Planeta Kapri - Adam Borowiecki

Kup ebooka

27.00 zł
21.60 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

Znalazłszy się nieopodal gaju kołysanego przez wiatr pewnego słonecznego poranka, tam, gdzie rosły grusze, śliwki i jabłka, spotkałem ją. Małą figlarną, zgrabną, niedużą, lecz ładną dziewczynę wśród sadów owocowych. Miała na imię Zolda albo Zolita, nie wiem dokładnie, to jest nieważne. Zrywała jabłka, śliwki i grusze, można powiedzieć, była zajęta, a ja, patrząc na nią, stałem przy niej. Bo jak co roku urodzaj wkroczył do sadu mego, gdzie wszystko będzie nam wschodzić. Rodziły grusze, jabłka i śliwki, no i przepiękne, porównywalne do pięknych, dorodnych, soczystych owoców, dorastające młode dziewczynki.

Choć były zgrabne i bardzo ładne, nie zawsze chciały pracować w sadzie, lecz były gotowe pójść na ugodę, by w pewnych dniach pracy ich ciężkiej mogły odpocząć przed zrywaniem owoców w sadzie i zabawić się na wiejskiej zabawie. Gdzie tańce, śpiewy i słodka zabawa po pracy zawsze im się należy. Bo gdyby rączki swe młode bardzo przepracowały, nie byłoby młodych panien gotowych wyjść za młodych panów, którzy są z pokolenia na pokolenie związani z sadem.

Pewien rolnik, już niemłody, choć skończył szkołę i głowę miał nie od parady, zakochał się w pewnej dziewczynie, która w sadzie zbierała jabłka, grusze, śliwki i w łanach żyta lubiła zabawę. Lubiła tańczyć, biegać i śpiewać o wolnej Polsce i wolnym rolnictwie, choć w Polsce niejednemu jest nie na rączkę, by rolnik polski był wolnym rolnikiem, nieuzależnionym od innych rządów, z którymi nie może znaleźć wspólnego języka.

Chociaż żalu zakochany rolnik nie miał, choć była ładna, zwiewna i zgrabna, pulchna jak ciasto do wypieku chleba, co roku przy swym polu i sadzie siadał i szukał biegającej, tańczącej i śpiewającej czarnej, lecz pięknej, zaradnej dziewczyny. By mogła jego i jego rodziców obdarzyć plonem dorodnym drzew owocowych i kłosami żyta, rzepaku i kukurydzy.

Gdy rolnik siadał co roku przed swą ziemią, patrząc na nią, przypominał sobie młode lata i zdrowie. Biegał po polach, łąkach i sadach, zrywał owoce, ścinał kłosy urodzajnych zbóż, zasianych przez siebie. Cieszył się tym, co jego ręce mogły zrobić nie tylko dla siebie, ale i innego. Oddawał zboża, przyjmował nawozy i oddawał dorodny inwentarz, który również, gdy przyszła pora, oddawał państwu, by pokolenia mogły go chwalić za to, że silny jest i wytrwały. Wytrwały w ciężkiej rolniczej pracy.

Bo każdy człowiek, gdy ma na głowie mnóstwo obowiązków, które niejednego przerastają, a chce dla siebie uchować zdrowe to, co przez lata uprawiał w spokoju, nie myśląc o tym, co będzie jutro, z samego rana, gdy słońce wschodzi, zawsze się bierze w każdy dzień tygodnia do ciężkiej roboty, nie tylko w polu, ale i w zagrodzie. Obrządek robi w chlewie i w kurniku, w stajni i we własnym gołębniku, by po obrządku przyjść umęczonym i zrobić obrządek miłosny koło swej żony. Bo to powinność każdego rolnika, by nie wymarł ród poprzednika. Bo jak wam wszystkim od wieków wiadomo, gdy nie ma sadzenia, nie będzie jedzenia. Pozostałości na sadzonki i siewy trzeba pozostawić, by ponownie było urodzajnie na naszej ziemi.

Ale co począć, kiedy czas leci, do szkoły trzeba posyłać dzieci i choć opowieść była zaczęta, to tak naprawdę w szkole poczęta. Po rozpoczęciu szkoły rolniczej ponoć się uczył, lecz ciężko szło mu to życie. Musiał poznawać maszyny rolnicze: kombajn, roztrząsacz, snopowiązałkę, traktor, przyczepę, no i kosiarkę. Niejednokrotnie bolała głowa, lecz znów szedł do szkoły bez słowa.

Profesorowie pytali go szczerze, zanim świadectwo swe odbierze, czy dobrze wybrał, czy nie za ciężko, bo przecież widły obornik i siła nie idą w parze, gdy myślenia nie ma. Bo ziemia, gdy leży, to odpoczywa, lecz rolnik nie ma z niej żadnego chleba.

I tak pod górkę szedł aż do końcowej klasy, by mógł świadectwo odebrać ukończenia szkoły wraz z dyplomem, lecz z przymrużeniem oka. W szkole ogromne miał z nauką problemy, jak już wspominał, uczył się ziemi, uczył się roli, na której robi, by wyrastały z niej owoce z jego rąk własnej pracy.

I choć patrzyli na niego wszyscy, profesorowie i profesorki, koledzy z klasy i koleżanki, rodzice, sąsiedzi i inne panny, on nieugięty szedł przez szkolne życie, aby mógł później zarobić na życie. Aby nie mówił, że pomylił zawód, aby z zawodu móc się poprawić, może gdzieś szkołę wyższą zaliczyć, po szkole, którą skończył z mozołem.

Lecz wróćmy teraz do jego miłości, to ziemia, dziewczyna, sad i namiętności. Pamiętam, lato było upalne, groziło suszą rolnictwu w świecie, lecz nasz młody i początkujący rolnik o imieniu Wiesiek ze studni wodę nabierał wiadrami i podlewał urodzajne pola i sady, aby po suszy móc powiedzieć: "Hola!". Gdy podlewał tak przez wiele miesięcy, nie był pewien, że wszystko uratuje i że będzie wielki. Sąsiedzi jak zwykle kręcili głowami, mówili: "Wiesiu, nie męcz się z tymi wiadrami. Co przeżyje, żyć będzie, a co ma umrzeć, zemrze".

Lecz Wiesiu nie słuchał sąsiadów, słuchał rozumu swego we własnej głowie. Myślał, gdy zdoła, uratuje siebie i zdobędzie u Boga nagrodę. Był już w czwartej klasie, przed maturą trochę, no i nie tylko ziemię miał na głowie. Już dorósł do tego, aby mieć przy sobie tę czarną dziewczynę, która cały czas chodziła mu po głowie. Widział ją codziennie w szkole i poza nią, mieszkali niedaleko siebie. Adorował ją, jak umiał, kochał ją bajecznie, lecz ona niewinna, chciała czekać jeszcze.

I tak w miłości oboje zazdrośni; kłótnie wychodziły z bzdurnych spraw miłosnych. Kiedy się widzieli, że ktoś z innym stoi, bo zazwyczaj w szkole wszyscy siebie uczą, ci najmocniejsi pomagają słabszym od siebie uczniom, aby średnia w klasie wychodziła wyżej, aby nie zaniżać ocen w dzienniku i w zeszycie. Aby profesorowie, dyrektor i uczniowie na koniec semestru byli coraz wyżej. By nasze rolnictwo w Unii i na świecie pokazało praktyką, że od szkół, do których uczęszczało się, nie ma lepszych w całym świecie.

A więc rozumiecie, zazdrość i uczucie, kiedy się kochacie, macie na uwadze znamię miłości, za którą umrzecie. Czarne myśli wtedy przychodzą do głowy, zdrada i wyrzuty nie dają spokoju. Bo po jakimś czasie jedno chce być wyższe, chce nad swym partnerem górować najwyżej. Nie widzą, że w życiu nie ma górnej półki, że związek partnerski to wzajemne codzienne żmudne obowiązki, że muszą szanować się rano i wieczorem, że muszą podzielić się każdym obowiązkiem. Lecz zanim nauczą się panować nad sobą, rozumieć nawzajem i folgować sobie, to zbiorą przed ślubem dużo zbiorów jeszcze, zerwą z sadu swego owoców bez liku, chować będą inwentarz nieduży, aby pokazać wszystkim, że są już gotowi do zawarcia związku i stworzenia dużej rodziny. Aby nie mówiono o nich, że nikt nie nauczył tego, co swym dzieciom przekazać powinni. Szkoła i rodzice, i oni powinni postarać się myśleć z roku na rok coraz wyżej.

I Wiesiu, nasz rolnik, siedząc przed swą ziemią i sadem, który obrodził w tym roku, wspominał kolejne etapy miłości życia swego, którego by mu niejeden zazdrościł. Kiedy skończył szkołę wraz z dziewczyną swoją, poszedł z Zolitą obejrzeć kawał gospodarstwa, siewy i zasiewy, które rosły zdrowo. Wtem przyszło mu do głowy, że w prezencie ślubnym podaruje Zolicie i sobie wycieczkę na koniec świata, tam, gdzie zamieszkują znani Masajowie. Uprawiają ziemię, dużo też polują, wychowują dzieci, przybyszów malują, pokazując wycieczkowiczom, jak Masajowie żyją.

Zolita nie mogła uwierzyć w to, co mówi jej przyszły małżonek, bo przecież wycieczka to koszty tak duże. Patrząc na niego, lekko się uśmiechnęła, pytając, czy nie pochopnie postępuje, bo niedługo żniwa i owocobranie, i trzeba będzie zakasać rękawy i wziąć się do pracy, bo urodzaj, który jest w tym roku przewidywany, nie będzie czekać na łaskawych panów.

Wiesiu, spoglądając łagodnym wzrokiem na Zolitę, odparł jej: "Zbiory to nie problem, zatrudnimy ludzi i zbiorą, co nasze". Po krótkiej chwili milczenia spokojnym, lecz stanowczym tonem przemówił do Zolity Wiesiek: "Odnoszę wrażenie, Zolito, że nie chcesz zabawy, na którą po tylu ciężkich i mozolnych latach szkolnych zasługujemy. Uważam również, że przydałaby nam się odskocznia od codziennego życia, które tutaj prowadzimy i które przyjdzie nam prowadzić. Chciałbym zwiedzić trochę świata i zobaczyć, jak ludność innych kontynentów radzi sobie w rolnictwie i w sadownictwie. A nuż przeniesiemy z ich upraw coś, co podejrzymy na ich polach, do naszego kraju i zaowocuje to większymi plonami".

Zolita, spoglądając ciepło na swego przyszłego męża, odparła mu, że nie będzie się sprzeciwiać, ale jeśli coś zauważy nie tak, nie będzie mu pobłażała w jego poczynaniach. I po pewnym czasie plony były już prawie zebrane, ponieważ Wiesiek usłuchał Zolity i nie chciał, aby czuła się odrzucona przez niego i myślała o nim, że jest do niczego.

Po zebraniu wszystkich zbiorów Wiesiek z Zolitą udali się do biura podróży, aby wykupić wycieczki do Tanzanii i Kenii wraz z przewodnikiem. I kiedy już pozałatwiali wszystkie formalności związane z podróżami, wyruszyli, nie wiedząc o tym, że czeka ich przygoda, o której nie śnili.

Podróż do Tanzanii przebiegała spokojnie i bez żadnych awarii samolotu. Na miejscu oczekiwał na nich przewodnik Giro, aby zapewnić im fajną zabawę. Kiedy dojechali pod murowany hotelik, ich przewodnik Giro, wysiadając z taksówki, zaproponował im niedaleko stąd leżącą wioskę, gdzie mogą zamieszkać z rdzennymi mieszkańcami, która to wioska jest zbudowana z drewna i dachy domów są kryte słomą.

Wiesiek i Zolita nie mieli nic przeciwko temu, zgodzili się na propozycję przewodnika, lecz Zolita chciała pozwiedzać tanzańskie sklepy, a Wiesiek sady, bo miał w Polsce sad podobny do tego, w którym Tanzanki raczyły urodą i zbierały owoce. Zolita była wściekła, nie umiała przyjąć, że facet nie posąg, lecz ciekaw urody. Wiesio lubił panie i Zolita o tym wiedziała, lecz wiele przeprowadzonych z nim rozmów przywróciło go do pewnej postawy. Musiał przyznać sam, że choć chciał, to nie mógł zawieść przyszłej żony w tanzańskim raju. Lecz gdyby Zolita spuściła Wiesia na chwilę z oczu, nie mógłby przyrzec, że będzie spokój.

Bo Wiesiu też miał oczy i patrzył na Zolitę w pewnych sytuacjach bez nerwów. Nie wytykał jej, że lubi Masajów, bo w wiosce, gdzie przebywali, patrzyła na nich namiętnymi oczami. Mówiąc krótko, zauroczyła się wyglądem trzech synów króla Masajów. Nie patrząc na Wiesia, chciała zdobyć ich serca za wszelką cenę. No i po kilku dniach trzej synowie mieli całą wioskę przeciwko sobie w zmowie. Mówili pomiędzy sobą Masajowie, że żoną zostanie Zolita, która upatrzyła jednego z trzech synów króla, i to ona będzie miała nad nimi władzę.

Tak naprawdę to Zolita zrobiła Wiesiowi psikusa, chociaż nie było mu do śmiechu. Bo gdyby w sadzie tanzańskim Wiesiu nie podrywał dziewcząt, nie byłoby tej niezgody. Jednym słowem, oboje wpadli w słabości swoje. Mały to ubytek na jej i jego zdrowiu, lecz chcieli przygody, to mają dni niezgody.

Tak się męczyli aż do pewnej chwili, kiedy w słomianym hotelu przyrzekli oboje, że związek ich długi przypieczętują rozkoszą, na którą od dawna oczekiwali. I tak od niechcenia i lgnięcia do siebie zaznali miłości długo oczekiwanej od siebie. Nie będę się wtrącał do ich życia w związku, lecz dla was opowiem, jak przeżyli miłość.

Noc była pogodna, a nad głowami Wiesia i Zolity przez słomiany dach gwiazdy do chaty wpadały, śpiewały miłością otulone w chmurach, świecąc coraz jaśniej, by Zolita i Wiesio nie zabłądzili w swoim życiu. Aż nadszedł poranek i Wiesio z Zolitą zostali zaproszeni na zbiory Masajów, gdzie będą się mogli napatrzeć do woli, jak zbierają plony soczyste przepiękne, urocze, czarne jak noc, lecz piękne masajskie dziewczęta.

Niejeden z nas mógłby pomyśleć, że ich rolnictwo to przeżytek, lecz tylko w oddalonych od miasta wioskach można było zobaczyć szpadel i motyczkę. A gdzie indziej na ziemiach Afryki były i są gospodarstwa bardzo rozwinięte, gdzie do zbiorów wyruszają kombajny, a przed zbiorami plonów robiły opryski samoloty. A tak szczerze, Masajowie żyli życiem podróżniczym, gdy bydło zje trawę i się nasyci, wojownicy pilnują, by wszyscy opuścili miejsce, w którym żyli do wczoraj jeszcze.

Może ktoś zapyta, dlaczego tak robią, przecież ich przodkowie to wielcy wojownicy. Sześćset lat temu przybyli do Afryki, by w niej zostać najemnikami, dzisiejszymi komandosami, by swymi usługami raczyć wszystkie plemiona dookoła. Brali sobie z tych plemion młode kobiety za żony i tak rodziło się państwo masajskie. Kiedy ustawało najemnictwo, przodkowie Masajów osiedlili się i zamieszkali w okolicach Arushy, wokół niej rozpościera się górzysty obszar, wraz z Lengai, świętą dla Masajów górą i wulkanem, na którym mieszka ich bóg zwany Ngai.

Na wschód od Arushy leży Kilimandżaro – najwyższy szczyt Afryki. Na zachód znajdują się tam również najpiękniejsze parki narodowe w Serengeti i Ngorongoro. Przodkowie Masajów żyli pomiędzy tymi dwoma miejscami, a dzisiejsi Masajowie kultywują swe tradycje w okolicach Arushy. Wioski Masajów są rozciągnięte nawet do półkilometrowych odległości, a w nich budowane są bomy – zagrody dla bydła. Masajskie domy są budowane z najstarszego dostępnego materiału, którego jest tam pod dostatkiem, a którym są krowie odchody zmieszane z popiołem i z wodą, nakładane na szkielet z gałęzi. Masajskie domy budują kobiety. Po kilku dniach materiał do budowy domu wysycha i nie czuć zapachu krowich odchodów, a po wyschnięciu robią się one twarde jak cement.

Masajscy najbogatsi faceci mogą mieć nawet do piętnastu żon i każda z nich ma własny dom, który dostaje od swego męża. Dom jest nazywany manyatta. Dzieci traktowane są przez każdą żonę jak ich własne. Masajowie porozumiewają się w języku maa, który pochodzi z języków nilo-saharyjskich, ubierają się na czerwono.

Kiedy Wiesio wraz z Zolitą usiedli przed chatą, przyniesiono im śniadanie, gorący posiłek, ciepłą krew krowią zmieszaną z mlekiem krowim, a do tego placki kukurydziane. Zjedli to ze smakiem, nie wiedząc, co jedzą. Zaspokoili głód i wyruszyli w drogę wraz ze swymi współplemieńcami, tam, gdzie kukurydza rośnie na ich urodzajnych polach i gdzie Masajowie pracują przy zbiorach do wieczora.

Wiesiek i Zolita też dostali możliwość zbierania kukurydzy, choć nie wytrzymali, jak Masajowie, do wieczora. Bo kiedy w południe słońce wzeszło wyżej, nie mogli wytrzymać upału. I tak pod drzewami bardzo długo spali, poprzykrywani liśćmi kukurydzy przez Masajów, śniąc o sobie nawzajem. A więc Zolita i Wiesio, jak z tego wynika, pasowali do siebie. I choć ich miłość nie będzie najsłodsza, bo długo ojczystego kraju, Polski, nie będą oglądać, to gdy powrócą na ziemie swoje z całą rodziną, przed narodzinami ich dzieci wejdą w związek małżeński, a ich gospodarstwo w Polsce przejmie kto inny. Ponieważ będą w Polsce myśleć, że oboje zaginęli na wycieczce.

I kiedy do Polski powrócą Wiesiek z Zolitą i z własnymi dziećmi, dobrzy ludzie oddadzą pola i zabudowy wraz z inwentarzem i pięknym sadem, który się odnowił. Tę historię teraz opowiem, co było, co jest i co będzie, i niech naszym czytelnikom ta opowieść nie zawróci w głowie, bo ją zawdzięczamy Wiesiowi, Zolicie i ich pociechom. Bo, jak wiemy, podróże wciągają, więc niech nikt się nie waży choć trochę zastąpić tę opowieść inną opowieścią, bo Zolita, Wiesio i ich dzieci musieli się w tej podróży dużo nagłowić, abyście wy, czytelnicy, mogli dzisiaj na spokojnie ją przeczytać.

Kiedy się przebudzili, nie mogli uwierzyć, że Zolita była ubrana w masajski czerwony strój do ślubu, a Wiesiek był zaskoczony tym, że obok niego leżała tarcza i dzida. Zawrze związek małżeński nie tylko z Zolitą, ale i z bronią. Ubrany był jak reszta wojowników, również na czerwono, lecz na ciele jego były wymalowane barwy weselne, a trochę powyżej barwy walecznych wojowników. I jeszcze wam coś zdradzę w tajemnicy, choć nie powinienem. Przed ślubem oboje poddali się obrzezaniu, co było w zwyczaju Masajów. A gdy w wiosce zapanowały tańce, śmiechy i podskoki weselne, wódz wioski udzielił im ślubu do grobowej deski.

Po udzieleniu ślubu wódz odstąpił od pokazu Wieśka siły i wytrzymałości, bo żony wcale mu nie zazdrościł. Nawet się chłopisko ucieszyło, bo raz poślubiona żona u Masajów to na całe życie miłość. Wódz teraz nie będzie trzymał swych synów na oku, jednym słowem, będzie miał spokój, bo nie będą się oglądać za Zolitą. A tak między nami mówiąc, może Wiesiek i Zolita, wraz z dorosłymi dziećmi, zabiorą synów wodza do Polski i tam oni wybiorą po kilka żon dla siebie, bo, jak wiemy, w Polsce duże bezrobocie. A polskie dziewczyny czekają tylko na to, aby żyło im się lepiej i by były obsypywane złotem.

Lecz skupmy się teraz na Wiesiu i Zolicie. Wiesio nie kupił przed ślubem masajskiego domu, jak robią to inni Masajowie. Lecz nikt z nich nie miał do niego o to pretensji. Masajscy młodzi wojownicy przymknęli na to oczy, ponieważ Wiesio z Zolitą nie byli w wieku wojowników, a więc wspólnie wybudują domek i zagrodę.

I tak było. Po kilku tygodniach, z pomocą współplemieńców, wybudowali dla siebie obejście. W ślubnym podarunku podostawali od masajskich rodzin trochę bydła na początek, garnki i wiele innych rzeczy potrzebnych do życia. Nawet od wodza dostali trochę pola, aby pracować na nim od świtu do wieczora i jeść do woli z tego, co im ziemia urodzi.

Życie układało się im nie najgorzej, powiększało im się stado bydła, a co najważniejsze, Zolita zaszła w ciążę. W całej wiosce byli z nich zadowoleni, bo byli dla innych Masajów bardzo uczynni. Wiesio skonstruował małe maszyny rolnicze, aby masajskim rolnikom uprzyjemnić i uprościć życie. A co było przy tym śmiechu, gdy się uczyli je obsługiwać. Najbardziej śmiali się z obieraczki kukurydzianej. Gdy wkładano do niej kolby kukurydziane, to wypadały pojedyncze ziarnka kukurydzy. I zamiast rękoma obierać nocami, to młode Masajki i Masajowie układali sobie w parach życie.

Wybudowano pomieszczenia dla maszyn rolniczych, a koło nich nieduże pokoiki, aby nie szukać się nocami na kukurydzianym polu, bo łodygi duże i kolby wystają i można by sobie zrobić krzywdę nawzajem. A jak leżą koło siebie, nie muszą nikomu mówić, że czują się jak w niebie. Czułość, namiętność i miłość mają blisko siebie.

Można by snuć tę opowieść bez końca, gdyby nie narodziny ślicznego dziecięcia Zolity i Wiesia. Nadeszło rozwiązanie. Przed Wiesiem ukaże się pierwszy w rodzinie masajski wojownik. Z tego powodu zrobiono uroczystość, jak Bóg każe. Nadano mu imię.

Przepraszam państwa i czytelników, byłbym zapomniał poinformować, że kiedy skończyła się wycieczka Wiesia i Zolity, to pozostali w masajskiej wiosce bez słowa i ta opowieść dalej się ciągnie.

Na imię dali dziecku Duamba. Był z niego niemały rozrabiaka. Kiedy zaczynał dorastać, nie zmieniał się wcale, ciągle był ruchliwy, lubił uciekać rodzicom, nawet gdy był mały, z kołyski, i podglądać zachowanie zwierząt, które z biegiem czasu przyzwyczaiły się do jego obecności. Lubił również udawać wielkiego wojownika, malując się barwami wojennymi i biorąc w swe małe dłonie większe od niego proste patyki, które służyły mu za dzidę. Mówił do swych rodziców, że upoluje największego lwa, jaki kiedykolwiek chodził po sawannie.

Duamba był białym chłopcem o kręconych włosach, krótkim nosie, wystających dość dużych uszach, o barczystej posturze, która rozwijała się u niego w zawrotnym tempie w miarę dorastania. Rodzice byli bardzo dumni z niego i jego postawy, która prowadziła chłopca do dość wesołego życia. Nie bardzo lubił się uczyć, jak każdy w jego wieku, ponieważ twierdził, że to, czego nauczy się przy podglądaniu zwierząt, wystarczy mu w jego codziennym życiu. Lecz z wiekiem, kiedy dorastał, nabierał coraz bardziej chęci do nauki, odkrywając więcej, niż widział swymi oczyma. Zrozumiał również, że kiedyś wraz z rodzicami będzie musiał opuścić ziemię, na której teraz może żyć, i poznać kraj rodziców, o którym mu tak dużo opowiadali.

Po wysłuchaniu opowiadań rodziców nabrał niebywałej chęci odwiedzenia nieznanego mu kraju. Ale za nim do tego dojdzie, przed nim jeszcze wiele przygód.

Minęło sporo czasu. Nasz Duamba wyrósł na młodego wojownika i doszło mu wiele obowiązków, które co dnia musiał wykonywać, a mianowicie pilnować bydła, co nie było wcale nudnym obowiązkiem, ponieważ bydło lubiło się rozpraszać i prawie cały dzień musiał z innymi wojownikami zaganiać je w stado, aby krowy nie poginęły na sawannie.

Z biegiem czasu rodzice Duamby postarali się o rodzeństwo, z którego był zadowolony. Nie czuł się już taki samotny i zagubiony jako jedynak pomiędzy swymi rówieśnikami, którzy mieli dużo rodzeństwa. I on teraz też mógł się pochwalić, że jego rodzina powiększa się i wzrasta w siłę.

Zolita urodziła tym razem trojaczki, dwóch chłopców i jedną dziewczynkę, którym nadano imiona. Siostrze Duamby imię Limu, a braciom Kumbu i Zurungu. Rodzeństwo Duamby było w każdym szczególe podobne do niego, chodzi tu zwłaszcza o charakter.

Pewnego słonecznego poranka młodzi wojownicy, jak co dzień, szykowali się na wypas bydła, sprawdzając przed wyruszeniem na sawannę, czy w wiosce wszystko w porządku. Kiedy po sprawdzeniu wioski wyruszyli z bydłem na wypas, gdzieś koło południa przybiegły dwie kobiety, oznajmiając Duambie, że do wioski przybyli wojownicy z innego plemienia, żądając wydania wszystkich zgromadzonych zapasów żywności, grożąc przy tym wodzowi, że gdy nie spełni ich żądania, spalą wioskę i wezmą wszystkich starców, dzieci i kobiety do niewoli.

Duamba, słysząc to od kobiet, przywołał do siebie wszystkich wojowników i po ustaleniu planu odbicia wioski nakazał kobietom pozostać przy stadzie, a sam z pozostałymi ruszył w stronę wioski. Kiedy podeszli pod wioskę, ukryli się w zaroślach, tak aby nie widzieli ich obcy wojownicy. Obserwując wioskę z daleka, widzieli panoszących się grabieżców szykujących zapasy, by je wywieźć, jak się nietrudno domyślić, do ich osady.

Duamba wraz ze swymi wojownikami ustalił, że gdy tylko się ściemni, spróbują zaskoczyć oprawców i oddać ich w ręce sprawiedliwości. Wszystkie plemiona zamieszkujące te strony wiedziały, że grasuje tu plemię, które kradnie. Nie tylko zabiera żywność, lecz również uprowadza młode kobiety wraz z dziećmi i handluje nimi jak niewolnikami na targach, które, jak w dawniejszych czasach, są akceptowane przez zamożnych ludzi. Plemiona nieprzygotowane na atak z ich strony są dość łatwym łupem dla czarnych wojowników Niłu, jak ich tu wszystkie plemiona nazywają.

Kiedy zapadł zmrok, Duamba i jego wojownicy cichutko podeszli pod wioskę, gdzie prawie wszyscy już spali, oprócz strażników, którzy pilnowali śpiących czarnych wojowników Niłu. Kiedy podkradli się blisko, obezwładnili strażników i weszli do chaty, w której znajdowali się smacznie śpiący oprawcy. Wojownicy Duamby wystrzałem z broni palnej obudzili członków bandy z plemienia Niłu. Byli tak zaskoczeni tym, że są w rękach wojowników napadniętej wioski, że nie wiedzieli, co robić. Duamba nakazał im wyjść z chaty i usiąść przed nią w kółeczku.

Po wykonaniu jego polecenia wszyscy wojownicy zostali związani jednym sznurem i aż do rana byli pilnowani przez wojowników Duamby.

Z samego rana Duamba wysłał swych dwóch wojowników do odległego miasteczka, aby przyjechała policja konna po sprawców napadu na ich wioskę. I gdzieś koło południa na drugi dzień wraz z wojskiem i policją konną przyjechali wojownicy Duamby. Po zabraniu sprawców i ich aresztowaniu przez policję i wojsko życie w wiosce wróciło do normy, choć niektórzy z plemienia byli bardzo przestraszeni i bali się nie na żarty po takich przeżyciach i okrutnym traktowaniu. Ludność wioski była bardzo wdzięczna młodym wojownikom za ochronę przed oprawcami i uratowanie całorocznych zbiorów kukurydzy.

Przez okres kilku miesięcy nic się w ich wiosce nie wydarzyło. Aż do chwili, kiedy przyjechali badacze zamieszkiwanych terenów sawanny i rdzennej ludności. Kiedy w środku wioski zatrzymał się samochód, wysiadło z niego dwóch facetów. Mieli dużo bagaży oraz namioty, które służyły im do snu i odpoczynku. Widząc to, wódz wioski podszedł do nich i zapytał, co tu robią, czy czasem nie zabłądzili, a jeśli nie zabłądzili, to jak zamierzają tu pozostać, oceniając sytuację po wielkości bagaży.

Nie odpowiedzieli na pytania wodza, bo zauważyli w głębi wioski inną niż otaczające ich kobiety. Różniła się kolorem skóry. Z daleka nietrudno było ją rozróżnić, bo jej kolor skóry był biały. Po chwili zauważyli podchodzącego faceta, który również był biały. Ze zdziwieniem zapytali wodza, kto to taki. Wódz, patrząc na nich srogim spojrzeniem, odrzekł, że to przybysze, którzy przyjechali zwiedzić wioskę i tak im się tu spodobało, że postanowili pozostać, a teraz są już członkami jego plemienia. Jeśli odpowiedzą na pytania, które im zadał, zaprowadzi ich do nich.

Chętnie odpowiedzieli na pytania wodza, mówiąc mu, że zamierzają tu pozostać przez jakiś czas, aby poznać bliżej ich kulturę oraz przodków, o których mają tak mało wiadomości.

Wódz spuścił trochę z tonu i roześmiał się, mówiąc, że znowuż w wiosce będzie wesoło. Bo kiedy przyjeżdżają tu tacy jak oni, to wszyscy się z nich śmieją, nie tylko z zachowania, którym chcą ich naśladować, co rzadko kiedy się udaje, ale i z zadawanych pytań.

Poprosił ich, aby za nim poszli, i odprowadził ich do osób, którymi byli zainteresowani. Kiedy podeszli, przedstawił białych współplemieńców nieznajomym. Podając im dłonie, Zolita i Wiesiek przedstawili się, a jednocześnie zapytali naukowców o ich imiona i skąd pochodzą.

Ku zaskoczeniu Zolity i Wieśka naukowcy odpowiedzieli, że są z Polski, a na imię mają Zygmunt i Heniek. Przyjechali tu po to, aby dogłębniej badać kulturę Masajów i okolicznych plemion. Po krótkiej wymianie zdań Zolita zaprosiła naukowców do swego domostwa, nie tylko na posiłek, ale i oczekiwała od nich wieści o Polsce, za którą wraz ze swym mężem tęsknią.

Po wejściu do domu wszyscy zasiedli przy stole, gdzie gospodyni podała posiłek, który składał się z wołowiny i koziego mleka. Po tym, jak zjedli, do wioski powrócili wraz z Duambą młodzi wojownicy, którzy byli na wypasie jak co dzień.

Duamba wpadł do domu zdyszany jak nigdy, uznając stojący samochód, a raczej ludzi, którzy nim przyjechali, za zagrożenie, gdy go wypatrzył pod swoją chatą. Pomyślał, że znowu wydarzyło się coś niedobrego. Gdy podleciał do drzwi chaty, zatrzymał się w progu i nie wierząc własnym oczom, zobaczył dwóch facetów siedzących wspólnie z jego rodzicami przy stole. Kiedy wszedł do środka chaty, położył dzidę i tarczę na swoje miejsce, tam, gdzie zawsze.

Naukowcy, widząc młodego, barczystego mężczyznę, wstali na jego widok. Spojrzeli jeden na drugiego. Pierwszy podszedł do niego Zygmunt, przedstawił mu się z uściskiem dłoni, a zarazem wyjaśnił mu, co tu robią i w jakim charakterze będą tu przebywać przez jakiś czas. Po krótkim wyjaśnieniu Zygmunt przedstawił Heńka jako współpracownika, z którym przyjechał. Wszyscy, po zapoznaniu się, ponownie usiedli przy stole, gdzie Zolita podała swemu synowi posiłek. Kiedy Duamba jadł, rozmawiali o Polsce i polskich zwyczajach.

Nagle Duambie przyszło do głowy, że jeśli oni są badaczami historii, to powinno ich zainteresować to, co on im teraz opowie, co widział, kiedy wypasał ze swymi wojownikami bydło. Przerwał rozmowę i opowiedział, co zobaczył trzy kilometry od swojej wioski, kiedy wypasali bydło z wojownikami w niedużym zagłębieniu sawanny. Opowiedział im o wystających dość dużych głazach, na których były wyryte nieduże znaki.

Obaj naukowcy słuchali go z uwagą i z zaciekawieniem, ponieważ, jak nam wiadomo, przyjechali tu po to, aby odkrywać nieznane kultury, a tym samym zaspokajać ciekawość ludzi nauki i całej ludzkości. Duamba jeszcze nie skończył wyjaśniać całości, kiedy Heniek mu przerwał i zapytał, czy może ich w to miejsce zaprowadzić. Chłopak zgodził się, lecz odpowiedział im, że nie dzisiaj, ponieważ jest już noc, jest zmęczony całodniowym wypasem bydła i nie marzy o niczym więcej, jak tylko o tym, by się położyć i zasnąć, by wypocząć. Ponownie na nich spojrzał, a jego wzrok uciekł gdzieś w kąt ze zmęczenia, i powiedział, że jeśli nie sprawi im to kłopotu, to jutro z samego rana, gdy będą wyruszać na wypas bydła, wskaże im to miejsce.

Po tej zachęcie odszedł od stołu, udając się na spoczynek. Zolita wraz z Wieśkiem oraz z naukowcami rozmawiali prawie do rana na różne interesujące obydwie strony tematy, w których nie brakło humoru. Po rozmowie naukowcy wyszli z domu, udali się do samochodu po swe namioty, aby je rozbić i pójść spać.

Zygmuntowi i Heńkowi nie zajęło dużo czasu rozbijanie namiotów, ponieważ mieli dużą wprawę w tej czynności. Po dziesięciu minutach byli już w swoich śpiworach. Zasnęli bardzo szybko, ponieważ byli bardzo zmęczeni podróżą i przyjęciem, którego nie spodziewali się tu zastać.

Rankiem, kiedy wszyscy młodzi wojownicy powstawali, szykując się do wypasu bydła, jak co dzień przed wyjściem z wioski sprawdzali wszystkie obejścia i pytali swych współplemieńców, czy czegoś im nie potrzeba.

Po sprawdzeniu wszystkiego Duamba podszedł do namiotu naukowców, gdzie jeszcze smacznie spali, i po ich obudzeniu zapytał ich grzecznie, czy idą z nimi. Naukowcy grzecznie się wyszykowali i ruszyli w drogę z młodymi wojownikami Masajów.

Kiedy dotarli do miejsca, gdzie Duamba widział znaki wyryte na skałach lub raczej dużych kamieniach, nie dowierzali swym oczom i przecierali je ze zdumienia. Patrząc jeden na drugiego, z niedowierzaniem schodzili powoli w głąb wgłębienia sawanny. Tam w samym środku były powstawiane w jednym szeregu duże głazy, a na nich znaki, których szukał niejeden odkrywca. Najprawdopodobniej odnaleźli klucz do ukrywanej przez tysiące lat wielkiej tajemnicy zaginionego miasta miłości, które powinno znajdować się w pobliżu, ukryte pod piaskami sawanny.

Schodząc w głąb, mieli jedno na myśli, że to oni odkryją poszukiwane od stuleci miasto. Kiedy zeszli, Duamba z góry powiedział im, że kiedy będą wracać z wypasu bydła, zabiorą ich do wioski. I nakazał im, aby się nie oddalali sami, ponieważ chodzi tu wiele głodnej zwierzyny i mogliby stać się jej przekąskami. Heniek i Zygmunt odparli Duambie, że będą na nich oczekiwać, dopóki ich stąd nie zabiorą.

Kiedy wojownicy się oddalili, Heniek z Zygmuntem wzięli się do oględzin kamieni. Po dokładnym ich obejrzeniu wszystkie znaki zostały przez nich wpisane do notesów, z którymi się nie rozstawali i w których również znajdowały się notatki o plemieniu Masajów. Kiedy zakończyli spisywanie wszystkich znaków, które występowały na trzech kamieniach, z precyzyjną dokładnością mechaników, którzy szykują samolot do lotu, było już południe i doskwierał im upał, który dawał im się we znaki. Bądź co bądź, mieli ze sobą w plecakach wodę pitną i po maczecie, które w tych warunkach na sawannie są bardzo przydatne do obcinania gałęzi, aby z nich można było zrobić szałas i uchronić się od gorąca i silnych wiatrów oraz deszczu, który na sawannie spada raz na długi czas.

Lecz gdy wyszli z zagłębienia, zobaczyli, że las znajduje się sporo kilometrów od nich i nie mogli sobie pozwolić na tak duży wysiłek. A więc zdecydowali, że wykopią u wyjścia wgłębienia niewielką norę, która ich uchroni przed upałem i innymi zagrożeniami występującymi na sawannie.

Wykopanie nory przebiegło bardzo sprawnie. Wcześniej zbadali teren, gdzie w niedużych zaroślach znaleźli miękkie osuwisko. Kiedy naukowcy usadowili się już w wykopanej przez siebie norze, oczekując na wojowników Duamby i na niego samego, próbowali odczytać znaki, które przepisali z kamieni skalnych do swych notesów. Po długiej rozmowie na temat tego pisma doszli do wniosku, że tu, na miejscu, nic nie wskórają i będzie trzeba to pismo wysłać do najbliższego muzeum, gdzie na pewno je odczytają, już w laboratoryjnych warunkach. Tam ich koledzy mają materiały na ten temat i pełną dokumentację, objaśnienia tegoż pisma, które składa się z wężykowatych znaków.

Heniek zauważył wystający przedmiot, który znajdywał się obok Zygmunta. Kiedy wskazał mu go ręką, Zygmunt spojrzał w jego stronę i wolnym ruchem ręki chwycił przedmiot, jednocześnie próbując ocenić, co to jest. Po chwili szybkim ruchem, z dość dużą siłą wyszarpnął przedmiot z ziemi, gdzie był mocno usadowiony. Był to metalowy płaskownik z takimi samymi wyrytymi znakami, które znajdowały się na jednym z kamieni. A więc byli już pewni, że to nie jest przypadkowe znalezisko.

Kiedy już było późne popołudnie, nad urwisko nadeszli młodzi masajscy wojownicy z bydłem. Tam naukowcy własnymi rękoma kopali dookoła kamieni, które znajdowały się w ziemi, pomagając sobie maczetami. Widząc to, Duamba głośnym wołaniem zaalarmował wszystkich, że już pora wracać do wioski i że jutro też jest dzień na wykopaliska.

Widząc Duambę i słysząc, co do nich mówi, wyszli z zagłębienia, po czym wszyscy udali się do wioski, w drodze wypytując Duambę i innych wojowników, czy czasem nie widzieli podobnych kamieni lub czegoś, co by zwróciło szczególną uwagę.

Wojownicy odpowiadali, że nie, ale jeśli zauważą coś szczególnego, to niezwłocznie ich o tym powiadomią. W trakcie rozmowy z Masajami czas powrotu do wioski upływał im bardzo szybko.

Kiedy Heniek i Zygmunt doszli do swych namiotów, zauważyli ślady stóp odbitych tuż przed nimi, a także to, że jeden z namiotów był do połowy rozpięty. Gdy zajrzeli do środka, zobaczyli, że ktoś grzebał w ich rzeczach osobistych. Zbytnio się tym nie przejmowali, tłumacząc to sobie tym, że to ciekawość tutejszej ludności, spotykana we wszystkich plemionach dzikiego pochodzenia. Po sprawdzeniu swych rzeczy stwierdzili, że nic nie zginęło.

Po krótkim odpoczynku rozpalili ognisko i ugotowali dla siebie posiłek. W trakcie gotowania czyścili płaskownik, który ze sobą zabrali z miejsca wykopalisk, gdzie już w niedługim czasie ruszą pełną parą prace polskiej wyprawy. Kiedy zjedli posiłek, byli już bardzo zmęczeni i udali się do swych namiotów, aby wypocząć i nabrać świeżych sił do jutrzejszej ciężkiej i mozolnej pracy, jaką jest odkrywanie archeologicznych znalezisk kultur przeszłości zaginionych światów przez upływający i nieustający czas naszego życia i naszych przodków.

Kiedy naukowcy przebudzili się i otworzyli oczy, słychać było odgłosy wrzasków i pisków zwierząt sawanny. Po chwili do ich namiotów podeszli Masajowie z posiłkiem, który im przygotowali na śniadanie.

Po zjedzeniu porannego posiłku wraz z młodymi wojownikami masajskimi udali się na miejsce, w którym rozpoczęto wczorajsze prace wykopaliskowe. Tym razem zabrali ze sobą sprzęt potrzebny do prac wykopaliskowych, załadowali go na swe samochody i nimi podjechali do miejsca, w którym w dalszym ciągu będą odkopywać głazy.

Po wyładowaniu sprzętu zauważyli kolejny głaz, którego wczoraj nie było i który był nieco inny niż dwa pozostałe. Przyglądając się dokładnie, zauważyli nieduży otwór, jakby małe okno, przez które można wejść i wyjść. Zaskoczeni tą sytuacją, postanowili odczekać i nie schodzić, ponieważ mogłoby się to dla całej wyprawy źle skończyć.

Duamba jako pierwszy z zaciekawieniem, małymi krokami, będąc bardzo ostrożnym, zszedł na dno urwiska. Szedł bardzo ostrożnie, starając się nie łamać gałązek pod swymi stopami. Kiedy dotarł pod krzew o niedużej wielkości, schował się za nim. Kucając, już z bliskiej odległości obserwował kamień, który z daleka wyglądał całkiem inaczej. Po kilkuminutowej obserwacji, która go niezwykle podniecała, miał pewne obawy związane z podejściem pod kamień. Lecz zebrawszy się na odwagę, ostrożnie do niego podszedł. Ku swemu zdziwieniu przez nieduży otwór zauważył w środku jaskrawe światło, które oślepiało, lecz było bardzo przyciągające i w odczuciu Duamby nie stanowiło zagrożenia. Wołając swych kompanów, dał znak do zejścia.

Widząc to, współplemieńcy wraz z naukowcami szybko zeszli do urwiska. Po zejściu zaczęli go dokładnie oglądać, nawet dotykać. Po długich oględzinach stwierdzili, że to obiekt kosmiczny i trzeba go będzie obserwować, zaprzestając prac wykopaliskowych. Wszyscy jednomyślnie doszli do wniosku, że dopóki statek kosmiczny nie zacznie jakoś reagować, nie będą robić jego pasażerom problemu, oczekując od nich wzajemnego zrozumienia.

Po kilkugodzinnym przebywaniu z dala od statku kosmicznego i po jego obserwacji Duamba wraz ze swymi wojownikami wyruszył z bydłem na wypas. Naukowcy zostali na miejscu z dala od obiektu, obserwując go do czasu, aż z wypasu powrócili Masajowie. W trakcie obserwacji statku kosmicznego nic nie zauważyli.

Nastawał już wieczór, kiedy wszyscy zmęczeni powrócili do wioski. Po usadowieniu bydła w zagrodzie rozeszli się do chat, w których mieszkali, a naukowcy poszli do swych namiotów. Byli dość niezadowoleni, bo przez obiekt kosmiczny, który wylądował w miejscu ich prac wykopaliskowych, opóźni się ich praca, a tym samym nie wykorzystają wszystkich środków, które otrzymali na te prace od swego polskiego rządu.

Kiedy rano się przebudzili, w wiosce o tym obiekcie kosmicznym było bardzo głośno i o niczym innym się nie mówiło, jak tylko o istnieniu istot pozaziemskich, które przybyły, aby porwać masajskie młode kobiety, których w wiosce nie było dużo, co oczywiście jest nieprawdą. Ktoś rzucił plotkę, aby młode masajskie kobiety miały się na baczności, a tym samym mógł wywrzeć presję na kobietach, by jak najszybciej poszukały sobie partnerów i zawarły związek małżeński z wybranymi partnerami, ponieważ w wiosce ludność masajska jest coraz starsza i nie będzie komu utrzymywać starszych braci i sióstr w plemieniu.

Zygmunt z Heńkiem, siedząc przy ognisku, zastanawiali się, co zrobić z tym niecodziennym fantem z kosmosu, który przysporzył im niemałego kłopotu w pracach wykopaliskowych. Po długiej rozmowie zadecydowali, że nie ma na co czekać i trzeba ten fakt zgłosić do NASA, która wie, co w takich sytuacjach robić. Było już późno, kiedy obaj położyli się spać. Ponieważ byli bardzo zmęczeni, a poza tym przerastała ich sytuacja, w której się znaleźli, chcieli na tę noc zapomnieć przez chwilę o statku kosmicznym. Udało im się to osiągnąć, śpiąc, śniąc o zagubionym mieście miłości w miejscu, w którym rozpoczęli wykopaliska.

Rankiem, kiedy słońce wschodziło na bezchmurne niebo, obudził ich ryk afrykańskich lwów, które były bardzo niespokojne. Po wyjściu z namiotów zobaczyli na niebie rozciągającą się długą wstęgę o barwie pomarańczowo-czerwonej, od miejsca, gdzie znajdowały się kamienie z napisami z informacją wejścia do podziemnego miasta miłości, w którym znajduje się pałac z nieodnalezionymi do tej pory posągami wyrzeźbionymi przez starych mistrzów, najprawdopodobniej ukazującymi posągi nagich kobiet z tego okresu. Obok kamieni ten nieszczęsny statek kosmiczny, który zatrzymuje wszelkie prace wykopaliskowe i, jak przypuszczają, ktoś musi w nim być.

Po jakiejś półgodzinie do Heńka i Zygmunta przyszedł Duamba wraz z dwoma wojownikami, mówiąc im, a wręcz nakazując, aby przyszli do chaty wodza ustalić, co zrobić, aby kosmici oddalili się z miejsca, gdzie znajduje się na sawannie łąka, na której jest wypas bydła.

Heniek wraz z Zygmuntem udali się z wojownikami do chaty wodza, aby podjąć ostateczną decyzję wraz z radą starszych wioski i wodzem w sprawie statku kosmicznego. Wódz wioski Masajów dał im do zrozumienia, że to oni są wszystkiemu winni i to oni mają rozwiązać ten problem.

Po długiej rozmowie na temat kosmitów i ich przybycia, oraz bydła Masajów, bo tu o nie w szczególności chodziło, ponieważ przestało dawać mleko, będące głównym składnikiem pożywienia, ustalili, że dzisiaj Zygmunt, Duamba i Heniek wyruszą w drogę do miasta Zanzibar, żeby powiadomić władze o masajskim problemie, z którym chcieliby się jak najszybciej uporać przy pomocy ludzi, którzy są z tym tematem obeznani i dadzą sobie z nim radę.

Było południe, kiedy wyruszyli z wioski powiadomić władze o ich nieszczęściu. Droga do miasta Zanzibar biegła przez obszary sawanny i jadąc, można było obserwować zachowanie zwierząt, które polowały, wygrzewały się w promieniach słońca oraz w cieniu drzew. Nieoczekiwanie pojawił się na drodze lew, który obrał ich za posiłek. Wolnym krokiem podszedł do ich samochodów, więc musieli się zatrzymać, nie spanikowali. W samochodach mieli broń i naboje usypiające. Heniek wolnym ruchem sięgnął po załadowaną broń i oddał celny strzał, który położył lwa na ziemię. Po ominięciu zwierzęcia pojechali dalej.

Na miejscu, w mieście Zanzibar, znaleźli się koło północy. Gdy do niego wjeżdżali, ulice były puste, ludność spała po kolejnym ciężkim dniu pracy. Podjechali pod muzeum, ale było już zamknięte. Duamba, Heniek i Zygmunt przenocowali w samochodach. Rankiem przebudził ich gwar przechodniów, udających się na pobliski targ, aby jak co dzień zacząć pracę, którą tutaj mieszkańcy się zajmują, handlując wszystkim, co przynosi jakikolwiek dochód, aby utrzymać swe rodziny.

Duamba, Heniek i Zygmunt po przebudzeniu udali się do dyrektora muzeum, wyjaśniając, w jakim celu przybyli. Dyrektor muzeum, wysłuchując ich historii, niczym z filmu fantastycznego, zatelefonował do najbliższej siedziby NASA. Po podniesieniu słuchawki przez pracownika tegoż ośrodka i przekazaniu historii masajskiej wioski przez dyrektora muzeum nakazano Heńkowi, Zygmuntowi i Duambie, aby nie opuszczali miasta Zanzibar, w którym się znajdują, i poczekali na grupę naukowców, którzy zajmują się takimi przypadkami. Dyrektor muzeum zaproponował im hotel, w którym zamieszkali na czas oczekiwania na przybycie naukowców, którzy udadzą się do ich wioski, na miejsce pobytu statku kosmicznego.

Po dwóch dniach oczekiwania na pracowników amerykańskiego ośrodka badań kosmicznych przybyli do miasta Zanzibar trzej amerykańscy naukowcy i udali się do dyrektora muzeum. Z chwilą posłania posłańca po archeologów i Duambę naukowcy wypytywali dyrektora muzeum, czy czasem nie opowiadali czegoś więcej na temat statku kosmicznego. Dyrektor muzeum odparł, że powtórzył przez telefon to, co usłyszał od przybyłych, Zygmunta, Heńka i Duamby. Po piętnastu minutach Duamba wraz z przyjaciółmi przybyli na miejsce do dyrektora muzeum, gdzie oczekiwali na nich naukowcy z amerykańskiego ośrodka badań kosmicznych.

Zygmunt, rozpoczynając rozmowę z naukowcami, opowiedział im, co zaszło i w jakiej trudnej sytuacji się znaleźli. Naukowcy z NASA, wysłuchawszy ich historii, stwierdzili, że muszą udać się na miejsce wydarzenia i ocenić sytuację, czy nie ma jakiegoś zagrożenia ze strony przybyłego statku kosmicznego. I, co najważniejsze, pobrać próbki. Statek zdaniem archeologów wygląda jak kamienie, które przed jego wylądowaniem odkopywali, by móc je potem załadować na ciężarówki i odwieźć do najbliższego muzeum, by odczytać zawarte na nich informacje. Ustalili, że z wioski Masajów wyjadą nocną porą.

Po wyjściu z muzeum wszyscy udali się do hotelu, aby przygotować się do wyjazdu. Kiedy zaczynało się ściemniać, wszyscy udali się do swych samochodów i opuścili miasto Zanzibar, wcześniej oddając klucze od swych pokoi portierowi.

Podróż przebiegała im bez żadnych niespodzianek, o które przeważnie w nocy na tych obszarach sawanny łatwo, ponieważ grasują tu grupy przestępcze i zabierają wszystko, co podróżni mają przy sobie, a niekiedy nawet zabijają. Było im chłodno, ponieważ temperatura za dnia przekraczałaby czterdzieści stopni Celsjusza, a więc wybrali nocną podróż.

Na miejsce przybyli wczesnym rankiem, gdy w wiosce jeszcze wszyscy spali. Kiedy podjechali pod namioty Zygmunta i Heńka, naukowcy z NASA rozłożyli swe bagaże, w których znajdował się sprzęt do pobierania próbek. Potem rozbili swe namioty nieopodal namiotów archeologów.

Duamba po przyjeździe ze wszystkimi naukowcami udał się do chaty swych rodziców. Zmęczony, prawie opadający z sił, widząc przed sobą łóżko, rzucił się na nie, jakby na własny brzuch wskakiwał do wody. Wyczerpany, od razu zasnął, nawet nie powiedział rodzicom dobranoc.

Po przygotowaniu przez naukowców NASA sprzętu do zbadania statku kosmicznego, przed wyjazdem na miejsce badań ugotowali wspólnie posiłek, który zjedli ze smakiem. Po zjedzeniu posiłku udali się do swych namiotów na krótki spoczynek, gdzie każdy z nich ze zmęczenia szybko zasypiając, nie wiedział, że ich drzemka potrwa aż do następnego rana.

Kiedy się przebudzili, był poranek następnego dnia. Dyon, spoglądając na swój zegarek, nie mógł uwierzyć, że aż tyle czasu przespali, nie budząc się wcześniej.

Duamba również przebudził się wtedy, co naukowcy. Pierwsze, co zrobił po przebudzeniu, to zjadł śniadanie, które naszykowała mu jego mama Zolita, a potem udał się do naukowców, którzy przed namiotami spożywali własne śniadanie. Po przywitaniu się z nimi i zamienieniu kilku słów na temat statku kosmicznego umówili się na wyjazd do miejsca, gdzie stoi statek kosmiczny, za jakieś dwie godziny, za bramą wioski, gdzie Duamba z wojownikami będzie wyruszał na wypas bydła, a poza tym jak zwykle będzie potrzebował czasu na obejście współplemieńców i zapytanie każdego z nich, czy czegoś mu nie brakuje. Zazwyczaj przynosili starszym osobom wodę pitną, drewno na opał lub szykowali poranny posiłek.

Gdy przebiegł umówiony czas, Duamba, wraz z wojownikami oraz z bydłem całej wioski, oczekiwał na naukowców za bramą, gdzie dotarli po pięciu minutach. Kiedy już wszyscy ruszyli w kierunku statku kosmicznego, każdy miał w głowie jedyną myśl: czy po dotarciu na miejsce ujrzą stojący tam statek kosmiczny.

Kiedy przybyli na miejsce, naukowcy z NASA nie mogli dać wiary swym oczom, ujrzeli bowiem stojące w jednym rzędzie kamienie, z których jeden był statkiem kosmicznym, co było widać gołym okiem, ponieważ w statku kosmicznym wycięty był otwór, którym można było wejść i wyjść.

Duamba i jego wojownicy udali się na wypas bydła, nie zatrzymując się tym razem na miejscu wykopalisk archeologicznych, gdzie znajdował się statek kosmiczny. Kiedy naukowcy z NASA zeszli wraz z archeologami w dół urwiska, zabierając ze sobą sprzęt do pobierania próbek statku kosmicznego, podeszli do niego i w odległości dziesięciu lub piętnastu metrów od niego wszyscy zamarli.

Nagle statek kosmiczny wytworzył czerwono-żółtą ochronną plazmę, która obracała się naokoło niego. Naukowcy, stojąc bez ruchu i patrząc na to, co się dzieje, nagle poczuli powiew bardzo ciepłego powietrza, który nieomal odrzucił ich z miejsca, w którym stali. Po chwili statek uniósł się w górę, a w głowach naukowców z NASA była tylko jedna myśl: nie pobiorą próbek z powłoki statku, nie dowiedzą się, kto go pilotuje, i, co najgorsze, nie dowiedzą się, jak ten ktoś wygląda. Kiedy statek wzniósł się na około półtora metra w górę, plazma ochronna nagle wygasła, a on jakby nigdy nic, z gracją, jakby model szedł po wybiegu, kołysząc się w prawo i w lewo, opadał powoli na miejsce, z którego ruszył. Na jego zewnętrznej powłoce pojawiły się kolorowe małe światełka. Wyglądało to tak, jakby na Boże Narodzenie ktoś ubrał drzewko w przeróżne świecidełka.

Naukowcy przez chwilę stali bez ruchu i przyglądali się migocącemu obiektowi, nie wierząc, że wylądował. Jednak usiedli z wrażenia, kiedy kolana same zaczęły się im uginać. W trakcie migotania obiektu coś w statku kosmicznym zaczęło strzelać, jakby ktoś strzelał z nadmuchanej torebki, oraz skrzypieć. Po kilku minutach strzelania i skrzypienia światła zgasły, a okienko powiększyło się do rozmiarów wyjściowych drzwi budynku mieszkalnego.

W tej chwili naukowcy zamarli. Oddechy ich ze strachu ustały na pewien czas, a wewnątrz ciał czuli przechodzące ciarki. Na ich twarzach pojawiła się bladość. Kiedy odzyskali przytomność, każdy z nich był opanowany i naukowcy, nie odrywając wzroku od powiększonego otworu wejściowego, spodziewali się ujrzeć coś, co wyglądało jak monstrum lub jakaś inna szkaradna istota pozaziemska, której do tej pory jeszcze nikt nie widział. Oczekiwali czegoś przerażającego, nie wykluczając, że coś takiego może się objawić ich oczom. Siedzieli na ziemi i obserwowali dalszy ciąg wydarzeń.

Tery, spokojnym i powolnym ruchem, podniósł się i wtedy poczuł w sobie przypływ silnej energii, która całkowicie zdominowała strach. Kiedy zrobił pierwszy krok w stronę Gaza, aby go podnieść, ni stąd, ni zowąd, jakby jakaś siła pozaziemska podnosiła wszystkich naukowców, którzy pozostawiali na ziemi, siedząc, nagle wstali na równe nogi.

Wejście do statku kosmicznego natychmiast się zamknęło, nawet nie było otworu, który wyglądał jak małe okienko. Statek opadł na ziemię, lecz już nie wyglądał jak kamień, który pasował do pozostałych, bo teraz miał kształt jajowatego obiektu, który ktoś natychmiast przebudował, lecz nie zmieniła się struktura jego powierzchni zewnętrznej.

Kiedy wszyscy naukowcy z NASA podchodzili do statku kosmicznego z niebywałą ostrożnością, aby pobrać próbki, drzwi otworzyły się ponownie i ukazały im się ludzkie istoty, całkiem takie same jak mężczyzna i kobieta zamieszkujący nasza planetę Ziemię.

Byli bardzo zaskoczeni, bo spodziewali się ujrzeć całkiem nieludzkie istoty. Z wrażenia zaniemówili. Kosmici byli ubrani całkiem odmiennie i tylko tym różnili się od naukowców. Na sobie mieli zbroje, ale nie można było z daleka ocenić, z którego okresu. Najprawdopodobniej z chińskiego okresu Ming, kiedy istniało Zakazane Miasto, a w nim 9999 pokoi, które dzisiaj jest wpisane do rejestru światowych zabytków.

Naukowcy, przyglądając się kosmitom i z trudem opanowując swój strach, czekali, co będzie dalej. Z niedowierzeniem ujrzeli kosmitów wychodzących ze statku kosmicznego. Ich lśniące zbroje niemal oślepiły naukowców. Kiedy podeszli bliżej, facet, który stał koło kobiety, powiedział do nich łagodnym, lecz grubym głosem, stanowczo, a zarazem pytając, co to za planeta. Naukowcy stali jak wryci i patrzyli prosto w ich twarze, zaskoczeni płynnością ich mowy w języku angielskim.

Po pytaniu kosmitów wszystkim zrobiło się lżej na duszy i opadł z nich strach, bo nie musieli się obawiać ataku. Kiedy patrzyli już na siebie z pewną dozą zaufania, każdy z naukowców chciał wypowiedzieć jedno słowo: Ziemia. Lecz ponownie przez moment odebrało wszystkim mowę. I po chwili polski archeolog Heniek odpowiedział dość drżącym głosem, że to Ziemia. Gdy usłyszeli to kosmici, uklękli na kolana, biorąc w swe ręce ziemię, na której stali. I posypywali swe głowy, płacząc przy tym jak małe dzieci.

Naukowcy, patrząc na nich, byli zdezorientowani. Do głowy im nawet nie przyszło, że to ich przodkowie porwani przez obcą cywilizację, która przybyła na Ziemię w trakcie budowy Zakazanego Miasta, gdzie najprawdopodobniej w pobliżu została również wybudowana sala miłości, której do tej pory nie można odnaleźć. Chociaż nasi archeolodzy rozpoczęli poszukiwania w Chinach, to odnalezione ślady zapisów budowy wskazują na miejsce, w którym teraz wszyscy stoją i są przekonani, że to właśnie odnalezione kamienie, na których widnieją zapisy najprawdopodobniej budowniczych tejże sali, które po odczytaniu pozwolą ją odnaleźć.

Kiedy kosmici skończyli się nad sobą rozczulać, powstali na nogi. Pierwsze, co zrobili, podchodząc do każdego z naukowców, to przedstawiali się, co spowodowało wielkie zdziwienie, bo wyglądali na Europejczyków. Ing i Jung, bo tak mieli na imię przybysze, poznając imiona naukowców, wręczali im przy tym jakieś kwadratowe blaszki z twardego tworzywa, o wymiarach dziesięć na piętnaście centymetrów, zawieszone na bardzo solidnych rzemieniach. Na każdej z blaszek, które, jak się można było domyślić, wyglądały na ich identyfikatory, znajdował się wyryty emblemat Zakazanego Miasta z tamtego okresu, a nad nim pierwsza litera, jak się później dowiemy, ich dynastii.

Archeolodzy nie mogli uwierzyć własnym oczom, że napotkali na swej drodze coś, czego żaden archeolog jeszcze nie widział. Po przyjrzeniu się kosmitom czuli strach. Byli zafascynowani, a jednocześnie najchętniej uciekliby jak najdalej od tego miejsca.

Naukowcy z NASA byli bardzo zadowoleni ze spotkania, bo już wiedzieli, że dowiedzą się czegoś o obcej planecie, z której przybyli ziemscy kosmici. Po wręczeniu upominków zapytali naukowców o jedzenie, ponieważ im się już skończyło i są głodni, a nie jedli od kilkunastu godzin czasu kosmicznego.

Słysząc to, naukowcy zaprosili ich do swych samochodów, gdzie znajdowało się pożywienie. Kiedy dotarli do wozów, Jung i Ing z niedowierzeniem patrzyli na pojazdy, pytając, co to jest. W pierwszej chwili myśleli, że to lodówka, ponieważ Zygmunt wyniósł z samochodu jedzenie. Ze śmiechem wytłumaczyli im, że to samochody. Kiedy roześmiany Zygmunt podawał im jedzenie, zapowiedział, że zaprezentuje jazdę samochodem, kiedy skończą jeść.

Kosmici byli bardzo ostrożni. Patrząc na Zygmunta, poprosili, aby on skusił się na pierwszy kęs wyglądającego dość smacznie posiłku. Zygmunta nie zdziwiło to wcale, ponieważ on w takiej sytuacji też by się w ten sposób zachował. Po skosztowaniu przez Zygmunta posiłku, który składał się z mleka i kukurydzy, uśmiechnięci ziemscy kosmici ochoczo zabrali się do jedzenia.

Po posiłku Heniek wsiadł do samochodu i zademonstrował im szybką jazdę, robiąc kilka okrążeń naokoło Junga i Ing oraz pozostałych naukowców. Po skończonej jeździe Heńka ziemscy kosmici oglądali z pełną uwagą pojazdy, jakby chcieli dojrzeć w nich niesamowitą technologię, której jeszcze nie znali.

Zbliżał się już wieczór, kiedy Duamba wraz ze swymi wojownikami powracał z wypasu bydła. Jung i Ing, widząc w oddali zbliżających się w tumanach kurzu wojowników, nieco się zaniepokoili, co zauważyli naukowcy. Jakby przygotowywali się do ataku lub obrony. Po kilkuminutowym obserwowaniu wojowników Duamby Jung i Ing ruszyli w stronę swego statku kosmicznego, rzeczywiście biorąc ich za wrogów, ponieważ widzieli w ich rękach broń i tarcze, które nie były im obce w czasach, w których ich porwano, ponieważ ich wojownicy mieli podobne uzbrojenie.

Kiedy Jung i Ing oddalili się o jakieś pięć metrów, zaniepokojeni naukowcy, widząc to, ruszyli w ich stronę. Wołali na nich, aby się nie obawiali i powrócili na miejsca, ponieważ to tylko ludzie powracający z wypasu bydła. Słysząc to, Jung i Ing odwrócili się do nich, zaufali naukowcom i powrócili na miejsca obok stojących samochodów. Kiedy było coraz lepiej widać zbliżających się wojowników, trzymających w swych rękach tarcze i dzidy, Jungowi i Ing było to nie w smak, gdyż widzieli broń. Spoglądając na siebie, zachowywali spokój, bacznie obserwując, co będzie dalej.

Kiedy Duamba i jego wojownicy podeszli na odległość, z której było widać sylwetki naukowców oraz stojących obok nich kosmitów, Duamba, zaniepokojony, widząc obcych, nakazał swym wojownikom pozostać przy zwierzętach domowych oraz zachować czujność, kiedy będzie podchodził do naukowców i ludzi, którzy jego zdaniem byli przyszykowani do walki. Pomyślał również, że ludzie ubrani w zbroje wzięli do niewoli ich przyjaciół.

Podszedł ostrożnie do ludzi, którzy wyraźnie na niego oczekiwali. Heniek wyszedł mu naprzeciw, bo widział niepokój i rozstawienie jego wojowników. I już wiedział, o co chodzi, ponieważ zaobserwował w wiosce trenujących wojenną strategię Masajów, których uczył wódz wioski, niejednokrotnie powtarzając to zadanie, aby opanowali je do perfekcji, broniąc się w ten sposób przed nieprzyjacielem, pokazując swą wyższość nad nim, a zarazem nie przelewając własnej krwi i krwi nieprzyjaciół.

Kiedy zbliżyli się do siebie, Heniek wyjaśnił Duambie, że to przyjaciele i nie mają złych zamiarów wobec wioski, do której trzeba będzie ich zaprosić. Duamba po jego słowach bardzo się uspokoił i dał swym wojownikom znak, że wszystko w porządku. Przywołał ich do siebie i wszyscy podeszli, witając się i przedstawiając się ziemskim kosmitom. Potem zaproponował im gościnę, którą ziemscy kosmici przyjęli z radością.

Po krótkiej wymianie zdań na temat wioski wszyscy udali się w jej stronę. Po drodze naukowcy próbowali się dowiedzieć, skąd, z jakiej planety przybyli tu, na Ziemię. Dlaczego po usłyszeniu nazwy planety, na którą przybyli, zachowali się w ten sposób, jakby kiedyś tu byli. Nietrudno się domyślić, że wskazywały na to wiszące na mocnych rzemieniach dość duże wisiory, które im podarowali ziemscy kosmici.

Jung i Ing, słysząc pytanie za pytaniem, nie odpowiadali na żadne z nich, ponieważ żaden z naukowców nie chciał ich dopuścić do głosu, pytając, a nie oczekując od nich odpowiedzi.

Kiedy dotarli do wioski, Duamba nakazał wszystkim pozostanie w samochodach, które zaparkowali pośrodku wioski. Powiedział, że idzie do wodza wioski z pozdrowieniami od przybyszów z innej planety i prośbą o pozwolenie na ich pozostanie w wiosce.

Bardzo długo nie wracał. Wyjaśniał okoliczności wyjścia kosmitów ze statku, który wylądował na miejscu wykopalisk archeologów, mówiąc przy tym wodzowi, że kosmici przybyli w pokojowych zamiarach.

Słysząc to, wódz zaprosił ich w godzinach rannych na uroczyste powitalne śniadanie, aby rada plemienna oraz cała wioska mogły się zapoznać z przybyszami z kosmosu.

Duamba przyszedł wreszcie z dobrymi wiadomościami od wodza wioski. Powiadomił wszystkich, że kosmici mogą pozostać, lecz jutro rano mają się stawić na powitalnym śniadaniu, gdzie wszyscy mieszkańcy wioski będą ich oczekiwać wraz z naukowcami, którzy też są zaproszeni. Spoglądając po tych słowach w stronę naukowców, powiedział im, że kosmici mają pozostać wraz z nimi w obozie.

Po tych informacjach porozchodzili się, każdy w swą stronę. Duamba wraz z wojownikami odprowadził bydło do zagrody, a naukowcy z ziemskimi kosmitami udali się do swego obozu, gdzie dostawiono jeszcze jeden namiot.

Jung i Ing czuli się tej nocy trochę nieswojo, śpiąc pierwszy raz w swym życiu pod namiotem. Długo nie mogli zasnąć, rozmyślając, co tak naprawdę czeka ich na Ziemi. Przecież przez wiele stuleci przebywali na obcej planecie, gdzie obmyślali ucieczkę. Która ostatecznie zakończyła się nie najgorszym lądowaniem na tej planecie, na której przed swym porwaniem przebywali. Ponieważ w trakcie ucieczki byli ostrzeliwani przez swych oprawców, zostały uszkodzone stery ich pojazdu kosmicznego. A tak naprawdę to nie wiedzą do tej pory, jak zdołali tu dolecieć i bezpiecznie, choć z małymi kłopotami, wylądować.

Kiedy zdołali zasnąć, spali dość krótko, ponieważ już po godzinie snu zostali obudzeni przez Duambę i jego wojowników, którzy przyszli po nich i po naukowców, aby mogli poznać się z wodzem wioski i jego mieszkańcami.

Wojownicy przyprowadzili wszystkich do wodza wioski Masajów, który oczekiwał na nich, siedząc przy zastawionym stole. Widział idących z daleka kosmitów, a intuicja podpowiadała mu, że naprawdę nie mają złych zamiarów wobec ludności masajskiej i pozostałych plemion zamieszkujących te okolice.

Kiedy podeszli do wodza wioski, ten wstał, okazując im tym gestem, który był znany w całym plemieniu masajskim, zaufanie, które nie wszystkim gościom było okazywane. Po przywitaniu się i wzajemnym przedstawieniu ziemscy kosmici wręczyli wodzowi ten sam emblemat, co naukowcom. Wódz oglądał emblemat, który odbijał słoneczne światło, oślepiając co poniektórych z rady plemiennej, którzy zasiadali z wodzem, by podejmować wszystkie ważne i nie dość ważne decyzje, które były omawiane na radach plemiennych wioski.

Po obejrzeniu dokładnie emblematu wódz podziękował i poprosił, aby przyłączyli się do śniadania, które przyszykowały kobiety plemienia. Kosmici podziękowali wraz z naukowcami za zaproszenie i usiedli do stołu, który był bardzo suto zastawiony. A znajdowały się na nim pokarmy z dzikiego mięsa oraz potrawy z kukurydzy, popijane mlekiem zmieszanym z krwią młodych jałówek, która to krew jest upuszczana do potraw, które jedzą Masajowie.

W trakcie jedzenia była cisza, tylko ukradkiem spoglądali na siebie. Po zjedzonym posiłku kobiety masajskie posprzątały ze stołu i przyniosły na poczęstunek trunek, który był wyrabiany z kukurydzy. Po wypiciu toastu na cześć gości z nieba wódz wioski przystąpił do zadawania pytań, między innymi o ich właściwe pochodzenie, bo, jak się dowiedział od Duamby, ponoć pochodzą z planety Ziemia i mają na to dowody.

Jung i Ing, słysząc pytania wodza, bardzo się ucieszyli, ponieważ mogli zdradzić swe pochodzenie, o którym nie mogli rozmawiać ani nawet myśleć na obcej planecie, na której tak długo przebywali. W co mieszkańcy wioski wraz z wodzem nie mogli uwierzyć.

Jung, patrząc na wodza wioski i wszystkich zebranych, opowiedział niezwykły los, który zgotowali im kosmici. A jego opowieść zaczynała się w niebywały sposób, jak każda prawdziwa przygoda.

Planeta Kapri

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-224-4

 

? Adam Borowiecki i Wydawnictwo Novae Res 2016

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Anna Gajda

KOREKTA: Katarzyna Kusojć

OKŁADKA: Wiola Pierzgalska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.