Sybilla
Oto ona, babcia w sezonie ciszy,
którą wrzesień zabawia ostatnim przedstawieniem.
Wyczerpały się mozolne cykle jej ciała,
poumierali mężczyźni,
synowie śmierć pobierają w płynie, a córek,
(byłyby ładne) nie chciała.
Jej dom jest pełen wiatru.
Za oknem dzień właśnie usiadł w kucki, w niebie
pękła fiolka z różową cykutą
i rzeka znosi pierwsze zadraśnięcia.
Jazgot nocnych psów będzie dziś pełen treści
i śmieci (znowu je wysypali na środku ulicy).
Kuchnię ograniczyła do minimum. Robi herbatę,
karmi kichającego kota.
Staruszka,
Calineczka w spróchniałej kołysce.
Co komu po przepowiedniach. Wyglądając z okna
(dla wygody na parapecie rozłożyła kocyk),
życie ma jak na dłoni, nikt ważny
tędy nie chodzi.
Wcześniej, wiosną, bywały istne
parady!
Młode w kusych spódniczkach,
na szpilkach tak wysokich, że łatwo skręcić nogę,
(szkoda by było opalenizny,
na którą pracowały od marca,
za którą przecież płaciły)
i młodzi (czemu już łysi?) piechotą
albo na motorach, z psami,
które beztrosko zanieczyszczały chodnik. Pusta
ulica,
tak bywa tylko jesienią, w niedzielne popołudnia,
kiedy na wietrze tańczą stare reklamówki,
kiedy płyną liście.
Radio śpiewa forgive me, ona o tym nie wie, nigdy nie miała
głowy do obcych języków, innych niż ten, który
rzeczy
nazywa po imieniu: dźwięki przystają do barw, szelest
należy do liści, doprawdy,
nie ma się czym ekscytować.
Świat pęka w szwach, a jednak dary
byle jakie: but z oderwaną zelówką
i suknia (ktoś by pomyślał: balowa!), lecz patrz,
tutaj odchodzi listwa, a tu, przy kołnierzyku,
brakuje guzika! Pozbywamy się zatem
darów
wyrzucamy pantofle, suknię
oddajemy biednym, biedniejszym
najbiedniejszym. Współczucie?
Raczej przeczucie, że zawartość szafy wystąpi z brzegów
prędzej niż rzeka łez przeznaczonych na nasze ostatnie pożegnanie -
rzeczy zmieniają się w słowa. Nawet bardzo
miękkie
rzeczy takie jak zmierzch, który spoczywa coraz intensywniej
na parapecie jej wietrznego domu, nawet tak zgubne
jak karmazynowe plamy na szybach i kocyku w kratkę
starszym niż historia.
Czyżby teraz nadszedł moment prawdy?
Zatem była piękna, była bardzo silna i miała
zdrowe serce. Odważna, tak, chociaż trudno
mówić o niebezpieczeństwie, czego
mógłby się obawiać worek trocin?
Stopniowo traci wzrok, powonienie, słuch oraz zmysł smaku,
mechanicznie głaszcze sierść kota, nie znajdując w tym przyjemności.
Bawcie się, pewnie, póki czas pięt nie przysmaży,
tylko butelek potem nie rzucajcie jak popadnie,
bo nocą psy je rozwłóczą po całej ulicy. Bawcie
się, oprócz zabawy nic już więcej nie ma
w tym gąszczu luster (jedno z nich przechowało
tajemniczy odcień zieleni, szmaragd leśnych chaszczy
w jej oczach). Las! Kiedy to było,
dziesięć, może piętnaście lat temu, kiedy tak rozmyśla,
czuje zapach mchu. Wrzeszczy chmara ptaków,
latający dywan
napędzany wiatrem. Do widzenia, ptaki, do zobaczenia,
wróćcie znowu wiosną. Wieczór już, już jest czas,
do widzenia obrzydliwe psy, do widzenia śmieci,
do widzenia, pusta ulico.
Sekret jej domu,
i najprawdziwsza z wszystkich przepowiedni, milczenie.