości piętnastu dolorów za każdy miesiąc (zgodnie z lokalnym kalendarzem).
Zostaniesz powiadomiony o wszystkich reakcjach.
Spróbował zamknąć ekran, ten jednak nie chciał mu jeszcze na to pozwolić.
Przed wyjściem z PozaŻycia proszę dokończyć rozpoczęty Ciąg Możliwości. W przeciwnym razie bieżąca sesja nie zostanie zapisana, a aktualna promocja będzie unieważniona.
Dziękujemy za zgodę.
Wielu subskrybentów serwisu [GwiezdneSerca] łączy dostęp do serwisu [GwiezdneSerca] z dostępem do głównej bazy oraz Autentyków i innych płatnych ParaSerwisów. Czy chcesz skorzystać z tej możliwości? Teraz/później?
Później.
Nie otwierałeś głównej bazy PozaŻycia od dwudziestu dziewięciu godzin i czternastu minut. Masz obecnie zapas osiemnastu nieoddanych głosów, z których pięć wygaśnie w ciągu dziewięciu godzin i czternastu minut. Zagłosujesz teraz/później?
Później.
Dziękuję. Ciąg Możliwości został zakończony. Możesz teraz zamknąć...
Zamknął. Zostawił ekran samemu sobie, i czując niepokój i dziwne poczucie winy, że utworzył ten ZewSerca, naciągnął kurtkę i wyszedł na ulicę.
Już żałował. Co on właściwie robi? Kiedy tak próbuje pisać czy mówić o sobie, zawsze za dużo myśli. Jak w ogóle do tego doszło... Kobieta, którą spotkał poprzedniej nocy w czerwonym barze, pisarka, powiedziała, że Przyczółek jest pełen wrzasku i wściekłości2, tonem, jakby to określenie gdzieś wcześniej słyszała. Utkwiło mu to w głowie, razem ze sposobem, w jaki to wypowiedziała. Miała w sobie coś niezwykłego, jakąś aurę życia, ciekawości. Miał ochotę dalej z nią gadać. Myślał, że może i ona jest nim zainteresowana, ale odwróciła się od niego, gdy tylko wszedł wielki Paksiarz, i to był koniec. Razer, tak się nazywała. Może jeszcze ją kiedyś zobaczy. Kiedy wychodził z baru, Razer i Paksiarz siedzieli tam dalej i ostro pili. Większość ludzi, nawet niekryminalnych, czuje się przy funkcjonariuszach prawa nerwowo. Lecz nie Razer.
Nie, nie trzeba było dać się wciągnąć w kolejny ZewSerca. Wystarczało popatrzeć na te porady dla subskrybentów. Co on ma w ogóle do zaoferowania? Lena miała rację i tamta kobieta przed nią i wszystkie inne. I jeszcze mieszka w tym obłąkanym miejscu. Kto by tu żył z własnej woli?
Szedł, mijając budynki, czując nagle nadzwyczajną jasność umysłu. W nocy Przyczółek był praktycznie pozbawiony cieni. Już dni były dziwne, ale przyzwyczajenie się do tego, jak to miasteczko wygląda w nocy, zajęło mu rok. Pod dziwnym poblaskiem osłony powietrze nie dawało poczucia głębi ani odległości, wszystko wydawało się ani dalekie, ani bliskie, tylko po prostu małe lub duże. Mózg musiał nauczyć się nowej wzrokowej oceny. Budynki nie były problemem, ale już z klamkami było ciężko i paralaksa była ważniejsza niż ogniskowanie wzroku. Poruszanie się po Przyczółku po zachodzie słońca było jak spacer po dziecięcej animowanej książeczce.
I jeszcze ta osłona. Podczas napływu chroniąca osiedle tarcza była grzmiącym splotem magnetyzmu i elektryczności. Tallen uważał, że to trochę pic na wodę. Wierzył jednak w jej istnienie, w przeciwieństwie do dziesiątki lub więcej pijaków i świrów, którym co roku strzelało do głowy, by przez nią przebiec -?i porywało ich jak tę dziewczynkę w animowanej książeczce o Oz, którą matka czytała mu w dzieciństwie. Tylko że ich już nikt nigdy na oczy nie widział.
W dzień osłona była prawie niewidoczna, czasami dawała się dojrzeć jako chwilowe niepokojące smużenie. Można było twardo stanąć na ziemi i skupić wzrok na ścianie, na ziemi, na czymś konkretnym. Nic nie dałoby rady temu wiatrowi, ale miękka, stopniowana osłona potrafiła sobie z nim poradzić. Na zewnętrznym skraju prawie jej nie było, zaledwie rejestrowała wiatr. Parę metrów głębiej ustępowała ciosom, ale zaczynała je stępiać i rozpraszać, a po kolejnych paru metrach wytłumiała atak i produkowała z niego dość energii, by zasilić i osiedle, i samą osłonę. Przechowana nadwyżka energii wystarczała Przyczółkowi na resztę roku. Wiatr Ponura był niewyczerpanym źródłem energii i katastrof.
Szedł dalej, nie mogąc wyzbyć się dziwnego wrażenia, że przez te ulice ktoś za nim idzie. To właśnie był absurd tego miejsca. Nic tu się kupy nie trzymało.
Było już chłodno, po północy, a osłona buczała. Tallen jak zawsze zszedł na plażę, nad samą wodę, chlupocącą mu u stóp. Fale z sykiem przesączały się przed kamienie pod butami. Lubił te kamyki w nocy, kiedy jaskrawe umyte morzem barwy łagodniały do przygaszonych fioletów i szkarłatów.
Dziś jednak spokój morza nie rozwiał niewyraźnego poczucia osamotnienia. To był błąd, wychodzić teraz. Nocne spacery to zły nawyk. Trzeba było wziąć kapsułkę i zaznać przynajmniej odrobiny chemicznego spokoju.
Przestępując delikatnie z nogi na nogę, żeby nie zapadać się w kamyki, zastanawiał się, dokąd prowadzi jego życie. Tutaj więcej było prawie nieżywych niż żywych. Mówiło się, że do Przyczółku trafiasz, gdy zmęczyło cię życie, a kiedy jesteś gotowy na śmierć, idziesz na platformy. W tutejszych barach ciągle się o tych sprawach końca gadało. Problem polegał na tym, że i Tallen sam z siebie zaczynał mieć takie myśli.
Znów przypomniała mu się ta kobieta z baru. Razer. A ona co tu robiła? Większość ludzi po pierwszym drinku od razu ci mówi, co ich do baru sprowadziło. Ale nie ona. Ona miała w sobie życie.
Sięgnął ręką i zamieszał palcem spokojną wodę, patrząc, jak falki rozchodzą się, dołączają do skłębionego morza za osłoną i znikają. Jeszcze dalej widział, że osłona wyciska z wiatru wyładowania koronowe, czerwone, niebieskie, opalizująco fioletowe odłamki kolorów twarde jak skała i znikające w okamgnieniu. Dalej nie było już nic widać. Kosmos miał swoje gwiazdy, morze nie miało nic. No, nic poza sarkami i platformami.
Może poczuje się lepiej, kiedy za parę dni wróci do pracy. Czas wolny w Przyczółku nie nadaje się do niczego.
Pozwolił myślom dryfować, zastanawiając się, jak to jest na tych platformach. Obłęd i samotność, domyślał się, maszyny dudnią dzień i noc, do tego wiatr i morze. Zamknął oczy, próbował wyobrazić sobie huk świdrów i furię żywiołów niestrudzenie próbujących cię wyrwać.
A potem zapomniał o platformach i przechylił głowę, nasłuchując. Coś było nie tak. Jakiś dźwięk, potem jeszcze raz, głośniejszy. Wyprostował się i ruszył szybkim tempem do domu.
Za plecami zdecydowanie zabrzmiały kroki. Tallen obejrzał się pośpiesznie, potknął się i puścił niepewnym biegiem.
3.
Razer
Razer siedziała z Bale'em przy małym stoliku pod niedziałającą lampą w rogu baru, oboje miarowo pili. Późny wieczór, był spokój, niewielu klientów, paru gadało, ale większość siedziała sama i patrzyła w ekrany. Rozejrzawszy się, naliczyła piętnastu ekraniarzy, co oznaczało, że statystycznie ośmiu lub dziewięciu siedzi w PozaŻyciu lub którymś z jego ParaSerwisów, zwanych przez wszystkich PasoŻyciami. Kiedyś zastanawiała się, czemu nie siedzą w domach -?w końcu ktoś jej powiedział, że ograniczenia czasu ekranowego PozaŻycia nie dotyczą ekranii w miejscach publicznych. Dzięki temu ludzie mają powód gdzieś wyjść, mieć kontakt z innymi. Na pewno PozaŻycie punktowało dzięki temu u właścicieli barów, a Administrata Układu była zadowolona.
Ci ekraniarze tutaj też wydawali się w miarę zadowoleni, coś do siebie mruczeli w skupieniu, kiwali głowami, postukując w powietrzu. Przynajmniej, wnosząc po zachowaniu, żaden nie siedział na stronach porno. W tym celu przeważnie jednak -?choć nie zawsze -?zostawali w domach. Razer była ciekawa, czy któryś z nich wchodzi na Autentyki.
Odkąd tu przyszła, coś nie dawało jej spokoju -?dopiero po dłuższej chwili ustaliła, co to takiego: nie było Tallena. Nie miało to znaczenia, odkąd miała Bale'a, ale mimo wszystko coś ją w nim ciekawiło -?a to się rzadko trafiało. Była pewna, że niezła byłaby z niego opowieść. Rzuciła wtedy tym cytatem z Makbeta, a on się go uczepił. I to, jak opisywał stocznie od platform, coś w tym było. Dziwne jednak, że Cynth była tak niezdecydowana, że podsunęła jej dwóch mężczyzn naraz jako materiał na jednego Autentyka. Bale, fakt, był niezwykły, i Cynth, ze swoją AI-ową logiką miała rację, że ją tu ściągnęła, ale gdyby nie było Bale'a...
Skupiła uwagę z powrotem na Paksiarzu. Coś było z nim dzisiaj nie tak, ale nie wiedziała, o co chodzi. Zwykle potrzeba było paru drinków, jednej-dwóch historii do skatalogowania później, wydobycia z niego uśmiechu i wieczór się kończył. Lecz nie dziś. Dziś Bale pił ciągiem i nie było po nim w ogóle widać działania alkoholu, może poza nietypową refleksyjnością. Ale rozluźnić też się nie rozluźnił.
Zapytał:
-?Razer, tobie się podoba na Ponurze?
Zabrzmiało to jak oskarżenie.
Zrobiła wymijający gest.
-?To za mało. Powiedz. Co ci się tu podoba?
-?Spokojnie jest -?odparła.
-?Nie jestem w nastroju do żartów. Co ci się tu podoba?
-?Podoba mi się pić z tobą.
Przez chwilę wyraźnie widziała Bale'a w celi z kimś, kto udzielił złej odpowiedzi. Aż się wzdrygnęła. Dodała:
-?Morze mi się podoba. Wiatr i ten huk. Dobrze się tu myśli.
-?"Oko cyklonu". Tak mi powiedziałaś, jak się pierwszy raz spotkaliśmy.
-?Tak? -?zapytała, choć idealnie to pamiętała. -?Stało się coś, Bale? Masz jeszcze parszywszy humor niż normalnie.
Wpatrzył się przez nią w dal, choć zauważyła, że ci, co nie patrzą w ekranię, milkną pod jego spojrzeniem. To samo było tamtego pierwszego wieczoru, kiedy wbił się przez drzwi i pozwolił, by spojrzała mu w oczy. Przez godzinę przesłuchiwał ją jak podejrzaną, pijąc mało, gdy ona piła dużo, praktycznie wbijając jej do głowy, że nikt nie przylatuje na Ponura bez bardzo poważnego powodu, a potem dał sobie spokój z przesłuchiwaniem i zaczął pić wawódkę razem z nią, w piętnaście minut doganiając ją i wyprzedzając.
W życiu nie spotkała kogoś takiego jak Bale, nigdzie w Układzie. Przespali się ze sobą trzy razy, za drugim, żeby sprawdzić, czy pierwszy się zdarzył tylko dlatego, że za bardzo się napili, a za trzecim -?by zobaczyć, czy drugi raz, na trzeźwo, nie był pod zbyt dużą presją. Razer już po pierwszym razie wiedziała, że nic z tego nie będzie, ale polubiła Bale'a na tyle, żeby pozwolić mu samemu dojść do tego wniosku. Musiała się przekonać, czy jest na tyle silny, żeby pozwolić, by ze szczątków tego seksu wykluło się coś w rodzaju przyjaźni. Kilka tygodni mu to zajęło, ale chyba się udało, choć z facetami to nigdy nie wiadomo.
Dziwna to była przyjaźń. Dopilnowała, by Bale wiedział, że wyciąga z niego historie, ale chyba mu to nie przeszkadzało. Było oczywiste, że ma tu na Ponurze niewielu innych znajomych. Oraz -?choć to szkoda -?był na tyle profesjonalny, by nie zdradzać niczego identyfikującego ani wrażliwego. Musiał być świetny w swoim fachu. Tylko ciekawe, dlaczego jest akurat tutaj -?nie nadawał się do niczego innego poza żołnierią, ale w Układzie były tysiące miejsc lepszych do życia niż Ponur. Cynth wysyłała Razer do większości z nich, a niczego gorszego dotąd nie widziała.
Choć dzięki Bale'owi dowiedziała się o platformach -?i życiu na Ponurze -?trochę więcej, niż dawało się wygrzebać z Pieśni. Cynth dobrze z nim trafiła.
-?Myślisz czasem o życiu? -?powiedział teraz, lekko bełkotliwie.
Przełknęła niepoważną odpowiedź. Jedną z nielicznych jego osobistych cech, które dobrze poznała: Bale niespecjalnie myślał o czymkolwiek oprócz swojej pracy. Między innymi dlatego tak łatwo było jej się przy nim rozluźnić. Na pewno był w pracy świetny dzięki tej koncentracji. Ale i bezbronny. Jeśli wszystko jest dla ciebie czarno-białe, jesteś ślepy na szarość. Dla Razer wszystko miało odcienie szarości.
-?Myślę o życiu -?odparła. -?A co?
-?Tak sobie myślałem. Administrata, korpy, Pax, to jest tak, jakby wszyscy siedzieli w śluzie, gdzie jest jeden wlot powietrza. Za dużo ludzi i tylko jedno źródło tlenu, wysoko w rogu.
Kiwnęła głową, rozglądając się machinalnie po barze. Wciąż ani śladu Tallena.
-?Przy tym wlocie, na głowach innych stoją generałowie i prezydenci, dobrze im się oddycha, a na tych pod sobą srają i sikają. -?Bale był już zalany, mrużył oczy i patrzył na wilgotne kółka na stole. -?Pod nimi jest trochę gówna i szczyn, ale powietrze jeszcze całkiem znośne. Parę ciał niżej już nie jest takie świeże. A przy podłodze tylko samo gówno, powietrze jest parszywe, nie mogą się ruszyć, ściśnięci przez wszystkich wyżej, ale żyją.
Chciała coś powiedzieć, lecz on podniósł rękę.
-?I chodzi o to -?dodał -?że ci na górze potrzebują tych na dole, żeby sięgnąć gębami do najlepszego powietrza, a ci trochę niżej mają wzrok wbity w to powietrze. Ci na górze ich nie obchodzą i nigdy nie będą, podobnie ci na dole.
Zamówił kolejnego drinka. Ktoś z obsługi przyszedł, jednym płynnym ruchem zebrał parę pustych szklanek i przetarł stół. Razer spróbowała podziękować mu wzrokiem, lecz nawet w jej stronę nie spojrzał.
Zastanawiała się, co ma powiedzieć, niepewna, jak rozumieć ten nastrój Bale'a. W końcu stwierdziła:
-?Prosta metafora, ale sensowna. Większość ludzi umiera na tym poziomie, gdzie się urodziła. To twoja życiowa filozofia?
-?Tak po prostu jest?
Spróbowała się zaśmiać.
-?A ty w którym miejscu jesteś?
Bale wypuścił długi strumień zatęchłego powietrza i powiedział:
-?W pieprzonym barze z tobą, jak zwykle. Musisz się jeszcze napić i ja też. -?Opróżnił szklankę i postawił ją na podstawce do napełniania, a potem zaklął, widząc nagle zapalające się na niej ostrzeżenie o alkoholu we krwi.
Razer jeszcze go w takim stanie nie widziała. Najlżej, jak mogła, rzuciła:
-?No, to wychodzi, że oboje wracamy na piechotę.
-?Niech to szlag. Co, wyglądam na pijanego?
-?Nie, Bale. Jeden pijak drugiemu nigdy nie wygląda.
Wsunął palec wskazujący w szczelinę do badania krwi na stole, patrzył, jak ekran się rozjarza i wyświetla wynik.
PRAWO OBSŁUGI MASZYN COFNIĘTE. JEŚLI ZAPRZESTANO JUŻ PRZYJMOWANIA ALKOHOLU, PROSZĘ SIĘ ZBADAĆ PONOWNIE ZA CZTERY GODZINY. MIŁEGO WIECZORU, PODPORUCZNIKU BALE.
-?I to też niech szlag -?dodał. Uniósł szklankę na wysokość oczu, odliczył do dziesięciu, a potem osuszył ją miarowo. -?Chodzi o małą motorykę czy co?
Razer poddała się i wyszczerzyła zęby.
-?No, nie była taka mała, z tego co pamiętam.
Wziął nową szklankę i opróżnił ją; puste szkło trafiło na bar zanim wyświetlacz z badaniem krwi przeskoczył z czterech godzin na cztery i pół.
-?Może trzeba trochę zwolnić tempo -?powiedziała.
-?Mi obojętne. Nie idę jutro do pracy. -?Znów zmienił mu się ton głosu.
-?Nie? -?zapytała.
Bale patrzył na pustą szklankę. W końcu dodała:
-?Wolne? Kiedy ty ostatni raz brałeś wolne?
-?Zawiesili mnie.
-?Co takiego? -?Odstawiła szklankę, nagle na wpół trzeźwa. Coś przegapiła? -?Czemu?
-?Niesubordynacja.
Rozluźniła się odrobinę.
-?Czyli co, tydzień? To nie szalej, Bale. Nie mówiłeś czasem, że ci się to zdarza co miesiąc, jak w zegarku?
-?No tak. Może pójdę do domu. Spać.
Pochwyciła jego spojrzenie i roześmiała się głośno, psując ten klimat.
-?Nie. To ani tobie, ani mi dobrze nie zrobi. Idź. Śpij. Do zobaczenia, Bale.
Wstał. Patrzyła, jak idzie, trochę nazbyt pewnym krokiem. Jego potężna sylwetka na moment przesłoniła wodny, migotliwy blask za drzwiami. Razer odliczyła kilka minut i poszła za nim.
Nie czekał na nią. Ze zdziwieniem stwierdziła, że jest rozczarowana.
Ruszyła w stronę domu; alkohol łagodził okropne ulice Przyczółku. Była w sam raz trzeźwa, żeby ominąć zaułki Koleiny. Każde miasteczko, miasto i port miało swoją wersję tutejszej Koleiny -?enklawę monitorowanej przestępczości, tolerowaną na mocy niepisanej umowy; mówiącej, że tamtejsi kryminaliści mają za bardzo nie zwracać na siebie uwagi. W Koleinie to byli drobni przestępcy; handlowali narkotykami, ale nie wywijali niczego poważnego, pojawiali się w miasteczku tylko na uliczne rozboje i drobne kradzieże. Jej istnienie idealnie Paxowi pasowało. Razer doskonale wiedziała, jak to działa, te zawory bezpieczeństwa dla przestępczości. Na Bryzgu, pracując nad Autentykiem, spędziła tydzień w zaułkach Węzła Nocy, ucząc się, jak patroszyć identyfikatory i poruszać się niepostrzeżenie, jak się maskować i ukrywać, jak wyglądać czysto, ale walczyć nieczysto.
Czas wyjeżdżać z Ponura. Bale i historie, które można z niego wydobyć, to najlepsza rzecz tutaj. Poza tym nie ma tu dla niej nic ciekawego, może poza Szybem.
Wszystko inne, co mogło ją tu zainteresować, już dostała. Wszystko kręciło się wokół platform i barów. Było tak zaprojektowane, żeby budowniczowie platform byli zdatni do pracy i na pograniczu trzeźwości. Ściągały ich tu pieniądze, praca zajmowała czas, bary zapewniały spokój. Pax zapewniał stosunkowe bezpieczeństwo i ład. Ronen, korporacja zarządzająca platformami, szpiegowała, nie angażując do tego Paxu.
Wiedziała też już to i owo o platformach. Rozmawiała z pijakami, którzy mówili, że na nich byli, notowała ich opowieści, a potem słyszała, że to kłamcy, że nikt, kto tam był, o tym nie mówi. Jednemu zdecydowanie uwierzyła, ale jego opowieść kryła się głównie w oczach i pauzach. Zaproponowała, że mu zapłaci, ale jedyne, co chciał w zamian, to jej opowieść. Więc opowiedziała mu historię, którą usłyszała kiedyś od kryminalisty, który twierdził, że przeżył eliminiumowe bagna Gehenny. Sprzedając tę opowieść z piekła robotnikowi o martwym wzroku, w dusznym barze Neverie, sama poczuła się jak zagubione dziecko.
Poczuła się dziwnie z tą myślą. Historia za historię, powiedział robotnik z platformy, i to brzmiało jak transakcja w sam raz dla niej. Jak jej życie, nawet. Coś w rodzaju jej życia.
* * *
W pokoju padła na łóżko, zamknęła oczy i spróbowała zasnąć. Kiedy się nie udało, jak często ostatnio, otworzyła ekranię i puściła PozaŻycie Na Żywo!
Właśnie zaczął się Holoman. Zostawiła go, gadającego, zrobiła sobie kaffę, wróciła do łóżka, podciągnęła kołdrę pod brodę i popijała z filiżanki, patrząc w ekran.
-?Cześć, Razer. Cieszę się, że cię znowu widzę. Dzisiejszy program jest bardzo specjalny i dwuczęściowy. Najpierw niesamowita Opowieść z przeszłości PozaŻycia, a potem w Porze na głosowanie całkowicie nowi kandydaci. Proszę poczekać, szybko przewinę tę prawniczą blablerię, a potem pokażę ci Opowieść z przeszłości. Ta dzisiejsza to prawdziwe objawienie.
Wyszedł poza kadr, gdy zaczęły przewijać się słowa.
POZAŻYCIE REAGUJE NA WSZELKIE PRÓBY ZAKŁÓCENIA JEGO ARENY I POWIĄZANYCH SYSTEMÓW BEZ OSTRZEŻENIA I UŻYWAJĄC WSZELKICH ŚRODKÓW, JAKIE UZNA ZA KONIECZNE...
W końcu pojawił się z powrotem, uśmiechnął się i otarł gładkie czoło.
-?Prawie koniec, Razer. Nigdzie się nie oddalaj.
-?Tak, tak -?mruknęła. Była zarejestrowaną pracownicą jednego z PasoŻyć, czyli w praktyce prawie jak samego PozaŻycia, czy więc nie mogliby dać sobie spokoju z tymi prawnymi tekstami? Ziewnęła. Może nie trzeba było pić tej kaffy? Da kopa akurat, kiedy mogłaby zasnąć przed ekranem. A potrzebuje tego snu.
Holoman wskazał zdjęcie mózgu za sobą i powiedział:
-?Gdzieś tu kryje się sekret PozaŻycia. Neuryd. Jest niewykrywalny. Nie da się go znaleźć za pomocą skalpela, skanu, mikroskopu...
Razer przymknęła oczy i powtórzyła litanię razem z nim.
-?...każda próba i każde doświadczenie uznane przez PozaŻycie za próbę wykrycia neurydu spotka się z natychmiastową reakcją. Dotyczy to wszelkich nieuzgodnionych wcześniej z PozaŻyciem neurologicznych skanów, badań i zabiegów neurochirurgicznych.
Ekran za nim zgasł.
-?I już. Koniec tej nudnej części. A teraz nasz bardzo, bardzo specjalny Materiał Specjalny! Pierwsza część dzisiejszego programu, Razer, to historia bardzo zwyczajnie wyglądającego człowieka. Możesz myśleć, że już ją słyszałaś, ale obiecuję ci, że nie w takiej formie.
Na ekranie pojawiła się twarz mężczyzny, krostowata, z rządkiem równych, przebarwionych zębów i piwnymi oczyma pod opadającymi powiekami. Razer od razu go rozpoznała, jak każdy człowiek w Układzie -?Ajeenas Rialobon, PozaŻyciowy Morderca.
Holoman gadał, ale nie trzeba go było słuchać. Jak każdy człowiek w Układzie znała tę historię w najdrobniejszych szczegółach.
Rialobon przez dziesięć lat zabił w całym Układzie ponad dwa tysiące dryfiarzy. Ponieważ braku większości ofiar nikt od razu nie zauważał, udawało mu się pozostać niezauważonym przez lata. Dopiero kiedy go złapano, gdy zdradził lokalizację swojej kriokrypty, wypakowanej czaszkami i narzędziami neurochirurgicznymi, odkryto motyw. Przeprowadzał im sekcje mózgów, szukał neurydu PozaŻycia.
-?Oczywiście nie osiągnął zupełnie nic -?powiedział radośnie Holoman. - Zadanie jest niemożliwe. Neuryd, kiedy się rozwija, zrasta się z mózgiem nosiciela i jeśli nie zostanie aktywowany przez wyszkolonych medyków PozaŻycia za pomocą szyfrowanej bioputerii PozaŻycia, pod względem działania i wyglądu jest nie do odróżnienia od normalnej aktywności i tkanki mózgowej. -?Zrobił poważną minę. -?Działalność Rialobona wyszła na jaw tylko dzięki wyszkolonym daniarzom PozaŻycia, którzy wykryli znaczący, a niewytłumaczony niczym spadek populacji bezdomnych. - Zwrócił się do innej kamery i uśmiechnął się. -?Odkrycie było szokujące, choć było także triumfem PozaŻycia. Nasza nieustająca wewnętrzna kontrola zasugerowała istnienie aktywnego seryjnego zabójcy, zanim znaleziono choć jedną część ciała. PozaŻycie dało Paxowi dane i programy do wykrywania wzorców, a oni w końcu ujęli zabójcę.
Surowe godło Paxu uniosło się i opadło z powrotem. Przypomniało Razer o Bale'u. Śpi już? Zerknęła na godzinę. Prawie czwarta. Fioletowy poblask za oknem zaczynał zabarwiać się światłem dziennym. Teraz już w ogóle nie uśnie. Głupio, że zaczęła to oglądać. Specjalne odcinki Holomana nigdy nie były nowe; tłukły bez końca graficznie poprzerabiane stare historie. Segment przed głosowaniem oglądała właściwie tylko z przyzwyczajenia.
Zastanowiła się, czy powinna zadzwonić do Bale'a, i stwierdziła, że nie, a potem z jakiegoś powodu przypomniała sobie Tallena. Przykro jej było, że tak nagle zostawiła go dla Bale'a, ale czasem się tak zdarzało. A od tego czasu nie pojawił się w barze, kiedy ona tam była.
Holoman odgarnął z oczu brązowy, lśniący lok.
-?Często pojawiają się oskarżenia, że PozaŻycie, wybierając kandydatów, faworyzuje bogatych. To nieprawda. Nie da się także manipulować głosowaniem. Wszystkie programy losujące są publicznie dostępne. PozaŻycie utrzymuje w całkowitej tajemnicy tylko jedną rzecz, mianowicie neuryd. Całkowite bezpieczeństwo neurydu pozwala, by wszystko poza nim było stuprocentowo otwarte. PozaŻycie jest w pełni monitorowane przez Układ i poddawane rygorystycznej kontroli.
Usłyszała szczekliwe spółgłoski Vegaschrista, gardłowe głoski Fiołka, głosy młodych i starych, kobiet i mężczyzn, płynące przez ekran urywki tekstów:
...jedyne, co mnie trzymało przy życiu...
...ona nigdy nie zrozumiała, że...
...kiedy on w końcu zmarł...
Gdy to przycichło, Holoman powiedział:
-?Spójrzmy na fakty. Neuryd pojawia się potencjalnie przy każdych narodzinach w Układzie, z wyjątkiem -?z ich własnego wyboru -?Gehenny i niewymownej planety.
Holoman, jak zawsze, przeciągał ten tak zwany Materiał Specjalny. Razer zaczęła się zastanawiać, jak wpasować Bale'a w strukturę Autentyka. Zawsze miała dobre wskaźniki reakcji, kiedy sama siebie w nich umieszczała. Odrobina seksu też nie szkodziła. Poza tym ludzie lubili myśleć, że dowiadują się z Autentyków czegoś nowego, nawet jeśli nie da się ich osądzać ani na nie głosować. Wspomnienia Bale'a były aż gęste od przemocy i technologii. Nie będzie trudno opakować go w jakąś historię.
Holoman przeszedł do wszczepiania neurydu.
-?Rodzice mogą oczywiście odmówić udziału w imieniu dziecka, choć narzuconego prawnie podatku na rzecz PozaŻycia zrzec się nie mogą. W rzadkich sytuacjach, gdy zaraz po urodzeniu nie ma technicznej możliwości, implantacja neurydu może się odbyć do końca pierwszego roku życia.
Kaffa zaczynała działać. Próbowała rozpocząć w myślach historię Bale'a, ale łapała się na tym, że myśli o jego problemach, nie o jego potencjale narracyjnym. On żył dla Paxu. Kim się stanie bez niego?
Martwi się o niego?
Ta możliwość otrzeźwiła ją bardziej niż kaffa. Spotykała ciekawszych mężczyzn i o wiele od niego atrakcyjniejszych. Miał dobre historie, pociągała ją jego bezceremonialność -?i to w zasadzie tyle.
Nie, jej jedynym zmartwieniem jest to, że nie zdąży zebrać wszystkiego, co Bale ma do powiedzenia, zanim Autentyki dadzą jej coś innego.
-?Neuryd oparty jest na pluripotencjalnych komórkach macierzystych, tani w produkcji i wszczepiany przez prosty zabieg przezczaszkowy. Jego produkcja jest dotowana przez Układ. Losowa dystrybucja neurydów-placebo jest nadzorowana przez AI, chociaż ogólny procent placebo zmniejsza się z roku na rok, w miarę jak wprowadzane są nowe centra przechowywania wspomnień, powiększające pojemność bazy danych PozaŻycia. Jedyną osobą w całym uczestniczącym Układzie, która nie może zostać zaimplantowana, jestem ja. -?Teatralnie wsunął sobie dłoń w tułów, demonstrując własną nieprawdziwość, i w końcu wrócił do Ajeenasa Rialobona.
Razer nie potrzebowała po raz kolejny poznawać szczegółów morderstw i schwytania Rialobona. Choć dziś wieczorem pojawiło się parę obrazów mózgowych, których wcześniej nie widziała, oraz seria wywiadów z podejrzanie rosnącym katalogiem osób twierdzących, że uciekły mu spod noża. Holoman powiedział:
-?Pamiętajcie: z uwagi na Swobody Obywatelskie, informacje z PozaŻycia nigdy nie są udostępniane Paxowi ani Justix. Nie wiadomo nawet, czy sam Rialobon miał aktywny neuryd.
Wciąż myślała o Bale'u. Za dużo czasu na niego poświęca. Co z tego, że lubi jego towarzystwo? To wciąż praca. A może odpoczynek, którego chwilowo potrzebuje, trochę rozmowy zamiast zadawania pytań i rejestrowania odpowiedzi. Jednak powód jest nieistotny. Naprawdę trzeba już było z nim skończyć. Już i tak spędziła w Przyczółku ponad miesiąc, o wiele dłużej niż w większości miejsc.
-?Podobało się? Mnie tak! A teraz, Razer, część druga programu: nowe głosowanie!
Osuszyła resztę kaffy, w końcu czując się w pełni przytomna.
-?Ale najpierw jeszcze kilka faktów.
Oklapła. Za każdym razem, pomyślała. Nigdy się nie nauczy. Lecz nikt się nie uczy. Potrzeba zaufania wygrywa za każdym razem, tak w małych, jak i w wielkich sprawach.
-?Dopiero po opinii klinicznej, mówiącej, że śmierć jest nieunikniona, sanitariusze PozaŻycia mają prawo sprawdzić, czy neuryd jest aktywny. Jeśli okażecie się neurydo-pozytywni, umieszcza się was w rigor vitae, trafiacie do sarkofagu, w skrócie do sarku, a w nim do oceanu na Ponurze, a neuryd przekopiowuje wasze życie do bazy danych PozaŻycia.
Muzyka nabrzmiała.
-?A potem, Razer, po roku, dziesięciu latach, być może po stuletniej lub dłuższej przerwie, kiedy pojawia się lekarstwo lub nowa medyczna technologia lecząca twoją przypadłość, wszystko zależy od... -?Wyszczerzył się i rozpostarł ręce, gdy kamera oddalała się, zmieniając go w punkcik na tle niespodziewanego widoku gwiazd. Rozbrzmiały gromkie triumfalne akordy, w nagłej ciszy po ostatnim z nich Holoman krzyknął: -?...od was wszystkich!
Wbrew sobie poczuła, że serce zabiło jej mocniej.
-?W chwili potencjalnego powrotu, Razer, twoje zagrożone życie oraz życie innych z dokładnie tą samą przypadłością zostanie poddane głosowaniu. Zagłosować może każdy na każdego. Jedynie ja, Holoman, nie mogę głosować. Głosowanie nie jest, powtarzam: nie jest konkursem. Głosuje się za drugą szansą albo przeciwko drugiej szansie, dla tylu kandydatów, ilu zechcecie.
Zła na siebie, że dalej ogląda, Razer wyświetliła dane o obecnej oglądalności Holomana. Razem z nią patrzyło trzydzieści siedem procent dostępnego Układu. Przejrzała rozbicie na szczegóły i ekstrapolacje. Prognoza mówiła, że w ciągu kolejnych pięćdziesięciu godzin osiemdziesiąt dziewięć procent dorosłej populacji Układu -?ze standardowymi dwoma wyjątkami, Gehenną i niewymowną planetą -?obejrzy program i zacznie głosować. Nie przestawało jej to zdumiewać. Wybory do Administraty ledwo były w stanie osiągnąć połowę tej frekwencji.
-?Jak podjąć decyzję? To proste i fajne. Po prostu patrzycie na ich życie. Czy byli -?czy są -?mili czy nienawistni, czuli czy okrutni? Czy wy czujecie się wielkoduszni? -?I dodał dyskretnym szeptem: -?Ale pamiętajcie, jeśli wasz neuryd jest aktywnym neurydem, któregoś dnia możecie zostać osądzeni za własne osądy.
Niesamowite to jest, pomyślała Razer. PozaŻycie, jedyna rzecz jednocząca Układ, jest tak proste, że prawie banalne. Jest ponad polityką, ponad bożerią, i jest jedynym obciążeniem podatkowym, na które nikt nie narzeka.
A jego istnienie dawało jej utrzymanie. Praca dla Autentyków, jednego z PasoŻyć PozaŻycia, opłacała jej podróże po Układzie, słuchanie, wyobrażanie sobie, tworzenie fabuły z chaosu. Może właśnie to było w nim najosobliwsze -?że mogła się dzięki niemu wyżywić przez samo tylko snucie opowieści. Życia były prawdziwe, ale brzydkie i chaotyczne. Ludzie szli po Autentyki, żeby znaleźć pociechę, poprawę nastroju po nieprzyjemnych prawdach PozaŻycia. A dzięki własnemu talentowi oraz poradom i wyborom jej AI, Cynth, była jedną z najlepszych opowiadaczek.
Holoman zmienił ton na urzędowy. Włosy miał teraz krótsze i schludniejsze, minę poważną, gdy mówił:
-?Wszystkie głosy są niezależnie sprawdzane. Głosowanie jest całkowicie otwarte i niepodatne na korupcję czy manipulację.
Słuchając ludzkich opowieści i komponując swe historie, Razer zastanawiała się często, jak mogło wyglądać życie na dawnej Ziemi, gdzie spodziewałeś się, że dożyjesz więcej niż pięćdziesiątki i przez większość tego czasu będziesz cieszyć się w miarę dobrym zdrowiem. Jakie mieliby historie? Domyślaliby się takiej przyszłości jak ta? Nieodwracalnych chorób popromiennych, autoimmunologicznych, wiecznie zmiennych metawirusów, neoraków, toksyczności reakcyjnych? Upiornej śmiertelności i ogólnej chorowitości? Tej prostej trudności wszystkiego?
Na tamtej Ziemi wyobrażali sobie, że przyszłość przyniesie lekarstwa na wszystko, że technika w końcu prześcignie naturę.
Ziewnęła, nareszcie senna. Jakże my się zawsze mylimy.
4.
Alef
Niedługo po naszym powrocie z katedry wezwanie do zapłaty podatku adresowane do mojego ojca zostało omyłkowo dostarczone do sąsiada, Josipa Farlowa, który je machinalnie otworzył. Opowieść głosi, że prawie zemdlał, zobaczywszy skalę błędu. Legenda o podatku Saula stała się na Gehennie ludową historią. Przypowieścią wręcz.
Ta historia idzie tak:
Josip był przekonany, że Saulowi trudno będzie pogodzić się z faktem, że Administracja Podatkowa mogła popełnić aż taki błąd. Myślał, że Saul załamie się i się zawiesi, jak puteria. Nie wiedząc, co robić, poszedł do ojca Grace'a, a ten do Marity, która też nie miała pojęcia.
W końcu zwołali komitet parafialny, w którym Saul był doradcą technicznym. Ojciec Grace zaczął rozmowę o błędach drukarskich w tłumaczeniach Bublii, a na koniec spotkania Josip przekazał wezwanie podatkowe Saulowi, przepraszając, że przez pomyłkę je otworzył. Rzucił też beztroski komentarz o oczywistej pomyłce drukarskiej i zaproponował, że będzie mediował z Administracją w jego imieniu, żeby załatwić poprawę tego błędu.
Saul obejrzał wezwanie i nic nie powiedział.
Wszyscy wokół stołu zamilkli.
Ojciec Grace zażartował, że Saul ma równie ogromną wiedzę o Podatkach i o Bublii oraz o sporadycznych błędach w jednym i drugim.
-?Dziękuję, Josip -?mruknął w końcu Saul. Złożył pismo i wsadził je do kieszeni.
-?I co zrobisz? -?zapytał ktoś, trochę nerwowo.
-?To wezwanie do zapłaty. -?Saul wzruszył ramionami. -?Będę oczywiście musiał zapłacić.
Takiej reakcji nikt się nie spodziewał. Gdy tylko Saul wyszedł ze spotkania, ojciec Grace zadzwonił do Marity i powiedział, żeby skontaktowała się z nim, jeśli będzie potrzebowała pomocy, dodając, że, szczerze mówiąc, nie wie, jakie tu może być najlepsze wyjście.
Marita starała się zachowywać jak gdyby nigdy nic, co było proste, bo Saul robił to samo. Parę dni później zapytała, co zrobił z tym podatkiem, na co odparł, że go zapłacił.
Wszyscy w JerSalem czekali niespokojnie na eskalację. Musiała nastąpić. Podatki zrobiły błąd, który nie został skorygowany, a Saul wysłał im płatność, która w oczywisty sposób, przez to, że została wykonana -?co ktoś taki jak Saul musiał doskonale rozumieć -?nieodwołalnie zatwierdzała tę pomyłkę. Na koncie zaś miał kwotę o kilka rzędów mniejszą niż wynosiła należność.
Całe JerSalem buzowało niepokojem. Saul ze swoją wiarą w nieodwołalność podatków musiał zakładać, że skoro żądają, to trzeba im dać. Błąd musi leżeć po jego stronie.
Każdy wiedział, co się stanie. Pax wyśle na Gehennę więźniarkę i go zgarnie.
Mijały jednak miesiące i nikt po Saula nie przychodził. Niepokój utrzymywał się przez dłuższy czas, aż w końcu wszystko wróciło do normy, choć niezupełnie takiej jak wcześniej. Saul dalej naprawiał ludziom puterię, a oni nalegali, żeby coś za tę robotę wziął -?wcześniej tak nie robili. Nie chciał brać pieniędzy, więc dawali rzeczy, które można sprzedać. I nawet nie Saulowi, tylko Maricie. Wołali też Saula do banalnych problemów, po prostu, żeby Maricie dać coś, co jej się przyda na przyszłość.
Aż wreszcie do Saula przyszedł kolejny list z napisem PODATEK. Listonosz od razu doręczył go ojcu Grace, który go otworzył.
W środku było potwierdzenie zapłaty podatku w pełnej wysokości. Ojciec Grace zakleił list z powrotem -?i jako duchowny niewątpliwie odmówił modlitwę dziękczynną -?po czym przekazał go ojcu.
Mieszkańcy wsi doszli jednomyślnie do wniosku, że tym eleganckim i logicznym sposobem Podatki skorygowały swój pierwotny błąd -?idiotyzm tamtego wezwania ujawnił się dopiero, kiedy płatność ojca się nie rozliczyła. Żeby zachować twarz, Podatki udały, że i wezwanie, i zapłata zostały przeprowadzone poprawnie i tym samym rachunki się zgadzają. W oczach mieszkańców Saul pokazał heretyckiemu Układowi, jaki jest głupi - co wszyscy i tak wiedzieli.
I zupełnie nieświadomie stał się kimś w rodzaju bohatera. Ojciec Grace wygłosił kazanie o tym, jak można obrócić ślepą głupotę bezbożnych przeciwko nim samym -?jego prawdziwy sens dotarł do wszystkich oprócz Saula i do wsi wróciła normalność.
Aż do pojawienia się Pellonhorca.
Po szkole często siedziałem w warsztacie ojca i pomagałem mu przy puterii.
Programowanie przychodziło mi właściwie bez wysiłku. Nauczyłem się go tak, jak się uczy mówić, a nie czytać. Mój mózg, tak jak mózg ojca, był pod to idealnie skonfigurowany. Prosta sprawa. To, w co się razem bawiliśmy, nie było na poziomie typowych rozrywek ojca z synem - budowania wież z plastikowych klocków czy kopania piłki. My bawiliśmy się ekranią i puterią. Kiedy jeszcze siedziałem w brzuchu matki, ojciec opracował system, który zamodeluje moje pierwsze dźwięki jako symbole graficzne, i otoczył moje łóżeczko ekranią. Szybko nauczyłem się, które dźwięki wyświetlają proste twarze, i po paru miesiącach nauczyłem się uszczegóławiać je na tyle, żeby twarze na ekranii uśmiechały się lub puszczały bańki. Gdy mój język się rozwijał, zadania programistyczne robiły się bardziej zawiłe. Zanim nauczyłem się chodzić, umiałem symulować prostą rzekę. Razem z ojcem bawiliśmy się cyfrową wodą. On wrzucał do niej kamyki, a ja prognozowałem i wyliczałem ich wpływ na strumień. Obaj się przy tym zaśmiewaliśmy.
Niedługo potem dostałem własny puter i zacząłem wymyślać na niego programy. Ojciec opowiedział mi o tajności i prywatności, o różnicach między jedną i drugą, o tym, jak są ważne, nauczył mnie kodów i szyfrów. Graliśmy też w gry na pamięć i był równie zachwycony jak ja, kiedy w wieku sześciu lat zacząłem z nim wygrywać. Wymyśliliśmy procedurę szyfrującą dla mojego putera. Liczby pierwsze, których użyłem, wydawały mi się wtedy ogromne. Pytał mnie, jak je zapamiętałem -?jego własne wizualne triki zawodziły przy takiej złożoności -?a ja odpowiedziałem, że widzę je jako drzewa z liśćmi, wielkie drzewa falujące na wietrze. Każdą gałąź i gałązkę trzeba odczytać w kolejności od ziemi, a każdy liść, od pnia do jej końca, to jedna cyfra.
Do niezrozumienia ze strony innych dzieci i dorosłych byłem przyzwyczajony, ale kiedy widziałem, jak ojciec próbuje sobie wyobrazić moje lasy... zaśmiał się, choć był to nieco osobliwy śmiech.
Po tym ustaliliśmy z ojcem jedną zasadę dotyczącą mojego putera. Nadałem mu takie prawa, że mógł wprowadzać dla mnie gry i zagadki do rozwiązania, ale nie mógł się po nim swobodnie poruszać ani ingerować w moje programy. Ja natomiast miałem swoje, szersze uprawnienia, pozwalające mi na pełny dostęp do możliwości putera.
Teraz oczywiście widzę, że to była po prostu milcząca umowa, dzięki której ojciec mógł mi pozwolić być u siebie w warsztacie pod warunkiem, że ograniczam się do mojego własnego putera. Nie była to reguła, którą mógłby mi narzucić. Zupełnie jakby w normalniejszej rodzinie ojciec nagle dostrzegł, że syn wyrósł i jest od niego większy i silniejszy i postanowił, że już nie będą się bawić w zapasy.
Moich wniosków dotyczących hipotez Riemanna i Goldbacha3 nigdy mu nie pokazałem. Szkoda. Ale wtedy myślałem tylko, że wykorzysta to do złamania moich szyfrów.
Niedługo po moich ósmych urodzinach Josip Farlow i jego rodzina zginęli w paskudnym wypadku -?metanowy szyb wciągnął ich lotocykl -?i do zamieszkania we wsi wybrano nową rodzinę z listy. Lista była długa. Zawsze byli ludzie, którzy chcieli opuścić Górne Światy, żeby cieszyć się rygoryzmem Gehenny.
Teraz widzę, choć wówczas nie przyszło mi to w ogóle do głowy, że masa rzeczy wskazywała, że jego przybycie jest czymś dziwnym. Większość nowych rodzin była bezdzietna albo z dzieckiem w łonie matki, a przybywali razem, mężczyzna i kobieta. Nigdy nie było pobocznych dorosłych osób, nigdy nie było żadnych dzieci.
Jednak ta dziwna rodzina przyjechała i ksiądz zgodnie z tradycją przyjął ich do naszej wspólnoty podczas ceremonii żałoby i powitania, zaczynającej się od słów: "Pośrodku śmierci w życiu jesteśmy"4.
Avareche, matka nowej rodziny, siedziała w kościele w żałobnych łachmanach. Płakała, jakby była ocalałą z wypadku, w którym zginęła rodzina Josipa, a nie jego beneficjentką. Szlochała, łkała, jakby życie nie było tragedią od prochu po proch, jak nas uczono, lecz czymś bardziej niezrównoważonym.
Zamęża nie było. Zamiast niego po obu stronach Avareche siedzieli jej kuzyni, Garrel i Traile. Nikogo takiego wcześniej w JerSalem nie widzieliśmy. Ubrani byli w ciemne, nietkane ubrania i siedzieli na twardych ławach w nadzwyczajnym bezruchu, jak wykuci z kamienia. Nawet wtedy pomyślałem, że wyglądają jak żołnierze z tymi połyskującymi w ciemnym kościele soczewkami na oczach, z dłońmi opartymi na potężnych udach, wytartymi do połysku knykciami rękawiczek i grubymi kurtkami sugerującymi ukrytą broń.
I był jeszcze chłopak. Syn Avareche. Pellonhorc.
Trudno mi teraz myśleć o nim "chłopak" po tym wszystkim, co było. Miał osiem lat, tak jak ja, i biegał po całym kościele, dziki jak wiatr.
Nikt mu nie zwrócił uwagi. Nikt nic nie zrobił. Ojciec Grace powinien napomnieć matkę, żeby go uspokoiła, ale nie zrobił tego. Zastanawiam się teraz, ile mógł wiedzieć -?lecz może po prostu był zadziwiony tymi niezwykłymi przybyszami.
Avareche siedziała i szlochała. Nie mogłem tego zrozumieć. Kuzyni siedzieli nieporuszeni po obu jej stronach, a moja matka szybko wstała i do niej podeszła. Garrel -?to był ten wyższy kuzyn, z małżowinami uszu grubymi od czujników i nawoskowanymi włosami pozwijanymi w ciasne, zębate pasma, jak skorupa granatu -?niczym nie dał poznać, że pozwala jej się zbliżyć, matka jednak czekała. Avareche pośpiesznie na niego kiwnęła, a on dał matce usiąść obok niej, choć odczekał tyle, żeby każdy w kościele zauważył tę pauzę. Każdy oprócz Pellonhorca, który w ostrym snopie światła z wysokiego okna budował wieżę z modlitewników.
Ojciec Grace kontynuował nabożeństwo. "Opłakujemy Josipa i Neishę, ich dzieci, Joniego i Jess, a także dziękujemy za przybycie Avareche i Pellonhorca, Garrela i Traile'a". Zapadła cisza, uciszył się nawet Pellonhorc z tyłu kościoła -?zrobił krok wstecz i przypatrzył się swojej niebezpiecznie wysokiej książkowej budowli. Wieża, podparta z boków poduszkami do klęczenia, sięgała mu do głowy. Patrzyłem, jak starannie balansuje na szczycie srebrną kadzielnicą, odbijającą jasnym promieniem blask słońca.
Ksiądz zakończył nabożeństwo modlitwą za niewymowną planetę: "Módlmy się za dusze tych, których potworna wiara odwiodła od możliwości zbawienia, by pewnego dnia powrócili na nasze łono".
Wszyscy znaliśmy opowieści o niewymownej planecie, o tym, jak odcięli się od Układu, niszczyli wszystkie statki, które próbowały podejść, i wysyłali ekipy zamachowców po każdego, kto wymienił ich nazwę. Nie wydawało się to prawdopodobne, lecz na Gehennie ogólnie mało rzeczy się kwestionowało.
Na koniec ojciec Grace ponownie wskazał gestem nową rodzinę i cicho, ale stanowczo rzekł:
-?Mamy nadzieję, że do Avareche i jej rodziny szybko dołączy jej zamąż...
Brzdęk. Wszyscy podskoczyli, gdy zawaliła się wieża z modlitewników Pellonhorca, a kadzielnica ze szczytu huknęła o kamienie. Garrel i Traile zerwali się na nogi, pomyślałem. Ale nie, właściwie to oni jedyni w całym kościele siadali. Teraz, we wspomnieniach, widzę, że to nie było tak. Oni faktycznie poderwali się, obrócili, wycelowali broń, która pojawiła się im w dłoniach, ocenili sytuację i siedli z powrotem, zanim ktokolwiek inny w kościele zdążył zareagować.
To sygnalizowało koniec nabożeństwa. Wyszliśmy z kościoła, przechodząc przez snopy świateł przyduszone teraz słodkim kadzidłem. Avareche wciąż szlochała. Wszyscy inni -?z wyjątkiem Garrela i Traile'a, którzy musieli mieć filtry krtaniowe -?pokasływali aż do łukowatych drzwi. Pellonhorc wymachiwał rękoma i tańczył.
Tak wyglądało ich przybycie. Dopiero po pewnym czasie wszyscy we wsi dowiedzieli się, jak się nazywa zamąż Avareche. A wtedy właściwie się nie zdziwiliśmy. O Ethanie Drame'ie słyszało się nawet na Gehennie.
Wyszło to jednak dopiero sporo później. Na początku ciągle były inne powody, dla których ojciec Pellonhorca nie może przyjechać: praca, problemy z transportem albo po prostu "komplikacje". Avareche wzruszała ramionami. Garrel i Traile nie mówili nic.
Pierwszego dnia Pellonhorca w szkole jeden chłopak z klasy zapytał go o ojca. Pellonhorc pobił go tak, że przez miesiąc nie chodził do szkoły.
Avareche została najlepszą przyjaciółką mojej matki. Potrzebowała w oczywisty sposób różnych rzeczy i moi rodzice jej pomagali. Nigdy nie wydawało mi się, że to coś poza zwykłą dobrocią i zbiegiem okoliczności.
Dziwna to była rodzina. Było ich pięcioro -?Avareche, Pellonhorc, dwóch kuzynów oraz zielony czikiczip. Zwierzątko należało do Pellonhorca i trzymał je w dużej klatce. Miało podcięte skrzydła i niezdarnie człapało po tej klatce. Według mojej matki Pellonhorc nie za bardzo się nim zajmował i spadło to na Avareche. Zwierzę z jakiegoś powodu znielubiło Pellonhorca. A jego matka często trzymała je w objęciach, tuliła i machinalnie gładziła po miękkich piórach.
A ja zaprzyjaźniłem się z Pellonhorkiem. Miał niesamowitą i szaloną charyzmę. Kiedy do szkoły wrócił chłopak, którego pobił, Pellonhorc pierwszy go przywitał z autentycznym zapałem. I nic o pobiciu nie wspomniał. Dla niego jakby w ogóle nie miało miejsca. Chłopak był dziwnie wdzięczny, choć potem już zawsze nieufny.
Dla mnie była to interesująca lekcja. Chyba wszyscy wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z kimś niezwykłym. Od razu zaczął wszystkim przewodzić. Ryzykowaliśmy, wspinaliśmy się i pływaliśmy w niebezpiecznych miejscach. Nikt mu oczywiście nie mógł odmówić, a on do wszystkiego był pierwszy -?wspinał się, nurkował, bił się. Nie znał strachu. Myśleliśmy, że jest odważny. A on oczywiście był psychopatą.
Jakąkolwiek władzę nad nim mieli tylko Garrel i Traile. Drwił z nich przez cały czas, a oni nie zwracali na to uwagi.
Ale któregoś dnia widziałem, jak Traile go uderzył...
Było to tak: Pellonhorc przyszedł do nas wieczorem, niezapowiedziany, i powiedział, że chce się ze mną pobawić. Poszliśmy do mojego pokoju. Na początku był pobudzony, potem przygaszony. Nigdy go takim nie widziałem. Po jakimś czasie matka odebrała łącze i to wyraźnie była Avareche. Wyszła, a parę minut później do drzwi zapukał Traile.
Trzeba go było nie wpuścić. Miałem nikogo nie wpuszczać, jeśli w domu nie ma dorosłych, a Pellonhorc darł się na mnie, żebym nie otwierał. Wrzeszczał jak nigdy. I przeklinał, przysięgał, że zrobi mi takie rzeczy, których nawet nie rozumiałem.
Musicie sobie wyobrazić, jak się bałem. Widziałem, jak Pellonhorc bez powodu pobił chłopaka do nieprzytomności i tłukł go dalej, miarowo i spokojnie, dopóki nie był pewny, że do wszystkich dotarło. Nigdy nie stracił opanowania. Ale jednocześnie zza drzwi słyszałem głos Traile'a, powolny, spokojny i groźniejszy niż można by sobie wyobrazić.
Słuchałem wrzasków Pellonhorca, ale cichy głos Traile'a je zagłuszał. Wyciągnąłem rękę i otworzyłem drzwi. Jego soczewki błysnęły, kiedy przepłynął obok mnie i poszedł na górę schodami. Ruszyłem za nim. Przez szparę w drzwiach do pokoju przez chwilę widziałem minę Pellonhorca. Potem trzasnął nimi przed nosem Traile'a. Jednocześnie pomyślałem, jak bardzo musi być przerażony, żeby choćby pomyśleć o zatrzaskiwaniu mu drzwi przed nosem.
Lecz będzie tam bezpieczny, póki Traile się nie uspokoi. Przez skazańców pracujących na bagnach eliminium wszystkie drzwi we wsi, wewnętrzne czy zewnętrzne, były zabezpieczone przed wejściem. Również od mojego pokoju. Każdy mógł otworzyć je od środka, ale od zewnątrz trzeba było się zautoryzować odciskiem palca. Nawet nosoróg po stu metrach rozbiegu nie byłby w stanie ich wyłamać.
Tylko że Traile położył dłoń na klamce, naparł na nią, a drzwi po chwili wydały dziwny zgrzyt, wygięły się, trzasnęły i wpadły do środka. Traile potarł pięść i obejrzał się na mnie. Co chciał mi tym spojrzeniem powiedzieć -?nie mam pojęcia. Soczewki na oczach błyszczały tak samo jak zawsze. Patrzyłem, jak wchodzi do pokoju, patrzyłem, jak jego ręka wraca i nonszalancko się zamachuje. Usłyszałem głuchy odgłos i wrzaski Pellonhorca raptownie ucichły.
Po dłuższej martwej chwili Traile odwrócił się na bok, ode mnie i Pellonhorca, i pochylił głowę. Usłyszałem, że zaklął. Uniósł zwiniętą dłoń do twarzy, coś do niej wymamrotał. Twarz miał bladą, a ta dłoń się trzęsła. Mówił dalej, potem przestał, odczekał i znów się odezwał, tym razem spokojniej. Na twarz wróciły mu kolory. Odetchnął głęboko, schylił się, delikatnie wziął Pellonhorca na ręce i wyszedł z nim. Chłopak unikał mojego wzroku.
Przez tydzień nie chodził do szkoły, a czikiczipa więcej nigdy nie widzieliśmy. Zapytałem o niego matkę. Odparła, że przy Pellonhorcu czy Avareche lepiej o nim nie wspominać. Ojciec zorganizował wymianę drzwi do mojego pokoju. Nie mogłem się doczekać, aż fachowcy zapytają, co się stało, że się tak wyłamały, żeby móc im powiedzieć, lecz oni nie zająknęli się ani słowem. Za to byli wobec mnie bardzo uprzejmi.
-?Chodźmy do biura twojego taty -?powiedział pewnego dnia Pellonhorc.
-?Dobra. Zapytam go.
-?Nie. Sami chodźmy.
-?Nie można. Zresztą po co? Jemu nie będzie przeszkadzać, że tam jesteśmy. Często przychodzę i mu pomagam.
-?Nie. Chcę ci coś pokazać.
-?Co mi tam możesz pokazać?
-?Zobaczysz.
Typowe dla niego. "Zobaczysz". Brzmiało to jednocześnie jak groźba i pokusa. Wiedziałem, że jeśli się nie zgodzę, będzie mną gardził, ale miałem już wykręt. Powiedziałem:
-?Tam i tak jest zamknięte. Nie wejdziemy.
-?Ja otworzę. Tym się nie przejmuj.
Nie miałem już wyjścia. Powiedziałem rodzicom, że idę się bawić, i spotkałem się z Pellonhorkiem pod biurem. Dzień już się kończył i w szybie zamajaczyły odbicia naszych twarzy.
-?To jak tam wejdziemy? -?zapytałem z wahaniem.
Pokazał mi małe urządzenie. Powiedział, że zabrał je Traile'owi. Nie zdziwiłem się. Od dawna wiedziałem, że Garrel i Traile nie są zwykłymi ludźmi, pod żadnym względem. Nie byłem nawet pewien, czy istotnie są kuzynami Avareche.
Pellonhorc uniósł urządzenie do płytki zamka na drzwiach i przyłożył rękę do czytnika.
-?Jak to działa? -?zapytałem.
-?Dodaje nam uprawnienia. Dawaj. -?Przytknął moją dłoń do płytki. -?I już. Obaj jesteśmy dodani. Możemy wchodzić, kiedy tylko zechcemy.
Pokręciłem głową, zastanawiając się, jak się z tego wycofać.
-?Tato się dowie.
-?Tylko jeśli sprawdzi listę, a nikt tego nigdy nie robi. Nie na Gehennie.
Wytrzeszczyłem oczy.
-?Nie znasz mojego taty.
Uśmiechnął się szeroko:
-?Ty nie znasz swojego taty.
Zanim zdążyłem zareagować, dodał:
-?No chodź. Chyba że masz cykora?
Weszliśmy do biura, przeszliśmy między ścianami puterii i ekranii błyskającej programami, obliczeniami, które nigdy nie ustawały, prawdopodobieństwa i scenariuszami opcji dla oszczędzania paliwa, szybkości zużycia tlenu, ryzyk dla takiej czy innej drogi między tą i tamtą planetą. Większość tego rozumiałem, kiedy miałem dziesięć lat, a rok później sam modyfikowałem z tatą te programy.
Podszedłem do mojego putera i zacząłem włączać ekranię, ale Pellonhorc nie był zainteresowany.
-?Tutaj -?powiedział, stojąc w drzwiach na zaplecze.
-?Tam jest tylko warsztat, on tam trzyma stare putery. Powolne złomy. Większość w ogóle nie działa.
-?Tak myślisz?
Wzruszyłem ramionami. Pellonhorc pacnął zamek dłonią, a ja niechętnie wszedłem za nim. Usiadł przy pierwszym ekranie.
-?Ten to w ogóle jest rozwalony -?powiedziałem.
Pellonhorc mnie zignorował. Wyprostował przekrzywiony ekran, usiadł wygodnie i nacisnął włącznik.
-?Widzisz?
Nacisnął jeszcze raz, potem wystukał na klawiaturze parę kodowych fraz. Dalej nic, oczywiście, co za sens stukać w martwy komputer, on jednak powtórzył to jeszcze raz, w skupieniu, a ekran nagle zajarzył się i głos putera szepnął:
-?Trwa łączenie.
-?Ha! -?odezwał się Pellonhorc.
To, że zadziałał, nie miało sensu, a jeszcze mniej, że to Pellonhorc go obudził. Puter nie miał żadnego poważnego szyfru, co było niepodobne do mojego ojca, a Pellonhorc znał kod, co było jeszcze bardziej nieprawdopodobne. Jednak udało mi się tylko wykrztusić:
-?Co robisz?
Rozsiadł się na stołku.
-?Sprawdzam, co u mojego taty.
Nigdy wcześniej o nim nie wspominał, nikt inny też tego nie robił, odkąd pobił tamtego chłopaka. Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc się nie odezwałem. Jak większość, zacząłem zakładać, że jego ojciec nie żyje. Ale teraz się zastanawiałem. Jak wygląda? Ile ma lat? Gdzie jest?
Już prawie zapytałem, ale ugryzłem się w język. Bałem się, że nasza krucha przyjaźń natychmiast zniknie. Było też możliwe, że zamachnie się i mnie uderzy. U Pellonhorca zawsze była taka możliwość.
Ekran wyświetlił jakieś wnętrze, pustą szarą ścianę i nic więcej.
-?Nie ma go tu -?rzucił rozczarowany Pellonhorc. -?Spróbujmy czegoś innego. -?Postukał jeszcze raz i na ekranie pojawiła się brama, czarna i okratowana.
-?Nie uda ci się -?powiedziałem.
Nad bramą rozjaśnił się srebrny tekst.
Aby uzyskać dostęp do Pieśni, proszę się zarejestrować. Identyfikujemy Cię jako Geheńczyka. Proszę wprowadzić osobiste hasło rejestracyjne.
Pellonhorc wstukał coś; palce miał zbyt szybkie, bym mógł nadążyć.
Proszę potwierdzić rejestrację próbką własnego głosu.
Potwierdzić? Jemu rzeczywiście udało się zalogować do Pieśni? Zachodziłem w głowę, jak to możliwe. Lecz teraz utknął. Palce zawisły w powietrzu. Wiedziałem, że nie nabierze się na przynętę klucza głosowego. Raz użyjesz niezmodyfikowanego własnego głosu i na zawsze jesteś rozpoznawalny i możliwy do wyśledzenia. Dlatego, gdzie tylko się dało, wszyscy wciąż stukali w klawisze. Nawet w małej geheńskiej wersji Pieśni, Bublioceanie, nikt nigdy nie nawigował głosem, a my -?jakimś cudem -?znaleźliśmy się już daleko poza Bublioceanem. I to jeszcze na puterze, który w ogóle nie powinien działać, a co dopiero mieć połączenie z Pieśnią. Z Pieśnią!
Sięgnąłem poprzez niego i kciukiem wcisnąłem kod audio.
-?Powiedz mu, że mamy zniekształcenia częstotliwości. Przez wyładowania atmosferyczne. Tato wszystkie komputery tak modyfikuje, żeby to udawały.
Pellonhorc wstukał, co mu powiedziałem, i po chwili brama powoli otworzyła się i zgasła, ukazując jaskrawoniebieski ekran pełen pikseli możliwości. To była Pieśń. Słyszałem o niej, ale nigdy nie widziałem i nigdy nie spodziewałem się zobaczyć.
Gdy mnie zatchnęło, Pellonhorc uśmiechnął się triumfalnie. Uniósł dłoń wysoko, a ja krzyknąłem i z całej siły przybiłem mu piątkę. Ostre klaśnięcie i pieczenie dłoni było jak przypieczętowanie naszej więzi.
Spędziliśmy tam około godziny, szperając po wszystkich stronach z seksem, na jakie udało nam się wkręcić. Imponowało mi, jak sprawnie nawiguje, a on wyraźnie podziwiał, że umiem oszukać te strony, by nas wpuściły.
Pellonhorc sterował ekranem. Zatrzymywał się na pewnych typach obrazków, pytał, co myślę o nich, o uczestnikach. Wielu wyglądało, jakby byli w naszym wieku, choć oczywiście mieli o wiele większą wprawę niż ja czy - zakładałem -?Pellonhorc. Moje uwagi, wyrażające zachwyt lub obrzydzenie, wyraźnie go cieszyły i wróciłem do domu ucieszony, nie tyle obejrzanymi ciałami i ich ruchami, ile wolnością, której doświadczyliśmy. A także nieoczekiwanym zwrotem w naszej relacji.
5.
Razer
Razer drzemała i śniła. Opuszczenie Ziemi było jednym wielkim chaosem. Zaczęło się w desperacji, skończyło niemal w rozpaczy. Miała poczucie, że nikt na Ziemi nawet nie wierzył, że uda się znaleźć miejsce, gdzie można przeżyć, że zasoby wpompowane w terraformację i transport to po prostu wykręt, aby dać ludziom jakiś cel w tych ostatnich dziesięcioleciach. Ci, którzy wylatywali, nie spodziewali się dotrzeć do celu, a ci, którzy dotarli, musieli natychmiast skupić się w stu procentach na przetrwaniu. Tak oto organizował się Układ -?w sposób całkowicie niestrukturalny, każda planeta skoncentrowana na własnych problemach. Każda z nich przez mniej więcej pierwsze sto lat patrzyła tylko na siebie, tak jak do tej pory robią Gehenna i niewymowna. Gehenna zwróciła się ku jednej wierze, niewymowna ku innej; niewymowna wycofała się także we wściekle bronioną izolację, taką, że właściwie mogłaby wcale nie istnieć. Każda niewyjaśniona katastrofa budziła falę plotek i podejrzeń, że niewymowna maczała w niej palce.
Przez dziesiątki lat Układ nie miał żadnej struktury poza tym, co niezbędne, by utrzymać handel, a ziemski Internet tymczasem rozwinął się w Pieśń. Panowały bezprawie i korupcja. Układ był rozciągnięty jak nigdy nie była Ziemia.
Rozbolała ją głowa. Usiadła na brzegu łóżka, napiła się wody, wyobrażając sobie, o ile gorzej czuje się Bale.
Holoman, mówiąc, gestykulował z ożywieniem. Nikt w Układzie, z wyjątkiem tych, co zawsze dwóch planet, nie mógł nie znać tej twarzy.
Pośród tego chaosu, prawie sto lat temu, do życia gwałtownie wdarło się PozaŻycie, już niemal w pełni uformowane, a w ciągu kilku lat niemal całkowicie odmieniło Układ. Uderzyło ją, że kalendarz powinien to odzwierciedlać, że lata powinno się liczyć jako "Przed PozaŻyciem" lub...
A może nie. Jeszcze wody. I kaffy.
Niemniej, wciąż żyło się tutaj ciężko. Panował bezwzględny pragmatyzm. Choć Ziemianin mógłby zdumieć się niektórymi aspektami obecnej techniki, stwierdziłby, że inne, będące w codziennym użytku, na Ziemi wyszły z niego długo przed jej końcem. W Układzie bardziej ceniło się niezawodność niż innowację.
Holoman przeszedł do Autentyków, GwiezdnychSerc i paru innych PasoŻyć.
Niektóre elementy ziemskiego życia wygasły. Główną ofiarą końca Ziemi była bożeria, nie licząc Gehenny i niewymownej planety. Ale na nich bożeria wciąż się sprawdzała -?no, w każdym razie na Gehennie, bo o tej drugiej nikt nie miał pojęcia.
Potem zaś, dokładnie kiedy Układ zaczął się dezintegrować, nękany chorobami, rozpaczą i wewnętrznymi konfliktami, jak mówił teraz Holoman, wynaleziono neuryd. Było to wynikiem nieudanego eksperymentu z komórkami pluripotencjalnymi, dla których jakiś anonimowy technik znalazł niemal cudowne zastosowanie.
A z neurydu powstało PozaŻycie.
Holoman odgarnął z czoła krnąbrny lok.
-?Za chwilę głosowanie! Ale najpierw słowo o dzisiejszej technice medycznej. Postęp w genetycznej terapii regeneracyjnej płucoserca oznacza, że PozaŻycie może zaoferować drugie życie maksymalnie tysiącu genetycznie odpowiednich śpiących subskrybentów, którzy zapadli na meta-priona N23XN.
Razer wciąż zastanawiała się, jak Ziemianin patrzyłby na Układ. Jej życie mierzyło się stuknięciami w klawisze i kaffą, a te nie zmieniły się zanadto, odkąd ludzkość przeniosła się do Układu. Były inne priorytety.
A czytać ludzie wciąż chcieli. Było to tanie, szybsze od słuchania i odporne na akcenty. Urzędowe języki Układu nawet teraz pozostały bliskie językom starej Ziemi. A kaffa -?każdy chciał zachować przytomność z ciepłym napojem w dłoniach.
Dokończyła zimną filiżankę, zabrała ją do kuchni, obmyła palcem pod kranem. Ile tych kaff wypiła przez lata? Ile historii opowiedziała?
Kiedy wróciła do ekranii, wyświetlała symulowany widok morza, czarne jak kleksy platformy zakotwiczone w wirach piany, sarkofagi połyskujące wokół nich jak cekiny.
Z pełną siłą dotarło do niej, że fizycznie jest właśnie tutaj, na planecie sarków. Niewiele tu pieniędzy, zero przyjemności, ani chwili relaksu, a jednak to Ponur stał się najważniejszym miejscem w Układzie.
Głos Holomana mówił jej:
-?Wśród nich są dzisiejsi szczęśliwcy. Spójrzmy na jednego. Nazywa się Larren Gamliel.
Zabrzmiała melodia tytułowa PozaŻycia, na ekranie przewalały się fale ponurowego oceanu. Razer skupiła się bardziej. Wreszcie to. To są te życia. To jest surowiec PozaŻycia.
Usiane sarkami morze lśniło, gdy symulacja jednego ciemnego sarkofagu wzniosła się w powietrze i uchyliła nieznacznie, wypuszczając słowa:
STRESZCZENIE ŻYCIA
LARREN GAMLIEL
UWAGA: wspomnienia pewnych przeżyć mogą być traumatyczne. Wyjątkowo traumatyczne przeżycia oznaczone są w streszczeniu dźwiękiem {grgrgrgr} albo ***, jeśli wybierzecie odczyt tekstowy.
Razer wybrała głos, padła z powrotem na łóżko i zamknęła oczy. Głos był niski i trochę bełkotliwy. Wyobraziła sobie krostowatą twarz i chude ramiona. Larren zaczął mówić o szkielecie swojego życia.
Nazywam się Larren Gamliel. Lar. Urodziłem się w miejscu, którego nie pamiętam, nie byłem tam wystarczająco długo. Rodziców nie pamiętam w ogóle. Wychowałem się w dryfdomu, pamiętam głównie gwiazdy, wyglądałem ze swojego małego okienka i widziałem gwiazdy, liczne jak wszy w łóżku.
Miałem w tym dryfdomu przyjaciela, nazywał się Bude, kręcone rude włosy, wyższy ode mnie, ciągle mrugał. Graliśmy w szukanego, mieliśmy dziewięć lat, pamiętam, a on schował się na całe rano. Nie znalazłem go, znudziło mi się, przyszła pora śródposiłku. Poszedłem na śródposiłek, były klopsy. Zjadłem jego porcję. Spóźnił się. Właściwie w ogóle nie przyszedł.
Więc po śródposiłku włączyli alarmy. W skrócie, znaleźli go w śluzie, w próżni, tak sobie tam latał. {grgrgrgr} Wyglądał, jakby go ktoś wyssał. Jak te suszone rybki. Miał zeza.
I to mniej więcej tyle z mojego dzieciństwa. Za wiele o nim nie myślę.
Skończyłem piętnaście lat, musiałem opuścić dryfdom, zjechałem na planetę. {grgrgrgr} Nie pamiętam, na którą, i tak za długo na niej nie byłem.
{grgrgrgr} Na żadnej zbyt długo nie byłem.
Najbardziej podobały mi się loty na kolejną planetę. Tam, na tych promach, czułem się najlepiej. Pewnie było jak w domu. Raz pracowałem jako steward, ale długo nie wytrzymałem. Gapiłem się w gwiazdy, ciągle ktoś miał o to pretensje.
Na planetach generalnie miałem problemy, co podsumowuje całe moje życie, jak myślę. {grgrgrgr} Kradłem, włóczyłem się. Jak to Pax mówi, "smutne". Nigdy nie miałem nic własnego, nikogo innego też długo nie utrzymałem.
Ale też specjalnie się nad sobą nie użalałem. Nie za bardzo. Najszczęśliwszy byłem chyba w więzieniach; dryfowałem sobie z nimi w kosmosie, jakbym znowu był dzieckiem, w małej celi otoczonej przez gwiazdy. Ostatnim razem mówiłem im, żeby mnie nie wypuszczali. Może jakby posłuchali, byłoby tej historii trochę więcej. {grgrgrgr} Zabicie tej kobiety -?to była pomyłka. Albo wypadek. Justix tłumaczył, jaka jest różnica, ale nigdy to do mnie nie dotarło. Wiem tylko, że nie chciałem i że żałowałem tego. Nie ja byłem odpowiedzialny. Narkotyki były.
Dziwne, może wy to dla mnie rozpracujecie, bo ja za nic nie dam rady. Czemu wszyscy mówili, że z Budem to nie była moja wina, a ja ciągle nie mogę przestać się o to obwiniać, przez całe życie, a teraz wszyscy mówią, że ta kobieta to moja wina, a ja wiem, że nie? Możecie mi powiedzieć, dlaczego tak jest?
W każdym razie swoje za nią odsiedziałem. Wyszedłem, dwa dni i podłapałem tę chorobę. To ma być sprawiedliwość?
Wiem, że potem nic nie ma, ale chciałbym kiedyś poznać rodziców, przynajmniej mamę. I znowu zobaczyć Budego. Może on tam też gdzieś jest. Ta choroba, co mnie zżarła, może nie jest wieczna.
Bo na razie dobrego życia nie zaznałem.
KONIEC STRESZCZENIA
Spauzowała ekran.
Dziwne, pomyślała. Zna tego człowieka? Nazwisko oczywiście było inne, wszystkie nazwiska w bazie były zanonimizowane, a jego głos oczywiście robiła puteria, ale kiedyś spisywała historię człowieka, gdzie wczesne życie wyglądało prawie tak samo -?dzieciństwo w dryfdomu, śmierć w śluzie po zabawie w szukanego -?i wykorzystała ją do Autentyka. Jednego z jej pierwszych, lata temu.
Może to był on, chociaż to byłby niezły zbieg okoliczności.
Nie. Bardziej prawdopodobne, że to pospolity rodzaj śmierci wśród dzieciaków. Ale i tak dziwne.
Wznowiła ekran. W rogu migało powiadomienie z wiadomości, ona jednak wróciła do głosowania.
POZAŻYCIE. WYBÓR.
Proszę dotknąć lub przerwać w dowolnym momencie.
Otworzyć całe życie Larrena Gamliela?
Zagłosować na życie Larrena Gamliela?
Proszę dotknąć lub przerwać, aby otrzymać więcej informacji.
Zastanawiała się, czy otworzyć całe życie, ale znała siebie na tyle dobrze, by wiedzieć, że przepadnie jej cały dzień. Pomyślała jeszcze chwilę i zagłosowała na "tak". Męczyło ją, że wciąż nie mogła sobie przypomnieć nazwiska tego źródła Autentyka. Widziała za to jego twarz, wysokie czoło, głęboko osadzone piwne oczy, wiecznie zmrużone. Inżynier, zdaje się. I nie krymin, ale niewiele mu brakowało.
Holoman znowu gadał:
-?Wszyscy inni kandydaci są dostępni na waszej stronie Zagłosuj Teraz. Przez kolejne tygodnie będę przeglądać ich wszystkich. Ale decyzja zawsze należy do was. W PozaŻyciu możecie obejrzeć więcej scen albo powtórzyć sobie te same.
Ekran zbladł do barwy popiołu, gdy głos Holomana wzmógł się echem:
-?I pamiętajcie: PozaŻycie zaczyna się od urodzenia.
Razer wyłączyła ekran, ale migające powiadomienie wciąż tkwiło na swoim miejscu. Powiedziała mu: "Później", i odczekała, aż migotanie przygaśnie i spowolni do prawie podprogowego poziomu. Nie mogła spać. Otworzyła Autentyki i zalogowała się.
-?Cześć, Cynth -?powiedziała.
POWITANIE ZAREJESTROWANE, KESTREL DUST. PROGRAM OCZEKUJE. PROSZĘ ROZPOCZYNAĆ.
Ziewając, zaczęła wysyłać dzisiejsze notatki i zawartość mnemotecha. Dziwnie było sobie wyobrażać własne przeżycia zapisane na module pamięci, bez żadnej świadomości czy szansy na odczytanie ich samodzielnie. Choć w sumie, poza ogromną różnicą skali, niewiele się to różniło od neurydu. No i jeszcze tym, że mnemotech był puterią.
TEN PROGRAM ZAUWAŻA, ŻE KESTREL DUST OTWIERAŁA DZISIEJSZĄ OPCJĘ GŁOSOWANIA. CZY KESTREL DUST ZAGŁOSUJE NA LARRENA GAMLIELA?
-?Ej, co to ma być? Pogawędek próbujesz?
TEN PROGRAM AKTUALNIE KOPIUJE ZAPISY TWOJEGO MNEMOTECHA, PROCES JEST NIEMAL ZAKOŃCZONY. GADUGADU POTWIERDZA, ŻE POŁĄCZENIE DZIAŁA OBUSTRONNIE, ALE TEN PROGRAM MOŻE ZACHOWAĆ CISZĘ, JEŚLI KESTREL DUST PREFERUJE.
-?Nie, nie preferuję ciszy. Nie dzisiaj. Możesz się dla mnie nazywać Cynth? Albo nawet "ja"? Choć raz użyć pierwszej osoby?
MOŻESZ DOWOLNIE NAZWAĆ TEN PROGRAM, KESTREL DUST. ZGODNIE Z POPRZEDNIMI GADUGADU.
Razer zastanowiła się, czy program jest w stanie rozpoznać, że jest trochę napita. Tak, pewnie tak.
-?Przynajmniej mów mi Razer?
ZAPISY TWOJEGO KONTRAKTU POZWALAJĄ CI DOWOLNIE WYBRAĆ, JAK O SOBIE MYŚLISZ.
Spróbowała uporządkować myśli.
-?Cynth, Kestrel Dust nie może głosować. Tu cię mam, co?
TEN PROGRAM ROZUMIE ZNACZENIE IMION. TEN PROGRAM DOCENIA POCZUCIE HUMORU KESTREL DUST I ROZUMIE JEJ POTRZEBĘ PRÓBOWANIA ŻARTÓW. TEN PROGRAM KOMUNIKUJE SIĘ ZWIĘŹLE DLA PRECYZJI I OSZCZĘDNOŚCI. RAZER I KESTREL DUST SĄ DLA CELÓW KONTRAKTOWYCH POKRYWAJĄCYMI SIĘ TERMINAMI. KESTREL DUST WYKAZAŁA, ŻE MA TEGO PRAWNIE WERYFIKOWALNĄ ŚWIADOMOŚĆ.
-?"Prawnie weryfikowalną" to nikt mnie jeszcze nie nazwał. Ekshibicjonistką -?tak.
TEN PROGRAM ROZUMIE, ŻE KESTREL DUST CZERPIE PRZYJEMNOŚĆ Z TRAKTOWANIA TEGO PROGRAMU, JAKBY BYŁ LUDZKIM ROZMÓWCĄ POZBAWIONYM SAMOŚWIADOMOŚCI I HUMORU. DANE SKOPIOWANE, MNEMOTECH WYKASOWANY I ZRESETOWANY. PROCEDURA ZAKOŃCZONA. GADUGADU ZAKOŃCZONE. ZLECENIE WYKONANE.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki