Plastikowe gwiazdy - Katarzyna Koziorowska

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

na złość trotuarom

twoje nieoswojone stopy

z nabożności

przymilają się

do mojego intymnego oddechu

kilka skradzionych haustów

uprzejma buńczuczność

malowniczych zakątków czyśćca

uwiera w węzły

światła

jesteśmy żeby kilka losów

zespoił (bez)bolesny rozum

idee sypiące się spomiędzy

traw o które nikt już nie dba

obolałych od ściskanych

pod powiekami

obojgu zamarzły

wydarte konstelacjom

archipelagi

przystrzyżone i przecięte

na pół

najłagodniejsze jest oczekiwanie

na ten jeden jedyny przedział

przeludniony

po ostatni akord

postradane zmysły

na złość trotuarom

przytłoczonym połaciami

kroków i ich mogił

pigułka wspólnej mowy

obracasz w ustach

pigułkę wspólnej mowy

nie znajdziesz

w almanachu chorób psychicznych

wypluwasz przyglądasz z niedaleka

poszarpanej linii

błąkasz po zagonach

naderwanych

zanim obudzisz we mnie urodę

jakiej się nie wyrzekasz

odnajdziesz przesyt

pozwól zrozumieć kierunek

światła

obcowanie zapożyczone

z niezdrowego snu

dotyk wcale nie boli

wiedziałeś od początku

ktoś porozdzielał progi

martwię się o hojność

w twoim przywidzeniu

półśmierci trudnej od nadmiaru

przemyślanymi narodzinami

pierś

oziębły kubek

po wczorajszej niedopitej kawie

opustoszała wrażliwość

w której nie mieści się

ani nieuchronność

utrapienie

wciąż uprawiam wiarę

pielęgnuję fantazję

co zimę

daje trujące ochłapy owoców

powraca moja otucha

jak skalista zbrukana ziemia

między włoskami brwi

skamle nienakarmiony grzech

jak ból snuje się między jawą

a skołtunieniem

jak powietrze tańczy

ostatni raz

do białego rana

serce wykluło się

z mojej niedopieczonej piersi

kurczaka

bez (do)myślników

Demiurg spóźnił się

na ostatnie namaszczenie

światłość wiekuista obumiera

w kiściach bzów

niepośpieszny pociąg

do rozkojarzonych zmysłów

kończy się dowcipem

rewolucją

zamykam w skorupce języka

odświętne wytworne sylaby

jakich porządku nie zastąpi

w potrzasku ramion

dogorywa ostateczny termin

przybycia wiosny

dźwigasz skojarzenia

niedoszłe rozkazy co kuleją

bez (do)myślników

odpowiedzi bez pytań

jesteś by podnosić

mój byt spowszedniały

kiedy nadaje się do niszczarki

natychmiastowej utylizacji

jesteś by przynieść posuchę

niespodziewanym atakom wykrzyknika

fanaberiom pytajnika

by rozdzielać dorastające melancholie

od idylli co też proszą

o drobny haust

światła

by pobliska nieobecność

oswajała rysy po brutalnym

przypadku losu

by przerwana w połowie

beztroska

stanowiła świadectwo trwania

tego samego świata

by izolacja co stuka

do uchylonych drzwi

zrzuciła z nieba trochę białego chleba

by nieposłuszne ścieżki

wreszcie przyniosły ulgę znoszonym

stopom

drogowskazom od jutra nieaktualnym

by uśmiech co skradły

bezpańskie anioły

wrócił kiedyś na moje

serce

by jutro porzucone jak stara zabawka

czasem przypominało

że nieopodal drepcze sobie Demiurg

by jeszcze jeden zaginiony kosmos

wplątał się między stada

odpowiedzi bez pytań

róża pustyni

pośród miast cienistych

zaplątanych we własne

niezgaszone ulice

zakamarki których nie poznały

jeszcze twoje niezaspokojone stopy

ciasno jest zbyt ciasno

by oddychać świeżym

niebem

zrywać bezimienne kwiaty

odbierać horyzontom

nieznane ptaki

biegnę dusza ucieka mi

spod stóp

nie wiem którędy po łyk

zardzewiałego wydechu

znów obdarzasz mnie

swoim niedościgłym wyznaniem

niewiary

nitką światła urodzaju schwytanego

między pagórki

chwytam w zęby różę pustyni

wydzierganą na sercu

obcą dla świata

nieznaną dla odcisków

na chodniku upstrzonych

plastikowe gwiazdy

dostałeś w prezencie

urodzinowym

swoją własną prywatną śmierć

obudziłeś

o niewłaściwej porze

psy ujadają zachłannie

trawy uwierają w usta

przerośnięte jak rozebrany świt

w którą stronę

kartki

z zeschniętym wierszem

uda się twoje światło gdy odnajdzie cię

bezczas?

gotuje się w tobie

dzieciństwo pożyczone ukradkiem

od matki

wrze bolesne spojrzenie

rzucane przez niebo

po brzegi wypełnione

plastikowymi gwiazdami

obosieczne pióro

cóż po świetle

skoro nadałeś mu kierunek

obosiecznym piórem

stąpającą po dachu fatamorganą?

cóż po gwiazdach

kiedy zrzuciłeś z piedestału

słońce wypożyczone przez noc?

cóż po poranku

gdy kończy nocne popołudnie

a ty wymykasz się półśmierci?

cóż po wędrówce

skoro twoje nieznużone stopy

snują kroki

niechciane jak zeszłoroczny

deszcz?

cóż po mgle

jeśli odbiera rozważaniom

sztukę oddychania

myślobiegu?

cóż po życiu

do jakiego nie pasuje żadne imię

wypada z kontekstu

poza margines?

cóż po śmierci

gdy macha na pożegnanie

częstuje zgorzkniałą czekoladą?

cóż po samotności

skoro wciąż grożą ci cudne manowce

za rogiem czeka cała jaskrawość?

cóż po miłości

skoro odeszła niezauważenie

zanim w twojej duszy

zakwitły jabłonie?

tłusta krew

posklejane inkaustem wargi

są jak brzeg kielicha

naprzykrzanie drogowskazów

w żałobie

po podeszwach

od zarania szczycącym się

nadpobudliwością

wędrujące gęsiego drzewa

uginają pod balastem

słynących z niedojrzałości planet

złuszczających się ze ścian raju

przebrana w szaty

skradzione Chrystusowi

gdy Ten był zapatrzony w człowieka

jestem na Jego podobieństwo

na pobudkę

trzeciego dnia

zanim weźmiesz rozpęd

zaspokój

swoim zaprzeszłym zeschłym ciałem

tłustą krwią

modny kosmos

przytrzymaj mi pogniecione

ciało

muszę zawiązać sznurowadło

stanąć na baczność

przynieś duszę

jak zwykle leży pod ścianą

w korytarzu

obok kosza

na śmierci

przepełnionego

zdejmij z czoła znak

pokoju

przemilczane samogłoski

wypatroszone poematy

rozbierz ze zbyt pochlebnych

przypadków i strat

z języka nowoczesnego

zanim wpełznie kolejny księżyc

lepszy od poprzedniego

osłoń moje światło

przed północą

wtulona w ramiona ściany

w jej otynkowaną pierś

uczę się pomalutku

nowego wszechświata

modnego kosmosu

obraziły się

wszystkie konstelacje

plastelina

zdumiewa mnie

twój brak oszczędności

w maskach

dosięgnął dwuznaczny szyk

którego imienia już nie znam

nie chcę

jestem

żeby twój kat

nie zgadzał się na mój wyrok

nie mów że Bóg jest

dla wybranych

jeszcze się okaże

po czyjej stronie

pozostało mi znamię

po zbyt celnych uściskach

przerysowanych krokach

na chodniku

pod cudzymi obcasami

sumienie

ulepione z plasteliny

dopasowuje się do języka

dusi w gardle

nie pozwala iść bezbłędnie

krętą drogą

prosto

do mety

rozbolał język

rozbolał mnie język

od samogłosek

nieświadomie wypowiedzianych

oszlifowanych

rozbolały zęby

od czekoladowych marzeń

przesłodzonej krwi

chciałabym Stwórco

abyś był

choć trochę do mnie zbliżony

miał moje oczy i kształt nosa

i wargi identyczny krój

lecz Ty o Czcigodny

dusisz się boskością

rozkoszujesz bytem

do którego nie pasuje żadne słowo

obietnica przysięga

czy obojętność

widzę Twoje ślady

na moim porzuconym ciele

woń świętych łez

kadzidła

okazjonalny obłęd

jestem na piedestale

który dobrodusznie wykradłam

w otoczeniu planet

na rzecz nieuregulowanego

rachunku sumienia

wsłuchana w nietutejszą modlitwę

szepty potępionych

zakochanych we mnie

wyznanie

nie do wiary

zwracam się

do tego kto zaproponował

tę drogę krzyżową

bez drogowskazów na rozdrożach

poboczy

niedowidzących uliczek

Drogi Panie Boże

piszę ten list

otwarty

chciałabym urodzić się definitywnie

za stosowną opłatą

płatne przy odbiorze

rozdaj zakazane owoce

i wolną wolę

potrzebującym

mnie wystarczy

okazjonalny obłęd

wypielęgnowane

pomieszanie zmysłów

sześciu