Postaci
Agata Walczyk - architektka, która chciała przygotować idealne
święta, ale na przeszkodzie stanęli jej brat, ciotka, dwa karpie i trup.
Radosław Walczyk - brat Agaty, student informatyki, przekonany, że
jego krewni nadają nowego blasku sformułowaniu "rodzina dysfunkcyjna".
Eugenia Krasucka - ekscentryczna ciocia Agaty i Radosława, cierpiąca
na zanik pamięci, na szczęście obejmujący jedynie kilka miesięcy jej
życia, i do tego lata temu.
Wacława Konieczna - sąsiadka Walczyków, emerytowana nauczycielka,
nieformalnie sprawująca na ulicy Kryminalnej podobną funkcję, jaką w każdym szanującym się przedsiębiorstwie pełni szefowa kadr.
Piotr Łuczek - sąsiad Walczyków, właściciel sklepu z monocyklami,
zastanawiający się, czy nie złożyć w urzędzie miasta petycji o zmianę
nazwy ulicy, na której mieszka.
Justyna Bodlewska - szefowa sklepu ezoterycznego Czary Mary, która
jako pierwsza wyczuła, że pojawienie się na ulicy Kryminalnej nowych
mieszkańców nie wróży niczego dobrego.
Kinga Pilarczyk - sympatia Radosława, przekonana, że łatwo będzie
owinąć go sobie wokół palca.
Agnieszka Lasocka - producentka telewizyjna, uważająca się za jedyną
osobę na świecie, która wie, co jest dobre dla jej córki.
Laura Lasocka - córka Agnieszki, wychowywana przez nią w takim
stylu, jakby obie przebywały w żeńskim klasztorze o zaostrzonej regule.
Miron Gawron - handlowiec, od lat opętany wizją wyjaśnienia
rodzinnej tajemnicy sprzed lat.
Ewelina Gawron - żona Mirona, kombinująca usilnie, w jaki sposób
przekonać małżonka, aby wreszcie wyprowadzili się z dziury na mapie,
jaką jest Piastów, i przenieśli do stolicy, i to najlepiej od razu do
Pałacu Kultury, żeby miała wszędzie blisko.
Stanisław Janczewski - były adorator Eugenii, nienawidzący jej z całego serca, po tym jak go niegdyś przepędziła.
Ewa Janczewska - żona Stanisława, pewna, że mimo tego, co mówi jej
małżonek, stara miłość w nim nie zardzewiała.
Kamil Lubik - kumpel Radosława, kombinujący, jak się pozbyć amanta
swojej matki.
Natalia Lubik - mama Kamila, próbująca z różnym efektem lawirować
między synem, partnerem a matką.
Marian Bratek - partner Natalii i dowód na to, że w życiu nigdy
przenigdy nie powinno się być wścibskim.
Ryszarda Lubik - babcia Kamila i mama Natalii, uważająca, że
milczenie zawsze jest złotem, a mowa rzadko bywa srebrem.
Włodzimierz Golonka - ksiądz, usilnie starający się znaleźć sposób,
aby już nigdy więcej nie musieć wysłuchiwać spowiedzi Eugenii.
Zbigniew Czajkowski - piastowski policjant, żywiący pretensje do
mieszkańców swojego miasta, że naumyślnie się mordują tylko po to, żeby
on nie miał spokojnych świąt.
Oraz gościnnie:
Krzysztof Darski - inspektor policji, smętnie dumający, że już chyba
nigdy nie spędzi beztrosko Bożego Narodzenia.
Prolog
23 grudnia 1973 roku
- Do zakochania jeden krok... - zanuciła cicho dziewczyna, idąca drogą
ciągnącą się tuż przy lesie, po czym zastanowiła się, jakie złe opętało
ją z rana, żeby zamiast śniegowców włożyć zwykłe trampki.
Te bowiem już były wilgotne, a za moment pewnie staną się mokre, w wyniku czego ona się rozchoruje i to, znając jej szczęście, śmiertelnie.
Takim sposobem zejdzie z tego padołu, zanim się dowie, jakie zamiary
wobec niej ma ktoś, w kim się na zabój zauroczyła. Nawet nie zauroczyła,
tylko zakochała! I nawet, jeśli ów ktoś odwzajemnia jej uczucie, to
jedynym, czym w tej sytuacji będzie mógł to okazać, stanie się
niepohamowany szloch nad jej trumną. Szlag by to trafił!
A przecież mogła to przewidzieć, bo choć zima tego roku była raczej
mokra niż śnieżna, to tego dnia śnieg wyjątkowo już od kilku godzin
kotłował jak szalony, temperatura spadła do zera, a do tego wiał
przenikliwy wiatr. Co ją opętało z tymi trampkami?! Zaćmienie umysłu,
jak nic.
Dziewczyna ciężko westchnęła i się rozejrzała. Płatki śnieżne wirowały
dokoła niej, osiadając na gałęziach świerków. Las wyglądał już tak,
jakby ktoś przykrył go grubą, białą kołdrą. Nawet grudniowe niebo
zdawało się wtapiać w ten krajobraz, a granica między ziemią a chmurami
niemal całkowicie się zacierała. Do tego przenikliwa wilgotność dawała
wrażenie, że panuje większy ziąb, niż wskazywały termometry. Dziewczyna
jednak w jej stanie ducha nawet tego nie zauważała.
Myślami wróciła do obiektu swoich westchnień. Miał ciemną, bujną grzywę,
był wysoki i wysportowany, uśmiechał się tak, że aż przechodziły ją
dreszcze, a do tego od kilku tygodni czynił jej wyraźne awanse. Spotkali
się nad Wisłą. Jej głupie koleżanki nazwały go staruszkiem, choć był
starszy od niej zaledwie o sześć lat. A potem poszły gdzieś z jakimiś
smutasami z ich szkoły. On odwiózł ją do domu. Miał auto. I to jakie!
Piękną, żółtą Syrenkę. Następnego dnia czekał na nią pod szkołą i złapał
ją za dłoń, kiedy poślizgnęła się na schodach. Podarował jej też płytę
jej ulubionego zespołu Czerwone Gitary, aż wreszcie kilka dni temu
przyniósł pomarańczę, twierdząc, że do jego rodziny przyszła paczka od
krewnych z zagranicy i mają ich w bród.
Czy to coś znaczyło? A może po prostu był miły? Niestety, potem
dowiedziała się o nim czegoś tragicznego. Chciała zerwać ich znajomość,
jednak on tak ją prosił... I tyle obiecywał... To jak to jest?! Kocha czy
nie?
- Zwariować można... - mruknęła do siebie, po czym wsunęła dłoń do
kieszeni płaszcza i wyjęła stamtąd biały kwiat.
Chryzantema. Nie wyglądała już tak okazale jak rano, kiedy ją sobie
przywłaszczyła. Kilka płatków zdążyło przywiędnąć od mrozu, ale wciąż
była piękna.
Dziewczyna przyjrzała się jej z lekkim poczuciem winy.
Jeszcze rankiem kwiat ten leżał na nagrobku. Wchodząc na cmentarz,
chciała jedynie skrócić sobie drogę, kiedy jednak zobaczyła świeżo
uporządkowany grób, na którym leżały dwie niemal identyczne chryzantemy,
coś kazało jej się zatrzymać. A potem... się rozejrzała. Wokół nie było
żywej duszy.
- Nikt nie zauważy... - wyszeptała, po czym kierowana czymś, czego sama
nie potrafiła zrozumieć, przykucnęła i ostrożnie wzięła do ręki jeden z kwiatów, a następnie pozbawiła go łodygi i schowała do kieszeni.
- Babcia powiedziałaby, że pójdę za to do piekła - zaśmiała się teraz.
Oderwała pierwszy płatek i szepnęła: - Kocha...
Wiatr porwał go niemal natychmiast i uniósł wśród płatków śniegu niczym
maleńkie białe piórko.
- Nie kocha...
Drugi płatek opadł tuż przy jej bucie.
Ruszyła dalej, licząc bardziej dla zabawy niż z przekonania, że od
wyniku tej dziecięcej wyliczanki może zależeć cokolwiek ważnego. Mimo to
z każdym kolejnym płatkiem czuła, że serce bije jej odrobinę szybciej.
- Kocha... Nie kocha...
Droga była pusta.
Od rana przejechał tędy jeden samochód, a i ślady jego opon zdążył już
niemal całkowicie zasypać świeży śnieg. Z kominów oddalonych gospodarstw
unosiły się cienkie smugi dymu, a gdzieś daleko szczeknął pies.
Dziewczyna uśmiechnęła się do własnych myśli. Jutro Wigilia. Mama od
rana będzie krzyczeć na tatę, że źle ubrał choinkę. Ten będzie udawał
obrażonego, po czym i tak ukradnie z kuchni kawałek makowca. A ona...
- Kocha...
Las odpowiedział jej przeciągłym skrzypnięciem gałęzi. Zatrzymała się i spojrzała między drzewa. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że
dostrzega jakiś ruch. Przetarła oczy. Nic. Pewnie sarna, lis albo
zwyczajnie wyobraźnia.
- Człowiek przeczyta jeden kryminał i od razu wszędzie widzi morderców -
mruknęła, żeby dodać sobie odwagi, po czym wróciła do odliczanki.
Kolejne płatki chryzantemy spadały na śnieg. Dziewczyna nie zauważyła
nawet chwili, w której wiatr ucichł. Dopiero po kilku krokach dotarło do
niej, że otacza ją cisza tak głęboka, iż słyszy wyłącznie własny oddech
i bicie serca. Stanęła. Nagle instynktownie wyczuła, że nie jest sama.
Powoli odwróciła głowę. Droga za nią była jednak pusta. Śnieg padał
niezmiennie, z wolna zasypując jej ślady.
- Durna jesteś... - rzekła cicho. - Bezdennie.
Spojrzała na kwiat. Zostały na nim już tylko trzy płatki. Ostrożnie
oderwała jeden z nich.
- Nie kocha... - Przełknęła ślinę.
Zwisały już tylko dwa ostatnie. W tym ten najważniejszy, rozstrzygający
wróżbę. Uniosła chryzantemę przed oczy i przez chwilę się jej
przyglądała, jakby odwlekała zakończenie tego miłosnego rytuału.
- No dobrze... - szepnęła. - Ko...
Nie dokończyła. Na śniegu, tuż obok jej stóp, pojawił się cień. Miał
wyraźny zarys ludzkiej sylwetki i powoli wysuwał się zza jej pleców.
Poczuła, jak wszystkie mięśnie momentalnie odmawiają jej posłuszeństwa.
Odwróciła głowę. Jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. Krzyk rozdarł
zimową ciszę. Urwał się niemal natychmiast.
Śnieg padał jeszcze przez wiele godzin, cierpliwie przykrywając drogę
grubą warstwą, jakby chciał zatrzeć ślady tego, co wydarzyło się tego
popołudnia. Zniknęły odciski butów. Biały puch powoli okrył też
chryzantemę, ogołoconą niemal ze wszystkich płatków.
Tylko jeden wciąż trzymał się łodyżki.
Był czerwony od krwi.
Rozdział I
Piastów, 22 grudnia 2026 roku
O tym, jak wielki błąd popełniła, kiedy posłała swojego młodszego brata
do sklepu, Agata Walczyk przekonała się, kiedy tylko ów stanął w progu
kuchni. Poprosiła go, aby kupił jedynie cukier, sól, pieprz i olej, więc
gdy postawił przed nią dwie reklamówki, z których jedna przez cały czas
przejawiała niepokojące tendencje do ruchu, w jej głowie od razu
narodziło się niecne podejrzenie, że wykazał się własną inicjatywą. A to
z reguły nie oznaczało niczego dobrego. Ponieważ obierała ziemniaki,
odłożyła nóż, wytarła szybko ręce w ścierkę i przez chwilę przyglądała
się bratu z miną człowieka, który jeszcze nie wie, czy powinien zadać
pytanie, czy może lepiej udawać, że niczego nie zauważył.
- Można wiedzieć, co ty tam przytachałeś? - zaryzykowała w końcu
ostrożnie.
- Jak to co? - zdziwił się Walczyk. - To co mi kazałaś! Zakupy.
- To widzę. Bardziej interesuje mnie to, co próbuje się z nich wydostać...
Radek spojrzał na reklamówkę, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o jej zawartości.
- Aaa... - mruknął lekceważąco. - No to te ryby, co chciałaś, żebym kupił,
jeśli będą. Jak widać, były.
Agata przez chwilę patrzyła w milczeniu, zastanawiając się, co ją
opętało, kiedy wysłała do brata SMS-a o treści: "Jakby gdzieś tam w oko
wpadły ci karpie, to weź pół tuszki. Zrobimy ulubione faworki ciotki".
Przecież wiadomo było, że ten cymbał odczyta to nie tak, jak trzeba. Tak
jak wtedy, kiedy poprosiła go o kupienie śmietany "trzydziestki szóstki"
i dostała dwie "osiemnastki".
- Żywe? - upewniła się bez cienia nadziei.
- No a jakie?!
- Radek - westchnęła, zaglądając na wszelki wypadek do reklamówki, w której faktycznie dusiły się dwie ryby. - Po co nam żywe karpie?!
- No przecież sama napisałaś, że na jakieś tam faworki. Nie wiedziałem
co prawda, że z karpia można coś takiego zrobić, ale przecież nie będę
ci się wtrącał w tego twojego MasterChefa.
- Ale ja prosiłam cię o pół tuszki!
- E-e... - Radek wyjął komórkę i podsunął jej pod nos.
Agata ku swojemu zdumieniu przeczytała: "Jakby gdzieś tam w okno wpadły
ci karpie, to weź dwie sztuki. Zrobimy umajone faworki ciotki".
"Cholerna autokorekta", pomyślała z rozpaczą.
- Napisałam co innego, niż chciałam - jęknęła. - Ale przecież mogłeś się
domyślić. Nigdy nie kupujemy żywych zwierząt!
- A ty co? - zdziwił się jej brat. - Joanna Kołaczkowska? "Trzeba było
robić wtedy, jak myślałam"?! - zacytował żart z jednego z ich ulubionych
skeczy.
- Boszzz.... - Agata wzniosła oczy ku górze. - A możesz mi powiedzieć, kto
niby je teraz zabije? Ty?!
Radek wzruszył ramionami.
- Zapomnij - rzekł stanowczo. - Nie jestem mordercą.
- Co tam się dzieje?! - Z salonu dobiegł głos Eugenii Krasuckiej, ich
ciotki, a zarazem współlokatorki.
W wyniku różnych splotów okoliczności trudno było rozstrzygnąć, kto
korzysta z czyjej gościnności. Walczykowie kilka miesięcy temu sprzedali
bowiem tę odziedziczoną po wujku posiadłość, a jej nowy właściciel,
ekscentryczny boss warszawskiej agencji PR, a zarazem wielbiciel
Eugenii, pozwolił jej tu mieszkać jedynie za opłacanie rachunków. Ciotka
zaś poprosiła ich, żeby z nią zostali i nie wracali do swojego
rodzinnego Trójmiasta. Przynajmniej przez kilka miesięcy.
- Radek kupił żywe karpie! - odkrzyknęła Agata.
Odziana w odziedziczony po prababci i pamiętający zapewne
dwudziestolecie międzywojenne peniuar, Eugenia pojawiła się w przedpokoju niemal natychmiast, a kiedy zobaczyła wciąż ruszającą się
reklamówkę, na jej twarzy odmalowało się coś w rodzaju zainteresowania
połączonego z niedowierzaniem. Przykucnęła przy zakupach i zajrzała do
środka.
- Ojej... - zaszczebiotała radośnie. - Jakie śliczne! Trzeba je czym
prędzej włożyć do wody, bo już i tak ledwo zipią. To okrucieństwo
trzymać je w siatce! - Chwyciła za reklamówkę i szybko przeszła do
łazienki, skąd po chwili dobiegł odgłos nalewania wody do wanny.
- Świetnie - mruknęła Agata. - Do tej pory za waszą sprawą było tu tylko
wariatkowo. Teraz zrobi się dom spokojnej starości dla ryb.
Radek pospieszył za Eugenią. Kiedy do nich dołączyła, kucali przy
wannie, wpatrując się jak zahipnotyzowani w jej zawartość.
- Który podoba ci się bardziej? - zapytał Walczyk. - Większy czy
mniejszy?
- Większy - odpowiedziała z przekonaniem ciotka. - Jest taki...
charakterny.
- A ten drugi kulturalny - zauważył Radek. - Popatrz, jak mu ładnie
schodzi z drogi. Dobrze wychowany.
Agata spojrzała na nich z niedowierzaniem.
- Czy wy się zaprzyjaźniacie z naszą świąteczną kolacją? - zapytała
powoli.
- Nie przesadzaj - mruknęła ciotka. - To tylko ryby.
- Przed chwilą nazwałaś je ślicznymi - wytknęła jej z wyrzutem Agata - a teraz rozpatrujecie ich cechy charakteru. Nie wiem, czy to najbardziej
szczęśliwy wstęp do konsumpcji.
- Człowiek może uznać rybę za śliczną, a następnie ją zjeść - pouczyła
ją Eugenia. - To nie jest sprzeczność.
- Ciocia ma rację - zgodził się Radek.
- Taaak? - Walczyk rzuciła im gniewne spojrzenie, po czym uświadomiła
sobie, że nie zda się to na zbyt wiele, bo oboje obserwują nie ją, lecz
wannę.
"Przegrałam konkurencję z rybami", skonstatowała w duchu.
- To które z was je utłucze i wypatroszy? - zapytała, wreszcie
koncentrując na sobie uwagę brata i ciotki.
Przez kilka sekund cała trójka patrzyła na siebie w milczeniu, jakby
właśnie ktoś rzucił na środek pokoju granat i wszyscy się zastanawiali,
kto powinien go podnieść. W końcu Radek wskazał na Agatę.
- Ty? - rzekł niepewnie.
Siostra spojrzała na niego z politowaniem.
- Zapomnij! - odparła stanowczo. - Myślę, że powinieneś to zrobić ty,
jako jedyny w tym domu mężczyzna.
Chłopak miał przerażenie w oczach.
- Sama mówisz, że mimo dwudziestu trzech lat jestem dzieciuchem! -
przypomniał szybko. - A dzieci nie powinny nikogo zabijać. Nawet ryb!
Jak byłem mały i usiadłem na śwince morskiej, to przez pół roku
nazywałaś mnie hitlerowcem! Niech ciocia je zabije. Jest najstarsza, a poza tym popełniała już przestępstwa!
Krasucka spojrzała na niego z oburzeniem.
- A gwizdnąć cię w ucho? - zaproponowała mało taktownie.
- No proszę! - skomentował Radek triumfalnie. - Akt przemocy! Idealny
wstęp do zabicia karpi!
- Karpie jak karpie, ale ty zaraz możesz oberwać - zapowiedziała
gniewnie Eugenia, po czym popatrzyła z zakłopotaniem na siostrzenicę. -
Faktycznie, będzie z tym problem...
- Ale przecież mówiłaś, że masz bogate życiowe doświadczenie - wypomniał
jej niezrażony Walczyk.
- Owszem, ale nie obejmuje ono zarzynania ryb.
- No to kto utłucze Kajko i Kokosza? - zmartwił się Radek.
- O, nie! - Agata przyłożyła dłoń do skroni. - Już nawet zdążyłeś je
nazwać?!
- Ej, pasuje! - Eugenia się uśmiechnęła. - Faktycznie, jeden jest
chudziutki i wygląda, jakby zamierzał za chwilę ruszyć do walki, a drugi
tłuściutki i ma się wrażenie, że myśli tylko o jedzeniu.
Walczyk mimo woli rzuciła okiem na ryby.
- Coś w tym jest - przyznała niechętnie. - Nie zmienia to jednak faktu,
że żadne z nas ich nie zabije. Widzę to wyraźnie.
- No to się je wypuści - skwitował beztrosko Radek. - Popływają sobie
trochę u nas, a potem wrzucę je do Wisły.
- Żeby się otruły?! - oburzyła się Eugenia.
- Przestańcie wariować. Poproszę Piotra, żeby je utłukł - zdecydowała
Agata, mając na myśli sąsiada.
- Nie szkoda ci ich? - zasmucił się nagle jej brat.
- Trochę szkoda, ale to tylko ryby...
- Ech... - Widać było, że Radek zrobi wszystko, aby zmieniła zdanie. -
Skoro tak, to niech choć trochę z nami pobędą.
- Dobrze, poproszę go o to dopiero wieczorem - obiecała mu siostra. - A ty, skoro tak się o nie martwisz, to przynajmniej je nakarm.
- Co jedzą karpie? - zaciekawiła się Eugenia.
Radek wzruszył ramionami, po czym sięgnął po telefon.
- Najlepiej karmić je larwami owadów - przeczytał ze strony
wyszukiwarki.
- Zwłaszcza zimą - mruknęła Agata.
- Jedyną larwą, jaką tu widziałem, jesteś ty. - Brat pokazał jej język i wrócił do lektury. - Lubią też jabłka, cukinię, marchew i sałatę. To tak
jak ty! Jakbym czytał twój jadłospis! Na pewno nie jesteś karpiem? Czy
tam karpicą?
Walczyk popukała się w czoło.
- Należy im podawać to w malutkich kawałkach - doczytał Radek. - No
dobra, idę trzeć marchewkę. - Zerwał się z kucek i pobiegł do kuchni.
Eugenia i Agata wymieniły się spojrzeniami.
- Myślisz, że pozwoli je zabić? - westchnęła Krasucka.
- Nie sądzę - odpowiedziała jej siostrzenica - i dlatego zaraz pójdę do
sklepu po filety. Bo powiem ci szczerze, że Piotr też nie wygląda mi na
kogoś, kto by sobie z tym poradził.
Wbrew jej obawom sąsiad zapewnił, że zabijanie karpi ma w małym palcu,
bo został wychowany przez dziadka, który jako zapalony myśliwy usiłował
mordować wszystko, co się dało, łącznie z babcią, którą na stare lata
pomylił nocą z dzikiem i postrzelił z wiatrówki. Na szczęście
niegroźnie, bo też i oko mu już wówczas nie służyło. Wnuczek nie mógł mu
przynosić dyshonoru. W ten sposób Piotr pierwszego karpia zabił, gdy
miał zaledwie siedem lat. I choć po śmierci dziadka porzucił ową
zbrodniczą profesję, to jednak dawny talent mu został. Do domu Walczyków
przybył dokładnie z wybiciem dwudziestej pierwszej.
- Dzień dobry - przywitał się, otrzepując śnieg z ramion. - Zgłasza się
jednoosobowy pluton egzekucyjny.
- Bardzo śmieszne - odpowiedziała Agata, odsuwając się, żeby go wpuścić.
- My tu mamy coraz większe wątpliwości. Po tych wszystkich godzinach
spędzonych z Kajkiem i Kokoszem już sama zaczęłam się zastanawiać, czy
nie należałoby ich jednak adoptować.
- Kajkiem i Kokoszem? - zdziwił się Łuczek.
- Tak je nazwaliśmy...
- Podstawowy błąd - mruknął. - Jak coś ma nazwę albo imię, to szybciej
się do tego przywiązujesz. - Zajrzał do pokoju, gdzie zmuszony został do
zmierzenia się z dwoma gniewnymi spojrzeniami.
Eugenia i Radek patrzyli na niego tak, jakby co najmniej przyszedł zabić
mamę Jelonka Bambi.
- Piotr, uprzedzam cię tylko, że one naprawdę są urocze - ostrzegła
Agata. - Jak Radek je karmił, to jeden ustępował jedzenie drugiemu.
Wydawało się, że są zaprzyjaźnione. Nie patrz tak na mnie! Zdaję sobie
sprawę z tego, jak to brzmi!
Łuczek z lekkim niedowierzaniem pokręcił głową.
- Nawet daliśmy im zabawkę, żeby im nie było smutno i żeby miały jakąś
rozrywkę - dopowiedziała Walczyk. - Zobaczysz, jak fajnie wygląda!
Piotr westchnął ciężko.
- Nie ułatwiacie mi zadania - rzekł z wyrzutem. - Gdzie one są?
- W łazience na górze. - Agata machnęła ręką. - Iść z tobą?
- Nie musisz. - Łuczek pokręcił głową. - Daj mi tylko młotek albo
tłuczek.
- Po co?
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Ja chcę! - wyrwało się Radkowi.
- Ja w sumie też - przyznała Eugenia.
- No mów... - rzekła z rezygnacją Agata.
- Karpia najpierw się ogłusza uderzeniem w głowę i kiedy traci
świadomość, błyskawicznie mu się ją obcina - wytłumaczył Piotr. - To
najbardziej humanitarny sposób uśmiercania karpi.
Walczyk wzdrygnęła się z lekką odrazą, po czym poszła do kuchni i po
chwili wróciła z tłuczkiem do mięsa. Podała go sąsiadowi, który powoli
wszedł na piętro. Rodzeństwo i ich ciotka usłyszeli, jak otwiera drzwi,
po czym wchodzi do środka.
- Agata! - rozległo się po kilku sekundach. - Możesz tu przyjść?! A najlepiej chodźcie tu wszyscy!
Walczykowie i Eugenia wymienili się zaskoczonymi spojrzeniami, po czym
zgodnie podążyli w ślad za sąsiadem. Piotr z zagadkowym wyrazem twarzy
stał w drzwiach łazienki.
- Ta zabawka dla ryb... - zaczął, ale Agata nie pozwoliła mu dokończyć.
- Fajna, prawda? - zapytała radośnie. - One też ją polubiły. Taka
optymistyczna!
Sąsiad przyjrzał jej się tak, jakby znienacka wyrosły jej łuski.
- Ale tak ogólnie wiecie, że Kajko i Kokosz to karpie, a nie piranie? -
zapytał ostrożnie.
- Że co? - zaciekawiła się Eugenia, marszcząc czoło. - Co ty bredzisz?
- Tylko informuję, że jeśli chcieliście zrobić rybom przyjemność, to
akurat tego gatunku ludzkie mięso nie rajcuje...
- Jakie ludzkie mięso? - Agata pomyślała, że choć na to nie wygląda, to
być może Piotr dziabnął sobie dla kurażu coś, co mu zaszkodziło, i dlatego teraz bredzi.
- Zapraszam was na oględziny... - Łuczek wykonał odpowiedni gest. - No
chodźcie, chodźcie.
- Nic nie rozu... - zaczęła Agata, wchodząc do łazienki, po czym
gwałtownie urwała, bo już jeden rzut oka wystarczył, aby się przekonać,
że wbrew temu, co mogłoby się wydawać, jej sąsiad bynajmniej nie stracił
żadnego ze zmysłów. - O, cholera...
Po chwili nad wanną stały poza nimi jeszcze dwie niebotycznie zdumione
osoby. Na dnie dość pokaźnej wanny, pod wciąż radośnie pływającymi
karpiami oraz ich zabawką, żółtą, plastikową kaczuszką, leżały ludzkie
zwłoki. Choć miały wybałuszone oczy i zastygłą w grymasie przerażenia
resztę twarzy, ich identyfikacja nie nastręczała specjalnych trudności.
Należały do Mirona Gawrona, ich nowego sąsiada, który wprowadził się do
Piastowa na ulicę Kryminalną ledwie dwa miesiące temu.
- Karty... - wyszeptał Radek z wyraźnym przerażeniem. - Ona to
przewidziała. Tylko... jakim sposobem?!
Rozdział II
19 grudnia 2026 roku
- No i co myślisz?!
Eugenia, do której skierowane było owo pytanie, popatrzyła nieco
półprzytomnie na Radka, a następnie przesunęła wzrok z jego
rozentuzjazmowanego lica na wskazywaną przez niego choinkę.
- Świetne - mruknęła, gasząc papierosa, trzymanego w długiej, ozdobnej
cygaretce, z którą nie rozstawała się od ponad pięćdziesięciu lat. A dokładniej od chwili kiedy jej babcia, wyczekawszy, aż wnusia osiągnie
pełnoletność, poczęstowała ją pierwszym wyrobem tytoniowym, mówiąc przy
tym: "Uwierz mi, to najlepsza odtrutka na tych durnych chłopów. Zawsze
pomaga, jak cię wkurzą! No już, zajaraj sobie na zdrowie, kochana!".
- Nie słyszę wielkiego podziwu w twoim głosie - zmartwił się chłopak.
- Choinka nigdy mnie jakoś nie fascynowała - wyjaśniła Krasucka
usprawiedliwiająco. - Masowa szubienica dla aniołków, śnieżynek i Świętych Mikołajów.
- Czy też w moim wydaniu dla Supermana, Spider-Mana i Iron Mana - rzekł
jej siostrzeniec z wyraźną dumą w głosie, wskazując powieszone przez
siebie figurki.
- Agata wie, że przerobiłeś choinkę w słup reklamowy Marvela? -
zaciekawiła się Eugenia.
- Nie, ale na pewno przyjmie to ze zrozumieniem i radością - zapewnił
Walczyk.
- A mogę być przy tym, jak to zobaczy? - Ciotka uśmiechnęła się
złośliwie. - Chętnie podzielę z nią owo zrozumienie. I w razie czego
podam sole trzeźwiące, jakby od nadmiaru radości padła trupem.
- Trupowi chyba sole nie pomogą - zauważył trzeźwo Radek, po czym
popatrzył na nią nieco uważniej. - Czuję, że coś cię gnębi...
- A po czym to wnioskujesz? - zaciekawiła się Eugenia, sięgając po
stojącą na stoliku przed nią latte, o ile na tę szlachetną nazwę
zasługiwało mleko ze śladową ilością kawy, za to z ogromnym dodatkiem
Baileysa, który to miks spożywała trzy razy dziennie, począwszy od
śniadania.
- Nie powiedziałaś dzisiaj jeszcze nic świńskiego - wyjaśnił uprzejmie,
acz i nieco zgryźliwie jej siostrzeniec. - Wypaliłaś do tej pory tylko
pięć papierosów zamiast zwyczajowych dziesięciu, a w dodatku masz na
sobie dokładnie te same ciuchy co wczoraj, co zdarzyło się chyba
pierwszy raz, odkąd z nami zamieszkałaś... A więc?
Krasucka co prawda miała zamiar zaprotestować i zapewnić Radka, że z nią
wszystko normalnie, ale poczuła, że u kogo jak u kogo, ale akurat u niego to nie przejdzie. Choć Walczyk sprawiał wrażenie gapiowatego i lekkomyślnego, dobrze wiedziała, że to tylko pozory. Pod przykrywką
lekkoducha jej siostrzeniec był młodzieńcem piekielnie inteligentnym i spostrzegawczym. I choć odkąd siedem lat temu Agata przejęła nad nim
opiekę po tragicznej śmierci ich rodziców i stała się formalnie głową
rodziny, to ostatnio dwudziestotrzyletni chłopak wyraźnie zaczynał się
usamodzielniać. Mało tego! Zdaniem siostry umysłowo skończył już nawet
dwanaście lat. Eugenia łaskawie dawała mu nawet czternaście. A to jak na
faceta i tak mała różnica między wiekiem biologicznym a realnym.
- Byłam w Czary Mary - przyznała się z lekkim zawstydzeniem, bo akurat
ów przybytek, będący połączeniem sklepu ezoterycznego ze szkołą magii,
wszyscy troje zgodnie uważali za mocno szemrany.
- Po co? - zdziwił się Radek.
- Po... - Eugenia ugryzła się w język, żeby nie wyjawić przyczyny swojej
wizyty i tym samym nie narazić się na potępienie przedstawiciela
młodszego pokolenia, które jak już zdążyła się zorientować, obserwując
nie tylko Walczyka, lecz i jego przyjaciół, było wyjątkowo purytańskie.
Zwłaszcza jak na jej standardy - ...kadzidełka!
Radek popatrzył na nią z wyraźnym politowaniem.
- A ja głupi się zastanawiałem, skąd wytrzasnęłaś zioło! - rzekł z wyraźną ulgą. - I nawet chciałem cię ostrzec, że ten pokurcz ma oko na
miejscowego dilera.
- Jaki znowu pokurcz?!
- Nowy posterunkowy - wyjaśnił Walczyk. - Widzę jednak, że znalazłaś
alternatywne źródło.
- A skąd ty niby o tym wiesz? - zaciekawiła się Eugenia.
- O tym, że popalasz? - upewnił się Radek, a kiedy ciotka potaknęła, z wyraźną wyższością rzekł: - Po pierwsze mam nos, a zioło śmierdzi. Po
drugie dostałem tajną misję od mojej szanownej siostry, żeby mieć na
ciebie baczenie i żebyś, zacytuję ją dokładnie, znowu czegoś nie ukradła
albo kogoś nie zamordowała...
- Nikogo nie mordowałam! - zaprotestowała ogniście Krasucka, pomna
swojej sensacyjnej przygody sprzed roku, którą to historię wykorzystała
potem walnięta pisarka Róża Krull, opisując ją w kryminale pod tytułem
Bal wszystkich nieświętych. - Mordowali się bez mojego udziału!
- Nie wnikam. - Radek wzruszył ramionami. - I wreszcie po trzecie
dlatego, że przy okazji wizyty w twoim pokoju pozwoliłem sobie trochę
tego towaru od ciebie pożyczyć...
Eugenia już otwierała usta, żeby dać upust swojemu oburzeniu, ale
zdawszy sobie sprawę, że nie jest w najlepszej pozycji do wygłaszania
umoralniających pogadanek, czym prędzej je zamknęła.
- Swoją drogą, trochę sfrajerzyłaś - stwierdził Walczyk z lekkim
wyrzutem. - Gdybyś mi powiedziała, że masz zioło, to moglibyśmy jarać we
dwójkę.
- Kiedy ja to robię dla zdrowia - wyjaśniła, czując, że nie wypada to
przekonywająco. - Żeby ukoić nerwy.
- Ooo, mój cel byłby dokładnie taki sam! - zapewnił Radek z szelmowskim
uśmieszkiem. - Wykańczacie mnie obie, więc muszę jakoś wspomóc psychikę!
- Idź na siłownię - poradziła mu ciotka. - Wolę sobie nawet nie
wyobrażać, co zrobiłaby ze mną Agatka na wieść, że wciągnęłam cię w narkomanię!
- E tam, zaraz narkomanię. - Chłopak przewrócił oczami. - To nie żadna
narkomania, tylko ziołolecznictwo. Praktykowane od tysięcy lat.
- Już ty je sobie praktykuj beze mnie - rzekła stanowczo Krasucka. - No
dobrze, wszystko wyjaśnione, możesz wrócić do dekorowania, bo na razie
ta choinka wygląda jak senny koszmar Picassa...
- Ejże, ejże! - Radek wyciągnął przed siebie rękę z wysuniętym palcem
wskazującym. - Jeszcze z tobą nie skończyłem, młoda damo!
- Ostatnio mówił tak do mnie świętej pamięci profesor Zin i było to w latach siedemdziesiątych - westchnęła Eugenia.
- Nie będę udawał, że wiem, o kim mówisz - przyznał Radek.
- Piórkiem i węglem - wyjaśniła Eugenia.
Siostrzeniec przyjrzał się jej podejrzliwie.
- To jakiś szyfr? - zapytał zupełnie poważnie.
- Sprawdzisz sobie potem w necie - odpowiedziała ciotka, popijając swój
procentowo-kawowy trunek. - Więc...?
- Po ziole ma się z reguły dobry nastrój, a ty masz fatalny - rzekł
tonem znawcy Radek - więc musiało się wydarzyć coś więcej! Jak rozumiem,
w tym całym Czary Mary. Mam nadzieję, że nie wciągnęłaś się w żadne
szatańskie hocki-klocki, jakie tam uprawiają? Nie oświadczysz mi zaraz,
że postanowiłaś wstąpić do sekty i składać jakiemuś bóstwu z Saturna
rytualne ofiary z baranów?
- Nie, oszczędzę cię. - Eugenia pokazała mu język, po czym westchnęła. -
Ja tylko...
- No mów! - zniecierpliwił się Walczyk po kilkunastu sekundach ciszy. -
Snuć opowieści o tym, jak uprawiałaś tarło z greckimi hippisami w jakiejś Menelni i nie umiałaś policzyć w czasie orgii, ile cudzych nóg
masz dookoła głowy, to potrafisz godzinami, a teraz cię nagle
zablokowało.
- W Matali, nie Menelni, ciołku - sprostowała Krasucka. - To na Krecie.
I nie tarło, tylko wolną miłość.
- Jak zwał, tak zwał. - Radek wzruszył ramionami. - No już, wyrzuć to z siebie!
- Kiedy to nie jest takie proste - rzekła niepewnie Eugenia. - Otóż
dawno, dawno temu...
- Jak dawno? - spróbował uściślić Walczyk. - Dinozaury biegały wtedy za
oknem?
- W czasach kiedy twoja babcia nawet nie marzyła o tym, że będzie miała
nowego męża i drugą córkę - wytłumaczyła Eugenia.
- Zawsze zapominam, jak duża była różnica wieku między wami... - mruknął
Radek.
- Dwadzieścia jeden lat - przypomniała Krasucka. - Więc w tamtych
czasach chyba coś się wydarzyło w moim życiu. Jakaś trauma. Miałam wtedy
szesnaście... może siedemnaście lat. Nie pamiętam nic z tamtego okresu.
Wyrzuciłam skrzętnie owo zdarzenie z pamięci, a razem z nim cały
fragment swojego życia.
- To tak można? - zdumiał się Walczyk.
- Mój drogi... - Eugenia się uśmiechnęła. - Ludzki umysł to w większości
zagadka. Naukowcy badają go od lat i nadal są w zakresie swojej wiedzy
mniej więcej między żłobkiem a przedszkolem.
- No i co? - Radek popatrzył na nią uważnie. - Co trauma z młodości ma
do twojego obecnego braku humoru? I tego idiotycznego sklepu? Bo
przecież od niego zaczęłaś!
- Bo tam mniej więcej trzy tygodnie temu spotkałam tę kobietę...
- Jaką kobietę?
- Taką w moim wieku - wyjaśniła niepewnie. - Może ciut młodszą. Wpadła
tam po mnie. Chciałam poczekać, żeby poszła sobie w diabły, bo przecież
nie będę kupowała marychy od Justynki przy świadkach...
- Kiedyś źle skończysz - zawyrokował Radek. - No i co dalej?
Przeczekałaś ją?
- Owszem. - Ciotka pokiwała głową. - Ale najpierw na mnie spojrzała. I w jej oczach zobaczyłam nienawiść.
- Jak to?
- No tak to. To nie była niechęć, tylko czysta nienawiść. Jakbym coś jej
kiedyś zrobiła. Tyle że widziałam ją pierwszy raz w życiu.
- Może jednak już ją kiedyś spotkałaś i zapomniałaś? Jak tak mam non
stop. Ostatnio jakiś gostek podszedł do mnie w SKM-ce, przywitał po
imieniu, gadał ze mną aż do Warszawy, jakbyśmy się znali od dziecka, a ja nie miałem pojęcia, kto to jest.
- Nie wydaje mi się...
- To skąd ten jej wzrok? - Radek zmarszczył czoło.
- Też mnie to zastanowiło - przyznała Eugenia. - I dlatego, kiedy tylko
wyszła ze sklepu, zapłaciłam szybko za zioło i ruszyłam za nią.
- Nie ma to jak małe śledztwo - westchnął Walczyk. - I co wykryłaś,
Sherlocku w spódnicy?
- Wypraszam sobie! - prychnęła Krasucka. - Spódnice są dla maglarek.
Albo Cyganek! Ja noszę albo spodnie, albo sukienki.
- Odłóżmy modę na bok - poprosił Radek. - Ruszyłaś za nią i...?
- Okazało się, że mieszka na naszej ulicy... - zaczęła, ale siostrzeniec
wpadł jej w słowo.
- Przecież znamy tu wszystkich! - zakrzyknął ze zdziwieniem.
- No właśnie nie znamy! - zaprotestowała Eugenia. - Sam popatrz, ilu
mamy nowych sąsiadów! Ten walnięty reżyser oddał dom jakiejś swojej
rodzinie...
- No ale to już pół roku temu - wytknął jej Walczyk. - A Kamil u nas
bywał! Wiele razy! Jesteśmy kumplami. Znasz go! A poza tym jego babcia
podobno lata temu tu mieszkała. Jeszcze przed tym reżyserem.
- Kamila znam, owszem - potaknęła Krasucka. - Wydaje mi się, że parę
razy rąbnął mi papierosa. Ale i tak traktuję ich wszystkich jak nowych!
Przecież co to jest pół roku?! Poza tym w domu po tym zmarłym marynarzu
i jego żonie zamieszkała ta ponura baba z telewizji ze swoją mimozowatą
córunią. A po skosie to małżeństwo. Jak oni się nazywają? Wrony? Kruki?
- Gawrony - podpowiedział Walczyk. - To też wiem. Czyli zostaje tylko
chałupa po mordercy. Chcesz powiedzieć, że tam się wprowadziła ta
nienawidząca cię baba?
- Tak.. - Krasucka pokiwała głową. - Doszłam tam za nią i zobaczyłam,
jak się wita z jakimś starszym facetem. I... hmm... wydaje mi się, że jego
akurat kojarzę. Tylko nie wiem skąd.
- Ooo... - Radek zrobił triumfalną minę. - Faktycznie masz oznaki
demencji!
- Jakby było się z czego cieszyć. - Ciotka popatrzyła na niego z wyrzutem.
- Żebyś wiedziała! - Siostrzeniec nadal sprawiał zagadkowe wrażenie
wielce zadowolonego z jej sklerozy. - Do tej pory miałem cię za cyborga.
A teraz przynajmniej wiem, że jesteś człowiekiem. I co? Nie
przypomniałaś sobie, kto to taki, i dlatego masz zły humor? Może to nikt
ważny, skoro nie zapisał ci się w pamięci. Choć... mówiłaś o swojej
traumie. Myślisz, że on ma z nią coś wspólnego?
- Usiłuję to sobie przypomnieć - przyznała Eugenia - ale nijak nie
potrafię. Dlatego poprosiłam Justynkę, żeby mi pomogła.
- W czym?! - Radek zrobił wielkie oczy.
- Ona zna różne osoby... - rzekła ostrożnie Krasucka. - W tym hipnotyzera,
który pozwala ludziom wrócić do ich przeszłości i wygrzebać z niej to,
co człowiek ukrywa przed samym sobą.
- O, nie! - Chłopak teatralnie przyłożył sobie rękę do czoła. - I ty się
dajesz wciągnąć w te szarlataństwa! Najtrzeźwiej myśląca dotąd z nas
wszystkich! Cała nadzieja tej rodziny już tylko we mnie. Ostatni
normalny! Czuję się przytłoczony ciężarem odpowiedzialności.
- Bredzisz - osądziła stoicko Eugenia. - Hipnoza jest dobrze przebadana
naukowo. I ma działanie terapeutyczne.
- Serio? - Radek dalej patrzył na nią z kpiącą miną. - Co to za terapia,
że ktoś przejmie nad tobą kontrolę i na przykład każe ci szczekać.
- To nie jest żadne przejmowanie kontroli - zaprotestowała. - Tylko
wprowadzenie w stan podobny do medytacji. Zawężenie twoich myśli do
tego, co w danej chwili najważniejsze, a co masz w swojej głowie, tylko
nie potrafisz tego tam znaleźć.
- I co? - Chłopak nadal nie wyglądał na przekonanego. - Będziesz tego
szukała z jakimś oszołomem? Mogę przy tym być?!
W pierwszej chwili Eugenia chciała odpowiedzieć odmownie, ale potem się
zawahała.
- Właściwie... - zaczęła powoli - czemu by nie? Czułabym się bezpieczniej.
- Super! - ucieszył się jej siostrzeniec, w duchu zastanawiając się, czy
da się namówić hipnotyzera, żeby kazał zahipnotyzowanej ciotce zrobić
coś kompromitującego, a jemu pozwolił nagrać to iPhone'em.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki