Platforma - Roger Levy

-
Proszę czekać

1. Alef

1.

Alef

Witamy w Poza­Ży­ciu.

Wybra­łeś obiekt: [xx] (ogra­ni­czony dostęp)

Nazwi­sko obiektu: Alef Sel­sior

Stan obiektu: nie­okre­ślony. Stan fizyczny: rigor vitae. Poważne urazy: brak. Poważne cho­roby: brak. Stan świa­do­mo­ści: hiper­som­nia.

Uwaga spe­cjalna: Obiekt nie jest dostępny do gło­so­wa­nia. To Życie jest nie­sfi­na­li­zo­wane i dostępne wyłącz­nie w celach naukowo-badaw­czych. Nie jest obec­nie dostępne przez funk­cjo­nal­ność loso­wego wyszu­ki­wa­nia.

Pro­szę wybrać kry­te­ria prze­glądu:

Całe życie | Zda­rze­nia klu­czowe?

Dzię­kuję za wybór Zda­rzeń klu­czo­wych.

Kolej­ność: chro­no­lo­giczna | przy­pad­kowa?

Dzię­kuję za wybór kolej­no­ści chro­no­lo­gicz­nej.

Z wnio­skami | Bez wnio­sków?

Dzię­kuję za wybór Z wnio­skami.

Pro­szę potwier­dzić kry­te­ria.

Dzię­kuję za wybór: Alef Sel­sior, życie, zda­rze­nia klu­czowe w kolej­no­ści chro­no­lo­gicz­nej z wnio­skami.

ZKL 1: Arkestra

Nazy­wam się Alef Sel­sior. Jestem jedy­na­kiem.

Uro­dzi­łem się i wycho­wa­łem we wsi w zamknię­tej spo­łecz­no­ści pla­nety Gehenna. Nasza wieś nazy­wała się Jer­Sa­lem. Mój ojciec, Saul, był sta­ty­sty­kiem i pro­wa­dził drobną binarną dzia­łal­ność dorad­czą. Matka, Marita, śpie­wała w kościel­nym chó­rze i pie­kła ciastka.

Z tru­dem przy­po­mi­nam sobie moje życie sprzed przy­lotu Pel­lon­horca i jego matki. Może cho­dzi o wiek -?przy­je­chał, kiedy mia­łem osiem lat -?myślę jed­nak, że głów­nie dla­tego, że spadł na nas jak wiro­bu­rza1, zmie­nia­jąc wszystko i rzu­ca­jąc głę­boki cień na wszystko, co przed nim.

Jedną rze­czą, którą pamię­tam z cza­sów przed Pel­lon­hor­kiem, jest to, jak na Gehennę przy­była arke­stra. Wspo­mi­na­łem to zda­rze­nie tyle razy, że czuję się młody i stary, jed­no­cze­śnie mądry i naiwny -?cho­ciaż po namy­śle widzę, że wła­ści­wie zawsze się tak czu­łem.

Żeby usły­szeć arke­strę, poje­cha­li­śmy do miej­skiej kate­dry; była to cało­dzienna podróż. Nie licząc usy­pia­nek, Gehenna nie miała za wiele muzyki, poza hym­nami i kolę­dami, a od Pie­śni, którą nazy­wano tu por­no­wer­sum, cał­ko­wi­cie się odcięła. Muzyka arke­stry była więc czymś nowym. Oczy­wi­ście pod­czas pobytu na Gehen­nie zezwo­lono jej grać tylko bożą muzykę. Hymny i kolędy.

Do mia­sta poje­cha­li­śmy busem. Byłem tak pod­eks­cy­to­wany, że pod­czas startu nie mogłem się sku­pić na modli­twach, mam­ro­ta­łem je bez­myśl­nie. Przez to poczu­łem się odpo­wie­dzialny, kiedy tra­fi­li­śmy na tur­bu­len­cję; pamię­tam także, że ksiądz w kap­sule patrzył na mnie oskar­ży­ciel­sko. Wie­dzia­łem, że jeśli się roz­bi­jemy, to będzie moja wina, on jed­nak nic nie powie­dział, a ja resztę podróży spę­dzi­łem na despe­rac­kich modli­twach.

W mie­ście pole­cie­li­śmy wzdłuż rzeki loto­cy­klem. Ni­gdy wcze­śniej nie byłem w loto­cy­klu ani nad rzeką, lecz pamię­tam tylko, jak się modli­łem, żeby kabina wytrzy­mała napór gazo­wych wirów i żeby­śmy nie zato­nęli w bło­cie i nie tra­fili do pie­kła pod spodem.

Kate­dra była ogrom­nym sta­dio­nem. Gdzie indziej w Ukła­dzie takie obiekty słu­żyły do sportu. Widzia­łem ją na naszej domo­wej ekra­nii, a także oczy­wi­ście w kościele, ale kiedy usia­dłem na try­bu­nach pomię­dzy dzie­siąt­kami tysięcy wier­nych, poczu­łem się jak wnie­bo­wzięty. Nasz kośció­łek z Jer­Sa­lem mógłby sta­nąć na ogrom­nej pły­cie w dole pod nami i miałby naokoło taką połać trawy, że nie dał­bym rady dorzu­cić do niego piłką. Wielki sta­dion był otwarty, a niebo toczyło się nad nami, chmury roz­wi­jały swe potworne kształty, dia­beł kusił nas, byśmy wyobra­żali sobie naj­gor­sze. Nie pod­no­si­łem wzroku, tak mnie uczono. Widzia­łem miej­sca, z któ­rych zde­mon­to­wano stosy, nor­mal­nie pousta­wiane wokół owal­nego boiska -?można je było poznać po krę­gach spa­lo­nej ziemi. Kiedy cze­ka­li­śmy na arke­strę, na ekra­nii wokół płyty poka­zy­wano histo­ryczne spo­wie­dzi. Przy­zna­wano się w nich do apo­sta­zji, bał­wo­chwal­stwa, here­zji, spo­ra­dycz­nie do pospo­li­tych prze­stępstw.

Myślę teraz o tam­tym dniu i nie mogę w to uwie­rzyć. Dziwne to. Całe moje dzie­ciń­stwo -?przed Pel­lon­hor­kiem -?wydaje mi się cza­sem nie­win­no­ści. Gehenna mie­niła się nie­winną pla­netą, a jej kapłani rygo­ry­stycz­nie tej nie­win­no­ści bro­nili.

Lecz co to takiego nie­win­ność? Czy można patrzeć otwar­tymi oczyma na świat i na­dal ją zacho­wać? Można zamknąć oczy na życie i mie­nić się nie­win­nym?

Czy ja tak mogę, po wszyst­kim, co widzia­łem i co zro­bi­łem? I kto może mnie osą­dzić? Nie może osą­dzać nikt, kto nie może zro­zu­mieć.

Atmos­fera w kate­drze była cudowna. Nie­zwy­kłe poczu­cie wspól­noty. Sie­dzia­łem pomię­dzy rodzi­cami na wyso­kiej try­bu­nie, trzy­ma­jąc ich za ręce. Matka miała rumianą twarz. Ojcu błysz­czały oczy. Gapi­łem się na płytę jak ocza­ro­wany. Dziw­nie było widzieć na tej tra­wie coś innego niż grupy potę­pio­nych. Powie­trze prze­ci­nały muzyczne nuty, gdy muzycy przy­go­to­wy­wali instru­menty. Nawet teraz pamię­tam ide­alną przy­pad­ko­wość tych dźwię­ków, cał­ko­wity brak porządku w nutach i akor­dach. Tę wol­ność.

Pul­pit kapłana na dru­gim końcu płyty był tak daleko od naszych miejsc, że strzy­kało nas w szy­jach, kiedy je wycią­ga­li­śmy, by lepiej go widzieć na wyso­kiej ekra­nii. Dzi­siej­szym kazno­dzieją był ojciec Szeol. Sta­nął tam i roz­po­starł ręce.

Ojciec Szeol był legen­darny, był stary, miał pra­wie pięć­dzie­siąt lat, ale wciąż pełen pie­kiel­nego ognia. Jego głos nie zgry­wał się z poru­sze­niami ust na ekra­nii, jakby prze­ma­wiał do nas z nieba.

-?Witaj­cie -?zagrzmiał.

Ryk­nę­li­śmy w odpo­wie­dzi; przez sta­dion prze­szła fala rado­ści.

-?Witamy także Arke­strę Ama­de­usza.

Wypo­wie­dział to imię sta­ran­nie. Na Gehen­nie imiona miały wielką wagę i długo deba­to­wano nad podo­bień­stwem Ama­de­usz-Asmo­de­usz, zanim wydano arke­strze zgodę na lądo­wa­nie. Człon­ko­wie arke­stry prze­rwali przy­go­to­wa­nia, żeby skło­nić się wier­nym i odpo­wie­dzieć na powi­ta­nie.

-?Zebra­li­śmy się tu po to, by współ­od­czu­wać piękno bojaźni bożej - obwie­ścił. -?Jeste­śmy tu, by sobie przy­po­mnieć o poku­sie w górze, karze w dole, cier­pie­niu tu i teraz oraz nagro­dzie poza tym życiem. My, miesz­kańcy Gehenny, witamy Arke­strę Ama­de­usza i przy­po­mi­namy jej o bojaźni bożej.

Kilku człon­ków arke­stry wró­ciło do przy­go­to­wy­wa­nia instru­men­tów. Lecz zamarli, gdy ekra­nia wokół opu­sto­szała i przy­brała pie­kielną czerń.

Ojciec Szeol kon­ty­nu­ował:

-?Dzi­siaj Gehenna wita nie tylko Arke­strę Ama­de­usza, ale także oczy Gór­nych Świa­tów.

Po reak­cji ludzi wokół widzia­łem, że to nie­spo­dzie­wane. Póź­niej oglą­da­łem zapisy tego zda­rze­nia, te, które ist­nieją. Ojciec Szeol wygląda na małego, a głos ma cie­niutki. I za każ­dym razem, gdy powta­rza nazwę arke­stry, brzmi coraz podob­niej do Asmo­de­usza. Asmo­de­usz to jedno z imion dia­bła.

Dla­czego ojciec Szeol i jego Mini­ste­rium mie­liby pozwo­lić Gór­nym Świa­tom (jak okre­śla­li­śmy resztę Układu) gapić się na nas? Górne Światy to agen­tura dia­bła, a my oto pozwa­lamy, by Gehenna była widoczna w por­no­wer­sum. Co za grzech się tu popeł­nia i przez kogo?

Szmery roze­szły się po całej kate­drze. Wszy­scy pomy­śleli to samo: Dla­czego w naj­boż­sze z bożych miejsc wpusz­cza się por­no­wer­sum?

Pie­kielna czerń ekra­nii powoli się roz­ja­śniła, poja­wiły się nowe sceny. Nie były to jed­nak typowe spo­wie­dzi, lecz retry­bu­cje.

Dziw­niej i dziw­niej. Nie stan­dar­dowe pale­nie poje­dyn­czych grzesz­ni­ków na sto­sie, lecz masowa egze­ku­cja ludzi ska­za­nych na cze­luść. Na ekra­nii poja­wił się tłum roz­trzę­sio­nych męż­czyzn, kobiet i dzieci, sto­ją­cych na pły­cie nad cze­lu­ściami, cze­ka­ją­cych, aż roze­wrą im się pod sto­pami.

Pomy­śla­łem, jakie to musi być odstrę­cza­jące dla arke­stry -?sie­dzieć na zbu­do­wa­nej w tym miej­scu estra­dzie. Lecz obrazy na ekra­nii nie poka­zy­wały samego otwar­cia się cze­lu­ści, teraz więc rozu­miem, że muzycy nie mieli szans na zro­zu­mie­nie ich sensu i tego, co będzie dalej. Wie­dzieli o Gehen­nie tylko tyle, że mają oka­zję zagrać przed ogromną, cał­kiem nową publicz­no­ścią na jed­nej z dwóch zamknię­tych pla­net -?drugą była obse­syj­nie skryta (aż po strze­że­nie wła­snej nazwy) nie­wy­mowna pla­neta -?i jed­no­cze­śnie przed całym Ukła­dem.

Na pul­pi­cie kazno­dziei widać było mały pro­sto­kąt -?oło­wianą skrzy­neczkę ze zło­tymi orna­men­tami na brze­gach. Ojciec Szeol sta­nął za nią wypro­sto­wany i zro­bił krótką pauzę. Wszy­scy wie­dzieli, co jest w środku. Otwie­rana była raz do roku i dzi­siaj nie był ten dzień.

Skło­nił głowę, na chwilę zło­żył dło­nie do modli­twy, potem roz­po­starł palce i nasu­nął na dło­nie parę cięż­kich, czar­nych ręka­wic, prze­su­wa­jąc powy­żej łokci dłu­gie rękawy oło­wia­nej kol­czugi, a potem nachy­lił się i poło­żył ręce na wypu­kłym wieku skrzynki. Wziął głę­boki oddech i zamknął oczy.

Jed­nym gład­kim rytu­al­nym ruchem otwo­rzył skrzynkę, się­gnął do środka, cof­nął dłoń i pozwo­lił wieku opaść.

Wiwa­to­wa­li­śmy, gdy uniósł księgę wysoko. Cała kate­dra dygo­tała od eks­ta­tycz­nego entu­zja­zmu. To była boska Bublia, a ojciec Szeol trzy­mał jej Auto­ry­zo­waną Wer­sję. Pło­nęła w jego ręka­wi­cach, pro­mie­niu­jąc nabożną czcią. Ojciec Szeol stał ską­pany w jej ostrym bla­sku, a kiedy ryk ucichł, parę dłu­gich, ogłu­sza­ją­cych sekund póź­niej wszy­scy w kate­drze sku­lili się na sie­dze­niach i wstrzy­mali oddech. Jedy­nie do arke­stry nie dotarło zna­cze­nie tego, co widzą.

Sły­sza­łem, że ludzie szep­czą, odli­czają sekundy tak jak ja, choć mnie licze­nie przy­cho­dziło rów­nie natu­ral­nie jak oddy­cha­nie.

Trzy, cztery...

Nawet ja wie­dzia­łem, że blask boskiej Bublii jest śmier­cio­no­śny.

-?Na Gehen­nie my wie­rzymy!!! -?ryk­nął ojciec Szeol.

Arke­stra pra­wie zamarła. Teraz i oni wyczuli, że dzieje się tu coś szcze­gól­nego. Widzieli ostry blask Bublii odbity na policz­kach wyso­kiego kapłana.

Sie­dem, osiem, dzie­więć...

Lecz ojciec Szeol wciąż trzy­mał księgę w górze. Wpa­try­wały się w nią oczy całej por­nos­fery, a on wygła­szał ogni­ste kaza­nie. Poka­zy­wał Gór­nym Świa­tom nie­po­wstrzy­maną potęgę naszej wiary.

Opu­ścił księgę, wszy­scy ode­tchnę­li­śmy. Ale zanim zamknął ją w oło­wia­nej skrzynce, nagle uniósł ją do ust i poca­ło­wał gołymi war­gami. Dopiero po chwili ją zamknął. Przy­tknął do ust palec i posłał arke­strze bez­gło­śnego całusa. Z ust unio­sła się strużka dymu. Już pokry­wały się pęche­rzami.

Co to ma zna­czyć? Na Gehen­nie wszystko miało zna­cze­nie i wszystko nale­żało inter­pre­to­wać. Ale teraz nie było czasu, bo arke­stra zaczęła grać.

Od razu zapo­mnia­łem o ojcu Sze­olu. Wydało mi się, że jestem w nie­bie. Ogar­nęły mnie falo­wa­nie, pul­sa­cja, szy­bo­wa­nie tej muzyki. Melo­die, które ginęły i poja­wiały się na nowo, ich sub­telne waria­cje, ich... nie umiem tego opi­sać. Sły­sza­łem wcze­śniej wszystko, co grali, tysiące razy, w każdą zło­dzielę, odkąd się­gam pamię­cią. Tu jed­nak było coś wię­cej. Wspa­niałe i straszne zara­zem. Sie­dzia­łem tam i usi­ło­wa­łem zatrzy­mać to w umy­śle, tę pro­stotę i skom­pli­ko­wa­nie, w końcu jed­nak pod­da­łem się, zamkną­łem oczy i dałem jej się ponieść.

Gdy tak trwała, prze­peł­nia­jąc mnie czymś, czego dotąd nie zna­łem, stwier­dzi­łem, że zer­kam na niebo. Nie myśląc o tym, co robię, wpa­trzy­łem się w chmury i zoba­czy­łem w nich wiel­kie, wspa­niałe zwie­rzęta sunące sobie maje­sta­tycz­nie, prze­świe­tlone odle­głym świa­tłem.

Muzyka mnie wypeł­niała, a ja się gapi­łem, nie wiem jak długo, dopóki nie wybiło mnie z tego mocne ude­rze­nie w głowę, od tyłu. Byłem oszo­ło­miony przez dobre kilka sekund. Odwró­ci­łem się, zdu­miony i ura­żony. Wzrok odzy­skał ostrość, gdy czło­wiek, który mnie ude­rzył, wysy­czał:

-?Dia­bel­ski pod­pa­try­wacz! Oczy w dół!

Zupeł­nie jakby ten cios prze­sta­wił mi w gło­wie jakiś prze­łącz­nik - muzyka brzmiała teraz pła­sko. Wciąż słu­cha­łem, lecz ina­czej. Nie wydaje mi się, żeby kto­kol­wiek mnie wcze­śniej ude­rzył. Rodzice -?na pewno nie. Ale też nic nie powie­dzieli czło­wie­kowi, który to zro­bił. Patrzyli po sobie przez moment, lecz nic wię­cej nie zro­bili.

Dziwne. Myśla­łem, że przy­wo­łuję wspo­mnie­nie pro­stego życia przed przy­by­ciem Pel­lon­horca, z cza­sów bez bólu i zamętu, a jed­nak czuję się zbul­wer­so­wany.

Muzyka skoń­czyła się. Kiedy cze­ka­li­śmy, aż ojciec Szeol dokoń­czy cere­mo­nię, matka zapy­tała, czy mi się podo­bało, a ja odpo­wie­dzia­łem, że tak. Mój głos brzmiał ina­czej. Spoj­rze­li­śmy po sobie. Z per­spek­tywy czasu widzę, że matka zauwa­żyła, że coś się we mnie zmie­niło.

Za to ojciec nie zauwa­żył nic. Uśmiech­nął się do nas i powie­dział:

-?Świetne! -?A kiedy ojciec Szeol wró­cił za swój pul­pit, dodał: - Inte­re­su­jące. Sek­cja smycz­kowa sta­no­wiła sie­dem­na­ście i osiem dzie­sią­tych arke­stry.

Zawsze rzu­cał takie wła­śnie uwagi. Tak po pro­stu dzia­łał jego umysł. Kiedy wymy­kało mu się coś takiego, matka zer­kała na mnie i prze­wra­cała oczyma. Miała na myśli to, że on nie jest taki jak my -?chyba wtedy pierw­szy raz naprawdę to zro­zu­mia­łem. Innym razem, zda­rzało się, to my z ojcem zer­ka­li­śmy po sobie, myśląc o matce, że nie jest taka jak my.

Odpo­wie­dzia­łem ojcu w poprawny spo­sób:

-?A zauwa­ży­łeś, że sek­cja smycz­kowa odpo­wia­dała za trzy­dzie­ści osiem koma dwa­dzie­ścia pięć pro­cent zagra­nych nut?

Ojciec zamru­gał i powie­dział z łagod­nym zdzi­wie­niem:

-?Tak.

A potem jego uwaga, tak jak wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych, sku­piła się na ojcu Sze­olu.

-?Ten dzień wszy­scy dobrze zapa­mię­tamy. Gehenna pozo­sta­nie silną latar­nią wiary, nie­zbru­kaną tru­ją­cym spoj­rze­niem Gór­nych Świa­tów.

Było jasne, że arke­stra się tego nie spo­dzie­wała. Cho­wali instru­menty do fute­ra­łów, gada­jąc mię­dzy sobą, ale teraz się zawa­hali.

-?Arke­stra Asmo­de­usza -?tym razem bar­dzo wyraź­nie nie powie­dział "Ama­de­usza" -?udzie­liła nam dzi­siaj lek­cji. Lek­cji, któ­rej Górne Światy nie powinny zapo­mi­nać.

Ojciec Szeol uniósł coś wysoko. Tym razem to nie była Bublia; ekra­nia zro­biły zbli­że­nie na czarną kulę w gar­ści. Trzy­mał Spust.

Wierni jęk­nęli. Matka się zatch­nęła. Muzycy zamarli, czu­jąc, że dzieje się coś, czego w ogóle nie rozu­mieją.

W myślach liczy­łem sobie pro­centy róż­nych spo­so­bów, na które oka­zy­wali panikę, zaokrą­gla­jąc do cał­ko­wi­tych war­to­ści. Osiem­na­ście pro­cent krzy­czało, trzy­dzie­ści jeden ści­skało się nawza­jem, dwa­na­ście padało na zie­mię. Nikt się nie modlił. Zero pro­cent.

Kiedy to teraz ana­li­zuję, jak ta muzyka uwol­niła mój umysł, by mógł myśleć, wyobra­żać sobie, a potem jak logika pozwo­liła mi uciec przed tą wyobraź­nią, wyco­fać się w świat liczb -?to wszystko był wgląd w umysł mojego ojca. Lecz nagle poczu­łem także zaczątki myśle­nia jak u matki, a przy­naj­mniej wcze­sną tego zapo­wiedź.

Z tego się nie ucie­szy­łem.

Trzy­ma­jąc Spust wysoko, ojciec Szeol zszedł ze swego pul­pitu w stronę cze­lu­ści i sta­nął na ich kra­wę­dzi. Zasta­na­wia­łem się, czy cze­luść pod arke­strą jest wystar­cza­jąco sze­roka. Widzia­łem takie potę­pie­nia na domo­wej ekra­nii, spo­kojną rezy­gna­cję skru­szo­nych grzesz­ni­ków, mam­ro­czą­cych modli­twy, gdy zie­mia roz­stę­puje im się pod nogami. Zawsze stali w gru­pach po dwu­dzie­stu pię­ciu, naj­więk­sze cze­lu­ści miały pięć metrów śred­nicy. Ojciec Szeol stał przed nimi na pew­nej ziemi, gdy pocią­gał za Spust. Ich odej­ście miało w sobie god­ność.

Tu god­no­ści pra­wie nie było.

Ojciec Szeol uśmiech­nął się do muzy­ków. Ewi­dent­nie nie mieli poję­cia, co się dzieje. Panika przy­ga­sła, choć około czter­dzie­stu pro­cent wciąż lamen­to­wało. Dał znak, ekra­nia zro­biła zbli­że­nie jego twa­rzy. Spa­lone Bublią usta nie kon­tro­lo­wały słów, tak że z tru­dem go rozu­mie­li­śmy.

-?Oto jest lek­cja. -?Ledwo był w sta­nie wymó­wić sze­lesz­czące gło­ski. Dzią­sła miał całe we krwi. Splu­nął nią. -?Nie­chaj wszy­scy zoba­czą. -?Na Spu­ście wylą­do­wał kleks krwa­wej śliny. -?Nie­chaj wszy­scy doj­rzą. - Prze­rwał i otarł Spust o czer­woną szatę. -?Nie­chaj dowie­dzą się wszyst­kie światy!

Uniósł Spust wysoko, z kciu­kiem w pogo­to­wiu na czar­nej kuli. Spo­mię­dzy człon­ków arke­stry wybie­gła skrzy­paczka i rzu­ciła się na niego z wrza­skiem, jej instru­ment wydał dyso­nan­sowy dźwięk, który sko­ja­rzył mi się z wcze­śniej­szym stro­je­niem, lecz ojciec Szeol ode­pchnął ją. Skrzypce poko­zioł­ko­wały po poma­rań­czo­wej tra­wie.

-?Wszy­scy jeste­śmy grzesz­ni­kami. Wszy­scy w górze, w dole i pomię­dzy. Jedyna wol­ność jest poza.

Kciuk zadrgał mu na Spu­ście, odrzu­cił rękę w tył i cisnął kulę wysoko w powie­trze. A rzu­ciw­szy, ruszył naprzód i dołą­czył do arke­stry nad cze­lu­ścią.

Teraz krzy­czeli już wszy­scy człon­ko­wie arke­stry i ten dźwięk był gło­śniej­szy niż wcze­śniej ich muzyka. Dla więk­szo­ści zgro­ma­dzo­nych, jestem o tym prze­ko­nany, zagłu­szał nawet jej wspo­mnie­nie, jak zapewne pla­no­wał ojciec Szeol.

Cze­luść, otwie­ra­jąc się z jękiem, wcią­gnęła powie­trze znad kate­dry, które potem oddała opuch­nię­tym od żaru wirem. Były pło­mie­nie i huk, stru­mień cie­pła i świa­tła oszo­ło­mił mnie, zakrę­ciło mi się w gło­wie, choć nagle cze­luść zamknęła się i zapa­dła cisza.

Na pły­cie obok cze­lu­ści pozo­stały tylko poła­mane skrzypce i Spust. Ojciec Szeol rów­nież znik­nął. Sam sie­bie zło­żył w ofie­rze.

Wierni krzy­czeli, pohu­ki­wali, darli się przez sie­dem­na­ście minut, gdy otwie­rały się wyj­ścia, a nad murawą roz­ko­ły­sały się wiel­kie kadziel­nice, cią­gnące za sobą smugi słod­kich aro­ma­tów. Z kate­dry wypro­wa­dzały nas hymny: Niebo przy­ćmiewa pie­kielne gromy oraz W bojaźni ku Tobie, Panie, idziemy.

Matka przez całą drogę powrotną nie ode­zwała się sło­wem. Ojciec coś mru­czał do sie­bie. Ja uda­wa­łem, że jestem pute­rem, i zada­wa­łem sobie coraz trud­niej­sze obli­cze­nia.

Jak w ogóle do tego dopusz­czono? Czy Górne Światy nie zda­wały sobie sprawy z moż­li­wych skut­ków posła­nia arke­stry na Gehennę?

Teraz, z per­spek­tywy czasu, jest to dla mnie oczy­wi­ste. Arke­stra była ofiarą, to jasne, ale zło­żoną nie tylko przez ojca Sze­ola.

Cały Układ -?z wyjąt­kiem Gehenny i nie­wy­mow­nej pla­nety -?był rygo­ry­stycz­nie bez­bożny. Nie­wy­mowna pla­neta cał­kiem ode­rwała się od Układu, strze­gąc swo­jej pry­wat­no­ści do tego stop­nia, że moni­to­ro­wała i usu­wała wszyst­kie nawią­za­nia do sie­bie, nato­miast Gehenna była usank­cjo­no­waną aber­ra­cją. Gehen­nie zapro­sze­nie arke­stry paso­wało - ojciec Szeol pomy­ślał, że da Gór­nym Świa­tom lek­cję, lecz Górne Światy dokład­nie wie­działy, czego się po nim spo­dzie­wać. I Arke­strę Ama­de­usza posłały mu na ofiarę. Była to dla nich ide­alna oka­zja, by zade­mon­stro­wać, jakim obłę­dem jest w ich oczach boska wiara.

W rezul­ta­cie oka­zało się to lek­cją z ludz­kiej men­tal­no­ści. W świec­kim Ukła­dzie ist­nie­nie Gehenny było nie­zbędne.

Lecz w codzien­nym życiu Gehenna nie była miej­scem udręki. Mała osada, w któ­rej miesz­ka­li­śmy, była spo­kojna. Prak­tycz­nie nie było prze­stęp­czo­ści. Do kopalń eli­mi­nium mie­li­śmy daleko. Wie­dzia­łem o nich tylko, że zsyła się tam do pracy grzesz­ni­ków z Gór­nych Świa­tów.

Był jed­nak poda­tek. Na Gehen­nie, tak jak wszę­dzie indziej w Ukła­dzie, obcią­że­nia podat­kowe były skom­pli­ko­wane. Każda pla­neta miała wła­sną ordy­na­cję Infra­tax, a Admi­ni­stra­cja Układu narzu­cała na to jesz­cze kilka ordy­na­cji Ultra­tax.

Gehenna była w całym Ukła­dzie jedy­nym rajem zwol­nio­nym z czę­ści podatku -?uza­sad­niano to, for­mal­nie, bra­kiem kom­pe­ten­cji umy­sło­wych. Jeśli miesz­ka­łeś tutaj, prze­strze­ga­łeś bożego pisma, odrzu­ca­łeś por­nos­ferę i inne zna­miona świec­kiego zamętu, przy­czy­nia­łeś się do eks­portu eli­mi­nium, któ­rego złoża były tylko na Gehen­nie, to Ultra­taxu pła­ci­łeś bar­dzo nie­wiele.

Więk­szość ludzi do wyli­cza­nia podat­ków zatrud­niała spe­cja­li­stów, ale nie mój ojciec. Uwiel­biał skom­pli­ko­wa­nie podatku, tak jak uwiel­biał pute­rię, jej sys­temy, pro­cesy, obiet­nicę nie­omyl­no­ści. Nawet na Gehen­nie to było coś nie­ty­po­wego. Kochał sys­tem podat­kowy i Bublię, tak samo, bez wąt­pli­wo­ści, uwiel­biał, że prze­ni­kają wszyst­kie aspekty ludz­kiej egzy­sten­cji, zupeł­nie nie oglą­da­jąc się na zdrowy roz­są­dek. Kiedy sie­dział z przy­ja­ciółmi i napra­wiał ich pute­rię, tłu­ma­czył jed­no­cze­śnie, jak są opo­dat­ko­wani. Dora­dzał im, jak unik­nąć podatku, wyko­rzy­stu­jąc tę czy tamtą ulgę, a potem -?jak unik­nąć gniewu Boga, czy­niąc ten czy tam­ten akt miło­sier­dzia.

Z per­spek­tywy czasu dzi­wię się, jak ktoś tak logiczny jak on mógł wie­rzyć w boże pismo. Czemu ja nie byłem w sta­nie? Kiedy pierw­szy raz dotarło do mnie, jakie to dziwne? Czy spra­wił to ten cios w głowę w kate­drze? Może mina matki, kiedy zro­zu­miała, że dostrze­głem, że nie umiała mnie obro­nić? Czy to była nie­ubła­gana fala jej genów? Ona w ogóle kie­dy­kol­wiek wie­rzyła? Czy może po pro­stu trzy­mała swoją nie­wiarę w tajem­nicy?

2. Tallen

2.

Tal­len

Ponur to pla­neta gra­niczna, a Przy­czó­łek, mia­steczko, gdzie miesz­kam, to naj­bar­dziej wysu­nięty poste­ru­nek. Oczy­wi­ście jeśli nie liczyć plat­form. W Przy­czółku ludzie gar­bią się i spusz­czają głowy, robią, co potrzeba, a potem jadą odpo­cząć poza pla­netę. Mówią, że wariuje się od mono­to­nii, ale mamy tu prze­cież trzy pory roku, więc to nie od mono­to­nii wszy­scy tu wariują. Więk­szość ludzi myśli, że to przez wiatr. Pory roku są tak bogate w wyda­rze­nia, jak można by się spo­dzie­wać po pla­ne­cie, która prze­szła wybu­chową ter­ra­for­ma­cję z metanu na azoto-tlen w nie­całe trzy­sta lat.

Naj­dłuż­sza pora roku jest pomię­dzy zimą i latem, kiedy od morza w stronę gór dmie ostry wiatr, nio­sący za sobą grzmoty i skłę­bione srebrno-czarne chmury. W innym miej­scu nazy­wa­łoby się to wio­sną. Tutaj zwie się napływ i to jest naprawdę nie­zły widok. Kiedy zmruży się oczy, można w tych zwa­łach chmur dostrzec różne kształty. Cza­sem przy­po­mi­nają zwie­rzęta, jakie widziało się na zdję­ciach, cza­sem sny, twa­rze, mapy innych świa­tów -?a cza­sem są podobne do plat­formy i wtedy, choć­byś był nie wiem jak bez­bożny, bła­gasz, żeby to, co zosta­nie z tej chmury, nie spa­dło ci na łeb. W Przy­czółku tylko raz widziano spa­da­jącą plat­formę, dawno temu, nie za moich cza­sów, ale kiedy wzmaga się wiatr, cią­gle się o tym gada, popi­ja­jąc krza­kówkę w Czer­wo­nym Barze. Plat­formy prze­waż­nie są porząd­nie zako­twi­czone i, jak mówią spece, pół­za­nu­rzone -?i na tyle daleko w morzu, że nawet jeśli je wyrwie, mało praw­do­po­dobne, aby spa­dły aku­rat tutaj.

W Przy­czółku wszystko kręci się wokół plat­form. Nie ma tu pra­wie nic poza stocz­niami, które je budują, i fir­mami pro­du­ku­ją­cymi dla nich osprzęt.

No nie, to nie do końca prawda -?są oczy­wi­ście jesz­cze sarki, jak wie­dzą wszy­scy w całym Ukła­dzie, ale wrzu­cają je do morza daleko od Przy­czółku. Gdzie indziej są ważne, tutaj nie obcho­dzą nikogo, chyba że zda­rzy się, że któ­ryś prze­mknie się przez osłonę i osią­dzie na brzegu. A, prawda, jest jesz­cze Szyb, ale nie jestem na tyle sza­lony, żeby spę­dzać w nim czas.

Pod­czas napływu Przy­czó­łek się zamyka i w środku nic nie sły­chać, a poza osłonę się nie wycho­dzi, aż do lata -?wtedy to zupeł­nie co innego. Wiatr się uspo­kaja, a morze przy brzegu jest przy­jem­niej­sze, faluje sobie przy pla­żach. Ja robię sobie prze­rwę wła­śnie latem. Pogoda jest sto­sun­kowo łagodna i ta wątła nadzieja, którą to budzi, jest nie do znie­sie­nia - dla­tego pakuję się i jadę wysoko w śniegi Col­der. To parę dni drogi wol­no­stat­kiem. Po dro­dze nie mogę spać, cały czas patrzę, jak Przy­czó­łek nik­nie mi z oczu, albo gapię się w gwiazdy. Kie­dyś spo­ty­ka­łem się w Col­der z jedną kobietą, ale zwią­zała się z kimś i już jej nie widuję. Teraz biorę sobie domek wysoko na bia­łych wzgó­rzach i cho­dzę na samotne wędrówki. Do Przy­czółka wra­cam na zimę. Jesieni na Ponu­rze prak­tycz­nie nie ma. A zima polega na tym, że wiatr się odwraca i leci w morze z ładun­kiem wydar­tych z gór kamieni. Ter­ra­for­ma­cja Ponura nie do końca się udała, ale to nie­ważne -?jak mówi­łem, mia­steczko żyje tylko dla plat­form, a one liczą się tylko, dopóki jest co wydo­by­wać z jądra. Myślę, że jądro zosta­nie wyczer­pane, zanim Ponur z powro­tem zrobi się do dupy.

Ale wtedy już dawno mnie nie będzie, więc co tam.

Tal­len spoj­rzał na to, co napi­sał, zamknął na moment oczy, potem wes­tchnął i po raz trzeci spraw­dził opis, szu­ka­jąc haczy­ków.

OSTAT­NIE PRZY­PO­MNIE­NIE. BEZ­PŁATNA OFERTA POWI­TALNA SER­WISU [Gwiezd­ne­Serca] JEST WAŻNA TYLKO PRZEZ DWA­NA­ŚCIE GODZIN. ZOSTAŁA CI JEDNA GODZINA, BY Z NIEJ SKO­RZY­STAĆ. ZARE­JE­STRUJ SWÓJ PRO­FIL [Gwiaz­da­Serca] JUŻ TERAZ. TAKA OFERTA SIĘ NIE POWTÓ­RZY.

Od mie­siąca wysy­łali mu coraz to lep­sze i lep­sze pro­mo­cje, a on je igno­ro­wał, ale cał­ko­wi­cie za darmo -?to się nie zda­rzało.

Nie­na­wi­dził czuć się zma­ni­pu­lo­wany, choć dobrze wie­dział, że wszy­scy są. Nie dało się brać udziału w Pie­śni, nie zatra­ca­jąc po dro­dze czę­ści swej duszy. Lecz tym razem nie­mal nie dało się odmó­wić, nawet jeśli nie miał ochoty na niczyje towa­rzy­stwo. Nor­mal­nie Serca kosz­to­wały, i to sporo.

Poczuł krótką falę typo­wej melan­cho­lii i ska­so­wał wszystko z ekranu. Gwiezd­ne­Serca ni­gdy jesz­cze mu się na nic nie przy­dały.

Potem jed­nak wes­tchnął i przy­wró­cił więk­szość tek­stu, koń­cząc go po domku na bia­łych wzgó­rzach. Zamknął oczy i wspo­mniał żegna­jącą się z nim Lenę, jej rękę uno­szącą się do ekra­nii i jego wła­sną, głu­pio doty­ka­jącą szkla­nego inter­fejsu.

Po Lenie przy­siągł sobie, że wię­cej Serc nie tknie, a jed­nak pro­szę - znów go przy­cią­gnęło. Wie­dzieli, co myśli. Znali go na wylot.

I świet­nie. Kiedy zaczną go nali­czać, a nie­długo zaczną, anu­luje sub­skryp­cję. To też muszą o nim wie­dzieć.

Tam­ten zwią­zek i tak nie miał przy­szło­ści. Oboje o tym wie­dzieli. To nie wina pro­gramu. On dla nikogo nie wypro­wa­dziłby się z Przy­czółka, ona ni­gdy nie zamiesz­ka­łaby ni­gdzie indziej niż w Col­der i to zamy­kało sprawę.

Wia­do­mość do nikogo świe­ciła na ekra­nie. Przy­wró­cił całość, aż po "więc co tam". Co tam, pomy­ślał i zatwier­dził edy­cję.

Ekran natych­miast się roz­ja­rzył.

Witamy ponow­nie w ser­wi­sie [Gwiezd­ne­Serca]. [Gwiezd­ne­Serca] to Para­Ser­wis Poza­Ży­cia.

Poni­żej porady dla sub­skry­ben­tów. Są bez­płatne.

Nie wspo­mnia­łeś o swo­jej pracy. Opi­su­jąc dobrze wyna­gra­dzane i sza­no­wane spo­łecz­nie zaję­cie, sta­ty­stycz­nie zwięk­szasz szanse na odpo­wiedź.

Uży­łeś słów lub zwro­tów, które mogą być odpy­cha­jące dla nie­któ­rych sub­skry­ben­tów ser­wisu [Gwiezd­ne­Serca]. Nie­które z nich to: "mono­to­nia", "bez­bożny", "nie do znie­sie­nia", "nie mogę spać", "piją", "spo­ty­ka­łem się kie­dyś", "zwią­zała się z kimś", "wyczer­pane", "wydarte", "do dupy", "co tam".

Słowa lub zwroty, które mogą się oka­zać sku­tecz­niej­sze: "miłość", "towa­rzy­stwo", "cie­pło", "czuły", "poczu­cie humoru", "zabawny", "mają­tek" (tylko w odnie­sie­niu do sie­bie), "zdrowy" (tylko w odnie­sie­niu do sie­bie), "doma­tor", "przy­stojny" (tylko w odnie­sie­niu do sie­bie).

Czy chcesz zmie­nić swój pro­fil [Gwiaz­da­Serca]?

Tal­len wybrał "Nie".

Twój pro­fil [Gwiaz­da­Serca] został roze­słany do wszyst­kich sub­skry­ben­tów na okres stu bez­płat­nych godzin. Po upły­wie tego czasu twoje konto będzie miało nali­czane saldo w wyso­ko­ści pięt­na­stu dolo­rów za każdy mie­siąc (zgod­nie z lokal­nym kalen­da­rzem).

Zosta­niesz powia­do­miony o wszyst­kich reak­cjach.

Spró­bo­wał zamknąć ekran, ten jed­nak nie chciał mu jesz­cze na to pozwo­lić.

Przed wyj­ściem z Poza­Ży­cia pro­szę dokoń­czyć roz­po­częty Ciąg Moż­li­wo­ści. W prze­ciw­nym razie bie­żąca sesja nie zosta­nie zapi­sana, a aktu­alna pro­mo­cja będzie unie­waż­niona.

Dzię­ku­jemy za zgodę.

Wielu sub­skry­ben­tów ser­wisu [Gwiezd­ne­Serca] łączy dostęp do ser­wisu [Gwiezd­ne­Serca] z dostę­pem do głów­nej bazy oraz Auten­ty­ków i innych płat­nych Para­Ser­wi­sów. Czy chcesz sko­rzy­stać z tej moż­li­wo­ści? Teraz/póź­niej?

Póź­niej.

Nie otwie­ra­łeś głów­nej bazy Poza­Ży­cia od dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu godzin i czter­na­stu minut. Masz obec­nie zapas osiem­na­stu nie­od­da­nych gło­sów, z któ­rych pięć wyga­śnie w ciągu dzie­wię­ciu godzin i czter­na­stu minut. Zagło­su­jesz teraz/póź­niej?

Póź­niej.

Dzię­kuję. Ciąg Moż­li­wo­ści został zakoń­czony. Możesz teraz zamknąć...

Zamknął. Zosta­wił ekran samemu sobie, i czu­jąc nie­po­kój i dziwne poczu­cie winy, że utwo­rzył ten ZewSerca, nacią­gnął kurtkę i wyszedł na ulicę.

Już żało­wał. Co on wła­ści­wie robi? Kiedy tak pró­buje pisać czy mówić o sobie, zawsze za dużo myśli. Jak w ogóle do tego doszło... Kobieta, którą spo­tkał poprzed­niej nocy w czer­wo­nym barze, pisarka, powie­działa, że Przy­czó­łek jest pełen wrza­sku i wście­kło­ści2, tonem, jakby to okre­śle­nie gdzieś wcze­śniej sły­szała. Utkwiło mu to w gło­wie, razem ze spo­so­bem, w jaki to wypo­wie­działa. Miała w sobie coś nie­zwy­kłego, jakąś aurę życia, cie­ka­wo­ści. Miał ochotę dalej z nią gadać. Myślał, że może i ona jest nim zain­te­re­so­wana, ale odwró­ciła się od niego, gdy tylko wszedł wielki Pak­siarz, i to był koniec. Razer, tak się nazy­wała. Może jesz­cze ją kie­dyś zoba­czy. Kiedy wycho­dził z baru, Razer i Pak­siarz sie­dzieli tam dalej i ostro pili. Więk­szość ludzi, nawet nie­kry­mi­nal­nych, czuje się przy funk­cjo­na­riu­szach prawa ner­wowo. Lecz nie Razer.

Nie, nie trzeba było dać się wcią­gnąć w kolejny ZewSerca. Wystar­czało popa­trzeć na te porady dla sub­skry­ben­tów. Co on ma w ogóle do zaofe­ro­wa­nia? Lena miała rację i tamta kobieta przed nią i wszyst­kie inne. I jesz­cze mieszka w tym obłą­ka­nym miej­scu. Kto by tu żył z wła­snej woli?

Szedł, mija­jąc budynki, czu­jąc nagle nad­zwy­czajną jasność umy­słu. W nocy Przy­czó­łek był prak­tycz­nie pozba­wiony cieni. Już dni były dziwne, ale przy­zwy­cza­je­nie się do tego, jak to mia­steczko wygląda w nocy, zajęło mu rok. Pod dziw­nym pobla­skiem osłony powie­trze nie dawało poczu­cia głębi ani odle­gło­ści, wszystko wyda­wało się ani dale­kie, ani bli­skie, tylko po pro­stu małe lub duże. Mózg musiał nauczyć się nowej wzro­ko­wej oceny. Budynki nie były pro­ble­mem, ale już z klam­kami było ciężko i para­laksa była waż­niej­sza niż ogni­sko­wa­nie wzroku. Poru­sza­nie się po Przy­czółku po zacho­dzie słońca było jak spa­cer po dzie­cię­cej ani­mo­wa­nej ksią­żeczce.

I jesz­cze ta osłona. Pod­czas napływu chro­niąca osie­dle tar­cza była grzmią­cym splo­tem magne­ty­zmu i elek­trycz­no­ści. Tal­len uwa­żał, że to tro­chę pic na wodę. Wie­rzył jed­nak w jej ist­nie­nie, w prze­ci­wień­stwie do dzie­siątki lub wię­cej pija­ków i świ­rów, któ­rym co roku strze­lało do głowy, by przez nią prze­biec -?i pory­wało ich jak tę dziew­czynkę w ani­mo­wa­nej ksią­żeczce o Oz, którą matka czy­tała mu w dzie­ciń­stwie. Tylko że ich już nikt ni­gdy na oczy nie widział.

W dzień osłona była pra­wie nie­wi­doczna, cza­sami dawała się doj­rzeć jako chwi­lowe nie­po­ko­jące smu­że­nie. Można było twardo sta­nąć na ziemi i sku­pić wzrok na ścia­nie, na ziemi, na czymś kon­kret­nym. Nic nie dałoby rady temu wia­trowi, ale miękka, stop­nio­wana osłona potra­fiła sobie z nim pora­dzić. Na zewnętrz­nym skraju pra­wie jej nie było, zale­d­wie reje­stro­wała wiatr. Parę metrów głę­biej ustę­po­wała cio­som, ale zaczy­nała je stę­piać i roz­pra­szać, a po kolej­nych paru metrach wytłu­miała atak i pro­du­ko­wała z niego dość ener­gii, by zasi­lić i osie­dle, i samą osłonę. Prze­cho­wana nad­wyżka ener­gii wystar­czała Przy­czół­kowi na resztę roku. Wiatr Ponura był nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem ener­gii i kata­strof.

Szedł dalej, nie mogąc wyzbyć się dziw­nego wra­że­nia, że przez te ulice ktoś za nim idzie. To wła­śnie był absurd tego miej­sca. Nic tu się kupy nie trzy­mało.

Było już chłodno, po pół­nocy, a osłona buczała. Tal­len jak zawsze zszedł na plażę, nad samą wodę, chlu­po­cącą mu u stóp. Fale z sykiem prze­są­czały się przed kamie­nie pod butami. Lubił te kamyki w nocy, kiedy jaskrawe umyte morzem barwy łagod­niały do przy­ga­szo­nych fio­le­tów i szkar­ła­tów.

Dziś jed­nak spo­kój morza nie roz­wiał nie­wy­raź­nego poczu­cia osa­mot­nie­nia. To był błąd, wycho­dzić teraz. Nocne spa­cery to zły nawyk. Trzeba było wziąć kap­sułkę i zaznać przy­naj­mniej odro­biny che­micz­nego spo­koju.

Prze­stę­pu­jąc deli­kat­nie z nogi na nogę, żeby nie zapa­dać się w kamyki, zasta­na­wiał się, dokąd pro­wa­dzi jego życie. Tutaj wię­cej było pra­wie nie­ży­wych niż żywych. Mówiło się, że do Przy­czółku tra­fiasz, gdy zmę­czyło cię życie, a kiedy jesteś gotowy na śmierć, idziesz na plat­formy. W tutej­szych barach cią­gle się o tych spra­wach końca gadało. Pro­blem pole­gał na tym, że i Tal­len sam z sie­bie zaczy­nał mieć takie myśli.

Znów przy­po­mniała mu się ta kobieta z baru. Razer. A ona co tu robiła? Więk­szość ludzi po pierw­szym drinku od razu ci mówi, co ich do baru spro­wa­dziło. Ale nie ona. Ona miała w sobie życie.

Się­gnął ręką i zamie­szał pal­cem spo­kojną wodę, patrząc, jak falki roz­cho­dzą się, dołą­czają do skłę­bio­nego morza za osłoną i zni­kają. Jesz­cze dalej widział, że osłona wyci­ska z wia­tru wyła­do­wa­nia koro­nowe, czer­wone, nie­bie­skie, opa­li­zu­jąco fio­le­towe odłamki kolo­rów twarde jak skała i zni­kające w oka­mgnie­niu. Dalej nie było już nic widać. Kosmos miał swoje gwiazdy, morze nie miało nic. No, nic poza sar­kami i plat­for­mami.

Może poczuje się lepiej, kiedy za parę dni wróci do pracy. Czas wolny w Przy­czółku nie nadaje się do niczego.

Pozwo­lił myślom dry­fo­wać, zasta­na­wia­jąc się, jak to jest na tych plat­for­mach. Obłęd i samot­ność, domy­ślał się, maszyny dud­nią dzień i noc, do tego wiatr i morze. Zamknął oczy, pró­bo­wał wyobra­zić sobie huk świ­drów i furię żywio­łów nie­stru­dze­nie pró­bu­ją­cych cię wyrwać.

A potem zapo­mniał o plat­for­mach i prze­chy­lił głowę, nasłu­chu­jąc. Coś było nie tak. Jakiś dźwięk, potem jesz­cze raz, gło­śniej­szy. Wypro­sto­wał się i ruszył szyb­kim tem­pem do domu.

Za ple­cami zde­cy­do­wa­nie zabrzmiały kroki. Tal­len obej­rzał się pośpiesz­nie, potknął się i puścił nie­pew­nym bie­giem.

3. Razer

3.

Razer

Razer sie­działa z Bale'em przy małym sto­liku pod nie­dzia­ła­jącą lampą w rogu baru, oboje mia­rowo pili. Późny wie­czór, był spo­kój, nie­wielu klien­tów, paru gadało, ale więk­szość sie­działa sama i patrzyła w ekrany. Rozej­rzaw­szy się, nali­czyła pięt­na­stu ekra­nia­rzy, co ozna­czało, że sta­ty­stycz­nie ośmiu lub dzie­wię­ciu sie­dzi w Poza­Ży­ciu lub któ­rymś z jego Para­Ser­wi­sów, zwa­nych przez wszyst­kich Paso­Ży­ciami. Kie­dyś zasta­na­wiała się, czemu nie sie­dzą w domach -?w końcu ktoś jej powie­dział, że ogra­ni­cze­nia czasu ekra­no­wego Poza­Ży­cia nie doty­czą ekra­nii w miej­scach publicz­nych. Dzięki temu ludzie mają powód gdzieś wyjść, mieć kon­takt z innymi. Na pewno Poza­Ży­cie punk­to­wało dzięki temu u wła­ści­cieli barów, a Admi­ni­strata Układu była zado­wo­lona.

Ci ekra­nia­rze tutaj też wyda­wali się w miarę zado­wo­leni, coś do sie­bie mru­czeli w sku­pie­niu, kiwali gło­wami, postu­ku­jąc w powie­trzu. Przy­naj­mniej, wno­sząc po zacho­wa­niu, żaden nie sie­dział na stro­nach porno. W tym celu prze­waż­nie jed­nak -?choć nie zawsze -?zosta­wali w domach. Razer była cie­kawa, czy któ­ryś z nich wcho­dzi na Auten­tyki.

Odkąd tu przy­szła, coś nie dawało jej spo­koju -?dopiero po dłuż­szej chwili usta­liła, co to takiego: nie było Tal­lena. Nie miało to zna­cze­nia, odkąd miała Bale'a, ale mimo wszystko coś ją w nim cie­ka­wiło -?a to się rzadko tra­fiało. Była pewna, że nie­zła byłaby z niego opo­wieść. Rzu­ciła wtedy tym cyta­tem z Mak­beta, a on się go ucze­pił. I to, jak opi­sy­wał stocz­nie od plat­form, coś w tym było. Dziwne jed­nak, że Cynth była tak nie­zde­cy­do­wana, że pod­su­nęła jej dwóch męż­czyzn naraz jako mate­riał na jed­nego Auten­tyka. Bale, fakt, był nie­zwy­kły, i Cynth, ze swoją AI-ową logiką miała rację, że ją tu ścią­gnęła, ale gdyby nie było Bale'a...

Sku­piła uwagę z powro­tem na Pak­sia­rzu. Coś było z nim dzi­siaj nie tak, ale nie wie­działa, o co cho­dzi. Zwy­kle potrzeba było paru drin­ków, jed­nej-dwóch histo­rii do ska­ta­lo­go­wa­nia póź­niej, wydo­by­cia z niego uśmie­chu i wie­czór się koń­czył. Lecz nie dziś. Dziś Bale pił cią­giem i nie było po nim w ogóle widać dzia­ła­nia alko­holu, może poza nie­ty­pową reflek­syj­no­ścią. Ale roz­luź­nić też się nie roz­luź­nił.

Zapy­tał:

-?Razer, tobie się podoba na Ponu­rze?

Zabrzmiało to jak oskar­że­nie.

Zro­biła wymi­ja­jący gest.

-?To za mało. Powiedz. Co ci się tu podoba?

-?Spo­koj­nie jest -?odparła.

-?Nie jestem w nastroju do żar­tów. Co ci się tu podoba?

-?Podoba mi się pić z tobą.

Przez chwilę wyraź­nie widziała Bale'a w celi z kimś, kto udzie­lił złej odpo­wie­dzi. Aż się wzdry­gnęła. Dodała:

-?Morze mi się podoba. Wiatr i ten huk. Dobrze się tu myśli.

-?"Oko cyklonu". Tak mi powie­dzia­łaś, jak się pierw­szy raz spo­tka­li­śmy.

-?Tak? -?zapy­tała, choć ide­al­nie to pamię­tała. -?Stało się coś, Bale? Masz jesz­cze par­szyw­szy humor niż nor­mal­nie.

Wpa­trzył się przez nią w dal, choć zauwa­żyła, że ci, co nie patrzą w ekra­nię, milkną pod jego spoj­rze­niem. To samo było tam­tego pierw­szego wie­czoru, kiedy wbił się przez drzwi i pozwo­lił, by spoj­rzała mu w oczy. Przez godzinę prze­słu­chi­wał ją jak podej­rzaną, pijąc mało, gdy ona piła dużo, prak­tycz­nie wbi­ja­jąc jej do głowy, że nikt nie przy­la­tuje na Ponura bez bar­dzo poważ­nego powodu, a potem dał sobie spo­kój z prze­słu­chi­wa­niem i zaczął pić wawódkę razem z nią, w pięt­na­ście minut doga­nia­jąc ją i wyprze­dza­jąc.

W życiu nie spo­tkała kogoś takiego jak Bale, ni­gdzie w Ukła­dzie. Prze­spali się ze sobą trzy razy, za dru­gim, żeby spraw­dzić, czy pierw­szy się zda­rzył tylko dla­tego, że za bar­dzo się napili, a za trze­cim -?by zoba­czyć, czy drugi raz, na trzeźwo, nie był pod zbyt dużą pre­sją. Razer już po pierw­szym razie wie­działa, że nic z tego nie będzie, ale polu­biła Bale'a na tyle, żeby pozwo­lić mu samemu dojść do tego wnio­sku. Musiała się prze­ko­nać, czy jest na tyle silny, żeby pozwo­lić, by ze szcząt­ków tego seksu wykluło się coś w rodzaju przy­jaźni. Kilka tygo­dni mu to zajęło, ale chyba się udało, choć z face­tami to ni­gdy nie wia­domo.

Dziwna to była przy­jaźń. Dopil­no­wała, by Bale wie­dział, że wyciąga z niego histo­rie, ale chyba mu to nie prze­szka­dzało. Było oczy­wi­ste, że ma tu na Ponu­rze nie­wielu innych zna­jo­mych. Oraz -?choć to szkoda -?był na tyle pro­fe­sjo­nalny, by nie zdra­dzać niczego iden­ty­fi­ku­ją­cego ani wraż­li­wego. Musiał być świetny w swoim fachu. Tylko cie­kawe, dla­czego jest aku­rat tutaj -?nie nada­wał się do niczego innego poza żoł­nie­rią, ale w Ukła­dzie były tysiące miejsc lep­szych do życia niż Ponur. Cynth wysy­łała Razer do więk­szo­ści z nich, a niczego gor­szego dotąd nie widziała.

Choć dzięki Bale'owi dowie­działa się o plat­for­mach -?i życiu na Ponu­rze -?tro­chę wię­cej, niż dawało się wygrze­bać z Pie­śni. Cynth dobrze z nim tra­fiła.

-?Myślisz cza­sem o życiu? -?powie­dział teraz, lekko beł­ko­tli­wie.

Prze­łknęła nie­po­ważną odpo­wiedź. Jedną z nie­licz­nych jego oso­bi­stych cech, które dobrze poznała: Bale nie­spe­cjal­nie myślał o czym­kol­wiek oprócz swo­jej pracy. Mię­dzy innymi dla­tego tak łatwo było jej się przy nim roz­luź­nić. Na pewno był w pracy świetny dzięki tej kon­cen­tra­cji. Ale i bez­bronny. Jeśli wszystko jest dla cie­bie czarno-białe, jesteś ślepy na sza­rość. Dla Razer wszystko miało odcie­nie sza­ro­ści.

-?Myślę o życiu -?odparła. -?A co?

-?Tak sobie myśla­łem. Admi­ni­strata, korpy, Pax, to jest tak, jakby wszy­scy sie­dzieli w ślu­zie, gdzie jest jeden wlot powie­trza. Za dużo ludzi i tylko jedno źró­dło tlenu, wysoko w rogu.

Kiw­nęła głową, roz­glą­da­jąc się machi­nal­nie po barze. Wciąż ani śladu Tal­lena.

-?Przy tym wlo­cie, na gło­wach innych stoją gene­ra­ło­wie i pre­zy­denci, dobrze im się oddy­cha, a na tych pod sobą srają i sikają. -?Bale był już zalany, mru­żył oczy i patrzył na wil­gotne kółka na stole. -?Pod nimi jest tro­chę gówna i szczyn, ale powie­trze jesz­cze cał­kiem zno­śne. Parę ciał niżej już nie jest takie świeże. A przy pod­ło­dze tylko samo gówno, powie­trze jest par­szywe, nie mogą się ruszyć, ści­śnięci przez wszyst­kich wyżej, ale żyją.

Chciała coś powie­dzieć, lecz on pod­niósł rękę.

-?I cho­dzi o to -?dodał -?że ci na górze potrze­bują tych na dole, żeby się­gnąć gębami do naj­lep­szego powie­trza, a ci tro­chę niżej mają wzrok wbity w to powie­trze. Ci na górze ich nie obcho­dzą i ni­gdy nie będą, podob­nie ci na dole.

Zamó­wił kolej­nego drinka. Ktoś z obsługi przy­szedł, jed­nym płyn­nym ruchem zebrał parę pustych szkla­nek i prze­tarł stół. Razer spró­bo­wała podzię­ko­wać mu wzro­kiem, lecz nawet w jej stronę nie spoj­rzał.

Zasta­na­wiała się, co ma powie­dzieć, nie­pewna, jak rozu­mieć ten nastrój Bale'a. W końcu stwier­dziła:

-?Pro­sta meta­fora, ale sen­sowna. Więk­szość ludzi umiera na tym pozio­mie, gdzie się uro­dziła. To twoja życiowa filo­zo­fia?

-?Tak po pro­stu jest?

Spró­bo­wała się zaśmiać.

-?A ty w któ­rym miej­scu jesteś?

Bale wypu­ścił długi stru­mień zatę­chłego powie­trza i powie­dział:

-?W pie­przo­nym barze z tobą, jak zwy­kle. Musisz się jesz­cze napić i ja też. -?Opróż­nił szklankę i posta­wił ją na pod­stawce do napeł­nia­nia, a potem zaklął, widząc nagle zapa­la­jące się na niej ostrze­że­nie o alko­holu we krwi.

Razer jesz­cze go w takim sta­nie nie widziała. Naj­lżej, jak mogła, rzu­ciła:

-?No, to wycho­dzi, że oboje wra­camy na pie­chotę.

-?Niech to szlag. Co, wyglą­dam na pija­nego?

-?Nie, Bale. Jeden pijak dru­giemu ni­gdy nie wygląda.

Wsu­nął palec wska­zu­jący w szcze­linę do bada­nia krwi na stole, patrzył, jak ekran się roz­ja­rza i wyświe­tla wynik.

PRAWO OBSŁUGI MASZYN COF­NIĘTE. JEŚLI ZAPRZE­STANO JUŻ PRZYJ­MO­WA­NIA ALKO­HOLU, PRO­SZĘ SIĘ ZBA­DAĆ PONOW­NIE ZA CZTERY GODZINY. MIŁEGO WIE­CZORU, POD­PO­RUCZ­NIKU BALE.

-?I to też niech szlag -?dodał. Uniósł szklankę na wyso­kość oczu, odli­czył do dzie­się­ciu, a potem osu­szył ją mia­rowo. -?Cho­dzi o małą moto­rykę czy co?

Razer pod­dała się i wyszcze­rzyła zęby.

-?No, nie była taka mała, z tego co pamię­tam.

Wziął nową szklankę i opróż­nił ją; puste szkło tra­fiło na bar zanim wyświe­tlacz z bada­niem krwi prze­sko­czył z czte­rech godzin na cztery i pół.

-?Może trzeba tro­chę zwol­nić tempo -?powie­działa.

-?Mi obo­jętne. Nie idę jutro do pracy. -?Znów zmie­nił mu się ton głosu.

-?Nie? -?zapy­tała.

Bale patrzył na pustą szklankę. W końcu dodała:

-?Wolne? Kiedy ty ostatni raz bra­łeś wolne?

-?Zawie­sili mnie.

-?Co takiego? -?Odsta­wiła szklankę, nagle na wpół trzeźwa. Coś prze­ga­piła? -?Czemu?

-?Nie­sub­or­dy­na­cja.

Roz­luź­niła się odro­binę.

-?Czyli co, tydzień? To nie sza­lej, Bale. Nie mówi­łeś cza­sem, że ci się to zda­rza co mie­siąc, jak w zegarku?

-?No tak. Może pójdę do domu. Spać.

Pochwy­ciła jego spoj­rze­nie i roze­śmiała się gło­śno, psu­jąc ten kli­mat.

-?Nie. To ani tobie, ani mi dobrze nie zrobi. Idź. Śpij. Do zoba­cze­nia, Bale.

Wstał. Patrzyła, jak idzie, tro­chę nazbyt pew­nym kro­kiem. Jego potężna syl­wetka na moment prze­sło­niła wodny, migo­tliwy blask za drzwiami. Razer odli­czyła kilka minut i poszła za nim.

Nie cze­kał na nią. Ze zdzi­wie­niem stwier­dziła, że jest roz­cza­ro­wana.

Ruszyła w stronę domu; alko­hol łago­dził okropne ulice Przy­czółku. Była w sam raz trzeźwa, żeby omi­nąć zaułki Kole­iny. Każde mia­steczko, mia­sto i port miało swoją wer­sję tutej­szej Kole­iny -?enklawę moni­to­ro­wa­nej prze­stęp­czo­ści, tole­ro­waną na mocy nie­pi­sa­nej umowy; mówią­cej, że tam­tejsi kry­mi­na­li­ści mają za bar­dzo nie zwra­cać na sie­bie uwagi. W Kole­inie to byli drobni prze­stępcy; han­dlo­wali nar­ko­ty­kami, ale nie wywi­jali niczego poważ­nego, poja­wiali się w mia­steczku tylko na uliczne roz­boje i drobne kra­dzieże. Jej ist­nie­nie ide­al­nie Paxowi paso­wało. Razer dosko­nale wie­działa, jak to działa, te zawory bez­pie­czeń­stwa dla prze­stęp­czo­ści. Na Bry­zgu, pra­cu­jąc nad Auten­ty­kiem, spę­dziła tydzień w zauł­kach Węzła Nocy, ucząc się, jak patro­szyć iden­ty­fi­ka­tory i poru­szać się nie­po­strze­że­nie, jak się masko­wać i ukry­wać, jak wyglą­dać czy­sto, ale wal­czyć nieczy­sto.

Czas wyjeż­dżać z Ponura. Bale i histo­rie, które można z niego wydo­być, to naj­lep­sza rzecz tutaj. Poza tym nie ma tu dla niej nic cie­ka­wego, może poza Szy­bem.

Wszystko inne, co mogło ją tu zain­te­re­so­wać, już dostała. Wszystko krę­ciło się wokół plat­form i barów. Było tak zapro­jek­to­wane, żeby budow­ni­czo­wie plat­form byli zdatni do pracy i na pogra­ni­czu trzeź­wo­ści. Ścią­gały ich tu pie­nią­dze, praca zaj­mo­wała czas, bary zapew­niały spo­kój. Pax zapew­niał sto­sun­kowe bez­pie­czeń­stwo i ład. Ronen, kor­po­ra­cja zarzą­dza­jąca plat­formami, szpie­go­wała, nie anga­żu­jąc do tego Paxu.

Wie­działa też już to i owo o plat­for­mach. Roz­ma­wiała z pija­kami, któ­rzy mówili, że na nich byli, noto­wała ich opo­wie­ści, a potem sły­szała, że to kłamcy, że nikt, kto tam był, o tym nie mówi. Jed­nemu zde­cy­do­wa­nie uwie­rzyła, ale jego opo­wieść kryła się głów­nie w oczach i pau­zach. Zapro­po­no­wała, że mu zapłaci, ale jedyne, co chciał w zamian, to jej opo­wieść. Więc opo­wie­działa mu histo­rię, którą usły­szała kie­dyś od kry­mi­na­li­sty, który twier­dził, że prze­żył eli­mi­niu­mowe bagna Gehenny. Sprze­da­jąc tę opo­wieść z pie­kła robot­ni­kowi o mar­twym wzroku, w dusz­nym barze Neve­rie, sama poczuła się jak zagu­bione dziecko.

Poczuła się dziw­nie z tą myślą. Histo­ria za histo­rię, powie­dział robot­nik z plat­formy, i to brzmiało jak trans­ak­cja w sam raz dla niej. Jak jej życie, nawet. Coś w rodzaju jej życia.

* * *

W pokoju padła na łóżko, zamknęła oczy i spró­bo­wała zasnąć. Kiedy się nie udało, jak czę­sto ostat­nio, otwo­rzyła ekra­nię i puściła Poza­Ży­cie Na Żywo!

Wła­śnie zaczął się Holo­man. Zosta­wiła go, gada­ją­cego, zro­biła sobie kaffę, wró­ciła do łóżka, pod­cią­gnęła koł­drę pod brodę i popi­jała z fili­żanki, patrząc w ekran.

-?Cześć, Razer. Cie­szę się, że cię znowu widzę. Dzi­siej­szy pro­gram jest bar­dzo spe­cjalny i dwu­czę­ściowy. Naj­pierw nie­sa­mo­wita Opo­wieść z prze­szło­ści Poza­Ży­cia, a potem w Porze na gło­so­wa­nie cał­ko­wi­cie nowi kan­dy­daci. Pro­szę pocze­kać, szybko prze­winę tę praw­ni­czą bla­ble­rię, a potem pokażę ci Opo­wieść z prze­szło­ści. Ta dzi­siej­sza to praw­dziwe obja­wie­nie.

Wyszedł poza kadr, gdy zaczęły prze­wi­jać się słowa.

POZA­ŻY­CIE REAGUJE NA WSZEL­KIE PRÓBY ZAKŁÓ­CE­NIA JEGO ARENY I POWIĄ­ZA­NYCH SYS­TE­MÓW BEZ OSTRZE­ŻE­NIA I UŻY­WA­JĄC WSZEL­KICH ŚROD­KÓW, JAKIE UZNA ZA KONIECZNE...

W końcu poja­wił się z powro­tem, uśmiech­nął się i otarł gład­kie czoło.

-?Pra­wie koniec, Razer. Ni­gdzie się nie odda­laj.

-?Tak, tak -?mruk­nęła. Była zare­je­stro­waną pra­cow­nicą jed­nego z Paso­Żyć, czyli w prak­tyce pra­wie jak samego Poza­Ży­cia, czy więc nie mogliby dać sobie spo­koju z tymi praw­nymi tek­stami? Ziew­nęła. Może nie trzeba było pić tej kaffy? Da kopa aku­rat, kiedy mogłaby zasnąć przed ekra­nem. A potrze­buje tego snu.

Holo­man wska­zał zdję­cie mózgu za sobą i powie­dział:

-?Gdzieś tu kryje się sekret Poza­Ży­cia. Neu­ryd. Jest nie­wy­kry­walny. Nie da się go zna­leźć za pomocą skal­pela, skanu, mikro­skopu...

Razer przy­mknęła oczy i powtó­rzyła lita­nię razem z nim.

-?...każda próba i każde doświad­cze­nie uznane przez Poza­Ży­cie za próbę wykry­cia neu­rydu spo­tka się z natych­mia­stową reak­cją. Doty­czy to wszel­kich nie­uzgod­nio­nych wcze­śniej z Poza­Ży­ciem neu­ro­lo­gicz­nych ska­nów, badań i zabie­gów neu­ro­chi­rur­gicz­nych.

Ekran za nim zgasł.

-?I już. Koniec tej nud­nej czę­ści. A teraz nasz bar­dzo, bar­dzo spe­cjalny Mate­riał Spe­cjalny! Pierw­sza część dzi­siej­szego pro­gramu, Razer, to histo­ria bar­dzo zwy­czaj­nie wyglą­da­ją­cego czło­wieka. Możesz myśleć, że już ją sły­sza­łaś, ale obie­cuję ci, że nie w takiej for­mie.

Na ekra­nie poja­wiła się twarz męż­czy­zny, kro­sto­wata, z rząd­kiem rów­nych, prze­bar­wio­nych zębów i piw­nymi oczyma pod opa­da­ją­cymi powie­kami. Razer od razu go roz­po­znała, jak każdy czło­wiek w Ukła­dzie -?Aje­enas Ria­lo­bon, Poza­Ży­ciowy Mor­derca.

Holo­man gadał, ale nie trzeba go było słu­chać. Jak każdy czło­wiek w Ukła­dzie znała tę histo­rię w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach.

Ria­lo­bon przez dzie­sięć lat zabił w całym Ukła­dzie ponad dwa tysiące dry­fia­rzy. Ponie­waż braku więk­szo­ści ofiar nikt od razu nie zauwa­żał, uda­wało mu się pozo­stać nie­zau­wa­żo­nym przez lata. Dopiero kiedy go zła­pano, gdy zdra­dził loka­li­za­cję swo­jej krio­krypty, wypa­ko­wa­nej czasz­kami i narzę­dziami neu­ro­chi­rur­gicz­nymi, odkryto motyw. Prze­pro­wa­dzał im sek­cje mózgów, szu­kał neu­rydu Poza­Ży­cia.

-?Oczy­wi­ście nie osią­gnął zupeł­nie nic -?powie­dział rado­śnie Holo­man. - Zada­nie jest nie­moż­liwe. Neu­ryd, kiedy się roz­wija, zra­sta się z mózgiem nosi­ciela i jeśli nie zosta­nie akty­wo­wany przez wyszko­lo­nych medy­ków Poza­Ży­cia za pomocą szy­fro­wa­nej bio­pu­te­rii Poza­Ży­cia, pod wzglę­dem dzia­ła­nia i wyglądu jest nie do odróż­nie­nia od nor­mal­nej aktyw­no­ści i tkanki mózgo­wej. -?Zro­bił poważną minę. -?Dzia­łal­ność Ria­lo­bona wyszła na jaw tylko dzięki wyszko­lo­nym dania­rzom Poza­Ży­cia, któ­rzy wykryli zna­czący, a nie­wy­tłu­ma­czony niczym spa­dek popu­la­cji bez­dom­nych. - Zwró­cił się do innej kamery i uśmiech­nął się. -?Odkry­cie było szo­ku­jące, choć było także trium­fem Poza­Ży­cia. Nasza nie­usta­jąca wewnętrzna kon­trola zasu­ge­ro­wała ist­nie­nie aktyw­nego seryj­nego zabójcy, zanim zna­le­ziono choć jedną część ciała. Poza­Ży­cie dało Paxowi dane i pro­gramy do wykry­wa­nia wzor­ców, a oni w końcu ujęli zabójcę.

Surowe godło Paxu unio­sło się i opa­dło z powro­tem. Przy­po­mniało Razer o Bale'u. Śpi już? Zer­k­nęła na godzinę. Pra­wie czwarta. Fio­le­towy poblask za oknem zaczy­nał zabar­wiać się świa­tłem dzien­nym. Teraz już w ogóle nie uśnie. Głu­pio, że zaczęła to oglą­dać. Spe­cjalne odcinki Holo­mana ni­gdy nie były nowe; tłu­kły bez końca gra­ficz­nie poprze­ra­biane stare histo­rie. Seg­ment przed gło­so­wa­niem oglą­dała wła­ści­wie tylko z przy­zwy­cza­je­nia.

Zasta­no­wiła się, czy powinna zadzwo­nić do Bale'a, i stwier­dziła, że nie, a potem z jakie­goś powodu przy­po­mniała sobie Tal­lena. Przy­kro jej było, że tak nagle zosta­wiła go dla Bale'a, ale cza­sem się tak zda­rzało. A od tego czasu nie poja­wił się w barze, kiedy ona tam była.

Holo­man odgar­nął z oczu brą­zowy, lśniący lok.

-?Czę­sto poja­wiają się oskar­że­nia, że Poza­Ży­cie, wybie­ra­jąc kan­dy­da­tów, fawo­ry­zuje boga­tych. To nie­prawda. Nie da się także mani­pu­lo­wać gło­so­wa­niem. Wszyst­kie pro­gramy losu­jące są publicz­nie dostępne. Poza­Ży­cie utrzy­muje w cał­ko­wi­tej tajem­nicy tylko jedną rzecz, mia­no­wi­cie neu­ryd. Cał­ko­wite bez­pie­czeń­stwo neu­rydu pozwala, by wszystko poza nim było stu­pro­cen­towo otwarte. Poza­Ży­cie jest w pełni moni­to­ro­wane przez Układ i pod­da­wane rygo­ry­stycz­nej kon­troli.

Usły­szała szcze­kliwe spół­gło­ski Vega­schri­sta, gar­dłowe gło­ski Fiołka, głosy mło­dych i sta­rych, kobiet i męż­czyzn, pły­nące przez ekran urywki tek­stów:

...jedyne, co mnie trzy­mało przy życiu...

...ona ni­gdy nie zro­zu­miała, że...

...kiedy on w końcu zmarł...

Gdy to przy­ci­chło, Holo­man powie­dział:

-?Spójrzmy na fakty. Neu­ryd poja­wia się poten­cjal­nie przy każ­dych naro­dzi­nach w Ukła­dzie, z wyjąt­kiem -?z ich wła­snego wyboru -?Gehenny i nie­wy­mow­nej pla­nety.

Holo­man, jak zawsze, prze­cią­gał ten tak zwany Mate­riał Spe­cjalny. Razer zaczęła się zasta­na­wiać, jak wpa­so­wać Bale'a w struk­turę Auten­tyka. Zawsze miała dobre wskaź­niki reak­cji, kiedy sama sie­bie w nich umiesz­czała. Odro­bina seksu też nie szko­dziła. Poza tym ludzie lubili myśleć, że dowia­dują się z Auten­ty­ków cze­goś nowego, nawet jeśli nie da się ich osą­dzać ani na nie gło­so­wać. Wspo­mnie­nia Bale'a były aż gęste od prze­mocy i tech­no­lo­gii. Nie będzie trudno opa­ko­wać go w jakąś histo­rię.

Holo­man prze­szedł do wsz­cze­pia­nia neu­rydu.

-?Rodzice mogą oczy­wi­ście odmó­wić udziału w imie­niu dziecka, choć narzu­co­nego praw­nie podatku na rzecz Poza­Ży­cia zrzec się nie mogą. W rzad­kich sytu­acjach, gdy zaraz po uro­dze­niu nie ma tech­nicz­nej moż­li­wo­ści, implan­ta­cja neu­rydu może się odbyć do końca pierw­szego roku życia.

Kaffa zaczy­nała dzia­łać. Pró­bo­wała roz­po­cząć w myślach histo­rię Bale'a, ale łapała się na tym, że myśli o jego pro­ble­mach, nie o jego poten­cjale nar­ra­cyj­nym. On żył dla Paxu. Kim się sta­nie bez niego?

Mar­twi się o niego?

Ta moż­li­wość otrzeź­wiła ją bar­dziej niż kaffa. Spo­ty­kała cie­kaw­szych męż­czyzn i o wiele od niego atrak­cyj­niej­szych. Miał dobre histo­rie, pocią­gała ją jego bez­ce­re­mo­nial­ność -?i to w zasa­dzie tyle.

Nie, jej jedy­nym zmar­twie­niem jest to, że nie zdąży zebrać wszyst­kiego, co Bale ma do powie­dze­nia, zanim Auten­tyki dadzą jej coś innego.

-?Neu­ryd oparty jest na plu­ri­po­ten­cjal­nych komór­kach macie­rzy­stych, tani w pro­duk­cji i wsz­cze­piany przez pro­sty zabieg prze­zczasz­kowy. Jego pro­duk­cja jest doto­wana przez Układ. Losowa dys­try­bu­cja neu­ry­dów-pla­cebo jest nad­zo­ro­wana przez AI, cho­ciaż ogólny pro­cent pla­cebo zmniej­sza się z roku na rok, w miarę jak wpro­wa­dzane są nowe cen­tra prze­cho­wy­wa­nia wspo­mnień, powięk­sza­jące pojem­ność bazy danych Poza­Ży­cia. Jedyną osobą w całym uczest­ni­czą­cym Ukła­dzie, która nie może zostać zaim­plan­to­wana, jestem ja. -?Teatral­nie wsu­nął sobie dłoń w tułów, demon­stru­jąc wła­sną nie­praw­dzi­wość, i w końcu wró­cił do Aje­enasa Ria­lo­bona.

Razer nie potrze­bo­wała po raz kolejny pozna­wać szcze­gó­łów mor­derstw i schwy­ta­nia Ria­lo­bona. Choć dziś wie­czo­rem poja­wiło się parę obra­zów mózgo­wych, któ­rych wcze­śniej nie widziała, oraz seria wywia­dów z podej­rza­nie rosną­cym kata­lo­giem osób twier­dzą­cych, że ucie­kły mu spod noża. Holo­man powie­dział:

-?Pamię­taj­cie: z uwagi na Swo­body Oby­wa­tel­skie, infor­ma­cje z Poza­Ży­cia ni­gdy nie są udo­stęp­niane Paxowi ani Justix. Nie wia­domo nawet, czy sam Ria­lo­bon miał aktywny neu­ryd.

Wciąż myślała o Bale'u. Za dużo czasu na niego poświęca. Co z tego, że lubi jego towa­rzy­stwo? To wciąż praca. A może odpo­czy­nek, któ­rego chwi­lowo potrze­buje, tro­chę roz­mowy zamiast zada­wa­nia pytań i reje­stro­wa­nia odpo­wie­dzi. Jed­nak powód jest nie­istotny. Naprawdę trzeba już było z nim skoń­czyć. Już i tak spę­dziła w Przy­czółku ponad mie­siąc, o wiele dłu­żej niż w więk­szo­ści miejsc.

-?Podo­bało się? Mnie tak! A teraz, Razer, część druga pro­gramu: nowe gło­so­wa­nie!

Osu­szyła resztę kaffy, w końcu czu­jąc się w pełni przy­tomna.

-?Ale naj­pierw jesz­cze kilka fak­tów.

Okla­pła. Za każ­dym razem, pomy­ślała. Ni­gdy się nie nauczy. Lecz nikt się nie uczy. Potrzeba zaufa­nia wygrywa za każ­dym razem, tak w małych, jak i w wiel­kich spra­wach.

-?Dopiero po opi­nii kli­nicz­nej, mówią­cej, że śmierć jest nie­unik­niona, sani­ta­riu­sze Poza­Ży­cia mają prawo spraw­dzić, czy neu­ryd jest aktywny. Jeśli oka­że­cie się neu­rydo-pozy­tywni, umiesz­cza się was w rigor vitae, tra­fia­cie do sar­ko­fagu, w skró­cie do sarku, a w nim do oce­anu na Ponu­rze, a neu­ryd prze­ko­pio­wuje wasze życie do bazy danych Poza­Ży­cia.

Muzyka nabrzmiała.

-?A potem, Razer, po roku, dzie­się­ciu latach, być może po stu­let­niej lub dłuż­szej prze­rwie, kiedy poja­wia się lekar­stwo lub nowa medyczna tech­no­lo­gia lecząca twoją przy­pa­dłość, wszystko zależy od... -?Wyszcze­rzył się i roz­po­starł ręce, gdy kamera odda­lała się, zmie­nia­jąc go w punk­cik na tle nie­spo­dzie­wa­nego widoku gwiazd. Roz­brzmiały grom­kie trium­falne akordy, w nagłej ciszy po ostat­nim z nich Holo­man krzyk­nął: -?...od was wszyst­kich!

Wbrew sobie poczuła, że serce zabiło jej moc­niej.

-?W chwili poten­cjal­nego powrotu, Razer, twoje zagro­żone życie oraz życie innych z dokład­nie tą samą przy­pa­dło­ścią zosta­nie pod­dane gło­so­wa­niu. Zagło­so­wać może każdy na każ­dego. Jedy­nie ja, Holo­man, nie mogę gło­so­wać. Gło­so­wa­nie nie jest, powta­rzam: nie jest kon­kur­sem. Gło­suje się za drugą szansą albo prze­ciwko dru­giej szan­sie, dla tylu kan­dy­da­tów, ilu zechce­cie.

Zła na sie­bie, że dalej ogląda, Razer wyświe­tliła dane o obec­nej oglą­dal­no­ści Holo­mana. Razem z nią patrzyło trzy­dzie­ści sie­dem pro­cent dostęp­nego Układu. Przej­rzała roz­bi­cie na szcze­góły i eks­tra­po­la­cje. Pro­gnoza mówiła, że w ciągu kolej­nych pięć­dzie­się­ciu godzin osiem­dzie­siąt dzie­więć pro­cent doro­słej popu­la­cji Układu -?ze stan­dar­do­wymi dwoma wyjąt­kami, Gehenną i nie­wy­mowną pla­netą -?obej­rzy pro­gram i zacznie gło­so­wać. Nie prze­sta­wało jej to zdu­mie­wać. Wybory do Admi­ni­straty ledwo były w sta­nie osią­gnąć połowę tej fre­kwen­cji.

-?Jak pod­jąć decy­zję? To pro­ste i fajne. Po pro­stu patrzy­cie na ich życie. Czy byli -?czy są -?mili czy nie­na­wistni, czuli czy okrutni? Czy wy czu­je­cie się wiel­ko­duszni? -?I dodał dys­kret­nym szep­tem: -?Ale pamię­taj­cie, jeśli wasz neu­ryd jest aktyw­nym neu­rydem, któ­re­goś dnia może­cie zostać osą­dzeni za wła­sne osądy.

Nie­sa­mo­wite to jest, pomy­ślała Razer. Poza­Ży­cie, jedyna rzecz jed­no­cząca Układ, jest tak pro­ste, że pra­wie banalne. Jest ponad poli­tyką, ponad boże­rią, i jest jedy­nym obcią­że­niem podat­ko­wym, na które nikt nie narzeka.

A jego ist­nie­nie dawało jej utrzy­ma­nie. Praca dla Auten­ty­ków, jed­nego z Paso­Żyć Poza­Ży­cia, opła­cała jej podróże po Ukła­dzie, słu­cha­nie, wyobra­ża­nie sobie, two­rze­nie fabuły z cha­osu. Może wła­śnie to było w nim naj­oso­bliw­sze -?że mogła się dzięki niemu wyży­wić przez samo tylko snu­cie opo­wie­ści. Życia były praw­dziwe, ale brzyd­kie i cha­otyczne. Ludzie szli po Auten­tyki, żeby zna­leźć pocie­chę, poprawę nastroju po nie­przy­jem­nych praw­dach Poza­Ży­cia. A dzięki wła­snemu talen­towi oraz pora­dom i wybo­rom jej AI, Cynth, była jedną z naj­lep­szych opo­wia­da­czek.

Holo­man zmie­nił ton na urzę­dowy. Włosy miał teraz krót­sze i schlud­niej­sze, minę poważną, gdy mówił:

-?Wszyst­kie głosy są nie­za­leż­nie spraw­dzane. Gło­so­wa­nie jest cał­ko­wi­cie otwarte i nie­podatne na korup­cję czy mani­pu­la­cję.

Słu­cha­jąc ludz­kich opo­wie­ści i kom­po­nu­jąc swe histo­rie, Razer zasta­na­wiała się czę­sto, jak mogło wyglą­dać życie na daw­nej Ziemi, gdzie spo­dzie­wa­łeś się, że doży­jesz wię­cej niż pięć­dzie­siątki i przez więk­szość tego czasu będziesz cie­szyć się w miarę dobrym zdro­wiem. Jakie mie­liby histo­rie? Domy­śla­liby się takiej przy­szło­ści jak ta? Nie­od­wra­cal­nych cho­rób popro­mien­nych, auto­im­mu­no­lo­gicz­nych, wiecz­nie zmien­nych meta­wi­ru­sów, neo­ra­ków, tok­sycz­no­ści reak­cyj­nych? Upior­nej śmier­tel­no­ści i ogól­nej cho­ro­wi­to­ści? Tej pro­stej trud­no­ści wszyst­kiego?

Na tam­tej Ziemi wyobra­żali sobie, że przy­szłość przy­nie­sie lekar­stwa na wszystko, że tech­nika w końcu prze­ści­gnie naturę.

Ziew­nęła, naresz­cie senna. Jakże my się zawsze mylimy.

4. Alef

4.

Alef

ZKL 2: ojciec dostaje wezwanie do zapłaty podatku

Nie­długo po naszym powro­cie z kate­dry wezwa­nie do zapłaty podatku adre­so­wane do mojego ojca zostało omył­kowo dostar­czone do sąsiada, Josipa Far­lowa, który je machi­nal­nie otwo­rzył. Opo­wieść głosi, że pra­wie zemdlał, zoba­czyw­szy skalę błędu. Legenda o podatku Saula stała się na Gehen­nie ludową histo­rią. Przy­po­wie­ścią wręcz.

Ta histo­ria idzie tak:

Josip był prze­ko­nany, że Sau­lowi trudno będzie pogo­dzić się z fak­tem, że Admi­ni­stra­cja Podat­kowa mogła popeł­nić aż taki błąd. Myślał, że Saul zała­mie się i się zawiesi, jak pute­ria. Nie wie­dząc, co robić, poszedł do ojca Grace'a, a ten do Marity, która też nie miała poję­cia.

W końcu zwo­łali komi­tet para­fialny, w któ­rym Saul był doradcą tech­nicz­nym. Ojciec Grace zaczął roz­mowę o błę­dach dru­kar­skich w tłu­ma­cze­niach Bublii, a na koniec spo­tka­nia Josip prze­ka­zał wezwa­nie podat­kowe Sau­lowi, prze­pra­sza­jąc, że przez pomyłkę je otwo­rzył. Rzu­cił też bez­tro­ski komen­tarz o oczy­wi­stej pomyłce dru­kar­skiej i zapro­po­no­wał, że będzie medio­wał z Admi­ni­stra­cją w jego imie­niu, żeby zała­twić poprawę tego błędu.

Saul obej­rzał wezwa­nie i nic nie powie­dział.

Wszy­scy wokół stołu zamil­kli.

Ojciec Grace zażar­to­wał, że Saul ma rów­nie ogromną wie­dzę o Podat­kach i o Bublii oraz o spo­ra­dycz­nych błę­dach w jed­nym i dru­gim.

-?Dzię­kuję, Josip -?mruk­nął w końcu Saul. Zło­żył pismo i wsa­dził je do kie­szeni.

-?I co zro­bisz? -?zapy­tał ktoś, tro­chę ner­wowo.

-?To wezwa­nie do zapłaty. -?Saul wzru­szył ramio­nami. -?Będę oczy­wi­ście musiał zapła­cić.

Takiej reak­cji nikt się nie spo­dzie­wał. Gdy tylko Saul wyszedł ze spo­tka­nia, ojciec Grace zadzwo­nił do Marity i powie­dział, żeby skon­tak­to­wała się z nim, jeśli będzie potrze­bo­wała pomocy, doda­jąc, że, szcze­rze mówiąc, nie wie, jakie tu może być naj­lep­sze wyj­ście.

Marita sta­rała się zacho­wy­wać jak gdyby ni­gdy nic, co było pro­ste, bo Saul robił to samo. Parę dni póź­niej zapy­tała, co zro­bił z tym podat­kiem, na co odparł, że go zapła­cił.

Wszy­scy w Jer­Sa­lem cze­kali nie­spo­koj­nie na eska­la­cję. Musiała nastą­pić. Podatki zro­biły błąd, który nie został sko­ry­go­wany, a Saul wysłał im płat­ność, która w oczy­wi­sty spo­sób, przez to, że została wyko­nana -?co ktoś taki jak Saul musiał dosko­nale rozu­mieć -?nie­odwo­łal­nie zatwier­dzała tę pomyłkę. Na kon­cie zaś miał kwotę o kilka rzę­dów mniej­szą niż wyno­siła należ­ność.

Całe Jer­Sa­lem buzo­wało nie­po­ko­jem. Saul ze swoją wiarą w nie­odwo­łal­ność podat­ków musiał zakła­dać, że skoro żądają, to trzeba im dać. Błąd musi leżeć po jego stro­nie.

Każdy wie­dział, co się sta­nie. Pax wyśle na Gehennę więź­niarkę i go zgar­nie.

Mijały jed­nak mie­siące i nikt po Saula nie przy­cho­dził. Nie­po­kój utrzy­my­wał się przez dłuż­szy czas, aż w końcu wszystko wró­ciło do normy, choć nie­zu­peł­nie takiej jak wcze­śniej. Saul dalej napra­wiał ludziom pute­rię, a oni nale­gali, żeby coś za tę robotę wziął -?wcze­śniej tak nie robili. Nie chciał brać pie­nię­dzy, więc dawali rze­czy, które można sprze­dać. I nawet nie Sau­lowi, tylko Mari­cie. Wołali też Saula do banal­nych pro­ble­mów, po pro­stu, żeby Mari­cie dać coś, co jej się przyda na przy­szłość.

Aż wresz­cie do Saula przy­szedł kolejny list z napi­sem PODA­TEK. Listo­nosz od razu dorę­czył go ojcu Grace, który go otwo­rzył.

W środku było potwier­dze­nie zapłaty podatku w peł­nej wyso­ko­ści. Ojciec Grace zakleił list z powro­tem -?i jako duchowny nie­wąt­pli­wie odmó­wił modli­twę dzięk­czynną -?po czym prze­ka­zał go ojcu.

Miesz­kańcy wsi doszli jed­no­myśl­nie do wnio­sku, że tym ele­ganc­kim i logicz­nym spo­so­bem Podatki sko­ry­go­wały swój pier­wotny błąd -?idio­tyzm tam­tego wezwa­nia ujaw­nił się dopiero, kiedy płat­ność ojca się nie roz­li­czyła. Żeby zacho­wać twarz, Podatki udały, że i wezwa­nie, i zapłata zostały prze­pro­wa­dzone popraw­nie i tym samym rachunki się zga­dzają. W oczach miesz­kań­ców Saul poka­zał here­tyc­kiemu Ukła­dowi, jaki jest głupi - co wszy­scy i tak wie­dzieli.

I zupeł­nie nie­świa­do­mie stał się kimś w rodzaju boha­tera. Ojciec Grace wygło­sił kaza­nie o tym, jak można obró­cić ślepą głu­potę bez­boż­nych prze­ciwko nim samym -?jego praw­dziwy sens dotarł do wszyst­kich oprócz Saula i do wsi wró­ciła nor­mal­ność.

Aż do poja­wie­nia się Pel­lon­horca.

ZKL 3: Mój pierwszy puter

Po szkole czę­sto sie­dzia­łem w warsz­ta­cie ojca i poma­ga­łem mu przy pute­rii.

Pro­gra­mo­wa­nie przy­cho­dziło mi wła­ści­wie bez wysiłku. Nauczy­łem się go tak, jak się uczy mówić, a nie czy­tać. Mój mózg, tak jak mózg ojca, był pod to ide­al­nie skon­fi­gu­ro­wany. Pro­sta sprawa. To, w co się razem bawi­li­śmy, nie było na pozio­mie typo­wych roz­ry­wek ojca z synem - budo­wa­nia wież z pla­sti­ko­wych kloc­ków czy kopa­nia piłki. My bawi­li­śmy się ekra­nią i pute­rią. Kiedy jesz­cze sie­dzia­łem w brzu­chu matki, ojciec opra­co­wał sys­tem, który zamo­de­luje moje pierw­sze dźwięki jako sym­bole gra­ficzne, i oto­czył moje łóżeczko ekra­nią. Szybko nauczy­łem się, które dźwięki wyświe­tlają pro­ste twa­rze, i po paru mie­sią­cach nauczy­łem się uszcze­gó­ła­wiać je na tyle, żeby twa­rze na ekra­nii uśmie­chały się lub pusz­czały bańki. Gdy mój język się roz­wi­jał, zada­nia pro­gra­mi­styczne robiły się bar­dziej zawiłe. Zanim nauczy­łem się cho­dzić, umia­łem symu­lo­wać pro­stą rzekę. Razem z ojcem bawi­li­śmy się cyfrową wodą. On wrzu­cał do niej kamyki, a ja pro­gno­zo­wa­łem i wyli­cza­łem ich wpływ na stru­mień. Obaj się przy tym zaśmie­wa­li­śmy.

Nie­długo potem dosta­łem wła­sny puter i zaczą­łem wymy­ślać na niego pro­gramy. Ojciec opo­wie­dział mi o taj­no­ści i pry­wat­no­ści, o róż­ni­cach mię­dzy jedną i drugą, o tym, jak są ważne, nauczył mnie kodów i szy­frów. Gra­li­śmy też w gry na pamięć i był rów­nie zachwy­cony jak ja, kiedy w wieku sze­ściu lat zaczą­łem z nim wygry­wać. Wymy­śli­li­śmy pro­ce­durę szy­fru­jącą dla mojego putera. Liczby pierw­sze, któ­rych uży­łem, wyda­wały mi się wtedy ogromne. Pytał mnie, jak je zapa­mię­ta­łem -?jego wła­sne wizu­alne triki zawo­dziły przy takiej zło­żo­no­ści -?a ja odpo­wie­dzia­łem, że widzę je jako drzewa z liśćmi, wiel­kie drzewa falu­jące na wie­trze. Każdą gałąź i gałązkę trzeba odczy­tać w kolej­no­ści od ziemi, a każdy liść, od pnia do jej końca, to jedna cyfra.

Do nie­zro­zu­mie­nia ze strony innych dzieci i doro­słych byłem przy­zwy­cza­jony, ale kiedy widzia­łem, jak ojciec pró­buje sobie wyobra­zić moje lasy... zaśmiał się, choć był to nieco oso­bliwy śmiech.

Po tym usta­li­li­śmy z ojcem jedną zasadę doty­czącą mojego putera. Nada­łem mu takie prawa, że mógł wpro­wa­dzać dla mnie gry i zagadki do roz­wią­za­nia, ale nie mógł się po nim swo­bod­nie poru­szać ani inge­ro­wać w moje pro­gramy. Ja nato­miast mia­łem swoje, szer­sze upraw­nie­nia, pozwa­la­jące mi na pełny dostęp do moż­li­wo­ści putera.

Teraz oczy­wi­ście widzę, że to była po pro­stu mil­cząca umowa, dzięki któ­rej ojciec mógł mi pozwo­lić być u sie­bie w warsz­ta­cie pod warun­kiem, że ogra­ni­czam się do mojego wła­snego putera. Nie była to reguła, którą mógłby mi narzu­cić. Zupeł­nie jakby w nor­mal­niej­szej rodzi­nie ojciec nagle dostrzegł, że syn wyrósł i jest od niego więk­szy i sil­niej­szy i posta­no­wił, że już nie będą się bawić w zapasy.

Moich wnio­sków doty­czą­cych hipo­tez Rie­manna i Gold­ba­cha3 ni­gdy mu nie poka­za­łem. Szkoda. Ale wtedy myśla­łem tylko, że wyko­rzy­sta to do zła­ma­nia moich szy­frów.

ZKL 4: Pellonhorc

Nie­długo po moich ósmych uro­dzi­nach Josip Far­low i jego rodzina zgi­nęli w paskud­nym wypadku -?meta­nowy szyb wcią­gnął ich loto­cykl -?i do zamiesz­ka­nia we wsi wybrano nową rodzinę z listy. Lista była długa. Zawsze byli ludzie, któ­rzy chcieli opu­ścić Górne Światy, żeby cie­szyć się rygo­ry­zmem Gehenny.

Teraz widzę, choć wów­czas nie przy­szło mi to w ogóle do głowy, że masa rze­czy wska­zy­wała, że jego przy­by­cie jest czymś dziw­nym. Więk­szość nowych rodzin była bez­dzietna albo z dziec­kiem w łonie matki, a przy­by­wali razem, męż­czy­zna i kobieta. Ni­gdy nie było pobocz­nych doro­słych osób, ni­gdy nie było żad­nych dzieci.

Jed­nak ta dziwna rodzina przy­je­chała i ksiądz zgod­nie z tra­dy­cją przy­jął ich do naszej wspól­noty pod­czas cere­mo­nii żałoby i powi­ta­nia, zaczy­na­ją­cej się od słów: "Pośrodku śmierci w życiu jeste­śmy"4.

Ava­re­che, matka nowej rodziny, sie­działa w kościele w żałob­nych łach­ma­nach. Pła­kała, jakby była oca­lałą z wypadku, w któ­rym zgi­nęła rodzina Josipa, a nie jego bene­fi­cjentką. Szlo­chała, łkała, jakby życie nie było tra­ge­dią od pro­chu po proch, jak nas uczono, lecz czymś bar­dziej nie­zrów­no­wa­żo­nym.

Zamęża nie było. Zamiast niego po obu stro­nach Ava­re­che sie­dzieli jej kuzyni, Gar­rel i Tra­ile. Nikogo takiego wcze­śniej w Jer­Sa­lem nie widzie­li­śmy. Ubrani byli w ciemne, nie­tkane ubra­nia i sie­dzieli na twar­dych ławach w nad­zwy­czaj­nym bez­ru­chu, jak wykuci z kamie­nia. Nawet wtedy pomy­śla­łem, że wyglą­dają jak żoł­nie­rze z tymi poły­sku­ją­cymi w ciem­nym kościele soczew­kami na oczach, z dłońmi opar­tymi na potęż­nych udach, wytar­tymi do poły­sku knyk­ciami ręka­wi­czek i gru­bymi kurt­kami suge­ru­ją­cymi ukrytą broń.

I był jesz­cze chło­pak. Syn Ava­re­che. Pel­lon­horc.

Trudno mi teraz myśleć o nim "chło­pak" po tym wszyst­kim, co było. Miał osiem lat, tak jak ja, i bie­gał po całym kościele, dziki jak wiatr.

Nikt mu nie zwró­cił uwagi. Nikt nic nie zro­bił. Ojciec Grace powi­nien napo­mnieć matkę, żeby go uspo­ko­iła, ale nie zro­bił tego. Zasta­na­wiam się teraz, ile mógł wie­dzieć -?lecz może po pro­stu był zadzi­wiony tymi nie­zwy­kłymi przy­by­szami.

Ava­re­che sie­działa i szlo­chała. Nie mogłem tego zro­zu­mieć. Kuzyni sie­dzieli nie­po­ru­szeni po obu jej stro­nach, a moja matka szybko wstała i do niej pode­szła. Gar­rel -?to był ten wyż­szy kuzyn, z mał­żo­wi­nami uszu gru­bymi od czuj­ni­ków i nawo­sko­wa­nymi wło­sami pozwi­ja­nymi w cia­sne, zębate pasma, jak sko­rupa gra­natu -?niczym nie dał poznać, że pozwala jej się zbli­żyć, matka jed­nak cze­kała. Ava­re­che pośpiesz­nie na niego kiw­nęła, a on dał matce usiąść obok niej, choć odcze­kał tyle, żeby każdy w kościele zauwa­żył tę pauzę. Każdy oprócz Pel­lon­horca, który w ostrym sno­pie świa­tła z wyso­kiego okna budo­wał wieżę z modli­tew­ni­ków.

Ojciec Grace kon­ty­nu­ował nabo­żeń­stwo. "Opła­ku­jemy Josipa i Neishę, ich dzieci, Joniego i Jess, a także dzię­ku­jemy za przy­by­cie Ava­re­che i Pel­lon­horca, Gar­rela i Tra­ile'a". Zapa­dła cisza, uci­szył się nawet Pel­lon­horc z tyłu kościoła -?zro­bił krok wstecz i przy­pa­trzył się swo­jej nie­bez­piecz­nie wyso­kiej książ­ko­wej budowli. Wieża, pod­parta z boków podusz­kami do klę­cze­nia, się­gała mu do głowy. Patrzy­łem, jak sta­ran­nie balan­suje na szczy­cie srebrną kadziel­nicą, odbi­ja­jącą jasnym pro­mie­niem blask słońca.

Ksiądz zakoń­czył nabo­żeń­stwo modli­twą za nie­wy­mowną pla­netę: "Módlmy się za dusze tych, któ­rych potworna wiara odwio­dła od moż­li­wo­ści zba­wie­nia, by pew­nego dnia powró­cili na nasze łono".

Wszy­scy zna­li­śmy opo­wie­ści o nie­wy­mow­nej pla­ne­cie, o tym, jak odcięli się od Układu, nisz­czyli wszyst­kie statki, które pró­bo­wały podejść, i wysy­łali ekipy zama­chow­ców po każ­dego, kto wymie­nił ich nazwę. Nie wyda­wało się to praw­do­po­dobne, lecz na Gehen­nie ogól­nie mało rze­czy się kwe­stio­no­wało.

Na koniec ojciec Grace ponow­nie wska­zał gestem nową rodzinę i cicho, ale sta­now­czo rzekł:

-?Mamy nadzieję, że do Ava­re­che i jej rodziny szybko dołą­czy jej zamąż...

Brzdęk. Wszy­scy pod­sko­czyli, gdy zawa­liła się wieża z modli­tew­ni­ków Pel­lon­horca, a kadziel­nica ze szczytu huk­nęła o kamie­nie. Gar­rel i Tra­ile zerwali się na nogi, pomy­śla­łem. Ale nie, wła­ści­wie to oni jedyni w całym kościele sia­dali. Teraz, we wspo­mnie­niach, widzę, że to nie było tak. Oni fak­tycz­nie pode­rwali się, obró­cili, wyce­lo­wali broń, która poja­wiła się im w dło­niach, oce­nili sytu­ację i sie­dli z powro­tem, zanim kto­kol­wiek inny w kościele zdą­żył zare­ago­wać.

To sygna­li­zo­wało koniec nabo­żeń­stwa. Wyszli­śmy z kościoła, prze­cho­dząc przez snopy świa­teł przy­du­szone teraz słod­kim kadzi­dłem. Ava­re­che wciąż szlo­chała. Wszy­scy inni -?z wyjąt­kiem Gar­rela i Tra­ile'a, któ­rzy musieli mieć fil­try krta­niowe -?poka­sły­wali aż do łuko­wa­tych drzwi. Pel­lon­horc wyma­chi­wał rękoma i tań­czył.

Tak wyglą­dało ich przy­by­cie. Dopiero po pew­nym cza­sie wszy­scy we wsi dowie­dzieli się, jak się nazywa zamąż Ava­re­che. A wtedy wła­ści­wie się nie zdzi­wi­li­śmy. O Etha­nie Drame'ie sły­szało się nawet na Gehen­nie.

Wyszło to jed­nak dopiero sporo póź­niej. Na początku cią­gle były inne powody, dla któ­rych ojciec Pel­lon­horca nie może przy­je­chać: praca, pro­blemy z trans­por­tem albo po pro­stu "kom­pli­ka­cje". Ava­re­che wzru­szała ramio­nami. Gar­rel i Tra­ile nie mówili nic.

Pierw­szego dnia Pel­lon­horca w szkole jeden chło­pak z klasy zapy­tał go o ojca. Pel­lon­horc pobił go tak, że przez mie­siąc nie cho­dził do szkoły.

Ava­re­che została naj­lep­szą przy­ja­ciółką mojej matki. Potrze­bo­wała w oczy­wi­sty spo­sób róż­nych rze­czy i moi rodzice jej poma­gali. Ni­gdy nie wyda­wało mi się, że to coś poza zwy­kłą dobro­cią i zbie­giem oko­licz­no­ści.

Dziwna to była rodzina. Było ich pię­cioro -?Ava­re­che, Pel­lon­horc, dwóch kuzy­nów oraz zie­lony czi­ki­czip. Zwie­rzątko nale­żało do Pel­lon­horca i trzy­mał je w dużej klatce. Miało pod­cięte skrzy­dła i nie­zdar­nie czła­pało po tej klatce. Według mojej matki Pel­lon­horc nie za bar­dzo się nim zaj­mo­wał i spa­dło to na Ava­re­che. Zwie­rzę z jakie­goś powodu znie­lu­biło Pel­lon­horca. A jego matka czę­sto trzy­mała je w obję­ciach, tuliła i machi­nal­nie gła­dziła po mięk­kich pió­rach.

A ja zaprzy­jaź­ni­łem się z Pel­lon­hor­kiem. Miał nie­sa­mo­witą i sza­loną cha­ry­zmę. Kiedy do szkoły wró­cił chło­pak, któ­rego pobił, Pel­lon­horc pierw­szy go przy­wi­tał z auten­tycz­nym zapa­łem. I nic o pobi­ciu nie wspo­mniał. Dla niego jakby w ogóle nie miało miej­sca. Chło­pak był dziw­nie wdzięczny, choć potem już zawsze nie­ufny.

Dla mnie była to inte­re­su­jąca lek­cja. Chyba wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że mamy do czy­nie­nia z kimś nie­zwy­kłym. Od razu zaczął wszyst­kim prze­wo­dzić. Ryzy­ko­wa­li­śmy, wspi­na­li­śmy się i pły­wa­li­śmy w nie­bez­piecz­nych miej­scach. Nikt mu oczy­wi­ście nie mógł odmó­wić, a on do wszyst­kiego był pierw­szy -?wspi­nał się, nur­ko­wał, bił się. Nie znał stra­chu. Myśle­li­śmy, że jest odważny. A on oczy­wi­ście był psy­cho­patą.

Jaką­kol­wiek wła­dzę nad nim mieli tylko Gar­rel i Tra­ile. Drwił z nich przez cały czas, a oni nie zwra­cali na to uwagi.

Ale któ­re­goś dnia widzia­łem, jak Tra­ile go ude­rzył...

Było to tak: Pel­lon­horc przy­szedł do nas wie­czo­rem, nie­za­po­wie­dziany, i powie­dział, że chce się ze mną poba­wić. Poszli­śmy do mojego pokoju. Na początku był pobu­dzony, potem przy­ga­szony. Ni­gdy go takim nie widzia­łem. Po jakimś cza­sie matka ode­brała łącze i to wyraź­nie była Ava­re­che. Wyszła, a parę minut póź­niej do drzwi zapu­kał Tra­ile.

Trzeba go było nie wpu­ścić. Mia­łem nikogo nie wpusz­czać, jeśli w domu nie ma doro­słych, a Pel­lon­horc darł się na mnie, żebym nie otwie­rał. Wrzesz­czał jak ni­gdy. I prze­kli­nał, przy­się­gał, że zrobi mi takie rze­czy, któ­rych nawet nie rozu­mia­łem.

Musi­cie sobie wyobra­zić, jak się bałem. Widzia­łem, jak Pel­lon­horc bez powodu pobił chło­paka do nie­przy­tom­no­ści i tłukł go dalej, mia­rowo i spo­koj­nie, dopóki nie był pewny, że do wszyst­kich dotarło. Ni­gdy nie stra­cił opa­no­wa­nia. Ale jed­no­cze­śnie zza drzwi sły­sza­łem głos Tra­ile'a, powolny, spo­kojny i groź­niej­szy niż można by sobie wyobra­zić.

Słu­cha­łem wrza­sków Pel­lon­horca, ale cichy głos Tra­ile'a je zagłu­szał. Wycią­gną­łem rękę i otwo­rzy­łem drzwi. Jego soczewki bły­snęły, kiedy prze­pły­nął obok mnie i poszedł na górę scho­dami. Ruszy­łem za nim. Przez szparę w drzwiach do pokoju przez chwilę widzia­łem minę Pel­lon­horca. Potem trza­snął nimi przed nosem Tra­ile'a. Jed­no­cze­śnie pomy­śla­łem, jak bar­dzo musi być prze­ra­żony, żeby choćby pomy­śleć o zatrza­ski­wa­niu mu drzwi przed nosem.

Lecz będzie tam bez­pieczny, póki Tra­ile się nie uspo­koi. Przez ska­zań­ców pra­cu­ją­cych na bagnach eli­mi­nium wszyst­kie drzwi we wsi, wewnętrzne czy zewnętrzne, były zabez­pie­czone przed wej­ściem. Rów­nież od mojego pokoju. Każdy mógł otwo­rzyć je od środka, ale od zewnątrz trzeba było się zauto­ry­zo­wać odci­skiem palca. Nawet noso­róg po stu metrach roz­biegu nie byłby w sta­nie ich wyła­mać.

Tylko że Tra­ile poło­żył dłoń na klamce, naparł na nią, a drzwi po chwili wydały dziwny zgrzyt, wygięły się, trza­snęły i wpa­dły do środka. Tra­ile potarł pięść i obej­rzał się na mnie. Co chciał mi tym spoj­rze­niem powie­dzieć -?nie mam poję­cia. Soczewki na oczach błysz­czały tak samo jak zawsze. Patrzy­łem, jak wcho­dzi do pokoju, patrzy­łem, jak jego ręka wraca i non­sza­lancko się zama­chuje. Usły­sza­łem głu­chy odgłos i wrza­ski Pel­lon­horca rap­tow­nie uci­chły.

Po dłuż­szej mar­twej chwili Tra­ile odwró­cił się na bok, ode mnie i Pel­lon­horca, i pochy­lił głowę. Usły­sza­łem, że zaklął. Uniósł zwi­niętą dłoń do twa­rzy, coś do niej wymam­ro­tał. Twarz miał bladą, a ta dłoń się trzę­sła. Mówił dalej, potem prze­stał, odcze­kał i znów się ode­zwał, tym razem spo­koj­niej. Na twarz wró­ciły mu kolory. Ode­tchnął głę­boko, schy­lił się, deli­kat­nie wziął Pel­lon­horca na ręce i wyszedł z nim. Chło­pak uni­kał mojego wzroku.

Przez tydzień nie cho­dził do szkoły, a czi­ki­czipa wię­cej ni­gdy nie widzie­li­śmy. Zapy­ta­łem o niego matkę. Odparła, że przy Pel­lon­horcu czy Ava­re­che lepiej o nim nie wspo­mi­nać. Ojciec zor­ga­ni­zo­wał wymianę drzwi do mojego pokoju. Nie mogłem się docze­kać, aż fachowcy zapy­tają, co się stało, że się tak wyła­mały, żeby móc im powie­dzieć, lecz oni nie zająk­nęli się ani sło­wem. Za to byli wobec mnie bar­dzo uprzejmi.

ZKL 5: Pornowersum

-?Chodźmy do biura two­jego taty -?powie­dział pew­nego dnia Pel­lon­horc.

-?Dobra. Zapy­tam go.

-?Nie. Sami chodźmy.

-?Nie można. Zresztą po co? Jemu nie będzie prze­szka­dzać, że tam jeste­śmy. Czę­sto przy­cho­dzę i mu poma­gam.

-?Nie. Chcę ci coś poka­zać.

-?Co mi tam możesz poka­zać?

-?Zoba­czysz.

Typowe dla niego. "Zoba­czysz". Brzmiało to jed­no­cze­śnie jak groźba i pokusa. Wie­dzia­łem, że jeśli się nie zgo­dzę, będzie mną gar­dził, ale mia­łem już wykręt. Powie­dzia­łem:

-?Tam i tak jest zamknięte. Nie wej­dziemy.

-?Ja otwo­rzę. Tym się nie przej­muj.

Nie mia­łem już wyj­ścia. Powie­dzia­łem rodzi­com, że idę się bawić, i spo­tka­łem się z Pel­lon­hor­kiem pod biu­rem. Dzień już się koń­czył i w szy­bie zama­ja­czyły odbi­cia naszych twa­rzy.

-?To jak tam wej­dziemy? -?zapy­ta­łem z waha­niem.

Poka­zał mi małe urzą­dze­nie. Powie­dział, że zabrał je Tra­ile'owi. Nie zdzi­wi­łem się. Od dawna wie­dzia­łem, że Gar­rel i Tra­ile nie są zwy­kłymi ludźmi, pod żad­nym wzglę­dem. Nie byłem nawet pewien, czy istot­nie są kuzy­nami Ava­re­che.

Pel­lon­horc uniósł urzą­dze­nie do płytki zamka na drzwiach i przy­ło­żył rękę do czyt­nika.

-?Jak to działa? -?zapy­ta­łem.

-?Dodaje nam upraw­nie­nia. Dawaj. -?Przy­tknął moją dłoń do płytki. -?I już. Obaj jeste­śmy dodani. Możemy wcho­dzić, kiedy tylko zechcemy.

Pokrę­ci­łem głową, zasta­na­wia­jąc się, jak się z tego wyco­fać.

-?Tato się dowie.

-?Tylko jeśli spraw­dzi listę, a nikt tego ni­gdy nie robi. Nie na Gehen­nie.

Wytrzesz­czy­łem oczy.

-?Nie znasz mojego taty.

Uśmiech­nął się sze­roko:

-?Ty nie znasz swo­jego taty.

Zanim zdą­ży­łem zare­ago­wać, dodał:

-?No chodź. Chyba że masz cykora?

Weszli­śmy do biura, prze­szli­śmy mię­dzy ścia­nami pute­rii i ekra­nii bły­ska­ją­cej pro­gra­mami, obli­cze­niami, które ni­gdy nie usta­wały, praw­do­po­do­bień­stwa i sce­na­riu­szami opcji dla oszczę­dza­nia paliwa, szyb­ko­ści zuży­cia tlenu, ryzyk dla takiej czy innej drogi mię­dzy tą i tamtą pla­netą. Więk­szość tego rozu­mia­łem, kiedy mia­łem dzie­sięć lat, a rok póź­niej sam mody­fi­ko­wa­łem z tatą te pro­gramy.

Pod­sze­dłem do mojego putera i zaczą­łem włą­czać ekra­nię, ale Pel­lon­horc nie był zain­te­re­so­wany.

-?Tutaj -?powie­dział, sto­jąc w drzwiach na zaple­cze.

-?Tam jest tylko warsz­tat, on tam trzyma stare putery. Powolne złomy. Więk­szość w ogóle nie działa.

-?Tak myślisz?

Wzru­szy­łem ramio­nami. Pel­lon­horc pac­nął zamek dło­nią, a ja nie­chęt­nie wsze­dłem za nim. Usiadł przy pierw­szym ekra­nie.

-?Ten to w ogóle jest roz­wa­lony -?powie­dzia­łem.

Pel­lon­horc mnie zigno­ro­wał. Wypro­sto­wał prze­krzy­wiony ekran, usiadł wygod­nie i naci­snął włącz­nik.

-?Widzisz?

Naci­snął jesz­cze raz, potem wystu­kał na kla­wia­tu­rze parę kodo­wych fraz. Dalej nic, oczy­wi­ście, co za sens stu­kać w mar­twy kom­pu­ter, on jed­nak powtó­rzył to jesz­cze raz, w sku­pie­niu, a ekran nagle zaja­rzył się i głos putera szep­nął:

-?Trwa łącze­nie.

-?Ha! -?ode­zwał się Pel­lon­horc.

To, że zadzia­łał, nie miało sensu, a jesz­cze mniej, że to Pel­lon­horc go obu­dził. Puter nie miał żad­nego poważ­nego szy­fru, co było nie­po­dobne do mojego ojca, a Pel­lon­horc znał kod, co było jesz­cze bar­dziej nie­praw­do­po­dobne. Jed­nak udało mi się tylko wykrztu­sić:

-?Co robisz?

Roz­siadł się na stołku.

-?Spraw­dzam, co u mojego taty.

Ni­gdy wcze­śniej o nim nie wspo­mi­nał, nikt inny też tego nie robił, odkąd pobił tam­tego chło­paka. Nie wie­dzia­łem, co powie­dzieć, więc się nie ode­zwa­łem. Jak więk­szość, zaczą­łem zakła­dać, że jego ojciec nie żyje. Ale teraz się zasta­na­wia­łem. Jak wygląda? Ile ma lat? Gdzie jest?

Już pra­wie zapy­ta­łem, ale ugry­złem się w język. Bałem się, że nasza kru­cha przy­jaźń natych­miast znik­nie. Było też moż­liwe, że zamach­nie się i mnie ude­rzy. U Pel­lon­horca zawsze była taka moż­li­wość.

Ekran wyświe­tlił jakieś wnę­trze, pustą szarą ścianę i nic wię­cej.

-?Nie ma go tu -?rzu­cił roz­cza­ro­wany Pel­lon­horc. -?Spró­bujmy cze­goś innego. -?Postu­kał jesz­cze raz i na ekra­nie poja­wiła się brama, czarna i okra­to­wana.

-?Nie uda ci się -?powie­dzia­łem.

Nad bramą roz­ja­śnił się srebrny tekst.

Aby uzy­skać dostęp do Pie­śni, pro­szę się zare­je­stro­wać. Iden­ty­fi­ku­jemy Cię jako Geheń­czyka. Pro­szę wpro­wa­dzić oso­bi­ste hasło reje­stra­cyjne.

Pel­lon­horc wstu­kał coś; palce miał zbyt szyb­kie, bym mógł nadą­żyć.

Pro­szę potwier­dzić reje­stra­cję próbką wła­snego głosu.

Potwier­dzić? Jemu rze­czy­wi­ście udało się zalo­go­wać do Pie­śni? Zacho­dzi­łem w głowę, jak to moż­liwe. Lecz teraz utknął. Palce zawi­sły w powie­trzu. Wie­dzia­łem, że nie nabie­rze się na przy­nętę klu­cza gło­so­wego. Raz uży­jesz nie­zmo­dy­fi­ko­wa­nego wła­snego głosu i na zawsze jesteś roz­po­zna­walny i moż­liwy do wyśle­dze­nia. Dla­tego, gdzie tylko się dało, wszy­scy wciąż stu­kali w kla­wi­sze. Nawet w małej geheń­skiej wer­sji Pie­śni, Bublio­ce­anie, nikt ni­gdy nie nawi­go­wał gło­sem, a my -?jakimś cudem -?zna­leź­li­śmy się już daleko poza Bublio­ce­anem. I to jesz­cze na pute­rze, który w ogóle nie powi­nien dzia­łać, a co dopiero mieć połą­cze­nie z Pie­śnią. Z Pie­śnią!

Się­gną­łem poprzez niego i kciu­kiem wci­sną­łem kod audio.

-?Powiedz mu, że mamy znie­kształ­ce­nia czę­sto­tli­wo­ści. Przez wyła­do­wa­nia atmos­fe­ryczne. Tato wszyst­kie kom­pu­tery tak mody­fi­kuje, żeby to uda­wały.

Pel­lon­horc wstu­kał, co mu powie­dzia­łem, i po chwili brama powoli otwo­rzyła się i zga­sła, uka­zu­jąc jaskra­wo­nie­bie­ski ekran pełen pik­seli moż­li­wo­ści. To była Pieśń. Sły­sza­łem o niej, ale ni­gdy nie widzia­łem i ni­gdy nie spo­dzie­wa­łem się zoba­czyć.

Gdy mnie zatch­nęło, Pel­lon­horc uśmiech­nął się trium­fal­nie. Uniósł dłoń wysoko, a ja krzyk­ną­łem i z całej siły przy­bi­łem mu piątkę. Ostre kla­śnię­cie i pie­cze­nie dłoni było jak przy­pie­czę­to­wa­nie naszej więzi.

Spę­dzi­li­śmy tam około godziny, szpe­ra­jąc po wszyst­kich stro­nach z sek­sem, na jakie udało nam się wkrę­cić. Impo­no­wało mi, jak spraw­nie nawi­guje, a on wyraź­nie podzi­wiał, że umiem oszu­kać te strony, by nas wpu­ściły.

Pel­lon­horc ste­ro­wał ekra­nem. Zatrzy­my­wał się na pew­nych typach obraz­ków, pytał, co myślę o nich, o uczest­ni­kach. Wielu wyglą­dało, jakby byli w naszym wieku, choć oczy­wi­ście mieli o wiele więk­szą wprawę niż ja czy - zakła­da­łem -?Pel­lon­horc. Moje uwagi, wyra­ża­jące zachwyt lub obrzy­dze­nie, wyraź­nie go cie­szyły i wró­ci­łem do domu ucie­szony, nie tyle obej­rza­nymi cia­łami i ich ruchami, ile wol­no­ścią, któ­rej doświad­czy­li­śmy. A także nie­ocze­ki­wa­nym zwro­tem w naszej rela­cji.

5. Razer

5.

Razer

Razer drze­mała i śniła. Opusz­cze­nie Ziemi było jed­nym wiel­kim cha­osem. Zaczęło się w despe­ra­cji, skoń­czyło nie­mal w roz­pa­czy. Miała poczu­cie, że nikt na Ziemi nawet nie wie­rzył, że uda się zna­leźć miej­sce, gdzie można prze­żyć, że zasoby wpom­po­wane w ter­ra­for­ma­cję i trans­port to po pro­stu wykręt, aby dać ludziom jakiś cel w tych ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach. Ci, któ­rzy wyla­ty­wali, nie spo­dzie­wali się dotrzeć do celu, a ci, któ­rzy dotarli, musieli natych­miast sku­pić się w stu pro­cen­tach na prze­trwa­niu. Tak oto orga­ni­zo­wał się Układ -?w spo­sób cał­ko­wi­cie nie­struk­tu­ralny, każda pla­neta skon­cen­tro­wana na wła­snych pro­ble­mach. Każda z nich przez mniej wię­cej pierw­sze sto lat patrzyła tylko na sie­bie, tak jak do tej pory robią Gehenna i nie­wy­mowna. Gehenna zwró­ciła się ku jed­nej wie­rze, nie­wy­mowna ku innej; nie­wy­mowna wyco­fała się także we wście­kle bro­nioną izo­la­cję, taką, że wła­ści­wie mogłaby wcale nie ist­nieć. Każda nie­wy­ja­śniona kata­strofa budziła falę plo­tek i podej­rzeń, że nie­wy­mowna maczała w niej palce.

Przez dzie­siątki lat Układ nie miał żad­nej struk­tury poza tym, co nie­zbędne, by utrzy­mać han­del, a ziem­ski Inter­net tym­cza­sem roz­wi­nął się w Pieśń. Pano­wały bez­pra­wie i korup­cja. Układ był roz­cią­gnięty jak ni­gdy nie była Zie­mia.

Roz­bo­lała ją głowa. Usia­dła na brzegu łóżka, napiła się wody, wyobra­ża­jąc sobie, o ile gorzej czuje się Bale.

Holo­man, mówiąc, gesty­ku­lo­wał z oży­wie­niem. Nikt w Ukła­dzie, z wyjąt­kiem tych, co zawsze dwóch pla­net, nie mógł nie znać tej twa­rzy.

Pośród tego cha­osu, pra­wie sto lat temu, do życia gwał­tow­nie wdarło się Poza­Ży­cie, już nie­mal w pełni ufor­mo­wane, a w ciągu kilku lat nie­mal cał­ko­wi­cie odmie­niło Układ. Ude­rzyło ją, że kalen­darz powi­nien to odzwier­cie­dlać, że lata powinno się liczyć jako "Przed Poza­Ży­ciem" lub...

A może nie. Jesz­cze wody. I kaffy.

Nie­mniej, wciąż żyło się tutaj ciężko. Pano­wał bez­względny prag­ma­tyzm. Choć Zie­mia­nin mógłby zdu­mieć się nie­któ­rymi aspek­tami obec­nej tech­niki, stwier­dziłby, że inne, będące w codzien­nym użytku, na Ziemi wyszły z niego długo przed jej koń­cem. W Ukła­dzie bar­dziej ceniło się nie­za­wod­ność niż inno­wa­cję.

Holo­man prze­szedł do Auten­ty­ków, Gwiezd­nych­Serc i paru innych Paso­Żyć.

Nie­które ele­menty ziem­skiego życia wyga­sły. Główną ofiarą końca Ziemi była boże­ria, nie licząc Gehenny i nie­wy­mow­nej pla­nety. Ale na nich boże­ria wciąż się spraw­dzała -?no, w każ­dym razie na Gehen­nie, bo o tej dru­giej nikt nie miał poję­cia.

Potem zaś, dokład­nie kiedy Układ zaczął się dez­in­te­gro­wać, nękany cho­ro­bami, roz­pa­czą i wewnętrz­nymi kon­flik­tami, jak mówił teraz Holo­man, wyna­le­ziono neu­ryd. Było to wyni­kiem nie­uda­nego eks­pe­ry­mentu z komór­kami plu­ri­po­ten­cjal­nymi, dla któ­rych jakiś ano­ni­mowy tech­nik zna­lazł nie­mal cudowne zasto­so­wa­nie.

A z neu­rydu powstało Poza­Ży­cie.

Holo­man odgar­nął z czoła krnąbrny lok.

-?Za chwilę gło­so­wa­nie! Ale naj­pierw słowo o dzi­siej­szej tech­nice medycz­nej. Postęp w gene­tycz­nej tera­pii rege­ne­ra­cyj­nej płu­co­serca ozna­cza, że Poza­Ży­cie może zaofe­ro­wać dru­gie życie mak­sy­mal­nie tysiącu gene­tycz­nie odpo­wied­nich śpią­cych sub­skry­ben­tów, któ­rzy zapa­dli na meta-priona N23XN.

Razer wciąż zasta­na­wiała się, jak Zie­mia­nin patrzyłby na Układ. Jej życie mie­rzyło się stuk­nię­ciami w kla­wi­sze i kaffą, a te nie zmie­niły się zanadto, odkąd ludz­kość prze­nio­sła się do Układu. Były inne prio­ry­tety.

A czy­tać ludzie wciąż chcieli. Było to tanie, szyb­sze od słu­cha­nia i odporne na akcenty. Urzę­dowe języki Układu nawet teraz pozo­stały bli­skie języ­kom sta­rej Ziemi. A kaffa -?każdy chciał zacho­wać przy­tom­ność z cie­płym napo­jem w dło­niach.

Dokoń­czyła zimną fili­żankę, zabrała ją do kuchni, obmyła pal­cem pod kra­nem. Ile tych kaff wypiła przez lata? Ile histo­rii opo­wie­działa?

Kiedy wró­ciła do ekra­nii, wyświe­tlała symu­lo­wany widok morza, czarne jak kleksy plat­formy zako­twi­czone w wirach piany, sar­ko­fagi poły­sku­jące wokół nich jak cekiny.

Z pełną siłą dotarło do niej, że fizycz­nie jest wła­śnie tutaj, na pla­ne­cie sar­ków. Nie­wiele tu pie­nię­dzy, zero przy­jem­no­ści, ani chwili relaksu, a jed­nak to Ponur stał się naj­waż­niej­szym miej­scem w Ukła­dzie.

Głos Holo­mana mówił jej:

-?Wśród nich są dzi­siejsi szczę­śliwcy. Spójrzmy na jed­nego. Nazywa się Lar­ren Gam­liel.

Zabrzmiała melo­dia tytu­łowa Poza­Ży­cia, na ekra­nie prze­wa­lały się fale ponu­ro­wego oce­anu. Razer sku­piła się bar­dziej. Wresz­cie to. To są te życia. To jest suro­wiec Poza­Ży­cia.

Usiane sar­kami morze lśniło, gdy symu­la­cja jed­nego ciem­nego sar­ko­fagu wznio­sła się w powie­trze i uchy­liła nie­znacz­nie, wypusz­cza­jąc słowa:

STRESZ­CZE­NIE ŻYCIA

LAR­REN GAM­LIEL

UWAGA: wspo­mnie­nia pew­nych prze­żyć mogą być trau­ma­tyczne. Wyjąt­kowo trau­ma­tyczne prze­ży­cia ozna­czone są w stresz­cze­niu dźwię­kiem {grgr­grgr} albo ***, jeśli wybie­rze­cie odczyt tek­stowy.

Razer wybrała głos, padła z powro­tem na łóżko i zamknęła oczy. Głos był niski i tro­chę beł­ko­tliwy. Wyobra­ziła sobie kro­sto­watą twarz i chude ramiona. Lar­ren zaczął mówić o szkie­le­cie swo­jego życia.

Nazy­wam się Lar­ren Gam­liel. Lar. Uro­dzi­łem się w miej­scu, któ­rego nie pamię­tam, nie byłem tam wystar­cza­jąco długo. Rodzi­ców nie pamię­tam w ogóle. Wycho­wa­łem się w dry­fdomu, pamię­tam głów­nie gwiazdy, wyglą­da­łem ze swo­jego małego okienka i widzia­łem gwiazdy, liczne jak wszy w łóżku.

Mia­łem w tym dry­fdomu przy­ja­ciela, nazy­wał się Bude, krę­cone rude włosy, wyż­szy ode mnie, cią­gle mru­gał. Gra­li­śmy w szu­ka­nego, mie­li­śmy dzie­więć lat, pamię­tam, a on scho­wał się na całe rano. Nie zna­la­złem go, znu­dziło mi się, przy­szła pora śród­po­siłku. Posze­dłem na śród­po­si­łek, były klopsy. Zja­dłem jego por­cję. Spóź­nił się. Wła­ści­wie w ogóle nie przy­szedł.

Więc po śród­po­siłku włą­czyli alarmy. W skró­cie, zna­leźli go w ślu­zie, w próżni, tak sobie tam latał. {grgr­grgr} Wyglą­dał, jakby go ktoś wyssał. Jak te suszone rybki. Miał zeza.

I to mniej wię­cej tyle z mojego dzie­ciń­stwa. Za wiele o nim nie myślę.

Skoń­czy­łem pięt­na­ście lat, musia­łem opu­ścić dry­fdom, zje­cha­łem na pla­netę. {grgr­grgr} Nie pamię­tam, na którą, i tak za długo na niej nie byłem.

{grgr­grgr} Na żad­nej zbyt długo nie byłem.

Naj­bar­dziej podo­bały mi się loty na kolejną pla­netę. Tam, na tych pro­mach, czu­łem się naj­le­piej. Pew­nie było jak w domu. Raz pra­co­wa­łem jako ste­ward, ale długo nie wytrzy­ma­łem. Gapi­łem się w gwiazdy, cią­gle ktoś miał o to pre­ten­sje.

Na pla­ne­tach gene­ral­nie mia­łem pro­blemy, co pod­su­mo­wuje całe moje życie, jak myślę. {grgr­grgr} Kra­dłem, włó­czy­łem się. Jak to Pax mówi, "smutne". Ni­gdy nie mia­łem nic wła­snego, nikogo innego też długo nie utrzy­ma­łem.

Ale też spe­cjal­nie się nad sobą nie uża­la­łem. Nie za bar­dzo. Naj­szczę­śliw­szy byłem chyba w wię­zie­niach; dry­fo­wa­łem sobie z nimi w kosmo­sie, jak­bym znowu był dziec­kiem, w małej celi oto­czo­nej przez gwiazdy. Ostat­nim razem mówi­łem im, żeby mnie nie wypusz­czali. Może jakby posłu­chali, byłoby tej histo­rii tro­chę wię­cej. {grgr­grgr} Zabi­cie tej kobiety -?to była pomyłka. Albo wypa­dek. Justix tłu­ma­czył, jaka jest róż­nica, ale ni­gdy to do mnie nie dotarło. Wiem tylko, że nie chcia­łem i że żało­wa­łem tego. Nie ja byłem odpo­wie­dzialny. Nar­ko­tyki były.

Dziwne, może wy to dla mnie roz­pra­cu­je­cie, bo ja za nic nie dam rady. Czemu wszy­scy mówili, że z Budem to nie była moja wina, a ja cią­gle nie mogę prze­stać się o to obwi­niać, przez całe życie, a teraz wszy­scy mówią, że ta kobieta to moja wina, a ja wiem, że nie? Może­cie mi powie­dzieć, dla­czego tak jest?

W każ­dym razie swoje za nią odsie­dzia­łem. Wysze­dłem, dwa dni i pod­ła­pa­łem tę cho­robę. To ma być spra­wie­dli­wość?

Wiem, że potem nic nie ma, ale chciał­bym kie­dyś poznać rodzi­ców, przy­naj­mniej mamę. I znowu zoba­czyć Budego. Może on tam też gdzieś jest. Ta cho­roba, co mnie zżarła, może nie jest wieczna.

Bo na razie dobrego życia nie zazna­łem.

KONIEC STRESZ­CZE­NIA

Spau­zo­wała ekran.

Dziwne, pomy­ślała. Zna tego czło­wieka? Nazwi­sko oczy­wi­ście było inne, wszyst­kie nazwi­ska w bazie były zano­ni­mi­zo­wane, a jego głos oczy­wi­ście robiła pute­ria, ale kie­dyś spi­sy­wała histo­rię czło­wieka, gdzie wcze­sne życie wyglą­dało pra­wie tak samo -?dzie­ciń­stwo w dry­fdomu, śmierć w ślu­zie po zaba­wie w szu­ka­nego -?i wyko­rzy­stała ją do Auten­tyka. Jed­nego z jej pierw­szych, lata temu.

Może to był on, cho­ciaż to byłby nie­zły zbieg oko­licz­no­ści.

Nie. Bar­dziej praw­do­po­dobne, że to pospo­lity rodzaj śmierci wśród dzie­cia­ków. Ale i tak dziwne.

Wzno­wiła ekran. W rogu migało powia­do­mie­nie z wia­do­mo­ści, ona jed­nak wró­ciła do gło­so­wa­nia.

POZA­ŻY­CIE. WYBÓR.

Pro­szę dotknąć lub prze­rwać w dowol­nym momen­cie.

Otwo­rzyć całe życie Lar­rena Gam­liela?

Zagło­so­wać na życie Lar­rena Gam­liela?

Pro­szę dotknąć lub prze­rwać, aby otrzy­mać wię­cej infor­ma­cji.

Zasta­na­wiała się, czy otwo­rzyć całe życie, ale znała sie­bie na tyle dobrze, by wie­dzieć, że prze­pad­nie jej cały dzień. Pomy­ślała jesz­cze chwilę i zagło­so­wała na "tak". Męczyło ją, że wciąż nie mogła sobie przy­po­mnieć nazwi­ska tego źró­dła Auten­tyka. Widziała za to jego twarz, wyso­kie czoło, głę­boko osa­dzone piwne oczy, wiecz­nie zmru­żone. Inży­nier, zdaje się. I nie kry­min, ale nie­wiele mu bra­ko­wało.

Holo­man znowu gadał:

-?Wszy­scy inni kan­dy­daci są dostępni na waszej stro­nie Zagło­suj Teraz. Przez kolejne tygo­dnie będę prze­glą­dać ich wszyst­kich. Ale decy­zja zawsze należy do was. W Poza­Ży­ciu może­cie obej­rzeć wię­cej scen albo powtó­rzyć sobie te same.

Ekran zbladł do barwy popiołu, gdy głos Holo­mana wzmógł się echem:

-?I pamię­taj­cie: Poza­Ży­cie zaczyna się od uro­dze­nia.

Razer wyłą­czyła ekran, ale miga­jące powia­do­mie­nie wciąż tkwiło na swoim miej­scu. Powie­działa mu: "Póź­niej", i odcze­kała, aż migo­ta­nie przy­ga­śnie i spo­wolni do pra­wie pod­pro­go­wego poziomu. Nie mogła spać. Otwo­rzyła Auten­tyki i zalo­go­wała się.

-?Cześć, Cynth -?powie­działa.

POWI­TA­NIE ZARE­JE­STRO­WANE, KESTREL DUST. PRO­GRAM OCZE­KUJE. PRO­SZĘ ROZ­PO­CZY­NAĆ.

Zie­wa­jąc, zaczęła wysy­łać dzi­siej­sze notatki i zawar­tość mne­mo­te­cha. Dziw­nie było sobie wyobra­żać wła­sne prze­ży­cia zapi­sane na module pamięci, bez żad­nej świa­do­mo­ści czy szansy na odczy­ta­nie ich samo­dziel­nie. Choć w sumie, poza ogromną róż­nicą skali, nie­wiele się to róż­niło od neu­rydu. No i jesz­cze tym, że mne­mo­tech był pute­rią.

TEN PRO­GRAM ZAUWAŻA, ŻE KESTREL DUST OTWIE­RAŁA DZI­SIEJ­SZĄ OPCJĘ GŁO­SO­WA­NIA. CZY KESTREL DUST ZAGŁO­SUJE NA LAR­RENA GAM­LIELA?

-?Ej, co to ma być? Poga­wę­dek pró­bu­jesz?

TEN PRO­GRAM AKTU­AL­NIE KOPIUJE ZAPISY TWO­JEGO MNE­MO­TE­CHA, PRO­CES JEST NIE­MAL ZAKOŃ­CZONY. GADU­GADU POTWIER­DZA, ŻE POŁĄ­CZE­NIE DZIAŁA OBU­STRON­NIE, ALE TEN PRO­GRAM MOŻE ZACHO­WAĆ CISZĘ, JEŚLI KESTREL DUST PRE­FE­RUJE.

-?Nie, nie pre­fe­ruję ciszy. Nie dzi­siaj. Możesz się dla mnie nazy­wać Cynth? Albo nawet "ja"? Choć raz użyć pierw­szej osoby?

MOŻESZ DOWOL­NIE NAZWAĆ TEN PRO­GRAM, KESTREL DUST. ZGOD­NIE Z POPRZED­NIMI GADU­GADU.

Razer zasta­no­wiła się, czy pro­gram jest w sta­nie roz­po­znać, że jest tro­chę napita. Tak, pew­nie tak.

-?Przy­naj­mniej mów mi Razer?

ZAPISY TWO­JEGO KON­TRAKTU POZWA­LAJĄ CI DOWOL­NIE WYBRAĆ, JAK O SOBIE MYŚLISZ.

Spró­bo­wała upo­rząd­ko­wać myśli.

-?Cynth, Kestrel Dust nie może gło­so­wać. Tu cię mam, co?

TEN PRO­GRAM ROZU­MIE ZNA­CZE­NIE IMION. TEN PRO­GRAM DOCE­NIA POCZU­CIE HUMORU KESTREL DUST I ROZU­MIE JEJ POTRZEBĘ PRÓ­BO­WA­NIA ŻAR­TÓW. TEN PRO­GRAM KOMU­NI­KUJE SIĘ ZWIĘŹLE DLA PRE­CY­ZJI I OSZCZĘD­NO­ŚCI. RAZER I KESTREL DUST SĄ DLA CELÓW KON­TRAK­TO­WYCH POKRY­WA­JĄ­CYMI SIĘ TER­MI­NAMI. KESTREL DUST WYKA­ZAŁA, ŻE MA TEGO PRAW­NIE WERY­FI­KO­WALNĄ ŚWIA­DO­MOŚĆ.

-?"Praw­nie wery­fi­ko­walną" to nikt mnie jesz­cze nie nazwał. Eks­hi­bi­cjo­nistką -?tak.

TEN PRO­GRAM ROZU­MIE, ŻE KESTREL DUST CZER­PIE PRZY­JEM­NOŚĆ Z TRAK­TO­WA­NIA TEGO PRO­GRAMU, JAKBY BYŁ LUDZ­KIM ROZ­MÓWCĄ POZBA­WIO­NYM SAMO­ŚWIA­DO­MO­ŚCI I HUMORU. DANE SKO­PIO­WANE, MNE­MO­TECH WYKA­SO­WANY I ZRE­SE­TO­WANY. PRO­CE­DURA ZAKOŃ­CZONA. GADU­GADU ZAKOŃ­CZONE. ZLE­CE­NIE WYKO­NANE.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki