Rok później, Willow Hills, 1 października
Krwisty burgund lakieru moich paznokci pasuje do wina w kryształowym kieliszku. Siedzę w fotelu przed kominkiem, patrzę na pierwszy ogień w tym sezonie i robię rachunek sumienia. Czy jestem szczęśliwa? Chyba nie do końca, ale się staram. Tak bardzo się staram, że własna matka by mnie nie poznała. Mam na sobie sukienkę i biżuterię Chanel i pełny makijaż. Przyjemne ciepło zaczyna powoli wypełniać pokój, ale reszta domu jest ciągle lodowata. Szczególnie kiedy nie ma tu Siergieja, czyli prawie zawsze. Pusto i chłodno. Średnio co dwie minuty patrzę na zegarek. To piaget treasures z trzydziestoma diamentami. Spoglądam na niego za często i to nie dlatego, że jest piękny. Mija już dwudziesta. Obiecał mi, że będzie najpóźniej po dziewiętnastej. Od godziny już scrolluję telefon. Mam dosyć ekranu.
Z nudów zaczynam przeglądać magazyny leżące obok. W jednym z nich natykam się na nasze zdjęcie, obok nieinteresująca krótka notka. Paparazzi to jedna z wielu nowości w moim nowym życiu. Zastanawiam się, skąd dziennikarze biorą pomysły do pisania. Wyssane z palca brednie. Czasami dowiaduję się z prasy o nas takich rzeczy, że aż nie mogę uwierzyć, że prawnik Siergieja nie lata z pozwami od redakcji do redakcji. Pewnie nie robi tego tylko dlatego, że mój mąż nie czyta brukowców. I tak chyba jest lepiej dla nas wszystkich... Nie mogę się przyzwyczaić do naszej obecności w gazetach. Tak jak do samotności czy wielkich przestrzeni tego domu. Moje przemyślenia przerywa nagle Maria, która po raz trzeci wchodzi do pokoju i pyta, czy odgrzać mi kolację. Ponownie zaprzeczam. Gosposia to też dla mnie nowość. Odchodzi z zawiedzoną miną. Chyba nie tylko ja mam dość tego czekania. Odkąd Siergiej i ja się poznaliśmy, prawie półtora roku temu, mam wrażenie, że cały czas na niego czekam. Jesteśmy już małżeństwem od sześciu miesięcy i mieszkamy pod jednym dachem, a ciągle mało się widujemy. Od naszego ślubu na Hawajach i podróży poślubnej nie spędzamy wiele czasu razem. Nawet tego lata, kiedy przez trzy miesiące towarzyszyłam mu w każdej jego podróży, widywałam go tylko wieczorami. Większość czasu spędzałam samotnie, zwiedzając miasto, w którym akurat byliśmy, albo w hotelu, kiedy pracował. Jedynym wyjątkiem były trzy tygodnie spędzone w Nowym Jorku, kiedy to całe dnie byłam z Elizą. Urządzałyśmy na nowo mieszkanie na Manhattanie, stawiając sobie za cel użycie wyłącznie ekologicznych materiałów i mebli z drugiej ręki. Nic nowego, żadnej zbędnej konsumpcji. Prawdziwa ekologia. Pchli targ, sklepy z antykami, garażowe wyprzedaże i ogłoszenia z internetu. Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy z Elizą. Ma dobrą duszę, jest otwarta, uśmiechnięta i szczera. Bardzo cenię sobie tę przyjaźń. Często rozmawiamy przez telefon. Dzisiaj dzwoni, aby złożyć mi życzenia urodzinowe.
- Wszystkiego najlepszego, szczęściaro! Dwadzieścia jeden lat! Boże, kiedy to było?!
- Oj, nie przesadzaj, nie tak dawno...
- Trzynaście lat temu - wzdycha Eliza. - Co robicie?
- Zgadnij! - mówię poważnym tonem.
- Siedzisz w domu i czekasz na niego, a on się spóźnia.
- Bingo! - wykrzykuję. To, że zgadła za pierwszym razem, utwierdza mnie w przekonaniu, że nie powinnam liczyć na jakąkolwiek zmianę w tej dziedzinie. Tak zawsze było, jest i będzie.
- Nie wierzę... - Oczami wyobraźni widzę już, jak Eliza chwyta się za czoło i siada ze zdziwienia.
- Siergiej żyje dla swojej pracy - ogłaszam zniechęcona.
- Wiem, ale bez przesady! Nie zdaje sobie sprawy, jak przegina! Dziś są twoje urodziny! Zaraz do niego zadzwonię i mu powiem, co o tym myślę! - rzuca ze złością.
- To i tak niczego nie zmieni...
- Zmieni: przynajmniej mi ulży.
- Dziękuję za buty, są boskie! - zaczynam nowy temat.
- Podobają ci się?
- To mało powiedziane. Są przepiękne! Jesteś wielka!
Mowa o parze wykonanych według indywidualnego wzornictwa szpilek Louboutina. Małe cudeńka. Mam je właśnie na sobie. Czarne, skórzane, na bardzo wysokim obcasie z dużymi kokardkami z przodu. No i ta czerwona podeszwa... Klasa. Patrzę na nie, pijąc wino, i zachwycam się ich dopracowaną linią. Powoli, dzięki wielkiemu zaangażowaniu Elizy, zaczynam ubierać się kobieco i stylowo. Nie jest to łatwe, ale robię to dla Siergieja. Mój nowy styl sprawia mu prawdziwą przyjemność. Teraz dżinsy wkładam tylko, kiedy idę na uniwersytet i nie ruszam się z domu bez biustonosza, choć dalej go nie cierpię. Najbardziej z tego wszystkiego lubię buty. Mam do nich słabość i już sporą kolekcję w szafie. Prawie same szpilki...
Siedzę w fotelu i dumam nad słowami Elizy. Znowu się spóźnia. Znowu go nie ma. Te wszystkie dni i wieczory, które spędzam tu sama, czekając na niego... Najczęściej wylatuje gdzieś w poniedziałek rano i wraca w czwartek lub piątek wieczorem. Zdarza się nawet, że w sobotę. Spędzamy razem weekendy. No, powiedzmy, że większość weekendów. W tygodniu, jeżeli tu jest, rano, zaraz po przebudzeniu, często się kochamy, bo to jego ulubiona pora na seks. Potem Siergiej idzie biegać. Prysznic. Następnie jemy śniadanie. W jadalni, przy stole, w ubraniu. Kawa. On, jak zwykle, czyta poranne gazety, a ja obserwuję każdy jego ruch. Mam wrażenie, że jego źrenice zmieniają kształt, kiedy przesuwa wzrok po czytanym tekście. Zachowuje się, jakby mnie nie było. Przez te wszystkie lata samotności chyba zapomniał, jak to jest mieszkać we dwoje...
- Siergiej, proszę cię... - przypominam mu cicho o swojej obecności. To krępujące.
- Przepraszam - mówi zakłopotany i odkłada pospiesznie gazetę na bok. Po jakiś trzech minutach próbuje spoglądać na nią niepostrzeżenie, ale to widzę. Nie może się opanować. To jest silniejsze od niego. Musi być na bieżąco ze wszystkimi informacjami ekonomicznymi i politycznymi ze świata, choć laptopa wyłącza grubo po północy. Doprowadza mnie to do szału. Po śniadaniu wyjeżdża do pracy, a ja jadę na zajęcia. Widzimy się wieczorem albo nocą. Najczęściej to drugie. Jeżeli jest na miejscu, po powrocie do domu pracuje dalej, przygotowując się najczęściej na następny dzień. Czasami odbywa spotkania przez komputer lub telefon. Odgrywam się za to nocą. Późną porą, aby oderwać go od ekranu komputera, włączam muzykę w salonie, robię głośniej, jeszcze głośniej, tańczę, czasami zrzucam z siebie ubranie. Wpada wtedy jak burza i pyta, czy czasem nie postradałam zmysłów. Ale kiedy widzi mnie tak, jak tańczę półnago, cała złość mu przechodzi i stoi w drzwiach, patrząc na mnie z politowaniem. Z czasem wielki uśmiech zmienia się w pożądanie, aż w końcu ulega mi, pokonany. Jestem wielka! Czasami jednak nic na niego nie działa. Wbiega wtedy do salonu, ścisza muzykę i tłumaczy z poważną miną:
- Naprawdę muszę to dziś skończyć. Jutro mam przedstawić ten projekt premierowi. Na tym polega praca konsultanta, rozumiesz? Daj mi to zrobić, co? Idź już spać!
A kiedy po dłuższej chwili nie pojawia się w salonie, chociaż głośnik wyje na cały regulator, wtedy to ja wkraczam do jego przestrzeni. Koronkowa bielizna, makijaż i obcasy. Kocham go, ale muszę walczyć o jego uwagę. Wszystkie sposoby są więc dobre. Udaje się, choć ostatnio zauważyłam, że nie działam już na niego tak, jak na początku. Mam wrażenie, że jest przemęczony i trudno mu się zrelaksować, choć proponuję mu siebie, towar pierwszej klasy.
Ostatnio nawet wspomniałam jego słowa na temat związku z Jennifer i zaczynam, niestety, widzieć pewne podobieństwa. Pobrali się zaledwie po kilku miesiącach znajomości, a ich małżeństwo nie przetrwało nawet roku. Jennifer uznała, że Siergiej nie nadaje się na męża. Staram się odpędzić tę myśl, ale przysięgam, zaczynam podejrzewać, że wiem, co chciała przez to powiedzieć.
Siergiej troszczy się o mnie, zapewnia bezpieczeństwo i życie na wysokim poziomie. To, że niczego nam nie brakuje, to mało powiedziane. W sensie materialnym mamy wszystko. Spędzamy też piękne chwile razem, ale nie jest ich tyle, ile było przed ślubem. Ostatnio przypadkiem usłyszałam fragment jego rozmowy z Borysem.
- Tak to jest mieć w domu młodą siksę...
- Dorastającą córkę w okresie buntu młodzieńczego, chcesz powiedzieć. Od początku ci mówiłem, że z młodą będą kłopoty... Jak ty to wytrzymujesz?! - pytał Borys.
- Miłość jest ślepa... To jedyne logiczne wytłumaczenie, jakie mi przychodzi do głowy - ogłosił rozbawiony Siergiej.
- Logiczne? Nie widzę już dla ciebie ratunku, chłopie... - odpowiedział jego przyjaciel.
Myślę więc, że dalej mnie kocha.
Uniwersytet... Teraz będę spędzać tu zdecydowanie więcej czasu niż przez dwa pierwsze lata. Rok akademicki zaczyna się za dwa dni i jest to mój ostatni rok na architekturze. Nie wiem jeszcze, czy zapiszę się na magisterkę. Za namową Siergieja zaczynam drugi kierunek - dekorację wnętrz. Mój mąż cieszy się z mojego napiętego grafiku zajęć. Będę mniej na niego czekać. Oprócz studiów, które już zajmują mi mnóstwo czasu, mam też lekcje francuskiego, bo Siergiej ma na tym punkcie istnego hopla. Są dni, kiedy mówi do mnie tylko po francusku. Na początku jest to zabawne, ale szybko zaczyna mnie irytować. Zupełnie nie rozumiem, co do mnie mówi. Nie dość, że mało się widujemy, to jeszcze przez to czasem prawie w ogóle nie rozmawiamy... Ale on pozostaje nieugięty i uparty. Nigdy nie daje za wygraną. Chwilami doprowadza mnie tym do obłędu. Wściekam się i wrzeszczę do niego po polsku. Oczywiście daje to efekt odwrotny od zamierzonego. Najpierw się śmieje, a potem przez dwa dni mówi do mnie tylko po francusku. Przestaje tylko, kiedy mu grożę powrotem do akademika. Z nim w ogóle trudno jest wygrać. Zachowuje się jak szef. Czasami mu to wypominam. Ostatnio nawet tak go nazywam, co go bardzo denerwuje. Zamieniłam dla żartu jego imię w moim telefonie. Teraz jak do mnie dzwoni, to wyświetla się jego zdjęcie z napisem: SZEF. Bawi mnie to.
Siergiej jest wymagający, choć najwięcej wymaga od samego siebie. Zaraz potem jestem ja... Muszę się starać. Przeszłam już zajęcia z etykiety, bo jako żona towarzyszę mu na wystawnych przyjęciach i bankietach. Na początku wydawało mi się to ekscytujące, ale szybko przekonałam się, że można tam umrzeć z nudów, jeżeli człowiek nie interesuje się polityką. Wolę być studentką.
Boję się jednak zacząć kolejny rok. Na uczelni nie ma już nikogo z naszej paczki. Suza zapisała się na zaoczną magisterkę i poszła do pracy w małym biurze notarialnym w Oksfordzie. Jest szansa, że od czasu do czasu się zobaczymy. Marc, Monica i Finn w czerwcu dostali pracę w Londynie w dużej firmie i wynajęli tam wspólnie mieszkanie. Lorcan zdecydował się na kontynuację nauki na najlepszym w tej dziedzinie Uniwersytecie w Kansas w Stanach. Zapisał się na studia magisterskie i wyjechał w połowie sierpnia, żeby poznać miejsce i ludzi. Lorcan... Nie pogodził się z tym, że wyszłam za mąż. Nie rozumiał, po co dwudziestolatce ślub i znienawidził Siergieja. Czasami wydaje mi się, że cała nasza znajomość jest jednym, wielkim nieporozumieniem. Wzloty i upadki. Nie wiem, czy to przyjaźń, czy miłość. Trudno mi było się z nim rozstać i płakałam cały wieczór, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. Ale najczęściej wspominam dzień, kiedy powiedziałam mu, że mam zamiar wyjść za Siergieja, choć wolałabym o nim zapomnieć. Ale tak się nie da. Nie wiem, co we mnie wtedy wstąpiło. Od tamtego momentu widzieliśmy się jeszcze parę razy w towarzystwie naszych przyjaciół. Patrzyliśmy na siebie dziwnie, ale nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Kiedy po ślubie przeprowadziłam się do Willow Hills, widywałam go sporadycznie, na kilku zajęciach w miesiącu. Nie potrafiliśmy już ze sobą rozmawiać. Ostatnim razem wpadliśmy na siebie w pizzerii, zagadnęłam do niego, ale zbył mnie szybko. Wyjaśnił, że wyjeżdża do Stanów i dodał:
- Nie chcę, żebyś się ze mną kontaktowała. Zapomnij o mnie. Tak będzie najlepiej. I dla ciebie, i dla mnie.
Trudno mi było z tym polemizować, ale oboje wiedzieliśmy przecież, że to niewykonalne.
- Nigdy o tobie nie zapomnę.
- Chyba jednak będziesz musiała. I pozdrów męża! - rzucił ironicznie, gasząc papierosa i bez słowa pożegnania wszedł do pizzerii, zostawiając mnie samą na zewnątrz. Wróciłam do domu, bo nie byłam w stanie wejść tam z powrotem i udawać przed resztą, że nic się nie stało. Dobrze, że wyjechał. Dobrze, że już nigdy więcej go nie zobaczę! Inaczej nie wiem, jak to wszystko mogłoby się skończyć. Nie mogłabym przestać o nim myśleć. Totalny obłęd... Oby był jak najdalej stąd... Przepłakałam cały wieczór, a kiedy Siergiej wrócił z pracy, udałam, że już zasnęłam. Nie rozumiem, co się ze mną stało i dlaczego tak postąpiłam.
Jest dziewiąta. Postanawiam otworzyć butelkę urodzinowego szampana. Zapomniał. To pewne. Nie mam ochoty dłużej czekać. Wchodzę do kuchni, Maria siedzi przy stole. Nagle słyszę opony samochodu hamujące na żwirowym podjeździe. Wreszcie. Kieruję się w stronę holu. Wchodzi i po cichu zamyka drzwi. Zapala światło. Widząc mnie, chowa twarz w przesadnie wielkim bukiecie czerwonych róż. Podchodzi tak do mnie, klęka przede mną i wystawia kwiaty w moim kierunku. Cały Siergiej.
- Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, ale bardzo mi przykro, że się spóźniłem. Możesz wymyślić mi karę. Dla ciebie zniosę wszystko - oznajmia teatralnie ze spuszczonym wzrokiem.
Świetnie! Mam tyle pomysłów na kary...
- Zakaz mówienia w innym języku niż angielski... Przez cały miesiąc!
- Zgadzam się. Ale to nie wyjdzie ci na korzyść.
Co za typ?! Zawsze musi mieć ostatnie słowo!
- I bez takich! - zakazuję, grożąc mu palcem.
- Będę grzeczny. Coś jeszcze? - pyta ze spuszczoną głową niczym skazaniec.
- Dwa następne weekendy spędzamy w całości razem, w domu, w łóżku, z książkami i z Netflixem. Powiedziałam weekendy, to znaczy: sobota i niedziela.
- Cały czas w łóżku?
- Tak, nawet posiłki!
Wiem, nienawidzi takiego nic nierobienia. Pracoholik. A już ponad wszystko nie cierpi jeść w łóżku. Jest chyba jedynym człowiekiem na świecie, który tego nie lubi. Wszystkie posiłki jadamy przy stole, ze sztućcami, serwetkami, kieliszkami i innymi cudami, niczym w pięciogwiazdkowej restauracji. A okruszki chleba na prześcieradle doprowadzają go wręcz do szału... Wiem, bo sprawdziłam. Maria musiała zmieniać pościel. Trudno. Teraz nie ma wyjścia. Wzdycha.
- Dobrze, niech ci będzie. Ale w ten weekend to niemożliwe, dopiero w następny. Lecę do Brukseli. - Wstaje z kolan i szuka czegoś w kieszeniach marynarki.
- Znowu? - mówię zrezygnowanym tonem.
- Nie mam wyjścia. Ale potem będzie tak, jak powiedziałaś. Obiecuję. - Uśmiecha się i mnie całuje. - Wszystkiego najlepszego, Anno.
Nie mam szans, on działa na mnie jak narkotyk. Jego uśmiech jest dla mnie nie do pokonania. Jestem zupełnie bezbronna wobec jego uroku osobistego: czaruje mnie tak samo jak pierwszego dnia, kiedy go zobaczyłam. Jeśli jeszcze raz miałabym wyjść z tym nieznajomym z sali i zagłębić się w jakiś ciemny korytarz, zrobiłabym dokładnie to samo. Kocham go ponad wszystko. Z wszystkimi jego zaletami i wadami. No i nienawidzę się za to, co mu zrobiłam... Gdyby tylko wiedział. Ale nie wie. Wolę o tym nawet nie myśleć. W ogóle chcę o tym zapomnieć. To był błąd i tyle. Każdy popełnia błędy... Tylko czemu nawet w tej chwili o tym myślę?
- A teraz prezent - ogłasza.
- Przecież umawialiśmy się, że nie będziesz mi niczego kupował!
- I nie kupiłem. Proszę, zobacz. - Podaje mi białą kopertę. Otwieram i wyjmuję trzy strony dokumentów. Spoglądam na niego, oczekując wyjaśnień.
- Czytaj! - rozkazuje.
Dokumenty zatwierdzające prawne otwarcie mojej fundacji. Pomysł Siergieja. Fundacja ma działać w najbiedniejszych krajach Afryki i zasilać tereny niezelektryfikowane w prąd dzięki panelom fotowoltaicznym. Ma sponsorować badania nad konstrukcją nowych sprzętów elektronicznych codziennego użytku, zasilanych bateriami słonecznymi. Działając w branży Siergieja, zawsze będziemy dobrze zaopatrzeni i będę miała kogoś, kto będzie mógł udzielać mi fachowych porad na bieżąco. Przez parę tygodni trwało załatwianie formalności, podpisywanie ton papierów, aktów u notariuszy, prawników i jeszcze nie wiem kogo... Wbrew pozorom z taką fortuną nic nie jest proste.
- Załatwione. Fundacja Anny Taredov jest już faktem. - Wielka satysfakcja pojawia się na jego twarzy.
- Wspaniale. Dziękuję - mówię spokojnie i silę się na uśmiech. Nie mam na to ochoty, ale żona bawiąca się w organizowanie pomocy charytatywnej i finansująca szczytne cele to żona warta nazwiska Taredov. Nie chcę go zawieść.
- Nie ma za co.
Podchodzę i całuję go.
- To co? Gotowa na zabawę? - Patrzy mi w oczy.
- Na jaką zabawę? Przecież jesteś wykończony. Widziałam, jak wyjechałeś z domu po szóstej, zaraz będzie dziesiąta. Daj spokój.
- I co z tego? Przecież nie będziemy siedzieć w domu w twoje urodziny! Jedziemy do Foxa - mamrocze, przecierając twarz dłońmi. Jest zmęczony.
- Mam lepszy pomysł. Ty i ja w gorącej kąpieli pełnej piany. Co ty na to?
Zamyka oczy, przytula mnie i szepcze:
- Miałem nadzieję, że to powiesz.
Nie dochodzi do wspólnej kąpieli, bo najpierw jemy kolację przygotowaną przez Marię, a potem Siergiej po prostu zasypia. Leżę koło niego w naszym ogromnym łóżku i przewracam się z boku na bok, jak ten kurczak na rożnie, bo nie mogę zasnąć. Mój mózg nie chce się wyłączyć. Stresuję się fundacją, bo nie mam pojęcia, jak to się robi, potem staram się myśleć o czymś przyjemniejszym, ale też mi nie wychodzi. Za to wybuch bomby w Paryżu pojawia się randomowo jako pomysł na zaśnięcie w mojej głowie. Przypisano go nieznanym zamachowcom, co jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że stoi za tym Steven Mac Roye, który nagle znikł z naszego życia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Testy nad nowym biopaliwem w fundacji Siergieja, którą specjalnie po to założył, właśnie mają się zacząć. Z Anglii została przeniesiona do Szwajcarii. Ron Dickinson udał się na zasłużone, przedłużone wakacje, a jego miejsce zajął austriacki profesor. Nie jestem pewna czy mój mąż ukrywa przede mną jakieś fakty, czy rzeczywiście Mac Roye dał sobie spokój. Rzadko udaje nam się o tym porozmawiać. Zresztą w ogóle rzadko rozmawiamy, a nawet wtedy wyciągnięcie od niego jakichkolwiek informacji na ten temat graniczy z cudem. Zawsze jest bardzo ostrożny w tym, co mówi, i twierdzi, że Mac Roye musiał zaakceptować jego plany. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć i mam wrażenie, że to tylko cisza przed burzą.
Budzę się sama. Siergiej już pewnie w pracy. Dziś rano mam pierwsze zajęcia na uczelni. Andrew czeka na mnie w jadalni i popija colę z lodem. Nie mam pojęcia, jak można to pić na śniadanie... Andrew jest moim kierowcą, ochroniarzem, moim cieniem. Chodzi za mną wszędzie, wozi mnie i pilnuje. To niby dla bezpieczeństwa. Pracuje dla tej samej agencji, z której korzysta Siergiej. Nie wiem, czy w razie prawdziwego problemu potrafiłby cokolwiek zrobić, ale mój mąż nie chce nawet słyszeć, żebym jechała gdzieś sama. Pełna kontrola. Bardzo w jego stylu. Andrew jest miłym, młodym, wysportowanym facetem, który, niestety, mało się odzywa i cały czas patrzy w ekran swojego telefonu, wypijając przy tym hektolitry napojów gazowanych. Kiedy wchodzę do jadalni, spogląda na mnie i bez cienia uśmiechu wita:
- Cześć.
- Cześć, Andrew, jak leci?
- W porządku, a co u ciebie?
- Dobrze, dziękuję.
I to jest mniej więcej cały nasz dialog. Potem informuję już tylko, gdzie musi mnie zawieźć, co będę tam robić i kiedy ma po mnie wrócić. Na tym się kończy. Zastanawiam się, czy jest nieśmiały, czy po prostu mnie nie lubi. A może jego praca tego wymaga? Siedzenia cicho? Trudno stwierdzić. Ma dzisiaj szare skarpetki. Zauważam, bo przeważnie jest cały na czarno. Chodzi w garniturze, a na kieszonce od marynarki ma logo agencji bezpieczeństwa. Ma mega trądzik i jest przypakowany. Może odrobinę za bardzo. Rękawy od marynarki są napięte na ramionach. Ledwo się tam mieszczą. Musi mu być niewygodnie. Nie jest o wiele starszy ode mnie. Ma może z dwadzieścia pięć lat... Nie wiem. Nic o nim nie wiem. Za każdym razem, kiedy próbuję z nim pogadać, odpowiada półsłówkami albo tylko: tak i nie... On nigdy nie zaczyna ze mną rozmowy. Nigdy też nie widzę, żeby rozmawiał z kimś innym poza Siergiejem i Mattem. Niestety, jak na ironię, od kilku miesięcy spędzam z nim więcej czasu niż z własnym mężem.
Siadam przy stole i piję sok pomarańczowy. Nie chce mi się jeść. Jestem zdenerwowana pierwszym dniem na uczelni. Kiedy Maria przynosi mi śniadanie, pytam, chociaż znam odpowiedź:
- Siergiej już pojechał?
- Tak. Dwie godziny temu.
Maria jest wspaniałą osobą. Jest cierpliwa, miła, dyskretna i taka ciepła... Zupełnie inna, niż wydawała mi się na początku. Ma już dobrze po sześćdziesiątce, ale nie wygląda na swój wiek. Może przez długie ciemne, grube włosy, które nosi najczęściej upięte w kok. Kiedy wprowadziłam się do Willow Hills, dowiedziałam się, że Matt to jej syn. Pracują u Siergieja od lat i są z nim zżyci. Oboje mieszkają w małym domu na terenie Willow Hills, przylegającym jedną ścianą do garaży, w których Siergiej trzyma swoje samochody.
Mój mąż, jak większość mężczyzn, jest fanem szybkich aut. Ma ich kilka, ale moim ulubionym jest kawowe maserati, którym raz zabrał mnie na wycieczkę za miasto. Niestety Andrew wozi mnie pancernym bmw, bo tak mu nakazał Szef. Jest też małe, śliczne ferrari 250 GTO, którego nigdy nie pozwala nikomu prowadzić, nazywane przeze mnie zabawką. Widziałam go, jak wyjeżdżał nim parę razy, sam, kiedy był wkurzony. Po powrocie był już spokojny i wyluzowany. Ten samochód ma na niego kojący wpływ. Jak lek uspokajający. No i oczywiście czarna limuzyna, która kojarzy mi się tylko z jednym.
- Idziemy? - pytam, patrząc na kierowcę. Kiwa głową i wstaje.
- Idę się odlać i jedziemy. - Tyle słów naraz?! Niesamowite... Zachowaj trochę na później!
Kiedy zbliżamy się do kampusu, serce zaczyna bić mi szybciej. Lorcan Maidley. Nie ma szans, żeby go dziś tutaj spotkać, ani dziś, ani jutro, bo jest bardzo daleko stąd. Ale czuję jego obecność. Czuję tu nas i nie mogę przestać. Obiecałam sobie wcześniej, że nie będę o nim myśleć, ale to niemożliwe. Można okłamać każdego, ale nie siebie. Kiedy Andrew podjeżdża pod bramę uniwersytetu, mam ochotę zostać w aucie. Sztywnieję i nie mogę się zmusić do działania. Po dłuższej chwili odwraca się do mnie:
- Co jest? Nie idziesz?
- Nie mam odwagi - rzucam zbyt szczerze. I tak nie może zrozumieć, o co mi chodzi.
- Pierwszy dzień? Nie martw się, będzie dobrze. - Jego wylewność mnie zaskakuje. Od kiedy się znamy, nie wypowiedział do mnie tylu słów w jeden dzień!
- Jak skończę, to wyślę ci esemesa, ale na pewno nie uda się przed piątą.
- Będę czekał - odpowiada i przekręca kluczyk w stacyjce.
Wychodzę z samochodu. Nie ma już odwrotu. Ruszam do głównego budynku, żeby sprawdzić plan zajęć. Idę szybko, wzrok mam wbity w chodnik. Nie rozglądam się, nie chcę przypominać sobie wszystkich rzeczy, jakie tu się wydarzyły. Zapach się nie zmienił. Wali pastą do pucowania parkietu. Pierwszy wykład jest torturą. Nie mogę usiedzieć w miejscu, mam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą, i zupełnie nie potrafię się skupić. Sami obcy. Dziewczyny jak zwykle w przesadnych makijażach, a faceci z gadżetami-zabawkami w rękach. Mieszanka perfum i nikotynowych oparów z e-papierosów. Zbiera mi się na wymioty. Nic się nie zmieniło. Mimo nowiutkiego tabletu Pro w mojej torbie nie robię żadnych notatek, nawet nie wiem, o czym mówi wykładowca. Tragedia. Jak zdołam cokolwiek zrobić w tym roku? A ostatni rok architektury jest ważny i trzeba napisać pracę licencjacką z własnym projektem. Trzy dni w tygodniu architektura, a dwa pozostałe dekoracja wnętrz. Zapowiada się na drogę przez mękę...
Ten pierwszy dzień jest po prostu straszny. A już najgorsza jest stołówka. Muszę coś w końcu zjeść. Wchodzę do sali i specjalnie omijam wzrokiem nasz stolik, to nienaturalne, ale konieczne. W tłumie rozpoznaję kilka osób z trzeciego roku, ale jakoś nie mam odwagi z kimkolwiek rozmawiać. Biorę kanapkę i wychodzę ją zjeść na zewnątrz. Siadam na schodach, wystawiając nogi w kierunku słońca. Z każdej strony dobiegają mnie rozmowy owiane dymem owocowych vapów. Po prawej stronie widać drogę do akademika. Nagle bierze mnie wielka bezsensowna i nieuzasadniona ochota, żeby tam pójść, zobaczyć, co się stało z pokojem numer siedemnaście i dwadzieścia osiem. To zupełnie głupie. I tak nie ma tam już nikogo, kogo znam, a poza tym zabrałam przecież wszystkie rzeczy. Wszystkie oprócz fotela. Był stary i ogromny. Nie miałam co z nim zrobić. Został na korytarzu, kiedy w marcu opuszczałam akademik. Nie zastanawiam się dłużej, wstaję i ruszam dobrze mi znaną ścieżką. Prosto do pokoju dwadzieścia osiem. Stara ja. Po co? Nie wiem.
W korytarzu nie ma nikogo. Pewnie większość jest na wykładach. Wstrzymuję oddech, ale niepotrzebnie, fotela też nie ma. Rozglądam się dookoła, ale ślad po nim zaginął. Może wstawiono go z powrotem do pokoju? Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym dowiedzieć. Pukam do granatowych drzwi. Ktoś rusza się w środku. Otwiera mi obca dziewczyna.
- Hej - Patrzy na mnie zdziwiona. Zapach mojego pokoju się zdecydowanie zmienił. Teraz to sztuczna woń malin albo wiśni oczywiście z e - papierosów.
- Hej, szukam takiego fotela, który tu stał... Koło twoich drzwi, na korytarzu. Duży, ciemnoniebieski. Wniosłaś go do środka? - zaczynam niepewnie. Dziewczyna mierzy mnie wzrokiem i odpowiada:
- Fotela? Nie ma tu żadnego fotela. Chyba coś ci się pomyliło. - Po czym otwiera szerzej drzwi, abym mogła się przekonać, że mówi prawdę. Zdecydowanie wiśnia.
- Widocznie ktoś inny go wcześniej zabrał. Od dawna masz ten pokój?
- Od marca. Chcesz wejść do środka? - proponuje, wskazując pokój ręką.
- Nie, dziękuję. Muszę już iść. Na razie.
- Nie ma za co.
Odwracam się i ze łzami w oczach wychodzę na zewnątrz. Trzeba było tu nie przychodzić! Po co mi to?! Drzwi, ten pokój, drewniana podłoga. Muszę w końcu o tym zapomnieć. Muszę stąd uciec.
Po powrocie do domu, idę pod prysznic zmyć z siebie ten dzień i wspomnienia. Mówię Andrew, żeby pojechał do siebie. Pyta, czy może skończyć oglądać mecz w naszym salonie, bo i tak pan Taredov polecił mu czekać do jego powrotu. Każę mu jechać do domu, jak tylko skończy się transmisja. Maria kończy przygotowywać kolację.
- Jesteś głodna? - pyta.
- A jest już gotowe? - Zaglądam do garnka.
- Tak. Nie czekaj na Siergieja.
- Pewnie znów wróci późno - przytakuję.
Patrzy na mnie z politowaniem i dodaje ciepłym głosem:
- Zanim cię poznał, było jeszcze gorzej. Prawie codziennie wracał do domu po pierwszej w nocy. Zauważyłam, że teraz się bardziej stara.
- A! Czyli idzie ku lepszemu! - stwierdzam, uśmiechając się do niej i siadając przy stole. - Proszę już iść. Poradzę sobie sama - proponuję, kiedy kończy chować garnki do szafki.
- Dobrze. Dobranoc, Anno - odpowiada, zdejmuje fartuch i wychodzi z kuchni.
- Dobranoc.
Nakładam jedzenie na talerz. Zaczynam jeść w samotności, rozmyślając o przeszłości w akademiku. Nagle dzwoni telefon. SZEF. Uśmiecham się.
- Anna? Nie zdążę na kolację. Mój klient przełożył właśnie jutrzejsze spotkanie na dzisiejszy wieczór. Przykro mi, nie czekaj na mnie.
- Trudno - rzucam od niechcenia, nie ma nawet sensu mu tłumaczyć, że już jem. W sumie nie jem, raczej przesuwam widelcem kawałki jedzenia z jednej strony talerza na drugą. Nie jestem głodna. Mój uśmiech znika.
- Coś się stało?
- Nie, nic... Dlaczego?
- Masz smutny głos. - Zawsze potrafi wyczuć moje emocje, nawet na odległość.
- Jestem wykończona. Pierwszy dzień na uczelni nie był zbyt udany. Ale nieważne, pogadamy o tym jutro wieczorem.
- Dlaczego? Co stało się na uczelni? Nie lubisz swoich wykładowców?
Czasami naprawdę traktuje mnie jak małolatę...
- Nie! To nie o to chodzi. Nie ma nikogo z mojej paczki, czuję się tam obco.
Mówi teraz coś, ale nie do mnie, jest z ludźmi. Po chwili zwraca się do mnie zdziwiony:
- Jak to obco? Są przecież wszyscy z trzeciego roku, więc to nie tak, jakbyś była tam nowa. Nie rozumiem.
- No właśnie, nie rozumiesz. Daj spokój. Nie mówmy już o tym.
- Jak chcesz. Porozmawiamy jutro rano.
Cisza. Jestem zmęczona tym dniem, nie mam siły się tłumaczyć. Szczególnie że Siergieja znów nie ma. Tego typu telefony dostaję średnio dwa razy w tygodniu. Zdążyłam się już przyzwyczaić, choć tęsknię za nim cały czas tak samo.
- Zaraz się kładę - mówię leniwie i przeciągam się przy kuchennym krześle.
- Postaram się być jak najszybciej, może zdążę jeszcze dać ci buziaka na dobranoc.
- Może... W takim razie nie mówię ci jeszcze dobranoc. Do zobaczenia.
- Pa, kochanie - odpowiada i rozłącza się.
Zostaję sama. Bez rodzinny, przyjaciół, znajomych i bez męża. Odstawiam prawie nietknięty talerz jedzenia do ogromnej lodówki. Idę do sypialni. Po drodze mijam garderobę pełną pięknych ubrań i rzędy stylowych butów. W łazience zmywam makijaż i udaję, że nie widzę flakonów drogich perfum ani kosmetyków. Nowe życie. Kładę się i jakimś cudem szybko zasypiam. Nagle budzi mnie hałas dobiegający z parteru. To Siergiej, myślę. Sprawdzam godzinę, jest po jedenastej, dopiero co przysnęłam. Udało mu się wrócić szybciej. Zamykam komputer, leżący na moich kolanach i odstawiam go na podłogę koło łóżka. Znów hałas. Chyba coś się przewróciło. Czekam jeszcze chwilę, nadsłuchując, aż w końcu wstaję i idę na dół. Może Maria albo Andrew się wrócili. Już na schodach czuję zimne powietrze, jakby powiew chłodnego wiatru. Ktoś otworzył okno. Idę do kuchni, bo jest zaraz przy schodach. Nikogo.
- Siergiej? To ty? - pytam. Nikt nie odpowiada. Wchodzę do holu. Drzwi wejściowe są otwarte na oścież. Stąd ten chłód!
- Siergiej? Andrew?
Cisza. Zamykam i idę do salonu. O cholera! Totalny chaos. Wszystko leży na ziemi: książki, wazony, nawet obrazy. Jakby przeszło tornado. Przypomina mi się rewizja, którą mi zaserwowano swego czasu w akademickim pokoju, tyle że teraz ma to zupełnie inne znaczenie. Czuję nieprzyjemny smak w ustach, gorycz. Oddech przyspiesza i coś w środku każe mi się schować. Ale boję się iść dalej. Każdy krok wymaga odwagi. Nie wiem, co robić. Światła są zgaszone. Nagle słyszę, że ktoś wbiega do holu i kiedy się obracam, miga mi męska sylwetka. Mało nie umrę ze strachu! Biegnę do naszej sypialni, chwytam za telefon komórkowy i lecę do łazienki. Zamykam drzwi na zasuwkę, po czym kulę się w kącie i wybieram numer Siergieja.
Sygnał. Odbierz, błagam, odbierz... Serce wyskoczy mi zaraz na zewnątrz. Nie odbiera. Do diabła! Jak ma jakieś ważne spotkanie, to nic z tego! Wyłączam telefon i wyglądam przez łazienkowe okno, sprawdzam, czy jest ktoś na zewnątrz. Widzę kawałek ogrodu i wjazd na posesję. Nie ma nikogo, żadnego samochodu. Muszę przyłożyć rękę do ust, żeby uspokoić własny oddech. Hałasy ucichły. Co robić? Kto tam jest? Kucam i znów wybieram numer Siergieja. Odbiera po dwóch sygnałach. Nareszcie...
- Anna? - zaczyna spokojnie.
- Siergiej! Ktoś jest w domu! Nie wiem kto. Błagam, przyjedź natychmiast, tak się boję! Nie wiem, co mam robić! - informuję spanikowanym szeptem.
- Jest z tobą Andrew?
- Nie ma go, jestem sama. Co mam robić?
- Gdzie dokładnie jesteś? Widziałaś kogoś?
- Widziałam jakiegoś faceta na dole, w domu. Wszytko jest poprzewracane, powywalane... i drzwi są otwarte na dole... i... Bo myślałam, że to ty... - Nie mogę się uspokoić.
- Gdzie teraz jesteś? - ponawia pytanie stanowczym głosem, przybierając ton apodyktycznego prezesa.
- W łazience na górze. Co mam robić? Co mam robić? - panikuję.
- Przede wszystkim nigdzie nie idź i nie rozłączaj się. Rozumiesz?
- Tak...
- Zamknęłaś drzwi od łazienki?
- Tak. - Rozmawiając z nim, staram się jednocześnie słuchać, czy ktoś nie zbliża się do łazienki.
- Nie wykonuj żadnych ruchów. Zostań, gdzie jesteś i bądź cicho. - Szef wydaje mi następne polecenia, a ja mam wrażenie, że moje serce zaraz tego nie wytrzyma i wybuchnie.
- Gdzie jesteś? - pytam, myśląc, że jest już w drodze.
- Właśnie wychodzę z restauracji.
- Co?! Z jakiej restauracji? - prawie krzyczę i od razu ściszam głos ze strachu, że ktoś mógł mnie usłyszeć.
- Jestem w Londynie, nie pamiętasz?
- W Londynie?! Przecież będziesz tu najszybciej za godzinę! Do tej pory... - Kulę się jeszcze bardziej, chciałabym zniknąć. - Siergiej, tak się boję! Zrób coś, błagam...
- Dzwonię do Andrew i będzie tam szybciej niż ja. I zawiadomi policję. A Maria, gdzie jest?
- Poszła już do siebie - odpowiadam przez łzy, żałując nagle, że odesłałam tę dwójkę tak szybko do domu. Mimo wcześniej złożonych obietnic. Zasada jest taka, że Andrew zostaje ze mną, póki Siergiej nie wróci. Dostanie nam się za to. Mnie i jemu.
- Spokojnie. Bądź cicho i nigdzie się nie ruszaj, okej? Poczekaj, muszę zadzwonić z drugiej linii. Nie rozłączaj się! Zaraz się odezwę.
Nastaje cisza. Czekam, aż znów coś powie. Przypomina mi się moment, kiedy miałam lufę pistoletu na skroni. Na samo wspomnienie powraca wymiotna gorycz. Na szczęście toaleta jest tuż obok. W razie czego... Siedzę skulona i nadsłuchuję każdego najmniejszego dźwięku. Jedynym, jaki się teraz da wyłapać, jest bicie mojego serca. Dlaczego to tak długo trwa? Czemu jeszcze go nie ma? Każda sekunda wydaje się trwać w nieskończoność. Wreszcie słyszę głos w słuchawce.
- Andrew zaraz tam będzie. Maksimum za pięć minut. I policja też. Już do nich zadzwoniłem. Nie bój się. Wszystko w porządku? Jesteś cały czas w łazience?
Jest nadzwyczaj spokojny. Nie mogę wyjść z podziwu...
- Tak.
- Słyszałaś coś? Jakieś głosy czy hałasy?
- Nie. Od kiedy jestem na górze, to nie. On chyba był sam i uciekł, kiedy zobaczył, że zeszłam na dół.
- Czekaj i się nie ruszaj - stara się mnie uspokoić.
- Umieram ze strachu - dukam, siedząc skulona na podłodze przy wannie. Kurczowo zaciskam powieki, jak małe dziecko, w nadziei, że może w ten sposób zrobię się niewidoczna.
- Wiem, wiem... Jeszcze tylko moment. Ja też niedługo już będę, nie ma korków. Powinienem być za niecałe czterdzieści minut.
- To bardzo długo...
W tym momencie słyszę kogoś na zewnątrz. Wyglądam przez okno i widzę Andrew. Chyba nigdy wcześniej nie ucieszyłam się tak na jego widok. Mój wybawiciel...
- Jest tu! On już tu jest! - szepczę do słuchawki.
- Kto?
- Andrew! Dzięki Bogu...
- Nie pokazuj się. Powiedziałem mu, gdzie jesteś. Sprawdzi dom i po ciebie przyjdzie.
- Okej, zostaję tu, gdzie jestem - odpowiadam pełnym nadziei głosem.
Andrew zadziera głowę do góry i machnąwszy mi ręką, wchodzi do budynku. Zanim tracę go z oczu, widzę, że ma przy sobie pistolet. Nie miałam pojęcia, że nosi ze sobą broń. Na jej widok plus znowu mi przyspiesza. Kucam koło wanny i zastygam w pozycji skulonego dziecka ze słuchawką przy uchu.
- Siergiej? - zaczynam, ale nie kończę, bo słyszę wystrzał.
Zastygam. Ktoś do kogoś strzelił. W naszym domu...
Telefon wypada mi z ręki i leci z hukiem na kafelkową podłogę. Zaraz po tym słyszę kroki zbliżające się do drzwi pomieszczenia, w którym się znajduję. Szybkie i ciche. Błagam, tylko nie to... Przestaję oddychać. Czas się zatrzymuje. Klamka się ruszyła, drgnęła jakby, ale nikt na nią nie naciska. Otwieram usta i oddycham bezgłośnie. Cisza. Wdech, wydech, wdech, wydech... Zachowując resztki logicznego myślenia, rozglądam się po łazience, żeby zobaczyć, czy mam jakąkolwiek drogę ucieczki. Okno. Jest wystarczająco duże, żeby nim wyjść. Ale co to da? Przecież nie skoczę z pierwszego piętra! Wdech, wydech... Sekundy ciągną się w nieskończoność. Bezwiednie zaciskam dłonie w pięści, a moje powieki przestają mrugać. Zamieniam się w słuch... Cisza... Długa, bezimienna, beznadziejna cisza. Bezgłos. Bezruch. Martwota. Zaraz umrę. To trwa za długo. Wreszcie dwa auta wjeżdżają na posesję. Policja. Pod drzwiami nadal cisza. Sięgam po telefon. Robi mi się słabo i zaczyna mi się kręcić w głowie.
- Siergiej? - staram się powiedzieć... Ale chyba mi się nie udaje. Robi mi się ciemno przed oczami.
Kiedy się budzę, mam sucho w ustach. Otwieram oczy. Leżę na łóżku w naszej sypialni. Nade mną stoi nieznany lekarz w towarzystwie dwóch policjantów.
- Jak się pani nazywa? - pyta doktor, świecąc mi w oczy małą lekarską latarką. Oślepia mnie.
- Anna Taredov.
- Okej, Anno, poznajesz, gdzie jesteś?
- W sypialni.
- Wszystko w porządku, miałaś małą niedyspozycję. Jesteś już bezpieczna - dodaje i odsuwa się od łóżka. Robi przejście dla mundurowych. Przez otwarte drzwi pokoju widzę dwóch innych policjantów przechodzących szybko korytarzem ze służbowymi walizkami w rękach. Spoglądam pytająco na mężczyzn, szukając wzrokiem Siergieja. Nie ma go tu.
- Komisarz Henry Stewart, a to inspektor John Macur. Mamy do pani kilka pytań.
Nie reaguję, próbuję zrozumieć, co się stało. Oblepiam ich wzrokiem. Henry Stewart jest niski, wąsaty, a jego ciemne włosy dziwnie błyszczą. Chyba przesadził z brylantyną... Stoi dosyć blisko łóżka i mówi półgłosem. Ledwo go słyszę. Przełykam głośno, choć prawie nie mam czym.
- Jak długo była pani w łazience? - pyta.
- Nie wiem, jakieś piętnaście minut może... - Próbuję policzyć, ile czasu mogłam tam spędzić. - Nie mam pojęcia, wydawało mi się, że bardzo długo, ale nie wiem... Gdzie jest mój mąż? Czy Siergiej już przyjechał? Chciałabym go zobaczyć - dodaję, podnosząc się i siadając na łóżku.
Wtedy odzywa się lekarz:
- Proszę jeszcze przez moment nie wstawać.
- Nie, nie ma go. Wie pani, gdzie jest? - odpowiada policjant.
- Tak, jest w samochodzie, jedzie tu. - Zaczynam szukać telefonu.
- Czego pani szuka? - pyta na tyle cicho, że nie jestem pewna o co.
Spoglądam na niego pytająco, a on podnosi brwi na widok mojej dezorientacji.
- Mojej komórki. Mąż był ze mną na linii, kiedy przyjechaliście... - ryzykuję odpowiedź na pytanie, którego nie jestem pewna.
- To ta? - Pokazuje mi telefon.
- Tak, ta - odpowiadam, wyciągając rękę w jego kierunku.
Mężczyzna podaje mi aparat i nie spuszczając mnie z oczu, prosi:
- Proszę do niego zadzwonić i zapytać, gdzie jest.
Przytakuję i mówię:
- Siri, zadzwoń do szefa. - Wszystkie brwi w pokoju, poza moimi, się unoszą.
Siergiej odbiera od razu.
- Anno? Co się dzieje? Dlaczego się rozłączyłaś? Gdzie jesteś? - Jest już po wszystkim, a on dopiero teraz wydaje mi się zdenerwowany.
- Nic mi nie jest. Jest ze mną policja, czekamy na ciebie.
- Dzięki Bogu. Jestem jakieś dziesięć minut od domu.
- Dobrze, nie pędź już, jestem już bezpieczna. - Jeszcze by brakowało, żeby teraz miał wypadek samochodowy.
- Nie martw się o mnie. Podaj telefon szefowi policji! - rozkazuje. Odsuwam telefon od ucha i pytam, patrząc na policjantów:
- Kto tu dowodzi?
- Ja - odpowiada Stewart.
- Mój mąż chciałby z panem porozmawiać. - Podaję mu aparat.
Komisarz o błyszczących włosach bierze ode mnie komórkę i wychodzi z pokoju, rozmawiając. Inspektor Macur nie daje mi chwili wytchnienia, zadając dziesiątki pytań i nagrywając naszą rozmowę na mały dyktafon. Muszę opowiedzieć, co robiłam przez cały dzień, od samego rana aż do teraz z najmniejszymi szczegółami. Minuta po minucie.
Kiedy Siergiej dociera wreszcie do domu, siedzę zgarbiona na łóżku i próbuję przypomnieć sobie, co dokładnie się stało. Wchodzi szybkim krokiem do pokoju i od razu bierze mnie w ramiona.
- Nic mi nie jest. Wszystko dobrze - uspokajam go, widząc, jaki jest przerażony. Bierze moją twarz w dłonie i całuje mnie w czoło, potem w czubek głowy, powtarzając szeptem:
- Moja kochana, moja kochana... - Jego ręce są lodowate, a policzki czerwone. Za oknem widzę kolorowe światła. Radiowóz albo karetka. Odjeżdża bez sygnału spod domu. Spoglądam pytająco na Siergieja.
- Dzięki Bogu...- Wstaje i przedstawia się policjantowi: - Siergiej Taredov.
- Komisarz Henry Stewart.
- Co tu się stało, panie komisarzu? - pyta, krzyżując ręce.
- Właśnie próbujemy to ustalić, ale pana żona ma najwyraźniej problemy z przytoczeniem nam pewnych faktów. Nie jesteśmy pewni chronologii zdarzeń ani dokładnego czasu ich trwania. Chyba damy jej już spokój i poprosimy państwa o zjawienie się jutro rano na posterunku w celu dalszych wyjaśnień...
Słuchałam tego komisarza i mam wrażenie, że oglądam jakiś film.
- Musimy jechać na posterunek? - kontynuuje zdziwiony Siergiej. - Dotychczasowe zeznania mojej żony nie wystarczą?
- W sprawach z postrzałem z broni palnej musimy mieć wszystkie detale, nie możemy niczego przeoczyć, sam pan rozumie.
Przykładam drżącą dłoń do ust. To jest jakiś koszmar. On mówi o broni palnej? Strzał! Jak mogłam o nim zapomnieć?!
- Słyszałam strzał z broni! - ogłaszam nagle, jakbym odzyskała pamięć.
- Dlaczego wcześniej nam pani o tym nie powiedziała? - Policjant patrzy na mnie podejrzliwie.
- Nie wiem... Dopiero teraz to sobie przypomniałam. Teraz już wiem. Rozmawialiśmy z mężem przez telefon, kiedy nagle usłyszałam ten strzał, a chwilę potem jakieś kroki... Tak jakby ktoś zbliżał się do łazienki, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam wozy policyjne, które wjechały na posesję. - Mówię niepewnie, jakbym opowiadała stary film widziany dawno temu.
- Twierdzi pani, że usłyszała strzał z broni?
- Tak, tak mi się wydaje.
- Tak się pani wydaje czy jest pani pewna? - Komisarz Stewart jest wyraźnie niezadowolony z tego, co opowiadam. Mam wrażenie, że go denerwuję.
- Jestem pewna. - Patrzę mu prosto w oczy.
- Czy kiedykolwiek wcześniej słyszała pani taki strzał?
- Na żywo? Nie... Tylko w telewizji, ale... Jestem pewna, że to był strzał. - Mężczyzna obserwuje mnie, podnosząc swoje krzaczaste brwi z miną wyrażającą zniesmaczenie.
- Dobrze, a potem te kroki? Co to były za kroki?
- To znaczy? Nie rozumiem?
- Ktoś biegł? Szedł spokojnie?
- Raczej szedł, ale takim przyspieszonym krokiem... - Teraz to już go wkurzam na dobre, patrzy i zastyga, dokładnie jak Siergiej, z założonymi na siebie rękami.
- Czyli ktoś dosyć szybko podszedł pod pani drzwi, a potem odszedł?
- Nie... Nie słyszałam, żeby odchodził. Następną rzeczą, jaką słyszałam, były samochody podjeżdżające pod dom, a potem, potem nie wiem...
- Sugeruje pani, że ten ktoś jakimś cudem zniknął spod pani drzwi, nie zrobił żadnego hałasu i ominął policjantów, którzy byli już przed wejściem do pani domu?! - relacjonuje z niedowierzaniem komisarz, podnosząc jedną brew.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia, co się z nim stało. Moją uwagę odwróciły samochody, więc mogłam przeoczyć dźwięk oddalających się kroków. Nie znaleźliście go? To nie on jest ofiarą strzału? Andrew go nie postrzelił na dole? - pytam i przenoszę wzrok z komisarza na Siergieja. Stoi i przygląda mi się z niepokojem. Jego szczęka porusza się mechanicznie, a ręka przeczesuje włosy. O nie!
- Ktoś zginął? - pytam przerażona, z drgającymi wargami, patrząc po kolei na każdego obecnego. Siergiej spuszcza wzrok, a kiedy znów na mnie patrzy, widzę smutek w jego oczach:
- Andrew został postrzelony w plecy. Jest teraz w szpitalu...
Ponownie oblatuję wszystkich wzrokiem, ale nikt nie chce mi teraz spojrzeć w oczy. Nie, nie, nie...
- W jakim jest stanie?
- Ciężkim. Tak powiedział lekarz.
- Andrew... - powtarzam, jakbym chciała to cofnąć. Jakbym mogła coś z tym jeszcze zrobić.
Nikt nie odpowiada. Siergiej przytakuje wreszcie widząc, że nie przestaję na niego patrzeć. Komisarz i drugi policjant, po porozumiewawczej wymianie spojrzeń, wychodzą, zostawiając nas samych w sypialni. Mam atak paniki. Już drugi raz w życiu. Udaje mu się mnie uspokoić dokładnie tą samą metodą co za pierwszym razem. Oddycha przesadnie mocno i każe mi oprzeć dłonie na swojej klatce piersiowej. Działa.
Następne dni są jak film, dokładniej jak horror. Chodzę na przesłuchania, obserwuję policjantów przeszukujących centymetr po centymetrze nasz dom, robiących zdjęcia każdej przewróconej książce i rzeczy. Zabroniono nam czegokolwiek dotykać. Słucham pytań, odpowiadam na nie. Potem jeszcze raz i jeszcze, i tak w kółko, aż do znudzenia. Podpisuję zeznania, patrzę uważnie na setki zdjęć... Robię to wszystko, o co mnie proszą, ale w tym nie uczestnicząc. Obecna ciałem, ale nie duszą. Myślami jestem zupełnie gdzieś indziej. W pancernym bmw przed bramą uniwersytetu, z Andrew. Rozmawiamy. Mówi mi: "Nie martw się, będzie dobrze i będę czekał".
Andrew leży po operacji w szpitalu. Jest przytomny, ale na razie oddycha za niego maszyna, bo kula uszkodziła mu płuco. Lekarze twierdzą, że z tego wyjdzie, ale jest cały czas na intensywnej terapii. Płaczę, a Siergiej godzinami tłumaczy mi, że nie z mojej winy tam się znalazł, ale nie chcę go słuchać. Wiem przecież, jak było. Po tej nocy nie jestem już tą samą osobą co wcześniej. Ten dom nie jest tym samym domem. Jedyną rzeczą, o której teraz marzę, jest przeprowadzka. Nie chcę i nie mogę tu zostać. Najpierw, na dwa pierwsze dni przenosimy się do hotelu. Potem, za namową Siergieja wracamy jednak do Willow Hills. Mówi, jak zwykle, że lepiej się z tym zmierzyć, niż unikać konfrontacji i żyć w ciągłym strachu. Nie do końca się z nim zgadzam, ale nie pozostawia mi wielkiego wyboru. Proponuje, że wróci do domu sam i poczeka, aż będę na to gotowa. Spanie samotnie w hotelu jest jeszcze gorsze. Wybieram więc mniejsze zło. Pierwsza noc jest tragiczna. Śpię może z godzinę. Cały czas słyszę ten wystrzał z broni. Za każdym razem, kiedy wchodzę do salonu, wstrzymuję oddech. Maria wszystko posprzątała i poukładała na swoje miejsce, ale to nie pomaga.
Tego samego dnia agencja ochrony wysyła mi nowego ochroniarza. Nazywa się Herkus, ma dwadzieścia cztery lata i jest z pochodzenia Litwinem. Wyszkolony na drugim z trzech możliwych poziomów bezpieczeństwa. Cały czas nosi kamizelkę kuloodporną i broń. Przyglądam mu się uważnie, zastanawiając się, czy wie, co stało się z jego poprzednikiem i jak nudną będzie miał pracę. Siergiej daje mu wskazówki, opisując wszystko ze szczegółami, a na koniec podsumowuje:
- Czyli w skrócie masz jej nie odstępować na krok, za każdym razem, kiedy mnie nie ma.
Zapowiada się bosko, wzdycham. Później, kiedy jesteśmy sami, informuje mnie:
- Dla ciebie też mam wytyczne co do nowego ochroniarza.
Patrzę na niego i spodziewam się dosłownie wszystkiego.
- Kiedy mnie nie ma, nie możesz, pod żadnym pretekstem, go odsyłać. Żadnym.
- Rozumiem.
- I bardzo zależy mi na tym, żebyś wprowadziła tę aplikację do telefonu. Będzie zsynchronizowana z jego i z moim, żebyśmy zawsze mogli wiedzieć, gdzie jesteś. Nie chcę ci tego narzucić, ale proszę cię, abyś to przemyślała. Chodzi o twoje bezpieczeństwo. Byłbym spokojniejszy.
- Jak to działa?
- Kiedy masz włączony telefon, mogę na żywo śledzić twoje położenie z precyzją do czterdziestu centymetrów, w razie potrzeby słuchać, co się u ciebie dzieje i wezwać policję czy pogotowie, wysyłając najnowsze dane twojego położenia i informacje o stanie zdrowia.
Marszczę czoło i wzdymam policzki. Serio, po co to komu?
- To już przesada, nie uważasz? - Szukam odrobiny zrozumienia.
- A czy to, co stało się tutaj, kiedy odesłałaś Andrew do domu, nie było przesadą? Oczywiście w tym przypadku wiedziałem, gdzie jesteś, ale wyobraź sobie, że ma to miejsce gdzieś indziej i jesteś sama.
Nigdzie indziej nie jestem sama, bo mam ochroniarza.
- A lokalizacja przez Apple nie wystarcza?
- Jest mniej dokładna i nie ma pozostałych funkcji. Proszę, zgódź się. - Robi taką minę, że nie mogę mu odmówić. Jest mi wszystko jedno. Chciałabym przestać się bać. Może to mi w tym pomoże?
- Okej. Skoro cię to uspokoi.
Wzdycha z ulgą i wystawia rękę w moim kierunku. Odblokowuję telefon i podaję mu go. Po kilku minutach smycz jest założona. Teraz śledzi mnie satelita.
- I jeszcze jedno, a propos nowego ochroniarza, Herkusa. Chłopak nie lubi dotyku obcych - mówi.
- To znaczy?
- To znaczy, że coś takiego jak ręka na ramieniu, uścisk dłoni, czy każdy kontakt fizyczny z inną osobą jest dla niego wyzwaniem. Prosił, żeby cię o tym poinformować. Ale spokojnie, jest wyszkolony i ma wszystkie certyfikaty. W razie niebezpieczeństwa będzie skuteczny.
Otwieram szerzej oczy. Dziwne, że wybrał taki zawód, skoro nie znosi dotyku innych. Co zrobi, jeśli będzie musiał mnie ochronić swoim ciałem przed jakimś popaprańcem na ulicy na przykład? Siergiej widzi pytania w mojej głowie i chociaż nic jeszcze nie powiedziałam, dodaje:
- Nie obmacuj go i będzie dobrze.
Obrywa przez to po żebrach. Uśmiecham się.
W miesiąc po całym zajściu Andrew opuszcza intensywną terapię i oddycha samodzielnie. Szybko nie wróci do pracy, ale podobno ma teraz szanse na zupełne wyzdrowienie. Czuję ulgę. Nalegam, żeby odwiedzić go w szpitalu, ale Siergiej się nie zgadza. Twierdzi, że to zbyt niebezpieczne. Mogę za to zadzwonić. Nawet na żywo trudno się rozmawia z takim niemową jak Andrew, a przez telefon to już zupełna porażka. Udaje mi się go jednak przeprosić za całe zajście.
- Taka praca - kwituje.
Później dziękuje za pokrycie kosztów leczenia w prywatnej klinice, w której przebywa, i za odszkodowanie od Siergieja. Twierdzi, że nie będzie już musiał pracować do końca życia. Nie wiem, co odpowiedzieć. Siergiej mi o tym nie wspominał. Na końcu Andrew stwierdza:
- Cieszę się, że tobie nic się nie stało.
- To twoja zasługa - odpowiadam i się rozłączam, bo nie mogę już powstrzymać łez.
Policja, a w szczególności komisarz Stewart, jest częstym gościem w naszym domu. Każda ich wizyta to automatyczny powrót do koszmaru, koniec mojego dnia. Przychodzą w kilku, w ciszy robią różne pomiary, fotografują ściany, podłogę i inne rzeczy. Nawet w kilka tygodni po całym zajściu. Nie rozumiem, w jakim celu, przecież wszystko jest tam już posprzątane i wyczyszczone. Maria dużo się napracowała, żeby zmyć ślady krwi z podłogi i ze ściany. Andrew został postrzelony w plecy. Ten, który do niego strzelił, nawet nie dał mu szansy obrony. I trafił za pierwszym razem. Miał wprawę.
Na podłodze w tym miejscu nie ma już ani jednej kropli krwi, widać za to przetarte ślady po ryżowej szczotce, której używała nasza gosposia. Za każdym razem, kiedy tędy przechodzę, staram się omijać to miejsce, nie chcę dopuścić się profanacji. W końcu, po jakimś czasie, pojawia się tam mały ciemnozielony kobierzec, który zakrywa całą strefę drgań i strachu, dwa metry obszaru horroru. Jestem jej za niego wdzięczna. Za ten perski ręcznie tkany dywanik w ciemne kwiaty. Choć nie wiem, czy to dobry pomysł. Zamiatamy Andrew pod dywan. Udajemy, że go tam nie ma. Prywatna klinika, odszkodowanie i pozamiatane.
Najgorsze jest to, że policja nie ma najmniejszego pojęcia, kim jest strzelec. Gdybym chociaż wiedziała, jak wygląda, moja chęć zemsty przybrałaby ludzką formę. Istniałby jakiś obiekt nienawiści. Dlatego czasami przychodził mi na myśl facet z tatuażem Szału, wtedy odczuwałam namiastkę czegoś na miarę ulgi, wiedząc, że to być może był on. Ale to nie ulga, to terror. Są dni, kiedy udaje mi się dobrze trzymać. Tak dobrze już potrafię się oszukać. Moim sposobem jest rzucenie się w wir pracy w fundacji i na uczelni. Jak w fabryce, po prostu nie przestaję. Lecę na trzy zmiany. Uciekam w obowiązki, w różne zajęcia, w naukę. W dzień chodzę na wszystkie wykłady, nigdy niczego nie opuszczam, po południu uczę się, a wieczorami próbuję zbudować strukturę fundacji. Nie zatrzymuję się ani na sekundę. Teraz wiem, jak wygląda świat Siergieja, i coraz częściej zastanawiałam się, przed czym on tak ucieka...
W prezencie gwiazdkowym mój mąż kupuje mi mieszkanie w Paryżu. Chcę skończyć ten rok akademicki i uciec z Anglii. Mam nadzieję, że Siergiej przeniesie się tam ze mną, jeżeli go o to poproszę. Oboje lubimy Paryż, nawet mimo tej bomby w hotelu na Montmartre. Tu też mydlę sobie oczy. Wmawiam sobie, że to czysty przypadek i że nie chodziło o nas. W sumie nie mamy żadnych oficjalnych dowodów, że to Mac Roye za tym stoi. Chcę wierzyć, że nie... W stolicy Francji byliśmy już parę razy i miasto zdążyło już zawładnąć moim sercem. Siergiej oczywiście nigdy nie robi nic na pół gwizdka i obdarowuje mnie dwustumetrowym mieszkaniem przy Champs Élysées. Jestem w siódmym niebie. A co najlepsze, trzeba tam zrobić generalny remont. Mogę wszystko zaplanować i urządzić tak, jak chcę. Zająć się tym i oderwać się od rzeczywistości i tragicznych wydarzeń z Willow Hills. Teraz prawie każdy weekend spędzam w Paryżu. Wreszcie szlifuję francuski. Siergiej rzadko ze mną lata. Jest zajęty. Towarzyszy mi Herkus. Pan Nietykalny.
Dopiero po paru tygodniach udaje nam się spokojnie porozmawiać o tym, co się stało. Bez płaczu, krzyku i tego typu emocji. No, prawie bez... Chcę wiedzieć, kto i po co przyszedł do Willow Hills. Policja się nie wykazała, a z domu nic nie zginęło. Tak więc albo nie znaleźli tego, czego szukali, albo nie po to przyszli. Oni, on? To też nie jest ciągle jasne. Według komisarza było ich dwóch. Siergiej ma swoją wersję zdarzeń.
- To ludzie Mac Roye'a. Szukali informacji. - Jest zupełnie spokojny i pewny tego, co mówi.
- Jakich?
- Są dwie możliwości: temat alg i naszego projektu oświetlania ich dzięki ogniwom fotowoltaicznym. Pewnie chcieli sprawdzić, czy nie wznowiłem badań genetycznych... Ewentualnie chodziło o moją osobę, może szukali czegoś z mojej przeszłości. - Zamyśla się na moment. - Poza tym on ma ciągle problem z moją kandydaturą na szefa komisji.
- Przecież to było prawie dwa lata temu i w dodatku udało mu się. Nie wybrali cię. Więc o co chodzi?
- Przez dymisję Mac Simona będą nowe wybory. Dwa dni przed wtargnięciem ponownie zgłosiłem swoją kandydaturę.
Czuję, jak wzbiera we mnie złość. Nic mi nie powiedział. Zataił przede mną taką informację! Nie skonsultował się ze mną. Czuję się nieważna i naiwna. On niczego ze mną nie uzgadnia. Pod tym względem nasze małżeństwo jest zupełną fikcją. I jeszcze to słowo: wtargnięcie. To nie wtargnięcie, to atak z bronią w ręku.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?! Jak mogłeś to zrobić, wiedząc o następstwach?
- Wyrażaj się jaśniej, nie rozumiem - przybiera ten władczy ton.
- Nie uważasz, że powinniśmy o tym najpierw porozmawiać? Zanim podjąłeś decyzję? Ty decydujesz, ale konsekwencje dotyczą już wielu osób.
- Po pierwsze, dobrze wiedziałaś, jaki jest mój cel. On nie uległ zmianie. Wszystkie media od miesiąca trąbią o tej dymisji. Nie moja wina, że się tym nie interesujesz. Po drugie, nikt inny nie decyduje o mojej karierze, tylko ja. Konsekwencje trudno tak naprawdę przewidzieć. Ale bez ryzyka nie ma nic.
Ryzykuje życie innych dla własnych ambicji. Przez tę myśl robi mi się słabo.
- Zawsze będą ci deptać po piętach. Po co ci to stanowisko? Future Investments i fundacja biopaliw ci nie wystarczą? Po cholerę ci jeszcze ta komisja?
- Nie podoba mi się kierunek w jakim podąża ta rozmowa. - Przybiera posągowy wyraz twarzy, zupełnie bez emocji i patrzy mi prosto w oczy. Na innych robi to pewnie wrażenie, ale na mnie już nie. Opuszczam jednak ramiona i zadaję pytanie zmęczonym tonem:
- Kiedy w końcu przestaniesz chcieć więcej i więcej? Po co ci to? Jeszcze nie masz dosyć?! - Mimo że spuściłam z tonu, nie podoba mu się, co mówię. Nie zmienia ani postawy, ani miny i z łatwością wyczuwam napięcie w powietrzu. Nagle na chwilę zamyka oczy, a kiedy je otwiera, kontrolowanym głosem, cedząc słowo po słowie, oświadcza:
- Pozwól, że sam zadecyduję, kiedy będę miał dosyć.
Nie odpowiadam. To bez sensu. Przysuwam do siebie kolana, skulam się i wtapiam w fotel. Nie da się z nim dyskutować. Nie o tym, nie o jego pracy, o jego ambicjach. Nie w taki sposób. Zawsze decyduje o wszystkim sam. Nie ma mowy, żeby teraz postąpił inaczej. A ja tu marzyłam o przeprowadzce do Paryża! Widząc, że nie reaguję, nalewa sobie whisky i siada na kanapie. Zamacza usta w trunku, patrząc na ogień w kominku.
- I co teraz będzie? - pytam po chwili. - Kiedy te wybory?
- Nic nie będzie. Wyrobią się prawdopodobnie na wiosnę. Na razie zastąpił go wiceprzewodniczący. Organizacja chwilę potrwa. - Pobrzękuje lodem w szklance i dodaje: -Tym razem nic na mnie nie mają. Wszystko jest czyste jak łza.
- A Future Investments? Musisz przecież odejść.
- To już załatwione.
Robię wielkie oczy. Jak to załatwione? Nie jest już dyrektorem własnej firmy?
- Dlaczego znów o niczym nie wiem? - Unoszę ręce w złości. Zastygają tam na moment w teatralnym geście zaskoczenia, a po chwili opadają z hałasem na oparcia fotela.
- Od wypadku Andrew nie da się z tobą normalnie rozmawiać.
Wprost nie mogę uwierzyć, że Siergiej wypomina mi to w ten sposób. Oddycham teraz płytko i szybko, mam ochotę na niego wrzeszczeć, ale on jeszcze nie skończył mówić.
- Poza tym to są moje służbowe sprawy, nie zawsze mam ochotę przynosić to wszystko do domu.
- Służbowe sprawy? Żartujesz?! Postrzelenie Andrew to też dla ciebie służbowe sprawy? Możemy zapomnieć, bo go spłaciłeś?! - syczę. Pluję jadem. Po prostu nie wytrzymuję, a łzy napływają mi do oczu, choć ostatnio mam wrażenie, że już więcej ich nie mam. Nieprawda. Mam. Są ich we mnie niewyczerpalne pokłady.
- Anno, jak możesz? Czuję się tak samo winny jak ty, ale to niczego nie zmieni. To już przeszłość i trzeba żyć dalej. Inaczej się nie da. I oczywiście, że mu zapłaciłem. Nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle będzie mógł wrócić do pracy. Miałem go zostawić na zasiłku bez grosza?
- Nie w tym sensie to mówię. Nie jestem w stanie o tym zapomnieć, tak jak ty.
- Ale ja o tym nie zapomniałem. Codziennie się zastanawiam, czy jesteś bezpieczna, kiedy tu jesteś beze mnie.
- Dlatego chciałabym się przeprowadzić, na przykład do Paryża. Ale teraz, z tą komisją, to nie będzie możliwe - spuszczam z tonu.
- Vraiment? Tu croyais que j'allais vivre avec toi a Paris? - Sposób, w jaki to mówi, sprowadza mnie do parteru. Tak. Naiwnie sądziłam, że jest taka możliwość.
- Naiwne, co? - odpowiadam, nie siląc się na francuski. Nie mam siły. Wiem, że ma rację, że trzeba iść dalej, ale nie jestem w stanie zastosować jego rad w praktyce. Mało tego, obecnie nie jestem w stanie nawet przyznać mu tej racji. Wkurza mnie, bo znowu to on decyduje. Spoglądam na niego. Siedzi z tym drinkiem w ręce, nawet go nie pije, tylko patrzy na ogień w bezruchu. Po paru minutach wstaje i bez słowa wychodzi z pokoju. Zostaję sama. Znowu. To już staje się nie do wytrzymania. Codzienność wypełniam po brzegi obowiązkami, aby nie dopuścić do głosu uczuć. Kiedy tylko uchylam odrobinę, od razu ból wypełnia całą przestrzeń. Lepiej zamknąć serce na kłódkę. Odciąć się od wszystkiego. Ale wtedy żadne inne uczucie nie ma szans. Ostatnio w ogóle nie dzieje się ze mną dobrze. Siergiej jest w domu gościem, a ja powoli przyzwyczajam się do tego stanu rzeczy. Czuję się jak królewna zamknięta w wysokiej wieży. Czekam na swojego królewicza, ale on nie ma dla mnie czasu. Swoją nieobecność próbuje zrekompensować drogą biżuterią. Mam już jej całą kolekcję. I nic mi po niej. To tylko resztki gwiezdnego złotego pyłu, w którym wirowaliśmy szczęśliwie na początku. Nie tak miało być. Nie tego chciałam. Kocham go, ale nie tak sobie to wyobrażałam.
Lorcan za to, beztroski i uśmiechnięty, zaczyna niebezpiecznie i podstępnie kolonizować moje myśli. Bo kiedy pył już zupełnie opada, kiedy osiada na podłodze, na meblach, moich powiekach i dłoniach, zaczynam myśleć o Maidleyu. Zastanawiam się po prostu, co u niego słychać, co robi w danym momencie, gdzie jest...Wspominam czas, który spędziliśmy razem, jego magiczny dotyk. Chwilami tak bardzo mi go brakuje: mojego osobistego czarodzieja o nieuczciwie długich rzęsach i zaraźliwym uśmiechu. Wiem, że jest gdzieś tam, daleko lub blisko, daleko i blisko. Może czasami idzie tę samą ulicą, którą idę ja. Albo słucha tej samej muzyki, czyta tę samą książkę. Może uśmiecha się w tym samym momencie. A może kiedy dostaje widomość, przez ułamek sekundy zastanawia się, czy to ode mnie. Może tego samego dnia, na tym samym lub innym kontynencie, jemy to samo śniadanie... Daleko, tak przeraźliwie daleko od siebie, przez parę minut czy sekund, myśląc o sobie nawzajem. Ciągle nie mam konta na Instagramie ani nigdzie indziej, nie mam więc jak go obserwować. Szybko jednak następuje ten moment, kiedy zaczynam sobie wyobrażać, co by było, gdyby... I już nie potrafię przestać. Stara ja wysyła mu mejla.
Od: Anna Taredov
Do: Lorcan Maidley
Temat: Myślę o Tobie
Hej, hej. Jest tam kto?
Nie odpowiada. Po tygodniu piszę znowu.
Od: Anna Taredov
Do: Lorcan Maidley
Temat: Odezwij się!
Nie udawaj, że Cię nie ma. Przepraszam. Wybaczysz mi kiedyś?
Odpisuje tego samego dnia.
Od: Lorcan Maidley
Do: Anna Taredov
Temat: RE: Odezwij się!
Może kiedyś...
Od: Anna Taredov
Do: Lorcan Maidley
Temat: RE: RE: Odezwij się!
To pierwszy promień słońca podczas tej cholernej zimy. Dziękuję. Oksford bez Ciebie to nie to samo. Słyszałam, że Ci tam dobrze. Cieszę się. Jesteś szczęśliwy?
Od: Lorcan Maidley
Do: Anna Taredov
Temat: RE: RE: RE: Odezwij się!
Co za różnica? I tak Cię to nie interesuje. Czego tak naprawdę chcesz?
Od: Anna Taredov
Do: Lorcan Maidley
Temat: Brakuje mi Ciebie
Gdyby mnie nie interesowało, tobym nie pytała. Czego chcę? Żebyś tu teraz był.
Od: Lorcan Maidley
Do: Anna Taredov
Temat: RE: Brakuje mi Ciebie
I co by to zmieniło? Ty chyba nie masz serca. Przez dwa lata to Ty decydowałaś, jaki miałem dzień, dobry czy zły. Wszystko zależało od Ciebie. Jakoś marnie na tym wyszedłem. Nie mam ochoty jeszcze raz przez to przechodzić. Po co w ogóle ta cała maskarada? Czyżby życie mężatki okazało się mniej perfekcyjne, niż to sobie wyobrażałaś? Co na to Twój małżonek milioner? Wie, że do mnie piszesz?
Od: Anna Taredov
Do: Lorcan Maidley
Temat: RE: RE: Brakuje mi Ciebie
Jego do tego nie mieszaj. On nie ma z tym nic wspólnego, a już tym bardziej jego pieniądze.
A co, jeżeli się pomyliłam?
Przepraszam, że Cię zraniłam. Nigdy sobie tego nie wybaczę.
Chciałabym Cię zobaczyć.
Rano, kiedy siadam do śniadania, Siergiej wchodzi do jadalni i prężąc klatę, podsuwa mi pod nos gazetę. Nigdy tego nie robi, dlatego od razu wiem, że to coś specjalnego. Uśmiecham się i spoglądam zaciekawiona. Rzut okiem wystarcza. Diamentowa zawieszka warta prawie pół miliona funtów znaleziona w sortowni odpadów pod Oksfordem. Przestaję oddychać. Kurwa mać, ja pierdolę. Otwieram szeroko oczy, a moje brwi wystrzeliwują w górę.
- To był napad rabunkowy - ogłasza zadowolony.
Zerkam na niego z przerażeniem. Nie odzywam się, bo staram się pozbierać myśli, on kontynuuje:
- Wracam z garderoby. Przejrzałem biżuterię. Jest wszystko oprócz twojej zawieszki. Nie zauważyłaś, że zniknęła?
W jego głosie łatwo wyczytuję zdziwienie. Jest też odrobina niedowierzania. W garderobie jest tona biżuterii, a brakuje jednej zawieszki. Kilka tygodni temu robiliśmy tu z policją swego rodzaju remanent.
- Od czasu napadu, nigdzie nie wychodziłam w biżuterii - odzyskuję głos, bo muszę. Wiem, że to najlepszy moment, żeby przyznać się do tego, że to już ponad rok, jak w przypływie gniewu wyrzuciłam wartą prawie pół miliona funtów zawieszkę do śmieci. Nigdy nie przyznałam się do tego Siergiejowi. Miałam nadzieję, że zapomniał o niej. Sama w sumie prawie o niej zapomniałam. I aż dziw bierze, że znaleźli ją dopiero teraz. Przyglądam się dokładniej zdjęciu w gazecie, czarnobiałemu zbliżeniu klejnotu. Diament w kształcie kropli wody. Warty pół miliona funtów. Przepiękny. Wyrzucony do kosza na śmieci w akademiku. Tłusto!
- Teraz może wreszcie się uspokoisz! To nie Mac Roye. To jacyś złodzieje. - Wypowiada te słowa z nadzwyczajnym opanowaniem i typową dla niego samokontrolą. I przede wszystkim z dumą. Jakby rodzic mówił sfrustrowanemu dziecku: a nie mówiłem?
- Złodzieje, którzy wyrzucają swój łup na śmieci? Wart pół miliona? Wątpię. Poza tym, gdyby byli tu po biżuterię, wzięliby wszystko - komentuję.
- Najwyraźniej coś poszło nie tak - spogląda na mnie i widząc moją minę, dodaje: - Nie przejmuj się tak. Kupię ci nową.
Co?! Nie odpowiadam. Trzęsę się, ale tylko w środku. Z zewnątrz trzymam się jak trzeba. Jak może myśleć, że smucę się z powodu biżuterii? Czy on mnie w ogóle zna? Całuje mnie w czubek nosa i zaczyna jeść. Po prostu kończy temat. Jeszcze tego samego dnia jedziemy na posterunek. Składamy zeznania. Przekonujemy komisarza Stewarta, że to nasza zawieszka. Siergiej każe sprawdzić, czy są na niej moje odciski palców. Przywożą ją z innego komisariatu, sprawdzają. Czekamy całe wieki. Oczywiście nie ma. Nigdy nie miałam jej w dłoni ani na sobie. Siergiej nie zdaje sobie nawet z tego sprawy. Nie wiedział mnie w niej, ale tego nie pamięta, nie zauważył! Kiedy pada pytanie, wymyślam jakieś kłamstwo wyjaśniające, dlaczego nie ma zdjęć mnie z tą zawieszką, aby nikt nie był w stanie tego sprawdzić czy mi zaprzeczyć. Wracamy do domu z pustymi rękami, ale nie o to chodzi. Całą drogę powrotną Siergiej wmawia mi, że nie mam podstawy do obaw i że jesteśmy bezpieczni. Zainstalował dodatkowe kamery w domu i dookoła. Nie zdobywam się na odwagę, żeby przyznać się do prawdy i udowodnić mu, że się myli. Za bardzo się boję. I zastanawiam się, czy on mnie widzi, kiedy na mnie patrzy.
Marc Price: Mam dosyć dorosłego życia. Impreza?
Finn Connors: Impreza? Co to jest, kurwa, impreza? Zapomniałem! Ja pracuję!
Suza Lee: Tak! Tak! Tak! #wreszcie
Monica Wintway: Tylko nie w piątek. Muszę odespać tydzień pracy.
Marc Price: Sobota Coyote Ugly Saloon w Camden
Lorcan Maidley: Chuje!
Finn Connors do Lorcan Maidley: Nie stać Cię na weekend w Londynie? Nie pracujesz? #biedak
Lorcan Maidley do Finn Connors: Spierdalaj!
Suza Lee do Anna Taredov: Będziesz?
Anna Taredov: Nie pozwolę, żeby mnie to ominęło. #essa
Cały tydzień zastanawiam się, jak o tym powiedzieć Siergiejowi. Od kiedy mieszkamy razem, nie imprezowałam z przyjaciółmi. Sprawdzam w jego kalendarzu i widzę, że w następny weekend nie ma żadnych wyjazdów ani planów. Podejrzane. Nie ukryję tego, bo Herkus nie opuszcza mnie na krok, ale mam taką potrzebę wyrwania się z tego zamku, że to już nie może czekać. Nie chcę, żeby Siergiej ze mną jechał, bo nie pasuje do tamtego świata. Z nim i przyjaciółmi z uniwerku nie będę się czuła na luzie. Szykuję sobie mowę. Powiem prawdę. Udaje mi się przy kolacji wieczorem. Prawie.
- Jakieś plany na weekend?
- Chyba nie. Muszę sprawdzić.
- Już patrzyłam, nic nie ma.
- O! Czyżbyś miała jakąś propozycję? - Podnosi na mnie wzrok zaciekawiony. Cholera.
- Nie do końca, pomyślałam, że... - zaczynam, ale dzwoni jego komórka. Przy kolacji, to może być tylko Molly. Rozmowa jest krótka, ale konkretna. Kiedy ją kończy, najpierw nabiera kolejny widelec jedzenia, a dopiero gdy kończy przeżuwać, spogląda na mnie i mówi:
- Przyszły weekend Londyn. Spotkania w sobotę. Cały dzień, ale niedziela wolna.
Pierwszy odruch to chęć poinformowania go, że ja też planuję Londyn, ale po chwili stwierdzam, że lepiej będzie, gdy dowie się o tym w ostatniej chwili albo wcale, jeśli Herkus będzie w stanie trzymać język za zębami.
- Trudno. Myślałam, że razem poleniuchujemy w łóżku, ale w takim razie zrobimy to w niedzielę. - Czaruję go uśmiechem.
Odwzajemnia go.
- Wspaniale, wreszcie odpocznę.
Nie odpocznie. Nie potrafi.
W sobotę, kiedy się budzę, już go nie ma, więc szykuję się cały dzień. Mam ochotę dobrze wyglądać i decyduję się posłuchać odwiecznej rady Szefa i wydać trochę jego kasy. Zamawiam do domu fryzjera. Będę miała loki. O dziewiętnastej informuję Herkusa, że jedziemy na wieczór do Londynu. Bierzemy maserati. Jak szaleć, to szaleć. Jego pierwsza reakcja:
- Szef o tym wie?
Uśmiecham się, bo to zabawne, że oboje tak go nazywamy. Z innych powodów oczywiście. Choć nie do końca innych. Herkus spogląda na mnie zdziwiony.
- Oczywiście - odpowiadam ze spokojem, chociaż nie wiem, czy pyta o wyjazd, czy o samochód. Nie chcę, żeby do niego od razu dzwonił. Sama go powiadomię, kiedy już będziemy na miejscu. Stroję się jak gwiazda rocka i gdy przeglądam się w lustrze przed opuszczeniem domu, jestem z siebie zadowolona. Już dawno nie wyglądałam tak dobrze. Mam ochotę na zabawę. Spotkanie mamy umówione w restauracji. Po kolacji planujemy klub. Cudownie jest ich wszystkich zobaczyć. Wszystkich oprócz, oczywiście, Lorcana, który mieszka w Stanach.
Herkus, mimo że nic nie mówi, jest bardzo zaaferowany jazdą maserati. Robi śmieszne miny, wyprowadził auto godzinę wcześniej z garażu i pucuje, ogląda, sprawdza. Ale kiedy mamy już wyjeżdżać i siadam na miejscu pasażera, krzywi się.
- Tak nie można. Pan Taredov nie zgadza się, żeby jechała pani z przodu, kiedy panią wiozę. Formalnie mi tego zabronił.
Kręcę nosem z niedowierzaniem.
- Pan Taredov się o tym nie dowie - odpowiadam rozbawiona, naśladując jego akcent, kiedy waha się, czy zamknąć za mną drzwi, czy próbować mnie namówić, żebym się jednak przesiadła.
- Pani Taredov, proszę, niech pani posłucha męża.
- Nigdzie go tu nie widzę. I umawialiśmy się, że przestaniesz z panią Taredov.
- Anna, nie rób mi problemów! - Wreszcie brzmi jak człowiek.
Uśmiecham się. Ma jeszcze nadzieję, że zmienię zdanie.
- Ciesz się, że nie prowadzę. Dalej, wsiadaj, spóźnimy się!
Wzdycha i niezadowolony siada za kierownicą, ale kiedy odpala silnik i ruszamy, jego twarz się zmienia. Widać na niej błogość i zadowolenie.
W londyńskiej restauracji panują gwar i atmosfera, którą kocham: tu się coś dzieje. Wszyscy są już na miejscu. Kiedy się pojawiam, moi przyjaciele witają mnie owacją na stojąco i przypisuję to mojemu wyglądowi. Marc jest z nową dziewczyną. Kelly pracuje w londyńskim banku. Rozmowa się kręci wokół ich pracy. Opowiadają o wyzysku młodych pracowników, przedłużanych w nieskończoność nadgodzinach i kiepskich norach, które wynajmują. O wypełnianiu deklaracji podatkowej, braku czasu, weekendowym upijaniu się do nieprzytomności i wizytach na pogotowiu. Są to zupełnie mi obce rzeczy i staram się nie pokazać po sobie, że nie mam pojęcia o życiu, które wiodą. Moje to inny zakres pracy i zmęczenia, inny poziom stresu, inne problemy. Nie mam zamiaru o nich nawet wspominać, dlatego kiedy Monica w pewnym momencie zadaje mi pytanie, szybko ucinam temat.
- Jak to jest żyć z bodyguardem? Pieprzycie się po kryjomu?
Zerkam ukradkiem na Herkusa, który siedzi samotnie kilka stolików dalej i popija wodę bez gazu, kiedy my raczymy się dobrym winem. Ja stawiam. To znaczy Siergiej stawia. Czyli że nie ma dziś limitu w jedzeniu i piciu.
- Nie, nie pieprzymy się - odpowiadam, zniesmaczona jej pytaniem.
- Ciacho z niego - tłumaczy Monica.
- Pojebało cię? Widziałaś jej męża? - dziwi się Suza.
- Nie, no chodzi mi o ten film, z jak mu tam, z Costnerem? I z Whitney. Nikt nie widział? - tłumaczy się, bo towarzystwo oblepiło ją wzrokiem.
- Nie mam pojęcia, o jakim filmie mówisz - odpowiadam, nie mając zamiaru wyjawiać przerażających szczegółów mojej codzienności.
W oczach moich znajomych i tak muszę już odstawać. Nie będę dorzucać policji, kryminału czy zdrady. Udaję, że wszystko jest normalne i dobre. Piję sporo wina, bo mam ochotę zapomnieć dziś o rzeczywistości, a alkohol mi w tym pomaga.
- To prawdziwe diamenty? - dopytuje po chwili Suza, dotykając moich kolczyków. Przytakuję z uśmiechem i zmieniam temat:
- Nie wiem, jak wy, ale ja jestem gotowa na zabawę!
- I na ten moment czekałam! - piszczy koleżanka.
Wszyscy ruszamy do klubu. Kiedy wychodzimy, wyjmuję z torebki komórkę i widzę cztery nieodebrane telefony od Szefa. Zapomniałam do niego zadzwonić. Rzucam spojrzeniem na Herkusa, który idzie dwa kroki za nami. Spogląda na mnie poważnie i nic nie mówi.
- Zaraz was dogonimy z Herkusem, idźcie przodem, muszę zadzwonić.
Towarzystwo się oddala, a my stajemy na rogu ulicy.
- Siergiej do ciebie dzwonił? - pytam, choć znam odpowiedź. Na apce widzi, gdzie jesteśmy, tylko zastanawia się pewnie, po co.
- Tak, powiedziałem mu, gdzie jesteśmy i że wszystko jest pod kontrolą.
Przytakuję i oddalam się kawałek. Wybieram jego numer.
- Hej! Widziałam, że dzwoniłeś.
- Oczywiście, że dzwoniłem. Podobno jesteś w Londynie z przyjaciółmi. Nie wiedziałem o twoich planach, nic nie mówiłaś.
- Nie chciałam ci przeszkadzać, a to było na ostatnią chwilę. Finn zaproponował po południu i wszyscy się zgodzili. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że się dobrze bawię? - Na końcu zdania potykam się o chodnik i upadam na kolana. O cholera! Ubrałam jedne z najwyższych obcasów, jakie mam. No i trochę już wypiłam.
Herkus podbiega do mnie i chce mnie podnosić, walcząc z paniką, która w nim wzbiera, bo musi mnie dotknąć. Odpędzam go ruchem ręki. Nie chcę, żeby i on cierpiał. Dobrze mi się tak siedzi i rozmawia. Chyba kręci mi się w głowie od wina.
- Nie, oczywiście, że nie. Chcę tylko żebyś była bezpieczna - mówi, a ja zauważam, że krwawi mi kolano. Nawet nie poczułam, że je rozcięłam.
- Jestem. Herkus jest przy mnie nooooon stop - wymyka mi się odrobinę za głośno i za długo. - Jak spotkanie? Jeszcze nie koniec? - wyprowadzam głos na prostą i staram się brzmieć poważnie.
Herkus gdzieś pobiegł.
- Anno, czy ty coś piłaś?
- Trochę wina. Jeden kieliszek, może dwa. Ale wszyyyyystko spoko. - Cholera, trudno mi się mówi. Nieświadomie wydłużam słowa.
Herkus wraca z samochodową apteczką. Wyciąga papierową chusteczkę i robi z niej prowizoryczny opatrunek. Potem niezdarnie polewa to wodą utlenioną i przykłada delikatnie do mojej rany. Ma na sobie lateksowe rękawiczki, a jego palce dzieli od mojej skóry tylko gaza. Widzę, ile go to kosztuje. Szacun!
- Jeszcze niestety nie koniec. Ale mam nadzieję, że nie będę musiał tu nocować. - mówi Siergiej.
- Powiedz mu, co się stało - wypala nagle ochroniarz.
Spoglądam na niego z ironicznym uśmiechem i zaprzeczam ruchem głowy. Palcem na ustach pokazuję mu, żeby był cicho.
- Co się stało? O czym on mówi? - pyta Siergiej. Kuźwa! Usłyszał!
- Oj nic. Potknęłam się. Nic mi nie jest.
- Daj mi go do telefonu.
Jak mnie to wkurwia! Nie mam słów, ale też ochoty, żeby się z nim teraz sprzeczać. Teatralnie wręczam Herkusowi telefon i sprawdzam, jak się ma moje kolano. Jest trochę obolałe i czerwone. Chłopak słucha poleceń, odpowiada półsłówkami na pytania i w końcu mi go oddaje.
- Anno, wolałbym, żebyś wróciła do domu. Chyba masz już dosyć. Herkus może cię podrzucić w miejsce, gdzie jestem i wrócimy razem.
Wiedziałam, że to powie. Rzucam ochroniarzowi zabójcze spojrzenie. Wzrusza ramionami i wraca do opatrywania mojego skaleczenia.
- Mój wieczór, podobnie jak twój, jeszcze się nie skończył i wszyscy czekają teraz na mnie w klubie. Idę potańczyć!
- Z rozciętym kolanem? Lepiej znajdźcie jakąś całodobową aptekę i zajmij się tym.
- Herkus się już tym zajął. Bawi się w pielęgniaaaaarza. Wszystko pod kontrolą. Daj już spokój! - odpowiadam błagalnym tonem i się podnoszę. Z trudem, ale się udaje.
- Okej. Rób, jak chcesz, ale nie narażaj się na infekcję. I nie pij więcej.
- Tak, tatusiu - odpowiadam i się rozłączam. Wyciszam i chowam do torebki telefon.
Wyobrażam sobie teraz minę mojego męża. Jak on tego nie znosi! Chciałby mnie kontrolować na odległość, ale to nie działa. Musi być przez to megawkurzony. Wyciągam ponownie komórkę i wyłączam ją zupełnie. Teraz będzie już zupełnie chory. Apka się wyłączy. Kolano przestaje krwawić, a na drugim skóra jest tylko odrapana.
- Przestań mu tak o wszystkim meldować! - wypalam do Herkusa, kiedy idziemy już kawałek.
- Przecież wiesz, że nie mogę - odpowiada zmieszany.
- Chcesz więcej zarobić? To trzymaj mordę na kłódkę!
- Nawet tego nie proponuj!
- Właśnie to zaproponowałam. Po prostu nie opowiadaj mu szczegółów albo najlepiej nic, jeśli nie pyta. - Na moje słowa aż się wzdryga i cedzi onieśmielony:
- Ale przecież codziennie zdaję mu szczegółowy raport o tym, co robiłaś. To część mojej pracy. Jak przestanę, to mnie zwolni.
- Liczę na ciebie. Dodatkowa kasa zaaaawsze się przyda - rzucam niby od niechcenia, żeby go nie zestresować, i wciskam mu do kieszeni marynarki czterysta funtów, które miałam w torebce. Nieruchomieje, kiedy zbliżam rękę, ale przecież nie dotykam go tak naprawdę, tylko muskam materiał jego marynarki.
- Stracę przez ciebie robotę! - wypala, kiedy odsuwam dłoń.
- Nie stracisz! - krzyczę, śmiejąc się i przyspieszając. Świeże powietrze dodało mi wigoru i nie kręci mi się już w głowie. Herkus, niezadowolony, podąża za mną w milczeniu. Docieramy do przepełnionego klubu. Sami młodzi ludzie. I o to chodziło!
Muzyka jest bardzo głośna, czuć zapach potu i jest przeraźliwie gorąco. Razem z Herkusem przeciskamy się przez gęsty tłum w poszukiwaniu moich ludzi. Widzę, że jest cały sztywny i stara się nikogo nie dotknąć. Jakaś dziewczyna podchodzi do niego i zaprasza do tańca. Nie dziwi mnie to, w końcu Herkus to dobrze zbudowany przystojniak. Grzecznie odmawia. W końcu widzę z daleka swoich. Machają nam, siedzą przy barze. Już kiedy się zbliżam, zgaduję jego sylwetkę, wyłapuję z tłumu jej zarys. Zauważam go od razu. Choć jak nigdy ma na sobie modną garniturową marynarkę. Stoi tyłem. Moje ciało wysyła mi silne sygnały. Rozpoznaję jego ruchy. Nanomeszek na białej skórze szyi. Oddycham szybciej, bo już stoję krok za nim. Zaraz będą rzęsy. Rozmawia z chłopakami. Kiedy pojawiam się obok, właśnie wychyla szota. Odstawia kieliszek na bar, nasze spojrzenia się spotykają. Zastygam. Blond fale i błękitne niebo w spojrzeniu. Trzeźwieję w sekundę i czuję, jak moje serce wyrywa się do biegu. Co się ze mną dzieje? Unosi brwi, a zaraz za nimi kąciki ust.
- Zobacz, kto do nas przyleciał! - krzyczy Marc.
- Hejka, Mała! - wita się.
Wdycham gorące powietrze nosem i mam tylko jedną ochotę: rzucić się mu na szyję, wpaść na jego usta i wrócić do poprzedniego życia. Ale nie mogę. Wiem, że wszyscy na nas patrzą, Herkus też, więc zmuszam się do prostej reakcji.
- Cześć, Lorcan.
Teraz śmieje się mu cała twarz, tym uśmiechem, który powala. Patrzy na moje usta i przygryza wargi. Wkłada ręce do kieszeni spodni, tak jakby bał się, że nie będzie w stanie nad nimi zapanować i że przemieszczą się zaraz same w moim kierunku. Dobrze, że gra tu muzyka, bo teraz nikt nic nie mówi i byłoby słychać dzwon, który gra mi głośno w piersi.
- A to kto? - Ruchem głowy wskazuje na Herkusa.
- Ochroniarz Anny. Dasz wiarę? - odpowiada za mnie Finn. W klubie jest tak głośno, że trzeba krzyczeć, żeby się w ogóle słyszeć.
- Anny nie można zostawić samej. Ani na chwilę. Wiem coś o tym - komentuje i patrząc na ochroniarza, przedstawia się: - Lorcan Maidley. - Wyciąga do niego dłoń.
Chłopak reaguje skinieniem głowy. Lorcan cofa rękę zdziwiony. Mam nadzieję, że mój bodyguard nie usłyszał, co powiedział.
- Pijecie? - pyta.
- Ja tak, on nie - cedzę.
Zamawiamy dwie kolejki. Alkohol, klub, Lorcan. To nie może się dobrze skończyć. Nie ma prawa. Stara ja już o to zadba. Wiem to, znam się na tyle. Pamiętam jego każdy ruch. Pamiętam jego smak i dotyk. I próbuję patrzeć w inną stronę, ale nie potrafię. Przystojny skurczybyk. On też mnie oblepia wzrokiem. Pijemy.
- Tańczymy? - Suza wyrywa mnie z kontemplacji mojego ulubionego widoku. To dobry pomysł, myślę i wybiegam z nią i z Monicą na parkiet. Chłopcy zostają przy barze. Tańczymy, a oni na nas patrzą, wlewając w siebie kolejne szoty. Po kilku piosenkach dołączają. Od razu przypominam sobie, że nie potrafi tańczyć. Choć próbowałam go nauczyć. Bezskutecznie. Nie rusza się prawie, stoi i się kiwa. Podchodzę i kołyszę się teraz przed nim zalotnie. Unosi głowę i patrzy na mnie z góry, choć przez te szpilki jesteśmy prawie że równi. Przybliża twarz do mojego ucha i mówi:
- Wyglądasz jak milion dolców.
Uśmiecham się, a moja prawa ręka dotyka jego ramienia. Zbliżam głowę. Wącham go. Pachnie tak samo: naturalnie i młodo. Wzdycham, a on zaciska zęby.
- Może wyjdziemy? - proponuje, ale nie czeka na moją odpowiedź i bierze mnie za rękę. Nasze palce od razu się splatają. To też pamiętam.
Wychodzimy razem przed klub. Herkus podąża za nami i staje w odległości kilku metrów, zdziwiony. Puszczam rękę Lorcana.
- Możesz mu powiedzieć, żeby sobie poszedł?
- Nie, ale poczekaj - mówię i idę do Herkusa. Proszę go, żeby stanął dalej, tak żebyśmy go nie widzieli. Oddala się trochę, jednak nie tyle, ile bym chciała. Wracam do Lorcana i siadamy na kamiennym murku, a on wyciąga papierosa i zapala.
- Wow. Obcasy. Makijaż. Loki... Nowa ty. Ty tak teraz na co dzień?
- Nie żartuj. - Kręcę głową.
- Sexy! - Strzepuje popiół i się uśmiecha.
- Jak to się stało, że przyleciałeś?
- Postanowiłem, że sprawdzę na własne oczy, czy to prawda.
- O czym mówisz?
- Pisałaś, że chcesz mnie zobaczyć. Tadam! Oto jestem. - Zaciąga się i wbija we mnie wzrok. Jego wyznanie muruje mi usta. Przyleciał tu dla mnie? Siedzę pięć centymetrów od niego i tylko się na niego gapię, jak mnie wachluje tymi rzęsami. - Mam nadzieję, że było warto, bo wydałem wszystkie oszczędności na bilet. Słucham - zachęca do zwierzeń, a mnie momentalnie zasycha w gardle. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, co mu powiedzieć.
- Po pierwsze, chciałabym cię przeprosić.
- To już zrobione. Przeprosiny przyjęte. Wybaczam. Dalej - pogania.
Czuję, że robi mi się gorąco. Czego ja właściwie chcę? Już raz zrujnowałam mu życie. Sortuję słowa w myślach, a on ponagla mnie wzrokiem.
- Co jest? Zaniemówiłaś? - Kończy papierosa.
- Okej. Nie jestem szczęśliwa - wypowiadam te słowa. Jest w tym jakaś ulga. - I tęsknię za tobą - dodaję ciszej, a on uważnie słucha. Zerkam na Herkusa. Przygląda się nam, ale zachowuje odstęp.
- Co z twoim małżeństwem? - pyta.
- Nie wiem.
- A co z nami?
Wzruszam ramionami, spuszczam głowę. Zapada cisza. Zastanawiam się, czy my jeszcze istniejemy. Czy kiedykolwiek istnieliśmy? Moja dłoń spoczywa obok jego dłoni. Przesuwam ją o centymetr i teraz nasze małe palce się dotykają. Tak, istnieliśmy. Wyczuwa to i spogląda na mnie. Dalej istniejemy. Czuję to.
- Nie rób nic głupiego, bo on wszystko widzi i doniesie o tym Siergiejowi. Będę miała przejebane - ostrzegam go przez zęby, a mój wzrok nerwowo błądzi gdzieś w oddali.
- Przy tobie mam ochotę robić tylko głupie rzeczy - odzywa się i staje naprzeciwko. Układa ramiona na murku po moich obu stronach i teraz jestem zamknięta w stworzonej przez niego małej przestrzeni. Prawie się dotykamy.
Herkus zaczyna nerwowo dreptać i nie spuszcza z nas wzroku.
- Popatrz na mnie - zaczyna.
Podnoszę wzrok. Ja siedzę, on stoi i nasze twarze są na tej samej wysokości. Czuję jego zapach. Oddycham nim. Napiera na moje nogi biodrami, więc rozchylam je i teraz się prawie do mnie przykleja. Walczę z oddechem, żeby nie przyspieszał jak szalony. Mam ochotę jęknąć z rozkoszy tej bliskości, ale się powstrzymuję. - Nie potrafię jeszcze czytać w myślach, więc będziesz musiała mi to po prostu wytłumaczyć. O co chodzi? Co robisz?
- Zapracowuję się na śmierć na dwóch pieprzonych fakultetach. Zabijam czas uczeniem się nowych języków i urządzaniem za dużego mieszkania w Paryżu. I jeszcze mam cholerną fundację i zerowe pojęcie, jak nią zarządzać. I często myślę o tobie. - Teraz wreszcie czuję prawdziwą ulgę.
Lorcan przygląda mi się z powagą i jego mina mówi mi, że analizuje moje słowa. Przez tę poufność czuję, jak dopada mnie niekontrolowane podniecenie.
- Nie o to pytałem. Co robisz z nami?
- Rujnuję nam życie... Nic się nie zmieniło - dodaję po cichu i czuję, że zaraz albo wybuchnę, albo się rozkleję. Wracają dobrze mi znane emocje. Nie chcę go ranić.
Lorcan tylko wzdycha.
- Nie wiedziałam, że tu będziesz. Nikt nic mi nie powiedział.
- Bo nikt nie wiedział - tłumaczy szeptem. Znów zerkam w kierunku Herkusa, ale nie wiedzę go teraz. Zniknął. Wreszcie dał nam spokój. Tylko na jak długo?
- Co ci się stało? - pyta nagle z przejęciem i otacza moje kolano dłońmi.
- To nic takiego. Przewróciłam się wcześniej. Spoko, naprawdę nic mi nie jest.
Na moje słowa marszczy brwi, po czym kuca i zbliża twarz do mojej nogi. Obserwuję go z przejęciem, jak przygląda się rance z bliska i nagle powoli zbliża do niej usta. Całuje delikatnie otarcie w tak cudowny sposób, z taką finezją i wyczuciem, że zamykam oczy, bo czuję ten pocałunek na moich ustach. Ostrożny, ciepły i wilgotny. Pełen miłości i dobra. Jeśli to mnie nie uleczy, to nic innego mi nie pomoże. Podnosi wzrok i wstaje.
- Przykro mi, że cierpisz. Witaj w klubie. - Przybliża twarz do mojej twarzy. Teraz nasze czoła się dotykają.
Oboje wiemy, że nie mówi o ranie. Nie mogę już wytrzymać. Wóz albo przewóz. To dziwne, ale oboje w tym samym momencie odchylamy głowy. Rozumiem, co to oznacza. Odsuwam go i wstaję.
- Zimno. Wracajmy do środka - proponuję.
- Poczekaj! Pamiętasz, jak mnie uczyłaś tańczyć? - pyta nagle i to pytanie zupełnie zwala mnie z nóg, bo oczywiście, że pamiętam, doskonale pamiętam. Wciąż mam w głowie obraz, kiedy Lorcan stał niepewnie, boso, w moim pokoju w akademiku. Dał się zaprosić na parkiet, pozwolił, żebym go przyciągnęła do siebie. Ustawiłam nas jak do tańca towarzyskiego. Jedna ręka na moich plecach, a druga trzymająca dłoń. Krok w tył, w bok i do przodu. Zbyt skomplikowane. Deptał moje stopy za każdym razem. Parskaliśmy śmiechem co trzy sekundy. Udał nam się jeden obrót. Drugie podejście było bardziej udane. Przywarłam do niego ciasno i tak zaczęliśmy się kołysać w rytm muzyki. Podobało mu się, jak kręcę biodrami, a mnie - jak on się we mnie wpatruje. Pocałunek za pocałunkiem. Taniec skończył się w łóżku, gdzie splątani, tańczyliśmy znacznie lepiej niż na parkiecie.
- Jak mogłabym zapomnieć? - odpowiadam, ale bez radości, bo dopada mnie straszna nostalgia.
Nagle Lorcan bierze mnie w ramiona i kołysze się ze mną jak wtedy. Zwieszam głowę, bo wiem, co powinno być później. Nie ośmielę się teraz spojrzeć mu w oczy. Tańczymy tak chwilę bez muzyki na zewnątrz, obraca mnie dwa razy, uśmiecham się, aż w końcu wskazuje mi drogę i idzie za mną. Powłóczę nogami. Nie mam ochoty tam wracać, ale wiem, jak to się skończy, jeśli zostanę z nim dłużej na zewnątrz.
Odurza nas smród potu i pijackich oddechów. Idę od razu na parkiet, żeby wpaść w trans i zapomnieć o tym, co powiedziałam. Lorcan idzie do baru po szoty. Tak, więcej wódki dobrze mi zrobi. Tańczę. Nie przestaję. Znikam. Chce mi się płakać, ale na razie się nie poddaję. Pulsuję w rytm muzyki. Kręcę się, faluję, odpływam. Nagle ktoś chwyta mnie za ramię. Odwracam się. Siergiej. Piorunujące spojrzenie i zaciśnięte usta. Co on tu, do cholery jasnej, robi?! Bierze mnie za rękę i ciągnie w stronę wyjścia.
- Wychodzimy - rzuca.
Rozglądam się dookoła. Nie widzę Lorcana, nie widzę moich przyjaciół. Jestem zła. Wściekła! Chcę mu się wyrwać, ale trzyma mnie tak mocno, że nie ma na to szans. W trzy sekundy jesteśmy na powietrzu. Nie panuję nad własnym ciałem. Nie wiem, czy to alkohol, choć nie czuję się pijana, czy Siergiej ciągnie mnie tak mocno.
- Puść mnie - cedzę, próbując się uwolnić, ale nie reaguje. - Puść mnie, słyszysz?! - krzyczę w końcu.
Kilka osób stojących przed klubem odwraca głowy w naszym kierunku.
- Wracamy do domu. Przestań się wygłupiać! - warczy.
- Nigdzie z tobą nie wracam! - sprzeciwiam się, ale on totalnie mnie ignoruje. Ciągnie mnie dalej, miażdżąc mi nadgarstek. Stękam z bólu. Po chwili dopiero, patrząc, jak się szamoczę, zwalnia i mówi przez zaciśnięte zęby, nie zwalniając uścisku:
- Owszem, wracasz.
Jego czerwone ferrari czeka przed klubem. Dwóch młodych mężczyzn stoi obok i robi sobie z nim zdjęcia. Kiedy nas widzą, zbliżających się szybko do wozu, przechodzą na drugą stronę ulicy. Kątem oka widzę, jak jeden z nich filmuje całe zajście telefonem. Super... Jeszcze tylko paparazzich tu brakowało! Zerkam na Siergieja. Jak zwykle zapewnia dwudziestoczterogodzinne show, wszędzie, gdzie się pojawia. Ten filmik za minutę pojawi się w necie. Jak zobaczy, co robią, wkurwi się już do reszty. Na szczęście jest bardziej zaaferowany mną niż nimi. Otwiera drzwi po stronie pasażera. Staję i się nie ruszam. Napiera na mnie ramieniem, łapie mnie za szyję i zmusza, żebym się schyliła. Prawie wrzuca mnie do samochodu. Zatrzaskuje drzwi i wsiada na miejsce kierowcy. Zapina mi pas, bo dalej ani drgnę, odpala wóz i rusza z piskiem opon. Wbijam wzrok w drogę i delikatnie rozmasowuję bolący nadgarstek. Jedziemy już spory kawałek, kiedy odzyskuję głos.
- Maserati zostało na parkingu...
- Mam gdzieś maserati.
- I Herkus też... - dodaję ciszej.
Nie reaguje. Jedziemy dalej, nic nie mówiąc. Znów chce mi się płakać, ale tego nie zrobię. Nie złamię się. Kiedy jesteśmy już za miastem, Siergiej nagle zjeżdża na pobocze i wyłącza silnik. Wychodzi z samochodu i staje opierając się o maskę. Zastygam. Siedzę w środku, boję się poruszyć. Nie wiem, co chce zrobić. Jest środek nocy. Nagle widzę, jak oddala się w nieznanym kierunku. Po prostu idzie prosto przed siebie, nie odwracając się. Znika. Ekstra.
To jest jego plan? Zostawić mnie tu w środku nocy? A ja myślałam, że ten samochód działa na niego uspokajająco! Co za brednie! Ja mu pokażę! Wrócę do Londynu. Będzie szedł pieszo do domu! Niech to szlag jasny trafi! Przesiadam się na miejsce kierowcy i chcę odpalić, ale nie ma kluczyków. Walę pięściami w kierownicę i tak włącza się klakson. Purpurowy nadgarstek przypomina o sobie ostrym bólem. Teraz trąbię na całego w szczerym polu albo w środku lasu, cholera wie, gdzie jesteśmy, ale lewą ręką. W końcu wychodzę z auta i drę się na całe gardło:
- Siergiej! Siergiej! Wracaj tu! Słyszysz?
Cisza. Gdybyśmy byli już na autostradzie, droga byłaby przynajmniej oświetlona, a tak jest cholerna ciemność! Nie mam pojęcia, gdzie jestem, i boję się oddalić od samochodu. Telefon! Nic z tego. Brak zasięgu. Robi mi się zimno. Wracam do auta. Czekam tam długą chwilę, zanosząc się płaczem i waląc obcasami w skórzaną tapicerkę, kiedy nagle drzwi otwierają się i moim oczom ukazuje się Siergiej. Wsiada na miejsce kierowcy. Jestem zrozpaczona. Mam ochotę go pobić. Kładzie ręce na kierownicy, ale nie odpala silnika. Jest spokojny. Patrzy na drogę, potem na mnie i przemawia:
- Nie możesz mi tego robić. Drugi raz tego nie zniosę. - Głos mu drży i jeszcze nigdy nie widziałam go tak smutnego. Mam wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Ciemne oczy są przygaszone, jakby szare. Chce, żebym coś odpowiedziała? Widział mnie z Lorcanem? Drugi raz? Czy wie o pierwszym razie? Patrzę na niego przerażona.
- Jak to drugi raz? O czym ty mówisz? Nic złego nie zrobiłam. - Wyciskam z siebie nerwowym tonem, a on odpowiada:
- Znam to na pamięć. Już to przerabiałem. Jennifer też tak robiła. Przestań, proszę.
On jakimś cudem o tym wie. Bo on zawsze o wszystkim wie. Czuję się jak śmieć. Jak ostatnia szmata. Najchętniej wyrzuciłabym się do kosza, ze złością, bez pompy i bez otwierania pudełka, jak diamentową zawieszkę w akademiku. Teraz nie ranię tylko Lorcana. Ranię też Siergieja. Żaden ze mnie człowiek. Oto ja, bestia.
Niestety, nic więcej nie przechodzi mi przez gardło. Tylko kręcę głową i zakrywam twarz rękami. Jest mi tak bardzo wstyd.
Gdy zajeżdżamy pod dom, jest trzecia rano. Powoli wysiadam z samochodu. Szpilki są niewygodne. Zdejmuję je i kuśtykam boso po kamiennych schodach. Co za ulga, kiedy moje stopy dotykają zimnego! Gdy tylko mijamy próg domu, zamyka go na klucz i obejmuje mnie za biodra. Przybliża się i liże moje usta. Zamykam oczy, wiem co będzie dalej, czuję to, kiedy jego gładkie dłonie ściskają moje piersi.
Rozbiera mnie szybko i skutecznie. Stoję już przed nim naga, choć w holu jest zimno. Naciska na moje ramiona, żebym zniżyła się i uklękła przed nim. Złoty przebłysk w czarnym oku. Upadam. Moje kolana stykają się z podłogą i wydaję z siebie jęk, bo boli jak cholera. Prawe jest spuchnięte. Siergiej rozpina rozporek i chce, żebym postawiła mu to, co jeszcze nie stoi. Robię, co chce, nie sprzeciwiam się. Jestem robotem. Moment i już jest gotowy. Podnosi mnie, obraca tyłem, opiera o poręcz schodów i łapie rękami za biodra. Wypinam się i zapieram. Wchodzi we mnie i od razu przyspiesza. Jego ruchy są szybkie. Teraz jego jedna ręka przytrzymuje mnie za kark, a przecież nie uciekam. Nie mam zamiaru. Jest mi dobrze, napięcie wzbiera już we mnie stopniowo, ale pewnie. Słychać tylko uderzenia jego bioder o moje pośladki, poza tym panuje tu cisza. Zaczynam oddychać głośno, żeby ją zabić. On też dołącza do mnie i teraz przekrzykujemy się nawzajem. Kiedy już prawie osiągam orgazm, moja ręka oparta na poręczy nagle ześlizguje się z niej i upadam ciężko na schody. Upadamy razem. Przygniata mnie. Wyję z bólu. Szybko się podnosi. Chyba skruszyłam kolano na drobne kawałki. Mam wrażenie, że wbiłam w nie tysiąc igieł. Przenikliwy ból przechodzi przez całą nogę, ale Siergiej zniża się i łapie mnie znowu.
- Przestań! - mówię, bo teraz całe ciało zaczyna mnie boleć, przygniecione do drewnianych schodów. Muszę wyprostować nogę.
- Jeszcze z tobą nie skończyłem - cedzi przez zęby koło mojego ucha. Zaczyna raz jeszcze, nie przerywa.
Uderzam czołem o twarde drewno. Udaje mi się podłożyć jedną rękę, żebym nie obijała się od krawędzi schodów. Bo wiem, że jego już nic teraz nie powstrzyma. Czekam, aż skończy, a kiedy ma dość, próbuję po prostu się obrócić, ale nie mogę. Jestem bez sił. Jeszcze jedna próba. Unoszę się i wspieram na jednym ramieniu, przekręcam i wtedy tracę równowagę i zjeżdżam w dół. To tylko cztery schodki, ale mam wrażenie, że spadłam z drugiego piętra. Krzyczę z bólu. Siergiej podskakuje i się zbliża.
- Na miłość boską, co się z tobą dzieje? - pyta poirytowany.
- Chyba złamałam kolano - Piszczę z bólu.
- Jak to złamałaś? Mówiłaś, że nic ci nie jest! - Zniża się i patrzy na moje nogi.
- Nie wtedy. Teraz!
- Jak to teraz? - Sonduje i przeczesuje ręką włosy. Przygląda mi się chwilę w ciszy, kiedy próbuję oddychać spokojnie, żeby przestało tak pulsować. Bierze mnie na ręce i ostrożnie zanosi do pokoju. Kładzie delikatnie na łóżku.
Czuję, że przesiąkłam odorem z tego klubu: pot, alkohol i papierosy. Ohyda! Dochodzi do tego jeszcze zapach krwi. Rzucam okiem na kolano. Krwawi. Siergiej po chwili wraca z gazą, bandażem i jakimś sprayem, który zaraz pewnie wyżre mi ranę. Zapobiegawczo zaciskam powieki, ale nie piecze. Mąż oczyszcza wszystko i robi mi opatrunek. Potem idzie pod prysznic i zasypia, kiedy tylko przykłada głowę do poduszki. Ja rozpamiętuję najpierw cały wieczór i zamykam oczy dopiero nad ranem.
Budzę się i mam wrażenie, że przespałam cały dzień. Kiedy się poruszam, wszystko mnie boli, a najbardziej głowa. Szukam telefonu, lecz przypominam sobie, że jest wyłączony w torebce od wczoraj. Siergieja nie ma obok, wołam go, ale nie odpowiada. Pewnie jest na dole razem z moją torebką i telefonem. Podnoszę się powoli i siadam na brzegu łóżka. Boli. Sprawdzam kolana. Lewe trochę ciągnie, ale da się przeżyć, chociaż jego kolor mówi coś innego. Prawe pulsuje ostrym bólem przy każdym ruchu i nie wiem, czy będę w stanie stanąć na tej nodze. Jeszcze raz próbuję dowołać się Siergieja. Bez skutku. Muszę wstać. Kiedy próbuję się unieść, wchodzi do pokoju.
- Nie wstawaj! - rozkazuje.
Opadam na łóżko, jęcząc z bólu. Kręci mi się w głowie. Patrzy na mnie przerażony i ocenia nerwowym tonem:
- Jezu, Anna, nie wyglądasz dobrze.
Nie wiem, dlaczego tak mówi, ale pewnie ma rację. Nie interesuje mnie to teraz, bo mam inny problem: muszę się dostać do ubikacji.
- Pomóż mi dojść do łazienki - proszę.
Zabrania mi iść, zanosi mnie tam. Nawet wtedy czuję ból w kolanie. Nie, nie tylko w kolanie. Wszędzie.
Siergiej zostawia mnie samą, a po chwili patrzę na siebie w lustrze i zamieram. Mam ciało pokryte sińcami. Jeden z nich jest na czole, inne na ręce i na brzuchu. To przez schody. Prawe kolano jest większe od lewego. Choć lewe też jest filetowe. Mam podkrążone oczy i poplątane włosy. Ale najgorzej wygląda mój prawy nadgarstek. Jest po prostu spuchnięty i ma purpurowofioletową barwę. Gdy nim poruszam, ostry prąd przechodzi mi od dłoni do szyi. Staram się nie jęczeć. Potem błagam o kąpiel i o jedzenie.
Siergiej jest do moich usług. Daje mi leki przeciwbólowe i prosi, żebym zgodziła się na lekarza. Chyba nie mam wyjścia. Kiedy okazuje się, że jego lekarz nie może przyjechać, zabiera mnie do szpitala. Kolano nie może czekać.
Odzyskuję komórkę i w drodze włączam aparat. Mało nie pęka w szwach od liczby nieprzeczytanych wiadomości. Wszyscy moi znajomi chcą wiedzieć, gdzie przepadłam, a Lorcan żąda wręcz wyjaśnień. Jego ostatnia wiadomość brzmi:
Lorcan Maidley: Przysięgam, jeśli się nie odezwiesz jutro, przyjadę do Ciebie, bo wiem, gdzie mieszkasz. Wszyscy wiedzą.
Odpisuję szybko i zwięźle, bo nie chcę przyciągać uwagi prowadzącego.
Anna Taredov: Siergiej mnie odebrał niespodziewanie z wczorajszej imprezy. Sorry. Teraz jadę do szpitala z kolanem. Pogorszyło się. Do kiedy zostajesz?
Lorcan Maidley: Wykończysz mnie.
Lorcan Maidley: Mam samolot dziś wieczorem.
Anna Taredov: Zadzwonię.
Lorcan Maidley: Czekam.
Wysyłam też wiadomość Herkusowi, który ma dziś wolne. Pytam, czy powiedział Siergiejowi, że widziałam się z Lorcanem. Odpisuje, że nie. Wyłączam telefon. Zajeżdżamy na miejsce. Siergiej przyprowadza wózek inwalidzki i zawozi mnie na pogotowie. Czekamy długo. W gabinecie lekarskim młoda pani doktor rzuca na nas okiem i prosi męża, żeby wyszedł. Gdy pyta, co się stało, tłumaczę jej, że wczoraj się upiłam i upadłam dwa razy na kolana. Każe mi się rozebrać i ogląda mnie całą. Po oględzinach woła drugą lekarkę. Teraz mam przed sobą cztery pary oczu przyglądające się mi z uwagą i współczuciem.
- W wypadku pani obrażeń prawo nakazuje nam zapytać, czy została pani pobita.
- Nie, nikt mnie nie pobił. Było tak, jak mówiłam.
- Czasami człowiek upija się tak, że nie pamięta dobrze, albo nie pamięta wcale, co się stało. Czy tak mogło być w pani przypadku?
- Nie, wypiłam tylko trochę. - Podnoszę wzrok i skanuję ich twarze.
Są przejęte.
- Pobicie to przestępstwo. Jest pani pewna, że żadne osoby trzecie nie są zaangażowane?
- Jestem pewna. Absolutnie nie - chrząkam, by pozbyć się chrypki. Chcę, żeby było to jasno słychać.
- Pani nadgarstek mówi coś innego.
Zapada cisza. Spoglądam na prawą rękę. Rzeczywiście, widać, że nie mogłam sobie tego zrobić, upadając. Przygryzam wargę i głośno wzdycham. Starsza lekarka siada naprzeciwko mnie, zdejmuje lateksowe rękawiczki, które założyła do badania, po czym zwraca się do mnie ciepłym głosem:
- Czy pani mąż jest odpowiedzialny za pobicie? Ten, który tu panią przywiózł?
- Nie... Nikt mnie nie pobił. - Staram się, żeby to zabrzmiało wiarygodnie. Patrzę na nie, a one wymieniają porozumiewawcze spojrzenie.
- Będziemy musiały napisać szczegółowy raport - odzywa się druga. - I obojętnie, co pani tu teraz powie, i tak sprawdzi to policja.
- Policja? Myślałam, że obowiązuje was tajemnica lekarska! - Wzdrygam się.
- Tak, ale dotycząca tylko tego, co się tu mówi. Obrażenia są jawne, bo zgłosiła się pani na pogotowie. Proszę się uspokoić. Możemy pani zapewnić bezpieczeństwo, jeżeli spodziewa się pani konsekwencji ze strony męża. To typowe.
Mam ochotę stamtąd wybiec, ale przez kolano nie mogę.
- Niczego nie podpiszę - mówię, co tylko je upewnia w tym, że mają rację.
Widzę to i łapię się za głowę. Muszę zacząć się zastanawiać, zanim coś powiem.
- Mój mąż nigdy nie zrobiłby mi krzywdy.
- Skąd ta pewność?
- Bo mnie kocha i chroni.
Nie potrafię już powstrzymać łez i pozwalam im wypłynąć spod zmęczonych powiek. Patrzą na mnie z litością.
- Jeśli potrzebuje pani czasu, poczekamy. Możemy też zlecić obdukcję ginekologiczną, jeżeli jest taka potrzeba.
- Nie, nie ma - udaje mi się wymówić, choć zanoszę się już płaczem na całego, bo przypominam sobie scenę na schodach.
Podają mi chusteczki. Co ja narobiłam? To naprawdę kiepsko wygląda. Po kilku minutach, kiedy udaje mi się uspokoić, a one są zajęte wypełnianiem dokumentów, pytam, podnosząc głowę:
- Czy mogę już iść? Możecie zawołać mojego męża?
- Takich rzeczy nie powinno się tak zostawiać. Powinien ponieść konsekwencje.
- Upadłam, bo byłam pijana - cedzę i zaczyna mi brakować cierpliwości.
- Oczywiście... Rozumiemy - odpowiada ta starsza. Po jej głosie wiem, że mi nie wierzy. Trudno. Wysyła mnie na rentgen, który robię na miejscu.
Badanie wykazuje tylko mocne stłuczenie. Dostaję maści i leki przeciwbólowe. Mam unieruchomić nogę na tydzień. Siergiej nie rozumie moich łez, kiedy wraca po mnie do gabinetu.
- Co się stało?
- Chodźmy już. Opowiem ci w samochodzie.
Powstrzymuję się od płaczu i gdy tylko zamykamy drzwi auta, zaczynam, ściszając głos i ukrywając emocje, w razie gdyby ktoś nas obserwował czy nagrywał.
- One myślą, że mnie pobiłeś!
Odsuwa dłoń od stacyjki, choć już mieliśmy ruszać. Ze zdziwienia zastyga. Nawet o nic nie pyta.
- Zrobiły oględziny i uznały, że to ty i że boję się przyznać - kontynuuję. - Chciały robić obdukcję ginekologiczną, ale się nie zgodziłam.
Dalej nic nie mówi, patrzy na mnie teraz okrągłymi oczami.
- Powiedziały, że zajmie się tym policja, bo wygląda to na przestępstwo, na pobicie... - szepczę.
- I co im powiedziałaś? - pyta, patrząc na mnie z przerażeniem.
- Prawdę, że upadłam, że to był wypadek.
Przez chwilę nikt nic nie mówi. Siergiej przełyka głośno powietrze i dotyka delikatnie mojej twarzy. Gładzi mój policzek i wpatruje się we mnie jak w obrazek. Całuje mnie w czoło i wydaje mi się, że ma wilgotne oczy. Jego telefon nie przestaje dzwonić, ale Siergiej nie odbiera, tylko go wycisza. Przekręca w końcu kluczyk w stacyjce i ruszamy. Zmienia kąt patrzenia i nie dostrzegam teraz jego oczu, nie wiem, czy płacze, czy mi się przewidziało. Nie pytam. W domu niesie mnie na kanapę i zaczyna:
- Przepraszam cię za wczoraj.
Spoglądam na niego i przytakuję bez słowa, bo zastanawiam się, które z nas jest bardziej winne tej sytuacji.
- Przepraszam, że cię zmusiłem do opuszczenia lokalu i za to na schodach...
Nie odpowiadam. Zalewam się łzami, choć nie chcę, choć mam tego dosyć.
- Obiecaj mi, że o tym zapomnimy. Kiedy się obudzimy jutro rano, wszystko będzie jak przedtem.
- Okej.
- Zostań ze mną, nie odchodź, błagam - dodaje nagle. Unoszę wzrok, spoglądam na niego. Pierwszy raz o coś błaga.
- Zostaję - zapewniam od razu szeptem, bo dobrze wiem, że nie potrafiłabym od niego odejść.
- Kocham cię. Tak bardzo cię kocham. Wiesz o tym? Nie mogę znieść myśli, że mógłbym cię stracić, stąd moje zachowanie w klubie... Choć to niczego nie tłumaczy. Wybacz mi.
- Wybaczam.
Zasypiam na kanapie w jego objęciach. Na drugi dzień czuję się jeszcze gorzej. Wszystko boli jeszcze bardziej i martwię się, co będzie dalej. Co będzie z nami? Przypominam sobie, że miałam zadzwonić do Lorcana i tego nie zrobiłam. Piszę do niego wiadomość, ale kasuję za każdym razem tuż przed wysłaniem. Żadne słowa nie są dość dobre, żeby wyrazić, co teraz czuję. Wysyłam w końcu:
Anna Taredov: Przepraszam, kochany.
I wyłączam telefon. Przez następne cztery dni Siergiej nie chodzi do pracy. Załatwia wszystko z domu przez komputer. To pierwszy raz od czasu naszej podróży poślubnej. Zajmuje się mną, jest miły i czuły. Udaje nam się nawet obejrzeć razem film, komedię romantyczną, choć zasypia przed końcem, a ja nie chcę go budzić.
Dostajemy wezwanie na komendę. Jedziemy tam razem. Pytają, czy chcę złożyć doniesienie o popełnieniu przestępstwa. Odpowiadam, że nie. Dwa przesłuchania. Jedno razem, jedno osobno. Jeszcze kilka poniżających pytań i wracamy w milczeniu do domu. Chcę wymazać to z mojej pamięci. On też tego chce, więc staram się, jak mogę. Oddycham głęboko. Medytuję. Może się uda.
W pierwszy dzień powrotu do pracy Siergiej dzwoni do mnie pod wieczór ze swojego biura w Londynie i zaczyna zmarnowanym głosem:
- Ogniwa fotowoltaiczne, które testowaliśmy przez ostatnie trzy miesiące, nie zdały egzaminu.
- Dlaczego? - pytam z rezygnacją.
- Mimo olbrzymiej powierzchni i tych rowków, które kazaliśmy zrobić na lustrzanej płycie, nie wytwarzają wystarczająco dużo energii. Glony rozmnażają się za wolno. Cały proces jest ślamazarny... Nie tego szukamy. Musimy zacząć od nowa. Wypróbować inne. - Wypuszcza głośno powietrze ustami. Najwyraźniej nawet jego niekończąca się cierpliwość i opanowanie mają jednak granice.
- A nie można po prostu ulepszyć tych? - Staram się zabrzmieć najbardziej optymistycznie, jak tylko się da.
- Można, ale zajmie to kolejny rok lub dwa. Nie mamy tyle czasu...
- Rozumiem.
Kiedy zastanawiam się, co powiedzieć, żeby go pocieszyć, oznajmia:
- Muszę tam jechać osobiście na zmianę tej instalacji.
- Gdzie? - Nie mam pojęcia, gdzie w ogóle testuje te całe algi... Pewnie gdzieś w Rosji.
- Wiesz, że nie mogę ci tego teraz powiedzieć. To tajne informacje - odpowiada spokojnie. Moje pytania muszą mu się wydawać nie na miejscu.
- Okej... Rozumiem. Kiedy wrócisz? - Może chociaż to nie jest Top Secret...
- Najpóźniej za cztery dni, może pięć, jeżeli znów coś się spieprzy...
Nie wracam na razie na wykłady. Czekam, aż wszystkie siniaki, szczególnie te widoczne nawet w ubraniu, się zagoją. Nudzę się w domu i dlatego postanawiam złamać jedną z zasad, na które przystałam z Siergiejem. Po dwóch latach nieobecności wracam na portale społecznościowe. Otwieram konto instagramowe. Starego już nie ma. Chyba mnie usunęli, bo nie mogę się tam dostać. Zakładam nowe. Wysyłam zaproszenia do wszystkich moich nowych znajomych. Do Lorcana też. Nie odpisał mi na moją ostatnią widomość, ale widzę, że ją odczytał. Wszyscy, bez wyjątku, dają mi dostęp. Scrolluję z przejęciem profil Maidleya. Ma setki zdjęć i sześć tysięcy obserwujących. Jest bardzo aktywnym użytkownikiem. Singlem. Na większości zdjęć jest z dziewczynami, na imprezach, w różnych miejscach w sumie, bawi się, używa życia. Widać ich roześmiane twarze, grymasy, na kilku się całują. Na każdym z inną. Dwa dni temu wstawił zdjęcie ze swojego uniwerku ze śliczną, czarną laską. Piją razem kawę, śmiesznie marszcząc nosy. Podpisane #najlepsza kawa z Coco. Pieprzony Casanova!
Dochodzę do zdjęć z naszej epoki i sprawdzam zdenerwowana, czy mnie nie uwiecznił. Na szczęście nie. Tak. Jest jedna nasza fotka. To fragment naszych tułowi, szyi w sumie, przyklejonych do siebie, kiedy siedziałam wtulona w niego na niebieskim fotelu. Obok nasze wyciągnięte dłonie, moja i jego, splecione razem. Nie widać naszych twarzy. Widać tylko te fragmenty naszych ciał, przytulonych, w ubraniu. #love Polubione czterema tysiącami serduszek. W tym moim.
Po południu, kiedy wymieniam informacje z Suzą i Monicą i kłamię, że jestem chora, jedna z nich przesyła mi filmik, podpisany:
Nie wiem, czy wiesz, ale krąży to po sieci od kilku dni. Wszyscy to już widzieli.
Klikam na wideo. To czternastosekundowy film, na którym widać, jak Siergiej zmusza mnie do wejścia do samochodu pod klubem w Londynie. Jak ciągnie mnie za nadgarstek, a ja próbuję hamować, a potem wrzuca mnie do środka, i jak odjeżdżamy z piskiem opon. Nawet nie sprawdzam, ile to ma wyświetleń. Wyłączam telefon. Teraz, w tym momencie, mam ochotę umrzeć. Na samą myśl, że Lorcan to oglądał... Potem zastanawiam się, jak to usunąć. Nie mam pojęcia, ale Siergiej to pewnie wie. Jeżeli mu o tym powiem, zajmie się tym, ale też dowie, że mam z powrotem konto na Instagramie. Trudno. Musi to jakoś przeżyć. Wszyscy mają tam konto. Wszyscy oprócz niego.
Najpierw zastanawiam się, jak i kiedy mu o tym powiedzieć, ale po czwartym obejrzeniu tego horroru wysyłam mu po prostu samo nagranie w wiadomości bez komentarza. Do samego wieczora nie odpowiada, więc po dziewiętnastej do niego dzwonię. Ma wyłączony telefon, od razu odpala się automatyczna sekretarka. Wtedy przychodzi mi na myśl Molly. Odbiera z uśmiechem w głosie:
- Anna! Jak miło cię słyszeć! Co mogę dla ciebie zrobić?
- Witaj, Molly. Szukam Siergieja.
- Jest teraz na zebraniu. Kiedy się skończy, powiem mu, że dzwoniłaś. Coś jeszcze?
- Na zebraniu? Myślałam, że jest na wyjeździe.
- Wrócili dziś rano. Czy to coś pilnego?
- Nie. Dziękuję, Molly. Dobranoc.
Wrócił rano, ale od razu pojechał do biura. Nawet nie wstąpił do domu. Nie pojmuję tego. Jego asystentka wie lepiej ode mnie, gdzie jest i co robi. Lorcan Maidley wysyła mi wiadomość prywatną na Instagramie.
@Lorcan: Dlaczego z nim jeszcze jesteś?
@Anna: Cześć.
@Lorcan: Nie mogę uwierzyć, że zgadzasz się na takie traktowanie.
@Anna: Nie wierz we wszystko, co widzisz w sieci.
@Lorcan: Fakty. Mam oczy. Chcesz mi powiedzieć, że ten filmik spod klubu to fake? I że to nie on Cię tam ciągnie do wozu jak psa? On od początku robi z Tobą, co chce, a Ty się temu poddajesz. Nigdy nie stawiasz oporu? Jak nie Ty...
@Anna: Nie znasz naszego życia.
@Lorcan: Nie muszę znać szczegółów, żeby zrozumieć, że to on o wszystkim decyduje.
Czuję, jak serce mi przyspiesza. Nie mam ochoty się przyznawać do prawdy.
@Anna: Nie mam zamiaru Ci się z tego tłumaczyć.
@Lorcan: To on się powinien tłumaczyć.
@Anna: Przestań, proszę. Nie znasz sytuacji.
@Lorcan: Dlaczego na to pozwalasz? Ten chuj nie jest Ciebie wart.
Nie odpisuję. Płaczę.
Siergiej pojawia się po dwudziestej drugiej. Wygląda na wykończonego. Wchodzi do salonu, gdzie siedzę skulona na kanapie z książkami. Próbuję się uczyć, choć trudno mi się skupić. W sumie udaję, że coś robię. Podchodzi bez słowa i bierze moją dłoń, ogląda zielonożółty nadgarstek i całuje go ostrożnie. Potem całuje mnie w czoło. Pewnie widział ten filmik, dlatego nic nie mówi. Siada na ziemi i kładzie głowę na moich kolanach. Bez słowa. Zatapiam palce w jego włosach, gładzę, lekko drapię. Zamyka oczy i mruczy. Wzdycha.
- Widziałeś? - pytam w końcu.
- Widziałem. Przykro mi. Kiedy to zobaczyłem, zdałem sobie sprawę, co zrobiłem. Przepraszam cię. Błagam, wybacz mi. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. - Otwiera oczy i spogląda na mnie zmęczonym spojrzeniem. Znowu błaga. To już drugi raz w tym tygodniu.
- Można to jakoś usunąć?
- Moi ludzie już nad tym pracują.
Szkoda, że nie można wyzerować też mojej pamięci. Wymazać raz na zawsze. Potem opowiada mi o nowej instalacji, jeszcze o pracy i że ten weekend będziemy razem w domu. Cieszę się. Planuję pizzę i filmy. Ale teraz chce mi się lodów. Najlepiej czekoladowych. Idę do kuchni i wracam z pełnym pudelkiem i dwoma łyżeczkami. Kręci głową. Jem sama. Gdy odstawiam, całuję go.
- O, pycha - mówi szeptem, kiedy nasze usta oddalają się na chwilę. - Nie zasługuję na ciebie. Nie wiem, dlaczego mnie kochasz... Jak w ogóle to jeszcze możliwe? - dodaje, patrząc mi głęboko w oczy.
Lorcan też zastanawia się nad tą kwestią, myślę.
- Pamiętaj, że kocha się za nic - szepczę, a on zatrzymuje się na moment i patrzy na mnie z poważną miną.
W końcu dodaje, przyklejając swój nos do mojego nosa:
- Nie znam wspanialszej osoby na świecie niż ty. Dziękuję, że jesteś.
- Kochaj się ze mną - proszę.
- Wszystko cię pewnie jeszcze boli.
- Nie. Już nie.
Zaczynam rozpinać jego koszulę. Kochamy się na kanapie w salonie tak delikatnie i powoli, jak lubię.
W sobotę rano Siergiej z nogami założonymi na fotel skacze po kanałach, leniwie spoglądając na ekran. Rzadki widok! Nagle zatrzymuje się na jednym z nich, gdzie mówią coś o Nextoilglobal. To ta amerykańska firma, w której Steven Mac Roye ma największe udziały. Spojrzenie Siergieja poważnieje, mój mąż słucha, co mówi dziennikarka. Dopijam kawę, ale nazwa Nextoilglobal i związane z nią nazwisko Mac Roye'a nie pozwalają mi już się skupić na niczym innym. Oblewam się kawą. Siergiej, nie przestając patrzeć w telewizor, mówi do mnie, uprzedzając moje pytanie:
- Nextoilglobal prowadzi swoje największe interesy w Rosji, skupują ropę i gaz od rosyjskich podwykonawców po zaniżonych cenach. - Znów czyta w moich myślach, przecież nawet nie otworzyłam ust! - To prawdziwy wyzysk tego kraju. Nie mogę już na to patrzeć. Ostatnio wykupili czterdzieści procent udziałów w rosyjskiej firmie eksploatującej łupki roponośne na Syberii, tym samym zapewniając sobie strategiczny sojusz z rosyjskim rządem... Można się wściec.
- To dlaczego rosyjskie firmy się na to godzą, skoro ceny odsprzedawanych surowców są zaniżone? - pytam, próbując zmyć plamę mokrą ścierką, ale to ją tylko rozciera.
- Takie sytuacje sprzyjają zmianie statusu firmy z krajowego przedsiębiorstwa na światowej rangi korporację, robiącą interesy z amerykańskim liderem. Rozumiesz? Jednocześnie to pozwala im wejść do czołówki światowych firm wydobywających ropę czy gaz. To dla nich prestiż. To po prostu się opłaca, bo za prestiżem idą pieniądze, wpływy i cała reszta... Ręce opadają... - dodaje zawiedziony.
- Czyli ten Nextoilglobal jest największym wydobywcą ropy na świecie?
- Wśród prywatnych firm tak. Ale najwięcej ropy wydobywają państwowe koncerny. Aktualnie, na pierwszym miejscu jest oczywiście Arabia Saudyjska, ale to już zupełnie inna bajka... Teraz muszę wykonać parę telefonów, wybacz mi - kończy i idzie do swojego biura, rzucając mi mały uśmiech, kiedy jest przy drzwiach.
Wzdycham głęboko i wracam do plamy, ale zaledwie po minucie dostaję telefon z fundacji. Sekretarka informuje mnie, że próbował się ze mną skontaktować ktoś w sprawie darowizny i że dała mu adres mejlowy. Sprawdziłam skrzynkę, ale niczego nie ma.
Fundacja powoli zaczyna działać w kilku krajach. Jestem z tego dumna. Zaczyna mi się podobać, co robię, choć zajmuje sporo czasu. Ale fajnie jest pomagać innym. Jakoś udaje mi się wreszcie to wszystko opanować. Zorganizowałam małe biuro w Oksfordzie, z trzema pracownikami, którzy zajmują się robotą papierkową, rekrutacją personelu do montażu na miejscu i specjalistów od energii odnawialnej. Udaje się już nam zorganizować pierwszą misję w Ruandzie i w Kongu. Wysyłamy tam sporo sprzętu i ludzi, którzy monitorują całą akcję. Ja zajmuję się przede wszystkim pozyskiwaniem sponsorów i przekazywaniem sporych sum z konta Siergieja. I jutro ma być mój szczęśliwy dzień! Artykuł w prasie wydał wreszcie swoje owoce. Mały wywiad, którego udzieliłam, opowiadając o naszych celach i pomocy, jaką staramy się zorganizować. Zaczynam pisać następnego maila w sprawie fundacji, kiedy Siergiej wpada do kuchni, gdzie siedzę z laptopem przy stole.
- Mogę? - pyta, wskazując na mój komputer, i kiedy przesuwam go w jego stronę, bierze go i pisze coś na nim. Po chwili zwraca się do mnie ponownie: - I tak się dowiesz, więc zobacz. Nie denerwuj się. Zajmę się nimi, ale na razie musisz się uzbroić w cierpliwość.
Zwraca ekran w moim kierunku. Rzucam okiem. Pierwsza strona znanego plotkarskiego portalu internetowego. Zdjęcie zrobione, kiedy Siergiej wiezie mnie na wózku inwalidzkim ze szpitala do samochodu. Wyglądam na nim jak ofiara przemocy domowej. Oprócz głównego zdjęcia są dwa zbliżenia wklejone obok: zrobili zoom na widoczne siniaki, ten na czole i na nadgarstku. Tytuł brzmi: Czy Siergiej Taredov bije młodziutką żonę?
Robi mi się gorąco i czuję, jak zasycha mi w ustach.
- Kiedy to wyszło?
- Dzisiaj. Połączyli to z filmikiem wrzuconym do sieci i opisali. Nie czytaj całości. Nie ma sensu.
Nie czytam i nie mam zamiaru. Byłam tam, wiem, co się wydarzyło. Nie potrzebuję relacji świadków. Siergiej zbiera się i jedzie do biura. Kolejny pozew. Kolejny problem. Kolejna zła prasa przed wyborami. Znowu przeze mnie. A może tym razem przez niego? Udaję, że sobie z tym radzę. Że potrafię to zignorować i się odciąć, tak jak wtedy, kiedy do naszego domu wtargnęły zbiry. Mam nadzieję, że nie dotrze to do Polski, do moich rodziców. Chcę wpaść w wir pracy. Chcę, żeby pochłonął mnie nurt innych, nieważnych wydarzeń. Na drugi dzień rano szczęście się do mnie uśmiecha. W skrzynce fundacji jest mejl!
Od: Nicolas Bauffremont
Do: Anna Taredov
Temat: darowizna dla fundacji Anny Taredov
Szanowna Pani Taredov,
z wielką uwagą przeczytałem opublikowany w renomowanym periodyku "Oxford Mail" wywiad, który rzucił światło na działalność Pani Fundacji. Chciałbym wyrazić swoje głębokie uznanie dla celów, które Pani Fundacja sobie stawia, oraz wesprzeć Pani szlachetne działania na rzecz rozwoju krajów Afryki.
Jestem głęboko przekonany o wartości i istotności Pani misji, która nie tylko zasługuje na uwagę, ale również na dofinansowanie. Dlatego chciałbym mieć zaszczyt przekazać odpowiednią sumę na rzecz Pani Fundacji jako wyraz mojego uznania i wsparcia dla Pani dążeń.
Będzie mi niezmiernie miło spotkać się z Panią osobiście, aby wręczyć czek i podzielić się moimi przemyśleniami na temat Pani inspirującej pracy. To, co Pani robi, jest warte pochwały i światowego rozgłosu, który pewnie uda się Pani wkrótce osiągnąć.
Proszę o kontakt z moją asystentką w celu ustalenia dogodnego terminu spotkania.
Z poważaniem, Sir Nicolas Bauffremont
Nie mam pojęcia, kim jest ten człowiek, ale to nie ma znaczenia. Skoro chce wesprzeć moje działania, tylko to się liczy. Próbuję go wygooglować, lecz nie udaje mi się znaleźć nic ciekawego. Wychodzi na to, że to starszy pan, który w młodości był architektem dróg i mostów w hrabstwie Oksfordshire. Architekt? Będzie o czym rozmawiać! Nie mam czasu na czytanie całej biografii, spieszę się na spotkanie z księgowym, umówione na dziesiątą. Kiedy Herkus wiezie mnie do centrum, dzwonię do asystentki pana Bauffremonta i umawiam się na wizytę. Zadziwiające, uda mi się z nim zobaczyć jeszcze dziś w porze herbaty! Jestem z siebie dumna. Mam ochotę zadzwonić z tą wspaniałą nowiną do Siergieja, ale przypominam sobie z czym musi teraz zmierzyć, i odpuszczam.
Lorcan przesyła mi zdjęcie miseczki ze zwykłymi płatkami kukurydzianymi z podpisem:
@Lorcan: Tu nie mają froot loops. ?
Od razu mam ten smak na języku i na samą myśl o tym momencie, gdy jedliśmy je pierwszy raz razem, chcę tam wrócić. Do tego chłopaka i do tego pokoju. Kiedy jedziemy na spotkanie, proszę Herkusa, żeby zatrzymał się w Tesco i kupił mi froot loops. Jem je na sucho z torebki w pancernym bmw, które punktualnie o siedemnastej parkuje pod pokaźną rezydencją pana Bauffremonta, mieszczącą się w centrum Oksfordu, w ekskluzywnej dzielnicy, zamieszkanej przez miejscową elitę. Każdy dom ma tu wielką żelazną bramę, za którą kryją się spore, jak na miejską lokalizację, ogrody. Proszę Herkusa, żeby zrobił mi zdjęcie, jak jem te płatki z opakowania w samochodzie. Wysyłam Lorcanowi i wyłączam telefon.
- Nie wiem, ile mi to zajmie - mówię, chwytając za klamkę.
- Pójdę z tobą, tylko wyślę Siergiejowi nasze namiary, moment, apka się zawiesza - odpowiada, patrząc na mnie w lusterku, i klika w telefonie.
- Cholera - mówi.
- Co? - pytam.
- Nie ma zasięgu.
- Słuchaj, to starszy pan, jestem bezpieczna, poczekaj tu na mnie.
- Zdefiniuj "bezpieczna" - dodaje ze ściągniętymi brwiami, ale rzucam mu tylko niewinny uśmiech i trzaskam drzwiami. Wysiada i idzie za mną. Co chwilę sprawdza, czy jest zasięg.
Dom wygląda na bardzo stary i trochę podupadły. Przydałyby się jakieś prace renowacyjne, panie architekcie! Podchodzimy do wielkich, drewnianych drzwi i stukam dwa razy mosiężną kołatką z lwią głową. Szczupła kobieta o siwych włosach i podkrążonych oczach otwiera i bez słowa wpuszcza nas do środka. Dopiero kiedy zamyka je za nami, pyta:
- Pani Taredov?
- Tak, to ja, a to mój ochroniarz - odpowiadam po cichu, lekko onieśmielona sytuacją.
- Sir Bauffremont czeka na panią. Pan może poczekać przed biurem. Przyniosę krzesło.
- Dziękuję. Macie tu zasięg? Albo wi-fi? - pyta niepewnie Herkus i rozgląda się bacznie dookoła.
- Nie, niestety, nie mamy internetu.
Herkus marszczy czoło i rzuca mi nerwowe spojrzenie. Kobieta prowadzi nas korytarzem do dosyć mrocznego pomieszczenia. Wchodzę sama, ochroniarz zostaje przed drzwiami.
- Jak coś, to wołaj - rzuca.
Przytakuję, a gosposia rzuca mu zdziwione spojrzenie. Ściany są obite ciemnym drewnem, na większości znajdują się wysokie półki z książkami, a przy jedynym, dużym oknie stoi stare biurko. Na ścianie naprzeciwko wisi majestatyczne poroże jelenia. Coś okropnego! Ciężkie i długie zasłony nie przepuszczają wiele światła, w pokoju panuje półmrok. Gruby, wełniany dywan oraz ogromny, ciemny i wytarty, pewnie ze starości, chesterfield, dopełniają ponurego wrażenia. W powietrzu daje się wyczuć woń kurzu. To musi być biblioteka. Siedzący przy biurku mężczyzna ma niezadowolony wyraz twarzy. Kiedy mnie zauważa, jego mina z rozgoryczonej zmienia się w pogodną i zainteresowaną. Spogląda na mnie, odstawiając szklankę z napojem na srebrną, niewypolerowaną tacę, gdzie stoi kryształowa karafka do połowy wypełniona trunkiem. Sir Nicolas Bauffremont nie wygląda na swój wiek. Nie pamiętam dokładnej daty z internetu, ale wydaje mi się, że powinien mieć koło osiemdziesiątki, tymczasem dałabym mu góra sześćdziesiąt. Dobrze się dziadek trzyma...
- Panie Bauffremont... - zaczynam, zbliżając się do jego biurka.
Wstaje i podaje mi rękę.
- Pani Taredov. To dla mnie wielka przyjemność - odpowiada z lekkim uśmiechem. - Proszę usiąść. Czego się pani napije?
- Herbaty, bardzo proszę.
- Oczywiście. - Jedno jego skinienie i kobieta, która otworzyła mi wcześniej drzwi, oddala się teraz ze spuszczoną głową.
- Bardzo się cieszę, że tak szybko zareagowała pani na moją wiadomość.
- Czas to pieniądz - rzucam bez zastanowienia. Ten mężczyzna mnie krępuje. Czuję się niepewnie w jego towarzystwie.
- Święta racja - oznajmia, po czym dodaje z uśmiechem: - Bierzmy się zatem od razu do roboty! Nie ośmieliłbym się marnotrawić pani cennego czasu, pani Taredov.
Chyba się spalę ze wstydu. Czas to pieniądz?! Co za żenada! Nikt nigdy nie traktował mnie tak poważnie i tak oficjalnie jednocześnie. Czas dostosować wypowiedzi do sytuacji!
- Ależ nie. Proszę się nie spieszyć, mam sporo czasu.
- Czuje się już pani lepiej? - pyta nagle.
- Nie rozumiem.
- Gazety piszą, że miała pani swego rodzaju wypadek. Padła pani ofiarą agresji. Choć ja nie wierzę łatwo w to, co podaje prasa. Wypisują, cokolwiek im ślina na język przyniesie. Wszystko dla pieniędzy. Ale obrażenia były chyba powierzchowne, bo nie wygląda pani na cierpiącą...
Przełykam głośno i się pocę. Co, do cholery? Naciągam rękaw bluzki na nadgarstek, choć nic już nie widać, wszystko się zagoiło. Dobrze, że Herkus jest obok. Czuję się pewniej. Przez chwilę błądzę nerwowo wzrokiem, aż w końcu odpowiadam:
- Yyy... Wszystko już dobrze, dziękuję. Może ma pan jakieś pytania dotyczące fundacji? Mogę panu opowiedzieć o naszych najbliższych misjach i celach. Na co zostaną wykorzystane pana pieniądze... - próbuję ratować twarz i brzmieć profesjonalnie. Nie reaguje na moją nieudaczną zmianę tematu. Nie wracamy do "agresji".
Wreszcie ośmielam się na niego spojrzeć. Patrzy na mnie zaintrygowany, nic nie mówiąc i uśmiechając się lekko, co jest bardzo krępujące.
- Mam też ze sobą wszystkie oficjalne dokumenty, potwierdzające prawne istnienie i działanie fundacji. Czy zechciałby pan rzucić na nie okiem?
- Nie, to nie będzie konieczne. Ufam pani - odpowiada bez zająknięcia. No dobra, teraz to już jest zupełnie dziwne...
- Rozumiem - odpowiadam, ściskając nerwowo teczkę z papierami. Moje dłonie są zupełnie mokre. Co się ze mną dzieje? Dlaczego ten mężczyzna wywołuje we mnie taki stres?! Nagle słyszę dźwięk otwieranych drzwi i prawie podskakuję z nerwów na krześle.
- Wszystko w porządku? - Bauffremont wyraża swój niepokój.
- Tak, tak... Przepraszam, ja... - Nie daje mi skończyć, co mnie w sumie ratuje, bo ze strachu i zakłopotania nie wiem, co powiedzieć.
- Wygląda pani na zdenerwowaną - oznajmia, ściszając głos, kiedy gosposia stawia przed nami porcelanowe filiżanki, napełnione do połowy herbatą.
Niezręcznie kiwam głową, po czym chwytam drżącą ręką za naczynie i wypijam od razu pół jego zawartości, parząc sobie przy tym gardło.
- Proszę uważać, herbata jest gorąca... - ostrzega mnie za późno. Bierze dwie kostki cukru, wrzuca do swojej filiżanki, po czym miesza gorący napój małą łyżeczką.
- Cukier? Mleko? - proponuje.
- Nie, dziękuję - odpowiadam prawie szeptem. Nie przestaje mnie lustrować. Ciągle wodzi za mną wzrokiem z nadmiernym, jak na mój gust, zainteresowaniem. Odstawiam herbatę i nabieram powietrza przez usta.
- Przepraszam. Nie przywykłam do takich sytuacji... - zaczynam niezręcznie. - Moja fundacja istnieje zaledwie od kilku miesięcy i dopiero się uczę, jak nią zarządzać. Nie miałam jeszcze wielu spotkań z darczyńcami, proszę mi wybaczyć moją niezręczność i brak obeznania.
- Jak na tak krótkie doświadczenie ma pani całkiem niezłą listę dokonań. Tak przynajmniej wynika z artykułu... Fascynuje mnie pani - oznajmia nagle.
Na jego słowa moja twarz staje się purpurowa. Dostrzega moje poruszenie, bo od razu dodaje:
- Zatem, jak mówiłem, przejdźmy od razu do meritum.
I nie czekając na moją odpowiedź, wyjmuje książeczkę czekową z szuflady biurka i otwiera pióro, które leży obok jego dłoni. To ręcznie zdobiony montblanc z limitowanej serii z wizerunkiem smoka z mitologii Azji Wschodniej. Wiem to, bo Siergiej ma ich kilka. Szybko wypisuje czek i podsuwa go w moim kierunku. Pyta, nie puszczając go:
- Mam nadzieję, że ta kwota zadowoli pani charytatywne ambicje.
Co odpowiedzieć?! Nie mam pojęcia. Rzucam okiem na czek. O mój boże! Milion funtów! Spoglądam na mężczyznę. Nawet mu powieka nie drgnie. Mój wzrok jeszcze raz skupia się na kawałku papieru: milion funtów brytyjskich. Bez wątpienia. Liczę jednak zera. Niesłychane! Bauffremont bierze czek i wkłada go w białą czystą kopertę, po czym podaje mi ją do ręki.
- To... To bardzo hojne z pana strony, panie Bauffremont... - udaje mi się wydukać. Dlaczego nie jestem w stanie się uśmiechnąć? Dlaczego on mnie tak onieśmiela?!
- Cała przyjemność po mojej stronie, pani Taredov. Mam nadzieję, że te pieniądze zostaną należycie wykorzystane.
- Oczywiście. Osobiście o to zadbam, może pan być spokojny. Dostanie pan pełną dokumentację co do ich wykorzystania - odpowiadam, po czym spoglądam na niego pytająco.
- Jestem tego pewien.
Mężczyzna uśmiecha się w kąciku ust. Jest w nim coś tajemniczego, co nie pozwala mi się uspokoić. Boję się go. Nie wiem dlaczego, ale cholernie się go boję. Następuje niezręczna cisza, którą przerwa jego:
- W takim razie nie będę już pani dłużej zatrzymywał. Dziękuję za pani cenny czas.
- To ja dziękuję. I to bardzo.
Chowam kopertę z czekiem do torebki i spoglądam na mężczyznę. Bauffremont wstaje i obchodzi biurko podchodząc do mnie. Podnoszę się z krzesła. Jest wysoki i dobrze zbudowany. Kiedy jest bliżej mnie, mogę dokładniej przyjrzeć się jego twarzy. Serce wali mi jak oszalałe. Przystojny, na swój sposób interesujący... Ma ciemne oczy, grube brwi i mocno zarysowaną szczękę. Jest elegancko ubrany i pachnie modnymi perfumami. Zupełnie nie wygląda na swój wiek. Z drugiej strony, może źle wyczytałam rok jego urodzenia. Zbliża się, po czym z uśmiechem podaje mi swoją dłoń. Mocny uścisk. Męski. O mamo!
- Miło mi było panią poznać. I proszę o siebie dbać.
- Mnie również. I jeszcze raz dziękuję. To wspaniały gest. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.
- O! Nie wątpię. Pewnie szybciej, niż pani myśli. Świat jest taki mały... - odpowiada z błyskiem w oku.
- To prawda. Do widzenia, panie Bauffremont.
- Do widzenia, pani Taredov. Miłego wieczora - mówi spokojnie, rzucając mi przenikliwe spojrzenie. Duszę się tu. Chcę jak najszybciej stąd uciec. Paradoksalnie, im bliżej wyjścia, tym strach bardziej obezwładniający. Powietrza!
- Nawzajem.
Obracam się na pięcie i ze zdumieniem spoglądam na stojącą w drzwiach biblioteki kobietę, która ruchem ręki pokazuje mi wyjście. Czy stała tam cały czas? Pospiesznie wychodzę korytarzem na zewnątrz, nie oglądając się za siebie i mocno ściskając torebkę w ręce. Herkus podnosi się gwałtownie, gdy mnie widzi, i oboje, bez słowa, wracamy do samochodu. W środku czuję ulgę i nieopisaną satysfakcję. Uff! Oto właśnie zdobyłam milion funtów dla mojej fundacji i to bez żadnej pomocy mojego męża! Milion pieprzonych funtów! Jestem z siebie dumna, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że jeśli chcę dobrze prowadzić fundację, to muszę się jeszcze wiele nauczyć. Szczególnie, jak się zachowywać w takich sytuacjach. Herkus spogląda na mnie pytająco, a ja mówię tylko:
- No co? Jedziemy? - i odwracam głowę w stronę okna. Ruszamy. Lorcan odpisał.
@Lorcan: Lepiej nie przesyłaj mi takich zdjęć, bo rzucę studia i wrócę do Anglii.
@Anna: Dla płatków czy dla mnie?
@Lorcan: Dla płatków oczywiście.
Późnym wieczorem, kiedy tylko Siergiej pojawia się w domu, dumnie opowiadam mu całe zajście. Patrzy na mnie, nie dowierzając, i kiedy zadowolona kończę swój wywód, pyta głosem pełnym obaw:
- Nicolas Bauffremont? Francuz?
- Nie wiem. Chyba nie. Brzmiał brytyjsko, choć nie, czekaj... Teraz, jak o tym myślę, to on miał w sumie całkiem amerykański akcent...
- Milion funtów?! Ot tak?
- Niesamowite, co? - Dumny uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
- Jak ten mężczyzna wyglądał? - Jego głos zdradza zaniepokojenie.
- Jak wyglądał? Czy ja wiem... Tam panował dziwny półmrok... Nie widziałam go tak dokładnie. Coś nie tak z tym czekiem? - pytam, wystraszona jego nagłą reakcją.
- Powiedz mi, jak on wyglądał! Przecież go widziałaś! Rozmawialiście!
O co chodzi? Czemu jest taki zdenerwowany?! Chyba nie jest zazdrosny?!
- Tak, widziałam. Wysoki brunet, koło sześćdziesiątki, ciemne oczy, krótkie włosy. Elegancki był... Nie wiem...
Siergiej się zrywa, po czym wraca po dziesięciu sekundach z laptopem. Otwiera go, wystukuje coś na klawiaturze i dopytuje:
- Nicolas Bauffremont ? Sir Nicolas Bauffremont ? Architekt z Oksfordu?
- Tak, ten. Dokładnie ten... - potwierdzam z satysfakcją.
- Zmarł dwa lata temu.
- Co? - patrzę, czy nie żartuje. Przesuwa komputer w moim kierunku, spoglądam na wyświetloną stronę. To ta sama, którą pobieżnie sprawdziłam dziś rano.
- Na dole - precyzuje.
Przejeżdżam kursorem na koniec strony. Sir Nicolas Bauffremont zmarł dwudziestego pierwszego grudnia dwa lata temu... O boże... To kim jest mężczyzna, z którym spotkałam się dzisiaj w Oksfordzie i który podarował mi czek na milion funtów? Zakrywam usta ręką i spoglądam z osłupieniem na męża. Odwraca z powrotem ekran do siebie i zaczyna szybko stukać w klawiaturę. Po chwili kieruje znów w moją stronę i pyta:
- To on? To z nim się dziś widziałaś?
Zerkam na wyświetlone zdjęcie. Nie mam wątpliwości. Od razu wiem, że to ten. Przytakuję.
- Jesteś pewna?
- Tak, na sto procent. Znasz go? Kto to jest?
Siergiej bierze głęboki wdech i wyznaje półszeptem, z przerażeniem i rezygnacją w głosie jednocześnie:
- Steven Mac Roye.
- Ale jak...? - zaczynam i tracę głos. Nagle zasycha mi w ustach i nie jestem już w stanie niczego powiedzieć.
Nie wiem, jak wygląda Steven Mac Roye. Kiedy media mówią o Nextoilglobal, nigdy nie pojawia się jego zdjęcie, bo to nie on jest oficjalnie numerem jeden firmy. Na jej czele stoi ktoś zupełnie inny, pełniący funkcje reprezentacyjne, którego twarz znam już doskonale z telewizji i gazet. Steven Mac Roye jest głównym udziałowcem i bardzo dobrze się przed wszystkimi ukrywa.
- Masz tu ten czek? - pyta, wyrywając mnie z letargu, a w jego głosie wyczuwam stres.
- Mam. Jest w torebce.
- Pokaż.
Wstaję i idę po torbę. Podaję kopertę Siergiejowi, kiedy ten odstawia kieliszek z winem. Bierze ją do ręki, ogląda, otwiera i wyjmuje czek. Czyta i obraca na drugą stronę. Nagle zupełnie zmienia się jego wyraz twarzy. Zamieram. Zbliża papierek do oczu, przygląda się dokładniej, po czym rzuca mi przerażone spojrzenie, mówiąc:
- Anno! Na miłość boską...
- Co? - pytam ze strachem. Widząc moją dezorientację, podsuwa mi czek, odwracając go na drugą stronę. Oboje słyszymy, jak przełykam ślinę. W miejscu przeznaczonym na podpis pobierającego widać odręczną notatkę. Spoglądam na niego i zbliżam kartkę do oczu, żeby przeczytać napis. Litery są bardzo drobne.
Pozdrowienia. Gratuluję pięknej, młodej i naiwnej żony. Naciesz się nią, póki możesz.
Kurwa mać! Ja pierdolę. Jak mogłam się tak dać wrobić? Naiwna! Dlaczego mu uwierzyłam i pojechałam do jego domu?! To było takie lekkomyślne! Siergiej w milczeniu nie przestaje lustrować mnie wzrokiem.
- Jak to możliwe? Jak mogłaś dać się tak nabrać? Nie sprawdziłaś, kim jest ten Bauffremont? - odzywa się w końcu i przeczesuje ręką włosy. Nie wiem, co mu odpowiedzieć.
Ma rację. To moja wina. Mogłam, a nawet powinnam to wszystko sprawdzić... Dokładnie, a nie po łebkach.
- Mogłaś tam zginąć! - Teraz jego przerażony głos uniósł się o ton wyżej i szybuje jeszcze przez chwilę nerwowo nad naszymi głowami. Siergiej zaciska powieki i następne zdanie zaczyna wypowiadać, zaciskając powieki: - Po co tam w ogóle pojechałaś? Takie sprawy trzeba załatwiać w siedzibie fundacji, a nie w czyimś domu! Herkus cię zawiózł?
Jestem już tak wystraszona, że nie odpowiadam.
- Pojechałaś tam z Herkusem czy sama? - Staje na tyle blisko, że czuję jego przyspieszony oddech na czole. Jego mina nie wróży nic dobrego.
- Z Herkusem, oczywiście...
- To dlaczego, do cholery, ja nic o tym nie wiem?! - pyta stanowczo, odsuwając się i rzucając mi oburzone spojrzenie.
Cofam się mimowolnie, wystraszona, szepcząc:
- Miałam do ciebie dzwonić, ale pomyślałam, że masz ważniejsze sprawy na głowie.
- Ale to jest jego zakichany obowiązek informować mnie o tym, gdzie cię wiezie! To jego praca, gdzie on jest?
- Nie wiem, pewnie pojechał do domu, przecież może jechać, kiedy wrócisz. Poza tym, tam nie było zasięgu ani wi-fi...
Mówiąc to, orientuję się, że to było bardzo dziwne...
- Od jutra może też szukać pracy. Nie chcę go tu więcej widzieć - odpowiada wściekły, odwracając się, i zaczyna szukać czegoś po kieszeniach. Nagle jednak nieruchomieje i pyta:
- Jak to nie było zasięgu ani wi-fi? W Oksfordzie?! I nie dało wam to do myślenia?
Teraz dociera do mnie, co się stało i jak bardzo było to naiwne i niebezpieczne. Sama poszłam do Stevena Mac Roye'a. Do jego domu! Podałam mu się na tacy! Naprawdę mogłam tam zginąć. Dałam się nabrać, a tak łatwo było wykryć jego podstęp. Wystarczyło przeczytać do końca biografię tego całego Bauffremonta, żeby nabrać podejrzeń. Co za ofiara losu ze mnie. Jestem beznadziejna. Zimna lufa przy skroni była dopiero małym, nic nieznaczącym preludium... Wstępem do wielkiej gry. O mój boże... Z drugiej strony nie rozumiem do końca, co się stało. Miał mnie na wyciągnięcie ręki i nic mi nie zrobił! O co tu tak naprawdę chodzi?
- Jeżeli zwolnisz Herkusa, już nigdy się do ciebie nie odezwę - wygłaszam z grobową miną, patrząc mu w oczy. - Ten chłopak zgodził się mnie chronić, a zważywszy na to, co przytrafiło się mojemu poprzedniemu ochroniarzowi, wymaga to nie lada odwagi. Nie zasługuje na zwolnienie. Był ze mną u Bauffremonta. Czekał pod drzwiami. Herkus jest w porządku. Ufam mu.
- Przestań opowiadać bzdury! Nie wywiązał się ze swoich obowiązków. Mam prawo go zwolnić. Nie sprawdził tego gościa. Nie powiadomił mnie, że tam jedziecie. Tu chodzi o twoje bezpieczeństwo. O twoje życie! Nie zdajesz sobie sprawy! Jakby ci się coś stało, to...
- To co? - pytam.
- Wolę o tym nawet nie myśleć. Agencja jutro przyśle kogoś innego.
W końcu znajduje to, czego szukał na stoliku koło kanapy: telefon.
- Nie zwalniaj go! Nie pozwalam - mówię i sama nie wiem, skąd we mnie ta odwaga. Siergiej spogląda na mnie i przytakuje bez słowa. Chyba zaskoczyłam go tą słowną brawurą.
- On ode mnie ma przyjmować rozkazy, a nie od ciebie - dodaje jednak, więc odpowiadam, już teraz zupełnie przekornie:
- Jak to zrobisz, to nie wypowiem do ciebie już ani jednego słowa... Zero.
- Kusząca propozycja... - rzuca i kąciki jego ust wędrują niepewnie w górę.
- Świnia! - wołam i parskam śmiechem. Podchodzę i okładam go pięściami z siłą wróbelka.
Bierze mnie w ramiona, całuje delikatnie, po czym dodaje:
- To było naprawdę nieodpowiedzialne i z twojej, i z jego strony. Tym razem wam odpuszczam, ale drugiego razu być nie może. Musisz być bardziej ostrożna.
Przytakuję i kradnę mu jeszcze jednego małego buziaka. Potem Szefunio dzwoni do Borysa. Opowiada mu całe zajście, przekazuje aparat i każe wszystko powtórzyć z detalami.
Nie rozumiem, dlaczego nie zawiadamiamy policji, przecież to pierwsza rzecz, jaką powinniśmy zrobić! Siergiej twierdzi, że tak będzie lepiej i że sam się wszystkim zajmie. Wysyłają z Borysem kogoś, aby przeszukał dom Mac Roye'a alias Bauffremonta, ale oczywiście wszelki ślad po nim zaginął. Posiadłość jest pusta i podobno wystawiona na sprzedaż od dwóch lat, od czasu śmierci prawdziwego Bauffremonta. Czek też jest, rzecz jasna, fałszywy...
Kiedy wracam w końcu na wykłady, choć przez chwilę czuję się, jakbym zmieniła żywot. To otoczenie jest powrotem do dobrego, bezpiecznego świata. Ale tylko na moment. Bo już nie potrafię żyć bez Siergieja. A żyję z Panem Nietykalnym. Poza tym ostatnio zmuszam się do myślenia o dobrych stronach naszego życia. Latanie jetem na wyspy należące do jego przyjaciół, na pola golfowe w Republice Południowej Afryki czy na narty w Courchevel - wszystko na jedno skinienie jego palca. Z czasem przestaję sobie zdawać sprawę co, ile kosztuje. Nigdy nie robię zakupów ani nie widzę cen, od wszystkiego mamy ludzi. Żeby nie stracić całkowitego kontaktu z rzeczywistością, lecę czasami do domu, do Wrocławia, aby pomieszkać parę dni z rodzicami. To powrót do normalnego świata. Szczególnie jedzenie pierogów z Majką w barze mlecznym "Miś" na Kuźniczej. To od razu stawia mnie z powrotem do pionu. Herkus kocha pierogi. Zjada ich czterdzieści na każde posiedzenie. Mój mąż nie znosi jednak, kiedy spędzam za dużo czasu poza domem. Kiedy jest w Oksfordzie, lubi mnie mieć przy sobie, chociaż i tak wychodzi na to, że spędzaliśmy razem wieczory, a czasami tylko noce. Lubię spać z Siergiejem w jednym łóżku. Zawsze śpi nago i ma taką gładką skórę. Przytulałam się i słucham jego miarowego oddechu, zasypiając.
To niesamowite, jak ten mężczyzna potrafi wywoływać we mnie te wszystkie skrajne emocje. Siergiej jest dzielny, szarmancki i opiekuńczy jednocześnie. Ambitny i pracowity aż do przesady. Perfekcjonista w każdym calu. Ale mogę go kochać i nienawidzić podczas tego samego wieczora, bo czasami naprawdę przegina.
Dziś czekam na niego cały dzień. Wczoraj, późnym wieczorem wrócił do domu po tygodniu spędzonym w Stanach. Borys przyleciał razem z nim. Zjedliśmy kolację we troje i potem od razu położyliśmy się spać, bo obydwaj byli wykończeni. Kiedy budzę się rano, już go nie ma. W dzień rozmawiamy przez telefon, obiecuje wrócić wcześniej, abyśmy mogli spędzić wieczór we dwoje. Wreszcie!
Szykuję się więc jak na wielkie wyjście. Zakładam nową, czerwoną, superseksowną sukienkę, która więcej odkrywa niż zakrywa. Do tego długie, szmaragdowe kolczyki, które podarował mi parę dni wcześniej i które wydają zabawny dźwięk, kiedy się nimi potrząsa. Stwierdzam, że mogłyby wygrać zdecydowanie interesujący rytm podczas igraszek tego wieczora... Chcę mu się podobać, być pociągająca. Jest też nowa koronkowa bielizna, czerwona: biustonosz push-up i stringi. Wszystko mnie ciśnie i drapie, ale czego się nie robi dla miłości, myślę. W domu przygotowałam wszystko tak, jak lubi. Kominek, kolacja i nikogo oprócz nas. Już o dziewiętnastej jestem zwarta i gotowa. Przed dwudziestą dzwonię do niego, ale nie odpowiada. Przed dwudziestą pierwszą dzwonię do Matta, żeby zapytać, czy już jadą, bo Siergiej dalej nie odbiera.
- Była mała zmiana planów w programie, ale za jakieś piętnaście minut będziemy w domu - informuje Matt. - Już jedziemy.
Czuję ulgę, bo mam dosyć stringów wrzynających mi się w tyłek. Jeszcze chwila. Zapalam świece przy wejściu w holu i na stole w jadalni. Włączam ponownie pieczeń przygotowaną przez Marię, aby się podgrzała w piekarniku. W kuchni Herkus mierzy mnie od stóp do głów, a kiedy pytająco na niego spoglądam, wymownie patrzy na moje megawysokie szpilki i kwituje:
- Szacun. - Po czym spuszcza wzrok.
Parskam śmiechem i idę do salonu. Tam poprawiam włosy i czekam na męża przy kominku z kieliszkiem czerwonego wina.
Po chwili wreszcie pojawia się samochód. Yes! Wjeżdża przed dom, parkuje, słyszę cztery trzaśnięcia drzwiami. Nie jest sam. Cholera. Podchodzę do okna i uchylam firankę. To nie jest auto Siergieja. Wstrzymuję oddech. Kto to? Dobrze, że Herkus siedzi w kuchni. Właśnie słyszę, jak idzie do drzwi. Czterech obcych mężczyzn w garniturach wchodzi do domu, a na posesję wjeżdża dobrze mi znana limuzyna. Uff. Siergiej, Borys i jeszcze jeden starszy, którego nie znam. No i Matt. Za nimi wjeżdża trzeci samochód, tak jak dwa poprzednie, z przyciemnianymi szybami. Znowu jakaś gruba ryba. Odchodzę od okna. Czekam chwilę. Ochroniarze ze słuchawkami w uszach sprawdzają dom, kiedy Herkus wychodzi na zewnątrz, zamienia słowo z Siergiejem i oddala się w stronę swojego auta. Stoję w salonie, w bezruchu i obserwuję, co robią. Nikt nic nie mówi. Jeden z nich podchodzi do mnie.
- Biuro premiera. Ochrona. Proszę unieść ramiona - sprawdza, czy nie mam przy sobie broni. Jego ręce sprawnie wędrują po mojej talii w kierunku biustu, kiedy szepczę mu do ucha grobowym tonem:
- Jak Siergiej zobaczy, co robisz, wylecisz z pracy.
Mężczyzna patrzy na mnie zdziwiony i odpowiada bez cienia wątpliwości w głosie:
- Nie pracuję dla pana Taredova, tylko dla premiera. I o jego bezpieczeństwo tu chodzi, paniusiu.
Kuźwa! Mam już tego serdecznie dosyć. Rewizja osobista we własnym domu! Przewracam oczami, a ochroniarz oddala się, rzucając mi ironiczny uśmieszek, mówiąc coś do swojej krótkofalówki. Idiota! Sprawdzają wszystko po kolei, pomieszczenie za pomieszczeniem, telefony, kamery... Standardowa procedura. Po tym, jak ich szef ochrony obwieszcza "w porządku!", a jeden z ochroniarzy daje mi znak, że mogę się oddalić, wszyscy pozostali wchodzą do domu i rozmawiają w holu. Idę w ich kierunku, stukając głośno moimi szpilkami od Gucciego. Kiedy się zbliżam, wchodzą właśnie do salonu, na mój widok milkną i zaczynają lustrować mnie wzrokiem. Tylko Siergiej jest w stanie popatrzeć mi w oczy, choć minę ma taką, jakby zobaczył nieznajomą. Podchodzi i anonsuje nie za głośno, nawet nie siląc się na uśmiech:
- Anna, moja żona.
Borys rzuca mi tylko pobłażliwe spojrzenie, po czym idzie w kierunku barku. Jeden z ważniaków, ten starszy, uprzejmie kiwa głową i odwraca wzrok. Drugi rozmawia przez telefon, nie zwracając na nikogo uwagi.
- Proszę nam na chwilę wybaczyć - dodaje Siergiej. - Rozgośćcie się panowie, zaraz wracam - po czym, chwytając mnie za ramię, wyprowadza mnie do kuchni.
- Co to ma być? Dlaczego jesteś tak ubrana? - pyta szeptem, patrząc na moje nogi, kiedy stoimy już w kuchni, daleko od salonu.
- Jak?
- Tak - cedzi i wkłada mi rękę pod sukienkę, pokazując mi w ten sposób, że ledwo zakrywa mi pośladki. Dotyka mojej nagiej pupy.
Hmmm... Posyłam mu swój najsłodszy uśmiech, ale to nie działa. Jest spięty.
- Czekałam na ciebie. Myślałam, że będziesz sam! - odpowiadam spokojnie i próbuję pogłaskać go po twarzy. Odsuwa się i chwyta moją rękę, żeby go nie dosięgnęła.
- Ale nie jestem. Tak wypadło! - Czyli, że jest zły...
- Skąd miałam to wiedzieć? Nawet nie raczyłeś zadzwonić! Trzeba było mnie uprzedzić!
- Idź się przebierz, nie możesz tam tak wrócić...
- Nie mam ochoty się przebierać. Kim są ci ludzie?
- To przecież jest Michael Ruben, a ten drugi to premier Wielkiej Brytanii. Nie poznałaś go? - Patrzy teraz na mnie jak na dziecko. Czuję, jak mi skacze ciśnienie... Rzeczywiście, gość z telefonem ma znajomą twarz.
- Mam gdzieś premiera i wszystkich innych. Miałeś być tu wcześniej i mieliśmy spędzić razem wieczór.
- Ścisz głos! Usłyszą cię! - syczy.
- To też mam gdzieś! Niech mnie słyszą! Jestem u siebie! - krzyczę na całe gardło. Siergiej łapie się za głowę i zaciska usta.
- Mogłabyś wreszcie zacząć szanować moją pracę? Kiedy zrozumiesz w końcu, że ona jest dla mnie ważna, że jest częścią mojego życia?
- A ja? Ja jestem jego częścią?
- Jesteś. Ale to nie moment, żeby o tym dyskutować. Idź się przebierz, proszę.
Nie rozumie tego. Jakimś cudem ciągle to do niego nie dociera. Nastaje cisza. Patrzy na mnie i widzi, że się nie ruszam, że nie mam zamiaru ustąpić. Nie podoba mu się to. Chwyta mnie mocniej za rękę i mówi przez zaciśnięte zęby:
- Na miłość boską, przestań, proszę cię, to nie jest dobry moment! Porozmawiamy o tym później. Albo się przebierzesz, albo trzymaj się z daleka od salonu!
Nie mogę uwierzyć, że to mówi. Wie, że jest jedna rzecz, której nienawidzę ponad wszystkie: kiedy zabawia się w tatusia i traktuje mnie jak małolatę... Jak znowu mi zmiażdży nadgarstek, to tym razem sama zgłoszę to na policję. Ostentacyjnie rzucam wzrokiem na jego palce zaciśnięte na mojej ręce. Widzi to i puszcza. Nie mam czasu niczego powiedzieć, bo właśnie dochodzi nas smród spalenizny.
- Co to jest? Coś się pali! - mówi zdziwiony i obraca się w stronę dymiącego piekarnika.
- Twoja kolacja się pali - odpowiadam i korzystając z chwili, wybiegam z kuchni. W przedpokoju łapię za torebkę i mijając Matta, ruszam do drzwi. Ochroniarze stojący przy wejściu odsuwają się jeden po drugim bez słowa. Jeden z nich szepcze coś do swojego ramienia. Wygląda to komicznie, tyle, że nie jest mi akurat do śmiechu. Szybkim krokiem idę w kierunku garażu. Siergiej wychodzi za mną na zewnątrz i widząc, gdzie idę, rozkazuje Mattowi:
- Jedź z nią. Ty prowadzisz!
Zaczynam otwierać po kolei wszystkie samochody, żeby znaleźć w końcu ten, który ma kluczyki w stacyjce. Maserati. Świetnie, mój ulubiony! Wsiadam do środka, ale Matt tarasuje mi drogę swoją wielką i postawną sylwetką.
- Daj, ja poprowadzę - proponuje.
- Nie ma mowy! Jadę sama - odpowiadam, dygocząc. Choć nie mam pojęcia ani gdzie ani po co. Chcę po prostu stąd uciec.
- Nigdzie sama nie pojedziesz. Siergiej kazał mi jechać z tobą. Daj, zawiozę cię, gdzie będziesz chciała.
- Nie! Spadaj! - wrzeszczę. Nie rusza się i patrzy na mnie z politowaniem, wystawia dłoń w moim kierunku i powtarza ze stoickim spokojem:
- Daj kluczyki. Ja poprowadzę. Inaczej nigdzie nie pojedziesz.
- Spier-da-laj! - drę się.
Ani drgnie. Przekręcam kluczyk w stacyjce, odpalam. Patrzy teraz na mnie wkurzony i czeka, aż zmienię zdanie. Przyciskam lekko pedał gazu, a silnik głośno wyje. Wystarczy spuścić ręczny. Drzwi garażowe już otwarte. Droga wolna. Matt rzuca mi zabójcze spojrzenie, przesuwa i szybkim krokiem schodzi z drogi. Próbuje otworzyć boczne drzwiczki, ale mu się nie udaje, bo ruszam. Z piskiem opon wyjeżdżam z garażu, ledwo co omijając jedną z limuzyn zaparkowanych na podwórku. Jadę w ciszy spory kawałek w kierunku miasta. Nagle znikąd pojawia się za mną dobrze mi znane bmw z Herkusem za kierownicą. Myślałam, że pojechał do domu... Wiem, że się go nie pozbędę. Nie ma szans. Parkuję w centrum Oksfordu i wychodzę z auta. Po chwili podbiega do mnie.
- Znasz jakieś miejsce, żeby coś zjeść? - pytam.
- To zależy, na co masz ochotę - odpowiada i wysyła wiadomość telefonem. Szef poinformowany. Wiem to.
- Nie mam pojęcia, coś zwyczajnego. Umieram z głodu.
- Jest takie jedno miejsce trochę dalej, mają tam pyszną rybę z frytkami.
- Świetnie. Właśnie na to mam ochotę.
Ruszamy we wskazanym przez niego kierunku. Jednak po chwili zaczynam kuleć. Przesadziłam z tymi obcasami. Nie przewidziałam, że będę w nich dziś spacerować po cholernym Oksfordzie. A niech to! Moje kolano jeszcze nie jest zdrowe. Zwalniam. Herkus staje i pyta:
- Buty?
- Kolano. Ale przez buty.
Zatrzymujemy się. Herkus nagle się uśmiecha.
- Zobacz!
Stoimy przed Primarkiem.
- Mamy szczęście. Zamykają za dziesięć minut.
Po chwili wychodzę stamtąd w białych tenisówkach. Idziemy powoli do jego knajpki i jemy posiłek przy barze. Wszyscy się na nas gapią. Założę się, że to przez tę sukienkę. Z początku Herkus wydaje się trochę speszony i zastanawiam się dlaczego. Kiedy sięgam po pierwszą frytkę, jego ręka jest już nad jedzeniem i o mały włos się dotykamy. Szybko cofa swoją i rzuca mi wrogie spojrzenie, ale od razu potem spuszcza wzrok. Przypomina mi się. Pan Nietykalny. Potem jednak rozluźnia się i udaje nam się nawet pogadać.
- Lubisz swoją pracę? - zagajam, oblizując palce. Pilnuję teraz, żeby się nie wychylać, kiedy on sięga po jedzenie. Nie jest to u mnie naturalne. Wymaga skupienia.
- Może być - odpowiada automatycznie, zerka na mnie i dodaje: - Jak muszę jeść kolację z tak ubraną laską, to trochę bardziej. - Uśmiecha się i nabija punkty. Odwzajemniam jego uśmiech.
- Nie musisz.
Uśmiecha się znowu, ale teraz nerwowo. Wzdycha.
- Musisz. Wiem, że musisz. Sorry... - odpowiadam i kontynuuję posiłek. To najlepsze fish and chips, jakie w życiu jadłam. Herkus klika na telefonie. Mój leży w torebce, wyłączony.
- Szef prosi, żebyś wróciła do domu.
- Prosi? Naprawdę? - pytam z nutką ironii.
- Tak. Prosi - po czym, widząc moje niedowierzanie, dodaje: - Przysięgam. Tak napisał. Chcesz sprawdzić?
- Nie, wierzę ci.
- Od czasu tej historii z Bauffremontem, to znaczy z Mac Roye'em, na samą myśl, że gdzieś wychodzisz ...boi się o ciebie.
- Niech się trochę pomartwi. Dobrze mu to zrobi - kwituję.
Kończąc posiłek, ośmielam się zadać mu pytanie osobiste.
- Od zawsze cierpisz na hafefobię?
Spogląda na mnie najpierw z niepokojem, potem z zalążkiem uśmiechu i komentuje:
- Odrobiłaś lekcje, widzę.
- Google.
Spuszczam wzrok. Trochę mi głupio. Wyciera usta serwetką i odpowiada:
- Od dziecka. Ale jest o wiele lepiej. Przeszedłem terapię. Pół życia spędziłem u terapeutów. Rodzice wydali na to fortunę.
- Pomogło?
- Tak. Jak widać, funkcjonuję w społeczeństwie i mam pracę.
- A co ze związkami? - pyta wścibska stara ja.
Ściąga brwi i się uśmiecha, nie spuszczając ze mnie wzroku. Ma ładny uśmiech. Chyba zapadnę się pod ziemię.
- Na to trzeba następnych dziesięciu lat terapii... Już zacząłem odkładać kasę.
Też się uśmiecham i daję mu spokój. Wracam do domu samochodem z muzyką na cały regulator. Herkus jedzie za mną. Przejeżdżam koło akademika. Mijam wszystkie wspomnienia. Chce mi się płakać i kiedy Taylor Swift zaczyna śpiewać Down Bad, nie mogę już powstrzymać łez.
Gdy zajeżdżamy na miejsce, wszystkie światła są pogaszone, a limuzyny zniknęły sprzed wejścia. Dom stoi. Pieczeń nie spaliła zamku. Wchodzę do środka, Herkus odjeżdża. Siergiej wstaje z fotela i bierze mnie w ramiona, kiedy pojawiłam się na progu salonu.
- Przepraszam - mówi, obejmując mnie.
- Gdzie twoi goście? - pytam, wtulając się w niego. Nie mam siły się kłócić.
- Pojechali do Londynu.
- Tak szybko?
- Wyczuli sytuację - oświadcza, patrząc na mnie i próbując przyciągnąć mój wzrok.
Boję się na niego spojrzeć. Głupio mi. Znów zachowałam się jak małolata. Wiem to.
- Przepraszam. To przeze mnie... - wyznaję.
- Nie, to moja wina. Powinienem cię był uprzedzić.
Rzuca okiem na moje tenisówki za szczęść funtów. Ignoruję to.
- Chodziło pewnie o coś ważnego? - dukam, kiedy próbuje nakierować moją twarz w swoim kierunku. Opieram się temu. Wzdycha i szepta prosto do mojego ucha:
- Nic nie jest takie ważne jak ty. I zapamiętaj to sobie raz na zawsze.
Spoglądam teraz na niego i widzę, jak się lekko uśmiecha. Przysuwa swoje gładkie usta do moich warg i całuje mnie ostrożnie, sprawiając, że już nie chcę się uwolnić ze jego uścisku.
- Powinnaś iść teraz do łazienki. Nie mam zamiaru kochać się z Alice'em Cooperem - mówi zabawnym tonem, odgarniając mi włosy z twarzy. Mam pewnie rozmazany tusz od łez, które wylałam. jadąc w furii do Oksfordu. Stąd te spojrzenia w barze...
- Borys pewnie nie był zadowolony z tego wszystkiego? - pytam, kiedy idziemy na górę. Dziś wieczorem chyba pobiłam rekord...
- No powiedzmy szczerze, że bardziej na ciebie wściekły to on być nie może... - odpowiada mi z powalającym uśmiechem.
- Wspaniale. On mnie chyba od początku za bardzo nie lubi? - Zerkam na męża ponownie, próbując wyczuć ten grząski teren...
- Zazdrosny jest i tyle - rzuca niby od niechcenia i podrywa mnie nagle do góry, biorąc na ręce i idąc tak ze mną do sypialni.
- A makijaż? - wspominam, kiedy całuje mnie po szyi jak wilkołak.
- Jakoś przeżyję...
Długo oczekiwany moment zakończenia moich studiów wreszcie się zbliża. Przez ostatnie miesiące skupiam się na pisaniu pracy licencjackiej i przygotowaniach do jej obrony. Nie dociera do mnie, że to już koniec, bo prawdziwym zakończeniem życia studenckiego był dla mnie drugi rok. Kiedy Lorcan wyjechał do Stanów, a reszta obroniła dyplomy i przeprowadziła się do Londynu. To koniec pewnej epoki. Potem już nic nie jest takie jak wcześniej. Nie mam ochoty jeździć na uczelnię. Mieszkam w Willow Hills, jestem mężatką i mam sporadyczny kontakt z innymi studentami. Pojawiam się na wszystkich zajęciach, ale zaraz po nich kierowca odwozi mnie do domu. Zero nowych znajomości, przyjaźni... Moje życie poza uniwersytetem jest tak bogate w wydarzenia, że nie mam już miejsca na cokolwiek innego. Fundacja, podróże, napady z bronią... Ech, dzieje się!
Udaje mi się jakoś to wszystko ogarnąć, pracę, obronę i teraz została już tylko uroczystość. Na dwa dni przed rozdaniem dyplomów mama dzwoni z przeprosinami, że nie pojawią się na oficjalnej ceremonii, bo ojciec się zupełnie rozchorował. Siergiej natomiast jest w Szwajcarii, w jednym z laboratoriów testujących algi i mamy się zobaczyć dopiero za tydzień w Stanach. Gratuluje mi przez telefon i przysyła ogromny bukiet kwiatów. Postanawiam nie robić z tego wielkiego halo i traktować ten dzień jak każdy inny. Jednak, kiedy tuż przed wyjściem dostaję od niego wiadomość: "Tęsknię" ze zdjęciem małej klepsydry ułożonej w jego dłoni, robi mi się smutno. Kilku łezkom udaje się wydostać spod powiek. Na galówce czuję się jak czarna owca, bo jestem tam jedyną osobą, która świętuje dyplom w samotności. Nie ma ze mną nikogo. Herkus stoi daleko i obserwuje mnie, kiedy próbuję się nie rozpłakać. Podnoszę głowę, tak jak unosi się szklankę przepełnioną wodą, żeby nie ulać. Jakimś cudem się udaje. Zmywamy się od razu po zakończeniu i jedziemy na rybę z frytkami w nasze ulubione miejsce. Robię zdjęcie frytkom i rybie rozwalonym na otłuszczonej majonezem gazecie i wrzucam na Instagrama z podpisem: #Dyplomwkieszeni. #Świętujemy. Moje konto jest prywatne, mam zmyśloną nazwę użytkownika i graficzny awatar, ma do niego dostęp tylko osiem osób. Wszystkie lajkują mój pierwszy wpis. Dziwnie być znów częścią internetowego świata w przebraniu i z własnej woli. Scrolluję konto Lorcana. Od ostatniej wizyty wrzucił kilkadziesiąt zdjęć, w tym sporo z różnymi dziewczynami. Nie klikam na żadne z nich, omiatam powierzchownie wzrokiem, wiem, że żadna z nich nic dla niego nie znaczy. To jego zbroja. Dopracowana graficznie w każdym szczególe odzież ochrona wierzchnia. W tym też jest mistrzem. W przebieraniu się. Zdjęcie płatków owocowych też jest. Podpisane #tyija #love Wieczorem dostaję od niego wiadomość. Telepatia.
@Lorcan: Gratuluję, Mała! Teraz magisterka?
@Anna: Dzięki. Na razie rok przerwy. A ty, skończyłeś?
@Lorcan: Obrona za tydzień.
@Anna: A potem?
@Lorcan: Nowy Jork, mam nadzieję. Mam rozmowę o pracę.
@Anna: Będę trzymać kciuki.
@Lorcan: Jakie masz plany, skoro nie studia?
Przeżyć karierę polityczną mojego męża, myślę. Ale odpisuję tylko:
@Anna: Nie mam planów.
@Lorcan: Jak to nie masz planów?
@Anna: Będę tańczyć całymi nocami i odsypiać w dzień.
@Lorcan: To rozumiem!
@Lorcan: A na serio?
@Anna: To było na serio.
Dziś Herkus i ja lecimy do Nowego Jorku. Na lotnisku czeka już na nas Matt z limuzyną. Jest wczesny ranek i miasto dopiero budzi się do życia. Kiedy już wjeżdżamy na Manhattan, widzę, że samochód nie kieruje się w stronę naszego apartamentu.
- Dokąd jedziemy? - pytam kierowcy zaspanym głosem. Nigdy nie udaje mi się porządnie wyspać w samolocie. Jet lag.
- Niespodzianka. Nie wolno mi nic mówić - odpowiada ze stoickim spokojem, puszczając mi oczko w lusterku. Herkus na siedzeniu z przodu kima z głową opuszczoną na bok.
- Super! - Uśmiecham się szeroko i wyjmuję moją komórkę, żeby zadzwonić do Siergieja i dowiedzieć się czegoś więcej.
- Trochę cierpliwości, pani architekt! - odpowiada rozbawiony, nie dopuszczając mnie nawet do głosu.
- Ale...
- Nie ma ale. Widzimy się za osiem minut!
Wie dokładnie, gdzie jestem, apka mu to umożliwia.
Dokładnie po ośmiu minutach auto zatrzymuje się na Piątej Alei przed sklepem z biżuterią Tiffany & Co. Mój ukochany stoi na chodniku, trzymając coś w rękach. Patrzę na niego i czuję powiew światowej klasy. Zawsze ma styl, ale dziś wygląda nadzwyczaj przystojnie. To chyba nowy garnitur, granatowy i te jego idealne włosy, gęste i błyszczące czarne fale. Herkus wychodzi pierwszy, otwiera mi drzwi. Wysiadam zdumiona i patrzę na Siergieja. Podchodzi z uśmiechem i całując mnie delikatnie w usta, mówi tym swoim powalającym głosem:
- Gratuluję ukończenia studiów, pani Taredov. - Dochodzi mnie jego piękny zapach. Och! Teraz mam całość.
- Wejdź do auta i się przebierz - dodaje, wskazując na limuzynę.
Wytrzeszczam oczy. On oczywiście jest odstrzelony, jak co dzień. Ja stoję tam w oversizowych jeansach, tenisówkach i obszernej bluzie, bo tak jest najwygodniej do samolotu. A jedziemy przecież prosto z lotniska. Chce żebym rozpakowywała walizki w bagażniku na ulicy?
- W co i dlaczego? - pytam.
- Proszę - wręcza mi spore pudełko - sukienka. Powinna pasować. I buty.
- Po co mam się przebierać?
- To część niespodzianki. Proszę, zrób to.
Spoglądam na niego niepewnie, ale on stoi i się nie rusza. Wzdycham i znikam w aucie. W pudełku jest długa czarna sukienka. Znajdujemy się w centrum Nowego Jorku, jest sobota, siódma rano. Dlaczego mam się ubierać na wieczorowo? Nie jest łatwo się przebrać w coś takiego i to w limuzynie, ale w końcu mi się udaje. Szpilki są dobre. Sukienka bardzo ciasna i nie mogę dopiąć góry, bo zamek jest z tyłu. Muszę zdjąć stanik, inaczej się nie zmieszczę. Wychodzę po chwili, z niedopiętą suknią, i rzucam niezadowolone spojrzenie Szefowi. Uśmiecha się. Dociąga zamek, ale nie mogę normalnie oddychać, kiecka jest tak opięta u góry. Kiedy widzę swoje odbicie w witrynie sklepowej, już rozumiem, co tu robimy.
- To i jeszcze włosy w kok - mówi, wkładając mi na nos przesadnie duże czarne okulary przeciwsłoneczne i podając klamrę do włosów. Spinam je, jak mogę, i czuję, jak usta zaczynają mi się układać w szeroki uśmiech.
- Dziękuję - odpowiadam, patrząc w czarne oczy. Odsuwa się nieco i podaje mi papierową torbę ze Starbucks.
- Otwórz - prosi, widząc, że z zaskoczenia przestałam się ruszać.
Siergiej i śniadanie ze Starbucks, ale u Tiffany'ego! Nowość! W torbie są dwa papierowe kubki z dużym latte oraz croissanty. Wyjmuję jedną kawę i podaję ją Siergiejowi, bo rozumiem, że chce, byśmy pili i jedli tu i teraz. Rozglądam się dookoła, upijam łyk, a wtedy ogłasza:
- Zapraszam panią architekt na śniadanie u Tiffany'ego!
- Siergiej, jesteś niemożliwy! - rzucam.
- Chodź, ślicznotko! - rozkazuje tylko i bierze mnie za rękę, ciągnąc w stronę witryny sklepowej, w której wystawiono biżuterię.
- Śniadanie u Tiffany'ego.
Spryciarz! Posyłam mu wielki uśmiech. Wie, jak mnie podebrać. Kocham ten film. I kocham jego.
- Twój ulubiony film i ulubiona aktorka! - ogłasza dumnie.
- Tak.
Ale to nie koniec, bo nie zostajemy przy witrynie. Wchodzimy do środka. Sklep jest jeszcze oficjalnie zamknięty, jest wcześnie, ale jakimś cudem udało mu się umówić prywatną wizytę tylko dla nas. Czekali już, czuję się przez to niezręcznie. Są przesadnie uprzejmi. Co za pokazówa... Nie w jego stylu. Siergiej zazwyczaj nie lubi takich szopek. Nie wiem, co go do tego skłoniło. Prowadzą nas do osobnej sali, gdzie jest cicho i gdzie światło jest stłumione. Boję się, że gdy usiądę na podsuniętym dla mnie fotelu, sukienka trzaśnie na mnie i skończę tam w majtkach. Siadam powoli na wydechu. Jakoś się udaje. Materiał się na razie trzyma. Obsługuje nas dwóch sprzedawców. Wszyscy mówią prawie szeptem i proponują nam szampana. Wymownie podnoszę kubek z kawą. Przymierzam kilka bransoletek, pierścionków i kolczyków. Są też łańcuszki, wisiorki i naszyjniki. Siergiej siedzi na fotelu obok i patrzy na mnie, udając zainteresowanego. Wiem, że go to nudzi, czekam, aż zacznie ziewać. Trzyma się jednak. To pewnie wyćwiczone przyzwyczajenie z wielogodzinnych zebrań. Wybieram w końcu cały zestaw z różowego złota z diamentami The Lock, bo nie mogę już wytrzymać w tej ciasnej sukience. Muszę odetchnąć. Siergiej kupił za mały rozmiar. Noszę S, a nie XS. A to z pewnością jest XS lub XXS.
- To wszystko? Nie chcesz zobaczyć reszty? - pyta zawiedziony Siergiej.
Nie nabieram się na ten ton. Wiem, że też ma już dosyć, choć jego z pewnością nic nie ciśnie.
- Nie, kochanie. Tylko ten zestaw mi się podoba - kłamię jak z nut, bo zaraz sukienka na mnie pęknie. Wszystko, co tu mają jest piękne. Ale chcę stąd wyjść.
Obsługa spuszcza wzrok, słysząc moje słowa. Siergiej przytakuje. Kiedy trzeba zapłacić, sprzedawca zaprasza go do innej sali, a mi przynoszą porcelanowy talerzyk pod croissanta, którego napoczęłam już z papierowej torebki, stojąc. W tej pozycji mogę oddychać, a nawet jeść. Gdy jesteśmy już w aucie, spoglądam na pudełko, w którym była kreacja, i pytam, wskazując na sukienkę, którą mam na sobie:
- To chyba nie jest...?
- Jest. Oryginalna z filmu, ta, którą nosiła Hepburn.
Ogromny, przepełniony dumą uśmiech. Jest w swoim żywiole. O rany!
- Givenchy?
- Givenchy.
- Jak...? - chcę zapytać, ale mi przerywa:
- Cieszę się, że pasuje. Nie było wyboru rozmiarów...
- Skąd ją masz?
- Kupiłem na aukcji.
- Za ile?
- To bez znaczenia.
Przewracam oczami.
- Na Boga, Siergiej, to tylko licencjat! Co mi podarujesz, jak napiszę doktorat?!
- Pomyślę wtedy o większym kalibrze - odpowiada całkiem poważnie, patrząc na mnie jak głodny na talerz pełen jedzenia.
- Rozepnij, proszę. Jest trochę ciasna, nie mogę swobodnie oddychać. - Odwracam się do niego tyłem.
- Z przyjemnością. - Kładzie rękę na moich plecach i prosi Matta, żeby włączył muzykę. Naciska przycisk wyzwalający ciemną szybę, która nas oddziela od ochroniarzy. I'm on Fire Springsteena. Kiedy już rozpina sukienkę, wkłada pod nią swoje ciepłe dłonie i okala nimi moje nagie piersi. Przyjemnie.
- Dobrze widziałem, że nie masz nic pod spodem. Prowokatorka! - zaprasza mnie na kolana.
Ściągam suknię i siadam na nim okrakiem w samych majtkach. Czuję się taka naga... Zupełnie obnażona. Mierzy mnie poważnym wzrokiem, który doskonale znam, i który ciągle tak samo na mnie działa. Robi się coraz cieplej. Całuję. Smakuje tak jak ja: kawą i croissantem. Pyszne drugie śniadanie. Dotyka mnie i pieści, liże usta, szyję i stojące na baczność sutki, kiedy wplatam palce w jego włosy. Jak ja kocham ten zapach! Samochód jedzie wolno i zastanawiam się, czy ci z przodu nas widzą w lusterku. Mam nadzieję, że nie, bo czuję, że Siergiej nie zamierza poprzestać na całowaniu. Odrywam na chwilę jego usta od moich piersi i kieruję go w stronę mojej twarzy.
- Tutaj? - pytam.
Przytakuje, uśmiecha się i znów mnie całuje, szybko rozpina rozporek. Moje majtki już leżą na ziemi, sprawdza ręką, czy jestem na niego gotowa. Tak, zdecydowanie chce to zrobić tu i teraz. Nie wiem, co go tak podnieciło, ale jedno jest pewne: nie dowieziemy tego do domu. Już za moment podskakuję na nim, próbując być cicho. Nie widzieliśmy się prawie dwa tygodnie. Potrzebuję tej bliskości i tego ciepła. Stosunek trwa jednak krótko i kiedy kończy, zaczyna się śmiać i mówi, łapiąc się za głowę:
- Przepraszam. Zachowałem się jak dzieciak. Nie dałem rady dłużej...
- Odpracujesz to wieczorem - zapowiadam, wkładając pospiesznie dżinsy i koszulkę, bo czuję, że samochód już parkuje.
- Z przyjemnością.
- To najbardziej romantyczny prezent, jaki kiedykolwiek dostałam. Dziękuję. - Całuję go w czubek nosa.
- Bardziej niż sztuczne ognie?
- Hmmm... Nie wiem. Trudny wybór - przyznaję mu rację i przytulam się do jego piersi.
- Cała przyjemność po mojej stronie, kochanie - odpowiada i całuje moje włosy.
@Lorcan: Jesteś w Nowym Jorku?
@Anna: Tak. A co?
@Loracn: Jutro. Hotel Hudson. Rano mam rozmowę o pracę, potem będę wolny. Przyjdź, porozmawiajmy.
Siergiej ma jak zwykle napięty grafik, ja mam ogon w postaci Herkusa i apkę śledzącą moje położenie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. W dodatku muszę być namierzalna, inaczej czeka mnie awantura. Nie pytam nawet, dlaczego Lorcan chce się ze mną zobaczyć. Ja też tego chcę. Będziemy rozmawiać. Okej. Sprawdzam, gdzie się znajduje jego hotel. Niedaleko. Jeśli pójdę na spacer w tamte rejony, będę mogła powiedzieć, że wstąpiłam tam na lunch czy kawę. I potrzeba mi sporej sumy w gotówce, żeby kupić milczenie Herkusa. Cały wieczór i pół nocy wymyślam plan. Rano mu odpisuję.
@Anna: O 14?
@Loracn: Pasuje.
Ubieram letnią sukienkę i tenisówki. Zastanawiam się, czy brać katanę, bo ma być naprawdę ciepło. Przez godzinę szwendam się po Central Parku, a potem po sklepach przy Columbus Circle. Jest słońce, ale wieje wiatr, kurtka się przydaje. Herkus, znudzony, chodzi za mną po sklepach z torebkami. Przed czternastą zabieram go do hotelu pod pretekstem lunchu. Kiedy siadamy przy stoliku, ukradkiem wkładam pokaźną sumę w menu i podaję mu je zamknięte, mówiąc:
- Mam do ciebie interes. Chciałabym zniknąć na godzinę u góry.
- Co to znaczy zniknąć? - ożywia się.
- To znaczy, że ty tu siedzisz i jesz sobie pyszny obiad, a ja idę na górę na spotkanie i za godzinkę tu jestem i wracamy do mieszkania.
Widzę, jak analizuje moje słowa, odchyla się i opada dużymi plecami na oparcie krzesła.
- No nie wiem... A z kim się spotykasz i gdzie dokładnie?
- Chcesz numer pokoju?
- Nie chcę, żebyś szła beze mnie.
- Chcesz iść ze mną do tego pokoju? - Unoszę brwi.
- Poczekam przed drzwiami.
Podaję mu menu. Bierze, ale nie otwiera. Ruchem głowy wskazuję na nie. Uchyla. Teraz to on unosi brwi.
- Siergiej nie może się o tym dowiedzieć. Jesteśmy tu na lunchu, ty i ja. Ja jem ravioli z grzybami i piję lampkę białego chardonnay. Zapamiętaj.
Wiem, że gram teraz o wszystko i zastanawiam się, dlaczego nie przewidziałam, co zrobię, jeśli ochroniarz się nie zgodzi albo postanowi mnie wydać.
- Godzina. Zamów, co chcesz, ja stawiam. Prześlę ci numer pokoju, żebyś wiedział, gdzie jestem. Jeśli nie pojawię się tu dokładnie o piętnastej, możesz przyjść i zapukać.
- Igrasz z ogniem - komentuje i wiem, że to oznacza, że się zgadza.
Podnoszę się i odchodzę z uśmiechem. Nie wstaje. Zostaje na krześle, chowa kasę i patrzy w menu. Tysiąc dolarów. Tyle kosztuje mnie godzina rozmowy z Lorcanem. Mam to gdzieś. To nie moje pieniądze. W recepcji informują mnie, w którym pokoju zatrzymał się pan Maidley. Wysyłam numer Herkusowi i wyciszam komórkę. Kiedy stoję już przed drzwiami, zastanawiam się przez moment, czy dobrze robię. Ale to jest tylko moment. Pukam. Otwiera od razu. Wpadam na niego bez słów, przyjmuje mnie z otwartymi ramionami i gorącymi ustami. Jestem w domu.
- Zimno mi - wyznaję.
Lorcan bierze mnie do łóżka, pod kołdrę w butach i ubraniu. Przykrywa nas szczelnie, opatula. Obejmuje mnie i nasze ciała przeplatają się, związują ciasno, jak na supeł. Oddycham nim. Pachnie niezmiennie tak samo. To zapach szczęścia i szczeniackiej beztroski. Wdycham głęboko, żeby starczyło na dłużej. Chcę tak z nim leżeć do końca życia. Mam gęsią skórkę, myśli, że to ciągle z zimna i próbuje mnie rozgrzać, energicznie pocierając ręką moje plecy. Trze mocno i szybko. Zaraz polecą ze mnie iskry. Nasze twarze są sklejone. Policzek przy policzku. Odrywam mój, żeby obdarować go morzem delikatnych pocałunków, centymetr po centymetrze, całą twarz. Zamyka oczy i wzdycha. Mleczna skóra, długie rzęsy i blade, popękane usta. Te grudeczki kiełkującego zarostu. Chcę pocałować każdą z nich.
Przez bitą godzinę leżymy tak zawinięci jedno w drugie. Rozmawiamy szeptem. Prosi, żebym wytłumaczyła mu niewytłumaczalne. Dlaczego jestem z Siergiejem. Staram się, ale to zbyt skomplikowane, nawet dla mnie. Potem pyta, czy Siergiej używa wobec mnie przemocy. Zapewniam, że nie, i tłumaczę, jak to było. Kiedy zbliża się limit mojego czasu, patrzę mu w oczy i wyznaję:
- Nie mogę beż ciebie żyć.
Na moje słowa jego oczy robią się wilgotne, ale żadna łza nie wypływa spod powiek. Jego szczęka wykonuje dziwne ruchy. Czeka na dalszą część wypowiedzi.
- Nie mogę ci niczego obiecać na sto procent. Ale chcę cię widywać. To na pewno. - Mruga kilka razy i przełyka głośno ślinę. - Wiem, że proszę o dużo. Nie musisz się zgadzać - kończę.
- Zgadzam się. Wezmę cokolwiek.
Teraz moje oczy wilgotnieją. Czuję ulgę. Podnoszę się niechętnie i siadam na łóżku, bo trzyma mnie za rękę. Szczelnie zamyka moją dłoń w swojej, chowa ją, jak kiedyś na wietrznej plaży. Za dziesięć sekund będę musiała ją puścić. Spoglądam na niego i w jego oczach widzę zawód.
- Jak ci poszła rozmowa dziś rano? - Lepiej zmienić temat.
- Myślę, że dobrze. Mają oddzwonić.
- Cieszę się... Ale muszę już iść - pauzuję i wysuwam dłoń z jego uścisku, wstaję i ruszam do drzwi. - Następnym razem postaram się o więcej czasu - zapewniam.
- Następnym razem cię nie puszczę - odpowiada i wyskakuje z łóżka, kiedy chwytam za klamkę. Zamyka uchylone przeze mnie drzwi i całuję mnie z przejęciem, przyciskając całym ciałem. Bierze moją twarz w dłonie, odrywa usta i szepcze: - Kocham cię. Pamiętaj o tym. Kocham cię najbardziej na świecie.
Teraz już nie da się powstrzymać łez. Uciekam. Dosłownie. Staram się wytrzeć chusteczką w windzie. Trę i osuszam, ale ciągle wypływają nowe, bo spieprzyłam nam życie. Pomyliłam się. Podjęłam złą decyzję. Z nim mam namiętność i intymność. Z Siergiejem tylko namiętność i jest jej już coraz mniej. Teraz to rozumiem.
Wracam do restauracji. Herkus siedzi tam, gdzie go zostawiłam i wpatruje się w ekran komórki. Przed nim stoją mała kawa i talerz z okruszkami po zjedzonym do ostatniego kęsa cieście. Gdy pojawiam się obok, otwiera usta, ale przez chwilę nie uwalnia z nich żadnych słów. W końcu cedzi:
- Włosy.
Marszczę czoło. Nie wiem, o co mu chodzi.
- Popraw włosy - tłumaczy.
Idąc na parking, próbuję je wygładzić. W aucie kładę się na tylnych siedzeniach i pozwalam sobie na wypłakanie reszty łez. Jazda nie trwa niestety wystarczająco długo, bo mieszkanie jest zaledwie kilkanaście przecznic dalej. Muszę się uspokoić, zanim wjadę na górę. Przez czterdzieści minut leżę więc i oddycham głęboko w samochodzie. Herkus na przednim siedzeniu gra w gierkę na telefonie.
Dwa dni później wracam do życia z Siergiejem. Nie mam wyjścia. Nie umiem inaczej. Idziemy na przyjęcie. To zakończenie konferencji na temat kryzysu energetycznego na świecie. Odbywa się w jednej z najpiękniejszych sal balowych Nowego Jorku, The Grand Ballroom w hotelu The Plaza. Borys i Eliza też idą.
Na tę okazję kupiłyśmy nowe suknie. Eliza ma długą, ciemnozieloną z koronkowymi ramionami, z ostatniej kolekcji jednego z najmodniejszych nowojorskich kreatorów. Moja sukienka jest z jedwabiu, różowo-pomarańczowa, a jej dół i koniec rękawów zdobi strusi puch. To Dior. Siergiej nie jest do niej przekonany, ale nie daję mu wyboru. Mnie się podoba i tyle.
Sama gala jest śmiertelnie nudna. Najpierw trzeba przejść przez morze reporterów i paparazzich. Mój mąż nie cierpi pozowania do zdjęć, ale trzeba przyznać, że ma już w tym spore doświadczenie. Ja z kolei jestem zupełnie onieśmielona. Nie wiem, czy mam się uśmiechać, czy być poważna. Czy mam odpowiadać na pytania, które od czasu do czasu ktoś rzuca w naszym kierunku?
Kiedy podjeżdżamy pod hotel, w którym odbywa się gala, przeraża mnie liczba fotoreporterów zgromadzonych na ulicy. Future Investments i Nextoilglobal od miesięcy nie schodzą z pierwszych stronach gazet, na zmianę pojawiając się na wszystkich okładkach. Nie przejdziemy niezauważeni... Nie ma szans! Robi mi się gorąco, a moje ręce są zupełnie spocone ze stresu, a jeszcze nie wyszliśmy z samochodu. Walet otwiera mi drzwi, a po chwili Siergiej wyciąga do mnie rękę. Blask fleszy jest oślepiający. Boję się, że zaraz popełnię jakaś gafę, na którą potem będzie patrzyła cała Ameryka. Dziennikarze i fotoreporterzy stoją po obydwóch stronach alejki, oddzieleni od nas szerokimi linami. Kiedy spoglądam w ich kierunku, pojawia się las mikrofonów. Wstrzymuję oddech. Siergiej bierze mnie za rękę i razem przechodzimy, nic nie mówiąc, w kierunku wejścia. Reporterka ABC już na nas czeka. To jego umówiony wywiad. Zaczyna się, kiedy tylko wchodzimy do środka. Ich reflektor jest bardzo jasny. Nie mogę w ogóle skupić się na tym, co do nas mówi. A raczej do Siergieja. Ja najwyraźniej jestem tylko do towarzystwa. Najwyżej do ozdoby, choć przy nim to trudne zadanie. To w sumie lepiej, że on jest tu gwiazdą, bo i tak nic nie widzę, mam wrażenie, że mi spali oczy. Dziennikarka nie zadaje mi żadnego pytania. Potem wchodzimy do sali balowej. Oddycham.
Nietrudno zrozumieć, dlaczego Siergiej nie przepada za takimi imprezami. To jest po prostu nudne i nadęte. Siedzimy przy dużym okrągłym stoliku z dwiema innymi parami. Goście rozmawiają na tematy, które mnie nie interesują. I żaden z nich nie dotyczy kryzysu energetycznego... Na początku staram się słuchać, co mówią, i być na bieżąco, ale po jakichś dwóch godzinach daję sobie spokój i zajmuję się raczej oglądaniem sukni innych kobiet i wymienianiem porozumiewawczych spojrzeń z Elizą, która, niestety, siedzi daleko ode mnie, przy innym stoliku. Wspominam moją godzinę w hotelu z Lorcanem i robi mi się smutno. Niestety nie piję, bo Siergiej też nie pije na tego typu imprezach. Lepiej zachować trzeźwość przy tych ludziach, twierdzi. Szkoda, przydałby się kieliszek czegokolwiek z procentami. Wszystkie panie dookoła nie odrywają wzroku od mojego męża, który jak zwykle bryluje w towarzystwie i zdaje się nie zauważać zainteresowania, jakie wzbudza. Czuje się jak ryba w wodzie. Ja natomiast patrzę raz po raz na zegarek, niecierpliwie wyczekując końca.
- Nie rozumiem, dlaczego Eliza i Borys nie siedzą przy tym samym stoliku co my - mówię do Siergieja, kiedy kelner zabiera mój talerz.
- Goście nie mają wpływu na ustawienie miejsc, Anno. Przecież już ci to tłumaczyłem.
"Przecież już ci to tłumaczyłem" jest chyba jego ulubionym zwrotem, tak jak "to przecież oczywiste" i "Anno, nie wierzę, że o to pytasz...". Wszystkie trzy znienawidzone przeze mnie w tym samym stopniu. Widząc moją minę, uśmiecha się do mnie i dodaje mi na ucho:
- Wytrzymaj jeszcze trochę, potem pójdziemy na prawdziwe party.
Nie wiem, co konkretnie ma na myśli, ale daje mi to nadzieję, że ten wieczór się kiedyś skończy. Wychodzimy z sali po dwunastej i wsiadamy do podstawionej przez Matta limuzyny. Nie odbyło się bez kilku fotek zrobionych przez najwytrwalszych paparazzich.
- Myślałam, że to już się nie skończy. Co za nuda! Naprawdę musimy chodzić na takie imprezy? - pytam, gdy samochód rusza, a on wyciąga telefon i przykłada go właśnie do ucha.
- Nie było tak źle, dowiedziałem się sporo nowych rzeczy... Moment. - Po czym zaczyna rozmawiać. Borys. Ich zwyczajem, na oficjalnych przyjęciach oni w ogóle nie pokazują się razem. Kiedy kończy, przysuwa się do mnie, całuje mnie w rękę i mówi:
- Pięknie wyglądasz.
- Myślałam, że ta sukienka ci się nie podoba. - Wygładzam pomarańczowe pióra, są takie przyjemne w dotyku.
- Nie twierdzę, że jest brzydka. Uważam tylko, że to dosyć odważny wybór jak na taką imprezę, ale nie znam się aż tak na damskiej modzie. Do The Castle na pewno będzie pasować.
- Jedziemy do The Castle? Wspaniale!
- Będą też Eliza i Borys.
- Cudnie!
The Castle to modny klub w Nowym Jorku. Dosyć często tu bywamy. To duży, prywatny lokal, który mieści się na dwóch piętrach jednego z najwyższych starych nowojorskich budynków. Są małe sale restauracyjno-barowe, parkiety do tańczenia i pokoje do spokojnych rozmów ze skórzanymi kanapami. Idealne miejsce do spotkań, do zabawy, do wszystkiego. Ale nie dla każdego. Wstęp ma tylko wąska grupa elity Nowego Jorku. Właścicielem jest Shamir Kassal, który zawsze przechadza się po lokalu z cygarem w ręce, w towarzystwie dwóch skąpo ubranych modelek. Przypomina mi nieco Hugh Hefnera, choć jest młody i chodzi w garniturze, a nie w szlafroku. Siergiej i Borys rozmawiają z nim za każdym razem, kiedy pojawiamy się w klubie. Dzisiaj, zaraz po wejściu, podchodzimy najpierw do baru, gdzie Borys zamawia coś do picia. Stoję tam u boku Siergieja i patrzę na tańczących ludzi. Każda przechodząca dziewczyna rzuca mojemu mężowi powłóczyste spojrzenie. Jemu nigdy nie udaje się przejść niezauważonym. Wszystkie kobiety się za nim oglądają. Niby jestem już do tego przyzwyczajona, ale jakoś zawsze mnie to denerwuje. Mam wrażenie, że kiedy tylko odwrócę głowę, jedna z nich się na niego rzuci. Nie lubię tego uczucia...
Shamir Kassal i tym razem wyłapuje nas w tłumie, podchodzi i wita się. Jego hollywoodzki uśmiech jest przesadnie doskonały. Może kupił uzębienie w Turcji! Dwie lale nie przestają go obmacywać, co wygląda dość żałośnie. Zastanawiam się, czy obmacywanie i szczerzenie się do Shamira jest ich pracą? Jeżeli tak, to mam nadzieję, że zarabiają fortunę, bo facet nie jest specjalnie urokliwy...
Tego wieczora mamy prywatną lożę na górze. Siadamy w czwórkę na wielkiej, półokrągłej kanapie z czerwonej skóry. Mamy z niej niezły widok na dużą salę taneczną i na dwa bary. Wystarczy odsłonić cienką, brokatową firankę, która odgradza nas od reszty lokalu. Zaraz pojawiła się kelnerka z dwiema butelkami wódki i zakąską. Imprezy z Borysem zawsze toną w morzu alkoholu, a na końcu przeważnie wychodzi, że tylko ja jestem pijana. Czasami się zastanawiam, czy w jego żyłach zamiast krwi nie płynie właśnie czysta gorzałka. Siergiej po chwili podaje mi kieliszek.
- Po tym szocie wolałabym coś słabszego albo drinka - informuję.
- W takim razie muszę iść do baru, kelnerka już poszła - odpowiada i po pierwszej kolejce wstaje i oddala się. Rozmawiam z Elizą o fundacji. W pewnym momencie orientuję się, że nie ma go już dłuższą chwilę i odsłaniam kotarę, aby poszukać go wzrokiem. A on jakby zapadł się pod ziemię.
- Gdzie Siergiej? - pytam Borysa.
- Nie wiem. Chyba poszedł ci wziąć coś do picia?
- Tak, ale to było jakieś pół godziny temu - zerkam na zegarek.
- Aż tyle? Nie... Nie wydaje mi się - marszczy czoło.
- Minimum. Jak weszliśmy było przed pierwszą, a jest za piętnaście druga.
- Okej, pójdę go poszukać - rzuca i idzie na dół.
- Gdzie on może być? - mówię do Elizy, kiedy jesteśmy już same.
- Tu przychodzi wielu naszych dobrych znajomych. Nie zdziwiłabym się, gdyby kogoś spotkał i się zagadał.
Odsłaniam zasłonkę i patrzę na ludzi tańczących na dole. Nagle staje przede mną Borys w towarzystwie pięknej blondynki.
- Jennifer! - krzyczy Eliza i wita się z kobietą.
Jennifer? Jennifer! O cholera! Jennifer. Porcelanowa cera, kocie oczy, pulchne usta. Blond włosy idealnie zaczesane w koka. Obwieszona złotą biżuterią. Do tego perfekcyjnie zgrabna, z dużym biustem ściśniętym w gorsecie czerwonej mini i kształtnymi, sporymi pośladkami. Długie nogi w szpilkach. Ona reprezentuje obfitość i bogactwo, swego rodzaju pełnię. Spogląda na mnie i wyciąga dłoń, żeby się przywitać.
- Bardzo mi miło, Jennifer Taredov.
Zasycha mi w gardle. Wychylam więc kieliszek wódki, który stoi przede mną nieustannie pełny dzięki talentom barmana Borysa, po czym odwzajemniam jej uścisk.
- Anna Taredov... - dukam w końcu, ściskając delikatnie jej dłoń.
Uśmiech nie opuszcza jej twarzy. Zatrzymuje na mnie spojrzenie, po czym przenosi je pytająco na Elizę, a ta, nic nie mówiąc, przytakuje tylko. Jennifer, ex Siergieja! Dlaczego zatrzymała jego nazwisko? Jak to możliwe?
- Bardzo mi miło cię poznać - mówi i siada, wpychając się między mnie a Elizę. Używa mocnych perfum. Odsuwam się, inaczej będziemy się dotykać, bo ma pupę Kardashianek. W ogóle chciałabym zniknąć. Nie cierpię tej sytuacji, ona i ja tutaj, szczególnie, że jego nie ma. Szot numer trzy obowiązkowo. Borys napełnia.
- Co za spotkanie! Co tu robicie? - pyta Jennifer, patrząc na Borysa i Elizę.
- To, co zwykle. Nic wielkiego, bawimy się. Co ty tu robisz? Na dłużej w Nowym Jorku? - odpowiada Eliza.
- Jestem z koleżankami, na parę dni. Dziś przyszłyśmy trochę potańczyć.
Spogląda na mnie i dodaje:
- A gdzie Serge?
- Siergiej poszedł do baru... - mówię. Godzinę temu.
Nie mogę przestać się na nią gapić. Co za uroda! Ma bardzo mocny, idealny makijaż. Jest w wieku Siergieja, a nie ma ani jednej zmarszczki. Alabastrowa cera. Kiedy mówi, twarz się jej za bardzo nie rusza. Botoks. I idealne zęby, pewnie od tego samego dentysty co te Shamira.
- Już trochę go nie ma, gdzieś się nam zapodział - dodaje Eliza.
- O, pewnie jak zwykle ktoś go zatrzymał w jednym z prywatnych pokoi. Jest tu stałym bywalcem. Wszystkie go znają - odpowiada Jennifer i parska sztucznym śmiechem.
Rzucam jej zabójcze spojrzenie, ale nie działa. Siedzi tu dalej i ma się wyśmienicie. Chwyta za rozstawione przed nami kieliszki i zwinnym ruchem wychyla dwa szoty, jeden po drugim, zagryza kanapeczką z salami. Mam nadzieję, że jej stanie w gardle. Eliza tylko wybałusza oczy na jej słowa. Po chwili spuszcza głowę i szepcze coś do Borysa. Zaraz potem ten wstaje i oznajmia:
- Idę drania poszukać, pewnie rozmawia z kimś przy barze.
- Co u ciebie słychać, Jenny? - pyta moja koleżanka, jedząc kanapkę z kawiorem.
- Sporo się dzieje... Trudno tak wszystko opowiedzieć, streścić w paru zdaniach, ale ogólnie jest dobrze, nie narzekam.
Jej megadługie, spiczaste, pomalowane na czarno paznokcie przykuwają mój wzrok. Na palcach ma kilka złotych pierścionków z kolorowymi kamieniami. Trochę przesadnie to wygląda. Ale poza tym... Barbie. Ta kobieta nie ma ani jednego zarysowania, żadnego zagniecenia czy plamki. Ona i jej strój są idealne. Żaden włos nie wystaje. Mam ochotę jej dotknąć, żeby przekonać się, czy jest prawdziwa.
- A wy? Wszystko dobrze? Macie dzieci? - Cały czas jest uśmiechnięta i siedzi wyprostowana. Jest w niej coś fascynującego. Nie jestem zaskoczona, że Siergiej się kiedyś w niej zakochał. Ona błyszczy... Ma coś w sobie. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam kogoś z taką prezencją i tak oszałamiającą urodą. Niestety.
Eliza i Jennifer zaczynają rozmawiać o wszystkim i o niczym, zupełnie mnie ignorując. Z każdą kolejną minutą czuję się gorzej. Chyba zaczyna mi się kręcić w głowie. Na dodatek ciągle ani śladu Siergieja. Borys też przepadł. Postanawiam, że pójdę, a raczej ucieknę do toalety.
Daleko od idealnej Jennifer, mam ochotę włożyć głowę pod kran z zimną wodą. Albo najlepiej z zimną wódką. Niestety, to niemożliwe. Nie dość, że mam cholerny makijaż, który pewnie by się rozmazał, to jeszcze w dodatku krany są tak blisko umywalki, że nie da się tam włożyć niczego większego od własnej ręki. Skanuję przestrzeń dookoła i udaje mi się zlokalizować jeden z białych małych ręczniczków frotté, które leżą zwinięte w idealne ruloniki i czekają na mokre dłonie. Po zanurzeniu go w lodowatej wodzie przykładam do twarzy. Mam wrażenie, że płonę. Jest mi tak gorąco. Chłód ręcznika trochę mnie relaksuje. Dlaczego ona musi być aż tak atrakcyjna?! To ona, a nie ja, pasuje do Siergieja! Na żywo wygląda sto razy lepiej niż na zdjęciach w internecie. Siadam na jednym z foteli, które stoją w tej ogromniej łazience. Rozglądam się dookoła. To pomieszczenie w niczym nie przypomina toalet w jakimkolwiek innym klubie, jaki znam. Jest urządzone jak zamkowa komnata z toaletkami, pufami i fotelami. Lustra mają grube, rzeźbione ramy, a na podłodze leży miękki, haftowany dywan. Na małych toaletkach stoją lampki, a obok kryształowe pucharki z miętusami. Siedzę w fotelu z mokrym ręcznikiem na twarzy, podziwiając obrazy wiszące na ścianach, kiedy pojawia się Jennifer. Jenny, kurwa, Taredov. Tu sam na sam ze mną! Za co? Dlaczego?
- Tu się chowasz! - zaczyna i podchodzi do jednego z luster, wyjmując puderniczkę z małej kopertówki, wysadzanej świecącymi kryształkami. Albo diamentami. Wszystko możliwe.
Nie wiem, co odpowiedzieć, więc spoglądam tylko na nią i podnoszę się na fotelu, żeby usiąść wyżej.
- Nie bój się, nie gryzę - dodaje, patrząc, jak prostuję plecy.
- Nie boję się - oznajmiam, łypiąc na nią spod mojego ręcznika. To nie do końca prawda. Czuję jakiś dziwny niepokój. Kobieta pudruje nos i brodę.
- To dlatego chowasz się pod tym ręcznikiem? - pyta, odwracając się w moją stronę.
Ściągam go i rzucam do przeznaczonego na ten cel kosza.
- Nie chowam się.
Nie spuszczam już z niej wzroku. Jakaż ona jest piękna... Przerażająco piękna. Blondynka nagle zbliża się do mnie i siada na fotelu obok. Otwiera torebkę i chowając puderniczkę, wyjmuje paczkę papierosów.
- Palisz? - pyta, kierując papierosy w moją stronę.
- Nie - odpowiadam cicho.
- Nie, oczywiście, że nie. Przecież Serge tego nie znosi, prawda?
Nie reaguję, bo zna odpowiedź. Wkłada papierosa do ust i kilkakrotnie próbuje odpalić go za pomocą swojej wysadzanej diamentami zapalniczki, od której też trudno oderwać wzrok. Ja rozglądam się za czujnikami dymu. Widzi to i rzuca:
- To jeden z ostatnich lokali w tym mieście, gdzie można jeszcze palić.
Kto bogatemu zabroni? Odpala papierosa, zaciąga się głęboko i wypuszczając dym prosto w moją twarz, pyta:
- I co? Jak ci z nim?
- Co masz na myśli? - odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Wszystko, życie... Dalej jest taki zazdrosny, stanowczy, porywczy, uparty i nieznośny? Czy już z tego wyrósł? - wylicza powoli, po czym dodaje, kiedy otwieram usta, żeby jej odpowiedzieć: - Jeszcze zapomniałam dodać: despotyczny.
- Mój Siergiej? Chyba nie mówimy o tym samym Siergieju.
- Twój, twój... Nie martw się, nie zabiorę ci go. Już raz dałam się nabrać na małżeństwo z tym władczym zazdrośnikiem, wystarczy mi na całe życie. - Znów dmucha dymem w moją stronę.
Nie podoba mi się to, co mówi, i chcę jej odszczeknąć coś niemiłego, ale nie daje mi dojść do słowa.
- Trophy wife... Jesteś teraz jego trophy wife, żoną-trofeum, faceci w tym wieku tak mają. Nie on pierwszy, nie ostatni. - Wymachuje ręką i wskazuje na mnie palcem. - Biorą nastolatki na żony, żeby inni im zazdrościli. Sprężyste cycki i napięta skóra na dupie, tylko to ich interesuje. Ale rodziny z nim nie założysz, wiesz o tym? - pauzuje wreszcie, patrząc mi prosto w oczy.
- Co ty pieprzysz? - rzucam, bo wreszcie daje mi dojść do słowa. Wstaję i podchodzę do umywalki. Nie mogę już tam siedzieć i dusić się jej słowami i tym dymem.
- Nie wiesz, o czym mówię? - zagaja. Myję ręce, wycieram je w czysty ręcznik i odwracam się do niej:
- Nie i w sumie mnie to nie interesuje.
- A powinno. - W jej oczach widać wielką satysfakcję.
Wredna suka! Nie odpowiadam, nie zasługuje na to. Wychodzę z łazienki, nic nie mówiąc, z wysoko uniesioną głową, traktując ją jak powietrze. Wracam do naszej loży. Siergiej siedzi na kanapie z naszymi przyjaciółmi i się śmieje. Kiedy mnie widzi, woła:
- Anna! Gdzie byłaś?
- Gdzie ty byłeś? Zniknąłeś gdzieś, zamiast przynieść mi drinka!
Uśmiecha się i wskazuje duży kieliszek wypełniony trunkiem, stojący na stoliku.
- Proszę, to dla ciebie.
- Dziękuję. - Chwytam i upijam połowę. Dobre. Owocowe.
- Usiądź - proponuje.
- Nie, nie mam ochoty. Chodź ze mną.
Podaję mu rękę i ciągnę go na dół, w kierunku parkietu. Po drodze mijamy Jennifer, która zaczepia Siergieja, głośno krzycząc "Serge!", ale nie pozwalam mu się zatrzymać i mówię:
- Chodź, potem będziesz rozmawiał!
Słucha mnie, odpowiadając jej tylko gestem ręki mówiącym: nic z tego nie rozumiem. Przynajmniej choć raz to ja decyduję. Stajemy na środku sali i zaczynamy tańczyć. Kocham z nim tańczyć. Jest w tym świetny. Przytulam się do niego, mimo że muzyka jest dosyć szybka. Jest mi dobrze. Obejmuje mnie w mocnym uścisku, wtulając twarz w moje włosy. Po chwili mówi mi do ucha:
- Wszystko w porządku?
- Tak, dlaczego pytasz?
- A Jennifer?
- Co Jennifer? - odpowiadam, udając, że nie wiem, o co mu chodzi.
- Podobno się z nią widziałaś. - Odrywa twarz od moich włosów.
- Tak. - Lepiej nie ściemniać.
- I wszystko okej? - On ją jednak dobrze zna...
- Jasne. Dlaczego miałoby być inaczej?
Spogląda mi w oczy i stwierdza:
- Znam ją.
- Nie martw się, to była bardzo cywilizowana rozmowa... - Zmyślam, patrząc mu prosto w oczy.
Dobrze, że muzyka jest głośna, inaczej wyczułby to jeszcze w moim głosie. Uśmiecha się pogardliwie, dając mi tym do zrozumienia, że nie wierzy w żadne moje słowo. Mam to gdzieś. Nie chcę już dłużej o niej rozmawiać. Wystarczy, że nie mogę przestać o niej myśleć. O nich myśleć. Zastanawiałam się, jak bardzo ją kiedyś kochał. A może wciąż? Jest bosko piękna i seksowna. Ciekawe, kto zadecydował tak naprawdę o rozstaniu. On zostawił ją czy ona jego? Ona go sprowokowała, ale gdyby nie to, to może wciąż byliby razem. Pasowali do siebie, przynajmniej fizycznie... Ja też ciągle prowokuję Siergieja. Czy jestem tak samo wkurzająca jak ona? Czy nasze małżeństwo też niedługo się skończy w sądzie? Nie potrafiłabym się sądzić o jego pieniądze. A co do urody, to nie dorastam jej nawet do pięt. Nie wiem, co Siergiej we mnie widzi. Żona-trofeum? Ja? To mi dopiero!
- Chcę wracać - ogłaszam nagle.
- Już?
- Tak.
- I nie przez Jennifer?
- Nie przez Jennifer - cedzę przez zęby.
Zdziwiony, podnosi brwi, a potem ramię, żebym wykonała ostatni obrót, i schodzimy z parkietu. W aucie prawie zasypia. Nawet się zastanawiam, czy jest pijany, bo chwieje się odrobinę na nogach, wychodząc z klubu. Ale on nigdy nie jest pijany. Obojętnie, ile pije. Siergiej się nie upija. Ja też jakoś wytrzeźwiałam przez to spotkanie. W mieszkaniu rzuca kluczami o blat, które jednak upadają na podłogę. Siergiej patrzy na nie, ale ich nie podnosi. Idzie pod prysznic, choć po imprezach nie ma takiego zwyczaju. Dołączam do niego. Myje się w specyficzny sposób. Ma zamknięte oczy. Szoruje się szybko obydwiema rękami jednocześnie, od stóp do głów dużą ilością żelu o mocnym męskim zapachu. Do włosów używa superszamponu. Boję się podejść bliżej, żeby przypadkiem nie oberwać, tak energicznie wymachuje. Na szczęście mamy dwuosobowy prysznic. Myję się po swojej stronie. Kiedy kończy, otwiera oczy i widząc mnie, uśmiecha się i wychodzi. Bez kontaktu, bez dotyku. Spotykamy się w sypialni. Wiem, że gdy się położy, to od razu zaśnie. Zaczynam więc, kiedy siada na łóżku i wycisza telefon.
- Jennifer powiedziała, że...
- Nie obchodzi mnie, co mówiła Jennifer. Nie chcę tego wiedzieć.
Spoglądam na niego i mam ochotę spróbować raz jeszcze, wyciągnąć od niego tę informację, ale nie wiem jak. Kiedy tak się zachowuje, to się go boję. Wzdycham tylko i krzyżuję ręce. Rzuca okiem. Kładzie się, gasi swoją lampkę i zamyka oczy. Sekunda i śpi. Albo udaje. W każdym razie z rozmowy nici.
@Anna: Tęsknię za Tobą.
@Lorcan: Ja za Tobą też.
@Anna: Pragnę Cię.
@Lorcan: Ja Ciebie też!
@Anna: Chyba zwariuję.
@Lorcan: Ja też.
@Anna: Przestań!
@Lorcan: Ty przestań!
@Anna: Przysięgam.
@Lorcan: Hej! Dostałem tę pracę! Za dwa tygodnie przenoszę się do NYC!
@Anna: Wow! Gratuluję! Tak bardzo się cieszę!
@Lorcan: Przylecisz mnie odwiedzić?
@Anna: Na 100% Tylko jeszcze nie wiem, kiedy.
@Lorcan: Pojutrze lecę na Florydę. Ostatnie wakacje przed pracą.
@Anna: Z kim?
@Lorcan: Sam.
@Anna: Bardzo chciałabym do Ciebie dołączyć, ale to niemożliwe.
Niemożliwe staje się możliwe, jeśli bardzo czegoś chcesz. Szef musi nagle wyjechać na fermę z algami, a ja mogę zostać w Nowym Jorku. Mówi, że wróci za pięć dni. Na drugi dzień siedzę już w samolocie na Florydę, obok mnie Herkus. Pretekst? Lecimy zobaczyć wystawę Refika Anadola w muzeum Superblue w Miami. Siergiej wie, że fascynują mnie jego prace. Rezerwację hotelu powierzam Molly. Już jawniej i oficjalniej nie można. Jako że Herkus musi lecieć ze mną, mamy dwa pokoje w ekskluzywnej willi Casa Casuarina.
@Anna: Jutro jestem w Miami. Napisz, gdzie możemy się spotkać.
@Lorcan: Poważnie?!
@Anna: Tak.
@Lorcan: Juno Beach. Jak jedziesz jedynką, jakieś cztery mile przed plażą jest taki duży parking, będę tam na Ciebie czekał. Znam miejsce, łatwo jest tam dojechać. Będziesz?
@Anna: Będę. Postaram się być na siedemnastą. Może być? Mam dla Ciebie niespodziankę.
@Lorcan: To jest jakieś szaleństwo. Nie poznaję Cię!
Tak. To jest szaleństwo. Wiem, po co tam lecę i wiem też, że robię źle. Ale jestem tak zdesperowana moim małżeństwem, że nie potrafię się opanować i tego odwołać. Za często zastanawiam się, co by było, gdyby... Kiedy zajeżdżamy do hotelu, proszę Herkusa o rozmowę. Idziemy do pokoju, który wynajęła dla niego Molly.
- To mój pokój czy twój?
- Twój. Ja mam inny - informuję i rozglądam się. Rzeczywiście wysoki standard.
- Kto robił rezerwację?
- Molly. O co chodzi? Nie podoba ci się?
- Chcę się upewnić, że nikt nie będzie mi kazał za niego płacić.
- Spokojnie, za wszystko płaci Siergiej. Wyluzuj!
- Skoro tak mówisz.
Zagląda do łazienki i wygląda na balkon. Śmiesznie wzdycha. Kiedy otwiera barek, zaczynam nieśmiało:
- Posłuchaj, jestem tu nie dla tej wystawy...
Podnosi wzrok.
- Domyśliłem się - odpowiada.
- Czy chcesz ustalić stawkę za dyskrecję? Potrzebuję trzech dni bez ciebie... Zapłacę, ile trzeba.
- Skończmy z tym, co? Nie musisz mi płacić. Mam na to wyjebane. Twój mąż już płaci mi trzy razy więcej, niż zarabiam normalnie w firmie. Moja dyskrecja to... - zastanawia się nad wyborem słowa - to taki prezent ode mnie.
- Prezent? Z jakiej okazji?
- Bo widzę, jak ci ciężko z Szefem. Nie chciałbym być na twoim miejscu.
Włączam pauzę. Nikt nigdy nie był ze mną tak szczery. Jego słowa napływają dużą falą pod moje powieki, są jak tsunami: nagłe i nieprzewidziane. Nadludzkim wysiłkiem hamuję wybuch. Ale to co zdążyło wypłynąć, już spływa potokiem po mojej twarzy. To aż tak widać? Robi mu się głupio, bo od razu spuszcza wzrok i mówi:
- Przepraszam. Nie chciałem cię urazić...
- To nie twoja wina... - udaje mi się odpowiedzieć. Potrzebuję chwili, żeby się uspokoić. Herkus znajduje pudełko chusteczek higienicznych w łazience i przynosi mi je. Wycieram policzki i wydmuchuję nos w logo Versace. Od razu lepiej.
- Zapomnij, co powiedziałem. Czasami coś chlapnę bez zastanowienia.
Próbuje się wycofać, ale już za późno. Wiem, że mówił prawdę i dlatego tak boli. Kiwam głową. Trzeba skończyć ten temat, przejść do konkretów.
- Teraz jadę się spotkać. Ale wrócimy tu wieczorem i już nigdzie nie będziemy się ruszać, oprócz tej wizyty w muzeum, może jutro. Możesz tu być przez ten czas? Zostań tu, proszę. Zamówię taksówkę.
- Jeżeli coś ci się stanie, to wiesz, że on mnie zabije. - Ostatnie słowa jeszcze nie zdąży dobrze wybrzmieć, a podnosi już rękę w geście sprzeciwu, jakby sam chciał zatrzymać ich brzmienie. Za późno. One już wybrzmiały. Sprawdzam, czy mówi poważnie. Na to wygląda. Złapał się za usta. Kiwam głową i wchodzę mu w słowo, zanim zdoła coś dodać:
- Bzdura.
Podnosi brwi i zaciska szczękę.
- Nie używaj takich słów... - proszę. - Możesz mnie śledzić na telefonie. Nic mi się nie stanie. Mężczyzna, z którym się spotykam...
- To ten młody z klubu w Londynie? - Teraz on mi przerywa.
- Ten sam.
- Okej. On ci nic nie zrobi. On cię kocha.
Powrót tsunami. Tym razem nie wypłynę na powierzchnię od razu, jak za pierwszym razem. Teraz muszę usiąść i wypłakać wszystko do końca. Herkus nie wie, gdzie się podziać.
- Sorry - powtarza i chodzi nerwowo koło mnie. - Przepraszam... - duka. Potrzebuję chwili. W końcu się uspokajam i wstaję.
- Okej. Idę. - Prostuję się. - Jak wyglądam? - pytam.
- Strasznie.
- Dzięki za szczerość.
- Proszę bardzo.
- Mamy przejebane. Wszyscy - rzucam pod nosem i otwieram drzwi.
- Ja najbardziej, bo ci ufam - dodaje, ale już go nie słucham.
Dojeżdżam tam taksówką. Kiedy auto wjeżdża na parking, nie muszę się za nim nawet rozglądać. Jest kilka samochodów i kilka osób, ale tylko jeden Lorcan Maidley. Stoi niczym superbohater na masce czarnego kabrioletu mustanga i patrzy w kierunku plaży. Wytarte dżinsy, czarny T-shirt z czerwonymi napisami i ciemne okulary, tylko peleryny mu brakuje. Klasyka. James Dean. Wysiadam z samochodu. Nie mogę się opanować, biegnę w jego kierunku. Widzi mnie i zeskakuje na ziemię. Wystawia do mnie ręce. Z wielkim uśmiechem. Wpadłam na niego jak tornado. Moje długie włosy przykrywają połowę jego twarzy. Obejmuję go rękami i nogami, zawisam na nim, całując go porywczo. Miętowy smak. To takie naturalne! Odpowiada z taką samą zachłannością. Mam wrażenie, że zajmuję się ogniem. Zdejmuję jego okulary przeciwsłoneczne i patrzę prosto w te roześmiane oczy. Cały ten uśmiech, to ten sam z mojego pokoju w akademiku. Chcę się z nim kochać. Teraz, jak najszybciej! Od razu to wiem. Po chwili mówi wreszcie:
- Cześć, Mała... To co? Chcesz iść na spacer? - Kiwnięciem głowy wskazuje plażę. Wybucham śmiechem. Chyba zwariował. Mam gdzieś plażę!
- Nie. Ty i ja w czterech ścianach - szepczę mu do ucha. Moje intencje są jasne. Uśmiecha się. Nie trzeba mu powtarzać dwa razy.
- Załatwione. Wskakuj. - Otwiera mi drzwiczki.
- Jak szybko mknie ten rumak?
- To mustang!
- Jak szybki jest twój mustang?
- Zdziwisz się - odpowiada i parska cudownym śmiechem.
Siadam na przednim siedzeniu obok niego. Oblepiam go wzrokiem. Nie mogę przestać. Zagryza wargi, a szeroki uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Włącza muzykę i rusza z piskiem opon. Na autostradzie przekracza dwukrotnie dozwoloną prędkość. Udaje wyluzowanego, myśli pewnie, że się na to nabieram. Chce mi się z niego śmiać. Wiem, co czuje w środku. Dokładnie to, co ja. Ogień.
- O czym teraz myślisz? - pytam, patrząc jak wiatr rozwiewa jego potargane włosy.
Zastanawia się chwilę, spogląda na mnie i ogłasza z boskim uśmiechem:
- O tym, co ci zaraz zrobię.
Rozbraja mnie to doszczętnie. Modlę się, żeby droga nie była długa... Wystawiam ramię na zewnątrz i łapię ciepły wiatr, który rozdmuchuje moje długie włosy. Na moment zamykam oczy. Jestem szczęśliwa. Prujemy z prędkością światła i po paru minutach zajeżdżamy pod przydrożny motel. Odpadająca farba, pojedyncze szyby w oknach i żółte firanki. To prawie Bates Motel z Psychozy Hitchcocka. Parkuje przed parterowym budynkiem i kłaniając się szarmancko, otwiera mi drzwi. Wysiadam, patrząc na niego z podnieceniem. Lorcan... Na parkingu stoi kilka pikapów, a wiatr przerzuca porzucone na ziemi plastikowe kubki po napojach i puszki po piwie.
- Przykro mi, tylko na to może sobie pozwolić bezrobotny absolwent architektury - wygłasza, szczerząc zęby. - Szkoda, że siebie nie widzisz - dodaje. Muszę mieć dziwną minę. Wstyd mówić, ale chyba już zdążyłam się przyzwyczaić do pięciogwiazdkowych hoteli Siergieja...
- Mam to gdzieś, jeżeli tylko masz klucz do jednego z tych pokoi. Poza tym, już nie bezrobotny - zapewniam jednak. Uśmiecha się.
Nie wiem, czy jestem do końca sobą. Nie mogę uwierzyć w to, co robię. Ale czuję się z tym dobrze.
Lorcan wyjmuje klucz z tylnej kieszeni spodni i macha mi nim przed nosem. To jest prawdziwy klucz, taki metalowy, nie jakaś karta magnetyczna jak w normalnych hotelach. Bierze mnie za rękę i prowadzi pod pokój numer trzy. Rzucam okiem na budynek. Musi być ich maksymalnie dziesięć. Liczę. Dwanaście. Jednak Psychoza. Zatrzymuje się przede mną i patrzy na mnie poważnym wzrokiem:
- Za tymi drzwiami już nie będzie odwrotu. Na pewno tego chcesz?
Skąd u niego ta asekuracja?, myślę. Naprawdę mówi poważnie, ale ja mam ochotę na szaleństwo, nie na cholerną rzeczywistość! Chcę Lorcana z pokoju w akademiku, tego z plaży, tego z silnymi ramionami i łapczywymi ustami. Tego, który nie pyta czy może, tylko bierze, co uważa za swoje.
- Tak, chcę - odpowiadam bez wahania. Poważne niebieskie spojrzenie.
- Na pewno?
- Tak, na pewno, nie widać? - Wydobywam z siebie stanowczy głos, dotykając jego klatki piersiowej. Nie mogę uwierzyć, że tam stoimy, a on zadaje mi takie pytania. Tak bardzo się za nim stęskniłam.
- Powiedz to jeszcze raz - rozkazuje i przyciąga mnie mocno do siebie. To brzmi po męsku.
Tak do mnie mów!
- Pragnę cię! - odpowiadam głośno i wyraźnie, aby nie było wątpliwości.
- Nie chcę potem nieporozumień... - tłumaczy z lekkim uśmiechem. Rozluźnia się.
- Obiecuję, nie będzie. Ale dziś to ty decydujesz, ty tu jesteś szefem - szepczę zalotnie do jego ucha i posyłam mu uwodzicielski uśmiech.
Podoba mu się. Popycha mnie lekko na drzwi i przysuwa się tak blisko, że nie mogę się ruszyć. Czuję przyjemny skurcz w podbrzuszu. Minuty dzielą nas od masowego wybuchu materii.
- Cokolwiek się wydarzy? - pyta, chwytając mnie za udo.
Parskam śmiechem.
- Cokolwiek się wydarzy - odpowiadam, nie przestając go obmacywać.
W końcu otwiera drzwi i wchodzimy do środka. Pokój jest straszny, ale nie obchodzi mnie to. Na ścianach staromodna tapeta z pokręconymi wzorkami. Kilka jego rzeczy wala się na wytartej i poplamionej wykładzinie podłogowej. Pościel na łóżku leży w nieładzie razem z jego laptopem, papierosami i pustymi butelkami po napojach. Fuj! Najgorszy jest zapach, a właściwie smród papierosów pomieszany z wonią kurzu i starości. Ale to też nie odgrywa w sumie żadnej roli. Po pierwszych oględzinach odwracam się do niego, stoi tuż za mną. Rzuca kluczyki na coś, co udaje szafkę, i obejmuje mnie ramionami. Zamyka mnie w ciasnym uścisku i pyta:
- Tęskniłaś za mną?
- Tak. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo.
- Długo mi kazałaś na siebie czekać. Ale byłem pewien, że wrócisz, bo doskonale wiem, czego ci trzeba. - Zaczyna mnie całować.
Ta jego wrodzona skromność! Jestem tak spragniona tych zaborczych pocałunków, że mam ochotę w nich utonąć. Zjedz mnie, no dalej! Rozpoznaję te ruchy i ten smak. Nic się nie zmieniło. Nagle zdaję sobie sprawę z napięcia, jakie buzuje w moim ciele. Mam wrażenie, że zbierało się tam od dni, tygodni, może nawet miesięcy i teraz muszę się go pozbyć, znaleźć ujście dla mojej frustracji, złości, żalu i tęsknoty. Pada na niego. To jest jak start samolotu. Silniki chodzą na pełnej mocy, ale masz zaciągnięty ręczny. Żeby ruszyć, musisz go spuścić ostrożnie i powoli. Wtedy dobrze wystartujesz i uniesiesz się w powietrze. Zwalniamy umyślnie, żeby się sobą nacieszyć. Zdejmuję mu koszulkę i zamieram. Ma tatuaż. Kwitnąca gałąź drzewa ciągnie się gdzieś z tyłu, zza pleców, a wąskie gałązki z zielonymi listkami wiosny przeplatają się na ramieniu i na części klatki piersiowej. Są pąki i rozkwitające bladoróżowe i białe kwiaty. Delikatny, kunsztowny i wyrafinowany obraz. Dotykam go palcami, wstrzymując oddech.
- Masz tatuaż! - mówię, kiedy całuje mnie po szyi.
- Ehm... - odpowiada tylko, nie przestając. Zaczyna mnie rozbierać, ciągnąc niezdarnie za moje ubranie.
- Chcę zobaczyć całość - proszę.
Odrywa usta od mojej skóry i obraca się na moment. Patrzę i dotykam. Wydaje mi się większy, bardziej umięśniony. Na plecach gałąź jest potężniejsza, grubsza i latają nad nią dwa małe, kolorowe ptaki. Kolibry. Idealnie dobrane kolory... To scena rodem z japońskiego pejzażu, to kwitnąca wiosną wiśnia.
- Piękne - mówię i głaszczę jego skórę. Chcę pocałować każdy kwiatek, każdy jego płatek.
Nie chcę się spieszyć, ale Lorcan najwyraźniej nie podziela mojej cierpliwości. Rozebrał mnie już i dotyka teraz każdego zakątka mojego ciała, ustami i rękami. Gładzi i muska, ściska mnie mocno i łapczywie. Żarłocznie. Jak wtedy... Och! Podoba mi się. Wskakuję na niego i obejmuję go nogami, opiera mnie o ścianę, uderzając o nią moimi plecami. Au! Jęczę. Upewnia się, czy nic mi nie jest, ale kiedy widzi mój uśmiech, wie, że to z zachwytu. Pospiesz się!
- Chcesz tego? Na pewno? - wypala. - Powiedz to! Powiedz, że mnie chcesz!
- Tak, chcę. Błagam, weź mnie - szepczę do jego ucha, zniecierpliwiona.
Wtedy jego język wypełnia moje usta, a palce ściskają moje sutki. Nagle mokre wargi wędrują niżej i już po chwili mój ulubiony język prześlizguje się zwinnie po moim najczulszym miejscu. Jęczę z rozkoszy. Sztywnieję w środku. Napinam się coraz bardziej, a Lorcan zwalnia.
- Nie przestawaj! - proszę.
Nie słucha mnie. Podnosi się i nasze oczy znów znajdują się na tej samej wysokości. Czoło przy czole. Teraz głęboki błękit zalewa z pasją jesienną zieleń. Kolory przenikają się, mieszają, tworząc oryginalną mozaikę naszych gorących spojrzeń. Odsuwa się. Zakłada prezerwatywę. Już zapomniałam, jak się to robi. On najwyraźniej nie. Sekunda i znów jest przy mnie. Nasze palce splatają się w jeden ciasny węzeł i wreszcie... Wreszcie czuję go w sobie. Och... Jesteśmy jak w transie, spragnieni siebie nawzajem. Nic ani nikt nie może nas teraz powstrzymać. Patrzy na mnie tak, że czuję się seksowna. Policzek przy policzku. Jego rzęsy na mojej skórze. To już jest jak rytuał. Lubię tę jego porywczość. Zachłanność jego ruchów jest rozkoszna. Rozpalała mnie do granic możliwości. Chcę go zniewolić. Sprawić, żeby zaniemówił, ewentualnie błagał o litość! Tymczasem oddaję się poddańczo, zaczarowana jego cielesnymi zaklęciami. Dokładnie wie, czego pragnę. I jest całkowitą przeciwnością... Nie, nie pozwalam sobie nawet na wspomnienie tego imienia. Nie teraz. Teraz jestem tu z Maidleyem. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Razem jest nam tak dobrze. Jesteśmy sobą nienasyceni. Chcę jeszcze i jeszcze. Lorcan...
- Widzę, że nabrałeś doświadczenia od ostatniego razu - ryzykuję, uśmiechając się zalotnie do niego, kiedy leżymy już po wszystkim, przytuleni do siebie, twarzą w twarz. Czysta prowokacja, jest specjalistą w tym, co ze mną robi... Nie mogę się od niego odkleić. Popołudniowe słońce prześwituje przez pożółkłe firanki i słyszę, jak wiatr szeleści gałęziami palm.
- Lubisz takie zaczepki słowne. - śmieje się i przewraca swoimi cudnymi oczami.
- To był komplement! Coś mi się wydaje, że nie próżnowałeś tu przez ten czas... No i co za mięśnie?! Niech zgadnę: najlepszym studentom przyznają darmowy karnet na siłownię! O tym obrazku nie wspominając... - dodaję, dotykając tatuażu. Pasuje do niego. Spogląda na mnie, rozumiejąc, że żartuję i odzywa się:
- Powiedzmy, że Ameryka mi sprzyja, a praktyka czyni mistrza! Ale na darmowe karnety nie ma co liczyć. Ani na siłownię, ani od kobiet.
- Nie wierzę... Pan Casanova!
- Sama zaczęłaś! Nie poznaję cię. - Kiwa głową.
- Ile? - pytam, obwodząc palcem różowy pączek na jego ramieniu.
- Komunikacja działa lepiej, kiedy wysyła się pełny komunikat. Wyrażaj się zdaniami. Co ile? Sprecyzuj!
- No ile ich było? Tych kobiet.
- Nie wiem - odpowiada, sięgając po paczkę papierosów, która leży na ziemi.
- Jak to nie wiesz?! - pytam oburzona.
- No nie wiem. W pewnym momencie przestałem liczyć - odpowiada bez zakłopotania. Ewidentnie nie ma w tym nic dziwnego, że kobiety same wskakują mu do łóżka. Ma wrodzony talent, a i temu uśmiechowi i tym oczom trudno się oprzeć. Rzucam mu diabelskie spojrzenie.
- Ale skoro widać postępy, to chyba się nie gniewasz? - pyta, ściszając głos i patrząc na mnie z zabawną miną. Chwalipięta! Nie gniewałam się na niego. Tak naprawdę w ogóle mnie to nie obchodzi. Liczy się tylko, że jestem teraz tu z nim. Wszystko inne, wszystko, co było wcześniej, nie ma najmniejszego znaczenia.
Nastaje cisza. Po dłużej chwili, zaciągając się dymem, dodaje poważnym tonem:
- Prawda jest taka, że spałem z jedną. Myślałem, że to mi pomoże zapomnieć.
- Zapomnieć?
- Tak, zapomnieć o tobie. Ale się nie udało ...
Gasi papierosa i przytula mnie mocniej. Potrzebuję jego bliskości, ale nie chcę o tym rozmawiać. Nie chcę zaczynać trudnych, smutnych tematów. To wszystko i tak jest skazane na niepowodzenie. To nie może się udać. To nie ma racji bytu. Wiem o tym. Leżę tu i się oszukuję. Oboje o tym wiemy. Beznadzieja...
Proszę go, żeby położył się na brzuchu. Chcę przyjrzeć się obrazkowi na plecach. Te dwa małe rajskie ptaki. Jeden większy, z niebieskimi piórkami, a drugi mniejszy, z zielonymi. Jak to kolibry, wiszą w powietrzu, trzepocząc skrzydłami. Lot stacjonarny. Ten wyżej kieruje dziobek w stronę zielonego, który wystawia swój w górę. Tak jakby miały za chwilę się pocałować. Ale są za daleko.
- Co to oznacza? - dotkam skóry.
- Kto jak kto, ale ty powinnaś zrozumieć.
Rozumiem. Całuję każdy centymetr jego pleców, od tej pięknej sceny ptaków zaczynając. Kiedy kończę, zadaje pytanie:
- Ile mamy czasu?
- To niespodzianka, o której ci pisałam. Mamy całe trzy dni.
- Yes! - Całuje mnie pospiesznie w usta. Ostry zapach i smak papierosów.
Krzywię się.
- Ale musimy jechać do mojego hotelu - ogłaszam ciszej.
- Dlaczego?
- Zaufaj mi.
Nie mam ochoty się przyznawać dlaczego.
- Za niski standard dla pani? - Błędnie interpretuje moje słowa i wskazuje zamaszystym ruchem pokój, a raczej chlew, w którym się znajdujemy.
- Nie. Ale muszę włączyć telefon.
- Tu też jest wi-fi. Chcesz hasło?
- Nie... - milknę i gapię się na niego wymownie. Komunikacja. Mój komunikat wreszcie do niego dociera.
- Masz zainstalowany jakiś kurewski program namierzający?
Przytakuję mrugnięciem.
- Kurwa, co za odpał!
- Nie komentuj. Błagam.
Zamyka usta, ale widzę, że ma ochotę coś jeszcze dodać. Słyszę, jak rzuca najgorszymi epitetami w głowie. Nie musi ich wypowiadać na głos.
- Zbierajmy się - ponaglam i zaczynam się ubierać. Leży jeszcze chwilę bez ruchu, aż pewnie brakuje mu przekleństw i w końcu się podnosi. Zbiera swoje rzeczy i za chwilę już jesteśmy w wypożyczonym mustangu. Kiedy dojeżdżamy do Casa Casuarina najpierw podnosi brwi, a potem wzdycha.
- Serio?
- Serio, nie komentuj - proszę.
Włączam telefon i sprawdzam, czy Siergiej się ze mną kontaktował. Zero telefonów, zero wiadomości. Biorę głęboki oddech. Naiwnie łudzę się, że to będzie łatwe. Ciągnę Lorcana do mojego pokoju, choć idzie powoli, bo ogląda ściany, zdobienia i łuki. To fakt, budynek jest efektowny. W końcu wchodzimy do mojego apartamentu, albo raczej wysokiej klasy kompleksu wypoczynkowego, bo jest tu wszystko.
- Luksusowo, kurwa - komentuje jednak.
Uśmiecham się.
- Rozgość się. Jesteś głodny? - Rzucam mu menu hotelowej restauracji. Piszę wiadomość do Herkusa.
- Kto płaci? - pyta Lorcan, wskazując na menu.
- Ja. Zamów, co chcesz.
- Czyli on. - Podnosi wzrok i patrzy na mnie z wyrzutem.
Wzdycham. Czy to w ogóle może się udać?
- Tak, on. Kurwa! - przyznaję. Szczerość, z Lorcanem stać mnie na nią. Robi niezadowoloną minę. Olewam to. Szczerość to cena, na którą zgodził się, przyjeżdżając tutaj. Za pół godziny do pokoju wjeżdża wózek z jedzeniem. Kawior, homary, butelka białego wina i dwa serniki. Wybrał to, co najdroższe w karcie. Jestem tego pewna. Jemy. W pewnym momencie bierze moją dłoń, patrzy na pierścionek zaręczynowy i platynową obrączkę, których nigdy nie zdejmuję, i mówi:
- To też musiało kosztować fortunę. Poszedł z tobą na całość.
Spoglądam na niego z wyrzutem, jestem zła, że psuje nastrój i w ogóle o tym mówi. Wtedy dodaje:
- Zupełnie mu się nie dziwię.
Zabieram rękę.
- Musimy o tym rozmawiać? Poza tym noszę to od ślubu, nie mów, że wcześniej nie zauważyłeś!
- Fakt, widziałem. Zważywszy na wielkość diamentów, tego nie da się nie zauważyć. Ale nie miałem okazji przyjrzeć się z bliska... - wkłada spory kawałek homara do ust, przeżuwa powoli, a potem dodaje: - Myślę, że powinniśmy porozmawiać o twoim małżeństwie. I to tak szczerze.
Co za chory pomysł!
- Po co? Nie mam ochoty. Poza tym nie ma o czym.
- Myślę, że oboje mamy taką potrzebę.
Skąd u niego tyle powagi? Nie mogę go poznać. Spoważniał w tej Ameryce, jakoś tak wydoroślał...
- Jeżeli o mnie chodzi, to...
Nie daje mi skończyć:
- Mam parę pytań. Poza tym dziś to ja decyduję, sama mówiłaś.
Spoglądam na niego błagalnym wzrokiem, ale nie pomaga. Odpowiada powagą i skupieniem.
- Okej - cedzę niepewnie. - O co chodzi?
- Kochasz go? - Od razu wytacza ciężkie działa.
Zamieram. Wzdycham. Wyciskam z siebie po chichu i powoli:
- Tak myślę.
Tyle wystarczy, żeby się ożywił.
- Tak myślisz? Co to w ogóle znaczy?
Nie ma sensu zaczynać dyskusji o wybuchowej mieszance uczuć, jaka mnie wypełnia od dłuższego już czasu. Nie z nim. Nie teraz. Poza tym chyba się domyśla, że to bardziej skomplikowane niż to, czy go kocham...
- Kocham go - dodaję pewnie.
- Więc co się stało? - pyta, dolewając nam wina.
- To znaczy? - udaję, że nie wiem, o czym mówi. Patrzy na mnie z politowaniem.
- Dlaczego nagle robisz krok w tył? Dlaczego chcesz mnie i jego jednocześnie? Wiesz, że to na dłuższą metę niemożliwe.
- Wiem. Ale...
- Nie możesz się zdecydować?
- To nie tak.
Zapada cisza. Zerkam na niego między jedną sekundą a następną, sprawdzając ukradkiem jego reakcję. Jest zamyślony. Po chwili dodaję:
- Wiem, że spotykając się ze mną, liczysz na więcej, myślisz pewnie, że go zostawię i będę chciała być tylko z tobą, wiem, ale...
Wchodzi mi w słowo:
- Nie liczę na nic, spotykając się z tobą. Kompletnie na nic. To znaczy na nic pozytywnego. A dostaję naprawdę wiele... - mówi. Podziwiam go.
- Lorcan, nie wiem, jak ci to powiedzieć. Nie umiem dobrać odpowiednich słów...
- Powiedz, że mnie kochasz, i o nic więcej nie będę pytał. - Wymawia te słowa prawie szeptem i patrzy mi prosto w oczy.
Nagle rozmowa przybiera nowy kurs. Wchodzi na nowe tory. Nigdy mu nie mówiłam, że go kocham. Dlaczego nie chce mi to przejść przez gardło?
- To tylko słowa. A słowa nie mają znaczenia. Liczą się tylko nasze czyny. A to, co się tu stało i dwa lata temu w moim pokoju, w akademiku, powinno ci wystarczyć, żebyś zrozumiał, co do ciebie czuję.
- Chciałbym to usłyszeć - prosi spokojnie. Mistrz opanowania.
Robię chwilę przerwy. Jak to wytłumaczyć? Jak go nie ranić?
- Nie mogę. Nie mogę, rozumiesz? - Ledwo co przełykam ślinę. Cholera, mało co nie duszę się powietrzem...
- Co jest z tobą nie tak? - Spogląda na mnie zdziwiony, marszcząc czoło. Biorę głęboki oddech i odpowiadam:
- Wszystko.
Zerka na mnie, a potem wzdycha.
- Nie gadaj bzdur. - Lekkość wraca do jego głosu i to mnie ratuje.
Nie umieram. Jeszcze.
- Przykro mi.
Przez chwilę nikt nic nie mówi. Jest mi głupio. Przecież go kocham. Wiem to. On też to tak naprawdę wie. Ale... Chyba boję się, że jak mu to powiem, to już nie da mi wrócić do Siergieja. A od Siergieja Taredova się nie odchodzi. Jego się nie zostawia. To jest nie do zrobienia. To zasada numer jeden.
- I tak nie możesz beze mnie żyć - ogłasza po chwili, pospiesznie połykając ostatnie kęsy homara. Uśmiecha się i zabiera się za ciasto.
Ja jakoś straciłam apetyt.
- Ale wracając do twojego małżeństwa - nalega - jaki on jest? Co takiego ma w sobie? - pyta.
- Siergiej jest dobry, tajemniczy i wymagający - mówię półgłosem. Po chwili dodaję: - Życie z nim to przeplatanka presji i czekania. On się nie zmienił. To ja...
- Co ty? - pyta, zniecierpliwiony.
To fakt, mówię powoli. Ostrożnie dobieram każde słowo. Wiem, że będzie je analizował kilkakrotnie i dopytywał.
- To ja. Ja chyba nie powinnam tak szybko za niego wychodzić za mąż... Ale on tak to wszystko przyspieszył... Naprawdę się w nim zakochałam.
Na te słowa Lorcan przestaje jeść sernik i wzdycha, patrząc mi prosto w oczy.
- Nie będę kłamać, nie mogłam mu odmówić. Ale potem... Potem życie stało się jakby inne... W naszym domu była afera z pistoletem, mój poprzedni bodyguard został postrzelony, potem wybucha bomba w hotelu, w którym mieliśmy zostać, to znaczy, to akurat nie jest pewne, że to o nas chodziło. Może to czysty przypadek, nie wiem... I była też sytuacja, kiedy... - Nie wiem, czy to dobry pomysł mu o tym mówić. Waham się. Widzi to i bierze moją dłoń. Ściska ją i całuje.
- Mów dalej... - zachęca po cichu.
- Przystawiono mi pistolet do głowy. Ale Siergiej opanował sytuację - pauzuję, bo widzę, że docierają do niego moje słowa. Daję mu chwilę, po czym dodaję: - On mnie zawsze broni. Zawsze ratuje.
Lorcan przełyka głośno. Otwiera usta, ale bez dźwięku. Chyba nie tak wyobrażał sobie Siergieja. W końcu chwyta za kieliszek wina i dopija je do ostatniej kropli.
- Jak to pistolet przy głowie? To pojebane - odzyskuje głos.
- To długa historia, opowiem ci innym razem... - Chcę się wywinąć. Spoglądam na sufit. Nie mam ochoty tego opowiadać.
- Nie ma mowy! Teraz to już musisz mi wszystko powiedzieć. I to ze szczegółami.
Opowiadam mu więc wszystko. Od początku do końca. Wyjaśniam, kim są Mac Roye, Borys, Eliza, Jennifer, Matt, Andrew, Maria i Herkus. Co to Westprol, Nextglobaloil i Future Investments. Mówię o biologii syntetycznej i paliwie z alg. Staram się, by mój wywód był spójny i jasny, ale nie wiem, czy mi się to udaje. Trwa to pół nocy. Lorcan przerywa tylko chwilami, żeby dopytać o jakiś szczegół, albo zapytać, jak się wtedy czułam. Kiedy kończę, jest czwarta nad ranem i ziewam szeroko, bo zasypiam, ale on ma oczy szeroko otwarte niczym sowa.
- Mała, nie możesz tam wrócić! On cię codziennie naraża na niebezpieczeństwo.
- To nie tak. Poza tym to nie jego wina - odpowiadam, szukając czegoś do picia. Butelka wina już dawno pusta, podobnie jak dwie z wodą, które również opróżniliśmy. Od tego gadania zaschło mi w ustach.
- Ten facet jest niepoważny - mamrocze sam do siebie i idzie do łazienki napełnić kieliszek wodą z kranu, bo czyta mi w myślach. Piję całość duszkiem. Wraca po drugą porcję.
- Nie masz pojęcia, co przeszłam. Chciałam zamieszkać w Paryżu, ale to niemożliwe, bo Siergiej będzie startował w wyborach na przewodniczącego Brytyjskiej Komisji do spraw Redukcji Dwutlenku Węgla... Ale będę przylatywać częściej do Nowego Jorku. Tak często, jak tylko się da. Będziemy mieli więcej okazji, żeby się widywać.
Spoglądam na niego. Ostatkami sił. Prawie zasypiam. Wygląda, jakby ostatnie zdania do niego nie dotarły. Jakby w ogóle mnie nie słuchał. Patrzy przed siebie i kiwa głową, powtarzając pod nosem:
- Nie wierzę, normalnie nie wierzę, co za idiota!
- Proszę cię, nie pogarszaj sprawy - cedzę i zamykam oczy. Bierze mnie za ramiona i pomaga wstać. Prowadzi do łóżka. Rozbiera jak śpiące dziecko, kładzie i otula. Kiedy jest już przy mnie blisko, szepcze mi do ucha:
- Mam nadzieję, że teraz czujesz się bezpieczna.
- Teraz jestem bezpieczna - udaje mi się wymówić i wtulam się mocno w jego twarde ramiona. To nie jest do końca prawda. Na świecie są tylko jedne ramiona, w których czuję się całkowicie bezpiecznie. I to nie są te, ale w tych tutaj jest tak przyjemnie, tak dobrze, tak swojsko, że od razu zasypiam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki