Plan. Zostań ze mną. Tom II - Patrycja Gryciuk

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Oks­ford, aka­de­mik

Jego wzrok krąży po po­koju. Ska­nuje wszystko po­spiesz­nie, jakby cze­goś szu­kał, aż w końcu siada na pod­ło­dze i za­nu­rza usta w zim­nym drinku. Żu­brówka z so­kiem jabł­ko­wym. Sa­do­wię się na­prze­ciwko i też piję. Mu­simy po­ga­dać. Tylko jak ja mam mu to po­wie­dzieć? Naj­pierw ułożę to so­bie w gło­wie. Po­zwolę, aby al­ko­hol za­dzia­łał i po­mógł mi wy­brać od­po­wied­nie słowa. Luz. On też jesz­cze się nie ode­zwał. Czas pły­nie po­woli. Cze­kam więc na wenę, wpa­tru­jąc się w jego mleczną skórę i spierzch­nięte blade usta. Ma na po­licz­kach ta­kie krostki, które można wy­czuć pod pal­cami w miej­scu, gdzie się goli. Do­strze­gam je, bo pa­mię­tam, że tam wła­śnie są. Wy­żej jest już gładko i miękko, a po­tem ten las rzęs. Zerka na mnie i wi­dzi te­raz, że się na niego ga­pię. Cho­lera. Nie pod­trzy­muję jego spoj­rze­nia, od­wra­cam wzrok. To bę­dzie me­ga­trudne. Nie wiem, czy dam radę.

- Co jest? - pyta i opiera głowę o ścianę, przy­bie­ra­jąc po­ważny wy­raz twa­rzy. Chyba to po mnie wi­dać. Nie od­ważę się.

- Mu­szę po­wie­dzieć coś, co ci się nie spodoba - wy­py­cham z sie­bie na siłę te słowa. Ja­koś mu­szę za­cząć. Na­bie­ram po­wie­trza jak na za­pas.

- Skąd wiesz, że mi się nie spodoba? - Ob­li­zuje wargi i za­czyna prze­glą­dać na­sze stare zdję­cia po­roz­wa­lane na pod­ło­dze. Udaje, że woli ten wi­dok.

- Po pro­stu wiem.

Wzru­sza ra­mio­nami i włą­cza mu­zykę z te­le­fonu. Elek­tro­niczne ner­wowe dźwięki. Wzdy­mam po­liczki, wy­pusz­czam po­wie­trze ustami, ale przez tę mu­zykę nie sły­chać mo­jego cier­pie­nia. Za­uważa jed­nak moją re­ak­cję, zmie­nia utwór i ści­sza. Wie, co lu­bię.

- Co się dzieje? - pyta w końcu znie­cier­pli­wiony i za­czyna me­cha­nicz­nie po­rząd­ko­wać fotki. - Tylko nie mów, że znowu gdzieś wy­jeż­dżasz. I tak się już pra­wie nie wi­du­jemy.

Szkoda, że nie cho­dzi o to. Gdyby cho­dziło o ko­lejną po­dróż, od razu bym mu po­wie­działa. Od­sta­wia szklankę i wbija we mnie wzrok. Zdo­bywa się na lekki uśmiech, choć wi­dzę, że jest to wy­raz nie­pew­no­ści. Mam te­raz jego całą uwagę. Głę­boki od­dech i...

- Sier­giej po­pro­sił mnie o rękę... - in­for­muję.

Szczęka mu opada. Do­słow­nie. Otwiera usta ze zdzi­wie­nia.

- I? - Nutka na­dziei w gło­sie.

Kurwa.

- Zgo­dzi­łam się.

Spusz­czam wzrok. Nie po­tra­fię na niego spoj­rzeć. Nie ośmie­lam się. Po­pro­sił mnie o rękę do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym Lor­can te­raz sie­dzi. Wiem, że to do­piero po­czą­tek tej roz­mowy, ale już mam jej do­syć. Po­in­for­mo­wa­łam go, zro­bione, te­raz chcę zmie­nić te­mat. Ale na ra­zie pa­nuje tu jed­nak ci­sza.

- Mała, chyba nie mó­wisz po­waż­nie?

Nie od­po­wia­dam, pod­no­szę wzrok na je­den krótki mo­ment. Pa­trzy na mnie z po­li­to­wa­niem.

- Ślub? - kon­ty­nu­uje z nie­do­wie­rza­niem.

Przy­ta­kuję bez­gło­śnie. Wal­czę już ze łzami na­pły­wa­ją­cymi do oczu. Cho­lera!

- Po co? Po co wam pie­przony ślub? Kto wy­cho­dzi za mąż w wieku dwu­dzie­stu lat?! - Przy­suwa się na­gle do mnie i sie­dzi te­raz przy mnie, bli­żej, niż po­wi­nien. Stara mi się spoj­rzeć w oczy, ale spe­cjal­nie go uni­kam, bo wiem, że wtedy już zu­peł­nie się roz­kleję. Do­sko­nale od­czy­tuje ten ko­mu­ni­kat. Pod­nosi moją twarz i usta­wia ją w kie­runku swo­jej. Nie mam wyj­ścia, pa­trzę w tej chwili pro­sto na niego, na bez­de­chu.

- Dla­czego się zgo­dzi­łaś? Kto w dzi­siej­szych cza­sach w ogóle bie­rze ślub? Je­steś w ciąży?

- Nie! - od­po­wia­dam z prze­ra­że­niem.

- Więc? - na­lega. Jego dłoń nie pusz­cza mo­jej twa­rzy. - Nie rób tego. Bła­gam, nie rób mi tego... - prosi. Jest nad wy­raz spo­kojny i opa­no­wany.

My­śla­łam, że wpad­nie w szał i za­cznie wy­wra­cać wszystko do­okoła, albo wsta­nie i wyj­dzie trza­ska­jąc drzwiami, tym­cza­sem sie­dzi tu przy mnie i po pro­stu pró­buje mnie od tego od­wieść.

- Ja pier­dolę. Od­bie­rasz mi wszyst­kie szanse, wszelką na­dzieję. Z mę­żem nie będę kon­ku­ro­wał...

Mam ochotę go za­bić za te słowa, za jego do­broć i za to opa­no­wa­nie. A da­lej bę­dzie już tylko go­rzej, bo przy­kleja swój nos do mo­jego i nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzroku, szep­cze, a na­sze usta pra­wie się do­ty­kają:

- Ko­cham cię, wiesz o tym. Ko­cham cię, jak ni­gdy ni­kogo nie ko­cha­łem. Nie mo­żesz mi tego zro­bić. Nie mo­żesz za niego wyjść. To po pro­stu nie­moż­liwe!

Boże! Dla­czego ja? Dla­czego on? Dla­czego to się przy­tra­fia wła­śnie nam?! Nie umiem zna­leźć od­po­wied­nich słów. I nie wiem już, kto bar­dziej po­trze­buje tu po­cie­sze­nia: on czy ja? Na­gle wy­czu­wam strach. Boję się, bo do tej pory wie­dzia­łam, że pod­ję­łam do­brą de­cy­zję, ale te­raz, na je­den straszny mo­ment wąt­pię w jej słusz­ność. To jest prze­ra­ża­jące. Te­raz nic już nie wiem. Mam ochotę wstać i wyjść. Jak zwy­kle: uciec, tak jak wtedy, kiedy po raz pierw­szy po­wie­dział mi, że mnie ko­cha. Tyle że na ten mo­ment jest to o wiele trud­niej­sze. Te­raz jest już za późno. Po­wie­dzia­łam "tak", a już mam tę nie­pew­ność, to wa­ha­nie za­siane w so­bie. Na­sza hi­sto­ria pi­sze się na żywo w moim sercu czar­nym atra­men­tem. Wzbiera we mnie pa­nika, ro­śnie, a nie chcę mu tego po­ka­zy­wać.

- Po­wiesz coś w końcu? Po­wiedz, że to nie­prawda! Taki żart roku, co? Pro­szę! - Nie uła­twia mi sprawy. Wręcz prze­ciw­nie, na­lega z tymi swo­imi błę­kit­nymi oczami słod­kiego szcze­niaczka, które pierw­sze się uśmie­chają. Po­tem nie­chęt­nie do­łą­czają jego usta. Pa­trzę na ten uśmiech: uśmiech nie­pew­no­ści i bła­ga­nia o mi­łość. Mam ochotę go od­wza­jem­nić, ale mię­śnie twa­rzy mnie nie słu­chają. Smu­tek i strach wy­gry­wają. Je­stem prze­ra­żona. Ode­bra­łam mu wszyst­kie moż­liwe szanse...

-To nie żart. Prze­pra­szam. - W końcu udaje mi się wy­ce­dzić to przez łzy i zu­peł­nie się roz­kle­jam. Jego twarz cały czas jest przy mo­jej twa­rzy, a na­sze ciała są te­raz bar­dzo bli­sko sie­bie. Opiera swój po­li­czek o mój, czuję jego cie­pły od­dech i za­pach, jak zwy­kle lekko ty­to­niowy. Te­raz każda ko­mórka mo­jego ciała pra­gnie być jego. To mu­szą być ja­kieś czary, bo nie ro­zu­miem, co się ze mną dzieje.

Ca­łuje mnie. Tak jak za­wsze, tak jak wtedy na plaży: rzuca się na mnie z prze­ję­ciem, bez ostrze­że­nia. Wargi na wargi. Skóra na skórę. Otwie­ram sze­roko usta, żeby za­czerp­nąć po­wie­trza, i wtedy czuję jego ję­zyk. Je­stem zu­peł­nie obez­wład­niona tym za­cho­wa­niem, jego od­wagą i mi­ło­ścią. Gar­bię ra­miona i wpa­dam w jego ob­ję­cia, od­wza­jem­niam po­ca­łu­nek.

Lor­can jest za­sko­czony. Od­rywa na chwilę swoje usta od mo­ich warg i spo­gląda na mnie z mie­szanką eu­fo­rii i prze­ra­że­nia. Wstrzy­muję od­dech, ale on już ro­zu­mie, że nie mam za­miaru się przed nim bro­nić. Za­czyna ca­ło­wać mnie jesz­cze bar­dziej. Po­zwa­lam. Ba! Mało tego, za­chę­cam! Przy­su­wam się i ści­skam. Dla­czego Lor­can Ma­idley ca­łuje tak cu­dow­nie? Gdzie się tego na­uczył? Wra­cają jego mię­towy smak i wy­głod­niałe usta. Robi to te­raz bar­dzo za­chłan­nie, wręcz łap­czy­wie, jakby bał się, że za­raz się roz­my­ślę. Nic ta­kiego jed­nak nie pla­nuję. Ja w ogóle ni­czego nie pla­nuję. Ja to po pro­stu ro­bię. Bier­nie w tym uczest­ni­czę, choć moje ciało jest bar­dzo ak­tywne. Przy­po­mina mi się nasz pierw­szy po­ca­łu­nek: tu, w tym po­koju, koło drzwi. Wtedy też się nie bro­ni­łam. Te­raz jest mi jesz­cze go­rę­cej niż wtedy: te­raz płonę. Nie mogę dłu­żej oszu­ki­wać ani sie­bie, ani mo­jego ciała. Chcę tego. Na­tych­miast. Od­py­cha mnie jed­nak.

Spo­glą­dam z gry­ma­sem zdzi­wie­nia. O co cho­dzi? Lor­can mie­rzy mnie wzro­kiem, wrogo, z cięż­kim, zwie­rzę­cym od­de­chem, od­suwa dło­nie. Ro­zu­miem, że te­raz moja ko­lej. Mój ruch. Chwy­tam za klamrę i roz­pusz­czam włosy, po­tem za­czy­nam roz­pi­nać bluzkę. On zdej­muje T-shirt. Znowu ro­zu­miemy się bez słów. Ko­mu­ni­ka­cja, mowa ciała, w swej naj­czyst­szej for­mie, cały czas mię­dzy nami działa. Raz on, raz ja. Niech bę­dzie. Wszystko po ko­lei. Roz­bie­ramy się szybko, sie­dząc na­prze­ciwko i pa­trząc na sie­bie. A jest na co: jest cią­gle osza­ła­mia­jąco przy­stojny. Po pro­stu olśniewa. Już je­ste­śmy tu nago, na ziemi, na drew­nia­nej, cie­płej pod­ło­dze. Wy­suwa dłoń w moim kie­runku i do­tyka mo­jej skóry. Ogień! Ręka gła­dzi moje wpó­ło­twarte usta, a palce wsu­wają się po­woli do środka i prze­su­wają w głąb po moim ję­zyku. Nie spusz­cza ze mnie wzroku. Gło­śno od­dy­cha. Te­raz wy­ciąga dłoń i su­nie nią w dół, po mo­jej szyi, po­zo­sta­wia­jąc mo­krą od śliny ścieżkę na klatce pier­sio­wej. Prze­suwa się ni­żej i ni­żej, na­gle ści­ska mocno moje sutki. Ję­czę gło­śno, nie wiem, czy z bólu, czy z roz­ko­szy. A może z za­sko­cze­nia... Zbliża się z szyb­ko­ścią świa­tła, mocno ude­rza­jąc war­gami o moje usta, fan­ta­styczna ko­li­zja, i znowu czuję jego zwinny ję­zyk w so­bie. Palce wbi­jają się mocno w moje bio­dra, zo­sta­wia czer­wone ślady na skó­rze. Już nie wy­trzy­mam dłu­żej tego na­pię­cia, chcę jak naj­szyb­ciej po­czuć go w so­bie. Li­to­ści! Nie każ mi dłu­żej cze­kać... Już mam mu to po­wie­dzieć, kiedy bez uprze­dze­nia czuję go na­gle, jak wśli­zguje się we mnie szybko i z za­dzi­wia­jącą siłą, która roz­wala mnie na drobne ka­wałki. To jest tak do­bre, że wręcz nie­moż­liwe.

Od­daję mu się bez­gra­nicz­nie i cał­ko­wi­cie. Słodko i dra­pież­nie. Zu­peł­nie. Jego ru­chy są bar­dziej niż pod­nie­ca­jące. To jest eks­taza za eks­tazą. Nowy wy­miar. Wbija się we mnie mocno i mia­rowo, nie spusz­cza­jąc wzroku z mo­ich źre­nic. Cu­downe na­pię­cie ro­śnie wraz z ru­chami jego mied­nicy i od­ci­skami jego ust na mo­ich ustach. Od­py­cham go, żeby przy­cią­gnąć jesz­cze bli­żej sie­bie. Ale już bli­żej się nie da. Na­sze od­de­chy prze­krzy­kują się je­den przez drugi, tłu­miąc ci­chą mu­zykę wy­gry­waną przez te­le­fon. Te­raz w po­koju roz­brzmiewa ma­je­sta­tyczna i mi­strzow­ska sym­fo­nia na­szych ciał. Har­mo­nijny, cza­ro­dziej­ski rytm. Chcę go wy­gry­wać i słu­chać jed­no­cze­śnie. Po­ry­wa­jący kon­cert... Na­gle ty­siące spa­da­ją­cych gwiazd za­wisa nie­ru­chomo na moim nie­bie. Przy­trzy­muje mnie rę­kami i pa­trzy na mnie jak zło­dziej na swój łup, ani na chwilę nie zwal­nia­jąc... O tak... Pod­daję się do­syć szybko, bo to jest zbyt roz­koszne. Czuje, co się ze mną dzieje, za­trzy­muje się i pyta ze zdzi­wie­niem:

- Już?

- Nie prze­sta­waj - od­po­wia­dam, za­wsty­dzona na­gle tym szyb­kim or­ga­zmem, ale chcę mu dać to, co on mi daje. Nie wiem, co we mnie wstą­piło, ale pra­gnę go jesz­cze bar­dziej. Jesz­cze i jesz­cze. Cią­gle i od nowa.

Przy­spie­sza. Ści­ska mnie cia­sno w ra­mio­nach. Nie chcę i nie umiem te­raz prze­stać. Bo­ska na­mięt­ność... Znowu czuję jego dłu­gie rzęsy na po­liczku. Tak jak kie­dyś. Przy­po­mi­nam so­bie ich nie­spo­dzie­wa­nie miękki do­tyk. Koń­czy z prze­ję­ciem i po raz pierw­szy od po­czątku za­myka oczy. Jest mi z nim do­brze, tak bar­dzo do­brze. Za­dzi­wia mnie. Nie wiem, czy się z nim ko­cham, czy tylko upra­wiam seks. Czy jest w tym ja­kaś róż­nica? Z nim jest zu­peł­nie ina­czej...

- Cóż za za­chłan­ność - ogła­sza i pada koło mnie na pod­łogę. Od­dy­cha jesz­cze szybko, a jego klatka pier­siowa wznosi się i opada mia­rowo ni­czym po ma­ra­to­nie. Do­piero po chwili otwiera oczy i ob­li­zuje usta. Uśmiech sa­tys­fak­cji po­ja­wia się na jego twa­rzy. Ma na my­śli mnie czy sie­bie z tą za­chłan­no­ścią?

Je­ste­śmy cali mo­krzy. Spływa po nas ide­alna kom­po­zy­cja so­ków, za­pa­chów i roz­ko­szy. Leżę i od­dy­cha­łam tą cu­downą mik­sturą, za­pa­chem szczę­ścia, ga­piąc się na niego nie­prze­rwa­nie. Chcę od­po­wie­dzieć coś sen­sow­nego, ale za­nim co­kol­wiek zdo­łam wy­my­ślić, do­daje, rzu­ca­jąc mi sek­sowne spoj­rze­nie:

- Ja na­prawdę nie ro­zu­miem ko­biet.

Po­tem za­czy­namy się śmiać, ale w moim przy­padku śmiech do­syć szybko prze­ra­dza się w płacz.

Lor­can pod­nosi się i znów bie­rze mnie w ra­miona. Uspo­kaja i po­cie­sza. Za­raz po­tem chce, że­bym od­wo­łała ślub, ode­szła od Sier­gieja i za­częła wszystko od nowa z nim. Od te­raz. Od za­raz. Wy­suwa rękę z te­le­fo­nem w moim kie­runku i żąda:

- Za­dzwoń do niego. Za­dzwoń i po­wiedz, że mię­dzy wami wszystko skoń­czone.

Nie ro­zu­mie, że nie mogę tego zro­bić. Ja sama tego nie ro­zu­miem, ale wiem, że to, co łą­czy Sier­gieja i mnie, jest poza jego za­się­giem, poza czy­im­kol­wiek za­się­giem. Tej siły przy­cią­ga­nia nie da się po­ko­nać. Czy tego chce, czy nie. Czy tego chcę, czy nie. Biorę ko­mórkę z jego ręki, od­kła­dam na pod­łogę i szep­czę, wbi­ja­jąc wzrok w su­fit:

- Nie mogę. Nie zro­bię tego. Wiem, że te­raz za­brzmi to okrop­nie, ale ja go ko­cham. Mu­sisz to zro­zu­mieć... - Na­stę­puje ci­sza. Mam ochotę zwy­mio­to­wać wła­snymi sło­wami. I chyba na­prawdę za­raz zwy­mio­tuję.

Lor­can spo­gląda na mnie z wy­rzu­tem. A może jest to wzrok ko­goś, kto nie do­wie­rza... Bie­rze T-shirt i wy­ciera nim swój ocie­ka­jący po­tem kark.

- Ja? Ja nic nie mu­szę - mówi, pod­nosi się i za­kłada ubra­nie.

- Co ro­bisz? - py­tam, pa­trząc, jak za­pina spodnie.

- A jak my­ślisz? Znam już twoją de­cy­zję. Mo­głem się do­my­ślić, że to wszystko nic dla cie­bie nie zna­czy.

- Wiesz, że to nie­prawda - pod­no­szę głos, kiedy jest już przy drzwiach.

- Za­dzi­wiasz mnie, nie mogę tego zro­zu­mieć... To tak, jak­bym cię w ogóle nie znał. Ku­pił cię. On cię po pro­stu ku­pił... - Chwyta za klamkę.

Mam ochotę wstać i za­mknąć drzwi na klucz.

- Nikt mnie nie ku­pił - od­po­wia­dam z obrzy­dze­niem.

Co za ohydny po­mysł! Jak on śmie? Pod­nosi dłoń tak jakby chciał, że­bym prze­stała mó­wić, ale tego nie ro­bię:

- Nie zo­sta­wiaj mnie tu tak! Sły­szysz?! Po­roz­ma­wiajmy! Nie mo­żesz tak po pro­stu te­raz wyjść!

- Nie mogę? - pau­zuje, kiedy ja prze­staję od­dy­chać. - To patrz! - Od­wraca wzrok i wy­cho­dzi. Na­wet nie trza­ska drzwiami. Ani grama zło­ści. Zero fu­rii. Mi­strzo­stwo świata...

Czuję, że za­raz wy­buchnę. Jak nie cała ja, to już na pewno moje serce. Roz­bije się na ka­wałki. Nie zo­sta­nie z niego żadna część. Roz­kru­szy się w drobny pył.

Rok póź­niej, Wil­low Hills, 1 paź­dzier­nika

Krwi­sty bur­gund la­kieru mo­ich pa­znokci pa­suje do wina w krysz­ta­ło­wym kie­liszku. Sie­dzę w fo­telu przed ko­min­kiem, pa­trzę na pierw­szy ogień w tym se­zo­nie i ro­bię ra­chu­nek su­mie­nia. Czy je­stem szczę­śliwa? Chyba nie do końca, ale się sta­ram. Tak bar­dzo się sta­ram, że wła­sna matka by mnie nie po­znała. Mam na so­bie su­kienkę i bi­żu­te­rię Cha­nel i pełny ma­ki­jaż. Przy­jemne cie­pło za­czyna po­woli wy­peł­niać po­kój, ale reszta domu jest cią­gle lo­do­wata. Szcze­gól­nie kiedy nie ma tu Sier­gieja, czyli pra­wie za­wsze. Pu­sto i chłodno. Śred­nio co dwie mi­nuty pa­trzę na ze­ga­rek. To pia­get tre­asu­res z trzy­dzie­stoma dia­men­tami. Spo­glą­dam na niego za czę­sto i to nie dla­tego, że jest piękny. Mija już dwu­dzie­sta. Obie­cał mi, że bę­dzie naj­póź­niej po dzie­więt­na­stej. Od go­dziny już scrol­luję te­le­fon. Mam do­syć ekranu.

Z nu­dów za­czy­nam prze­glą­dać ma­ga­zyny le­żące obok. W jed­nym z nich na­ty­kam się na na­sze zdję­cie, obok nie­in­te­re­su­jąca krótka notka. Pa­pa­razzi to jedna z wielu no­wo­ści w moim no­wym ży­ciu. Za­sta­na­wiam się, skąd dzien­ni­ka­rze biorą po­my­sły do pi­sa­nia. Wy­ssane z palca bred­nie. Cza­sami do­wia­duję się z prasy o nas ta­kich rze­czy, że aż nie mogę uwie­rzyć, że praw­nik Sier­gieja nie lata z po­zwami od re­dak­cji do re­dak­cji. Pew­nie nie robi tego tylko dla­tego, że mój mąż nie czyta bru­kow­ców. I tak chyba jest le­piej dla nas wszyst­kich... Nie mogę się przy­zwy­czaić do na­szej obec­no­ści w ga­ze­tach. Tak jak do sa­mot­no­ści czy wiel­kich prze­strzeni tego domu. Moje prze­my­śle­nia prze­rywa na­gle Ma­ria, która po raz trzeci wcho­dzi do po­koju i pyta, czy od­grzać mi ko­la­cję. Po­now­nie za­prze­czam. Go­spo­sia to też dla mnie no­wość. Od­cho­dzi z za­wie­dzoną miną. Chyba nie tylko ja mam dość tego cze­ka­nia. Od­kąd Sier­giej i ja się po­zna­li­śmy, pra­wie pół­tora roku temu, mam wra­że­nie, że cały czas na niego cze­kam. Je­ste­śmy już mał­żeń­stwem od sze­ściu mie­sięcy i miesz­kamy pod jed­nym da­chem, a cią­gle mało się wi­du­jemy. Od na­szego ślubu na Ha­wa­jach i po­dróży po­ślub­nej nie spę­dzamy wiele czasu ra­zem. Na­wet tego lata, kiedy przez trzy mie­siące to­wa­rzy­szy­łam mu w każ­dej jego po­dróży, wi­dy­wa­łam go tylko wie­czo­rami. Więk­szość czasu spę­dza­łam sa­mot­nie, zwie­dza­jąc mia­sto, w któ­rym aku­rat by­li­śmy, albo w ho­telu, kiedy pra­co­wał. Je­dy­nym wy­jąt­kiem były trzy ty­go­dnie spę­dzone w No­wym Jorku, kiedy to całe dnie by­łam z Elizą. Urzą­dza­ły­śmy na nowo miesz­ka­nie na Man­hat­ta­nie, sta­wia­jąc so­bie za cel uży­cie wy­łącz­nie eko­lo­gicz­nych ma­te­ria­łów i me­bli z dru­giej ręki. Nic no­wego, żad­nej zbęd­nej kon­sump­cji. Praw­dziwa eko­lo­gia. Pchli targ, sklepy z an­ty­kami, ga­ra­żowe wy­prze­daże i ogło­sze­nia z in­ter­netu. Bar­dzo się za­przy­jaź­ni­ły­śmy z Elizą. Ma do­brą du­szę, jest otwarta, uśmiech­nięta i szczera. Bar­dzo ce­nię so­bie tę przy­jaźń. Czę­sto roz­ma­wiamy przez te­le­fon. Dzi­siaj dzwoni, aby zło­żyć mi ży­cze­nia uro­dzi­nowe.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego, szczę­ściaro! Dwa­dzie­ścia je­den lat! Boże, kiedy to było?!

- Oj, nie prze­sa­dzaj, nie tak dawno...

- Trzy­na­ście lat temu - wzdy­cha Eliza. - Co ro­bi­cie?

- Zgad­nij! - mó­wię po­waż­nym to­nem.

- Sie­dzisz w domu i cze­kasz na niego, a on się spóź­nia.

- Bingo! - wy­krzy­kuję. To, że zga­dła za pierw­szym ra­zem, utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, że nie po­win­nam li­czyć na ja­ką­kol­wiek zmianę w tej dzie­dzi­nie. Tak za­wsze było, jest i bę­dzie.

- Nie wie­rzę... - Oczami wy­obraźni wi­dzę już, jak Eliza chwyta się za czoło i siada ze zdzi­wie­nia.

- Sier­giej żyje dla swo­jej pracy - ogła­szam znie­chę­cona.

- Wiem, ale bez prze­sady! Nie zdaje so­bie sprawy, jak prze­gina! Dziś są twoje uro­dziny! Za­raz do niego za­dzwo­nię i mu po­wiem, co o tym my­ślę! - rzuca ze zło­ścią.

- To i tak ni­czego nie zmieni...

- Zmieni: przy­naj­mniej mi ulży.

- Dzię­kuję za buty, są bo­skie! - za­czy­nam nowy te­mat.

- Po­do­bają ci się?

- To mało po­wie­dziane. Są prze­piękne! Je­steś wielka!

Mowa o pa­rze wy­ko­na­nych we­dług in­dy­wi­du­al­nego wzor­nic­twa szpi­lek Lo­ubo­utina. Małe cu­deńka. Mam je wła­śnie na so­bie. Czarne, skó­rzane, na bar­dzo wy­so­kim ob­ca­sie z du­żymi ko­kard­kami z przodu. No i ta czer­wona po­de­szwa... Klasa. Pa­trzę na nie, pi­jąc wino, i za­chwy­cam się ich do­pra­co­waną li­nią. Po­woli, dzięki wiel­kiemu za­an­ga­żo­wa­niu Elizy, za­czy­nam ubie­rać się ko­bieco i sty­lowo. Nie jest to ła­twe, ale ro­bię to dla Sier­gieja. Mój nowy styl spra­wia mu praw­dziwą przy­jem­ność. Te­raz dżinsy wkła­dam tylko, kiedy idę na uni­wer­sy­tet i nie ru­szam się z domu bez biu­sto­no­sza, choć da­lej go nie cier­pię. Naj­bar­dziej z tego wszyst­kiego lu­bię buty. Mam do nich sła­bość i już sporą ko­lek­cję w sza­fie. Pra­wie same szpilki...

Sie­dzę w fo­telu i du­mam nad sło­wami Elizy. Znowu się spóź­nia. Znowu go nie ma. Te wszyst­kie dni i wie­czory, które spę­dzam tu sama, cze­ka­jąc na niego... Naj­czę­ściej wy­la­tuje gdzieś w po­nie­dzia­łek rano i wraca w czwar­tek lub pią­tek wie­czo­rem. Zda­rza się na­wet, że w so­botę. Spę­dzamy ra­zem week­endy. No, po­wiedzmy, że więk­szość week­en­dów. W ty­go­dniu, je­żeli tu jest, rano, za­raz po prze­bu­dze­niu, czę­sto się ko­chamy, bo to jego ulu­biona pora na seks. Po­tem Sier­giej idzie bie­gać. Prysz­nic. Na­stęp­nie jemy śnia­da­nie. W ja­dalni, przy stole, w ubra­niu. Kawa. On, jak zwy­kle, czyta po­ranne ga­zety, a ja ob­ser­wuję każdy jego ruch. Mam wra­że­nie, że jego źre­nice zmie­niają kształt, kiedy prze­suwa wzrok po czy­ta­nym tek­ście. Za­cho­wuje się, jakby mnie nie było. Przez te wszyst­kie lata sa­mot­no­ści chyba za­po­mniał, jak to jest miesz­kać we dwoje...

- Sier­giej, pro­szę cię... - przy­po­mi­nam mu ci­cho o swo­jej obec­no­ści. To krę­pu­jące.

- Prze­pra­szam - mówi za­kło­po­tany i od­kłada po­spiesz­nie ga­zetę na bok. Po ja­kiś trzech mi­nu­tach pró­buje spo­glą­dać na nią nie­po­strze­że­nie, ale to wi­dzę. Nie może się opa­no­wać. To jest sil­niej­sze od niego. Musi być na bie­żąco ze wszyst­kimi in­for­ma­cjami eko­no­micz­nymi i po­li­tycz­nymi ze świata, choć lap­topa wy­łą­cza grubo po pół­nocy. Do­pro­wa­dza mnie to do szału. Po śnia­da­niu wy­jeż­dża do pracy, a ja jadę na za­ję­cia. Wi­dzimy się wie­czo­rem albo nocą. Naj­czę­ściej to dru­gie. Je­żeli jest na miej­scu, po po­wro­cie do domu pra­cuje da­lej, przy­go­to­wu­jąc się naj­czę­ściej na na­stępny dzień. Cza­sami od­bywa spo­tka­nia przez kom­pu­ter lub te­le­fon. Od­gry­wam się za to nocą. Późną porą, aby ode­rwać go od ekranu kom­pu­tera, włą­czam mu­zykę w sa­lo­nie, ro­bię gło­śniej, jesz­cze gło­śniej, tań­czę, cza­sami zrzu­cam z sie­bie ubra­nie. Wpada wtedy jak bu­rza i pyta, czy cza­sem nie po­stra­da­łam zmy­słów. Ale kiedy wi­dzi mnie tak, jak tań­czę pół­nago, cała złość mu prze­cho­dzi i stoi w drzwiach, pa­trząc na mnie z po­li­to­wa­niem. Z cza­sem wielki uśmiech zmie­nia się w po­żą­da­nie, aż w końcu ulega mi, po­ko­nany. Je­stem wielka! Cza­sami jed­nak nic na niego nie działa. Wbiega wtedy do sa­lonu, ści­sza mu­zykę i tłu­ma­czy z po­ważną miną:

- Na­prawdę mu­szę to dziś skoń­czyć. Ju­tro mam przed­sta­wić ten pro­jekt pre­mie­rowi. Na tym po­lega praca kon­sul­tanta, ro­zu­miesz? Daj mi to zro­bić, co? Idź już spać!

A kiedy po dłuż­szej chwili nie po­ja­wia się w sa­lo­nie, cho­ciaż gło­śnik wyje na cały re­gu­la­tor, wtedy to ja wkra­czam do jego prze­strzeni. Ko­ron­kowa bie­li­zna, ma­ki­jaż i ob­casy. Ko­cham go, ale mu­szę wal­czyć o jego uwagę. Wszyst­kie spo­soby są więc do­bre. Udaje się, choć ostat­nio za­uwa­ży­łam, że nie dzia­łam już na niego tak, jak na po­czątku. Mam wra­że­nie, że jest prze­mę­czony i trudno mu się zre­lak­so­wać, choć pro­po­nuję mu sie­bie, to­war pierw­szej klasy.

Ostat­nio na­wet wspo­mnia­łam jego słowa na te­mat związku z Jen­ni­fer i za­czy­nam, nie­stety, wi­dzieć pewne po­do­bień­stwa. Po­brali się za­le­d­wie po kilku mie­sią­cach zna­jo­mo­ści, a ich mał­żeń­stwo nie prze­trwało na­wet roku. Jen­ni­fer uznała, że Sier­giej nie na­daje się na męża. Sta­ram się od­pę­dzić tę myśl, ale przy­się­gam, za­czy­nam po­dej­rze­wać, że wiem, co chciała przez to po­wie­dzieć.

Sier­giej trosz­czy się o mnie, za­pew­nia bez­pie­czeń­stwo i ży­cie na wy­so­kim po­zio­mie. To, że ni­czego nam nie bra­kuje, to mało po­wie­dziane. W sen­sie ma­te­rial­nym mamy wszystko. Spę­dzamy też piękne chwile ra­zem, ale nie jest ich tyle, ile było przed ślu­bem. Ostat­nio przy­pad­kiem usły­sza­łam frag­ment jego roz­mowy z Bo­ry­sem.

- Tak to jest mieć w domu młodą siksę...

- Do­ra­sta­jącą córkę w okre­sie buntu mło­dzień­czego, chcesz po­wie­dzieć. Od po­czątku ci mó­wi­łem, że z młodą będą kło­poty... Jak ty to wy­trzy­mu­jesz?! - py­tał Bo­rys.

- Mi­łość jest ślepa... To je­dyne lo­giczne wy­tłu­ma­cze­nie, ja­kie mi przy­cho­dzi do głowy - ogło­sił roz­ba­wiony Sier­giej.

- Lo­giczne? Nie wi­dzę już dla cie­bie ra­tunku, chło­pie... - od­po­wie­dział jego przy­ja­ciel.

My­ślę więc, że da­lej mnie ko­cha.

Uni­wer­sy­tet... Te­raz będę spę­dzać tu zde­cy­do­wa­nie wię­cej czasu niż przez dwa pierw­sze lata. Rok aka­de­micki za­czyna się za dwa dni i jest to mój ostatni rok na ar­chi­tek­tu­rze. Nie wiem jesz­cze, czy za­pi­szę się na ma­gi­sterkę. Za na­mową Sier­gieja za­czy­nam drugi kie­ru­nek - de­ko­ra­cję wnętrz. Mój mąż cie­szy się z mo­jego na­pię­tego gra­fiku za­jęć. Będę mniej na niego cze­kać. Oprócz stu­diów, które już zaj­mują mi mnó­stwo czasu, mam też lek­cje fran­cu­skiego, bo Sier­giej ma na tym punk­cie ist­nego ho­pla. Są dni, kiedy mówi do mnie tylko po fran­cu­sku. Na po­czątku jest to za­bawne, ale szybko za­czyna mnie iry­to­wać. Zu­peł­nie nie ro­zu­miem, co do mnie mówi. Nie dość, że mało się wi­du­jemy, to jesz­cze przez to cza­sem pra­wie w ogóle nie roz­ma­wiamy... Ale on po­zo­staje nie­ugięty i uparty. Ni­gdy nie daje za wy­graną. Chwi­lami do­pro­wa­dza mnie tym do obłędu. Wście­kam się i wrzesz­czę do niego po pol­sku. Oczy­wi­ście daje to efekt od­wrotny od za­mie­rzo­nego. Naj­pierw się śmieje, a po­tem przez dwa dni mówi do mnie tylko po fran­cu­sku. Prze­staje tylko, kiedy mu grożę po­wro­tem do aka­de­mika. Z nim w ogóle trudno jest wy­grać. Za­cho­wuje się jak szef. Cza­sami mu to wy­po­mi­nam. Ostat­nio na­wet tak go na­zy­wam, co go bar­dzo de­ner­wuje. Za­mie­ni­łam dla żartu jego imię w moim te­le­fo­nie. Te­raz jak do mnie dzwoni, to wy­świe­tla się jego zdję­cie z na­pi­sem: SZEF. Bawi mnie to.

Sier­giej jest wy­ma­ga­jący, choć naj­wię­cej wy­maga od sa­mego sie­bie. Za­raz po­tem je­stem ja... Mu­szę się sta­rać. Prze­szłam już za­ję­cia z ety­kiety, bo jako żona to­wa­rzy­szę mu na wy­staw­nych przy­ję­ciach i ban­kie­tach. Na po­czątku wy­da­wało mi się to eks­cy­tu­jące, ale szybko prze­ko­na­łam się, że można tam umrzeć z nu­dów, je­żeli czło­wiek nie in­te­re­suje się po­li­tyką. Wolę być stu­dentką.

Boję się jed­nak za­cząć ko­lejny rok. Na uczelni nie ma już ni­kogo z na­szej paczki. Suza za­pi­sała się na za­oczną ma­gi­sterkę i po­szła do pracy w ma­łym biu­rze no­ta­rial­nym w Oks­for­dzie. Jest szansa, że od czasu do czasu się zo­ba­czymy. Marc, Mo­nica i Finn w czerwcu do­stali pracę w Lon­dy­nie w du­żej fir­mie i wy­na­jęli tam wspól­nie miesz­ka­nie. Lor­can zde­cy­do­wał się na kon­ty­nu­ację na­uki na naj­lep­szym w tej dzie­dzi­nie Uni­wer­sy­te­cie w Kan­sas w Sta­nach. Za­pi­sał się na stu­dia ma­gi­ster­skie i wy­je­chał w po­ło­wie sierp­nia, żeby po­znać miej­sce i lu­dzi. Lor­can... Nie po­go­dził się z tym, że wy­szłam za mąż. Nie ro­zu­miał, po co dwu­dzie­sto­latce ślub i znie­na­wi­dził Sier­gieja. Cza­sami wy­daje mi się, że cała na­sza zna­jo­mość jest jed­nym, wiel­kim nie­po­ro­zu­mie­niem. Wzloty i upadki. Nie wiem, czy to przy­jaźń, czy mi­łość. Trudno mi było się z nim roz­stać i pła­ka­łam cały wie­czór, kiedy wi­dzie­li­śmy się po raz ostatni. Ale naj­czę­ściej wspo­mi­nam dzień, kiedy po­wie­dzia­łam mu, że mam za­miar wyjść za Sier­gieja, choć wo­la­ła­bym o nim za­po­mnieć. Ale tak się nie da. Nie wiem, co we mnie wtedy wstą­piło. Od tam­tego mo­mentu wi­dzie­li­śmy się jesz­cze parę razy w to­wa­rzy­stwie na­szych przy­ja­ciół. Pa­trzy­li­śmy na sie­bie dziw­nie, ale nie za­mie­ni­li­śmy ze sobą ani słowa. Kiedy po ślu­bie prze­pro­wa­dzi­łam się do Wil­low Hills, wi­dy­wa­łam go spo­ra­dycz­nie, na kilku za­ję­ciach w mie­siącu. Nie po­tra­fi­li­śmy już ze sobą roz­ma­wiać. Ostat­nim ra­zem wpa­dli­śmy na sie­bie w piz­ze­rii, za­gad­nę­łam do niego, ale zbył mnie szybko. Wy­ja­śnił, że wy­jeż­dża do Sta­nów i do­dał:

- Nie chcę, że­byś się ze mną kon­tak­to­wała. Za­po­mnij o mnie. Tak bę­dzie naj­le­piej. I dla cie­bie, i dla mnie.

Trudno mi było z tym po­le­mi­zo­wać, ale oboje wie­dzie­li­śmy prze­cież, że to nie­wy­ko­nalne.

- Ni­gdy o to­bie nie za­po­mnę.

- Chyba jed­nak bę­dziesz mu­siała. I po­zdrów męża! - rzu­cił iro­nicz­nie, ga­sząc pa­pie­rosa i bez słowa po­że­gna­nia wszedł do piz­ze­rii, zo­sta­wia­jąc mnie samą na ze­wnątrz. Wró­ci­łam do domu, bo nie by­łam w sta­nie wejść tam z po­wro­tem i uda­wać przed resztą, że nic się nie stało. Do­brze, że wy­je­chał. Do­brze, że już ni­gdy wię­cej go nie zo­ba­czę! Ina­czej nie wiem, jak to wszystko mo­głoby się skoń­czyć. Nie mo­gła­bym prze­stać o nim my­śleć. To­talny obłęd... Oby był jak naj­da­lej stąd... Prze­pła­ka­łam cały wie­czór, a kiedy Sier­giej wró­cił z pracy, uda­łam, że już za­snę­łam. Nie ro­zu­miem, co się ze mną stało i dla­czego tak po­stą­pi­łam.

Jest dzie­wiąta. Po­sta­na­wiam otwo­rzyć bu­telkę uro­dzi­no­wego szam­pana. Za­po­mniał. To pewne. Nie mam ochoty dłu­żej cze­kać. Wcho­dzę do kuchni, Ma­ria sie­dzi przy stole. Na­gle sły­szę opony sa­mo­chodu ha­mu­jące na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie. Wresz­cie. Kie­ruję się w stronę holu. Wcho­dzi i po ci­chu za­myka drzwi. Za­pala świa­tło. Wi­dząc mnie, chowa twarz w prze­sad­nie wiel­kim bu­kie­cie czer­wo­nych róż. Pod­cho­dzi tak do mnie, klęka przede mną i wy­sta­wia kwiaty w moim kie­runku. Cały Sier­giej.

- Nie mam nic na swoje uspra­wie­dli­wie­nie, ale bar­dzo mi przy­kro, że się spóź­ni­łem. Mo­żesz wy­my­ślić mi karę. Dla cie­bie zniosę wszystko - oznaj­mia te­atral­nie ze spusz­czo­nym wzro­kiem.

Świet­nie! Mam tyle po­my­słów na kary...

- Za­kaz mó­wie­nia w in­nym ję­zyku niż an­giel­ski... Przez cały mie­siąc!

- Zga­dzam się. Ale to nie wyj­dzie ci na ko­rzyść.

Co za typ?! Za­wsze musi mieć ostat­nie słowo!

- I bez ta­kich! - za­ka­zuję, gro­żąc mu pal­cem.

- Będę grzeczny. Coś jesz­cze? - pyta ze spusz­czoną głową ni­czym ska­za­niec.

- Dwa na­stępne week­endy spę­dzamy w ca­ło­ści ra­zem, w domu, w łóżku, z książ­kami i z Net­fli­xem. Po­wie­dzia­łam week­endy, to zna­czy: so­bota i nie­dziela.

- Cały czas w łóżku?

- Tak, na­wet po­siłki!

Wiem, nie­na­wi­dzi ta­kiego nic nie­ro­bie­nia. Pra­co­ho­lik. A już po­nad wszystko nie cierpi jeść w łóżku. Jest chyba je­dy­nym czło­wie­kiem na świe­cie, który tego nie lubi. Wszyst­kie po­siłki ja­damy przy stole, ze sztuć­cami, ser­wet­kami, kie­lisz­kami i in­nymi cu­dami, ni­czym w pię­cio­gwiazd­ko­wej re­stau­ra­cji. A okruszki chleba na prze­ście­ra­dle do­pro­wa­dzają go wręcz do szału... Wiem, bo spraw­dzi­łam. Ma­ria mu­siała zmie­niać po­ściel. Trudno. Te­raz nie ma wyj­ścia. Wzdy­cha.

- Do­brze, niech ci bę­dzie. Ale w ten week­end to nie­moż­liwe, do­piero w na­stępny. Lecę do Bruk­seli. - Wstaje z ko­lan i szuka cze­goś w kie­sze­niach ma­ry­narki.

- Znowu? - mó­wię zre­zy­gno­wa­nym to­nem.

- Nie mam wyj­ścia. Ale po­tem bę­dzie tak, jak po­wie­dzia­łaś. Obie­cuję. - Uśmie­cha się i mnie ca­łuje. - Wszyst­kiego naj­lep­szego, Anno.

Nie mam szans, on działa na mnie jak nar­ko­tyk. Jego uśmiech jest dla mnie nie do po­ko­na­nia. Je­stem zu­peł­nie bez­bronna wo­bec jego uroku oso­bi­stego: cza­ruje mnie tak samo jak pierw­szego dnia, kiedy go zo­ba­czy­łam. Je­śli jesz­cze raz mia­ła­bym wyjść z tym nie­zna­jo­mym z sali i za­głę­bić się w ja­kiś ciemny ko­ry­tarz, zro­bi­ła­bym do­kład­nie to samo. Ko­cham go po­nad wszystko. Z wszyst­kimi jego za­le­tami i wa­dami. No i nie­na­wi­dzę się za to, co mu zro­bi­łam... Gdyby tylko wie­dział. Ale nie wie. Wolę o tym na­wet nie my­śleć. W ogóle chcę o tym za­po­mnieć. To był błąd i tyle. Każdy po­peł­nia błędy... Tylko czemu na­wet w tej chwili o tym my­ślę?

- A te­raz pre­zent - ogła­sza.

- Prze­cież uma­wia­li­śmy się, że nie bę­dziesz mi ni­czego ku­po­wał!

- I nie ku­pi­łem. Pro­szę, zo­bacz. - Po­daje mi białą ko­pertę. Otwie­ram i wyj­muję trzy strony do­ku­men­tów. Spo­glą­dam na niego, ocze­ku­jąc wy­ja­śnień.

- Czy­taj! - roz­ka­zuje.

Do­ku­menty za­twier­dza­jące prawne otwar­cie mo­jej fun­da­cji. Po­mysł Sier­gieja. Fun­da­cja ma dzia­łać w naj­bied­niej­szych kra­jach Afryki i za­si­lać te­reny nie­ze­lek­try­fi­ko­wane w prąd dzięki pa­ne­lom fo­to­wol­ta­icz­nym. Ma spon­so­ro­wać ba­da­nia nad kon­struk­cją no­wych sprzę­tów elek­tro­nicz­nych co­dzien­nego użytku, za­si­la­nych ba­te­riami sło­necz­nymi. Dzia­ła­jąc w branży Sier­gieja, za­wsze bę­dziemy do­brze za­opa­trzeni i będę miała ko­goś, kto bę­dzie mógł udzie­lać mi fa­cho­wych po­rad na bie­żąco. Przez parę ty­go­dni trwało za­ła­twia­nie for­mal­no­ści, pod­pi­sy­wa­nie ton pa­pie­rów, ak­tów u no­ta­riu­szy, praw­ni­ków i jesz­cze nie wiem kogo... Wbrew po­zo­rom z taką for­tuną nic nie jest pro­ste.

- Za­ła­twione. Fun­da­cja Anny Ta­re­dov jest już fak­tem. - Wielka sa­tys­fak­cja po­ja­wia się na jego twa­rzy.

- Wspa­niale. Dzię­kuję - mó­wię spo­koj­nie i silę się na uśmiech. Nie mam na to ochoty, ale żona ba­wiąca się w or­ga­ni­zo­wa­nie po­mocy cha­ry­ta­tyw­nej i fi­nan­su­jąca szczytne cele to żona warta na­zwi­ska Ta­re­dov. Nie chcę go za­wieść.

- Nie ma za co.

Pod­cho­dzę i ca­łuję go.

- To co? Go­towa na za­bawę? - Pa­trzy mi w oczy.

- Na jaką za­bawę? Prze­cież je­steś wy­koń­czony. Wi­dzia­łam, jak wy­je­cha­łeś z domu po szó­stej, za­raz bę­dzie dzie­siąta. Daj spo­kój.

- I co z tego? Prze­cież nie bę­dziemy sie­dzieć w domu w twoje uro­dziny! Je­dziemy do Foxa - mam­ro­cze, prze­cie­ra­jąc twarz dłońmi. Jest zmę­czony.

- Mam lep­szy po­mysł. Ty i ja w go­rą­cej ką­pieli peł­nej piany. Co ty na to?

Za­myka oczy, przy­tula mnie i szep­cze:

- Mia­łem na­dzieję, że to po­wiesz.

Nie do­cho­dzi do wspól­nej ką­pieli, bo naj­pierw jemy ko­la­cję przy­go­to­waną przez Ma­rię, a po­tem Sier­giej po pro­stu za­sy­pia. Leżę koło niego w na­szym ogrom­nym łóżku i prze­wra­cam się z boku na bok, jak ten kur­czak na roż­nie, bo nie mogę za­snąć. Mój mózg nie chce się wy­łą­czyć. Stre­suję się fun­da­cją, bo nie mam po­ję­cia, jak to się robi, po­tem sta­ram się my­śleć o czymś przy­jem­niej­szym, ale też mi nie wy­cho­dzi. Za to wy­buch bomby w Pa­ryżu po­ja­wia się ran­do­mowo jako po­mysł na za­śnię­cie w mo­jej gło­wie. Przy­pi­sano go nie­zna­nym za­ma­chow­com, co jesz­cze bar­dziej utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, że stoi za tym Ste­ven Mac Roye, który na­gle znikł z na­szego ży­cia jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Zbyt piękne, żeby było praw­dziwe. Te­sty nad no­wym bio­pa­li­wem w fun­da­cji Sier­gieja, którą spe­cjal­nie po to za­ło­żył, wła­śnie mają się za­cząć. Z An­glii zo­stała prze­nie­siona do Szwaj­ca­rii. Ron Dic­kin­son udał się na za­słu­żone, prze­dłu­żone wa­ka­cje, a jego miej­sce za­jął au­striacki pro­fe­sor. Nie je­stem pewna czy mój mąż ukrywa przede mną ja­kieś fakty, czy rze­czy­wi­ście Mac Roye dał so­bie spo­kój. Rzadko udaje nam się o tym po­roz­ma­wiać. Zresztą w ogóle rzadko roz­ma­wiamy, a na­wet wtedy wy­cią­gnię­cie od niego ja­kich­kol­wiek in­for­ma­cji na ten te­mat gra­ni­czy z cu­dem. Za­wsze jest bar­dzo ostrożny w tym, co mówi, i twier­dzi, że Mac Roye mu­siał za­ak­cep­to­wać jego plany. Ja­koś nie chce mi się w to wie­rzyć i mam wra­że­nie, że to tylko ci­sza przed bu­rzą.

Bu­dzę się sama. Sier­giej już pew­nie w pracy. Dziś rano mam pierw­sze za­ję­cia na uczelni. An­drew czeka na mnie w ja­dalni i po­pija colę z lo­dem. Nie mam po­ję­cia, jak można to pić na śnia­da­nie... An­drew jest moim kie­rowcą, ochro­nia­rzem, moim cie­niem. Cho­dzi za mną wszę­dzie, wozi mnie i pil­nuje. To niby dla bez­pie­czeń­stwa. Pra­cuje dla tej sa­mej agen­cji, z któ­rej ko­rzy­sta Sier­giej. Nie wiem, czy w ra­zie praw­dzi­wego pro­blemu po­tra­fiłby co­kol­wiek zro­bić, ale mój mąż nie chce na­wet sły­szeć, że­bym je­chała gdzieś sama. Pełna kon­trola. Bar­dzo w jego stylu. An­drew jest mi­łym, mło­dym, wy­spor­to­wa­nym fa­ce­tem, który, nie­stety, mało się od­zywa i cały czas pa­trzy w ekran swo­jego te­le­fonu, wy­pi­ja­jąc przy tym hek­to­li­try na­po­jów ga­zo­wa­nych. Kiedy wcho­dzę do ja­dalni, spo­gląda na mnie i bez cie­nia uśmie­chu wita:

- Cześć.

- Cześć, An­drew, jak leci?

- W po­rządku, a co u cie­bie?

- Do­brze, dzię­kuję.

I to jest mniej wię­cej cały nasz dia­log. Po­tem in­for­muję już tylko, gdzie musi mnie za­wieźć, co będę tam ro­bić i kiedy ma po mnie wró­cić. Na tym się koń­czy. Za­sta­na­wiam się, czy jest nie­śmiały, czy po pro­stu mnie nie lubi. A może jego praca tego wy­maga? Sie­dze­nia ci­cho? Trudno stwier­dzić. Ma dzi­siaj szare skar­petki. Za­uwa­żam, bo prze­waż­nie jest cały na czarno. Cho­dzi w gar­ni­tu­rze, a na kie­szonce od ma­ry­narki ma logo agen­cji bez­pie­czeń­stwa. Ma mega trą­dzik i jest przy­pa­ko­wany. Może odro­binę za bar­dzo. Rę­kawy od ma­ry­narki są na­pięte na ra­mio­nach. Le­dwo się tam miesz­czą. Musi mu być nie­wy­god­nie. Nie jest o wiele star­szy ode mnie. Ma może z dwa­dzie­ścia pięć lat... Nie wiem. Nic o nim nie wiem. Za każ­dym ra­zem, kiedy pró­buję z nim po­ga­dać, od­po­wiada pół­słów­kami albo tylko: tak i nie... On ni­gdy nie za­czyna ze mną roz­mowy. Ni­gdy też nie wi­dzę, żeby roz­ma­wiał z kimś in­nym poza Sier­gie­jem i Mat­tem. Nie­stety, jak na iro­nię, od kilku mie­sięcy spę­dzam z nim wię­cej czasu niż z wła­snym mę­żem.

Sia­dam przy stole i piję sok po­ma­rań­czowy. Nie chce mi się jeść. Je­stem zde­ner­wo­wana pierw­szym dniem na uczelni. Kiedy Ma­ria przy­nosi mi śnia­da­nie, py­tam, cho­ciaż znam od­po­wiedź:

- Sier­giej już po­je­chał?

- Tak. Dwie go­dziny temu.

Ma­ria jest wspa­niałą osobą. Jest cier­pliwa, miła, dys­kretna i taka cie­pła... Zu­peł­nie inna, niż wy­da­wała mi się na po­czątku. Ma już do­brze po sześć­dzie­siątce, ale nie wy­gląda na swój wiek. Może przez dłu­gie ciemne, grube włosy, które nosi naj­czę­ściej upięte w kok. Kiedy wpro­wa­dzi­łam się do Wil­low Hills, do­wie­dzia­łam się, że Matt to jej syn. Pra­cują u Sier­gieja od lat i są z nim zżyci. Oboje miesz­kają w ma­łym domu na te­re­nie Wil­low Hills, przy­le­ga­ją­cym jedną ścianą do ga­raży, w któ­rych Sier­giej trzyma swoje sa­mo­chody.

Mój mąż, jak więk­szość męż­czyzn, jest fa­nem szyb­kich aut. Ma ich kilka, ale moim ulu­bio­nym jest ka­wowe ma­se­rati, któ­rym raz za­brał mnie na wy­cieczkę za mia­sto. Nie­stety An­drew wozi mnie pan­cer­nym bmw, bo tak mu na­ka­zał Szef. Jest też małe, śliczne fer­rari 250 GTO, któ­rego ni­gdy nie po­zwala ni­komu pro­wa­dzić, na­zy­wane przeze mnie za­bawką. Wi­dzia­łam go, jak wy­jeż­dżał nim parę razy, sam, kiedy był wku­rzony. Po po­wro­cie był już spo­kojny i wy­lu­zo­wany. Ten sa­mo­chód ma na niego ko­jący wpływ. Jak lek uspo­ka­ja­jący. No i oczy­wi­ście czarna li­mu­zyna, która ko­ja­rzy mi się tylko z jed­nym.

- Idziemy? - py­tam, pa­trząc na kie­rowcę. Kiwa głową i wstaje.

- Idę się od­lać i je­dziemy. - Tyle słów na­raz?! Nie­sa­mo­wite... Za­cho­waj tro­chę na póź­niej!

Kiedy zbli­żamy się do kam­pusu, serce za­czyna bić mi szyb­ciej. Lor­can Ma­idley. Nie ma szans, żeby go dziś tu­taj spo­tkać, ani dziś, ani ju­tro, bo jest bar­dzo da­leko stąd. Ale czuję jego obec­ność. Czuję tu nas i nie mogę prze­stać. Obie­ca­łam so­bie wcze­śniej, że nie będę o nim my­śleć, ale to nie­moż­liwe. Można okła­mać każ­dego, ale nie sie­bie. Kiedy An­drew pod­jeż­dża pod bramę uni­wer­sy­tetu, mam ochotę zo­stać w au­cie. Sztyw­nieję i nie mogę się zmu­sić do dzia­ła­nia. Po dłuż­szej chwili od­wraca się do mnie:

- Co jest? Nie idziesz?

- Nie mam od­wagi - rzu­cam zbyt szcze­rze. I tak nie może zro­zu­mieć, o co mi cho­dzi.

- Pierw­szy dzień? Nie martw się, bę­dzie do­brze. - Jego wy­lew­ność mnie za­ska­kuje. Od kiedy się znamy, nie wy­po­wie­dział do mnie tylu słów w je­den dzień!

- Jak skoń­czę, to wy­ślę ci ese­mesa, ale na pewno nie uda się przed piątą.

- Będę cze­kał - od­po­wiada i prze­kręca klu­czyk w sta­cyjce.

Wy­cho­dzę z sa­mo­chodu. Nie ma już od­wrotu. Ru­szam do głów­nego bu­dynku, żeby spraw­dzić plan za­jęć. Idę szybko, wzrok mam wbity w chod­nik. Nie roz­glą­dam się, nie chcę przy­po­mi­nać so­bie wszyst­kich rze­czy, ja­kie tu się wy­da­rzyły. Za­pach się nie zmie­nił. Wali pa­stą do pu­co­wa­nia par­kietu. Pierw­szy wy­kład jest tor­turą. Nie mogę usie­dzieć w miej­scu, mam wra­że­nie, że wszy­scy się na mnie pa­trzą, i zu­peł­nie nie po­tra­fię się sku­pić. Sami obcy. Dziew­czyny jak zwy­kle w prze­sad­nych ma­ki­ja­żach, a fa­ceci z ga­dże­tami-za­baw­kami w rę­kach. Mie­szanka per­fum i ni­ko­ty­no­wych opa­rów z e-pa­pie­ro­sów. Zbiera mi się na wy­mioty. Nic się nie zmie­niło. Mimo no­wiut­kiego ta­bletu Pro w mo­jej tor­bie nie ro­bię żad­nych no­ta­tek, na­wet nie wiem, o czym mówi wy­kła­dowca. Tra­ge­dia. Jak zdo­łam co­kol­wiek zro­bić w tym roku? A ostatni rok ar­chi­tek­tury jest ważny i trzeba na­pi­sać pracę li­cen­cjacką z wła­snym pro­jek­tem. Trzy dni w ty­go­dniu ar­chi­tek­tura, a dwa po­zo­stałe de­ko­ra­cja wnętrz. Za­po­wiada się na drogę przez mękę...

Ten pierw­szy dzień jest po pro­stu straszny. A już naj­gor­sza jest sto­łówka. Mu­szę coś w końcu zjeść. Wcho­dzę do sali i spe­cjal­nie omi­jam wzro­kiem nasz sto­lik, to nie­na­tu­ralne, ale ko­nieczne. W tłu­mie roz­po­znaję kilka osób z trze­ciego roku, ale ja­koś nie mam od­wagi z kim­kol­wiek roz­ma­wiać. Biorę ka­napkę i wy­cho­dzę ją zjeść na ze­wnątrz. Sia­dam na scho­dach, wy­sta­wia­jąc nogi w kie­runku słońca. Z każ­dej strony do­bie­gają mnie roz­mowy owiane dy­mem owo­co­wych va­pów. Po pra­wej stro­nie wi­dać drogę do aka­de­mika. Na­gle bie­rze mnie wielka bez­sen­sowna i nie­uza­sad­niona ochota, żeby tam pójść, zo­ba­czyć, co się stało z po­ko­jem nu­mer sie­dem­na­ście i dwa­dzie­ścia osiem. To zu­peł­nie głu­pie. I tak nie ma tam już ni­kogo, kogo znam, a poza tym za­bra­łam prze­cież wszyst­kie rze­czy. Wszyst­kie oprócz fo­tela. Był stary i ogromny. Nie mia­łam co z nim zro­bić. Zo­stał na ko­ry­ta­rzu, kiedy w marcu opusz­cza­łam aka­de­mik. Nie za­sta­na­wiam się dłu­żej, wstaję i ru­szam do­brze mi znaną ścieżką. Pro­sto do po­koju dwa­dzie­ścia osiem. Stara ja. Po co? Nie wiem.

W ko­ry­ta­rzu nie ma ni­kogo. Pew­nie więk­szość jest na wy­kła­dach. Wstrzy­muję od­dech, ale nie­po­trzeb­nie, fo­tela też nie ma. Roz­glą­dam się do­okoła, ale ślad po nim za­gi­nął. Może wsta­wiono go z po­wro­tem do po­koju? Jest tylko je­den spo­sób, żeby się o tym do­wie­dzieć. Pu­kam do gra­na­to­wych drzwi. Ktoś ru­sza się w środku. Otwiera mi obca dziew­czyna.

- Hej - Pa­trzy na mnie zdzi­wiona. Za­pach mo­jego po­koju się zde­cy­do­wa­nie zmie­nił. Te­raz to sztuczna woń ma­lin albo wi­śni oczy­wi­ście z e - pa­pie­ro­sów.

- Hej, szu­kam ta­kiego fo­tela, który tu stał... Koło two­ich drzwi, na ko­ry­ta­rzu. Duży, ciem­no­nie­bie­ski. Wnio­słaś go do środka? - za­czy­nam nie­pew­nie. Dziew­czyna mie­rzy mnie wzro­kiem i od­po­wiada:

- Fo­tela? Nie ma tu żad­nego fo­tela. Chyba coś ci się po­my­liło. - Po czym otwiera sze­rzej drzwi, abym mo­gła się prze­ko­nać, że mówi prawdę. Zde­cy­do­wa­nie wi­śnia.

- Wi­docz­nie ktoś inny go wcze­śniej za­brał. Od dawna masz ten po­kój?

- Od marca. Chcesz wejść do środka? - pro­po­nuje, wska­zu­jąc po­kój ręką.

- Nie, dzię­kuję. Mu­szę już iść. Na ra­zie.

- Nie ma za co.

Od­wra­cam się i ze łzami w oczach wy­cho­dzę na ze­wnątrz. Trzeba było tu nie przy­cho­dzić! Po co mi to?! Drzwi, ten po­kój, drew­niana pod­łoga. Mu­szę w końcu o tym za­po­mnieć. Mu­szę stąd uciec.

Po po­wro­cie do domu, idę pod prysz­nic zmyć z sie­bie ten dzień i wspo­mnie­nia. Mó­wię An­drew, żeby po­je­chał do sie­bie. Pyta, czy może skoń­czyć oglą­dać mecz w na­szym sa­lo­nie, bo i tak pan Ta­re­dov po­le­cił mu cze­kać do jego po­wrotu. Każę mu je­chać do domu, jak tylko skoń­czy się trans­mi­sja. Ma­ria koń­czy przy­go­to­wy­wać ko­la­cję.

- Je­steś głodna? - pyta.

- A jest już go­towe? - Za­glą­dam do garnka.

- Tak. Nie cze­kaj na Sier­gieja.

- Pew­nie znów wróci późno - przy­ta­kuję.

Pa­trzy na mnie z po­li­to­wa­niem i do­daje cie­płym gło­sem:

- Za­nim cię po­znał, było jesz­cze go­rzej. Pra­wie co­dzien­nie wra­cał do domu po pierw­szej w nocy. Za­uwa­ży­łam, że te­raz się bar­dziej stara.

- A! Czyli idzie ku lep­szemu! - stwier­dzam, uśmie­cha­jąc się do niej i sia­da­jąc przy stole. - Pro­szę już iść. Po­ra­dzę so­bie sama - pro­po­nuję, kiedy koń­czy cho­wać garnki do szafki.

- Do­brze. Do­bra­noc, Anno - od­po­wiada, zdej­muje far­tuch i wy­cho­dzi z kuchni.

- Do­bra­noc.

Na­kła­dam je­dze­nie na ta­lerz. Za­czy­nam jeść w sa­mot­no­ści, roz­my­śla­jąc o prze­szło­ści w aka­de­miku. Na­gle dzwoni te­le­fon. SZEF. Uśmie­cham się.

- Anna? Nie zdążę na ko­la­cję. Mój klient prze­ło­żył wła­śnie ju­trzej­sze spo­tka­nie na dzi­siej­szy wie­czór. Przy­kro mi, nie cze­kaj na mnie.

- Trudno - rzu­cam od nie­chce­nia, nie ma na­wet sensu mu tłu­ma­czyć, że już jem. W su­mie nie jem, ra­czej prze­su­wam wi­del­cem ka­wałki je­dze­nia z jed­nej strony ta­le­rza na drugą. Nie je­stem głodna. Mój uśmiech znika.

- Coś się stało?

- Nie, nic... Dla­czego?

- Masz smutny głos. - Za­wsze po­trafi wy­czuć moje emo­cje, na­wet na od­le­głość.

- Je­stem wy­koń­czona. Pierw­szy dzień na uczelni nie był zbyt udany. Ale nie­ważne, po­ga­damy o tym ju­tro wie­czo­rem.

- Dla­czego? Co stało się na uczelni? Nie lu­bisz swo­ich wy­kła­dow­ców?

Cza­sami na­prawdę trak­tuje mnie jak ma­ło­latę...

- Nie! To nie o to cho­dzi. Nie ma ni­kogo z mo­jej paczki, czuję się tam obco.

Mówi te­raz coś, ale nie do mnie, jest z ludźmi. Po chwili zwraca się do mnie zdzi­wiony:

- Jak to obco? Są prze­cież wszy­scy z trze­ciego roku, więc to nie tak, jak­byś była tam nowa. Nie ro­zu­miem.

- No wła­śnie, nie ro­zu­miesz. Daj spo­kój. Nie mówmy już o tym.

- Jak chcesz. Po­roz­ma­wiamy ju­tro rano.

Ci­sza. Je­stem zmę­czona tym dniem, nie mam siły się tłu­ma­czyć. Szcze­gól­nie że Sier­gieja znów nie ma. Tego typu te­le­fony do­staję śred­nio dwa razy w ty­go­dniu. Zdą­ży­łam się już przy­zwy­czaić, choć tę­sk­nię za nim cały czas tak samo.

- Za­raz się kładę - mó­wię le­ni­wie i prze­cią­gam się przy ku­chen­nym krze­śle.

- Po­sta­ram się być jak naj­szyb­ciej, może zdążę jesz­cze dać ci bu­ziaka na do­bra­noc.

- Może... W ta­kim ra­zie nie mó­wię ci jesz­cze do­bra­noc. Do zo­ba­cze­nia.

- Pa, ko­cha­nie - od­po­wiada i roz­łą­cza się.

Zo­staję sama. Bez ro­dzinny, przy­ja­ciół, zna­jo­mych i bez męża. Od­sta­wiam pra­wie nie­tknięty ta­lerz je­dze­nia do ogrom­nej lo­dówki. Idę do sy­pialni. Po dro­dze mi­jam gar­de­robę pełną pięk­nych ubrań i rzędy sty­lo­wych bu­tów. W ła­zience zmy­wam ma­ki­jaż i udaję, że nie wi­dzę fla­ko­nów dro­gich per­fum ani ko­sme­ty­ków. Nowe ży­cie. Kładę się i ja­kimś cu­dem szybko za­sy­piam. Na­gle bu­dzi mnie ha­łas do­bie­ga­jący z par­teru. To Sier­giej, my­ślę. Spraw­dzam go­dzinę, jest po je­de­na­stej, do­piero co przy­snę­łam. Udało mu się wró­cić szyb­ciej. Za­my­kam kom­pu­ter, le­żący na mo­ich ko­la­nach i od­sta­wiam go na pod­łogę koło łóżka. Znów ha­łas. Chyba coś się prze­wró­ciło. Cze­kam jesz­cze chwilę, nad­słu­chu­jąc, aż w końcu wstaję i idę na dół. Może Ma­ria albo An­drew się wró­cili. Już na scho­dach czuję zimne po­wie­trze, jakby po­wiew chłod­nego wia­tru. Ktoś otwo­rzył okno. Idę do kuchni, bo jest za­raz przy scho­dach. Ni­kogo.

- Sier­giej? To ty? - py­tam. Nikt nie od­po­wiada. Wcho­dzę do holu. Drzwi wej­ściowe są otwarte na oścież. Stąd ten chłód!

- Sier­giej? An­drew?

Ci­sza. Za­my­kam i idę do sa­lonu. O cho­lera! To­talny chaos. Wszystko leży na ziemi: książki, wa­zony, na­wet ob­razy. Jakby prze­szło tor­nado. Przy­po­mina mi się re­wi­zja, którą mi za­ser­wo­wano swego czasu w aka­de­mic­kim po­koju, tyle że te­raz ma to zu­peł­nie inne zna­cze­nie. Czuję nie­przy­jemny smak w ustach, go­rycz. Od­dech przy­spie­sza i coś w środku każe mi się scho­wać. Ale boję się iść da­lej. Każdy krok wy­maga od­wagi. Nie wiem, co ro­bić. Świa­tła są zga­szone. Na­gle sły­szę, że ktoś wbiega do holu i kiedy się ob­ra­cam, miga mi mę­ska syl­wetka. Mało nie umrę ze stra­chu! Bie­gnę do na­szej sy­pialni, chwy­tam za te­le­fon ko­mór­kowy i lecę do ła­zienki. Za­my­kam drzwi na za­suwkę, po czym kulę się w ką­cie i wy­bie­ram nu­mer Sier­gieja.

Sy­gnał. Od­bierz, bła­gam, od­bierz... Serce wy­sko­czy mi za­raz na ze­wnątrz. Nie od­biera. Do dia­bła! Jak ma ja­kieś ważne spo­tka­nie, to nic z tego! Wy­łą­czam te­le­fon i wy­glą­dam przez ła­zien­kowe okno, spraw­dzam, czy jest ktoś na ze­wnątrz. Wi­dzę ka­wa­łek ogrodu i wjazd na po­se­sję. Nie ma ni­kogo, żad­nego sa­mo­chodu. Mu­szę przy­ło­żyć rękę do ust, żeby uspo­koić wła­sny od­dech. Ha­łasy uci­chły. Co ro­bić? Kto tam jest? Ku­cam i znów wy­bie­ram nu­mer Sier­gieja. Od­biera po dwóch sy­gna­łach. Na­resz­cie...

- Anna? - za­czyna spo­koj­nie.

- Sier­giej! Ktoś jest w domu! Nie wiem kto. Bła­gam, przy­jedź na­tych­miast, tak się boję! Nie wiem, co mam ro­bić! - in­for­muję spa­ni­ko­wa­nym szep­tem.

- Jest z tobą An­drew?

- Nie ma go, je­stem sama. Co mam ro­bić?

- Gdzie do­kład­nie je­steś? Wi­dzia­łaś ko­goś?

- Wi­dzia­łam ja­kie­goś fa­ceta na dole, w domu. Wszytko jest po­przew­ra­cane, po­wy­wa­lane... i drzwi są otwarte na dole... i... Bo my­śla­łam, że to ty... - Nie mogę się uspo­koić.

- Gdzie te­raz je­steś? - po­na­wia py­ta­nie sta­now­czym gło­sem, przy­bie­ra­jąc ton apo­dyk­tycz­nego pre­zesa.

- W ła­zience na gó­rze. Co mam ro­bić? Co mam ro­bić? - pa­ni­kuję.

- Przede wszyst­kim ni­g­dzie nie idź i nie roz­łą­czaj się. Ro­zu­miesz?

- Tak...

- Za­mknę­łaś drzwi od ła­zienki?

- Tak. - Roz­ma­wia­jąc z nim, sta­ram się jed­no­cze­śnie słu­chać, czy ktoś nie zbliża się do ła­zienki.

- Nie wy­ko­nuj żad­nych ru­chów. Zo­stań, gdzie je­steś i bądź ci­cho. - Szef wy­daje mi na­stępne po­le­ce­nia, a ja mam wra­że­nie, że moje serce za­raz tego nie wy­trzyma i wy­buch­nie.

- Gdzie je­steś? - py­tam, my­śląc, że jest już w dro­dze.

- Wła­śnie wy­cho­dzę z re­stau­ra­cji.

- Co?! Z ja­kiej re­stau­ra­cji? - pra­wie krzy­czę i od razu ści­szam głos ze stra­chu, że ktoś mógł mnie usły­szeć.

- Je­stem w Lon­dy­nie, nie pa­mię­tasz?

- W Lon­dy­nie?! Prze­cież bę­dziesz tu naj­szyb­ciej za go­dzinę! Do tej pory... - Kulę się jesz­cze bar­dziej, chcia­ła­bym znik­nąć. - Sier­giej, tak się boję! Zrób coś, bła­gam...

- Dzwo­nię do An­drew i bę­dzie tam szyb­ciej niż ja. I za­wia­domi po­li­cję. A Ma­ria, gdzie jest?

- Po­szła już do sie­bie - od­po­wia­dam przez łzy, ża­łu­jąc na­gle, że ode­sła­łam tę dwójkę tak szybko do domu. Mimo wcze­śniej zło­żo­nych obiet­nic. Za­sada jest taka, że An­drew zo­staje ze mną, póki Sier­giej nie wróci. Do­sta­nie nam się za to. Mnie i jemu.

- Spo­koj­nie. Bądź ci­cho i ni­g­dzie się nie ru­szaj, okej? Po­cze­kaj, mu­szę za­dzwo­nić z dru­giej li­nii. Nie roz­łą­czaj się! Za­raz się ode­zwę.

Na­staje ci­sza. Cze­kam, aż znów coś po­wie. Przy­po­mina mi się mo­ment, kiedy mia­łam lufę pi­sto­letu na skroni. Na samo wspo­mnie­nie po­wraca wy­miotna go­rycz. Na szczę­ście to­a­leta jest tuż obok. W ra­zie czego... Sie­dzę sku­lona i nad­słu­chuję każ­dego naj­mniej­szego dźwięku. Je­dy­nym, jaki się te­raz da wy­ła­pać, jest bi­cie mo­jego serca. Dla­czego to tak długo trwa? Czemu jesz­cze go nie ma? Każda se­kunda wy­daje się trwać w nie­skoń­czo­ność. Wresz­cie sły­szę głos w słu­chawce.

- An­drew za­raz tam bę­dzie. Mak­si­mum za pięć mi­nut. I po­li­cja też. Już do nich za­dzwo­ni­łem. Nie bój się. Wszystko w po­rządku? Je­steś cały czas w ła­zience?

Jest nad­zwy­czaj spo­kojny. Nie mogę wyjść z po­dziwu...

- Tak.

- Sły­sza­łaś coś? Ja­kieś głosy czy ha­łasy?

- Nie. Od kiedy je­stem na gó­rze, to nie. On chyba był sam i uciekł, kiedy zo­ba­czył, że ze­szłam na dół.

- Cze­kaj i się nie ru­szaj - stara się mnie uspo­koić.

- Umie­ram ze stra­chu - du­kam, sie­dząc sku­lona na pod­ło­dze przy wan­nie. Kur­czowo za­ci­skam po­wieki, jak małe dziecko, w na­dziei, że może w ten spo­sób zro­bię się nie­wi­doczna.

- Wiem, wiem... Jesz­cze tylko mo­ment. Ja też nie­długo już będę, nie ma kor­ków. Po­wi­nie­nem być za nie­całe czter­dzie­ści mi­nut.

- To bar­dzo długo...

W tym mo­men­cie sły­szę ko­goś na ze­wnątrz. Wy­glą­dam przez okno i wi­dzę An­drew. Chyba ni­gdy wcze­śniej nie ucie­szy­łam się tak na jego wi­dok. Mój wy­ba­wi­ciel...

- Jest tu! On już tu jest! - szep­czę do słu­chawki.

- Kto?

- An­drew! Dzięki Bogu...

- Nie po­ka­zuj się. Po­wie­dzia­łem mu, gdzie je­steś. Spraw­dzi dom i po cie­bie przyj­dzie.

- Okej, zo­staję tu, gdzie je­stem - od­po­wia­dam peł­nym na­dziei gło­sem.

An­drew za­dziera głowę do góry i mach­nąw­szy mi ręką, wcho­dzi do bu­dynku. Za­nim tracę go z oczu, wi­dzę, że ma przy so­bie pi­sto­let. Nie mia­łam po­ję­cia, że nosi ze sobą broń. Na jej wi­dok plus znowu mi przy­spie­sza. Ku­cam koło wanny i za­sty­gam w po­zy­cji sku­lo­nego dziecka ze słu­chawką przy uchu.

- Sier­giej? - za­czy­nam, ale nie koń­czę, bo sły­szę wy­strzał.

Za­sty­gam. Ktoś do ko­goś strze­lił. W na­szym domu...

Te­le­fon wy­pada mi z ręki i leci z hu­kiem na ka­fel­kową pod­łogę. Za­raz po tym sły­szę kroki zbli­ża­jące się do drzwi po­miesz­cze­nia, w któ­rym się znaj­duję. Szyb­kie i ci­che. Bła­gam, tylko nie to... Prze­staję od­dy­chać. Czas się za­trzy­muje. Klamka się ru­szyła, drgnęła jakby, ale nikt na nią nie na­ci­ska. Otwie­ram usta i od­dy­cham bez­gło­śnie. Ci­sza. Wdech, wy­dech, wdech, wy­dech... Za­cho­wu­jąc resztki lo­gicz­nego my­śle­nia, roz­glą­dam się po ła­zience, żeby zo­ba­czyć, czy mam ja­ką­kol­wiek drogę ucieczki. Okno. Jest wy­star­cza­jąco duże, żeby nim wyjść. Ale co to da? Prze­cież nie sko­czę z pierw­szego pię­tra! Wdech, wy­dech... Se­kundy cią­gną się w nie­skoń­czo­ność. Bez­wied­nie za­ci­skam dło­nie w pię­ści, a moje po­wieki prze­stają mru­gać. Za­mie­niam się w słuch... Ci­sza... Długa, bez­i­mienna, bez­na­dziejna ci­sza. Bez­głos. Bez­ruch. Mar­twota. Za­raz umrę. To trwa za długo. Wresz­cie dwa auta wjeż­dżają na po­se­sję. Po­li­cja. Pod drzwiami na­dal ci­sza. Się­gam po te­le­fon. Robi mi się słabo i za­czyna mi się krę­cić w gło­wie.

- Sier­giej? - sta­ram się po­wie­dzieć... Ale chyba mi się nie udaje. Robi mi się ciemno przed oczami.

Kiedy się bu­dzę, mam su­cho w ustach. Otwie­ram oczy. Leżę na łóżku w na­szej sy­pialni. Nade mną stoi nie­znany le­karz w to­wa­rzy­stwie dwóch po­li­cjan­tów.

- Jak się pani na­zywa? - pyta dok­tor, świe­cąc mi w oczy małą le­kar­ską la­tarką. Ośle­pia mnie.

- Anna Ta­re­dov.

- Okej, Anno, po­zna­jesz, gdzie je­steś?

- W sy­pialni.

- Wszystko w po­rządku, mia­łaś małą nie­dy­spo­zy­cję. Je­steś już bez­pieczna - do­daje i od­suwa się od łóżka. Robi przej­ście dla mun­du­ro­wych. Przez otwarte drzwi po­koju wi­dzę dwóch in­nych po­li­cjan­tów prze­cho­dzą­cych szybko ko­ry­ta­rzem ze służ­bo­wymi wa­liz­kami w rę­kach. Spo­glą­dam py­ta­jąco na męż­czyzn, szu­ka­jąc wzro­kiem Sier­gieja. Nie ma go tu.

- Ko­mi­sarz Henry Ste­wart, a to in­spek­tor John Ma­cur. Mamy do pani kilka py­tań.

Nie re­aguję, pró­buję zro­zu­mieć, co się stało. Ob­le­piam ich wzro­kiem. Henry Ste­wart jest ni­ski, wą­saty, a jego ciemne włosy dziw­nie błysz­czą. Chyba prze­sa­dził z bry­lan­tyną... Stoi do­syć bli­sko łóżka i mówi pół­gło­sem. Le­dwo go sły­szę. Prze­ły­kam gło­śno, choć pra­wie nie mam czym.

- Jak długo była pani w ła­zience? - pyta.

- Nie wiem, ja­kieś pięt­na­ście mi­nut może... - Pró­buję po­li­czyć, ile czasu mo­głam tam spę­dzić. - Nie mam po­ję­cia, wy­da­wało mi się, że bar­dzo długo, ale nie wiem... Gdzie jest mój mąż? Czy Sier­giej już przy­je­chał? Chcia­ła­bym go zo­ba­czyć - do­daję, pod­no­sząc się i sia­da­jąc na łóżku.

Wtedy od­zywa się le­karz:

- Pro­szę jesz­cze przez mo­ment nie wsta­wać.

- Nie, nie ma go. Wie pani, gdzie jest? - od­po­wiada po­li­cjant.

- Tak, jest w sa­mo­cho­dzie, je­dzie tu. - Za­czy­nam szu­kać te­le­fonu.

- Czego pani szuka? - pyta na tyle ci­cho, że nie je­stem pewna o co.

Spo­glą­dam na niego py­ta­jąco, a on pod­nosi brwi na wi­dok mo­jej dez­orien­ta­cji.

- Mo­jej ko­mórki. Mąż był ze mną na li­nii, kiedy przy­je­cha­li­ście... - ry­zy­kuję od­po­wiedź na py­ta­nie, któ­rego nie je­stem pewna.

- To ta? - Po­ka­zuje mi te­le­fon.

- Tak, ta - od­po­wia­dam, wy­cią­ga­jąc rękę w jego kie­runku.

Męż­czy­zna po­daje mi apa­rat i nie spusz­cza­jąc mnie z oczu, prosi:

- Pro­szę do niego za­dzwo­nić i za­py­tać, gdzie jest.

Przy­ta­kuję i mó­wię:

- Siri, za­dzwoń do szefa. - Wszyst­kie brwi w po­koju, poza mo­imi, się uno­szą.

Sier­giej od­biera od razu.

- Anno? Co się dzieje? Dla­czego się roz­łą­czy­łaś? Gdzie je­steś? - Jest już po wszyst­kim, a on do­piero te­raz wy­daje mi się zde­ner­wo­wany.

- Nic mi nie jest. Jest ze mną po­li­cja, cze­kamy na cie­bie.

- Dzięki Bogu. Je­stem ja­kieś dzie­sięć mi­nut od domu.

- Do­brze, nie pędź już, je­stem już bez­pieczna. - Jesz­cze by bra­ko­wało, żeby te­raz miał wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy.

- Nie martw się o mnie. Po­daj te­le­fon sze­fowi po­li­cji! - roz­ka­zuje. Od­su­wam te­le­fon od ucha i py­tam, pa­trząc na po­li­cjan­tów:

- Kto tu do­wo­dzi?

- Ja - od­po­wiada Ste­wart.

- Mój mąż chciałby z pa­nem po­roz­ma­wiać. - Po­daję mu apa­rat.

Ko­mi­sarz o błysz­czą­cych wło­sach bie­rze ode mnie ko­mórkę i wy­cho­dzi z po­koju, roz­ma­wia­jąc. In­spek­tor Ma­cur nie daje mi chwili wy­tchnie­nia, za­da­jąc dzie­siątki py­tań i na­gry­wa­jąc na­szą roz­mowę na mały dyk­ta­fon. Mu­szę opo­wie­dzieć, co ro­bi­łam przez cały dzień, od sa­mego rana aż do te­raz z naj­mniej­szymi szcze­gó­łami. Mi­nuta po mi­nu­cie.

Kiedy Sier­giej do­ciera wresz­cie do domu, sie­dzę zgar­biona na łóżku i pró­buję przy­po­mnieć so­bie, co do­kład­nie się stało. Wcho­dzi szyb­kim kro­kiem do po­koju i od razu bie­rze mnie w ra­miona.

- Nic mi nie jest. Wszystko do­brze - uspo­ka­jam go, wi­dząc, jaki jest prze­ra­żony. Bie­rze moją twarz w dło­nie i ca­łuje mnie w czoło, po­tem w czu­bek głowy, po­wta­rza­jąc szep­tem:

- Moja ko­chana, moja ko­chana... - Jego ręce są lo­do­wate, a po­liczki czer­wone. Za oknem wi­dzę ko­lo­rowe świa­tła. Ra­dio­wóz albo ka­retka. Od­jeż­dża bez sy­gnału spod domu. Spo­glą­dam py­ta­jąco na Sier­gieja.

- Dzięki Bogu...- Wstaje i przed­sta­wia się po­li­cjan­towi: - Sier­giej Ta­re­dov.

- Ko­mi­sarz Henry Ste­wart.

- Co tu się stało, pa­nie ko­mi­sa­rzu? - pyta, krzy­żu­jąc ręce.

- Wła­śnie pró­bu­jemy to usta­lić, ale pana żona ma naj­wy­raź­niej pro­blemy z przy­to­cze­niem nam pew­nych fak­tów. Nie je­ste­śmy pewni chro­no­lo­gii zda­rzeń ani do­kład­nego czasu ich trwa­nia. Chyba damy jej już spo­kój i po­pro­simy pań­stwa o zja­wie­nie się ju­tro rano na po­ste­runku w celu dal­szych wy­ja­śnień...

Słu­cha­łam tego ko­mi­sa­rza i mam wra­że­nie, że oglą­dam ja­kiś film.

- Mu­simy je­chać na po­ste­ru­nek? - kon­ty­nu­uje zdzi­wiony Sier­giej. - Do­tych­cza­sowe ze­zna­nia mo­jej żony nie wy­star­czą?

- W spra­wach z po­strza­łem z broni pal­nej mu­simy mieć wszyst­kie de­tale, nie mo­żemy ni­czego prze­oczyć, sam pan ro­zu­mie.

Przy­kła­dam drżącą dłoń do ust. To jest ja­kiś kosz­mar. On mówi o broni pal­nej? Strzał! Jak mo­głam o nim za­po­mnieć?!

- Sły­sza­łam strzał z broni! - ogła­szam na­gle, jak­bym od­zy­skała pa­mięć.

- Dla­czego wcze­śniej nam pani o tym nie po­wie­działa? - Po­li­cjant pa­trzy na mnie po­dejrz­li­wie.

- Nie wiem... Do­piero te­raz to so­bie przy­po­mnia­łam. Te­raz już wiem. Roz­ma­wia­li­śmy z mę­żem przez te­le­fon, kiedy na­gle usły­sza­łam ten strzał, a chwilę po­tem ja­kieś kroki... Tak jakby ktoś zbli­żał się do ła­zienki, wyj­rza­łam przez okno i zo­ba­czy­łam wozy po­li­cyjne, które wje­chały na po­se­sję. - Mó­wię nie­pew­nie, jak­bym opo­wia­dała stary film wi­dziany dawno temu.

- Twier­dzi pani, że usły­szała strzał z broni?

- Tak, tak mi się wy­daje.

- Tak się pani wy­daje czy jest pani pewna? - Ko­mi­sarz Ste­wart jest wy­raź­nie nie­za­do­wo­lony z tego, co opo­wia­dam. Mam wra­że­nie, że go de­ner­wuję.

- Je­stem pewna. - Pa­trzę mu pro­sto w oczy.

- Czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej sły­szała pani taki strzał?

- Na żywo? Nie... Tylko w te­le­wi­zji, ale... Je­stem pewna, że to był strzał. - Męż­czy­zna ob­ser­wuje mnie, pod­no­sząc swoje krza­cza­ste brwi z miną wy­ra­ża­jącą znie­sma­cze­nie.

- Do­brze, a po­tem te kroki? Co to były za kroki?

- To zna­czy? Nie ro­zu­miem?

- Ktoś biegł? Szedł spo­koj­nie?

- Ra­czej szedł, ale ta­kim przy­spie­szo­nym kro­kiem... - Te­raz to już go wku­rzam na do­bre, pa­trzy i za­styga, do­kład­nie jak Sier­giej, z za­ło­żo­nymi na sie­bie rę­kami.

- Czyli ktoś do­syć szybko pod­szedł pod pani drzwi, a po­tem od­szedł?

- Nie... Nie sły­sza­łam, żeby od­cho­dził. Na­stępną rze­czą, jaką sły­sza­łam, były sa­mo­chody pod­jeż­dża­jące pod dom, a po­tem, po­tem nie wiem...

- Su­ge­ruje pani, że ten ktoś ja­kimś cu­dem znik­nął spod pani drzwi, nie zro­bił żad­nego ha­łasu i omi­nął po­li­cjan­tów, któ­rzy byli już przed wej­ściem do pani domu?! - re­la­cjo­nuje z nie­do­wie­rza­niem ko­mi­sarz, pod­no­sząc jedną brew.

- Nie wiem. Nie mam po­ję­cia, co się z nim stało. Moją uwagę od­wró­ciły sa­mo­chody, więc mo­głam prze­oczyć dźwięk od­da­la­ją­cych się kro­ków. Nie zna­leź­li­ście go? To nie on jest ofiarą strzału? An­drew go nie po­strze­lił na dole? - py­tam i prze­no­szę wzrok z ko­mi­sa­rza na Sier­gieja. Stoi i przy­gląda mi się z nie­po­ko­jem. Jego szczęka po­ru­sza się me­cha­nicz­nie, a ręka prze­cze­suje włosy. O nie!

- Ktoś zgi­nął? - py­tam prze­ra­żona, z drga­ją­cymi war­gami, pa­trząc po ko­lei na każ­dego obec­nego. Sier­giej spusz­cza wzrok, a kiedy znów na mnie pa­trzy, wi­dzę smu­tek w jego oczach:

- An­drew zo­stał po­strze­lony w plecy. Jest te­raz w szpi­talu...

Po­now­nie ob­la­tuję wszyst­kich wzro­kiem, ale nikt nie chce mi te­raz spoj­rzeć w oczy. Nie, nie, nie...

- W ja­kim jest sta­nie?

- Cięż­kim. Tak po­wie­dział le­karz.

- An­drew... - po­wta­rzam, jak­bym chciała to cof­nąć. Jak­bym mo­gła coś z tym jesz­cze zro­bić.

Nikt nie od­po­wiada. Sier­giej przy­ta­kuje wresz­cie wi­dząc, że nie prze­staję na niego pa­trzeć. Ko­mi­sarz i drugi po­li­cjant, po po­ro­zu­mie­waw­czej wy­mia­nie spoj­rzeń, wy­cho­dzą, zo­sta­wia­jąc nas sa­mych w sy­pialni. Mam atak pa­niki. Już drugi raz w ży­ciu. Udaje mu się mnie uspo­koić do­kład­nie tą samą me­todą co za pierw­szym ra­zem. Od­dy­cha prze­sad­nie mocno i każe mi oprzeć dło­nie na swo­jej klatce pier­sio­wej. Działa.

Na­stępne dni są jak film, do­kład­niej jak hor­ror. Cho­dzę na prze­słu­cha­nia, ob­ser­wuję po­li­cjan­tów prze­szu­ku­ją­cych cen­ty­metr po cen­ty­me­trze nasz dom, ro­bią­cych zdję­cia każ­dej prze­wró­co­nej książce i rze­czy. Za­bro­niono nam cze­go­kol­wiek do­ty­kać. Słu­cham py­tań, od­po­wia­dam na nie. Po­tem jesz­cze raz i jesz­cze, i tak w kółko, aż do znu­dze­nia. Pod­pi­suję ze­zna­nia, pa­trzę uważ­nie na setki zdjęć... Ro­bię to wszystko, o co mnie pro­szą, ale w tym nie uczest­ni­cząc. Obecna cia­łem, ale nie du­szą. My­ślami je­stem zu­peł­nie gdzieś in­dziej. W pan­cer­nym bmw przed bramą uni­wer­sy­tetu, z An­drew. Roz­ma­wiamy. Mówi mi: "Nie martw się, bę­dzie do­brze i będę cze­kał".

An­drew leży po ope­ra­cji w szpi­talu. Jest przy­tomny, ale na ra­zie od­dy­cha za niego ma­szyna, bo kula uszko­dziła mu płuco. Le­ka­rze twier­dzą, że z tego wyj­dzie, ale jest cały czas na in­ten­syw­nej te­ra­pii. Pła­czę, a Sier­giej go­dzi­nami tłu­ma­czy mi, że nie z mo­jej winy tam się zna­lazł, ale nie chcę go słu­chać. Wiem prze­cież, jak było. Po tej nocy nie je­stem już tą samą osobą co wcze­śniej. Ten dom nie jest tym sa­mym do­mem. Je­dyną rze­czą, o któ­rej te­raz ma­rzę, jest prze­pro­wadzka. Nie chcę i nie mogę tu zo­stać. Naj­pierw, na dwa pierw­sze dni prze­no­simy się do ho­telu. Po­tem, za na­mową Sier­gieja wra­camy jed­nak do Wil­low Hills. Mówi, jak zwy­kle, że le­piej się z tym zmie­rzyć, niż uni­kać kon­fron­ta­cji i żyć w cią­głym stra­chu. Nie do końca się z nim zga­dzam, ale nie po­zo­sta­wia mi wiel­kiego wy­boru. Pro­po­nuje, że wróci do domu sam i po­czeka, aż będę na to go­towa. Spa­nie sa­mot­nie w ho­telu jest jesz­cze gor­sze. Wy­bie­ram więc mniej­sze zło. Pierw­sza noc jest tra­giczna. Śpię może z go­dzinę. Cały czas sły­szę ten wy­strzał z broni. Za każ­dym ra­zem, kiedy wcho­dzę do sa­lonu, wstrzy­muję od­dech. Ma­ria wszystko po­sprzą­tała i po­ukła­dała na swoje miej­sce, ale to nie po­maga.

Tego sa­mego dnia agen­cja ochrony wy­syła mi no­wego ochro­nia­rza. Na­zywa się Her­kus, ma dwa­dzie­ścia cztery lata i jest z po­cho­dze­nia Li­twi­nem. Wy­szko­lony na dru­gim z trzech moż­li­wych po­zio­mów bez­pie­czeń­stwa. Cały czas nosi ka­mi­zelkę ku­lo­od­porną i broń. Przy­glą­dam mu się uważ­nie, za­sta­na­wia­jąc się, czy wie, co stało się z jego po­przed­ni­kiem i jak nudną bę­dzie miał pracę. Sier­giej daje mu wska­zówki, opi­su­jąc wszystko ze szcze­gó­łami, a na ko­niec pod­su­mo­wuje:

- Czyli w skró­cie masz jej nie od­stę­po­wać na krok, za każ­dym ra­zem, kiedy mnie nie ma.

Za­po­wiada się bo­sko, wzdy­cham. Póź­niej, kiedy je­ste­śmy sami, in­for­muje mnie:

- Dla cie­bie też mam wy­tyczne co do no­wego ochro­nia­rza.

Pa­trzę na niego i spo­dzie­wam się do­słow­nie wszyst­kiego.

- Kiedy mnie nie ma, nie mo­żesz, pod żad­nym pre­tek­stem, go od­sy­łać. Żad­nym.

- Ro­zu­miem.

- I bar­dzo za­leży mi na tym, że­byś wpro­wa­dziła tę apli­ka­cję do te­le­fonu. Bę­dzie zsyn­chro­ni­zo­wana z jego i z moim, że­by­śmy za­wsze mo­gli wie­dzieć, gdzie je­steś. Nie chcę ci tego na­rzu­cić, ale pro­szę cię, abyś to prze­my­ślała. Cho­dzi o twoje bez­pie­czeń­stwo. Był­bym spo­koj­niej­szy.

- Jak to działa?

- Kiedy masz włą­czony te­le­fon, mogę na żywo śle­dzić twoje po­ło­że­nie z pre­cy­zją do czter­dzie­stu cen­ty­me­trów, w ra­zie po­trzeby słu­chać, co się u cie­bie dzieje i we­zwać po­li­cję czy po­go­to­wie, wy­sy­ła­jąc naj­now­sze dane two­jego po­ło­że­nia i in­for­ma­cje o sta­nie zdro­wia.

Marsz­czę czoło i wzdy­mam po­liczki. Se­rio, po co to komu?

- To już prze­sada, nie uwa­żasz? - Szu­kam odro­biny zro­zu­mie­nia.

- A czy to, co stało się tu­taj, kiedy ode­sła­łaś An­drew do domu, nie było prze­sadą? Oczy­wi­ście w tym przy­padku wie­dzia­łem, gdzie je­steś, ale wy­obraź so­bie, że ma to miej­sce gdzieś in­dziej i je­steś sama.

Ni­g­dzie in­dziej nie je­stem sama, bo mam ochro­nia­rza.

- A lo­ka­li­za­cja przez Ap­ple nie wy­star­cza?

- Jest mniej do­kładna i nie ma po­zo­sta­łych funk­cji. Pro­szę, zgódź się. - Robi taką minę, że nie mogę mu od­mó­wić. Jest mi wszystko jedno. Chcia­ła­bym prze­stać się bać. Może to mi w tym po­może?

- Okej. Skoro cię to uspo­koi.

Wzdy­cha z ulgą i wy­sta­wia rękę w moim kie­runku. Od­blo­ko­wuję te­le­fon i po­daję mu go. Po kilku mi­nu­tach smycz jest za­ło­żona. Te­raz śle­dzi mnie sa­te­lita.

- I jesz­cze jedno, a pro­pos no­wego ochro­nia­rza, Her­kusa. Chło­pak nie lubi do­tyku ob­cych - mówi.

- To zna­czy?

- To zna­czy, że coś ta­kiego jak ręka na ra­mie­niu, uścisk dłoni, czy każdy kon­takt fi­zyczny z inną osobą jest dla niego wy­zwa­niem. Pro­sił, żeby cię o tym po­in­for­mo­wać. Ale spo­koj­nie, jest wy­szko­lony i ma wszyst­kie cer­ty­fi­katy. W ra­zie nie­bez­pie­czeń­stwa bę­dzie sku­teczny.

Otwie­ram sze­rzej oczy. Dziwne, że wy­brał taki za­wód, skoro nie znosi do­tyku in­nych. Co zrobi, je­śli bę­dzie mu­siał mnie ochro­nić swoim cia­łem przed ja­kimś po­pa­prań­cem na ulicy na przy­kład? Sier­giej wi­dzi py­ta­nia w mo­jej gło­wie i cho­ciaż nic jesz­cze nie po­wie­dzia­łam, do­daje:

- Nie ob­ma­cuj go i bę­dzie do­brze.

Ob­rywa przez to po że­brach. Uśmie­cham się.

W mie­siąc po ca­łym zaj­ściu An­drew opusz­cza in­ten­sywną te­ra­pię i od­dy­cha sa­mo­dziel­nie. Szybko nie wróci do pracy, ale po­dobno ma te­raz szanse na zu­pełne wy­zdro­wie­nie. Czuję ulgę. Na­le­gam, żeby od­wie­dzić go w szpi­talu, ale Sier­giej się nie zga­dza. Twier­dzi, że to zbyt nie­bez­pieczne. Mogę za to za­dzwo­nić. Na­wet na żywo trudno się roz­ma­wia z ta­kim nie­mową jak An­drew, a przez te­le­fon to już zu­pełna po­rażka. Udaje mi się go jed­nak prze­pro­sić za całe zaj­ście.

- Taka praca - kwi­tuje.

Póź­niej dzię­kuje za po­kry­cie kosz­tów le­cze­nia w pry­wat­nej kli­nice, w któ­rej prze­bywa, i za od­szko­do­wa­nie od Sier­gieja. Twier­dzi, że nie bę­dzie już mu­siał pra­co­wać do końca ży­cia. Nie wiem, co od­po­wie­dzieć. Sier­giej mi o tym nie wspo­mi­nał. Na końcu An­drew stwier­dza:

- Cie­szę się, że to­bie nic się nie stało.

- To twoja za­sługa - od­po­wia­dam i się roz­łą­czam, bo nie mogę już po­wstrzy­mać łez.

Po­li­cja, a w szcze­gól­no­ści ko­mi­sarz Ste­wart, jest czę­stym go­ściem w na­szym domu. Każda ich wi­zyta to au­to­ma­tyczny po­wrót do kosz­maru, ko­niec mo­jego dnia. Przy­cho­dzą w kilku, w ci­szy ro­bią różne po­miary, fo­to­gra­fują ściany, pod­łogę i inne rze­czy. Na­wet w kilka ty­go­dni po ca­łym zaj­ściu. Nie ro­zu­miem, w ja­kim celu, prze­cież wszystko jest tam już po­sprzą­tane i wy­czysz­czone. Ma­ria dużo się na­pra­co­wała, żeby zmyć ślady krwi z pod­łogi i ze ściany. An­drew zo­stał po­strze­lony w plecy. Ten, który do niego strze­lił, na­wet nie dał mu szansy obrony. I tra­fił za pierw­szym ra­zem. Miał wprawę.

Na pod­ło­dze w tym miej­scu nie ma już ani jed­nej kro­pli krwi, wi­dać za to prze­tarte ślady po ry­żo­wej szczotce, któ­rej uży­wała na­sza go­spo­sia. Za każ­dym ra­zem, kiedy tędy prze­cho­dzę, sta­ram się omi­jać to miej­sce, nie chcę do­pu­ścić się pro­fa­na­cji. W końcu, po ja­kimś cza­sie, po­ja­wia się tam mały ciem­no­zie­lony ko­bie­rzec, który za­krywa całą strefę drgań i stra­chu, dwa me­try ob­szaru hor­roru. Je­stem jej za niego wdzięczna. Za ten per­ski ręcz­nie tkany dy­wa­nik w ciemne kwiaty. Choć nie wiem, czy to do­bry po­mysł. Za­mia­tamy An­drew pod dy­wan. Uda­jemy, że go tam nie ma. Pry­watna kli­nika, od­szko­do­wa­nie i po­za­mia­tane.

Naj­gor­sze jest to, że po­li­cja nie ma naj­mniej­szego po­ję­cia, kim jest strze­lec. Gdy­bym cho­ciaż wie­działa, jak wy­gląda, moja chęć ze­msty przy­bra­łaby ludzką formę. Ist­niałby ja­kiś obiekt nie­na­wi­ści. Dla­tego cza­sami przy­cho­dził mi na myśl fa­cet z ta­tu­ażem Szału, wtedy od­czu­wa­łam na­miastkę cze­goś na miarę ulgi, wie­dząc, że to być może był on. Ale to nie ulga, to ter­ror. Są dni, kiedy udaje mi się do­brze trzy­mać. Tak do­brze już po­tra­fię się oszu­kać. Moim spo­so­bem jest rzu­ce­nie się w wir pracy w fun­da­cji i na uczelni. Jak w fa­bryce, po pro­stu nie prze­staję. Lecę na trzy zmiany. Ucie­kam w obo­wiązki, w różne za­ję­cia, w na­ukę. W dzień cho­dzę na wszyst­kie wy­kłady, ni­gdy ni­czego nie opusz­czam, po po­łu­dniu uczę się, a wie­czo­rami pró­buję zbu­do­wać struk­turę fun­da­cji. Nie za­trzy­muję się ani na se­kundę. Te­raz wiem, jak wy­gląda świat Sier­gieja, i co­raz czę­ściej za­sta­na­wia­łam się, przed czym on tak ucieka...

W pre­zen­cie gwiazd­ko­wym mój mąż ku­puje mi miesz­ka­nie w Pa­ryżu. Chcę skoń­czyć ten rok aka­de­micki i uciec z An­glii. Mam na­dzieję, że Sier­giej prze­nie­sie się tam ze mną, je­żeli go o to po­pro­szę. Oboje lu­bimy Pa­ryż, na­wet mimo tej bomby w ho­telu na Mont­mar­tre. Tu też my­dlę so­bie oczy. Wma­wiam so­bie, że to czy­sty przy­pa­dek i że nie cho­dziło o nas. W su­mie nie mamy żad­nych ofi­cjal­nych do­wo­dów, że to Mac Roye za tym stoi. Chcę wie­rzyć, że nie... W sto­licy Fran­cji by­li­śmy już parę razy i mia­sto zdą­żyło już za­wład­nąć moim ser­cem. Sier­giej oczy­wi­ście ni­gdy nie robi nic na pół gwizdka i ob­da­ro­wuje mnie dwu­stu­me­tro­wym miesz­ka­niem przy Champs Ély­sées. Je­stem w siód­mym nie­bie. A co naj­lep­sze, trzeba tam zro­bić ge­ne­ralny re­mont. Mogę wszystko za­pla­no­wać i urzą­dzić tak, jak chcę. Za­jąć się tym i ode­rwać się od rze­czy­wi­sto­ści i tra­gicz­nych wy­da­rzeń z Wil­low Hills. Te­raz pra­wie każdy week­end spę­dzam w Pa­ryżu. Wresz­cie szli­fuję fran­cu­ski. Sier­giej rzadko ze mną lata. Jest za­jęty. To­wa­rzy­szy mi Her­kus. Pan Nie­ty­kalny.

Do­piero po paru ty­go­dniach udaje nam się spo­koj­nie po­roz­ma­wiać o tym, co się stało. Bez pła­czu, krzyku i tego typu emo­cji. No, pra­wie bez... Chcę wie­dzieć, kto i po co przy­szedł do Wil­low Hills. Po­li­cja się nie wy­ka­zała, a z domu nic nie zgi­nęło. Tak więc albo nie zna­leźli tego, czego szu­kali, albo nie po to przy­szli. Oni, on? To też nie jest cią­gle ja­sne. We­dług ko­mi­sa­rza było ich dwóch. Sier­giej ma swoją wer­sję zda­rzeń.

- To lu­dzie Mac Roye'a. Szu­kali in­for­ma­cji. - Jest zu­peł­nie spo­kojny i pewny tego, co mówi.

- Ja­kich?

- Są dwie moż­li­wo­ści: te­mat alg i na­szego pro­jektu oświe­tla­nia ich dzięki ogni­wom fo­to­wol­ta­icz­nym. Pew­nie chcieli spraw­dzić, czy nie wzno­wi­łem ba­dań ge­ne­tycz­nych... Ewen­tu­al­nie cho­dziło o moją osobę, może szu­kali cze­goś z mo­jej prze­szło­ści. - Za­my­śla się na mo­ment. - Poza tym on ma cią­gle pro­blem z moją kan­dy­da­turą na szefa ko­mi­sji.

- Prze­cież to było pra­wie dwa lata temu i w do­datku udało mu się. Nie wy­brali cię. Więc o co cho­dzi?

- Przez dy­mi­sję Mac Si­mona będą nowe wy­bory. Dwa dni przed wtar­gnię­ciem po­now­nie zgło­si­łem swoją kan­dy­da­turę.

Czuję, jak wzbiera we mnie złość. Nic mi nie po­wie­dział. Za­taił przede mną taką in­for­ma­cję! Nie skon­sul­to­wał się ze mną. Czuję się nie­ważna i na­iwna. On ni­czego ze mną nie uzgad­nia. Pod tym wzglę­dem na­sze mał­żeń­stwo jest zu­pełną fik­cją. I jesz­cze to słowo: wtar­gnię­cie. To nie wtar­gnię­cie, to atak z bro­nią w ręku.

- Dla­czego nic mi nie po­wie­dzia­łeś?! Jak mo­głeś to zro­bić, wie­dząc o na­stęp­stwach?

- Wy­ra­żaj się ja­śniej, nie ro­zu­miem - przy­biera ten wład­czy ton.

- Nie uwa­żasz, że po­win­ni­śmy o tym naj­pierw po­roz­ma­wiać? Za­nim pod­ją­łeś de­cy­zję? Ty de­cy­du­jesz, ale kon­se­kwen­cje do­ty­czą już wielu osób.

- Po pierw­sze, do­brze wie­dzia­łaś, jaki jest mój cel. On nie uległ zmia­nie. Wszyst­kie me­dia od mie­siąca trą­bią o tej dy­mi­sji. Nie moja wina, że się tym nie in­te­re­su­jesz. Po dru­gie, nikt inny nie de­cy­duje o mo­jej ka­rie­rze, tylko ja. Kon­se­kwen­cje trudno tak na­prawdę prze­wi­dzieć. Ale bez ry­zyka nie ma nic.

Ry­zy­kuje ży­cie in­nych dla wła­snych am­bi­cji. Przez tę myśl robi mi się słabo.

- Za­wsze będą ci dep­tać po pię­tach. Po co ci to sta­no­wi­sko? Fu­ture In­ve­st­ments i fun­da­cja bio­pa­liw ci nie wy­star­czą? Po cho­lerę ci jesz­cze ta ko­mi­sja?

- Nie po­doba mi się kie­ru­nek w ja­kim po­dąża ta roz­mowa. - Przy­biera po­są­gowy wy­raz twa­rzy, zu­peł­nie bez emo­cji i pa­trzy mi pro­sto w oczy. Na in­nych robi to pew­nie wra­że­nie, ale na mnie już nie. Opusz­czam jed­nak ra­miona i za­daję py­ta­nie zmę­czo­nym to­nem:

- Kiedy w końcu prze­sta­niesz chcieć wię­cej i wię­cej? Po co ci to? Jesz­cze nie masz do­syć?! - Mimo że spu­ści­łam z tonu, nie po­doba mu się, co mó­wię. Nie zmie­nia ani po­stawy, ani miny i z ła­two­ścią wy­czu­wam na­pię­cie w po­wie­trzu. Na­gle na chwilę za­myka oczy, a kiedy je otwiera, kon­tro­lo­wa­nym gło­sem, ce­dząc słowo po sło­wie, oświad­cza:

- Po­zwól, że sam za­de­cy­duję, kiedy będę miał do­syć.

Nie od­po­wia­dam. To bez sensu. Przy­su­wam do sie­bie ko­lana, sku­lam się i wta­piam w fo­tel. Nie da się z nim dys­ku­to­wać. Nie o tym, nie o jego pracy, o jego am­bi­cjach. Nie w taki spo­sób. Za­wsze de­cy­duje o wszyst­kim sam. Nie ma mowy, żeby te­raz po­stą­pił ina­czej. A ja tu ma­rzy­łam o prze­pro­wadzce do Pa­ryża! Wi­dząc, że nie re­aguję, na­lewa so­bie whi­sky i siada na ka­na­pie. Za­ma­cza usta w trunku, pa­trząc na ogień w ko­minku.

- I co te­raz bę­dzie? - py­tam po chwili. - Kiedy te wy­bory?

- Nic nie bę­dzie. Wy­ro­bią się praw­do­po­dob­nie na wio­snę. Na ra­zie za­stą­pił go wi­ce­prze­wod­ni­czący. Or­ga­ni­za­cja chwilę po­trwa. - Po­brzę­kuje lo­dem w szklance i do­daje: -Tym ra­zem nic na mnie nie mają. Wszystko jest czy­ste jak łza.

- A Fu­ture In­ve­st­ments? Mu­sisz prze­cież odejść.

- To już za­ła­twione.

Ro­bię wiel­kie oczy. Jak to za­ła­twione? Nie jest już dy­rek­to­rem wła­snej firmy?

- Dla­czego znów o ni­czym nie wiem? - Uno­szę ręce w zło­ści. Za­sty­gają tam na mo­ment w te­atral­nym ge­ście za­sko­cze­nia, a po chwili opa­dają z ha­ła­sem na opar­cia fo­tela.

- Od wy­padku An­drew nie da się z tobą nor­mal­nie roz­ma­wiać.

Wprost nie mogę uwie­rzyć, że Sier­giej wy­po­mina mi to w ten spo­sób. Od­dy­cham te­raz płytko i szybko, mam ochotę na niego wrzesz­czeć, ale on jesz­cze nie skoń­czył mó­wić.

- Poza tym to są moje służ­bowe sprawy, nie za­wsze mam ochotę przy­no­sić to wszystko do domu.

- Służ­bowe sprawy? Żar­tu­jesz?! Po­strze­le­nie An­drew to też dla cie­bie służ­bowe sprawy? Mo­żemy za­po­mnieć, bo go spła­ci­łeś?! - sy­czę. Pluję ja­dem. Po pro­stu nie wy­trzy­muję, a łzy na­pły­wają mi do oczu, choć ostat­nio mam wra­że­nie, że już wię­cej ich nie mam. Nie­prawda. Mam. Są ich we mnie nie­wy­czer­palne po­kłady.

- Anno, jak mo­żesz? Czuję się tak samo winny jak ty, ale to ni­czego nie zmieni. To już prze­szłość i trzeba żyć da­lej. Ina­czej się nie da. I oczy­wi­ście, że mu za­pła­ci­łem. Nie wia­domo, kiedy i czy w ogóle bę­dzie mógł wró­cić do pracy. Mia­łem go zo­sta­wić na za­siłku bez gro­sza?

- Nie w tym sen­sie to mó­wię. Nie je­stem w sta­nie o tym za­po­mnieć, tak jak ty.

- Ale ja o tym nie za­po­mnia­łem. Co­dzien­nie się za­sta­na­wiam, czy je­steś bez­pieczna, kiedy tu je­steś beze mnie.

- Dla­tego chcia­ła­bym się prze­pro­wa­dzić, na przy­kład do Pa­ryża. Ale te­raz, z tą ko­mi­sją, to nie bę­dzie moż­liwe - spusz­czam z tonu.

- Vra­iment? Tu croy­ais que j'al­lais vi­vre avec toi a Pa­ris? - Spo­sób, w jaki to mówi, spro­wa­dza mnie do par­teru. Tak. Na­iw­nie są­dzi­łam, że jest taka moż­li­wość.

- Na­iwne, co? - od­po­wia­dam, nie si­ląc się na fran­cu­ski. Nie mam siły. Wiem, że ma ra­cję, że trzeba iść da­lej, ale nie je­stem w sta­nie za­sto­so­wać jego rad w prak­tyce. Mało tego, obec­nie nie je­stem w sta­nie na­wet przy­znać mu tej ra­cji. Wku­rza mnie, bo znowu to on de­cy­duje. Spo­glą­dam na niego. Sie­dzi z tym drin­kiem w ręce, na­wet go nie pije, tylko pa­trzy na ogień w bez­ru­chu. Po paru mi­nu­tach wstaje i bez słowa wy­cho­dzi z po­koju. Zo­staję sama. Znowu. To już staje się nie do wy­trzy­ma­nia. Co­dzien­ność wy­peł­niam po brzegi obo­wiąz­kami, aby nie do­pu­ścić do głosu uczuć. Kiedy tylko uchy­lam odro­binę, od razu ból wy­peł­nia całą prze­strzeń. Le­piej za­mknąć serce na kłódkę. Od­ciąć się od wszyst­kiego. Ale wtedy żadne inne uczu­cie nie ma szans. Ostat­nio w ogóle nie dzieje się ze mną do­brze. Sier­giej jest w domu go­ściem, a ja po­woli przy­zwy­cza­jam się do tego stanu rze­czy. Czuję się jak kró­lewna za­mknięta w wy­so­kiej wieży. Cze­kam na swo­jego kró­le­wi­cza, ale on nie ma dla mnie czasu. Swoją nie­obec­ność pró­buje zre­kom­pen­so­wać drogą bi­żu­te­rią. Mam już jej całą ko­lek­cję. I nic mi po niej. To tylko resztki gwiezd­nego zło­tego pyłu, w któ­rym wi­ro­wa­li­śmy szczę­śli­wie na po­czątku. Nie tak miało być. Nie tego chcia­łam. Ko­cham go, ale nie tak so­bie to wy­obra­ża­łam.

Lor­can za to, bez­tro­ski i uśmiech­nięty, za­czyna nie­bez­piecz­nie i pod­stęp­nie ko­lo­ni­zo­wać moje my­śli. Bo kiedy pył już zu­peł­nie opada, kiedy osiada na pod­ło­dze, na me­blach, mo­ich po­wie­kach i dło­niach, za­czy­nam my­śleć o Ma­idleyu. Za­sta­na­wiam się po pro­stu, co u niego sły­chać, co robi w da­nym mo­men­cie, gdzie jest...Wspo­mi­nam czas, który spę­dzi­li­śmy ra­zem, jego ma­giczny do­tyk. Chwi­lami tak bar­dzo mi go bra­kuje: mo­jego oso­bi­stego cza­ro­dzieja o nie­uczci­wie dłu­gich rzę­sach i za­raź­li­wym uśmie­chu. Wiem, że jest gdzieś tam, da­leko lub bli­sko, da­leko i bli­sko. Może cza­sami idzie tę samą ulicą, którą idę ja. Albo słu­cha tej sa­mej mu­zyki, czyta tę samą książkę. Może uśmie­cha się w tym sa­mym mo­men­cie. A może kiedy do­staje wi­do­mość, przez uła­mek se­kundy za­sta­na­wia się, czy to ode mnie. Może tego sa­mego dnia, na tym sa­mym lub in­nym kon­ty­nen­cie, jemy to samo śnia­da­nie... Da­leko, tak prze­raź­li­wie da­leko od sie­bie, przez parę mi­nut czy se­kund, my­śląc o so­bie na­wza­jem. Cią­gle nie mam konta na In­sta­gra­mie ani ni­g­dzie in­dziej, nie mam więc jak go ob­ser­wo­wać. Szybko jed­nak na­stę­puje ten mo­ment, kiedy za­czy­nam so­bie wy­obra­żać, co by było, gdyby... I już nie po­tra­fię prze­stać. Stara ja wy­syła mu mejla.

Od: Anna Ta­re­dov

Do: Lor­can Ma­idley

Te­mat: My­ślę o To­bie

Hej, hej. Jest tam kto?

Nie od­po­wiada. Po ty­go­dniu pi­szę znowu.

Od: Anna Ta­re­dov

Do: Lor­can Ma­idley

Te­mat: Ode­zwij się!

Nie uda­waj, że Cię nie ma. Prze­pra­szam. Wy­ba­czysz mi kie­dyś?

Od­pi­suje tego sa­mego dnia.

Od: Lor­can Ma­idley

Do: Anna Ta­re­dov

Te­mat: RE: Ode­zwij się!

Może kie­dyś...

Od: Anna Ta­re­dov

Do: Lor­can Ma­idley

Te­mat: RE: RE: Ode­zwij się!

To pierw­szy pro­mień słońca pod­czas tej cho­ler­nej zimy. Dzię­kuję. Oks­ford bez Cie­bie to nie to samo. Sły­sza­łam, że Ci tam do­brze. Cie­szę się. Je­steś szczę­śliwy?

Od: Lor­can Ma­idley

Do: Anna Ta­re­dov

Te­mat: RE: RE: RE: Ode­zwij się!

Co za róż­nica? I tak Cię to nie in­te­re­suje. Czego tak na­prawdę chcesz?

Od: Anna Ta­re­dov

Do: Lor­can Ma­idley

Te­mat: Bra­kuje mi Cie­bie

Gdyby mnie nie in­te­re­so­wało, to­bym nie py­tała. Czego chcę? Że­byś tu te­raz był.

Od: Lor­can Ma­idley

Do: Anna Ta­re­dov

Te­mat: RE: Bra­kuje mi Cie­bie

I co by to zmie­niło? Ty chyba nie masz serca. Przez dwa lata to Ty de­cy­do­wa­łaś, jaki mia­łem dzień, do­bry czy zły. Wszystko za­le­żało od Cie­bie. Ja­koś mar­nie na tym wy­sze­dłem. Nie mam ochoty jesz­cze raz przez to prze­cho­dzić. Po co w ogóle ta cała ma­ska­rada? Czyżby ży­cie mę­żatki oka­zało się mniej per­fek­cyjne, niż to so­bie wy­obra­ża­łaś? Co na to Twój mał­żo­nek mi­lio­ner? Wie, że do mnie pi­szesz?

Od: Anna Ta­re­dov

Do: Lor­can Ma­idley

Te­mat: RE: RE: Bra­kuje mi Cie­bie

Jego do tego nie mie­szaj. On nie ma z tym nic wspól­nego, a już tym bar­dziej jego pie­nią­dze.

A co, je­żeli się po­my­li­łam?

Prze­pra­szam, że Cię zra­ni­łam. Ni­gdy so­bie tego nie wy­ba­czę.

Chcia­ła­bym Cię zo­ba­czyć.

Rano, kiedy sia­dam do śnia­da­nia, Sier­giej wcho­dzi do ja­dalni i prę­żąc klatę, pod­suwa mi pod nos ga­zetę. Ni­gdy tego nie robi, dla­tego od razu wiem, że to coś spe­cjal­nego. Uśmie­cham się i spo­glą­dam za­cie­ka­wiona. Rzut okiem wy­star­cza. Dia­men­towa za­wieszka warta pra­wie pół mi­liona fun­tów zna­le­ziona w sor­towni od­pa­dów pod Oks­for­dem. Prze­staję od­dy­chać. Kurwa mać, ja pier­dolę. Otwie­ram sze­roko oczy, a moje brwi wy­strze­li­wują w górę.

- To był na­pad ra­bun­kowy - ogła­sza za­do­wo­lony.

Zer­kam na niego z prze­ra­że­niem. Nie od­zy­wam się, bo sta­ram się po­zbie­rać my­śli, on kon­ty­nu­uje:

- Wra­cam z gar­de­roby. Przej­rza­łem bi­żu­te­rię. Jest wszystko oprócz two­jej za­wieszki. Nie za­uwa­ży­łaś, że znik­nęła?

W jego gło­sie ła­two wy­czy­tuję zdzi­wie­nie. Jest też odro­bina nie­do­wie­rza­nia. W gar­de­ro­bie jest tona bi­żu­te­rii, a bra­kuje jed­nej za­wieszki. Kilka ty­go­dni temu ro­bi­li­śmy tu z po­li­cją swego ro­dzaju re­ma­nent.

- Od czasu na­padu, ni­g­dzie nie wy­cho­dzi­łam w bi­żu­te­rii - od­zy­skuję głos, bo mu­szę. Wiem, że to naj­lep­szy mo­ment, żeby przy­znać się do tego, że to już po­nad rok, jak w przy­pły­wie gniewu wy­rzu­ci­łam wartą pra­wie pół mi­liona fun­tów za­wieszkę do śmieci. Ni­gdy nie przy­zna­łam się do tego Sier­gie­jowi. Mia­łam na­dzieję, że za­po­mniał o niej. Sama w su­mie pra­wie o niej za­po­mnia­łam. I aż dziw bie­rze, że zna­leźli ją do­piero te­raz. Przy­glą­dam się do­kład­niej zdję­ciu w ga­ze­cie, czar­no­bia­łemu zbli­że­niu klej­notu. Dia­ment w kształ­cie kro­pli wody. Warty pół mi­liona fun­tów. Prze­piękny. Wy­rzu­cony do ko­sza na śmieci w aka­de­miku. Tłu­sto!

- Te­raz może wresz­cie się uspo­ko­isz! To nie Mac Roye. To ja­cyś zło­dzieje. - Wy­po­wiada te słowa z nad­zwy­czaj­nym opa­no­wa­niem i ty­pową dla niego sa­mo­kon­trolą. I przede wszyst­kim z dumą. Jakby ro­dzic mó­wił sfru­stro­wa­nemu dziecku: a nie mó­wi­łem?

- Zło­dzieje, któ­rzy wy­rzu­cają swój łup na śmieci? Wart pół mi­liona? Wąt­pię. Poza tym, gdyby byli tu po bi­żu­te­rię, wzię­liby wszystko - ko­men­tuję.

- Naj­wy­raź­niej coś po­szło nie tak - spo­gląda na mnie i wi­dząc moją minę, do­daje: - Nie przej­muj się tak. Ku­pię ci nową.

Co?! Nie od­po­wia­dam. Trzęsę się, ale tylko w środku. Z ze­wnątrz trzy­mam się jak trzeba. Jak może my­śleć, że smucę się z po­wodu bi­żu­te­rii? Czy on mnie w ogóle zna? Ca­łuje mnie w czu­bek nosa i za­czyna jeść. Po pro­stu koń­czy te­mat. Jesz­cze tego sa­mego dnia je­dziemy na po­ste­ru­nek. Skła­damy ze­zna­nia. Prze­ko­nu­jemy ko­mi­sa­rza Ste­warta, że to na­sza za­wieszka. Sier­giej każe spraw­dzić, czy są na niej moje od­ci­ski pal­ców. Przy­wożą ją z in­nego ko­mi­sa­riatu, spraw­dzają. Cze­kamy całe wieki. Oczy­wi­ście nie ma. Ni­gdy nie mia­łam jej w dłoni ani na so­bie. Sier­giej nie zdaje so­bie na­wet z tego sprawy. Nie wie­dział mnie w niej, ale tego nie pa­mięta, nie za­uwa­żył! Kiedy pada py­ta­nie, wy­my­ślam ja­kieś kłam­stwo wy­ja­śnia­jące, dla­czego nie ma zdjęć mnie z tą za­wieszką, aby nikt nie był w sta­nie tego spraw­dzić czy mi za­prze­czyć. Wra­camy do domu z pu­stymi rę­kami, ale nie o to cho­dzi. Całą drogę po­wrotną Sier­giej wma­wia mi, że nie mam pod­stawy do obaw i że je­ste­śmy bez­pieczni. Za­in­sta­lo­wał do­dat­kowe ka­mery w domu i do­okoła. Nie zdo­by­wam się na od­wagę, żeby przy­znać się do prawdy i udo­wod­nić mu, że się myli. Za bar­dzo się boję. I za­sta­na­wiam się, czy on mnie wi­dzi, kiedy na mnie pa­trzy.

Marc Price: Mam do­syć do­ro­słego ży­cia. Im­preza?

Finn Con­nors: Im­preza? Co to jest, kurwa, im­preza? Za­po­mnia­łem! Ja pra­cuję!

Suza Lee: Tak! Tak! Tak! #wresz­cie

Mo­nica Win­tway: Tylko nie w pią­tek. Mu­szę ode­spać ty­dzień pracy.

Marc Price: So­bota Coy­ote Ugly Sa­loon w Cam­den

Lor­can Ma­idley: Chuje!

Finn Con­nors do Lor­can Ma­idley: Nie stać Cię na week­end w Lon­dy­nie? Nie pra­cu­jesz? #bie­dak

Lor­can Ma­idley do Finn Con­nors: Spier­da­laj!

Suza Lee do Anna Ta­re­dov: Bę­dziesz?

Anna Ta­re­dov: Nie po­zwolę, żeby mnie to omi­nęło. #essa

Cały ty­dzień za­sta­na­wiam się, jak o tym po­wie­dzieć Sier­gie­jowi. Od kiedy miesz­kamy ra­zem, nie im­pre­zo­wa­łam z przy­ja­ciółmi. Spraw­dzam w jego ka­len­da­rzu i wi­dzę, że w na­stępny week­end nie ma żad­nych wy­jaz­dów ani pla­nów. Po­dej­rzane. Nie ukryję tego, bo Her­kus nie opusz­cza mnie na krok, ale mam taką po­trzebę wy­rwa­nia się z tego zamku, że to już nie może cze­kać. Nie chcę, żeby Sier­giej ze mną je­chał, bo nie pa­suje do tam­tego świata. Z nim i przy­ja­ciółmi z uni­werku nie będę się czuła na lu­zie. Szy­kuję so­bie mowę. Po­wiem prawdę. Udaje mi się przy ko­la­cji wie­czo­rem. Pra­wie.

- Ja­kieś plany na week­end?

- Chyba nie. Mu­szę spraw­dzić.

- Już pa­trzy­łam, nic nie ma.

- O! Czyż­byś miała ja­kąś pro­po­zy­cję? - Pod­nosi na mnie wzrok za­cie­ka­wiony. Cho­lera.

- Nie do końca, po­my­śla­łam, że... - za­czy­nam, ale dzwoni jego ko­mórka. Przy ko­la­cji, to może być tylko Molly. Roz­mowa jest krótka, ale kon­kretna. Kiedy ją koń­czy, naj­pierw na­biera ko­lejny wi­de­lec je­dze­nia, a do­piero gdy koń­czy prze­żu­wać, spo­gląda na mnie i mówi:

- Przy­szły week­end Lon­dyn. Spo­tka­nia w so­botę. Cały dzień, ale nie­dziela wolna.

Pierw­szy od­ruch to chęć po­in­for­mo­wa­nia go, że ja też pla­nuję Lon­dyn, ale po chwili stwier­dzam, że le­piej bę­dzie, gdy do­wie się o tym w ostat­niej chwili albo wcale, je­śli Her­kus bę­dzie w sta­nie trzy­mać ję­zyk za zę­bami.

- Trudno. My­śla­łam, że ra­zem po­le­niu­chu­jemy w łóżku, ale w ta­kim ra­zie zro­bimy to w nie­dzielę. - Cza­ruję go uśmie­chem.

Od­wza­jem­nia go.

- Wspa­niale, wresz­cie od­pocznę.

Nie od­pocz­nie. Nie po­trafi.

W so­botę, kiedy się bu­dzę, już go nie ma, więc szy­kuję się cały dzień. Mam ochotę do­brze wy­glą­dać i de­cy­duję się po­słu­chać od­wiecz­nej rady Szefa i wy­dać tro­chę jego kasy. Za­ma­wiam do domu fry­zjera. Będę miała loki. O dzie­więt­na­stej in­for­muję Her­kusa, że je­dziemy na wie­czór do Lon­dynu. Bie­rzemy ma­se­rati. Jak sza­leć, to sza­leć. Jego pierw­sza re­ak­cja:

- Szef o tym wie?

Uśmie­cham się, bo to za­bawne, że oboje tak go na­zy­wamy. Z in­nych po­wo­dów oczy­wi­ście. Choć nie do końca in­nych. Her­kus spo­gląda na mnie zdzi­wiony.

- Oczy­wi­ście - od­po­wia­dam ze spo­ko­jem, cho­ciaż nie wiem, czy pyta o wy­jazd, czy o sa­mo­chód. Nie chcę, żeby do niego od razu dzwo­nił. Sama go po­wia­do­mię, kiedy już bę­dziemy na miej­scu. Stroję się jak gwiazda rocka i gdy prze­glą­dam się w lu­strze przed opusz­cze­niem domu, je­stem z sie­bie za­do­wo­lona. Już dawno nie wy­glą­da­łam tak do­brze. Mam ochotę na za­bawę. Spo­tka­nie mamy umó­wione w re­stau­ra­cji. Po ko­la­cji pla­nu­jemy klub. Cu­dow­nie jest ich wszyst­kich zo­ba­czyć. Wszyst­kich oprócz, oczy­wi­ście, Lor­cana, który mieszka w Sta­nach.

Her­kus, mimo że nic nie mówi, jest bar­dzo za­afe­ro­wany jazdą ma­se­rati. Robi śmieszne miny, wy­pro­wa­dził auto go­dzinę wcze­śniej z ga­rażu i pu­cuje, ogląda, spraw­dza. Ale kiedy mamy już wy­jeż­dżać i sia­dam na miej­scu pa­sa­żera, krzywi się.

- Tak nie można. Pan Ta­re­dov nie zga­dza się, żeby je­chała pani z przodu, kiedy pa­nią wiozę. For­mal­nie mi tego za­bro­nił.

Kręcę no­sem z nie­do­wie­rza­niem.

- Pan Ta­re­dov się o tym nie do­wie - od­po­wia­dam roz­ba­wiona, na­śla­du­jąc jego ak­cent, kiedy waha się, czy za­mknąć za mną drzwi, czy pró­bo­wać mnie na­mó­wić, że­bym się jed­nak prze­sia­dła.

- Pani Ta­re­dov, pro­szę, niech pani po­słu­cha męża.

- Ni­g­dzie go tu nie wi­dzę. I uma­wia­li­śmy się, że prze­sta­niesz z pa­nią Ta­re­dov.

- Anna, nie rób mi pro­ble­mów! - Wresz­cie brzmi jak czło­wiek.

Uśmie­cham się. Ma jesz­cze na­dzieję, że zmie­nię zda­nie.

- Ciesz się, że nie pro­wa­dzę. Da­lej, wsia­daj, spóź­nimy się!

Wzdy­cha i nie­za­do­wo­lony siada za kie­row­nicą, ale kiedy od­pala sil­nik i ru­szamy, jego twarz się zmie­nia. Wi­dać na niej bło­gość i za­do­wo­le­nie.

W lon­dyń­skiej re­stau­ra­cji pa­nują gwar i at­mos­fera, którą ko­cham: tu się coś dzieje. Wszy­scy są już na miej­scu. Kiedy się po­ja­wiam, moi przy­ja­ciele wi­tają mnie owa­cją na sto­jąco i przy­pi­suję to mo­jemu wy­glą­dowi. Marc jest z nową dziew­czyną. Kelly pra­cuje w lon­dyń­skim banku. Roz­mowa się kręci wo­kół ich pracy. Opo­wia­dają o wy­zy­sku mło­dych pra­cow­ni­ków, prze­dłu­ża­nych w nie­skoń­czo­ność nad­go­dzi­nach i kiep­skich no­rach, które wy­naj­mują. O wy­peł­nia­niu de­kla­ra­cji po­dat­ko­wej, braku czasu, week­en­do­wym upi­ja­niu się do nie­przy­tom­no­ści i wi­zy­tach na po­go­to­wiu. Są to zu­peł­nie mi obce rze­czy i sta­ram się nie po­ka­zać po so­bie, że nie mam po­ję­cia o ży­ciu, które wiodą. Moje to inny za­kres pracy i zmę­cze­nia, inny po­ziom stresu, inne pro­blemy. Nie mam za­miaru o nich na­wet wspo­mi­nać, dla­tego kiedy Mo­nica w pew­nym mo­men­cie za­daje mi py­ta­nie, szybko uci­nam te­mat.

- Jak to jest żyć z bo­dy­gu­ar­dem? Pie­przy­cie się po kry­jomu?

Zer­kam ukrad­kiem na Her­kusa, który sie­dzi sa­mot­nie kilka sto­li­ków da­lej i po­pija wodę bez gazu, kiedy my ra­czymy się do­brym wi­nem. Ja sta­wiam. To zna­czy Sier­giej sta­wia. Czyli że nie ma dziś li­mitu w je­dze­niu i pi­ciu.

- Nie, nie pie­przymy się - od­po­wia­dam, znie­sma­czona jej py­ta­niem.

- Cia­cho z niego - tłu­ma­czy Mo­nica.

- Po­je­bało cię? Wi­dzia­łaś jej męża? - dziwi się Suza.

- Nie, no cho­dzi mi o ten film, z jak mu tam, z Cost­ne­rem? I z Whit­ney. Nikt nie wi­dział? - tłu­ma­czy się, bo to­wa­rzy­stwo ob­le­piło ją wzro­kiem.

- Nie mam po­ję­cia, o ja­kim fil­mie mó­wisz - od­po­wia­dam, nie ma­jąc za­miaru wy­ja­wiać prze­ra­ża­ją­cych szcze­gó­łów mo­jej co­dzien­no­ści.

W oczach mo­ich zna­jo­mych i tak mu­szę już od­sta­wać. Nie będę do­rzu­cać po­li­cji, kry­mi­nału czy zdrady. Udaję, że wszystko jest nor­malne i do­bre. Piję sporo wina, bo mam ochotę za­po­mnieć dziś o rze­czy­wi­sto­ści, a al­ko­hol mi w tym po­maga.

- To praw­dziwe dia­menty? - do­py­tuje po chwili Suza, do­ty­ka­jąc mo­ich kol­czy­ków. Przy­ta­kuję z uśmie­chem i zmie­niam te­mat:

- Nie wiem, jak wy, ale ja je­stem go­towa na za­bawę!

- I na ten mo­ment cze­ka­łam! - pisz­czy ko­le­żanka.

Wszy­scy ru­szamy do klubu. Kiedy wy­cho­dzimy, wyj­muję z to­rebki ko­mórkę i wi­dzę cztery nie­ode­brane te­le­fony od Szefa. Za­po­mnia­łam do niego za­dzwo­nić. Rzu­cam spoj­rze­niem na Her­kusa, który idzie dwa kroki za nami. Spo­gląda na mnie po­waż­nie i nic nie mówi.

- Za­raz was do­go­nimy z Her­ku­sem, idź­cie przo­dem, mu­szę za­dzwo­nić.

To­wa­rzy­stwo się od­dala, a my sta­jemy na rogu ulicy.

- Sier­giej do cie­bie dzwo­nił? - py­tam, choć znam od­po­wiedź. Na apce wi­dzi, gdzie je­ste­śmy, tylko za­sta­na­wia się pew­nie, po co.

- Tak, po­wie­dzia­łem mu, gdzie je­ste­śmy i że wszystko jest pod kon­trolą.

Przy­ta­kuję i od­da­lam się ka­wa­łek. Wy­bie­ram jego nu­mer.

- Hej! Wi­dzia­łam, że dzwo­ni­łeś.

- Oczy­wi­ście, że dzwo­ni­łem. Po­dobno je­steś w Lon­dy­nie z przy­ja­ciółmi. Nie wie­dzia­łem o two­ich pla­nach, nic nie mó­wi­łaś.

- Nie chcia­łam ci prze­szka­dzać, a to było na ostat­nią chwilę. Finn za­pro­po­no­wał po po­łu­dniu i wszy­scy się zgo­dzili. Mam na­dzieję, że nie masz mi za złe, że się do­brze ba­wię? - Na końcu zda­nia po­ty­kam się o chod­nik i upa­dam na ko­lana. O cho­lera! Ubra­łam jedne z naj­wyż­szych ob­ca­sów, ja­kie mam. No i tro­chę już wy­pi­łam.

Her­kus pod­biega do mnie i chce mnie pod­no­sić, wal­cząc z pa­niką, która w nim wzbiera, bo musi mnie do­tknąć. Od­pę­dzam go ru­chem ręki. Nie chcę, żeby i on cier­piał. Do­brze mi się tak sie­dzi i roz­ma­wia. Chyba kręci mi się w gło­wie od wina.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie. Chcę tylko że­byś była bez­pieczna - mówi, a ja za­uwa­żam, że krwawi mi ko­lano. Na­wet nie po­czu­łam, że je roz­cię­łam.

- Je­stem. Her­kus jest przy mnie no­oooon stop - wy­myka mi się odro­binę za gło­śno i za długo. - Jak spo­tka­nie? Jesz­cze nie ko­niec? - wy­pro­wa­dzam głos na pro­stą i sta­ram się brzmieć po­waż­nie.

Her­kus gdzieś po­biegł.

- Anno, czy ty coś pi­łaś?

- Tro­chę wina. Je­den kie­li­szek, może dwa. Ale wszy­y­y­y­ystko spoko. - Cho­lera, trudno mi się mówi. Nie­świa­do­mie wy­dłu­żam słowa.

Her­kus wraca z sa­mo­cho­dową ap­teczką. Wy­ciąga pa­pie­rową chu­s­teczkę i robi z niej pro­wi­zo­ryczny opa­tru­nek. Po­tem nie­zdar­nie po­lewa to wodą utle­nioną i przy­kłada de­li­kat­nie do mo­jej rany. Ma na so­bie la­tek­sowe rę­ka­wiczki, a jego palce dzieli od mo­jej skóry tylko gaza. Wi­dzę, ile go to kosz­tuje. Sza­cun!

- Jesz­cze nie­stety nie ko­niec. Ale mam na­dzieję, że nie będę mu­siał tu no­co­wać. - mówi Sier­giej.

- Po­wiedz mu, co się stało - wy­pala na­gle ochro­niarz.

Spo­glą­dam na niego z iro­nicz­nym uśmie­chem i za­prze­czam ru­chem głowy. Pal­cem na ustach po­ka­zuję mu, żeby był ci­cho.

- Co się stało? O czym on mówi? - pyta Sier­giej. Kuźwa! Usły­szał!

- Oj nic. Po­tknę­łam się. Nic mi nie jest.

- Daj mi go do te­le­fonu.

Jak mnie to wkur­wia! Nie mam słów, ale też ochoty, żeby się z nim te­raz sprze­czać. Te­atral­nie wrę­czam Her­ku­sowi te­le­fon i spraw­dzam, jak się ma moje ko­lano. Jest tro­chę obo­lałe i czer­wone. Chło­pak słu­cha po­le­ceń, od­po­wiada pół­słów­kami na py­ta­nia i w końcu mi go od­daje.

- Anno, wo­lał­bym, że­byś wró­ciła do domu. Chyba masz już do­syć. Her­kus może cię pod­rzu­cić w miej­sce, gdzie je­stem i wró­cimy ra­zem.

Wie­dzia­łam, że to po­wie. Rzu­cam ochro­nia­rzowi za­bój­cze spoj­rze­nie. Wzru­sza ra­mio­nami i wraca do opa­try­wa­nia mo­jego ska­le­cze­nia.

- Mój wie­czór, po­dob­nie jak twój, jesz­cze się nie skoń­czył i wszy­scy cze­kają te­raz na mnie w klu­bie. Idę po­tań­czyć!

- Z roz­cię­tym ko­la­nem? Le­piej znajdź­cie ja­kąś ca­ło­do­bową ap­tekę i zaj­mij się tym.

- Her­kus się już tym za­jął. Bawi się w pie­lę­gnia­aaaarza. Wszystko pod kon­trolą. Daj już spo­kój! - od­po­wia­dam bła­gal­nym to­nem i się pod­no­szę. Z tru­dem, ale się udaje.

- Okej. Rób, jak chcesz, ale nie na­ra­żaj się na in­fek­cję. I nie pij wię­cej.

- Tak, ta­tu­siu - od­po­wia­dam i się roz­łą­czam. Wy­ci­szam i cho­wam do to­rebki te­le­fon.

Wy­obra­żam so­bie te­raz minę mo­jego męża. Jak on tego nie znosi! Chciałby mnie kon­tro­lo­wać na od­le­głość, ale to nie działa. Musi być przez to me­gaw­ku­rzony. Wy­cią­gam po­now­nie ko­mórkę i wy­łą­czam ją zu­peł­nie. Te­raz bę­dzie już zu­peł­nie chory. Apka się wy­łą­czy. Ko­lano prze­staje krwa­wić, a na dru­gim skóra jest tylko odra­pana.

- Prze­stań mu tak o wszyst­kim mel­do­wać! - wy­pa­lam do Her­kusa, kiedy idziemy już ka­wa­łek.

- Prze­cież wiesz, że nie mogę - od­po­wiada zmie­szany.

- Chcesz wię­cej za­ro­bić? To trzy­maj mordę na kłódkę!

- Na­wet tego nie pro­po­nuj!

- Wła­śnie to za­pro­po­no­wa­łam. Po pro­stu nie opo­wia­daj mu szcze­gó­łów albo naj­le­piej nic, je­śli nie pyta. - Na moje słowa aż się wzdryga i ce­dzi onie­śmie­lony:

- Ale prze­cież co­dzien­nie zdaję mu szcze­gó­łowy ra­port o tym, co ro­bi­łaś. To część mo­jej pracy. Jak prze­stanę, to mnie zwolni.

- Li­czę na cie­bie. Do­dat­kowa kasa za­aaaw­sze się przyda - rzu­cam niby od nie­chce­nia, żeby go nie ze­stre­so­wać, i wci­skam mu do kie­szeni ma­ry­narki czte­ry­sta fun­tów, które mia­łam w to­rebce. Nie­ru­cho­mieje, kiedy zbli­żam rękę, ale prze­cież nie do­ty­kam go tak na­prawdę, tylko mu­skam ma­te­riał jego ma­ry­narki.

- Stracę przez cie­bie ro­botę! - wy­pala, kiedy od­su­wam dłoń.

- Nie stra­cisz! - krzy­czę, śmie­jąc się i przy­spie­sza­jąc. Świeże po­wie­trze do­dało mi wi­goru i nie kręci mi się już w gło­wie. Her­kus, nie­za­do­wo­lony, po­dąża za mną w mil­cze­niu. Do­cie­ramy do prze­peł­nio­nego klubu. Sami mło­dzi lu­dzie. I o to cho­dziło!

Mu­zyka jest bar­dzo gło­śna, czuć za­pach potu i jest prze­raź­li­wie go­rąco. Ra­zem z Her­ku­sem prze­ci­skamy się przez gę­sty tłum w po­szu­ki­wa­niu mo­ich lu­dzi. Wi­dzę, że jest cały sztywny i stara się ni­kogo nie do­tknąć. Ja­kaś dziew­czyna pod­cho­dzi do niego i za­pra­sza do tańca. Nie dziwi mnie to, w końcu Her­kus to do­brze zbu­do­wany przy­stoj­niak. Grzecz­nie od­ma­wia. W końcu wi­dzę z da­leka swo­ich. Ma­chają nam, sie­dzą przy ba­rze. Już kiedy się zbli­żam, zga­duję jego syl­wetkę, wy­ła­puję z tłumu jej za­rys. Za­uwa­żam go od razu. Choć jak ni­gdy ma na so­bie modną gar­ni­tu­rową ma­ry­narkę. Stoi ty­łem. Moje ciało wy­syła mi silne sy­gnały. Roz­po­znaję jego ru­chy. Na­no­me­szek na bia­łej skó­rze szyi. Od­dy­cham szyb­ciej, bo już stoję krok za nim. Za­raz będą rzęsy. Roz­ma­wia z chło­pa­kami. Kiedy po­ja­wiam się obok, wła­śnie wy­chyla szota. Od­sta­wia kie­li­szek na bar, na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają. Za­sty­gam. Blond fale i błę­kitne niebo w spoj­rze­niu. Trzeź­wieję w se­kundę i czuję, jak moje serce wy­rywa się do biegu. Co się ze mną dzieje? Unosi brwi, a za­raz za nimi ką­ciki ust.

- Zo­bacz, kto do nas przy­le­ciał! - krzy­czy Marc.

- Hejka, Mała! - wita się.

Wdy­cham go­rące po­wie­trze no­sem i mam tylko jedną ochotę: rzu­cić się mu na szyję, wpaść na jego usta i wró­cić do po­przed­niego ży­cia. Ale nie mogę. Wiem, że wszy­scy na nas pa­trzą, Her­kus też, więc zmu­szam się do pro­stej re­ak­cji.

- Cześć, Lor­can.

Te­raz śmieje się mu cała twarz, tym uśmie­chem, który po­wala. Pa­trzy na moje usta i przy­gryza wargi. Wkłada ręce do kie­szeni spodni, tak jakby bał się, że nie bę­dzie w sta­nie nad nimi za­pa­no­wać i że prze­miesz­czą się za­raz same w moim kie­runku. Do­brze, że gra tu mu­zyka, bo te­raz nikt nic nie mówi i by­łoby sły­chać dzwon, który gra mi gło­śno w piersi.

- A to kto? - Ru­chem głowy wska­zuje na Her­kusa.

- Ochro­niarz Anny. Dasz wiarę? - od­po­wiada za mnie Finn. W klu­bie jest tak gło­śno, że trzeba krzy­czeć, żeby się w ogóle sły­szeć.

- Anny nie można zo­sta­wić sa­mej. Ani na chwilę. Wiem coś o tym - ko­men­tuje i pa­trząc na ochro­nia­rza, przed­sta­wia się: - Lor­can Ma­idley. - Wy­ciąga do niego dłoń.

Chło­pak re­aguje ski­nie­niem głowy. Lor­can cofa rękę zdzi­wiony. Mam na­dzieję, że mój bo­dy­gu­ard nie usły­szał, co po­wie­dział.

- Pi­je­cie? - pyta.

- Ja tak, on nie - ce­dzę.

Za­ma­wiamy dwie ko­lejki. Al­ko­hol, klub, Lor­can. To nie może się do­brze skoń­czyć. Nie ma prawa. Stara ja już o to za­dba. Wiem to, znam się na tyle. Pa­mię­tam jego każdy ruch. Pa­mię­tam jego smak i do­tyk. I pró­buję pa­trzeć w inną stronę, ale nie po­tra­fię. Przy­stojny skur­czy­byk. On też mnie ob­le­pia wzro­kiem. Pi­jemy.

- Tań­czymy? - Suza wy­rywa mnie z kon­tem­pla­cji mo­jego ulu­bio­nego wi­doku. To do­bry po­mysł, my­ślę i wy­bie­gam z nią i z Mo­nicą na par­kiet. Chłopcy zo­stają przy ba­rze. Tań­czymy, a oni na nas pa­trzą, wle­wa­jąc w sie­bie ko­lejne szoty. Po kilku pio­sen­kach do­łą­czają. Od razu przy­po­mi­nam so­bie, że nie po­trafi tań­czyć. Choć pró­bo­wa­łam go na­uczyć. Bez­sku­tecz­nie. Nie ru­sza się pra­wie, stoi i się kiwa. Pod­cho­dzę i ko­ły­szę się te­raz przed nim za­lot­nie. Unosi głowę i pa­trzy na mnie z góry, choć przez te szpilki je­ste­śmy pra­wie że równi. Przy­bliża twarz do mo­jego ucha i mówi:

- Wy­glą­dasz jak mi­lion do­lców.

Uśmie­cham się, a moja prawa ręka do­tyka jego ra­mie­nia. Zbli­żam głowę. Wą­cham go. Pach­nie tak samo: na­tu­ral­nie i młodo. Wzdy­cham, a on za­ci­ska zęby.

- Może wyj­dziemy? - pro­po­nuje, ale nie czeka na moją od­po­wiedź i bie­rze mnie za rękę. Na­sze palce od razu się spla­tają. To też pa­mię­tam.

Wy­cho­dzimy ra­zem przed klub. Her­kus po­dąża za nami i staje w od­le­gło­ści kilku me­trów, zdzi­wiony. Pusz­czam rękę Lor­cana.

- Mo­żesz mu po­wie­dzieć, żeby so­bie po­szedł?

- Nie, ale po­cze­kaj - mó­wię i idę do Her­kusa. Pro­szę go, żeby sta­nął da­lej, tak że­by­śmy go nie wi­dzieli. Od­dala się tro­chę, jed­nak nie tyle, ile bym chciała. Wra­cam do Lor­cana i sia­damy na ka­mien­nym murku, a on wy­ciąga pa­pie­rosa i za­pala.

- Wow. Ob­casy. Ma­ki­jaż. Loki... Nowa ty. Ty tak te­raz na co dzień?

- Nie żar­tuj. - Kręcę głową.

- Sexy! - Strze­puje po­piół i się uśmie­cha.

- Jak to się stało, że przy­le­cia­łeś?

- Po­sta­no­wi­łem, że spraw­dzę na wła­sne oczy, czy to prawda.

- O czym mó­wisz?

- Pi­sa­łaś, że chcesz mnie zo­ba­czyć. Ta­dam! Oto je­stem. - Za­ciąga się i wbija we mnie wzrok. Jego wy­zna­nie mu­ruje mi usta. Przy­le­ciał tu dla mnie? Sie­dzę pięć cen­ty­me­trów od niego i tylko się na niego ga­pię, jak mnie wa­chluje tymi rzę­sami. - Mam na­dzieję, że było warto, bo wy­da­łem wszyst­kie oszczęd­no­ści na bi­let. Słu­cham - za­chęca do zwie­rzeń, a mnie mo­men­tal­nie za­sy­cha w gar­dle. Nie wiem, jak to wy­tłu­ma­czyć, co mu po­wie­dzieć.

- Po pierw­sze, chcia­ła­bym cię prze­pro­sić.

- To już zro­bione. Prze­pro­siny przy­jęte. Wy­ba­czam. Da­lej - po­ga­nia.

Czuję, że robi mi się go­rąco. Czego ja wła­ści­wie chcę? Już raz zruj­no­wa­łam mu ży­cie. Sor­tuję słowa w my­ślach, a on po­na­gla mnie wzro­kiem.

- Co jest? Za­nie­mó­wi­łaś? - Koń­czy pa­pie­rosa.

- Okej. Nie je­stem szczę­śliwa - wy­po­wia­dam te słowa. Jest w tym ja­kaś ulga. - I tę­sk­nię za tobą - do­daję ci­szej, a on uważ­nie słu­cha. Zer­kam na Her­kusa. Przy­gląda się nam, ale za­cho­wuje od­stęp.

- Co z twoim mał­żeń­stwem? - pyta.

- Nie wiem.

- A co z nami?

Wzru­szam ra­mio­nami, spusz­czam głowę. Za­pada ci­sza. Za­sta­na­wiam się, czy my jesz­cze ist­nie­jemy. Czy kie­dy­kol­wiek ist­nie­li­śmy? Moja dłoń spo­czywa obok jego dłoni. Prze­su­wam ją o cen­ty­metr i te­raz na­sze małe palce się do­ty­kają. Tak, ist­nie­li­śmy. Wy­czuwa to i spo­gląda na mnie. Da­lej ist­nie­jemy. Czuję to.

- Nie rób nic głu­piego, bo on wszystko wi­dzi i do­nie­sie o tym Sier­gie­jowi. Będę miała prze­je­bane - ostrze­gam go przez zęby, a mój wzrok ner­wowo błą­dzi gdzieś w od­dali.

- Przy to­bie mam ochotę ro­bić tylko głu­pie rze­czy - od­zywa się i staje na­prze­ciwko. Układa ra­miona na murku po mo­ich obu stro­nach i te­raz je­stem za­mknięta w stwo­rzo­nej przez niego ma­łej prze­strzeni. Pra­wie się do­ty­kamy.

Her­kus za­czyna ner­wowo drep­tać i nie spusz­cza z nas wzroku.

- Po­patrz na mnie - za­czyna.

Pod­no­szę wzrok. Ja sie­dzę, on stoi i na­sze twa­rze są na tej sa­mej wy­so­ko­ści. Czuję jego za­pach. Od­dy­cham nim. Na­piera na moje nogi bio­drami, więc roz­chy­lam je i te­raz się pra­wie do mnie przy­kleja. Wal­czę z od­de­chem, żeby nie przy­spie­szał jak sza­lony. Mam ochotę jęk­nąć z roz­ko­szy tej bli­sko­ści, ale się po­wstrzy­muję. - Nie po­tra­fię jesz­cze czy­tać w my­ślach, więc bę­dziesz mu­siała mi to po pro­stu wy­tłu­ma­czyć. O co cho­dzi? Co ro­bisz?

- Za­pra­co­wuję się na śmierć na dwóch pie­przo­nych fa­kul­te­tach. Za­bi­jam czas ucze­niem się no­wych ję­zy­ków i urzą­dza­niem za du­żego miesz­ka­nia w Pa­ryżu. I jesz­cze mam cho­lerną fun­da­cję i ze­rowe po­ję­cie, jak nią za­rzą­dzać. I czę­sto my­ślę o to­bie. - Te­raz wresz­cie czuję praw­dziwą ulgę.

Lor­can przy­gląda mi się z po­wagą i jego mina mówi mi, że ana­li­zuje moje słowa. Przez tę po­uf­ność czuję, jak do­pada mnie nie­kon­tro­lo­wane pod­nie­ce­nie.

- Nie o to py­ta­łem. Co ro­bisz z nami?

- Ruj­nuję nam ży­cie... Nic się nie zmie­niło - do­daję po ci­chu i czuję, że za­raz albo wy­buchnę, albo się roz­kleję. Wra­cają do­brze mi znane emo­cje. Nie chcę go ra­nić.

Lor­can tylko wzdy­cha.

- Nie wie­dzia­łam, że tu bę­dziesz. Nikt nic mi nie po­wie­dział.

- Bo nikt nie wie­dział - tłu­ma­czy szep­tem. Znów zer­kam w kie­runku Her­kusa, ale nie wie­dzę go te­raz. Znik­nął. Wresz­cie dał nam spo­kój. Tylko na jak długo?

- Co ci się stało? - pyta na­gle z prze­ję­ciem i ota­cza moje ko­lano dłońmi.

- To nic ta­kiego. Prze­wró­ci­łam się wcze­śniej. Spoko, na­prawdę nic mi nie jest.

Na moje słowa marsz­czy brwi, po czym kuca i zbliża twarz do mo­jej nogi. Ob­ser­wuję go z prze­ję­ciem, jak przy­gląda się rance z bli­ska i na­gle po­woli zbliża do niej usta. Ca­łuje de­li­kat­nie otar­cie w tak cu­downy spo­sób, z taką fi­ne­zją i wy­czu­ciem, że za­my­kam oczy, bo czuję ten po­ca­łu­nek na mo­ich ustach. Ostrożny, cie­pły i wil­gotny. Pe­łen mi­ło­ści i do­bra. Je­śli to mnie nie ule­czy, to nic in­nego mi nie po­może. Pod­nosi wzrok i wstaje.

- Przy­kro mi, że cier­pisz. Wi­taj w klu­bie. - Przy­bliża twarz do mo­jej twa­rzy. Te­raz na­sze czoła się do­ty­kają.

Oboje wiemy, że nie mówi o ra­nie. Nie mogę już wy­trzy­mać. Wóz albo prze­wóz. To dziwne, ale oboje w tym sa­mym mo­men­cie od­chy­lamy głowy. Ro­zu­miem, co to ozna­cza. Od­su­wam go i wstaję.

- Zimno. Wra­cajmy do środka - pro­po­nuję.

- Po­cze­kaj! Pa­mię­tasz, jak mnie uczy­łaś tań­czyć? - pyta na­gle i to py­ta­nie zu­peł­nie zwala mnie z nóg, bo oczy­wi­ście, że pa­mię­tam, do­sko­nale pa­mię­tam. Wciąż mam w gło­wie ob­raz, kiedy Lor­can stał nie­pew­nie, boso, w moim po­koju w aka­de­miku. Dał się za­pro­sić na par­kiet, po­zwo­lił, że­bym go przy­cią­gnęła do sie­bie. Usta­wi­łam nas jak do tańca to­wa­rzy­skiego. Jedna ręka na mo­ich ple­cach, a druga trzy­ma­jąca dłoń. Krok w tył, w bok i do przodu. Zbyt skom­pli­ko­wane. Dep­tał moje stopy za każ­dym ra­zem. Par­ska­li­śmy śmie­chem co trzy se­kundy. Udał nam się je­den ob­rót. Dru­gie po­dej­ście było bar­dziej udane. Przy­war­łam do niego cia­sno i tak za­czę­li­śmy się ko­ły­sać w rytm mu­zyki. Po­do­bało mu się, jak kręcę bio­drami, a mnie - jak on się we mnie wpa­truje. Po­ca­łu­nek za po­ca­łun­kiem. Ta­niec skoń­czył się w łóżku, gdzie splą­tani, tań­czy­li­śmy znacz­nie le­piej niż na par­kie­cie.

- Jak mo­gła­bym za­po­mnieć? - od­po­wia­dam, ale bez ra­do­ści, bo do­pada mnie straszna no­stal­gia.

Na­gle Lor­can bie­rze mnie w ra­miona i ko­ły­sze się ze mną jak wtedy. Zwie­szam głowę, bo wiem, co po­winno być póź­niej. Nie ośmielę się te­raz spoj­rzeć mu w oczy. Tań­czymy tak chwilę bez mu­zyki na ze­wnątrz, ob­raca mnie dwa razy, uśmie­cham się, aż w końcu wska­zuje mi drogę i idzie za mną. Po­włó­czę no­gami. Nie mam ochoty tam wra­cać, ale wiem, jak to się skoń­czy, je­śli zo­stanę z nim dłu­żej na ze­wnątrz.

Odu­rza nas smród potu i pi­jac­kich od­de­chów. Idę od razu na par­kiet, żeby wpaść w trans i za­po­mnieć o tym, co po­wie­dzia­łam. Lor­can idzie do baru po szoty. Tak, wię­cej wódki do­brze mi zrobi. Tań­czę. Nie prze­staję. Zni­kam. Chce mi się pła­kać, ale na ra­zie się nie pod­daję. Pul­suję w rytm mu­zyki. Kręcę się, fa­luję, od­pły­wam. Na­gle ktoś chwyta mnie za ra­mię. Od­wra­cam się. Sier­giej. Pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie i za­ci­śnięte usta. Co on tu, do cho­lery ja­snej, robi?! Bie­rze mnie za rękę i cią­gnie w stronę wyj­ścia.

- Wy­cho­dzimy - rzuca.

Roz­glą­dam się do­okoła. Nie wi­dzę Lor­cana, nie wi­dzę mo­ich przy­ja­ciół. Je­stem zła. Wście­kła! Chcę mu się wy­rwać, ale trzyma mnie tak mocno, że nie ma na to szans. W trzy se­kundy je­ste­śmy na po­wie­trzu. Nie pa­nuję nad wła­snym cia­łem. Nie wiem, czy to al­ko­hol, choć nie czuję się pi­jana, czy Sier­giej cią­gnie mnie tak mocno.

- Puść mnie - ce­dzę, pró­bu­jąc się uwol­nić, ale nie re­aguje. - Puść mnie, sły­szysz?! - krzy­czę w końcu.

Kilka osób sto­ją­cych przed klu­bem od­wraca głowy w na­szym kie­runku.

- Wra­camy do domu. Prze­stań się wy­głu­piać! - war­czy.

- Ni­g­dzie z tobą nie wra­cam! - sprze­ci­wiam się, ale on to­tal­nie mnie igno­ruje. Cią­gnie mnie da­lej, miaż­dżąc mi nad­gar­stek. Stę­kam z bólu. Po chwili do­piero, pa­trząc, jak się sza­mo­czę, zwal­nia i mówi przez za­ci­śnięte zęby, nie zwal­nia­jąc uści­sku:

- Ow­szem, wra­casz.

Jego czer­wone fer­rari czeka przed klu­bem. Dwóch mło­dych męż­czyzn stoi obok i robi so­bie z nim zdję­cia. Kiedy nas wi­dzą, zbli­ża­ją­cych się szybko do wozu, prze­cho­dzą na drugą stronę ulicy. Ką­tem oka wi­dzę, jak je­den z nich fil­muje całe zaj­ście te­le­fo­nem. Su­per... Jesz­cze tylko pa­pa­raz­zich tu bra­ko­wało! Zer­kam na Sier­gieja. Jak zwy­kle za­pew­nia dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzinne show, wszę­dzie, gdzie się po­ja­wia. Ten fil­mik za mi­nutę po­jawi się w ne­cie. Jak zo­ba­czy, co ro­bią, wkurwi się już do reszty. Na szczę­ście jest bar­dziej za­afe­ro­wany mną niż nimi. Otwiera drzwi po stro­nie pa­sa­żera. Staję i się nie ru­szam. Na­piera na mnie ra­mie­niem, ła­pie mnie za szyję i zmu­sza, że­bym się schy­liła. Pra­wie wrzuca mnie do sa­mo­chodu. Za­trza­skuje drzwi i wsiada na miej­sce kie­rowcy. Za­pina mi pas, bo da­lej ani drgnę, od­pala wóz i ru­sza z pi­skiem opon. Wbi­jam wzrok w drogę i de­li­kat­nie roz­ma­so­wuję bo­lący nad­gar­stek. Je­dziemy już spory ka­wa­łek, kiedy od­zy­skuję głos.

- Ma­se­rati zo­stało na par­kingu...

- Mam gdzieś ma­se­rati.

- I Her­kus też... - do­daję ci­szej.

Nie re­aguje. Je­dziemy da­lej, nic nie mó­wiąc. Znów chce mi się pła­kać, ale tego nie zro­bię. Nie zła­mię się. Kiedy je­ste­śmy już za mia­stem, Sier­giej na­gle zjeż­dża na po­bo­cze i wy­łą­cza sil­nik. Wy­cho­dzi z sa­mo­chodu i staje opie­ra­jąc się o ma­skę. Za­sty­gam. Sie­dzę w środku, boję się po­ru­szyć. Nie wiem, co chce zro­bić. Jest śro­dek nocy. Na­gle wi­dzę, jak od­dala się w nie­zna­nym kie­runku. Po pro­stu idzie pro­sto przed sie­bie, nie od­wra­ca­jąc się. Znika. Eks­tra.

To jest jego plan? Zo­sta­wić mnie tu w środku nocy? A ja my­śla­łam, że ten sa­mo­chód działa na niego uspo­ka­ja­jąco! Co za bred­nie! Ja mu po­każę! Wrócę do Lon­dynu. Bę­dzie szedł pie­szo do domu! Niech to szlag ja­sny trafi! Prze­sia­dam się na miej­sce kie­rowcy i chcę od­pa­lić, ale nie ma klu­czy­ków. Walę pię­ściami w kie­row­nicę i tak włą­cza się klak­son. Pur­pu­rowy nad­gar­stek przy­po­mina o so­bie ostrym bó­lem. Te­raz trą­bię na ca­łego w szcze­rym polu albo w środku lasu, cho­lera wie, gdzie je­ste­śmy, ale lewą ręką. W końcu wy­cho­dzę z auta i drę się na całe gar­dło:

- Sier­giej! Sier­giej! Wra­caj tu! Sły­szysz?

Ci­sza. Gdy­by­śmy byli już na au­to­stra­dzie, droga by­łaby przy­naj­mniej oświe­tlona, a tak jest cho­lerna ciem­ność! Nie mam po­ję­cia, gdzie je­stem, i boję się od­da­lić od sa­mo­chodu. Te­le­fon! Nic z tego. Brak za­sięgu. Robi mi się zimno. Wra­cam do auta. Cze­kam tam długą chwilę, za­no­sząc się pła­czem i wa­ląc ob­ca­sami w skó­rzaną ta­pi­cerkę, kiedy na­gle drzwi otwie­rają się i moim oczom uka­zuje się Sier­giej. Wsiada na miej­sce kie­rowcy. Je­stem zroz­pa­czona. Mam ochotę go po­bić. Kła­dzie ręce na kie­row­nicy, ale nie od­pala sil­nika. Jest spo­kojny. Pa­trzy na drogę, po­tem na mnie i prze­ma­wia:

- Nie mo­żesz mi tego ro­bić. Drugi raz tego nie zniosę. - Głos mu drży i jesz­cze ni­gdy nie wi­dzia­łam go tak smut­nego. Mam wra­że­nie, że za­raz się roz­pła­cze. Ciemne oczy są przy­ga­szone, jakby szare. Chce, że­bym coś od­po­wie­działa? Wi­dział mnie z Lor­ca­nem? Drugi raz? Czy wie o pierw­szym ra­zie? Pa­trzę na niego prze­ra­żona.

- Jak to drugi raz? O czym ty mó­wisz? Nic złego nie zro­bi­łam. - Wy­ci­skam z sie­bie ner­wo­wym to­nem, a on od­po­wiada:

- Znam to na pa­mięć. Już to prze­ra­bia­łem. Jen­ni­fer też tak ro­biła. Prze­stań, pro­szę.

On ja­kimś cu­dem o tym wie. Bo on za­wsze o wszyst­kim wie. Czuję się jak śmieć. Jak ostat­nia szmata. Naj­chęt­niej wy­rzu­ci­ła­bym się do ko­sza, ze zło­ścią, bez pompy i bez otwie­ra­nia pu­dełka, jak dia­men­tową za­wieszkę w aka­de­miku. Te­raz nie ra­nię tylko Lor­cana. Ra­nię też Sier­gieja. Ża­den ze mnie czło­wiek. Oto ja, be­stia.

Nie­stety, nic wię­cej nie prze­cho­dzi mi przez gar­dło. Tylko kręcę głową i za­kry­wam twarz rę­kami. Jest mi tak bar­dzo wstyd.

Gdy za­jeż­dżamy pod dom, jest trze­cia rano. Po­woli wy­sia­dam z sa­mo­chodu. Szpilki są nie­wy­godne. Zdej­muję je i kuś­ty­kam boso po ka­mien­nych scho­dach. Co za ulga, kiedy moje stopy do­ty­kają zim­nego! Gdy tylko mi­jamy próg domu, za­myka go na klucz i obej­muje mnie za bio­dra. Przy­bliża się i liże moje usta. Za­my­kam oczy, wiem co bę­dzie da­lej, czuję to, kiedy jego gład­kie dło­nie ści­skają moje piersi.

Roz­biera mnie szybko i sku­tecz­nie. Stoję już przed nim naga, choć w holu jest zimno. Na­ci­ska na moje ra­miona, że­bym zni­żyła się i uklę­kła przed nim. Złoty prze­błysk w czar­nym oku. Upa­dam. Moje ko­lana sty­kają się z pod­łogą i wy­daję z sie­bie jęk, bo boli jak cho­lera. Prawe jest spuch­nięte. Sier­giej roz­pina roz­po­rek i chce, że­bym po­sta­wiła mu to, co jesz­cze nie stoi. Ro­bię, co chce, nie sprze­ci­wiam się. Je­stem ro­bo­tem. Mo­ment i już jest go­towy. Pod­nosi mnie, ob­raca ty­łem, opiera o po­ręcz scho­dów i ła­pie rę­kami za bio­dra. Wy­pi­nam się i za­pie­ram. Wcho­dzi we mnie i od razu przy­spie­sza. Jego ru­chy są szyb­kie. Te­raz jego jedna ręka przy­trzy­muje mnie za kark, a prze­cież nie ucie­kam. Nie mam za­miaru. Jest mi do­brze, na­pię­cie wzbiera już we mnie stop­niowo, ale pew­nie. Sły­chać tylko ude­rze­nia jego bio­der o moje po­śladki, poza tym pa­nuje tu ci­sza. Za­czy­nam od­dy­chać gło­śno, żeby ją za­bić. On też do­łą­cza do mnie i te­raz prze­krzy­ku­jemy się na­wza­jem. Kiedy już pra­wie osią­gam or­gazm, moja ręka oparta na po­rę­czy na­gle ze­śli­zguje się z niej i upa­dam ciężko na schody. Upa­damy ra­zem. Przy­gniata mnie. Wyję z bólu. Szybko się pod­nosi. Chyba skru­szy­łam ko­lano na drobne ka­wałki. Mam wra­że­nie, że wbi­łam w nie ty­siąc igieł. Prze­ni­kliwy ból prze­cho­dzi przez całą nogę, ale Sier­giej zniża się i ła­pie mnie znowu.

- Prze­stań! - mó­wię, bo te­raz całe ciało za­czyna mnie bo­leć, przy­gnie­cione do drew­nia­nych scho­dów. Mu­szę wy­pro­sto­wać nogę.

- Jesz­cze z tobą nie skoń­czy­łem - ce­dzi przez zęby koło mo­jego ucha. Za­czyna raz jesz­cze, nie prze­rywa.

Ude­rzam czo­łem o twarde drewno. Udaje mi się pod­ło­żyć jedną rękę, że­bym nie obi­jała się od kra­wę­dzi scho­dów. Bo wiem, że jego już nic te­raz nie po­wstrzyma. Cze­kam, aż skoń­czy, a kiedy ma dość, pró­buję po pro­stu się ob­ró­cić, ale nie mogę. Je­stem bez sił. Jesz­cze jedna próba. Uno­szę się i wspie­ram na jed­nym ra­mie­niu, prze­krę­cam i wtedy tracę rów­no­wagę i zjeż­dżam w dół. To tylko cztery schodki, ale mam wra­że­nie, że spa­dłam z dru­giego pię­tra. Krzy­czę z bólu. Sier­giej pod­ska­kuje i się zbliża.

- Na mi­łość bo­ską, co się z tobą dzieje? - pyta po­iry­to­wany.

- Chyba zła­ma­łam ko­lano - Pisz­czę z bólu.

- Jak to zła­ma­łaś? Mó­wi­łaś, że nic ci nie jest! - Zniża się i pa­trzy na moje nogi.

- Nie wtedy. Te­raz!

- Jak to te­raz? - Son­duje i prze­cze­suje ręką włosy. Przy­gląda mi się chwilę w ci­szy, kiedy pró­buję od­dy­chać spo­koj­nie, żeby prze­stało tak pul­so­wać. Bie­rze mnie na ręce i ostroż­nie za­nosi do po­koju. Kła­dzie de­li­kat­nie na łóżku.

Czuję, że prze­sią­kłam odo­rem z tego klubu: pot, al­ko­hol i pa­pie­rosy. Ohyda! Do­cho­dzi do tego jesz­cze za­pach krwi. Rzu­cam okiem na ko­lano. Krwawi. Sier­giej po chwili wraca z gazą, ban­da­żem i ja­kimś sprayem, który za­raz pew­nie wy­żre mi ranę. Za­po­bie­gaw­czo za­ci­skam po­wieki, ale nie pie­cze. Mąż oczysz­cza wszystko i robi mi opa­tru­nek. Po­tem idzie pod prysz­nic i za­sy­pia, kiedy tylko przy­kłada głowę do po­duszki. Ja roz­pa­mię­tuję naj­pierw cały wie­czór i za­my­kam oczy do­piero nad ra­nem.

Bu­dzę się i mam wra­że­nie, że prze­spa­łam cały dzień. Kiedy się po­ru­szam, wszystko mnie boli, a naj­bar­dziej głowa. Szu­kam te­le­fonu, lecz przy­po­mi­nam so­bie, że jest wy­łą­czony w to­rebce od wczo­raj. Sier­gieja nie ma obok, wo­łam go, ale nie od­po­wiada. Pew­nie jest na dole ra­zem z moją to­rebką i te­le­fo­nem. Pod­no­szę się po­woli i sia­dam na brzegu łóżka. Boli. Spraw­dzam ko­lana. Lewe tro­chę cią­gnie, ale da się prze­żyć, cho­ciaż jego ko­lor mówi coś in­nego. Prawe pul­suje ostrym bó­lem przy każ­dym ru­chu i nie wiem, czy będę w sta­nie sta­nąć na tej no­dze. Jesz­cze raz pró­buję do­wo­łać się Sier­gieja. Bez skutku. Mu­szę wstać. Kiedy pró­buję się unieść, wcho­dzi do po­koju.

- Nie wsta­waj! - roz­ka­zuje.

Opa­dam na łóżko, ję­cząc z bólu. Kręci mi się w gło­wie. Pa­trzy na mnie prze­ra­żony i oce­nia ner­wo­wym to­nem:

- Jezu, Anna, nie wy­glą­dasz do­brze.

Nie wiem, dla­czego tak mówi, ale pew­nie ma ra­cję. Nie in­te­re­suje mnie to te­raz, bo mam inny pro­blem: mu­szę się do­stać do ubi­ka­cji.

- Po­móż mi dojść do ła­zienki - pro­szę.

Za­bra­nia mi iść, za­nosi mnie tam. Na­wet wtedy czuję ból w ko­la­nie. Nie, nie tylko w ko­la­nie. Wszę­dzie.

Sier­giej zo­sta­wia mnie samą, a po chwili pa­trzę na sie­bie w lu­strze i za­mie­ram. Mam ciało po­kryte siń­cami. Je­den z nich jest na czole, inne na ręce i na brzu­chu. To przez schody. Prawe ko­lano jest więk­sze od le­wego. Choć lewe też jest fi­le­towe. Mam pod­krą­żone oczy i po­plą­tane włosy. Ale naj­go­rzej wy­gląda mój prawy nad­gar­stek. Jest po pro­stu spuch­nięty i ma pur­pu­ro­wo­fio­le­tową barwę. Gdy nim po­ru­szam, ostry prąd prze­cho­dzi mi od dłoni do szyi. Sta­ram się nie ję­czeć. Po­tem bła­gam o ką­piel i o je­dze­nie.

Sier­giej jest do mo­ich usług. Daje mi leki prze­ciw­bó­lowe i prosi, że­bym zgo­dziła się na le­ka­rza. Chyba nie mam wyj­ścia. Kiedy oka­zuje się, że jego le­karz nie może przy­je­chać, za­biera mnie do szpi­tala. Ko­lano nie może cze­kać.

Od­zy­skuję ko­mórkę i w dro­dze włą­czam apa­rat. Mało nie pęka w szwach od liczby nie­prze­czy­ta­nych wia­do­mo­ści. Wszy­scy moi zna­jomi chcą wie­dzieć, gdzie prze­pa­dłam, a Lor­can żąda wręcz wy­ja­śnień. Jego ostat­nia wia­do­mość brzmi:

Lor­can Ma­idley: Przy­się­gam, je­śli się nie ode­zwiesz ju­tro, przy­jadę do Cie­bie, bo wiem, gdzie miesz­kasz. Wszy­scy wie­dzą.

Od­pi­suję szybko i zwięźle, bo nie chcę przy­cią­gać uwagi pro­wa­dzą­cego.

Anna Ta­re­dov: Sier­giej mnie ode­brał nie­spo­dzie­wa­nie z wczo­raj­szej im­prezy. Sorry. Te­raz jadę do szpi­tala z ko­la­nem. Po­gor­szyło się. Do kiedy zo­sta­jesz?

Lor­can Ma­idley: Wy­koń­czysz mnie.

Lor­can Ma­idley: Mam sa­mo­lot dziś wie­czo­rem.

Anna Ta­re­dov: Za­dzwo­nię.

Lor­can Ma­idley: Cze­kam.

Wy­sy­łam też wia­do­mość Her­ku­sowi, który ma dziś wolne. Py­tam, czy po­wie­dział Sier­gie­jowi, że wi­dzia­łam się z Lor­ca­nem. Od­pi­suje, że nie. Wy­łą­czam te­le­fon. Za­jeż­dżamy na miej­sce. Sier­giej przy­pro­wa­dza wó­zek in­wa­lidzki i za­wozi mnie na po­go­to­wie. Cze­kamy długo. W ga­bi­ne­cie le­kar­skim młoda pani dok­tor rzuca na nas okiem i prosi męża, żeby wy­szedł. Gdy pyta, co się stało, tłu­ma­czę jej, że wczo­raj się upi­łam i upa­dłam dwa razy na ko­lana. Każe mi się ro­ze­brać i ogląda mnie całą. Po oglę­dzi­nach woła drugą le­karkę. Te­raz mam przed sobą cztery pary oczu przy­glą­da­jące się mi z uwagą i współ­czu­ciem.

- W wy­padku pani ob­ra­żeń prawo na­ka­zuje nam za­py­tać, czy zo­stała pani po­bita.

- Nie, nikt mnie nie po­bił. Było tak, jak mó­wi­łam.

- Cza­sami czło­wiek upija się tak, że nie pa­mięta do­brze, albo nie pa­mięta wcale, co się stało. Czy tak mo­gło być w pani przy­padku?

- Nie, wy­pi­łam tylko tro­chę. - Pod­no­szę wzrok i ska­nuję ich twa­rze.

Są prze­jęte.

- Po­bi­cie to prze­stęp­stwo. Jest pani pewna, że żadne osoby trze­cie nie są za­an­ga­żo­wane?

- Je­stem pewna. Ab­so­lut­nie nie - chrzą­kam, by po­zbyć się chrypki. Chcę, żeby było to ja­sno sły­chać.

- Pani nad­gar­stek mówi coś in­nego.

Za­pada ci­sza. Spo­glą­dam na prawą rękę. Rze­czy­wi­ście, wi­dać, że nie mo­głam so­bie tego zro­bić, upa­da­jąc. Przy­gry­zam wargę i gło­śno wzdy­cham. Star­sza le­karka siada na­prze­ciwko mnie, zdej­muje la­tek­sowe rę­ka­wiczki, które za­ło­żyła do ba­da­nia, po czym zwraca się do mnie cie­płym gło­sem:

- Czy pani mąż jest od­po­wie­dzialny za po­bi­cie? Ten, który tu pa­nią przy­wiózł?

- Nie... Nikt mnie nie po­bił. - Sta­ram się, żeby to za­brzmiało wia­ry­god­nie. Pa­trzę na nie, a one wy­mie­niają po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie.

- Bę­dziemy mu­siały na­pi­sać szcze­gó­łowy ra­port - od­zywa się druga. - I obo­jęt­nie, co pani tu te­raz po­wie, i tak spraw­dzi to po­li­cja.

- Po­li­cja? My­śla­łam, że obo­wią­zuje was ta­jem­nica le­kar­ska! - Wzdry­gam się.

- Tak, ale do­ty­cząca tylko tego, co się tu mówi. Ob­ra­że­nia są jawne, bo zgło­siła się pani na po­go­to­wie. Pro­szę się uspo­koić. Mo­żemy pani za­pew­nić bez­pie­czeń­stwo, je­żeli spo­dziewa się pani kon­se­kwen­cji ze strony męża. To ty­powe.

Mam ochotę stam­tąd wy­biec, ale przez ko­lano nie mogę.

- Ni­czego nie pod­pi­szę - mó­wię, co tylko je upew­nia w tym, że mają ra­cję.

Wi­dzę to i ła­pię się za głowę. Mu­szę za­cząć się za­sta­na­wiać, za­nim coś po­wiem.

- Mój mąż ni­gdy nie zro­biłby mi krzywdy.

- Skąd ta pew­ność?

- Bo mnie ko­cha i chroni.

Nie po­tra­fię już po­wstrzy­mać łez i po­zwa­lam im wy­pły­nąć spod zmę­czo­nych po­wiek. Pa­trzą na mnie z li­to­ścią.

- Je­śli po­trze­buje pani czasu, po­cze­kamy. Mo­żemy też zle­cić ob­duk­cję gi­ne­ko­lo­giczną, je­żeli jest taka po­trzeba.

- Nie, nie ma - udaje mi się wy­mó­wić, choć za­no­szę się już pła­czem na ca­łego, bo przy­po­mi­nam so­bie scenę na scho­dach.

Po­dają mi chu­s­teczki. Co ja na­ro­bi­łam? To na­prawdę kiep­sko wy­gląda. Po kilku mi­nu­tach, kiedy udaje mi się uspo­koić, a one są za­jęte wy­peł­nia­niem do­ku­men­tów, py­tam, pod­no­sząc głowę:

- Czy mogę już iść? Mo­że­cie za­wo­łać mo­jego męża?

- Ta­kich rze­czy nie po­winno się tak zo­sta­wiać. Po­wi­nien po­nieść kon­se­kwen­cje.

- Upa­dłam, bo by­łam pi­jana - ce­dzę i za­czyna mi bra­ko­wać cier­pli­wo­ści.

- Oczy­wi­ście... Ro­zu­miemy - od­po­wiada ta star­sza. Po jej gło­sie wiem, że mi nie wie­rzy. Trudno. Wy­syła mnie na rent­gen, który ro­bię na miej­scu.

Ba­da­nie wy­ka­zuje tylko mocne stłu­cze­nie. Do­staję ma­ści i leki prze­ciw­bó­lowe. Mam unie­ru­cho­mić nogę na ty­dzień. Sier­giej nie ro­zu­mie mo­ich łez, kiedy wraca po mnie do ga­bi­netu.

- Co się stało?

- Chodźmy już. Opo­wiem ci w sa­mo­cho­dzie.

Po­wstrzy­muję się od pła­czu i gdy tylko za­my­kamy drzwi auta, za­czy­nam, ści­sza­jąc głos i ukry­wa­jąc emo­cje, w ra­zie gdyby ktoś nas ob­ser­wo­wał czy na­gry­wał.

- One my­ślą, że mnie po­bi­łeś!

Od­suwa dłoń od sta­cyjki, choć już mie­li­śmy ru­szać. Ze zdzi­wie­nia za­styga. Na­wet o nic nie pyta.

- Zro­biły oglę­dziny i uznały, że to ty i że boję się przy­znać - kon­ty­nu­uję. - Chciały ro­bić ob­duk­cję gi­ne­ko­lo­giczną, ale się nie zgo­dzi­łam.

Da­lej nic nie mówi, pa­trzy na mnie te­raz okrą­głymi oczami.

- Po­wie­działy, że zaj­mie się tym po­li­cja, bo wy­gląda to na prze­stęp­stwo, na po­bi­cie... - szep­czę.

- I co im po­wie­dzia­łaś? - pyta, pa­trząc na mnie z prze­ra­że­niem.

- Prawdę, że upa­dłam, że to był wy­pa­dek.

Przez chwilę nikt nic nie mówi. Sier­giej prze­łyka gło­śno po­wie­trze i do­tyka de­li­kat­nie mo­jej twa­rzy. Gła­dzi mój po­li­czek i wpa­truje się we mnie jak w ob­ra­zek. Ca­łuje mnie w czoło i wy­daje mi się, że ma wil­gotne oczy. Jego te­le­fon nie prze­staje dzwo­nić, ale Sier­giej nie od­biera, tylko go wy­ci­sza. Prze­kręca w końcu klu­czyk w sta­cyjce i ru­szamy. Zmie­nia kąt pa­trze­nia i nie do­strze­gam te­raz jego oczu, nie wiem, czy pła­cze, czy mi się prze­wi­działo. Nie py­tam. W domu nie­sie mnie na ka­napę i za­czyna:

- Prze­pra­szam cię za wczo­raj.

Spo­glą­dam na niego i przy­ta­kuję bez słowa, bo za­sta­na­wiam się, które z nas jest bar­dziej winne tej sy­tu­acji.

- Prze­pra­szam, że cię zmu­si­łem do opusz­cze­nia lo­kalu i za to na scho­dach...

Nie od­po­wia­dam. Za­le­wam się łzami, choć nie chcę, choć mam tego do­syć.

- Obie­caj mi, że o tym za­po­mnimy. Kiedy się obu­dzimy ju­tro rano, wszystko bę­dzie jak przed­tem.

- Okej.

- Zo­stań ze mną, nie od­chodź, bła­gam - do­daje na­gle. Uno­szę wzrok, spo­glą­dam na niego. Pierw­szy raz o coś błaga.

- Zo­staję - za­pew­niam od razu szep­tem, bo do­brze wiem, że nie po­tra­fi­ła­bym od niego odejść.

- Ko­cham cię. Tak bar­dzo cię ko­cham. Wiesz o tym? Nie mogę znieść my­śli, że mógł­bym cię stra­cić, stąd moje za­cho­wa­nie w klu­bie... Choć to ni­czego nie tłu­ma­czy. Wy­bacz mi.

- Wy­ba­czam.

Za­sy­piam na ka­na­pie w jego ob­ję­ciach. Na drugi dzień czuję się jesz­cze go­rzej. Wszystko boli jesz­cze bar­dziej i mar­twię się, co bę­dzie da­lej. Co bę­dzie z nami? Przy­po­mi­nam so­bie, że mia­łam za­dzwo­nić do Lor­cana i tego nie zro­bi­łam. Pi­szę do niego wia­do­mość, ale ka­suję za każ­dym ra­zem tuż przed wy­sła­niem. Żadne słowa nie są dość do­bre, żeby wy­ra­zić, co te­raz czuję. Wy­sy­łam w końcu:

Anna Ta­re­dov: Prze­pra­szam, ko­chany.

I wy­łą­czam te­le­fon. Przez na­stępne cztery dni Sier­giej nie cho­dzi do pracy. Za­ła­twia wszystko z domu przez kom­pu­ter. To pierw­szy raz od czasu na­szej po­dróży po­ślub­nej. Zaj­muje się mną, jest miły i czuły. Udaje nam się na­wet obej­rzeć ra­zem film, ko­me­dię ro­man­tyczną, choć za­sy­pia przed koń­cem, a ja nie chcę go bu­dzić.

Do­sta­jemy we­zwa­nie na ko­mendę. Je­dziemy tam ra­zem. Py­tają, czy chcę zło­żyć do­nie­sie­nie o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa. Od­po­wia­dam, że nie. Dwa prze­słu­cha­nia. Jedno ra­zem, jedno osobno. Jesz­cze kilka po­ni­ża­ją­cych py­tań i wra­camy w mil­cze­niu do domu. Chcę wy­ma­zać to z mo­jej pa­mięci. On też tego chce, więc sta­ram się, jak mogę. Od­dy­cham głę­boko. Me­dy­tuję. Może się uda.

W pierw­szy dzień po­wrotu do pracy Sier­giej dzwoni do mnie pod wie­czór ze swo­jego biura w Lon­dy­nie i za­czyna zmar­no­wa­nym gło­sem:

- Ogniwa fo­to­wol­ta­iczne, które te­sto­wa­li­śmy przez ostat­nie trzy mie­siące, nie zdały eg­za­minu.

- Dla­czego? - py­tam z re­zy­gna­cją.

- Mimo ol­brzy­miej po­wierzchni i tych row­ków, które ka­za­li­śmy zro­bić na lu­strza­nej pły­cie, nie wy­twa­rzają wy­star­cza­jąco dużo ener­gii. Glony roz­mna­żają się za wolno. Cały pro­ces jest śla­ma­zarny... Nie tego szu­kamy. Mu­simy za­cząć od nowa. Wy­pró­bo­wać inne. - Wy­pusz­cza gło­śno po­wie­trze ustami. Naj­wy­raź­niej na­wet jego nie­koń­cząca się cier­pli­wość i opa­no­wa­nie mają jed­nak gra­nice.

- A nie można po pro­stu ulep­szyć tych? - Sta­ram się za­brzmieć naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nie, jak tylko się da.

- Można, ale zaj­mie to ko­lejny rok lub dwa. Nie mamy tyle czasu...

- Ro­zu­miem.

Kiedy za­sta­na­wiam się, co po­wie­dzieć, żeby go po­cie­szyć, oznaj­mia:

- Mu­szę tam je­chać oso­bi­ście na zmianę tej in­sta­la­cji.

- Gdzie? - Nie mam po­ję­cia, gdzie w ogóle te­stuje te całe algi... Pew­nie gdzieś w Ro­sji.

- Wiesz, że nie mogę ci tego te­raz po­wie­dzieć. To tajne in­for­ma­cje - od­po­wiada spo­koj­nie. Moje py­ta­nia mu­szą mu się wy­da­wać nie na miej­scu.

- Okej... Ro­zu­miem. Kiedy wró­cisz? - Może cho­ciaż to nie jest Top Se­cret...

- Naj­póź­niej za cztery dni, może pięć, je­żeli znów coś się spie­przy...

Nie wra­cam na ra­zie na wy­kłady. Cze­kam, aż wszyst­kie si­niaki, szcze­gól­nie te wi­doczne na­wet w ubra­niu, się za­goją. Nu­dzę się w domu i dla­tego po­sta­na­wiam zła­mać jedną z za­sad, na które przy­sta­łam z Sier­gie­jem. Po dwóch la­tach nie­obec­no­ści wra­cam na por­tale spo­łecz­no­ściowe. Otwie­ram konto in­sta­gra­mowe. Sta­rego już nie ma. Chyba mnie usu­nęli, bo nie mogę się tam do­stać. Za­kła­dam nowe. Wy­sy­łam za­pro­sze­nia do wszyst­kich mo­ich no­wych zna­jo­mych. Do Lor­cana też. Nie od­pi­sał mi na moją ostat­nią wi­do­mość, ale wi­dzę, że ją od­czy­tał. Wszy­scy, bez wy­jątku, dają mi do­stęp. Scrol­luję z prze­ję­ciem pro­fil Ma­idleya. Ma setki zdjęć i sześć ty­sięcy ob­ser­wu­ją­cych. Jest bar­dzo ak­tyw­nym użyt­kow­ni­kiem. Sin­glem. Na więk­szo­ści zdjęć jest z dziew­czy­nami, na im­pre­zach, w róż­nych miej­scach w su­mie, bawi się, używa ży­cia. Wi­dać ich ro­ze­śmiane twa­rze, gry­masy, na kilku się ca­łują. Na każ­dym z inną. Dwa dni temu wsta­wił zdję­cie ze swo­jego uni­werku ze śliczną, czarną la­ską. Piją ra­zem kawę, śmiesz­nie marsz­cząc nosy. Pod­pi­sane #naj­lep­sza kawa z Coco. Pie­przony Ca­sa­nova!

Do­cho­dzę do zdjęć z na­szej epoki i spraw­dzam zde­ner­wo­wana, czy mnie nie uwiecz­nił. Na szczę­ście nie. Tak. Jest jedna na­sza fotka. To frag­ment na­szych tu­łowi, szyi w su­mie, przy­kle­jo­nych do sie­bie, kiedy sie­dzia­łam wtu­lona w niego na nie­bie­skim fo­telu. Obok na­sze wy­cią­gnięte dło­nie, moja i jego, sple­cione ra­zem. Nie wi­dać na­szych twa­rzy. Wi­dać tylko te frag­menty na­szych ciał, przy­tu­lo­nych, w ubra­niu. #love Po­lu­bione czte­rema ty­sią­cami ser­du­szek. W tym moim.

Po po­łu­dniu, kiedy wy­mie­niam in­for­ma­cje z Suzą i Mo­nicą i kła­mię, że je­stem chora, jedna z nich prze­syła mi fil­mik, pod­pi­sany:

Nie wiem, czy wiesz, ale krąży to po sieci od kilku dni. Wszy­scy to już wi­dzieli.

Kli­kam na wi­deo. To czter­na­sto­se­kun­dowy film, na któ­rym wi­dać, jak Sier­giej zmu­sza mnie do wej­ścia do sa­mo­chodu pod klu­bem w Lon­dy­nie. Jak cią­gnie mnie za nad­gar­stek, a ja pró­buję ha­mo­wać, a po­tem wrzuca mnie do środka, i jak od­jeż­dżamy z pi­skiem opon. Na­wet nie spraw­dzam, ile to ma wy­świe­tleń. Wy­łą­czam te­le­fon. Te­raz, w tym mo­men­cie, mam ochotę umrzeć. Na samą myśl, że Lor­can to oglą­dał... Po­tem za­sta­na­wiam się, jak to usu­nąć. Nie mam po­ję­cia, ale Sier­giej to pew­nie wie. Je­żeli mu o tym po­wiem, zaj­mie się tym, ale też do­wie, że mam z po­wro­tem konto na In­sta­gra­mie. Trudno. Musi to ja­koś prze­żyć. Wszy­scy mają tam konto. Wszy­scy oprócz niego.

Naj­pierw za­sta­na­wiam się, jak i kiedy mu o tym po­wie­dzieć, ale po czwar­tym obej­rze­niu tego hor­roru wy­sy­łam mu po pro­stu samo na­gra­nie w wia­do­mo­ści bez ko­men­ta­rza. Do sa­mego wie­czora nie od­po­wiada, więc po dzie­więt­na­stej do niego dzwo­nię. Ma wy­łą­czony te­le­fon, od razu od­pala się au­to­ma­tyczna se­kre­tarka. Wtedy przy­cho­dzi mi na myśl Molly. Od­biera z uśmie­chem w gło­sie:

- Anna! Jak miło cię sły­szeć! Co mogę dla cie­bie zro­bić?

- Wi­taj, Molly. Szu­kam Sier­gieja.

- Jest te­raz na ze­bra­niu. Kiedy się skoń­czy, po­wiem mu, że dzwo­ni­łaś. Coś jesz­cze?

- Na ze­bra­niu? My­śla­łam, że jest na wy­jeź­dzie.

- Wró­cili dziś rano. Czy to coś pil­nego?

- Nie. Dzię­kuję, Molly. Do­bra­noc.

Wró­cił rano, ale od razu po­je­chał do biura. Na­wet nie wstą­pił do domu. Nie poj­muję tego. Jego asy­stentka wie le­piej ode mnie, gdzie jest i co robi. Lor­can Ma­idley wy­syła mi wia­do­mość pry­watną na In­sta­gra­mie.

@Lor­can: Dla­czego z nim jesz­cze je­steś?

@Anna: Cześć.

@Lor­can: Nie mogę uwie­rzyć, że zga­dzasz się na ta­kie trak­to­wa­nie.

@Anna: Nie wierz we wszystko, co wi­dzisz w sieci.

@Lor­can: Fakty. Mam oczy. Chcesz mi po­wie­dzieć, że ten fil­mik spod klubu to fake? I że to nie on Cię tam cią­gnie do wozu jak psa? On od po­czątku robi z Tobą, co chce, a Ty się temu pod­da­jesz. Ni­gdy nie sta­wiasz oporu? Jak nie Ty...

@Anna: Nie znasz na­szego ży­cia.

@Lor­can: Nie mu­szę znać szcze­gó­łów, żeby zro­zu­mieć, że to on o wszyst­kim de­cy­duje.

Czuję, jak serce mi przy­spie­sza. Nie mam ochoty się przy­zna­wać do prawdy.

@Anna: Nie mam za­miaru Ci się z tego tłu­ma­czyć.

@Lor­can: To on się po­wi­nien tłu­ma­czyć.

@Anna: Prze­stań, pro­szę. Nie znasz sy­tu­acji.

@Lor­can: Dla­czego na to po­zwa­lasz? Ten chuj nie jest Cie­bie wart.

Nie od­pi­suję. Pła­czę.

Sier­giej po­ja­wia się po dwu­dzie­stej dru­giej. Wy­gląda na wy­koń­czo­nego. Wcho­dzi do sa­lonu, gdzie sie­dzę sku­lona na ka­na­pie z książ­kami. Pró­buję się uczyć, choć trudno mi się sku­pić. W su­mie udaję, że coś ro­bię. Pod­cho­dzi bez słowa i bie­rze moją dłoń, ogląda zie­lo­no­żółty nad­gar­stek i ca­łuje go ostroż­nie. Po­tem ca­łuje mnie w czoło. Pew­nie wi­dział ten fil­mik, dla­tego nic nie mówi. Siada na ziemi i kła­dzie głowę na mo­ich ko­la­nach. Bez słowa. Za­ta­piam palce w jego wło­sach, gła­dzę, lekko dra­pię. Za­myka oczy i mru­czy. Wzdy­cha.

- Wi­dzia­łeś? - py­tam w końcu.

- Wi­dzia­łem. Przy­kro mi. Kiedy to zo­ba­czy­łem, zda­łem so­bie sprawę, co zro­bi­łem. Prze­pra­szam cię. Bła­gam, wy­bacz mi. Nie wiem, co we mnie wstą­piło. - Otwiera oczy i spo­gląda na mnie zmę­czo­nym spoj­rze­niem. Znowu błaga. To już drugi raz w tym ty­go­dniu.

- Można to ja­koś usu­nąć?

- Moi lu­dzie już nad tym pra­cują.

Szkoda, że nie można wy­ze­ro­wać też mo­jej pa­mięci. Wy­ma­zać raz na za­wsze. Po­tem opo­wiada mi o no­wej in­sta­la­cji, jesz­cze o pracy i że ten week­end bę­dziemy ra­zem w domu. Cie­szę się. Pla­nuję pizzę i filmy. Ale te­raz chce mi się lo­dów. Naj­le­piej cze­ko­la­do­wych. Idę do kuchni i wra­cam z peł­nym pu­del­kiem i dwoma ły­żecz­kami. Kręci głową. Jem sama. Gdy od­sta­wiam, ca­łuję go.

- O, py­cha - mówi szep­tem, kiedy na­sze usta od­da­lają się na chwilę. - Nie za­słu­guję na cie­bie. Nie wiem, dla­czego mnie ko­chasz... Jak w ogóle to jesz­cze moż­liwe? - do­daje, pa­trząc mi głę­boko w oczy.

Lor­can też za­sta­na­wia się nad tą kwe­stią, my­ślę.

- Pa­mię­taj, że ko­cha się za nic - szep­czę, a on za­trzy­muje się na mo­ment i pa­trzy na mnie z po­ważną miną.

W końcu do­daje, przy­kle­ja­jąc swój nos do mo­jego nosa:

- Nie znam wspa­nial­szej osoby na świe­cie niż ty. Dzię­kuję, że je­steś.

- Ko­chaj się ze mną - pro­szę.

- Wszystko cię pew­nie jesz­cze boli.

- Nie. Już nie.

Za­czy­nam roz­pi­nać jego ko­szulę. Ko­chamy się na ka­na­pie w sa­lo­nie tak de­li­kat­nie i po­woli, jak lu­bię.

W so­botę rano Sier­giej z no­gami za­ło­żo­nymi na fo­tel ska­cze po ka­na­łach, le­ni­wie spo­glą­da­jąc na ekran. Rzadki wi­dok! Na­gle za­trzy­muje się na jed­nym z nich, gdzie mó­wią coś o Ne­xto­il­glo­bal. To ta ame­ry­kań­ska firma, w któ­rej Ste­ven Mac Roye ma naj­więk­sze udziały. Spoj­rze­nie Sier­gieja po­waż­nieje, mój mąż słu­cha, co mówi dzien­ni­karka. Do­pi­jam kawę, ale na­zwa Ne­xto­il­glo­bal i zwią­zane z nią na­zwi­sko Mac Roye'a nie po­zwa­lają mi już się sku­pić na ni­czym in­nym. Ob­le­wam się kawą. Sier­giej, nie prze­sta­jąc pa­trzeć w te­le­wi­zor, mówi do mnie, uprze­dza­jąc moje py­ta­nie:

- Ne­xto­il­glo­bal pro­wa­dzi swoje naj­więk­sze in­te­resy w Ro­sji, sku­pują ropę i gaz od ro­syj­skich pod­wy­ko­naw­ców po za­ni­żo­nych ce­nach. - Znów czyta w mo­ich my­ślach, prze­cież na­wet nie otwo­rzy­łam ust! - To praw­dziwy wy­zysk tego kraju. Nie mogę już na to pa­trzeć. Ostat­nio wy­ku­pili czter­dzie­ści pro­cent udzia­łów w ro­syj­skiej fir­mie eks­plo­atu­ją­cej łupki ro­po­no­śne na Sy­be­rii, tym sa­mym za­pew­nia­jąc so­bie stra­te­giczny so­jusz z ro­syj­skim rzą­dem... Można się wściec.

- To dla­czego ro­syj­skie firmy się na to go­dzą, skoro ceny od­sprze­da­wa­nych su­row­ców są za­ni­żone? - py­tam, pró­bu­jąc zmyć plamę mo­krą ścierką, ale to ją tylko roz­ciera.

- Ta­kie sy­tu­acje sprzy­jają zmia­nie sta­tusu firmy z kra­jo­wego przed­się­bior­stwa na świa­to­wej rangi kor­po­ra­cję, ro­biącą in­te­resy z ame­ry­kań­skim li­de­rem. Ro­zu­miesz? Jed­no­cze­śnie to po­zwala im wejść do czo­łówki świa­to­wych firm wy­do­by­wa­ją­cych ropę czy gaz. To dla nich pre­stiż. To po pro­stu się opłaca, bo za pre­sti­żem idą pie­nią­dze, wpływy i cała reszta... Ręce opa­dają... - do­daje za­wie­dziony.

- Czyli ten Ne­xto­il­glo­bal jest naj­więk­szym wy­do­bywcą ropy na świe­cie?

- Wśród pry­wat­nych firm tak. Ale naj­wię­cej ropy wy­do­by­wają pań­stwowe kon­cerny. Ak­tu­al­nie, na pierw­szym miej­scu jest oczy­wi­ście Ara­bia Sau­dyj­ska, ale to już zu­peł­nie inna bajka... Te­raz mu­szę wy­ko­nać parę te­le­fo­nów, wy­bacz mi - koń­czy i idzie do swo­jego biura, rzu­ca­jąc mi mały uśmiech, kiedy jest przy drzwiach.

Wzdy­cham głę­boko i wra­cam do plamy, ale za­le­d­wie po mi­nu­cie do­staję te­le­fon z fun­da­cji. Se­kre­tarka in­for­muje mnie, że pró­bo­wał się ze mną skon­tak­to­wać ktoś w spra­wie da­ro­wi­zny i że dała mu ad­res mej­lowy. Spraw­dzi­łam skrzynkę, ale ni­czego nie ma.

Fun­da­cja po­woli za­czyna dzia­łać w kilku kra­jach. Je­stem z tego dumna. Za­czyna mi się po­do­bać, co ro­bię, choć zaj­muje sporo czasu. Ale faj­nie jest po­ma­gać in­nym. Ja­koś udaje mi się wresz­cie to wszystko opa­no­wać. Zor­ga­ni­zo­wa­łam małe biuro w Oks­for­dzie, z trzema pra­cow­ni­kami, któ­rzy zaj­mują się ro­botą pa­pier­kową, re­kru­ta­cją per­so­nelu do mon­tażu na miej­scu i spe­cja­li­stów od ener­gii od­na­wial­nej. Udaje się już nam zor­ga­ni­zo­wać pierw­szą mi­sję w Ru­an­dzie i w Kongu. Wy­sy­łamy tam sporo sprzętu i lu­dzi, któ­rzy mo­ni­to­rują całą ak­cję. Ja zaj­muję się przede wszyst­kim po­zy­ski­wa­niem spon­so­rów i prze­ka­zy­wa­niem spo­rych sum z konta Sier­gieja. I ju­tro ma być mój szczę­śliwy dzień! Ar­ty­kuł w pra­sie wy­dał wresz­cie swoje owoce. Mały wy­wiad, któ­rego udzie­li­łam, opo­wia­da­jąc o na­szych ce­lach i po­mocy, jaką sta­ramy się zor­ga­ni­zo­wać. Za­czy­nam pi­sać na­stęp­nego ma­ila w spra­wie fun­da­cji, kiedy Sier­giej wpada do kuchni, gdzie sie­dzę z lap­to­pem przy stole.

- Mogę? - pyta, wska­zu­jąc na mój kom­pu­ter, i kiedy prze­su­wam go w jego stronę, bie­rze go i pi­sze coś na nim. Po chwili zwraca się do mnie po­now­nie: - I tak się do­wiesz, więc zo­bacz. Nie de­ner­wuj się. Zajmę się nimi, ale na ra­zie mu­sisz się uzbroić w cier­pli­wość.

Zwraca ekran w moim kie­runku. Rzu­cam okiem. Pierw­sza strona zna­nego plot­kar­skiego por­talu in­ter­ne­to­wego. Zdję­cie zro­bione, kiedy Sier­giej wie­zie mnie na wózku in­wa­lidz­kim ze szpi­tala do sa­mo­chodu. Wy­glą­dam na nim jak ofiara prze­mocy do­mo­wej. Oprócz głów­nego zdję­cia są dwa zbli­że­nia wkle­jone obok: zro­bili zoom na wi­doczne si­niaki, ten na czole i na nad­garstku. Ty­tuł brzmi: Czy Sier­giej Ta­re­dov bije mło­dziutką żonę?

Robi mi się go­rąco i czuję, jak za­sy­cha mi w ustach.

- Kiedy to wy­szło?

- Dzi­siaj. Po­łą­czyli to z fil­mi­kiem wrzu­co­nym do sieci i opi­sali. Nie czy­taj ca­ło­ści. Nie ma sensu.

Nie czy­tam i nie mam za­miaru. By­łam tam, wiem, co się wy­da­rzyło. Nie po­trze­buję re­la­cji świad­ków. Sier­giej zbiera się i je­dzie do biura. Ko­lejny po­zew. Ko­lejny pro­blem. Ko­lejna zła prasa przed wy­bo­rami. Znowu przeze mnie. A może tym ra­zem przez niego? Udaję, że so­bie z tym ra­dzę. Że po­tra­fię to zi­gno­ro­wać i się od­ciąć, tak jak wtedy, kiedy do na­szego domu wtar­gnęły zbiry. Mam na­dzieję, że nie do­trze to do Pol­ski, do mo­ich ro­dzi­ców. Chcę wpaść w wir pracy. Chcę, żeby po­chło­nął mnie nurt in­nych, nie­waż­nych wy­da­rzeń. Na drugi dzień rano szczę­ście się do mnie uśmie­cha. W skrzynce fun­da­cji jest mejl!

Od: Ni­co­las Bauf­fre­mont

Do: Anna Ta­re­dov

Te­mat: da­ro­wi­zna dla fun­da­cji Anny Ta­re­dov

Sza­nowna Pani Ta­re­dov,

z wielką uwagą prze­czy­ta­łem opu­bli­ko­wany w re­no­mo­wa­nym pe­rio­dyku "Oxford Mail" wy­wiad, który rzu­cił świa­tło na dzia­łal­ność Pani Fun­da­cji. Chciał­bym wy­ra­zić swoje głę­bo­kie uzna­nie dla ce­lów, które Pani Fun­da­cja so­bie sta­wia, oraz wes­przeć Pani szla­chetne dzia­ła­nia na rzecz roz­woju kra­jów Afryki.

Je­stem głę­boko prze­ko­nany o war­to­ści i istot­no­ści Pani mi­sji, która nie tylko za­słu­guje na uwagę, ale rów­nież na do­fi­nan­so­wa­nie. Dla­tego chciał­bym mieć za­szczyt prze­ka­zać od­po­wied­nią sumę na rzecz Pani Fun­da­cji jako wy­raz mo­jego uzna­nia i wspar­cia dla Pani dą­żeń.

Bę­dzie mi nie­zmier­nie miło spo­tkać się z Pa­nią oso­bi­ście, aby wrę­czyć czek i po­dzie­lić się mo­imi prze­my­śle­niami na te­mat Pani in­spi­ru­ją­cej pracy. To, co Pani robi, jest warte po­chwały i świa­to­wego roz­głosu, który pew­nie uda się Pani wkrótce osią­gnąć.

Pro­szę o kon­takt z moją asy­stentką w celu usta­le­nia do­god­nego ter­minu spo­tka­nia.

Z po­wa­ża­niem, Sir Ni­co­las Bauf­fre­mont

Nie mam po­ję­cia, kim jest ten czło­wiek, ale to nie ma zna­cze­nia. Skoro chce wes­przeć moje dzia­ła­nia, tylko to się li­czy. Pró­buję go wy­go­oglo­wać, lecz nie udaje mi się zna­leźć nic cie­ka­wego. Wy­cho­dzi na to, że to star­szy pan, który w mło­do­ści był ar­chi­tek­tem dróg i mo­stów w hrab­stwie Oks­ford­shire. Ar­chi­tekt? Bę­dzie o czym roz­ma­wiać! Nie mam czasu na czy­ta­nie ca­łej bio­gra­fii, spie­szę się na spo­tka­nie z księ­go­wym, umó­wione na dzie­siątą. Kiedy Her­kus wie­zie mnie do cen­trum, dzwo­nię do asy­stentki pana Bauf­fre­monta i uma­wiam się na wi­zytę. Za­dzi­wia­jące, uda mi się z nim zo­ba­czyć jesz­cze dziś w po­rze her­baty! Je­stem z sie­bie dumna. Mam ochotę za­dzwo­nić z tą wspa­niałą no­winą do Sier­gieja, ale przy­po­mi­nam so­bie z czym musi te­raz zmie­rzyć, i od­pusz­czam.

Lor­can prze­syła mi zdję­cie mi­seczki ze zwy­kłymi płat­kami ku­ku­ry­dzia­nymi z pod­pi­sem:

@Lor­can: Tu nie mają froot lo­ops. ?

Od razu mam ten smak na ję­zyku i na samą myśl o tym mo­men­cie, gdy je­dli­śmy je pierw­szy raz ra­zem, chcę tam wró­cić. Do tego chło­paka i do tego po­koju. Kiedy je­dziemy na spo­tka­nie, pro­szę Her­kusa, żeby za­trzy­mał się w Te­sco i ku­pił mi froot lo­ops. Jem je na su­cho z to­rebki w pan­cer­nym bmw, które punk­tu­al­nie o sie­dem­na­stej par­kuje pod po­kaźną re­zy­den­cją pana Bauf­fre­monta, miesz­czącą się w cen­trum Oks­fordu, w eks­klu­zyw­nej dziel­nicy, za­miesz­ka­nej przez miej­scową elitę. Każdy dom ma tu wielką że­la­zną bramę, za którą kryją się spore, jak na miej­ską lo­ka­li­za­cję, ogrody. Pro­szę Her­kusa, żeby zro­bił mi zdję­cie, jak jem te płatki z opa­ko­wa­nia w sa­mo­cho­dzie. Wy­sy­łam Lor­ca­nowi i wy­łą­czam te­le­fon.

- Nie wiem, ile mi to zaj­mie - mó­wię, chwy­ta­jąc za klamkę.

- Pójdę z tobą, tylko wy­ślę Sier­gie­jowi na­sze na­miary, mo­ment, apka się za­wie­sza - od­po­wiada, pa­trząc na mnie w lu­sterku, i klika w te­le­fo­nie.

- Cho­lera - mówi.

- Co? - py­tam.

- Nie ma za­sięgu.

- Słu­chaj, to star­szy pan, je­stem bez­pieczna, po­cze­kaj tu na mnie.

- Zde­fi­niuj "bez­pieczna" - do­daje ze ścią­gnię­tymi brwiami, ale rzu­cam mu tylko nie­winny uśmiech i trza­skam drzwiami. Wy­siada i idzie za mną. Co chwilę spraw­dza, czy jest za­sięg.

Dom wy­gląda na bar­dzo stary i tro­chę pod­upa­dły. Przy­da­łyby się ja­kieś prace re­no­wa­cyjne, pa­nie ar­chi­tek­cie! Pod­cho­dzimy do wiel­kich, drew­nia­nych drzwi i stu­kam dwa razy mo­siężną ko­łatką z lwią głową. Szczu­pła ko­bieta o si­wych wło­sach i pod­krą­żo­nych oczach otwiera i bez słowa wpusz­cza nas do środka. Do­piero kiedy za­myka je za nami, pyta:

- Pani Ta­re­dov?

- Tak, to ja, a to mój ochro­niarz - od­po­wia­dam po ci­chu, lekko onie­śmie­lona sy­tu­acją.

- Sir Bauf­fre­mont czeka na pa­nią. Pan może po­cze­kać przed biu­rem. Przy­niosę krze­sło.

- Dzię­kuję. Ma­cie tu za­sięg? Albo wi-fi? - pyta nie­pew­nie Her­kus i roz­gląda się bacz­nie do­okoła.

- Nie, nie­stety, nie mamy in­ter­netu.

Her­kus marsz­czy czoło i rzuca mi ner­wowe spoj­rze­nie. Ko­bieta pro­wa­dzi nas ko­ry­ta­rzem do do­syć mrocz­nego po­miesz­cze­nia. Wcho­dzę sama, ochro­niarz zo­staje przed drzwiami.

- Jak coś, to wo­łaj - rzuca.

Przy­ta­kuję, a go­spo­sia rzuca mu zdzi­wione spoj­rze­nie. Ściany są obite ciem­nym drew­nem, na więk­szo­ści znaj­dują się wy­so­kie półki z książ­kami, a przy je­dy­nym, du­żym oknie stoi stare biurko. Na ścia­nie na­prze­ciwko wisi ma­je­sta­tyczne po­roże je­le­nia. Coś okrop­nego! Cięż­kie i dłu­gie za­słony nie prze­pusz­czają wiele świa­tła, w po­koju pa­nuje pół­mrok. Gruby, weł­niany dy­wan oraz ogromny, ciemny i wy­tarty, pew­nie ze sta­ro­ści, che­ster­field, do­peł­niają po­nu­rego wra­że­nia. W po­wie­trzu daje się wy­czuć woń ku­rzu. To musi być bi­blio­teka. Sie­dzący przy biurku męż­czy­zna ma nie­za­do­wo­lony wy­raz twa­rzy. Kiedy mnie za­uważa, jego mina z roz­go­ry­czo­nej zmie­nia się w po­godną i za­in­te­re­so­waną. Spo­gląda na mnie, od­sta­wia­jąc szklankę z na­po­jem na srebrną, nie­wy­po­le­ro­waną tacę, gdzie stoi krysz­ta­łowa ka­rafka do po­łowy wy­peł­niona trun­kiem. Sir Ni­co­las Bauf­fre­mont nie wy­gląda na swój wiek. Nie pa­mię­tam do­kład­nej daty z in­ter­netu, ale wy­daje mi się, że po­wi­nien mieć koło osiem­dzie­siątki, tym­cza­sem da­ła­bym mu góra sześć­dzie­siąt. Do­brze się dzia­dek trzyma...

- Pa­nie Bauf­fre­mont... - za­czy­nam, zbli­ża­jąc się do jego biurka.

Wstaje i po­daje mi rękę.

- Pani Ta­re­dov. To dla mnie wielka przy­jem­ność - od­po­wiada z lek­kim uśmie­chem. - Pro­szę usiąść. Czego się pani na­pije?

- Her­baty, bar­dzo pro­szę.

- Oczy­wi­ście. - Jedno jego ski­nie­nie i ko­bieta, która otwo­rzyła mi wcze­śniej drzwi, od­dala się te­raz ze spusz­czoną głową.

- Bar­dzo się cie­szę, że tak szybko za­re­ago­wała pani na moją wia­do­mość.

- Czas to pie­niądz - rzu­cam bez za­sta­no­wie­nia. Ten męż­czy­zna mnie krę­puje. Czuję się nie­pew­nie w jego to­wa­rzy­stwie.

- Święta ra­cja - oznaj­mia, po czym do­daje z uśmie­chem: - Bierzmy się za­tem od razu do ro­boty! Nie ośmie­lił­bym się mar­no­tra­wić pani cen­nego czasu, pani Ta­re­dov.

Chyba się spalę ze wstydu. Czas to pie­niądz?! Co za że­nada! Nikt ni­gdy nie trak­to­wał mnie tak po­waż­nie i tak ofi­cjal­nie jed­no­cze­śnie. Czas do­sto­so­wać wy­po­wie­dzi do sy­tu­acji!

- Ależ nie. Pro­szę się nie spie­szyć, mam sporo czasu.

- Czuje się już pani le­piej? - pyta na­gle.

- Nie ro­zu­miem.

- Ga­zety pi­szą, że miała pani swego ro­dzaju wy­pa­dek. Pa­dła pani ofiarą agre­sji. Choć ja nie wie­rzę ła­two w to, co po­daje prasa. Wy­pi­sują, co­kol­wiek im ślina na ję­zyk przy­nie­sie. Wszystko dla pie­nię­dzy. Ale ob­ra­że­nia były chyba po­wierz­chowne, bo nie wy­gląda pani na cier­piącą...

Prze­ły­kam gło­śno i się pocę. Co, do cho­lery? Na­cią­gam rę­kaw bluzki na nad­gar­stek, choć nic już nie wi­dać, wszystko się za­go­iło. Do­brze, że Her­kus jest obok. Czuję się pew­niej. Przez chwilę błą­dzę ner­wowo wzro­kiem, aż w końcu od­po­wia­dam:

- Yyy... Wszystko już do­brze, dzię­kuję. Może ma pan ja­kieś py­ta­nia do­ty­czące fun­da­cji? Mogę panu opo­wie­dzieć o na­szych naj­bliż­szych mi­sjach i ce­lach. Na co zo­staną wy­ko­rzy­stane pana pie­nią­dze... - pró­buję ra­to­wać twarz i brzmieć pro­fe­sjo­nal­nie. Nie re­aguje na moją nie­udaczną zmianę te­matu. Nie wra­camy do "agre­sji".

Wresz­cie ośmie­lam się na niego spoj­rzeć. Pa­trzy na mnie za­in­try­go­wany, nic nie mó­wiąc i uśmie­cha­jąc się lekko, co jest bar­dzo krę­pu­jące.

- Mam też ze sobą wszyst­kie ofi­cjalne do­ku­menty, po­twier­dza­jące prawne ist­nie­nie i dzia­ła­nie fun­da­cji. Czy ze­chciałby pan rzu­cić na nie okiem?

- Nie, to nie bę­dzie ko­nieczne. Ufam pani - od­po­wiada bez za­jąk­nię­cia. No do­bra, te­raz to już jest zu­peł­nie dziwne...

- Ro­zu­miem - od­po­wia­dam, ści­ska­jąc ner­wowo teczkę z pa­pie­rami. Moje dło­nie są zu­peł­nie mo­kre. Co się ze mną dzieje? Dla­czego ten męż­czy­zna wy­wo­łuje we mnie taki stres?! Na­gle sły­szę dźwięk otwie­ra­nych drzwi i pra­wie pod­ska­kuję z ner­wów na krze­śle.

- Wszystko w po­rządku? - Bauf­fre­mont wy­raża swój nie­po­kój.

- Tak, tak... Prze­pra­szam, ja... - Nie daje mi skoń­czyć, co mnie w su­mie ra­tuje, bo ze stra­chu i za­kło­po­ta­nia nie wiem, co po­wie­dzieć.

- Wy­gląda pani na zde­ner­wo­waną - oznaj­mia, ści­sza­jąc głos, kiedy go­spo­sia sta­wia przed nami por­ce­la­nowe fi­li­żanki, na­peł­nione do po­łowy her­batą.

Nie­zręcz­nie ki­wam głową, po czym chwy­tam drżącą ręką za na­czy­nie i wy­pi­jam od razu pół jego za­war­to­ści, pa­rząc so­bie przy tym gar­dło.

- Pro­szę uwa­żać, her­bata jest go­rąca... - ostrzega mnie za późno. Bie­rze dwie kostki cu­kru, wrzuca do swo­jej fi­li­żanki, po czym mie­sza go­rący na­pój małą ły­żeczką.

- Cu­kier? Mleko? - pro­po­nuje.

- Nie, dzię­kuję - od­po­wia­dam pra­wie szep­tem. Nie prze­staje mnie lu­stro­wać. Cią­gle wo­dzi za mną wzro­kiem z nad­mier­nym, jak na mój gust, za­in­te­re­so­wa­niem. Od­sta­wiam her­batę i na­bie­ram po­wie­trza przez usta.

- Prze­pra­szam. Nie przy­wy­kłam do ta­kich sy­tu­acji... - za­czy­nam nie­zręcz­nie. - Moja fun­da­cja ist­nieje za­le­d­wie od kilku mie­sięcy i do­piero się uczę, jak nią za­rzą­dzać. Nie mia­łam jesz­cze wielu spo­tkań z dar­czyń­cami, pro­szę mi wy­ba­czyć moją nie­zręcz­ność i brak obe­zna­nia.

- Jak na tak krót­kie do­świad­cze­nie ma pani cał­kiem nie­złą li­stę do­ko­nań. Tak przy­naj­mniej wy­nika z ar­ty­kułu... Fa­scy­nuje mnie pani - oznaj­mia na­gle.

Na jego słowa moja twarz staje się pur­pu­rowa. Do­strzega moje po­ru­sze­nie, bo od razu do­daje:

- Za­tem, jak mó­wi­łem, przejdźmy od razu do me­ri­tum.

I nie cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź, wyj­muje ksią­żeczkę cze­kową z szu­flady biurka i otwiera pióro, które leży obok jego dłoni. To ręcz­nie zdo­biony mont­blanc z li­mi­to­wa­nej se­rii z wi­ze­run­kiem smoka z mi­to­lo­gii Azji Wschod­niej. Wiem to, bo Sier­giej ma ich kilka. Szybko wy­pi­suje czek i pod­suwa go w moim kie­runku. Pyta, nie pusz­cza­jąc go:

- Mam na­dzieję, że ta kwota za­do­woli pani cha­ry­ta­tywne am­bi­cje.

Co od­po­wie­dzieć?! Nie mam po­ję­cia. Rzu­cam okiem na czek. O mój boże! Mi­lion fun­tów! Spo­glą­dam na męż­czy­znę. Na­wet mu po­wieka nie drgnie. Mój wzrok jesz­cze raz sku­pia się na ka­wałku pa­pieru: mi­lion fun­tów bry­tyj­skich. Bez wąt­pie­nia. Li­czę jed­nak zera. Nie­sły­chane! Bauf­fre­mont bie­rze czek i wkłada go w białą czy­stą ko­pertę, po czym po­daje mi ją do ręki.

- To... To bar­dzo hojne z pana strony, pa­nie Bauf­fre­mont... - udaje mi się wy­du­kać. Dla­czego nie je­stem w sta­nie się uśmiech­nąć? Dla­czego on mnie tak onie­śmiela?!

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie, pani Ta­re­dov. Mam na­dzieję, że te pie­nią­dze zo­staną na­le­ży­cie wy­ko­rzy­stane.

- Oczy­wi­ście. Oso­bi­ście o to za­dbam, może pan być spo­kojny. Do­sta­nie pan pełną do­ku­men­ta­cję co do ich wy­ko­rzy­sta­nia - od­po­wia­dam, po czym spo­glą­dam na niego py­ta­jąco.

- Je­stem tego pe­wien.

Męż­czy­zna uśmie­cha się w ką­ciku ust. Jest w nim coś ta­jem­ni­czego, co nie po­zwala mi się uspo­koić. Boję się go. Nie wiem dla­czego, ale cho­ler­nie się go boję. Na­stę­puje nie­zręczna ci­sza, którą prze­rwa jego:

- W ta­kim ra­zie nie będę już pani dłu­żej za­trzy­my­wał. Dzię­kuję za pani cenny czas.

- To ja dzię­kuję. I to bar­dzo.

Cho­wam ko­pertę z cze­kiem do to­rebki i spo­glą­dam na męż­czy­znę. Bauf­fre­mont wstaje i ob­cho­dzi biurko pod­cho­dząc do mnie. Pod­no­szę się z krze­sła. Jest wy­soki i do­brze zbu­do­wany. Kiedy jest bli­żej mnie, mogę do­kład­niej przyj­rzeć się jego twa­rzy. Serce wali mi jak osza­lałe. Przy­stojny, na swój spo­sób in­te­re­su­jący... Ma ciemne oczy, grube brwi i mocno za­ry­so­waną szczękę. Jest ele­gancko ubrany i pach­nie mod­nymi per­fu­mami. Zu­peł­nie nie wy­gląda na swój wiek. Z dru­giej strony, może źle wy­czy­ta­łam rok jego uro­dze­nia. Zbliża się, po czym z uśmie­chem po­daje mi swoją dłoń. Mocny uścisk. Mę­ski. O mamo!

- Miło mi było pa­nią po­znać. I pro­szę o sie­bie dbać.

- Mnie rów­nież. I jesz­cze raz dzię­kuję. To wspa­niały gest. Mam na­dzieję, że jesz­cze się spo­tkamy.

- O! Nie wąt­pię. Pew­nie szyb­ciej, niż pani my­śli. Świat jest taki mały... - od­po­wiada z bły­skiem w oku.

- To prawda. Do wi­dze­nia, pa­nie Bauf­fre­mont.

- Do wi­dze­nia, pani Ta­re­dov. Mi­łego wie­czora - mówi spo­koj­nie, rzu­ca­jąc mi prze­ni­kliwe spoj­rze­nie. Du­szę się tu. Chcę jak naj­szyb­ciej stąd uciec. Pa­ra­dok­sal­nie, im bli­żej wyj­ścia, tym strach bar­dziej obez­wład­nia­jący. Po­wie­trza!

- Na­wza­jem.

Ob­ra­cam się na pię­cie i ze zdu­mie­niem spo­glą­dam na sto­jącą w drzwiach bi­blio­teki ko­bietę, która ru­chem ręki po­ka­zuje mi wyj­ście. Czy stała tam cały czas? Po­spiesz­nie wy­cho­dzę ko­ry­ta­rzem na ze­wnątrz, nie oglą­da­jąc się za sie­bie i mocno ści­ska­jąc to­rebkę w ręce. Her­kus pod­nosi się gwał­tow­nie, gdy mnie wi­dzi, i oboje, bez słowa, wra­camy do sa­mo­chodu. W środku czuję ulgę i nie­opi­saną sa­tys­fak­cję. Uff! Oto wła­śnie zdo­by­łam mi­lion fun­tów dla mo­jej fun­da­cji i to bez żad­nej po­mocy mo­jego męża! Mi­lion pie­przo­nych fun­tów! Je­stem z sie­bie dumna, ale jed­no­cze­śnie zdaję so­bie sprawę, że je­śli chcę do­brze pro­wa­dzić fun­da­cję, to mu­szę się jesz­cze wiele na­uczyć. Szcze­gól­nie, jak się za­cho­wy­wać w ta­kich sy­tu­acjach. Her­kus spo­gląda na mnie py­ta­jąco, a ja mó­wię tylko:

- No co? Je­dziemy? - i od­wra­cam głowę w stronę okna. Ru­szamy. Lor­can od­pi­sał.

@Lor­can: Le­piej nie prze­sy­łaj mi ta­kich zdjęć, bo rzucę stu­dia i wrócę do An­glii.

@Anna: Dla płat­ków czy dla mnie?

@Lor­can: Dla płat­ków oczy­wi­ście.

Póź­nym wie­czo­rem, kiedy tylko Sier­giej po­ja­wia się w domu, dum­nie opo­wia­dam mu całe zaj­ście. Pa­trzy na mnie, nie do­wie­rza­jąc, i kiedy za­do­wo­lona koń­czę swój wy­wód, pyta gło­sem peł­nym obaw:

- Ni­co­las Bauf­fre­mont? Fran­cuz?

- Nie wiem. Chyba nie. Brzmiał bry­tyj­sko, choć nie, cze­kaj... Te­raz, jak o tym my­ślę, to on miał w su­mie cał­kiem ame­ry­kań­ski ak­cent...

- Mi­lion fun­tów?! Ot tak?

- Nie­sa­mo­wite, co? - Dumny uśmiech nie scho­dzi mi z twa­rzy.

- Jak ten męż­czy­zna wy­glą­dał? - Jego głos zdra­dza za­nie­po­ko­je­nie.

- Jak wy­glą­dał? Czy ja wiem... Tam pa­no­wał dziwny pół­mrok... Nie wi­dzia­łam go tak do­kład­nie. Coś nie tak z tym cze­kiem? - py­tam, wy­stra­szona jego na­głą re­ak­cją.

- Po­wiedz mi, jak on wy­glą­dał! Prze­cież go wi­dzia­łaś! Roz­ma­wia­li­ście!

O co cho­dzi? Czemu jest taki zde­ner­wo­wany?! Chyba nie jest za­zdro­sny?!

- Tak, wi­dzia­łam. Wy­soki bru­net, koło sześć­dzie­siątki, ciemne oczy, krót­kie włosy. Ele­gancki był... Nie wiem...

Sier­giej się zrywa, po czym wraca po dzie­się­ciu se­kun­dach z lap­to­pem. Otwiera go, wy­stu­kuje coś na kla­wia­tu­rze i do­py­tuje:

- Ni­co­las Bauf­fre­mont ? Sir Ni­co­las Bauf­fre­mont ? Ar­chi­tekt z Oks­fordu?

- Tak, ten. Do­kład­nie ten... - po­twier­dzam z sa­tys­fak­cją.

- Zmarł dwa lata temu.

- Co? - pa­trzę, czy nie żar­tuje. Prze­suwa kom­pu­ter w moim kie­runku, spo­glą­dam na wy­świe­tloną stronę. To ta sama, którą po­bież­nie spraw­dzi­łam dziś rano.

- Na dole - pre­cy­zuje.

Prze­jeż­dżam kur­so­rem na ko­niec strony. Sir Ni­co­las Bauf­fre­mont zmarł dwu­dzie­stego pierw­szego grud­nia dwa lata temu... O boże... To kim jest męż­czy­zna, z któ­rym spo­tka­łam się dzi­siaj w Oks­for­dzie i który po­da­ro­wał mi czek na mi­lion fun­tów? Za­kry­wam usta ręką i spo­glą­dam z osłu­pie­niem na męża. Od­wraca z po­wro­tem ekran do sie­bie i za­czyna szybko stu­kać w kla­wia­turę. Po chwili kie­ruje znów w moją stronę i pyta:

- To on? To z nim się dziś wi­dzia­łaś?

Zer­kam na wy­świe­tlone zdję­cie. Nie mam wąt­pli­wo­ści. Od razu wiem, że to ten. Przy­ta­kuję.

- Je­steś pewna?

- Tak, na sto pro­cent. Znasz go? Kto to jest?

Sier­giej bie­rze głę­boki wdech i wy­znaje pół­szep­tem, z prze­ra­że­niem i re­zy­gna­cją w gło­sie jed­no­cze­śnie:

- Ste­ven Mac Roye.

- Ale jak...? - za­czy­nam i tracę głos. Na­gle za­sy­cha mi w ustach i nie je­stem już w sta­nie ni­czego po­wie­dzieć.

Nie wiem, jak wy­gląda Ste­ven Mac Roye. Kiedy me­dia mó­wią o Ne­xto­il­glo­bal, ni­gdy nie po­ja­wia się jego zdję­cie, bo to nie on jest ofi­cjal­nie nu­me­rem je­den firmy. Na jej czele stoi ktoś zu­peł­nie inny, peł­niący funk­cje re­pre­zen­ta­cyjne, któ­rego twarz znam już do­sko­nale z te­le­wi­zji i ga­zet. Ste­ven Mac Roye jest głów­nym udzia­łow­cem i bar­dzo do­brze się przed wszyst­kimi ukrywa.

- Masz tu ten czek? - pyta, wy­ry­wa­jąc mnie z le­targu, a w jego gło­sie wy­czu­wam stres.

- Mam. Jest w to­rebce.

- Po­każ.

Wstaję i idę po torbę. Po­daję ko­pertę Sier­gie­jowi, kiedy ten od­sta­wia kie­li­szek z wi­nem. Bie­rze ją do ręki, ogląda, otwiera i wyj­muje czek. Czyta i ob­raca na drugą stronę. Na­gle zu­peł­nie zmie­nia się jego wy­raz twa­rzy. Za­mie­ram. Zbliża pa­pie­rek do oczu, przy­gląda się do­kład­niej, po czym rzuca mi prze­ra­żone spoj­rze­nie, mó­wiąc:

- Anno! Na mi­łość bo­ską...

- Co? - py­tam ze stra­chem. Wi­dząc moją dez­orien­ta­cję, pod­suwa mi czek, od­wra­ca­jąc go na drugą stronę. Oboje sły­szymy, jak prze­ły­kam ślinę. W miej­scu prze­zna­czo­nym na pod­pis po­bie­ra­ją­cego wi­dać od­ręczną no­tatkę. Spo­glą­dam na niego i zbli­żam kartkę do oczu, żeby prze­czy­tać na­pis. Li­tery są bar­dzo drobne.

Po­zdro­wie­nia. Gra­tu­luję pięk­nej, mło­dej i na­iw­nej żony. Na­ciesz się nią, póki mo­żesz.

Kurwa mać! Ja pier­dolę. Jak mo­głam się tak dać wro­bić? Na­iwna! Dla­czego mu uwie­rzy­łam i po­je­cha­łam do jego domu?! To było ta­kie lek­ko­myślne! Sier­giej w mil­cze­niu nie prze­staje lu­stro­wać mnie wzro­kiem.

- Jak to moż­liwe? Jak mo­głaś dać się tak na­brać? Nie spraw­dzi­łaś, kim jest ten Bauf­fre­mont? - od­zywa się w końcu i prze­cze­suje ręką włosy. Nie wiem, co mu od­po­wie­dzieć.

Ma ra­cję. To moja wina. Mo­głam, a na­wet po­win­nam to wszystko spraw­dzić... Do­kład­nie, a nie po łeb­kach.

- Mo­głaś tam zgi­nąć! - Te­raz jego prze­ra­żony głos uniósł się o ton wy­żej i szy­buje jesz­cze przez chwilę ner­wowo nad na­szymi gło­wami. Sier­giej za­ci­ska po­wieki i na­stępne zda­nie za­czyna wy­po­wia­dać, za­ci­ska­jąc po­wieki: - Po co tam w ogóle po­je­cha­łaś? Ta­kie sprawy trzeba za­ła­twiać w sie­dzi­bie fun­da­cji, a nie w czy­imś domu! Her­kus cię za­wiózł?

Je­stem już tak wy­stra­szona, że nie od­po­wia­dam.

- Po­je­cha­łaś tam z Her­ku­sem czy sama? - Staje na tyle bli­sko, że czuję jego przy­spie­szony od­dech na czole. Jego mina nie wróży nic do­brego.

- Z Her­ku­sem, oczy­wi­ście...

- To dla­czego, do cho­lery, ja nic o tym nie wiem?! - pyta sta­now­czo, od­su­wa­jąc się i rzu­ca­jąc mi obu­rzone spoj­rze­nie.

Co­fam się mi­mo­wol­nie, wy­stra­szona, szep­cząc:

- Mia­łam do cie­bie dzwo­nić, ale po­my­śla­łam, że masz waż­niej­sze sprawy na gło­wie.

- Ale to jest jego za­ki­chany obo­wią­zek in­for­mo­wać mnie o tym, gdzie cię wie­zie! To jego praca, gdzie on jest?

- Nie wiem, pew­nie po­je­chał do domu, prze­cież może je­chać, kiedy wró­cisz. Poza tym, tam nie było za­sięgu ani wi-fi...

Mó­wiąc to, orien­tuję się, że to było bar­dzo dziwne...

- Od ju­tra może też szu­kać pracy. Nie chcę go tu wię­cej wi­dzieć - od­po­wiada wście­kły, od­wra­ca­jąc się, i za­czyna szu­kać cze­goś po kie­sze­niach. Na­gle jed­nak nie­ru­cho­mieje i pyta:

- Jak to nie było za­sięgu ani wi-fi? W Oks­for­dzie?! I nie dało wam to do my­śle­nia?

Te­raz do­ciera do mnie, co się stało i jak bar­dzo było to na­iwne i nie­bez­pieczne. Sama po­szłam do Ste­vena Mac Roye'a. Do jego domu! Po­da­łam mu się na tacy! Na­prawdę mo­głam tam zgi­nąć. Da­łam się na­brać, a tak ła­two było wy­kryć jego pod­stęp. Wy­star­czyło prze­czy­tać do końca bio­gra­fię tego ca­łego Bauf­fre­monta, żeby na­brać po­dej­rzeń. Co za ofiara losu ze mnie. Je­stem bez­na­dziejna. Zimna lufa przy skroni była do­piero ma­łym, nic nie­zna­czą­cym pre­lu­dium... Wstę­pem do wiel­kiej gry. O mój boże... Z dru­giej strony nie ro­zu­miem do końca, co się stało. Miał mnie na wy­cią­gnię­cie ręki i nic mi nie zro­bił! O co tu tak na­prawdę cho­dzi?

- Je­żeli zwol­nisz Her­kusa, już ni­gdy się do cie­bie nie ode­zwę - wy­gła­szam z gro­bową miną, pa­trząc mu w oczy. - Ten chło­pak zgo­dził się mnie chro­nić, a zwa­żyw­szy na to, co przy­tra­fiło się mo­jemu po­przed­niemu ochro­nia­rzowi, wy­maga to nie lada od­wagi. Nie za­słu­guje na zwol­nie­nie. Był ze mną u Bauf­fre­monta. Cze­kał pod drzwiami. Her­kus jest w po­rządku. Ufam mu.

- Prze­stań opo­wia­dać bzdury! Nie wy­wią­zał się ze swo­ich obo­wiąz­ków. Mam prawo go zwol­nić. Nie spraw­dził tego go­ścia. Nie po­wia­do­mił mnie, że tam je­dzie­cie. Tu cho­dzi o twoje bez­pie­czeń­stwo. O twoje ży­cie! Nie zda­jesz so­bie sprawy! Jakby ci się coś stało, to...

- To co? - py­tam.

- Wolę o tym na­wet nie my­śleć. Agen­cja ju­tro przy­śle ko­goś in­nego.

W końcu znaj­duje to, czego szu­kał na sto­liku koło ka­napy: te­le­fon.

- Nie zwal­niaj go! Nie po­zwa­lam - mó­wię i sama nie wiem, skąd we mnie ta od­waga. Sier­giej spo­gląda na mnie i przy­ta­kuje bez słowa. Chyba za­sko­czy­łam go tą słowną bra­wurą.

- On ode mnie ma przyj­mo­wać roz­kazy, a nie od cie­bie - do­daje jed­nak, więc od­po­wia­dam, już te­raz zu­peł­nie prze­kor­nie:

- Jak to zro­bisz, to nie wy­po­wiem do cie­bie już ani jed­nego słowa... Zero.

- Ku­sząca pro­po­zy­cja... - rzuca i ką­ciki jego ust wę­drują nie­pew­nie w górę.

- Świ­nia! - wo­łam i par­skam śmie­chem. Pod­cho­dzę i okła­dam go pię­ściami z siłą wró­belka.

Bie­rze mnie w ra­miona, ca­łuje de­li­kat­nie, po czym do­daje:

- To było na­prawdę nie­od­po­wie­dzialne i z two­jej, i z jego strony. Tym ra­zem wam od­pusz­czam, ale dru­giego razu być nie może. Mu­sisz być bar­dziej ostrożna.

Przy­ta­kuję i kradnę mu jesz­cze jed­nego ma­łego bu­ziaka. Po­tem Sze­fu­nio dzwoni do Bo­rysa. Opo­wiada mu całe zaj­ście, prze­ka­zuje apa­rat i każe wszystko po­wtó­rzyć z de­ta­lami.

Nie ro­zu­miem, dla­czego nie za­wia­da­miamy po­li­cji, prze­cież to pierw­sza rzecz, jaką po­win­ni­śmy zro­bić! Sier­giej twier­dzi, że tak bę­dzie le­piej i że sam się wszyst­kim zaj­mie. Wy­sy­łają z Bo­ry­sem ko­goś, aby prze­szu­kał dom Mac Roye'a alias Bauf­fre­monta, ale oczy­wi­ście wszelki ślad po nim za­gi­nął. Po­sia­dłość jest pu­sta i po­dobno wy­sta­wiona na sprze­daż od dwóch lat, od czasu śmierci praw­dzi­wego Bauf­fre­monta. Czek też jest, rzecz ja­sna, fał­szywy...

Kiedy wra­cam w końcu na wy­kłady, choć przez chwilę czuję się, jak­bym zmie­niła ży­wot. To oto­cze­nie jest po­wro­tem do do­brego, bez­piecz­nego świata. Ale tylko na mo­ment. Bo już nie po­tra­fię żyć bez Sier­gieja. A żyję z Pa­nem Nie­ty­kal­nym. Poza tym ostat­nio zmu­szam się do my­śle­nia o do­brych stro­nach na­szego ży­cia. La­ta­nie je­tem na wy­spy na­le­żące do jego przy­ja­ciół, na pola gol­fowe w Re­pu­blice Po­łu­dnio­wej Afryki czy na narty w Co­ur­che­vel - wszystko na jedno ski­nie­nie jego palca. Z cza­sem prze­staję so­bie zda­wać sprawę co, ile kosz­tuje. Ni­gdy nie ro­bię za­ku­pów ani nie wi­dzę cen, od wszyst­kiego mamy lu­dzi. Żeby nie stra­cić cał­ko­wi­tego kon­taktu z rze­czy­wi­sto­ścią, lecę cza­sami do domu, do Wro­cła­wia, aby po­miesz­kać parę dni z ro­dzi­cami. To po­wrót do nor­mal­nego świata. Szcze­gól­nie je­dze­nie pie­ro­gów z Majką w ba­rze mlecz­nym "Miś" na Kuź­ni­czej. To od razu sta­wia mnie z po­wro­tem do pionu. Her­kus ko­cha pie­rogi. Zjada ich czter­dzie­ści na każde po­sie­dze­nie. Mój mąż nie znosi jed­nak, kiedy spę­dzam za dużo czasu poza do­mem. Kiedy jest w Oks­for­dzie, lubi mnie mieć przy so­bie, cho­ciaż i tak wy­cho­dzi na to, że spę­dza­li­śmy ra­zem wie­czory, a cza­sami tylko noce. Lu­bię spać z Sier­gie­jem w jed­nym łóżku. Za­wsze śpi nago i ma taką gładką skórę. Przy­tu­la­łam się i słu­cham jego mia­ro­wego od­de­chu, za­sy­pia­jąc.

To nie­sa­mo­wite, jak ten męż­czy­zna po­trafi wy­wo­ły­wać we mnie te wszyst­kie skrajne emo­cje. Sier­giej jest dzielny, szar­mancki i opie­kuń­czy jed­no­cze­śnie. Am­bitny i pra­co­wity aż do prze­sady. Per­fek­cjo­ni­sta w każ­dym calu. Ale mogę go ko­chać i nie­na­wi­dzić pod­czas tego sa­mego wie­czora, bo cza­sami na­prawdę prze­gina.

Dziś cze­kam na niego cały dzień. Wczo­raj, póź­nym wie­czo­rem wró­cił do domu po ty­go­dniu spę­dzo­nym w Sta­nach. Bo­rys przy­le­ciał ra­zem z nim. Zje­dli­śmy ko­la­cję we troje i po­tem od razu po­ło­ży­li­śmy się spać, bo oby­dwaj byli wy­koń­czeni. Kiedy bu­dzę się rano, już go nie ma. W dzień roz­ma­wiamy przez te­le­fon, obie­cuje wró­cić wcze­śniej, aby­śmy mo­gli spę­dzić wie­czór we dwoje. Wresz­cie!

Szy­kuję się więc jak na wiel­kie wyj­ście. Za­kła­dam nową, czer­woną, su­per­sek­sowną su­kienkę, która wię­cej od­krywa niż za­krywa. Do tego dłu­gie, szma­rag­dowe kol­czyki, które po­da­ro­wał mi parę dni wcze­śniej i które wy­dają za­bawny dźwięk, kiedy się nimi po­trząsa. Stwier­dzam, że mo­głyby wy­grać zde­cy­do­wa­nie in­te­re­su­jący rytm pod­czas igra­szek tego wie­czora... Chcę mu się po­do­bać, być po­cią­ga­jąca. Jest też nowa ko­ron­kowa bie­li­zna, czer­wona: biu­sto­nosz push-up i stringi. Wszystko mnie ci­śnie i dra­pie, ale czego się nie robi dla mi­ło­ści, my­ślę. W domu przy­go­to­wa­łam wszystko tak, jak lubi. Ko­mi­nek, ko­la­cja i ni­kogo oprócz nas. Już o dzie­więt­na­stej je­stem zwarta i go­towa. Przed dwu­dzie­stą dzwo­nię do niego, ale nie od­po­wiada. Przed dwu­dzie­stą pierw­szą dzwo­nię do Matta, żeby za­py­tać, czy już jadą, bo Sier­giej da­lej nie od­biera.

- Była mała zmiana pla­nów w pro­gra­mie, ale za ja­kieś pięt­na­ście mi­nut bę­dziemy w domu - in­for­muje Matt. - Już je­dziemy.

Czuję ulgę, bo mam do­syć strin­gów wrzy­na­ją­cych mi się w ty­łek. Jesz­cze chwila. Za­pa­lam świece przy wej­ściu w holu i na stole w ja­dalni. Włą­czam po­now­nie pie­czeń przy­go­to­waną przez Ma­rię, aby się pod­grzała w pie­kar­niku. W kuchni Her­kus mie­rzy mnie od stóp do głów, a kiedy py­ta­jąco na niego spo­glą­dam, wy­mow­nie pa­trzy na moje me­ga­wy­so­kie szpilki i kwi­tuje:

- Sza­cun. - Po czym spusz­cza wzrok.

Par­skam śmie­chem i idę do sa­lonu. Tam po­pra­wiam włosy i cze­kam na męża przy ko­minku z kie­lisz­kiem czer­wo­nego wina.

Po chwili wresz­cie po­ja­wia się sa­mo­chód. Yes! Wjeż­dża przed dom, par­kuje, sły­szę cztery trza­śnię­cia drzwiami. Nie jest sam. Cho­lera. Pod­cho­dzę do okna i uchy­lam fi­rankę. To nie jest auto Sier­gieja. Wstrzy­muję od­dech. Kto to? Do­brze, że Her­kus sie­dzi w kuchni. Wła­śnie sły­szę, jak idzie do drzwi. Czte­rech ob­cych męż­czyzn w gar­ni­tu­rach wcho­dzi do domu, a na po­se­sję wjeż­dża do­brze mi znana li­mu­zyna. Uff. Sier­giej, Bo­rys i jesz­cze je­den star­szy, któ­rego nie znam. No i Matt. Za nimi wjeż­dża trzeci sa­mo­chód, tak jak dwa po­przed­nie, z przy­ciem­nia­nymi szy­bami. Znowu ja­kaś gruba ryba. Od­cho­dzę od okna. Cze­kam chwilę. Ochro­nia­rze ze słu­chaw­kami w uszach spraw­dzają dom, kiedy Her­kus wy­cho­dzi na ze­wnątrz, za­mie­nia słowo z Sier­gie­jem i od­dala się w stronę swo­jego auta. Stoję w sa­lo­nie, w bez­ru­chu i ob­ser­wuję, co ro­bią. Nikt nic nie mówi. Je­den z nich pod­cho­dzi do mnie.

- Biuro pre­miera. Ochrona. Pro­szę unieść ra­miona - spraw­dza, czy nie mam przy so­bie broni. Jego ręce spraw­nie wę­drują po mo­jej ta­lii w kie­runku biu­stu, kiedy szep­czę mu do ucha gro­bo­wym to­nem:

- Jak Sier­giej zo­ba­czy, co ro­bisz, wy­le­cisz z pracy.

Męż­czy­zna pa­trzy na mnie zdzi­wiony i od­po­wiada bez cie­nia wąt­pli­wo­ści w gło­sie:

- Nie pra­cuję dla pana Ta­re­dova, tylko dla pre­miera. I o jego bez­pie­czeń­stwo tu cho­dzi, pa­niu­siu.

Kuźwa! Mam już tego ser­decz­nie do­syć. Re­wi­zja oso­bi­sta we wła­snym domu! Prze­wra­cam oczami, a ochro­niarz od­dala się, rzu­ca­jąc mi iro­niczny uśmie­szek, mó­wiąc coś do swo­jej krót­ko­fa­lówki. Idiota! Spraw­dzają wszystko po ko­lei, po­miesz­cze­nie za po­miesz­cze­niem, te­le­fony, ka­mery... Stan­dar­dowa pro­ce­dura. Po tym, jak ich szef ochrony ob­wiesz­cza "w po­rządku!", a je­den z ochro­nia­rzy daje mi znak, że mogę się od­da­lić, wszy­scy po­zo­stali wcho­dzą do domu i roz­ma­wiają w holu. Idę w ich kie­runku, stu­ka­jąc gło­śno mo­imi szpil­kami od Guc­ciego. Kiedy się zbli­żam, wcho­dzą wła­śnie do sa­lonu, na mój wi­dok milkną i za­czy­nają lu­stro­wać mnie wzro­kiem. Tylko Sier­giej jest w sta­nie po­pa­trzeć mi w oczy, choć minę ma taką, jakby zo­ba­czył nie­zna­jomą. Pod­cho­dzi i anon­suje nie za gło­śno, na­wet nie si­ląc się na uśmiech:

- Anna, moja żona.

Bo­rys rzuca mi tylko po­błaż­liwe spoj­rze­nie, po czym idzie w kie­runku barku. Je­den z waż­nia­ków, ten star­szy, uprzej­mie kiwa głową i od­wraca wzrok. Drugi roz­ma­wia przez te­le­fon, nie zwra­ca­jąc na ni­kogo uwagi.

- Pro­szę nam na chwilę wy­ba­czyć - do­daje Sier­giej. - Roz­gość­cie się pa­no­wie, za­raz wra­cam - po czym, chwy­ta­jąc mnie za ra­mię, wy­pro­wa­dza mnie do kuchni.

- Co to ma być? Dla­czego je­steś tak ubrana? - pyta szep­tem, pa­trząc na moje nogi, kiedy sto­imy już w kuchni, da­leko od sa­lonu.

- Jak?

- Tak - ce­dzi i wkłada mi rękę pod su­kienkę, po­ka­zu­jąc mi w ten spo­sób, że le­dwo za­krywa mi po­śladki. Do­tyka mo­jej na­giej pupy.

Hmmm... Po­sy­łam mu swój naj­słod­szy uśmiech, ale to nie działa. Jest spięty.

- Cze­ka­łam na cie­bie. My­śla­łam, że bę­dziesz sam! - od­po­wia­dam spo­koj­nie i pró­buję po­gła­skać go po twa­rzy. Od­suwa się i chwyta moją rękę, żeby go nie do­się­gnęła.

- Ale nie je­stem. Tak wy­pa­dło! - Czyli, że jest zły...

- Skąd mia­łam to wie­dzieć? Na­wet nie ra­czy­łeś za­dzwo­nić! Trzeba było mnie uprze­dzić!

- Idź się prze­bierz, nie mo­żesz tam tak wró­cić...

- Nie mam ochoty się prze­bie­rać. Kim są ci lu­dzie?

- To prze­cież jest Mi­chael Ru­ben, a ten drugi to pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii. Nie po­zna­łaś go? - Pa­trzy te­raz na mnie jak na dziecko. Czuję, jak mi ska­cze ci­śnie­nie... Rze­czy­wi­ście, gość z te­le­fo­nem ma zna­jomą twarz.

- Mam gdzieś pre­miera i wszyst­kich in­nych. Mia­łeś być tu wcze­śniej i mie­li­śmy spę­dzić ra­zem wie­czór.

- Ścisz głos! Usły­szą cię! - sy­czy.

- To też mam gdzieś! Niech mnie sły­szą! Je­stem u sie­bie! - krzy­czę na całe gar­dło. Sier­giej ła­pie się za głowę i za­ci­ska usta.

- Mo­gła­byś wresz­cie za­cząć sza­no­wać moją pracę? Kiedy zro­zu­miesz w końcu, że ona jest dla mnie ważna, że jest czę­ścią mo­jego ży­cia?

- A ja? Ja je­stem jego czę­ścią?

- Je­steś. Ale to nie mo­ment, żeby o tym dys­ku­to­wać. Idź się prze­bierz, pro­szę.

Nie ro­zu­mie tego. Ja­kimś cu­dem cią­gle to do niego nie do­ciera. Na­staje ci­sza. Pa­trzy na mnie i wi­dzi, że się nie ru­szam, że nie mam za­miaru ustą­pić. Nie po­doba mu się to. Chwyta mnie moc­niej za rękę i mówi przez za­ci­śnięte zęby:

- Na mi­łość bo­ską, prze­stań, pro­szę cię, to nie jest do­bry mo­ment! Po­roz­ma­wiamy o tym póź­niej. Albo się prze­bie­rzesz, albo trzy­maj się z da­leka od sa­lonu!

Nie mogę uwie­rzyć, że to mówi. Wie, że jest jedna rzecz, któ­rej nie­na­wi­dzę po­nad wszyst­kie: kiedy za­ba­wia się w ta­tu­sia i trak­tuje mnie jak ma­ło­latę... Jak znowu mi zmiaż­dży nad­gar­stek, to tym ra­zem sama zgło­szę to na po­li­cję. Osten­ta­cyj­nie rzu­cam wzro­kiem na jego palce za­ci­śnięte na mo­jej ręce. Wi­dzi to i pusz­cza. Nie mam czasu ni­czego po­wie­dzieć, bo wła­śnie do­cho­dzi nas smród spa­le­ni­zny.

- Co to jest? Coś się pali! - mówi zdzi­wiony i ob­raca się w stronę dy­mią­cego pie­kar­nika.

- Twoja ko­la­cja się pali - od­po­wia­dam i ko­rzy­sta­jąc z chwili, wy­bie­gam z kuchni. W przed­po­koju ła­pię za to­rebkę i mi­ja­jąc Matta, ru­szam do drzwi. Ochro­nia­rze sto­jący przy wej­ściu od­su­wają się je­den po dru­gim bez słowa. Je­den z nich szep­cze coś do swo­jego ra­mie­nia. Wy­gląda to ko­micz­nie, tyle, że nie jest mi aku­rat do śmie­chu. Szyb­kim kro­kiem idę w kie­runku ga­rażu. Sier­giej wy­cho­dzi za mną na ze­wnątrz i wi­dząc, gdzie idę, roz­ka­zuje Mat­towi:

- Jedź z nią. Ty pro­wa­dzisz!

Za­czy­nam otwie­rać po ko­lei wszyst­kie sa­mo­chody, żeby zna­leźć w końcu ten, który ma klu­czyki w sta­cyjce. Ma­se­rati. Świet­nie, mój ulu­biony! Wsia­dam do środka, ale Matt ta­ra­suje mi drogę swoją wielką i po­stawną syl­wetką.

- Daj, ja po­pro­wa­dzę - pro­po­nuje.

- Nie ma mowy! Jadę sama - od­po­wia­dam, dy­go­cząc. Choć nie mam po­ję­cia ani gdzie ani po co. Chcę po pro­stu stąd uciec.

- Ni­g­dzie sama nie po­je­dziesz. Sier­giej ka­zał mi je­chać z tobą. Daj, za­wiozę cię, gdzie bę­dziesz chciała.

- Nie! Spa­daj! - wrzesz­czę. Nie ru­sza się i pa­trzy na mnie z po­li­to­wa­niem, wy­sta­wia dłoń w moim kie­runku i po­wta­rza ze sto­ic­kim spo­ko­jem:

- Daj klu­czyki. Ja po­pro­wa­dzę. Ina­czej ni­g­dzie nie po­je­dziesz.

- Spier-da-laj! - drę się.

Ani drgnie. Prze­krę­cam klu­czyk w sta­cyjce, od­pa­lam. Pa­trzy te­raz na mnie wku­rzony i czeka, aż zmie­nię zda­nie. Przy­ci­skam lekko pe­dał gazu, a sil­nik gło­śno wyje. Wy­star­czy spu­ścić ręczny. Drzwi ga­ra­żowe już otwarte. Droga wolna. Matt rzuca mi za­bój­cze spoj­rze­nie, prze­suwa i szyb­kim kro­kiem scho­dzi z drogi. Pró­buje otwo­rzyć boczne drzwiczki, ale mu się nie udaje, bo ru­szam. Z pi­skiem opon wy­jeż­dżam z ga­rażu, le­dwo co omi­ja­jąc jedną z li­mu­zyn za­par­ko­wa­nych na po­dwórku. Jadę w ci­szy spory ka­wa­łek w kie­runku mia­sta. Na­gle zni­kąd po­ja­wia się za mną do­brze mi znane bmw z Her­ku­sem za kie­row­nicą. My­śla­łam, że po­je­chał do domu... Wiem, że się go nie po­zbędę. Nie ma szans. Par­kuję w cen­trum Oks­fordu i wy­cho­dzę z auta. Po chwili pod­biega do mnie.

- Znasz ja­kieś miej­sce, żeby coś zjeść? - py­tam.

- To za­leży, na co masz ochotę - od­po­wiada i wy­syła wia­do­mość te­le­fo­nem. Szef po­in­for­mo­wany. Wiem to.

- Nie mam po­ję­cia, coś zwy­czaj­nego. Umie­ram z głodu.

- Jest ta­kie jedno miej­sce tro­chę da­lej, mają tam pyszną rybę z fryt­kami.

- Świet­nie. Wła­śnie na to mam ochotę.

Ru­szamy we wska­za­nym przez niego kie­runku. Jed­nak po chwili za­czy­nam ku­leć. Prze­sa­dzi­łam z tymi ob­ca­sami. Nie prze­wi­dzia­łam, że będę w nich dziś spa­ce­ro­wać po cho­ler­nym Oks­for­dzie. A niech to! Moje ko­lano jesz­cze nie jest zdrowe. Zwal­niam. Her­kus staje i pyta:

- Buty?

- Ko­lano. Ale przez buty.

Za­trzy­mu­jemy się. Her­kus na­gle się uśmie­cha.

- Zo­bacz!

Sto­imy przed Pri­mar­kiem.

- Mamy szczę­ście. Za­my­kają za dzie­sięć mi­nut.

Po chwili wy­cho­dzę stam­tąd w bia­łych te­ni­sów­kach. Idziemy po­woli do jego knajpki i jemy po­si­łek przy ba­rze. Wszy­scy się na nas ga­pią. Za­łożę się, że to przez tę su­kienkę. Z po­czątku Her­kus wy­daje się tro­chę spe­szony i za­sta­na­wiam się dla­czego. Kiedy się­gam po pierw­szą frytkę, jego ręka jest już nad je­dze­niem i o mały włos się do­ty­kamy. Szybko cofa swoją i rzuca mi wro­gie spoj­rze­nie, ale od razu po­tem spusz­cza wzrok. Przy­po­mina mi się. Pan Nie­ty­kalny. Po­tem jed­nak roz­luź­nia się i udaje nam się na­wet po­ga­dać.

- Lu­bisz swoją pracę? - za­ga­jam, ob­li­zu­jąc palce. Pil­nuję te­raz, żeby się nie wy­chy­lać, kiedy on sięga po je­dze­nie. Nie jest to u mnie na­tu­ralne. Wy­maga sku­pie­nia.

- Może być - od­po­wiada au­to­ma­tycz­nie, zerka na mnie i do­daje: - Jak mu­szę jeść ko­la­cję z tak ubraną la­ską, to tro­chę bar­dziej. - Uśmie­cha się i na­bija punkty. Od­wza­jem­niam jego uśmiech.

- Nie mu­sisz.

Uśmie­cha się znowu, ale te­raz ner­wowo. Wzdy­cha.

- Mu­sisz. Wiem, że mu­sisz. Sorry... - od­po­wia­dam i kon­ty­nu­uję po­si­łek. To naj­lep­sze fish and chips, ja­kie w ży­ciu ja­dłam. Her­kus klika na te­le­fo­nie. Mój leży w to­rebce, wy­łą­czony.

- Szef prosi, że­byś wró­ciła do domu.

- Prosi? Na­prawdę? - py­tam z nutką iro­nii.

- Tak. Prosi - po czym, wi­dząc moje nie­do­wie­rza­nie, do­daje: - Przy­się­gam. Tak na­pi­sał. Chcesz spraw­dzić?

- Nie, wie­rzę ci.

- Od czasu tej hi­sto­rii z Bauf­fre­mon­tem, to zna­czy z Mac Roye'em, na samą myśl, że gdzieś wy­cho­dzisz ...boi się o cie­bie.

- Niech się tro­chę po­mar­twi. Do­brze mu to zrobi - kwi­tuję.

Koń­cząc po­si­łek, ośmie­lam się za­dać mu py­ta­nie oso­bi­ste.

- Od za­wsze cier­pisz na ha­fe­fo­bię?

Spo­gląda na mnie naj­pierw z nie­po­ko­jem, po­tem z za­ląż­kiem uśmie­chu i ko­men­tuje:

- Od­ro­bi­łaś lek­cje, wi­dzę.

- Go­ogle.

Spusz­czam wzrok. Tro­chę mi głu­pio. Wy­ciera usta ser­wetką i od­po­wiada:

- Od dziecka. Ale jest o wiele le­piej. Prze­sze­dłem te­ra­pię. Pół ży­cia spę­dzi­łem u te­ra­peu­tów. Ro­dzice wy­dali na to for­tunę.

- Po­mo­gło?

- Tak. Jak wi­dać, funk­cjo­nuję w spo­łe­czeń­stwie i mam pracę.

- A co ze związ­kami? - pyta wścib­ska stara ja.

Ściąga brwi i się uśmie­cha, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku. Ma ładny uśmiech. Chyba za­padnę się pod zie­mię.

- Na to trzeba na­stęp­nych dzie­się­ciu lat te­ra­pii... Już za­czą­łem od­kła­dać kasę.

Też się uśmie­cham i daję mu spo­kój. Wra­cam do domu sa­mo­cho­dem z mu­zyką na cały re­gu­la­tor. Her­kus je­dzie za mną. Prze­jeż­dżam koło aka­de­mika. Mi­jam wszyst­kie wspo­mnie­nia. Chce mi się pła­kać i kiedy Tay­lor Swift za­czyna śpie­wać Down Bad, nie mogę już po­wstrzy­mać łez.

Gdy za­jeż­dżamy na miej­sce, wszyst­kie świa­tła są po­ga­szone, a li­mu­zyny znik­nęły sprzed wej­ścia. Dom stoi. Pie­czeń nie spa­liła zamku. Wcho­dzę do środka, Her­kus od­jeż­dża. Sier­giej wstaje z fo­tela i bie­rze mnie w ra­miona, kiedy po­ja­wi­łam się na progu sa­lonu.

- Prze­pra­szam - mówi, obej­mu­jąc mnie.

- Gdzie twoi go­ście? - py­tam, wtu­la­jąc się w niego. Nie mam siły się kłó­cić.

- Po­je­chali do Lon­dynu.

- Tak szybko?

- Wy­czuli sy­tu­ację - oświad­cza, pa­trząc na mnie i pró­bu­jąc przy­cią­gnąć mój wzrok.

Boję się na niego spoj­rzeć. Głu­pio mi. Znów za­cho­wa­łam się jak ma­ło­lata. Wiem to.

- Prze­pra­szam. To przeze mnie... - wy­znaję.

- Nie, to moja wina. Po­wi­nie­nem cię był uprze­dzić.

Rzuca okiem na moje te­ni­sówki za szczęść fun­tów. Igno­ruję to.

- Cho­dziło pew­nie o coś waż­nego? - du­kam, kiedy pró­buje na­kie­ro­wać moją twarz w swoim kie­runku. Opie­ram się temu. Wzdy­cha i szepta pro­sto do mo­jego ucha:

- Nic nie jest ta­kie ważne jak ty. I za­pa­mię­taj to so­bie raz na za­wsze.

Spo­glą­dam te­raz na niego i wi­dzę, jak się lekko uśmie­cha. Przy­suwa swoje gład­kie usta do mo­ich warg i ca­łuje mnie ostroż­nie, spra­wia­jąc, że już nie chcę się uwol­nić ze jego uści­sku.

- Po­win­naś iść te­raz do ła­zienki. Nie mam za­miaru ko­chać się z Alice'em Co­ope­rem - mówi za­baw­nym to­nem, od­gar­nia­jąc mi włosy z twa­rzy. Mam pew­nie roz­ma­zany tusz od łez, które wy­la­łam. ja­dąc w fu­rii do Oks­fordu. Stąd te spoj­rze­nia w ba­rze...

- Bo­rys pew­nie nie był za­do­wo­lony z tego wszyst­kiego? - py­tam, kiedy idziemy na górę. Dziś wie­czo­rem chyba po­bi­łam re­kord...

- No po­wiedzmy szcze­rze, że bar­dziej na cie­bie wście­kły to on być nie może... - od­po­wiada mi z po­wa­la­ją­cym uśmie­chem.

- Wspa­niale. On mnie chyba od po­czątku za bar­dzo nie lubi? - Zer­kam na męża po­now­nie, pró­bu­jąc wy­czuć ten grzą­ski te­ren...

- Za­zdro­sny jest i tyle - rzuca niby od nie­chce­nia i pod­rywa mnie na­gle do góry, bio­rąc na ręce i idąc tak ze mną do sy­pialni.

- A ma­ki­jaż? - wspo­mi­nam, kiedy ca­łuje mnie po szyi jak wil­ko­łak.

- Ja­koś prze­żyję...

Długo ocze­ki­wany mo­ment za­koń­cze­nia mo­ich stu­diów wresz­cie się zbliża. Przez ostat­nie mie­siące sku­piam się na pi­sa­niu pracy li­cen­cjac­kiej i przy­go­to­wa­niach do jej obrony. Nie do­ciera do mnie, że to już ko­niec, bo praw­dzi­wym za­koń­cze­niem ży­cia stu­denc­kiego był dla mnie drugi rok. Kiedy Lor­can wy­je­chał do Sta­nów, a reszta obro­niła dy­plomy i prze­pro­wa­dziła się do Lon­dynu. To ko­niec pew­nej epoki. Po­tem już nic nie jest ta­kie jak wcze­śniej. Nie mam ochoty jeź­dzić na uczel­nię. Miesz­kam w Wil­low Hills, je­stem mę­żatką i mam spo­ra­dyczny kon­takt z in­nymi stu­den­tami. Po­ja­wiam się na wszyst­kich za­ję­ciach, ale za­raz po nich kie­rowca od­wozi mnie do domu. Zero no­wych zna­jo­mo­ści, przy­jaźni... Moje ży­cie poza uni­wer­sy­te­tem jest tak bo­gate w wy­da­rze­nia, że nie mam już miej­sca na co­kol­wiek in­nego. Fun­da­cja, po­dróże, na­pady z bro­nią... Ech, dzieje się!

Udaje mi się ja­koś to wszystko ogar­nąć, pracę, obronę i te­raz zo­stała już tylko uro­czy­stość. Na dwa dni przed roz­da­niem dy­plo­mów mama dzwoni z prze­pro­si­nami, że nie po­ja­wią się na ofi­cjal­nej ce­re­mo­nii, bo oj­ciec się zu­peł­nie roz­cho­ro­wał. Sier­giej na­to­miast jest w Szwaj­ca­rii, w jed­nym z la­bo­ra­to­riów te­stu­ją­cych algi i mamy się zo­ba­czyć do­piero za ty­dzień w Sta­nach. Gra­tu­luje mi przez te­le­fon i przy­syła ogromny bu­kiet kwia­tów. Po­sta­na­wiam nie ro­bić z tego wiel­kiego halo i trak­to­wać ten dzień jak każdy inny. Jed­nak, kiedy tuż przed wyj­ściem do­staję od niego wia­do­mość: "Tę­sk­nię" ze zdję­ciem ma­łej klep­sy­dry uło­żo­nej w jego dłoni, robi mi się smutno. Kilku łez­kom udaje się wy­do­stać spod po­wiek. Na ga­lówce czuję się jak czarna owca, bo je­stem tam je­dyną osobą, która świę­tuje dy­plom w sa­mot­no­ści. Nie ma ze mną ni­kogo. Her­kus stoi da­leko i ob­ser­wuje mnie, kiedy pró­buję się nie roz­pła­kać. Pod­no­szę głowę, tak jak unosi się szklankę prze­peł­nioną wodą, żeby nie ulać. Ja­kimś cu­dem się udaje. Zmy­wamy się od razu po za­koń­cze­niu i je­dziemy na rybę z fryt­kami w na­sze ulu­bione miej­sce. Ro­bię zdję­cie fryt­kom i ry­bie roz­wa­lo­nym na otłusz­czo­nej ma­jo­ne­zem ga­ze­cie i wrzu­cam na In­sta­grama z pod­pi­sem: #Dy­plomw­kie­szeni. #Świę­tu­jemy. Moje konto jest pry­watne, mam zmy­śloną na­zwę użyt­kow­nika i gra­ficzny awa­tar, ma do niego do­stęp tylko osiem osób. Wszyst­kie laj­kują mój pierw­szy wpis. Dziw­nie być znów czę­ścią in­ter­ne­to­wego świata w prze­bra­niu i z wła­snej woli. Scrol­luję konto Lor­cana. Od ostat­niej wi­zyty wrzu­cił kil­ka­dzie­siąt zdjęć, w tym sporo z róż­nymi dziew­czy­nami. Nie kli­kam na żadne z nich, omia­tam po­wierz­chow­nie wzro­kiem, wiem, że żadna z nich nic dla niego nie zna­czy. To jego zbroja. Do­pra­co­wana gra­ficz­nie w każ­dym szcze­góle odzież ochrona wierzch­nia. W tym też jest mi­strzem. W prze­bie­ra­niu się. Zdję­cie płat­ków owo­co­wych też jest. Pod­pi­sane #ty­ija #love Wie­czo­rem do­staję od niego wia­do­mość. Te­le­pa­tia.

@Lor­can: Gra­tu­luję, Mała! Te­raz ma­gi­sterka?

@Anna: Dzięki. Na ra­zie rok prze­rwy. A ty, skoń­czy­łeś?

@Lor­can: Obrona za ty­dzień.

@Anna: A po­tem?

@Lor­can: Nowy Jork, mam na­dzieję. Mam roz­mowę o pracę.

@Anna: Będę trzy­mać kciuki.

@Lor­can: Ja­kie masz plany, skoro nie stu­dia?

Prze­żyć ka­rierę po­li­tyczną mo­jego męża, my­ślę. Ale od­pi­suję tylko:

@Anna: Nie mam pla­nów.

@Lor­can: Jak to nie masz pla­nów?

@Anna: Będę tań­czyć ca­łymi no­cami i od­sy­piać w dzień.

@Lor­can: To ro­zu­miem!

@Lor­can: A na se­rio?

@Anna: To było na se­rio.

Dziś Her­kus i ja le­cimy do No­wego Jorku. Na lot­ni­sku czeka już na nas Matt z li­mu­zyną. Jest wcze­sny ra­nek i mia­sto do­piero bu­dzi się do ży­cia. Kiedy już wjeż­dżamy na Man­hat­tan, wi­dzę, że sa­mo­chód nie kie­ruje się w stronę na­szego apar­ta­mentu.

- Do­kąd je­dziemy? - py­tam kie­rowcy za­spa­nym gło­sem. Ni­gdy nie udaje mi się po­rząd­nie wy­spać w sa­mo­lo­cie. Jet lag.

- Nie­spo­dzianka. Nie wolno mi nic mó­wić - od­po­wiada ze sto­ic­kim spo­ko­jem, pusz­cza­jąc mi oczko w lu­sterku. Her­kus na sie­dze­niu z przodu kima z głową opusz­czoną na bok.

- Su­per! - Uśmie­cham się sze­roko i wyj­muję moją ko­mórkę, żeby za­dzwo­nić do Sier­gieja i do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej.

- Tro­chę cier­pli­wo­ści, pani ar­chi­tekt! - od­po­wiada roz­ba­wiony, nie do­pusz­cza­jąc mnie na­wet do głosu.

- Ale...

- Nie ma ale. Wi­dzimy się za osiem mi­nut!

Wie do­kład­nie, gdzie je­stem, apka mu to umoż­li­wia.

Do­kład­nie po ośmiu mi­nu­tach auto za­trzy­muje się na Pią­tej Alei przed skle­pem z bi­żu­te­rią Tif­fany & Co. Mój uko­chany stoi na chod­niku, trzy­ma­jąc coś w rę­kach. Pa­trzę na niego i czuję po­wiew świa­to­wej klasy. Za­wsze ma styl, ale dziś wy­gląda nad­zwy­czaj przy­stoj­nie. To chyba nowy gar­ni­tur, gra­na­towy i te jego ide­alne włosy, gę­ste i błysz­czące czarne fale. Her­kus wy­cho­dzi pierw­szy, otwiera mi drzwi. Wy­sia­dam zdu­miona i pa­trzę na Sier­gieja. Pod­cho­dzi z uśmie­chem i ca­łu­jąc mnie de­li­kat­nie w usta, mówi tym swoim po­wa­la­ją­cym gło­sem:

- Gra­tu­luję ukoń­cze­nia stu­diów, pani Ta­re­dov. - Do­cho­dzi mnie jego piękny za­pach. Och! Te­raz mam ca­łość.

- Wejdź do auta i się prze­bierz - do­daje, wska­zu­jąc na li­mu­zynę.

Wy­trzesz­czam oczy. On oczy­wi­ście jest od­strze­lony, jak co dzień. Ja stoję tam w over­si­zo­wych je­an­sach, te­ni­sów­kach i ob­szer­nej blu­zie, bo tak jest naj­wy­god­niej do sa­mo­lotu. A je­dziemy prze­cież pro­sto z lot­ni­ska. Chce że­bym roz­pa­ko­wy­wała wa­lizki w ba­gaż­niku na ulicy?

- W co i dla­czego? - py­tam.

- Pro­szę - wrę­cza mi spore pu­dełko - su­kienka. Po­winna pa­so­wać. I buty.

- Po co mam się prze­bie­rać?

- To część nie­spo­dzianki. Pro­szę, zrób to.

Spo­glą­dam na niego nie­pew­nie, ale on stoi i się nie ru­sza. Wzdy­cham i zni­kam w au­cie. W pu­dełku jest długa czarna su­kienka. Znaj­du­jemy się w cen­trum No­wego Jorku, jest so­bota, siódma rano. Dla­czego mam się ubie­rać na wie­czo­rowo? Nie jest ła­two się prze­brać w coś ta­kiego i to w li­mu­zy­nie, ale w końcu mi się udaje. Szpilki są do­bre. Su­kienka bar­dzo cia­sna i nie mogę do­piąć góry, bo za­mek jest z tyłu. Mu­szę zdjąć sta­nik, ina­czej się nie zmiesz­czę. Wy­cho­dzę po chwili, z nie­do­piętą suk­nią, i rzu­cam nie­za­do­wo­lone spoj­rze­nie Sze­fowi. Uśmie­cha się. Do­ciąga za­mek, ale nie mogę nor­mal­nie od­dy­chać, kiecka jest tak opięta u góry. Kiedy wi­dzę swoje od­bi­cie w wi­try­nie skle­po­wej, już ro­zu­miem, co tu ro­bimy.

- To i jesz­cze włosy w kok - mówi, wkła­da­jąc mi na nos prze­sad­nie duże czarne oku­lary prze­ciw­sło­neczne i po­da­jąc klamrę do wło­sów. Spi­nam je, jak mogę, i czuję, jak usta za­czy­nają mi się ukła­dać w sze­roki uśmiech.

- Dzię­kuję - od­po­wia­dam, pa­trząc w czarne oczy. Od­suwa się nieco i po­daje mi pa­pie­rową torbę ze Star­bucks.

- Otwórz - prosi, wi­dząc, że z za­sko­cze­nia prze­sta­łam się ru­szać.

Sier­giej i śnia­da­nie ze Star­bucks, ale u Tif­fany'ego! No­wość! W tor­bie są dwa pa­pie­rowe kubki z du­żym latte oraz cro­is­santy. Wyj­muję jedną kawę i po­daję ją Sier­gie­jowi, bo ro­zu­miem, że chce, by­śmy pili i je­dli tu i te­raz. Roz­glą­dam się do­okoła, upi­jam łyk, a wtedy ogła­sza:

- Za­pra­szam pa­nią ar­chi­tekt na śnia­da­nie u Tif­fany'ego!

- Sier­giej, je­steś nie­moż­liwy! - rzu­cam.

- Chodź, ślicz­notko! - roz­ka­zuje tylko i bie­rze mnie za rękę, cią­gnąc w stronę wi­tryny skle­po­wej, w któ­rej wy­sta­wiono bi­żu­te­rię.

- Śnia­da­nie u Tif­fany'ego.

Spry­ciarz! Po­sy­łam mu wielki uśmiech. Wie, jak mnie po­de­brać. Ko­cham ten film. I ko­cham jego.

- Twój ulu­biony film i ulu­biona ak­torka! - ogła­sza dum­nie.

- Tak.

Ale to nie ko­niec, bo nie zo­sta­jemy przy wi­try­nie. Wcho­dzimy do środka. Sklep jest jesz­cze ofi­cjal­nie za­mknięty, jest wcze­śnie, ale ja­kimś cu­dem udało mu się umó­wić pry­watną wi­zytę tylko dla nas. Cze­kali już, czuję się przez to nie­zręcz­nie. Są prze­sad­nie uprzejmi. Co za po­ka­zówa... Nie w jego stylu. Sier­giej za­zwy­czaj nie lubi ta­kich szo­pek. Nie wiem, co go do tego skło­niło. Pro­wa­dzą nas do osob­nej sali, gdzie jest ci­cho i gdzie świa­tło jest stłu­mione. Boję się, że gdy usiądę na pod­su­nię­tym dla mnie fo­telu, su­kienka trza­śnie na mnie i skoń­czę tam w majt­kach. Sia­dam po­woli na wy­de­chu. Ja­koś się udaje. Ma­te­riał się na ra­zie trzyma. Ob­słu­guje nas dwóch sprze­daw­ców. Wszy­scy mó­wią pra­wie szep­tem i pro­po­nują nam szam­pana. Wy­mow­nie pod­no­szę ku­bek z kawą. Przy­mie­rzam kilka bran­so­le­tek, pier­ścion­ków i kol­czy­ków. Są też łań­cuszki, wi­siorki i na­szyj­niki. Sier­giej sie­dzi na fo­telu obok i pa­trzy na mnie, uda­jąc za­in­te­re­so­wa­nego. Wiem, że go to nu­dzi, cze­kam, aż za­cznie zie­wać. Trzyma się jed­nak. To pew­nie wy­ćwi­czone przy­zwy­cza­je­nie z wie­lo­go­dzin­nych ze­brań. Wy­bie­ram w końcu cały ze­staw z ró­żo­wego złota z dia­men­tami The Lock, bo nie mogę już wy­trzy­mać w tej cia­snej su­kience. Mu­szę ode­tchnąć. Sier­giej ku­pił za mały roz­miar. No­szę S, a nie XS. A to z pew­no­ścią jest XS lub XXS.

- To wszystko? Nie chcesz zo­ba­czyć reszty? - pyta za­wie­dziony Sier­giej.

Nie na­bie­ram się na ten ton. Wiem, że też ma już do­syć, choć jego z pew­no­ścią nic nie ci­śnie.

- Nie, ko­cha­nie. Tylko ten ze­staw mi się po­doba - kła­mię jak z nut, bo za­raz su­kienka na mnie pęk­nie. Wszystko, co tu mają jest piękne. Ale chcę stąd wyjść.

Ob­sługa spusz­cza wzrok, sły­sząc moje słowa. Sier­giej przy­ta­kuje. Kiedy trzeba za­pła­cić, sprze­dawca za­pra­sza go do in­nej sali, a mi przy­no­szą por­ce­la­nowy ta­le­rzyk pod cro­is­santa, któ­rego na­po­czę­łam już z pa­pie­ro­wej to­rebki, sto­jąc. W tej po­zy­cji mogę od­dy­chać, a na­wet jeść. Gdy je­ste­śmy już w au­cie, spo­glą­dam na pu­dełko, w któ­rym była kre­acja, i py­tam, wska­zu­jąc na su­kienkę, którą mam na so­bie:

- To chyba nie jest...?

- Jest. Ory­gi­nalna z filmu, ta, którą no­siła Hep­burn.

Ogromny, prze­peł­niony dumą uśmiech. Jest w swoim ży­wiole. O rany!

- Gi­ven­chy?

- Gi­ven­chy.

- Jak...? - chcę za­py­tać, ale mi prze­rywa:

- Cie­szę się, że pa­suje. Nie było wy­boru roz­mia­rów...

- Skąd ją masz?

- Ku­pi­łem na au­kcji.

- Za ile?

- To bez zna­cze­nia.

Prze­wra­cam oczami.

- Na Boga, Sier­giej, to tylko li­cen­cjat! Co mi po­da­ru­jesz, jak na­pi­szę dok­to­rat?!

- Po­my­ślę wtedy o więk­szym ka­li­brze - od­po­wiada cał­kiem po­waż­nie, pa­trząc na mnie jak głodny na ta­lerz pe­łen je­dze­nia.

- Ro­ze­pnij, pro­szę. Jest tro­chę cia­sna, nie mogę swo­bod­nie od­dy­chać. - Od­wra­cam się do niego ty­łem.

- Z przy­jem­no­ścią. - Kła­dzie rękę na mo­ich ple­cach i prosi Matta, żeby włą­czył mu­zykę. Na­ci­ska przy­cisk wy­zwa­la­jący ciemną szybę, która nas od­dziela od ochro­nia­rzy. I'm on Fire Spring­ste­ena. Kiedy już roz­pina su­kienkę, wkłada pod nią swoje cie­płe dło­nie i okala nimi moje na­gie piersi. Przy­jem­nie.

- Do­brze wi­dzia­łem, że nie masz nic pod spodem. Pro­wo­ka­torka! - za­pra­sza mnie na ko­lana.

Ścią­gam suk­nię i sia­dam na nim okra­kiem w sa­mych majt­kach. Czuję się taka naga... Zu­peł­nie ob­na­żona. Mie­rzy mnie po­waż­nym wzro­kiem, który do­sko­nale znam, i który cią­gle tak samo na mnie działa. Robi się co­raz cie­plej. Ca­łuję. Sma­kuje tak jak ja: kawą i cro­is­san­tem. Pyszne dru­gie śnia­da­nie. Do­tyka mnie i pie­ści, liże usta, szyję i sto­jące na bacz­ność sutki, kiedy wpla­tam palce w jego włosy. Jak ja ko­cham ten za­pach! Sa­mo­chód je­dzie wolno i za­sta­na­wiam się, czy ci z przodu nas wi­dzą w lu­sterku. Mam na­dzieję, że nie, bo czuję, że Sier­giej nie za­mie­rza po­prze­stać na ca­ło­wa­niu. Od­ry­wam na chwilę jego usta od mo­ich piersi i kie­ruję go w stronę mo­jej twa­rzy.

- Tu­taj? - py­tam.

Przy­ta­kuje, uśmie­cha się i znów mnie ca­łuje, szybko roz­pina roz­po­rek. Moje majtki już leżą na ziemi, spraw­dza ręką, czy je­stem na niego go­towa. Tak, zde­cy­do­wa­nie chce to zro­bić tu i te­raz. Nie wiem, co go tak pod­nie­ciło, ale jedno jest pewne: nie do­wie­ziemy tego do domu. Już za mo­ment pod­ska­kuję na nim, pró­bu­jąc być ci­cho. Nie wi­dzie­li­śmy się pra­wie dwa ty­go­dnie. Po­trze­buję tej bli­sko­ści i tego cie­pła. Sto­su­nek trwa jed­nak krótko i kiedy koń­czy, za­czyna się śmiać i mówi, ła­piąc się za głowę:

- Prze­pra­szam. Za­cho­wa­łem się jak dzie­ciak. Nie da­łem rady dłu­żej...

- Od­pra­cu­jesz to wie­czo­rem - za­po­wia­dam, wkła­da­jąc po­spiesz­nie dżinsy i ko­szulkę, bo czuję, że sa­mo­chód już par­kuje.

- Z przy­jem­no­ścią.

- To naj­bar­dziej ro­man­tyczny pre­zent, jaki kie­dy­kol­wiek do­sta­łam. Dzię­kuję. - Ca­łuję go w czu­bek nosa.

- Bar­dziej niż sztuczne ognie?

- Hmmm... Nie wiem. Trudny wy­bór - przy­znaję mu ra­cję i przy­tu­lam się do jego piersi.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie, ko­cha­nie - od­po­wiada i ca­łuje moje włosy.

@Lor­can: Je­steś w No­wym Jorku?

@Anna: Tak. A co?

@Lo­racn: Ju­tro. Ho­tel Hud­son. Rano mam roz­mowę o pracę, po­tem będę wolny. Przyjdź, po­roz­ma­wiajmy.

Sier­giej ma jak zwy­kle na­pięty gra­fik, ja mam ogon w po­staci Her­kusa i apkę śle­dzącą moje po­ło­że­nie przez dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę. W do­datku mu­szę być na­mie­rzalna, ina­czej czeka mnie awan­tura. Nie py­tam na­wet, dla­czego Lor­can chce się ze mną zo­ba­czyć. Ja też tego chcę. Bę­dziemy roz­ma­wiać. Okej. Spraw­dzam, gdzie się znaj­duje jego ho­tel. Nie­da­leko. Je­śli pójdę na spa­cer w tamte re­jony, będę mo­gła po­wie­dzieć, że wstą­pi­łam tam na lunch czy kawę. I po­trzeba mi spo­rej sumy w go­tówce, żeby ku­pić mil­cze­nie Her­kusa. Cały wie­czór i pół nocy wy­my­ślam plan. Rano mu od­pi­suję.

@Anna: O 14?

@Lo­racn: Pa­suje.

Ubie­ram let­nią su­kienkę i te­ni­sówki. Za­sta­na­wiam się, czy brać ka­tanę, bo ma być na­prawdę cie­pło. Przez go­dzinę szwen­dam się po Cen­tral Parku, a po­tem po skle­pach przy Co­lum­bus Circle. Jest słońce, ale wieje wiatr, kurtka się przy­daje. Her­kus, znu­dzony, cho­dzi za mną po skle­pach z to­reb­kami. Przed czter­na­stą za­bie­ram go do ho­telu pod pre­tek­stem lun­chu. Kiedy sia­damy przy sto­liku, ukrad­kiem wkła­dam po­kaźną sumę w menu i po­daję mu je za­mknięte, mó­wiąc:

- Mam do cie­bie in­te­res. Chcia­ła­bym znik­nąć na go­dzinę u góry.

- Co to zna­czy znik­nąć? - oży­wia się.

- To zna­czy, że ty tu sie­dzisz i jesz so­bie pyszny obiad, a ja idę na górę na spo­tka­nie i za go­dzinkę tu je­stem i wra­camy do miesz­ka­nia.

Wi­dzę, jak ana­li­zuje moje słowa, od­chyla się i opada du­żymi ple­cami na opar­cie krze­sła.

- No nie wiem... A z kim się spo­ty­kasz i gdzie do­kład­nie?

- Chcesz nu­mer po­koju?

- Nie chcę, że­byś szła beze mnie.

- Chcesz iść ze mną do tego po­koju? - Uno­szę brwi.

- Po­cze­kam przed drzwiami.

Po­daję mu menu. Bie­rze, ale nie otwiera. Ru­chem głowy wska­zuję na nie. Uchyla. Te­raz to on unosi brwi.

- Sier­giej nie może się o tym do­wie­dzieć. Je­ste­śmy tu na lun­chu, ty i ja. Ja jem ra­violi z grzy­bami i piję lampkę bia­łego char­don­nay. Za­pa­mię­taj.

Wiem, że gram te­raz o wszystko i za­sta­na­wiam się, dla­czego nie prze­wi­dzia­łam, co zro­bię, je­śli ochro­niarz się nie zgo­dzi albo po­sta­nowi mnie wy­dać.

- Go­dzina. Za­mów, co chcesz, ja sta­wiam. Prze­ślę ci nu­mer po­koju, że­byś wie­dział, gdzie je­stem. Je­śli nie po­ja­wię się tu do­kład­nie o pięt­na­stej, mo­żesz przyjść i za­pu­kać.

- Igrasz z ogniem - ko­men­tuje i wiem, że to ozna­cza, że się zga­dza.

Pod­no­szę się i od­cho­dzę z uśmie­chem. Nie wstaje. Zo­staje na krze­śle, chowa kasę i pa­trzy w menu. Ty­siąc do­la­rów. Tyle kosz­tuje mnie go­dzina roz­mowy z Lor­ca­nem. Mam to gdzieś. To nie moje pie­nią­dze. W re­cep­cji in­for­mują mnie, w któ­rym po­koju za­trzy­mał się pan Ma­idley. Wy­sy­łam nu­mer Her­ku­sowi i wy­ci­szam ko­mórkę. Kiedy stoję już przed drzwiami, za­sta­na­wiam się przez mo­ment, czy do­brze ro­bię. Ale to jest tylko mo­ment. Pu­kam. Otwiera od razu. Wpa­dam na niego bez słów, przyj­muje mnie z otwar­tymi ra­mio­nami i go­rą­cymi ustami. Je­stem w domu.

- Zimno mi - wy­znaję.

Lor­can bie­rze mnie do łóżka, pod koł­drę w bu­tach i ubra­niu. Przy­krywa nas szczel­nie, opa­tula. Obej­muje mnie i na­sze ciała prze­pla­tają się, zwią­zują cia­sno, jak na su­peł. Od­dy­cham nim. Pach­nie nie­zmien­nie tak samo. To za­pach szczę­ścia i szcze­niac­kiej bez­tro­ski. Wdy­cham głę­boko, żeby star­czyło na dłu­żej. Chcę tak z nim le­żeć do końca ży­cia. Mam gę­sią skórkę, my­śli, że to cią­gle z zimna i pró­buje mnie roz­grzać, ener­gicz­nie po­cie­ra­jąc ręką moje plecy. Trze mocno i szybko. Za­raz po­lecą ze mnie iskry. Na­sze twa­rze są skle­jone. Po­li­czek przy po­liczku. Od­ry­wam mój, żeby ob­da­ro­wać go mo­rzem de­li­kat­nych po­ca­łun­ków, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, całą twarz. Za­myka oczy i wzdy­cha. Mleczna skóra, dłu­gie rzęsy i blade, po­pę­kane usta. Te gru­deczki kieł­ku­ją­cego za­ro­stu. Chcę po­ca­ło­wać każdą z nich.

Przez bitą go­dzinę le­żymy tak za­wi­nięci jedno w dru­gie. Roz­ma­wiamy szep­tem. Prosi, że­bym wy­tłu­ma­czyła mu nie­wy­tłu­ma­czalne. Dla­czego je­stem z Sier­gie­jem. Sta­ram się, ale to zbyt skom­pli­ko­wane, na­wet dla mnie. Po­tem pyta, czy Sier­giej używa wo­bec mnie prze­mocy. Za­pew­niam, że nie, i tłu­ma­czę, jak to było. Kiedy zbliża się li­mit mo­jego czasu, pa­trzę mu w oczy i wy­znaję:

- Nie mogę beż cie­bie żyć.

Na moje słowa jego oczy ro­bią się wil­gotne, ale żadna łza nie wy­pływa spod po­wiek. Jego szczęka wy­ko­nuje dziwne ru­chy. Czeka na dal­szą część wy­po­wie­dzi.

- Nie mogę ci ni­czego obie­cać na sto pro­cent. Ale chcę cię wi­dy­wać. To na pewno. - Mruga kilka razy i prze­łyka gło­śno ślinę. - Wiem, że pro­szę o dużo. Nie mu­sisz się zga­dzać - koń­czę.

- Zga­dzam się. We­zmę co­kol­wiek.

Te­raz moje oczy wil­got­nieją. Czuję ulgę. Pod­no­szę się nie­chęt­nie i sia­dam na łóżku, bo trzyma mnie za rękę. Szczel­nie za­myka moją dłoń w swo­jej, chowa ją, jak kie­dyś na wietrz­nej plaży. Za dzie­sięć se­kund będę mu­siała ją pu­ścić. Spo­glą­dam na niego i w jego oczach wi­dzę za­wód.

- Jak ci po­szła roz­mowa dziś rano? - Le­piej zmie­nić te­mat.

- My­ślę, że do­brze. Mają od­dzwo­nić.

- Cie­szę się... Ale mu­szę już iść - pau­zuję i wy­su­wam dłoń z jego uści­sku, wstaję i ru­szam do drzwi. - Na­stęp­nym ra­zem po­sta­ram się o wię­cej czasu - za­pew­niam.

- Na­stęp­nym ra­zem cię nie pusz­czę - od­po­wiada i wy­ska­kuje z łóżka, kiedy chwy­tam za klamkę. Za­myka uchy­lone przeze mnie drzwi i ca­łuję mnie z prze­ję­ciem, przy­ci­ska­jąc ca­łym cia­łem. Bie­rze moją twarz w dło­nie, od­rywa usta i szep­cze: - Ko­cham cię. Pa­mię­taj o tym. Ko­cham cię naj­bar­dziej na świe­cie.

Te­raz już nie da się po­wstrzy­mać łez. Ucie­kam. Do­słow­nie. Sta­ram się wy­trzeć chu­s­teczką w win­dzie. Trę i osu­szam, ale cią­gle wy­pły­wają nowe, bo spie­przy­łam nam ży­cie. Po­my­li­łam się. Pod­ję­łam złą de­cy­zję. Z nim mam na­mięt­ność i in­tym­ność. Z Sier­gie­jem tylko na­mięt­ność i jest jej już co­raz mniej. Te­raz to ro­zu­miem.

Wra­cam do re­stau­ra­cji. Her­kus sie­dzi tam, gdzie go zo­sta­wi­łam i wpa­truje się w ekran ko­mórki. Przed nim stoją mała kawa i ta­lerz z okrusz­kami po zje­dzo­nym do ostat­niego kęsa cie­ście. Gdy po­ja­wiam się obok, otwiera usta, ale przez chwilę nie uwal­nia z nich żad­nych słów. W końcu ce­dzi:

- Włosy.

Marsz­czę czoło. Nie wiem, o co mu cho­dzi.

- Po­praw włosy - tłu­ma­czy.

Idąc na par­king, pró­buję je wy­gła­dzić. W au­cie kładę się na tyl­nych sie­dze­niach i po­zwa­lam so­bie na wy­pła­ka­nie reszty łez. Jazda nie trwa nie­stety wy­star­cza­jąco długo, bo miesz­ka­nie jest za­le­d­wie kil­ka­na­ście prze­cznic da­lej. Mu­szę się uspo­koić, za­nim wjadę na górę. Przez czter­dzie­ści mi­nut leżę więc i od­dy­cham głę­boko w sa­mo­cho­dzie. Her­kus na przed­nim sie­dze­niu gra w gierkę na te­le­fo­nie.

Dwa dni póź­niej wra­cam do ży­cia z Sier­gie­jem. Nie mam wyj­ścia. Nie umiem ina­czej. Idziemy na przy­ję­cie. To za­koń­cze­nie kon­fe­ren­cji na te­mat kry­zysu ener­ge­tycz­nego na świe­cie. Od­bywa się w jed­nej z naj­pięk­niej­szych sal ba­lo­wych No­wego Jorku, The Grand Bal­l­room w ho­telu The Plaza. Bo­rys i Eliza też idą.

Na tę oka­zję ku­pi­ły­śmy nowe suk­nie. Eliza ma długą, ciem­no­zie­loną z ko­ron­ko­wymi ra­mio­nami, z ostat­niej ko­lek­cji jed­nego z naj­mod­niej­szych no­wo­jor­skich kre­ato­rów. Moja su­kienka jest z je­dwa­biu, ró­żowo-po­ma­rań­czowa, a jej dół i ko­niec rę­ka­wów zdobi strusi puch. To Dior. Sier­giej nie jest do niej prze­ko­nany, ale nie daję mu wy­boru. Mnie się po­doba i tyle.

Sama gala jest śmier­tel­nie nudna. Naj­pierw trzeba przejść przez mo­rze re­por­te­rów i pa­pa­raz­zich. Mój mąż nie cierpi po­zo­wa­nia do zdjęć, ale trzeba przy­znać, że ma już w tym spore do­świad­cze­nie. Ja z ko­lei je­stem zu­peł­nie onie­śmie­lona. Nie wiem, czy mam się uśmie­chać, czy być po­ważna. Czy mam od­po­wia­dać na py­ta­nia, które od czasu do czasu ktoś rzuca w na­szym kie­runku?

Kiedy pod­jeż­dżamy pod ho­tel, w któ­rym od­bywa się gala, prze­raża mnie liczba fo­to­re­por­te­rów zgro­ma­dzo­nych na ulicy. Fu­ture In­ve­st­ments i Ne­xto­il­glo­bal od mie­sięcy nie scho­dzą z pierw­szych stro­nach ga­zet, na zmianę po­ja­wia­jąc się na wszyst­kich okład­kach. Nie przej­dziemy nie­zau­wa­żeni... Nie ma szans! Robi mi się go­rąco, a moje ręce są zu­peł­nie spo­cone ze stresu, a jesz­cze nie wy­szli­śmy z sa­mo­chodu. Wa­let otwiera mi drzwi, a po chwili Sier­giej wy­ciąga do mnie rękę. Blask fle­szy jest ośle­pia­jący. Boję się, że za­raz po­peł­nię ja­kaś gafę, na którą po­tem bę­dzie pa­trzyła cała Ame­ryka. Dzien­ni­ka­rze i fo­to­re­por­te­rzy stoją po oby­dwóch stro­nach alejki, od­dzie­leni od nas sze­ro­kimi li­nami. Kiedy spo­glą­dam w ich kie­runku, po­ja­wia się las mi­kro­fo­nów. Wstrzy­muję od­dech. Sier­giej bie­rze mnie za rękę i ra­zem prze­cho­dzimy, nic nie mó­wiąc, w kie­runku wej­ścia. Re­por­terka ABC już na nas czeka. To jego umó­wiony wy­wiad. Za­czyna się, kiedy tylko wcho­dzimy do środka. Ich re­flek­tor jest bar­dzo ja­sny. Nie mogę w ogóle sku­pić się na tym, co do nas mówi. A ra­czej do Sier­gieja. Ja naj­wy­raź­niej je­stem tylko do to­wa­rzy­stwa. Naj­wy­żej do ozdoby, choć przy nim to trudne za­da­nie. To w su­mie le­piej, że on jest tu gwiazdą, bo i tak nic nie wi­dzę, mam wra­że­nie, że mi spali oczy. Dzien­ni­karka nie za­daje mi żad­nego py­ta­nia. Po­tem wcho­dzimy do sali ba­lo­wej. Od­dy­cham.

Nie­trudno zro­zu­mieć, dla­czego Sier­giej nie prze­pada za ta­kimi im­pre­zami. To jest po pro­stu nudne i na­dęte. Sie­dzimy przy du­żym okrą­głym sto­liku z dwiema in­nymi pa­rami. Go­ście roz­ma­wiają na te­maty, które mnie nie in­te­re­sują. I ża­den z nich nie do­ty­czy kry­zysu ener­ge­tycz­nego... Na po­czątku sta­ram się słu­chać, co mó­wią, i być na bie­żąco, ale po ja­kichś dwóch go­dzi­nach daję so­bie spo­kój i zaj­muję się ra­czej oglą­da­niem sukni in­nych ko­biet i wy­mie­nia­niem po­ro­zu­mie­waw­czych spoj­rzeń z Elizą, która, nie­stety, sie­dzi da­leko ode mnie, przy in­nym sto­liku. Wspo­mi­nam moją go­dzinę w ho­telu z Lor­ca­nem i robi mi się smutno. Nie­stety nie piję, bo Sier­giej też nie pije na tego typu im­pre­zach. Le­piej za­cho­wać trzeź­wość przy tych lu­dziach, twier­dzi. Szkoda, przy­dałby się kie­li­szek cze­go­kol­wiek z pro­cen­tami. Wszyst­kie pa­nie do­okoła nie od­ry­wają wzroku od mo­jego męża, który jak zwy­kle bry­luje w to­wa­rzy­stwie i zdaje się nie za­uwa­żać za­in­te­re­so­wa­nia, ja­kie wzbu­dza. Czuje się jak ryba w wo­dzie. Ja na­to­miast pa­trzę raz po raz na ze­ga­rek, nie­cier­pli­wie wy­cze­ku­jąc końca.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego Eliza i Bo­rys nie sie­dzą przy tym sa­mym sto­liku co my - mó­wię do Sier­gieja, kiedy kel­ner za­biera mój ta­lerz.

- Go­ście nie mają wpływu na usta­wie­nie miejsc, Anno. Prze­cież już ci to tłu­ma­czy­łem.

"Prze­cież już ci to tłu­ma­czy­łem" jest chyba jego ulu­bio­nym zwro­tem, tak jak "to prze­cież oczy­wi­ste" i "Anno, nie wie­rzę, że o to py­tasz...". Wszyst­kie trzy znie­na­wi­dzone przeze mnie w tym sa­mym stop­niu. Wi­dząc moją minę, uśmie­cha się do mnie i do­daje mi na ucho:

- Wy­trzy­maj jesz­cze tro­chę, po­tem pój­dziemy na praw­dziwe party.

Nie wiem, co kon­kret­nie ma na my­śli, ale daje mi to na­dzieję, że ten wie­czór się kie­dyś skoń­czy. Wy­cho­dzimy z sali po dwu­na­stej i wsia­damy do pod­sta­wio­nej przez Matta li­mu­zyny. Nie od­było się bez kilku fo­tek zro­bio­nych przez naj­wy­tr­wal­szych pa­pa­raz­zich.

- My­śla­łam, że to już się nie skoń­czy. Co za nuda! Na­prawdę mu­simy cho­dzić na ta­kie im­prezy? - py­tam, gdy sa­mo­chód ru­sza, a on wy­ciąga te­le­fon i przy­kłada go wła­śnie do ucha.

- Nie było tak źle, do­wie­dzia­łem się sporo no­wych rze­czy... Mo­ment. - Po czym za­czyna roz­ma­wiać. Bo­rys. Ich zwy­cza­jem, na ofi­cjal­nych przy­ję­ciach oni w ogóle nie po­ka­zują się ra­zem. Kiedy koń­czy, przy­suwa się do mnie, ca­łuje mnie w rękę i mówi:

- Pięk­nie wy­glą­dasz.

- My­śla­łam, że ta su­kienka ci się nie po­doba. - Wy­gła­dzam po­ma­rań­czowe pióra, są ta­kie przy­jemne w do­tyku.

- Nie twier­dzę, że jest brzydka. Uwa­żam tylko, że to do­syć od­ważny wy­bór jak na taką im­prezę, ale nie znam się aż tak na dam­skiej mo­dzie. Do The Ca­stle na pewno bę­dzie pa­so­wać.

- Je­dziemy do The Ca­stle? Wspa­niale!

- Będą też Eliza i Bo­rys.

- Cud­nie!

The Ca­stle to modny klub w No­wym Jorku. Do­syć czę­sto tu by­wamy. To duży, pry­watny lo­kal, który mie­ści się na dwóch pię­trach jed­nego z naj­wyż­szych sta­rych no­wo­jor­skich bu­dyn­ków. Są małe sale re­stau­ra­cyjno-ba­rowe, par­kiety do tań­cze­nia i po­koje do spo­koj­nych roz­mów ze skó­rza­nymi ka­na­pami. Ide­alne miej­sce do spo­tkań, do za­bawy, do wszyst­kiego. Ale nie dla każ­dego. Wstęp ma tylko wą­ska grupa elity No­wego Jorku. Wła­ści­cie­lem jest Sha­mir Kas­sal, który za­wsze prze­cha­dza się po lo­kalu z cy­ga­rem w ręce, w to­wa­rzy­stwie dwóch skąpo ubra­nych mo­de­lek. Przy­po­mina mi nieco Hugh Hef­nera, choć jest młody i cho­dzi w gar­ni­tu­rze, a nie w szla­froku. Sier­giej i Bo­rys roz­ma­wiają z nim za każ­dym ra­zem, kiedy po­ja­wiamy się w klu­bie. Dzi­siaj, za­raz po wej­ściu, pod­cho­dzimy naj­pierw do baru, gdzie Bo­rys za­ma­wia coś do pi­cia. Stoję tam u boku Sier­gieja i pa­trzę na tań­czą­cych lu­dzi. Każda prze­cho­dząca dziew­czyna rzuca mo­jemu mę­żowi po­włó­czy­ste spoj­rze­nie. Jemu ni­gdy nie udaje się przejść nie­zau­wa­żo­nym. Wszyst­kie ko­biety się za nim oglą­dają. Niby je­stem już do tego przy­zwy­cza­jona, ale ja­koś za­wsze mnie to de­ner­wuje. Mam wra­że­nie, że kiedy tylko od­wrócę głowę, jedna z nich się na niego rzuci. Nie lu­bię tego uczu­cia...

Sha­mir Kas­sal i tym ra­zem wy­ła­puje nas w tłu­mie, pod­cho­dzi i wita się. Jego hol­ly­wo­odzki uśmiech jest prze­sad­nie do­sko­nały. Może ku­pił uzę­bie­nie w Tur­cji! Dwie lale nie prze­stają go ob­ma­cy­wać, co wy­gląda dość ża­ło­śnie. Za­sta­na­wiam się, czy ob­ma­cy­wa­nie i szcze­rze­nie się do Sha­mira jest ich pracą? Je­żeli tak, to mam na­dzieję, że za­ra­biają for­tunę, bo fa­cet nie jest spe­cjal­nie uro­kliwy...

Tego wie­czora mamy pry­watną lożę na gó­rze. Sia­damy w czwórkę na wiel­kiej, pół­okrą­głej ka­na­pie z czer­wo­nej skóry. Mamy z niej nie­zły wi­dok na dużą salę ta­neczną i na dwa bary. Wy­star­czy od­sło­nić cienką, bro­ka­tową fi­rankę, która od­gra­dza nas od reszty lo­kalu. Za­raz po­ja­wiła się kel­nerka z dwiema bu­tel­kami wódki i za­ką­ską. Im­prezy z Bo­ry­sem za­wsze toną w mo­rzu al­ko­holu, a na końcu prze­waż­nie wy­cho­dzi, że tylko ja je­stem pi­jana. Cza­sami się za­sta­na­wiam, czy w jego ży­łach za­miast krwi nie pły­nie wła­śnie czy­sta go­rzałka. Sier­giej po chwili po­daje mi kie­li­szek.

- Po tym szo­cie wo­la­ła­bym coś słab­szego albo drinka - in­for­muję.

- W ta­kim ra­zie mu­szę iść do baru, kel­nerka już po­szła - od­po­wiada i po pierw­szej ko­lejce wstaje i od­dala się. Roz­ma­wiam z Elizą o fun­da­cji. W pew­nym mo­men­cie orien­tuję się, że nie ma go już dłuż­szą chwilę i od­sła­niam ko­tarę, aby po­szu­kać go wzro­kiem. A on jakby za­padł się pod zie­mię.

- Gdzie Sier­giej? - py­tam Bo­rysa.

- Nie wiem. Chyba po­szedł ci wziąć coś do pi­cia?

- Tak, ale to było ja­kieś pół go­dziny temu - zer­kam na ze­ga­rek.

- Aż tyle? Nie... Nie wy­daje mi się - marsz­czy czoło.

- Mi­ni­mum. Jak we­szli­śmy było przed pierw­szą, a jest za pięt­na­ście druga.

- Okej, pójdę go po­szu­kać - rzuca i idzie na dół.

- Gdzie on może być? - mó­wię do Elizy, kiedy je­ste­śmy już same.

- Tu przy­cho­dzi wielu na­szych do­brych zna­jo­mych. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby ko­goś spo­tkał i się za­ga­dał.

Od­sła­niam za­słonkę i pa­trzę na lu­dzi tań­czą­cych na dole. Na­gle staje przede mną Bo­rys w to­wa­rzy­stwie pięk­nej blon­dynki.

- Jen­ni­fer! - krzy­czy Eliza i wita się z ko­bietą.

Jen­ni­fer? Jen­ni­fer! O cho­lera! Jen­ni­fer. Por­ce­la­nowa cera, ko­cie oczy, pulchne usta. Blond włosy ide­al­nie za­cze­sane w koka. Ob­wie­szona złotą bi­żu­te­rią. Do tego per­fek­cyj­nie zgrabna, z du­żym biu­stem ści­śnię­tym w gor­se­cie czer­wo­nej mini i kształt­nymi, spo­rymi po­ślad­kami. Dłu­gie nogi w szpil­kach. Ona re­pre­zen­tuje ob­fi­tość i bo­gac­two, swego ro­dzaju peł­nię. Spo­gląda na mnie i wy­ciąga dłoń, żeby się przy­wi­tać.

- Bar­dzo mi miło, Jen­ni­fer Ta­re­dov.

Za­sy­cha mi w gar­dle. Wy­chy­lam więc kie­li­szek wódki, który stoi przede mną nie­ustan­nie pełny dzięki ta­len­tom bar­mana Bo­rysa, po czym od­wza­jem­niam jej uścisk.

- Anna Ta­re­dov... - du­kam w końcu, ści­ska­jąc de­li­kat­nie jej dłoń.

Uśmiech nie opusz­cza jej twa­rzy. Za­trzy­muje na mnie spoj­rze­nie, po czym prze­nosi je py­ta­jąco na Elizę, a ta, nic nie mó­wiąc, przy­ta­kuje tylko. Jen­ni­fer, ex Sier­gieja! Dla­czego za­trzy­mała jego na­zwi­sko? Jak to moż­liwe?

- Bar­dzo mi miło cię po­znać - mówi i siada, wpy­cha­jąc się mię­dzy mnie a Elizę. Używa moc­nych per­fum. Od­su­wam się, ina­czej bę­dziemy się do­ty­kać, bo ma pupę Kar­da­shia­nek. W ogóle chcia­ła­bym znik­nąć. Nie cier­pię tej sy­tu­acji, ona i ja tu­taj, szcze­gól­nie, że jego nie ma. Szot nu­mer trzy obo­wiąz­kowo. Bo­rys na­peł­nia.

- Co za spo­tka­nie! Co tu ro­bi­cie? - pyta Jen­ni­fer, pa­trząc na Bo­rysa i Elizę.

- To, co zwy­kle. Nic wiel­kiego, ba­wimy się. Co ty tu ro­bisz? Na dłu­żej w No­wym Jorku? - od­po­wiada Eliza.

- Je­stem z ko­le­żan­kami, na parę dni. Dziś przy­szły­śmy tro­chę po­tań­czyć.

Spo­gląda na mnie i do­daje:

- A gdzie Serge?

- Sier­giej po­szedł do baru... - mó­wię. Go­dzinę temu.

Nie mogę prze­stać się na nią ga­pić. Co za uroda! Ma bar­dzo mocny, ide­alny ma­ki­jaż. Jest w wieku Sier­gieja, a nie ma ani jed­nej zmarszczki. Ala­ba­strowa cera. Kiedy mówi, twarz się jej za bar­dzo nie ru­sza. Bo­toks. I ide­alne zęby, pew­nie od tego sa­mego den­ty­sty co te Sha­mira.

- Już tro­chę go nie ma, gdzieś się nam za­po­dział - do­daje Eliza.

- O, pew­nie jak zwy­kle ktoś go za­trzy­mał w jed­nym z pry­wat­nych po­koi. Jest tu sta­łym by­wal­cem. Wszyst­kie go znają - od­po­wiada Jen­ni­fer i par­ska sztucz­nym śmie­chem.

Rzu­cam jej za­bój­cze spoj­rze­nie, ale nie działa. Sie­dzi tu da­lej i ma się wy­śmie­ni­cie. Chwyta za roz­sta­wione przed nami kie­liszki i zwin­nym ru­chem wy­chyla dwa szoty, je­den po dru­gim, za­gryza ka­na­peczką z sa­lami. Mam na­dzieję, że jej sta­nie w gar­dle. Eliza tylko wy­ba­łu­sza oczy na jej słowa. Po chwili spusz­cza głowę i szep­cze coś do Bo­rysa. Za­raz po­tem ten wstaje i oznaj­mia:

- Idę dra­nia po­szu­kać, pew­nie roz­ma­wia z kimś przy ba­rze.

- Co u cie­bie sły­chać, Jenny? - pyta moja ko­le­żanka, je­dząc ka­napkę z ka­wio­rem.

- Sporo się dzieje... Trudno tak wszystko opo­wie­dzieć, stre­ścić w paru zda­niach, ale ogól­nie jest do­brze, nie na­rze­kam.

Jej me­ga­dłu­gie, spi­cza­ste, po­ma­lo­wane na czarno pa­znok­cie przy­ku­wają mój wzrok. Na pal­cach ma kilka zło­tych pier­ścion­ków z ko­lo­ro­wymi ka­mie­niami. Tro­chę prze­sad­nie to wy­gląda. Ale poza tym... Bar­bie. Ta ko­bieta nie ma ani jed­nego za­ry­so­wa­nia, żad­nego za­gnie­ce­nia czy plamki. Ona i jej strój są ide­alne. Ża­den włos nie wy­staje. Mam ochotę jej do­tknąć, żeby prze­ko­nać się, czy jest praw­dziwa.

- A wy? Wszystko do­brze? Ma­cie dzieci? - Cały czas jest uśmiech­nięta i sie­dzi wy­pro­sto­wana. Jest w niej coś fa­scy­nu­ją­cego. Nie je­stem za­sko­czona, że Sier­giej się kie­dyś w niej za­ko­chał. Ona błysz­czy... Ma coś w so­bie. Chyba ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam ko­goś z taką pre­zen­cją i tak osza­ła­mia­jącą urodą. Nie­stety.

Eliza i Jen­ni­fer za­czy­nają roz­ma­wiać o wszyst­kim i o ni­czym, zu­peł­nie mnie igno­ru­jąc. Z każdą ko­lejną mi­nutą czuję się go­rzej. Chyba za­czyna mi się krę­cić w gło­wie. Na do­da­tek cią­gle ani śladu Sier­gieja. Bo­rys też prze­padł. Po­sta­na­wiam, że pójdę, a ra­czej ucieknę do to­a­lety.

Da­leko od ide­al­nej Jen­ni­fer, mam ochotę wło­żyć głowę pod kran z zimną wodą. Albo naj­le­piej z zimną wódką. Nie­stety, to nie­moż­liwe. Nie dość, że mam cho­lerny ma­ki­jaż, który pew­nie by się roz­ma­zał, to jesz­cze w do­datku krany są tak bli­sko umy­walki, że nie da się tam wło­żyć ni­czego więk­szego od wła­snej ręki. Ska­nuję prze­strzeń do­okoła i udaje mi się zlo­ka­li­zo­wać je­den z bia­łych ma­łych ręcz­nicz­ków frotté, które leżą zwi­nięte w ide­alne ru­lo­niki i cze­kają na mo­kre dło­nie. Po za­nu­rze­niu go w lo­do­wa­tej wo­dzie przy­kła­dam do twa­rzy. Mam wra­że­nie, że płonę. Jest mi tak go­rąco. Chłód ręcz­nika tro­chę mnie re­lak­suje. Dla­czego ona musi być aż tak atrak­cyjna?! To ona, a nie ja, pa­suje do Sier­gieja! Na żywo wy­gląda sto razy le­piej niż na zdję­ciach w in­ter­ne­cie. Sia­dam na jed­nym z fo­teli, które stoją w tej ogrom­niej ła­zience. Roz­glą­dam się do­okoła. To po­miesz­cze­nie w ni­czym nie przy­po­mina to­a­let w ja­kim­kol­wiek in­nym klu­bie, jaki znam. Jest urzą­dzone jak zam­kowa kom­nata z to­a­let­kami, pu­fami i fo­te­lami. Lu­stra mają grube, rzeź­bione ramy, a na pod­ło­dze leży miękki, ha­fto­wany dy­wan. Na ma­łych to­a­let­kach stoją lampki, a obok krysz­ta­łowe pu­charki z mię­tu­sami. Sie­dzę w fo­telu z mo­krym ręcz­ni­kiem na twa­rzy, po­dzi­wia­jąc ob­razy wi­szące na ścia­nach, kiedy po­ja­wia się Jen­ni­fer. Jenny, kurwa, Ta­re­dov. Tu sam na sam ze mną! Za co? Dla­czego?

- Tu się cho­wasz! - za­czyna i pod­cho­dzi do jed­nego z lu­ster, wyj­mu­jąc pu­der­niczkę z ma­łej ko­per­tówki, wy­sa­dza­nej świe­cą­cymi krysz­tał­kami. Albo dia­men­tami. Wszystko moż­liwe.

Nie wiem, co od­po­wie­dzieć, więc spo­glą­dam tylko na nią i pod­no­szę się na fo­telu, żeby usiąść wy­żej.

- Nie bój się, nie gryzę - do­daje, pa­trząc, jak pro­stuję plecy.

- Nie boję się - oznaj­miam, ły­piąc na nią spod mo­jego ręcz­nika. To nie do końca prawda. Czuję ja­kiś dziwny nie­po­kój. Ko­bieta pu­druje nos i brodę.

- To dla­tego cho­wasz się pod tym ręcz­ni­kiem? - pyta, od­wra­ca­jąc się w moją stronę.

Ścią­gam go i rzu­cam do prze­zna­czo­nego na ten cel ko­sza.

- Nie cho­wam się.

Nie spusz­czam już z niej wzroku. Ja­każ ona jest piękna... Prze­ra­ża­jąco piękna. Blon­dynka na­gle zbliża się do mnie i siada na fo­telu obok. Otwiera to­rebkę i cho­wa­jąc pu­der­niczkę, wyj­muje paczkę pa­pie­ro­sów.

- Pa­lisz? - pyta, kie­ru­jąc pa­pie­rosy w moją stronę.

- Nie - od­po­wia­dam ci­cho.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie. Prze­cież Serge tego nie znosi, prawda?

Nie re­aguję, bo zna od­po­wiedź. Wkłada pa­pie­rosa do ust i kil­ka­krot­nie pró­buje od­pa­lić go za po­mocą swo­jej wy­sa­dza­nej dia­men­tami za­pal­niczki, od któ­rej też trudno ode­rwać wzrok. Ja roz­glą­dam się za czuj­ni­kami dymu. Wi­dzi to i rzuca:

- To je­den z ostat­nich lo­kali w tym mie­ście, gdzie można jesz­cze pa­lić.

Kto bo­ga­temu za­broni? Od­pala pa­pie­rosa, za­ciąga się głę­boko i wy­pusz­cza­jąc dym pro­sto w moją twarz, pyta:

- I co? Jak ci z nim?

- Co masz na my­śli? - od­po­wia­dam py­ta­niem na py­ta­nie.

- Wszystko, ży­cie... Da­lej jest taki za­zdro­sny, sta­now­czy, po­ryw­czy, uparty i nie­zno­śny? Czy już z tego wy­rósł? - wy­li­cza po­woli, po czym do­daje, kiedy otwie­ram usta, żeby jej od­po­wie­dzieć: - Jesz­cze za­po­mnia­łam do­dać: de­spo­tyczny.

- Mój Sier­giej? Chyba nie mó­wimy o tym sa­mym Sier­gieju.

- Twój, twój... Nie martw się, nie za­biorę ci go. Już raz da­łam się na­brać na mał­żeń­stwo z tym wład­czym za­zdro­śni­kiem, wy­star­czy mi na całe ży­cie. - Znów dmu­cha dy­mem w moją stronę.

Nie po­doba mi się to, co mówi, i chcę jej od­szczek­nąć coś nie­mi­łego, ale nie daje mi dojść do słowa.

- Tro­phy wife... Je­steś te­raz jego tro­phy wife, żoną-tro­feum, fa­ceci w tym wieku tak mają. Nie on pierw­szy, nie ostatni. - Wy­ma­chuje ręką i wska­zuje na mnie pal­cem. - Biorą na­sto­latki na żony, żeby inni im za­zdro­ścili. Sprę­ży­ste cycki i na­pięta skóra na du­pie, tylko to ich in­te­re­suje. Ale ro­dziny z nim nie za­ło­żysz, wiesz o tym? - pau­zuje wresz­cie, pa­trząc mi pro­sto w oczy.

- Co ty pie­przysz? - rzu­cam, bo wresz­cie daje mi dojść do słowa. Wstaję i pod­cho­dzę do umy­walki. Nie mogę już tam sie­dzieć i du­sić się jej sło­wami i tym dy­mem.

- Nie wiesz, o czym mó­wię? - za­gaja. Myję ręce, wy­cie­ram je w czy­sty ręcz­nik i od­wra­cam się do niej:

- Nie i w su­mie mnie to nie in­te­re­suje.

- A po­winno. - W jej oczach wi­dać wielką sa­tys­fak­cję.

Wredna suka! Nie od­po­wia­dam, nie za­słu­guje na to. Wy­cho­dzę z ła­zienki, nic nie mó­wiąc, z wy­soko unie­sioną głową, trak­tu­jąc ją jak po­wie­trze. Wra­cam do na­szej loży. Sier­giej sie­dzi na ka­na­pie z na­szymi przy­ja­ciółmi i się śmieje. Kiedy mnie wi­dzi, woła:

- Anna! Gdzie by­łaś?

- Gdzie ty by­łeś? Znik­ną­łeś gdzieś, za­miast przy­nieść mi drinka!

Uśmie­cha się i wska­zuje duży kie­li­szek wy­peł­niony trun­kiem, sto­jący na sto­liku.

- Pro­szę, to dla cie­bie.

- Dzię­kuję. - Chwy­tam i upi­jam po­łowę. Do­bre. Owo­cowe.

- Usiądź - pro­po­nuje.

- Nie, nie mam ochoty. Chodź ze mną.

Po­daję mu rękę i cią­gnę go na dół, w kie­runku par­kietu. Po dro­dze mi­jamy Jen­ni­fer, która za­cze­pia Sier­gieja, gło­śno krzy­cząc "Serge!", ale nie po­zwa­lam mu się za­trzy­mać i mó­wię:

- Chodź, po­tem bę­dziesz roz­ma­wiał!

Słu­cha mnie, od­po­wia­da­jąc jej tylko ge­stem ręki mó­wią­cym: nic z tego nie ro­zu­miem. Przy­naj­mniej choć raz to ja de­cy­duję. Sta­jemy na środku sali i za­czy­namy tań­czyć. Ko­cham z nim tań­czyć. Jest w tym świetny. Przy­tu­lam się do niego, mimo że mu­zyka jest do­syć szybka. Jest mi do­brze. Obej­muje mnie w moc­nym uści­sku, wtu­la­jąc twarz w moje włosy. Po chwili mówi mi do ucha:

- Wszystko w po­rządku?

- Tak, dla­czego py­tasz?

- A Jen­ni­fer?

- Co Jen­ni­fer? - od­po­wia­dam, uda­jąc, że nie wiem, o co mu cho­dzi.

- Po­dobno się z nią wi­dzia­łaś. - Od­rywa twarz od mo­ich wło­sów.

- Tak. - Le­piej nie ściem­niać.

- I wszystko okej? - On ją jed­nak do­brze zna...

- Ja­sne. Dla­czego mia­łoby być ina­czej?

Spo­gląda mi w oczy i stwier­dza:

- Znam ją.

- Nie martw się, to była bar­dzo cy­wi­li­zo­wana roz­mowa... - Zmy­ślam, pa­trząc mu pro­sto w oczy.

Do­brze, że mu­zyka jest gło­śna, ina­czej wy­czułby to jesz­cze w moim gło­sie. Uśmie­cha się po­gar­dli­wie, da­jąc mi tym do zro­zu­mie­nia, że nie wie­rzy w żadne moje słowo. Mam to gdzieś. Nie chcę już dłu­żej o niej roz­ma­wiać. Wy­star­czy, że nie mogę prze­stać o niej my­śleć. O nich my­śleć. Za­sta­na­wia­łam się, jak bar­dzo ją kie­dyś ko­chał. A może wciąż? Jest bo­sko piękna i sek­sowna. Cie­kawe, kto za­de­cy­do­wał tak na­prawdę o roz­sta­niu. On zo­sta­wił ją czy ona jego? Ona go spro­wo­ko­wała, ale gdyby nie to, to może wciąż by­liby ra­zem. Pa­so­wali do sie­bie, przy­naj­mniej fi­zycz­nie... Ja też cią­gle pro­wo­kuję Sier­gieja. Czy je­stem tak samo wku­rza­jąca jak ona? Czy na­sze mał­żeń­stwo też nie­długo się skoń­czy w są­dzie? Nie po­tra­fi­ła­bym się są­dzić o jego pie­nią­dze. A co do urody, to nie do­ra­stam jej na­wet do pięt. Nie wiem, co Sier­giej we mnie wi­dzi. Żona-tro­feum? Ja? To mi do­piero!

- Chcę wra­cać - ogła­szam na­gle.

- Już?

- Tak.

- I nie przez Jen­ni­fer?

- Nie przez Jen­ni­fer - ce­dzę przez zęby.

Zdzi­wiony, pod­nosi brwi, a po­tem ra­mię, że­bym wy­ko­nała ostatni ob­rót, i scho­dzimy z par­kietu. W au­cie pra­wie za­sy­pia. Na­wet się za­sta­na­wiam, czy jest pi­jany, bo chwieje się odro­binę na no­gach, wy­cho­dząc z klubu. Ale on ni­gdy nie jest pi­jany. Obo­jęt­nie, ile pije. Sier­giej się nie upija. Ja też ja­koś wy­trzeź­wia­łam przez to spo­tka­nie. W miesz­ka­niu rzuca klu­czami o blat, które jed­nak upa­dają na pod­łogę. Sier­giej pa­trzy na nie, ale ich nie pod­nosi. Idzie pod prysz­nic, choć po im­pre­zach nie ma ta­kiego zwy­czaju. Do­łą­czam do niego. Myje się w spe­cy­ficzny spo­sób. Ma za­mknięte oczy. Szo­ruje się szybko oby­dwiema rę­kami jed­no­cze­śnie, od stóp do głów dużą ilo­ścią żelu o moc­nym mę­skim za­pa­chu. Do wło­sów używa su­per­szam­ponu. Boję się po­dejść bli­żej, żeby przy­pad­kiem nie obe­rwać, tak ener­gicz­nie wy­ma­chuje. Na szczę­ście mamy dwu­oso­bowy prysz­nic. Myję się po swo­jej stro­nie. Kiedy koń­czy, otwiera oczy i wi­dząc mnie, uśmie­cha się i wy­cho­dzi. Bez kon­taktu, bez do­tyku. Spo­ty­kamy się w sy­pialni. Wiem, że gdy się po­łoży, to od razu za­śnie. Za­czy­nam więc, kiedy siada na łóżku i wy­ci­sza te­le­fon.

- Jen­ni­fer po­wie­działa, że...

- Nie ob­cho­dzi mnie, co mó­wiła Jen­ni­fer. Nie chcę tego wie­dzieć.

Spo­glą­dam na niego i mam ochotę spró­bo­wać raz jesz­cze, wy­cią­gnąć od niego tę in­for­ma­cję, ale nie wiem jak. Kiedy tak się za­cho­wuje, to się go boję. Wzdy­cham tylko i krzy­żuję ręce. Rzuca okiem. Kła­dzie się, gasi swoją lampkę i za­myka oczy. Se­kunda i śpi. Albo udaje. W każ­dym ra­zie z roz­mowy nici.

@Anna: Tę­sk­nię za Tobą.

@Lor­can: Ja za Tobą też.

@Anna: Pra­gnę Cię.

@Lor­can: Ja Cie­bie też!

@Anna: Chyba zwa­riuję.

@Lor­can: Ja też.

@Anna: Prze­stań!

@Lor­can: Ty prze­stań!

@Anna: Przy­się­gam.

@Lor­can: Hej! Do­sta­łem tę pracę! Za dwa ty­go­dnie prze­no­szę się do NYC!

@Anna: Wow! Gra­tu­luję! Tak bar­dzo się cie­szę!

@Lor­can: Przy­le­cisz mnie od­wie­dzić?

@Anna: Na 100% Tylko jesz­cze nie wiem, kiedy.

@Lor­can: Po­ju­trze lecę na Flo­rydę. Ostat­nie wa­ka­cje przed pracą.

@Anna: Z kim?

@Lor­can: Sam.

@Anna: Bar­dzo chcia­ła­bym do Cie­bie do­łą­czyć, ale to nie­moż­liwe.

Nie­moż­liwe staje się moż­liwe, je­śli bar­dzo cze­goś chcesz. Szef musi na­gle wy­je­chać na fermę z al­gami, a ja mogę zo­stać w No­wym Jorku. Mówi, że wróci za pięć dni. Na drugi dzień sie­dzę już w sa­mo­lo­cie na Flo­rydę, obok mnie Her­kus. Pre­tekst? Le­cimy zo­ba­czyć wy­stawę Re­fika Ana­dola w mu­zeum Su­per­blue w Miami. Sier­giej wie, że fa­scy­nują mnie jego prace. Re­zer­wa­cję ho­telu po­wie­rzam Molly. Już jaw­niej i ofi­cjal­niej nie można. Jako że Her­kus musi le­cieć ze mną, mamy dwa po­koje w eks­klu­zyw­nej willi Casa Ca­su­arina.

@Anna: Ju­tro je­stem w Miami. Na­pisz, gdzie mo­żemy się spo­tkać.

@Lor­can: Po­waż­nie?!

@Anna: Tak.

@Lor­can: Juno Be­ach. Jak je­dziesz je­dynką, ja­kieś cztery mile przed plażą jest taki duży par­king, będę tam na Cie­bie cze­kał. Znam miej­sce, ła­two jest tam do­je­chać. Bę­dziesz?

@Anna: Będę. Po­sta­ram się być na sie­dem­na­stą. Może być? Mam dla Cie­bie nie­spo­dziankę.

@Lor­can: To jest ja­kieś sza­leń­stwo. Nie po­znaję Cię!

Tak. To jest sza­leń­stwo. Wiem, po co tam lecę i wiem też, że ro­bię źle. Ale je­stem tak zde­spe­ro­wana moim mał­żeń­stwem, że nie po­tra­fię się opa­no­wać i tego od­wo­łać. Za czę­sto za­sta­na­wiam się, co by było, gdyby... Kiedy za­jeż­dżamy do ho­telu, pro­szę Her­kusa o roz­mowę. Idziemy do po­koju, który wy­na­jęła dla niego Molly.

- To mój po­kój czy twój?

- Twój. Ja mam inny - in­for­muję i roz­glą­dam się. Rze­czy­wi­ście wy­soki stan­dard.

- Kto ro­bił re­zer­wa­cję?

- Molly. O co cho­dzi? Nie po­doba ci się?

- Chcę się upew­nić, że nikt nie bę­dzie mi ka­zał za niego pła­cić.

- Spo­koj­nie, za wszystko płaci Sier­giej. Wy­lu­zuj!

- Skoro tak mó­wisz.

Za­gląda do ła­zienki i wy­gląda na bal­kon. Śmiesz­nie wzdy­cha. Kiedy otwiera ba­rek, za­czy­nam nie­śmiało:

- Po­słu­chaj, je­stem tu nie dla tej wy­stawy...

Pod­nosi wzrok.

- Do­my­śli­łem się - od­po­wiada.

- Czy chcesz usta­lić stawkę za dys­kre­cję? Po­trze­buję trzech dni bez cie­bie... Za­płacę, ile trzeba.

- Skończmy z tym, co? Nie mu­sisz mi pła­cić. Mam na to wy­je­bane. Twój mąż już płaci mi trzy razy wię­cej, niż za­ra­biam nor­mal­nie w fir­mie. Moja dys­kre­cja to... - za­sta­na­wia się nad wy­bo­rem słowa - to taki pre­zent ode mnie.

- Pre­zent? Z ja­kiej oka­zji?

- Bo wi­dzę, jak ci ciężko z Sze­fem. Nie chciał­bym być na twoim miej­scu.

Włą­czam pauzę. Nikt ni­gdy nie był ze mną tak szczery. Jego słowa na­pły­wają dużą falą pod moje po­wieki, są jak tsu­nami: na­głe i nie­prze­wi­dziane. Nad­ludz­kim wy­sił­kiem ha­muję wy­buch. Ale to co zdą­żyło wy­pły­nąć, już spływa po­to­kiem po mo­jej twa­rzy. To aż tak wi­dać? Robi mu się głu­pio, bo od razu spusz­cza wzrok i mówi:

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łem cię ura­zić...

- To nie twoja wina... - udaje mi się od­po­wie­dzieć. Po­trze­buję chwili, żeby się uspo­koić. Her­kus znaj­duje pu­dełko chu­s­te­czek hi­gie­nicz­nych w ła­zience i przy­nosi mi je. Wy­cie­ram po­liczki i wy­dmu­chuję nos w logo Ver­sace. Od razu le­piej.

- Za­po­mnij, co po­wie­dzia­łem. Cza­sami coś chlapnę bez za­sta­no­wie­nia.

Pró­buje się wy­co­fać, ale już za późno. Wiem, że mó­wił prawdę i dla­tego tak boli. Ki­wam głową. Trzeba skoń­czyć ten te­mat, przejść do kon­kre­tów.

- Te­raz jadę się spo­tkać. Ale wró­cimy tu wie­czo­rem i już ni­g­dzie nie bę­dziemy się ru­szać, oprócz tej wi­zyty w mu­zeum, może ju­tro. Mo­żesz tu być przez ten czas? Zo­stań tu, pro­szę. Za­mó­wię tak­sówkę.

- Je­żeli coś ci się sta­nie, to wiesz, że on mnie za­bije. - Ostat­nie słowa jesz­cze nie zdąży do­brze wy­brzmieć, a pod­nosi już rękę w ge­ście sprze­ciwu, jakby sam chciał za­trzy­mać ich brzmie­nie. Za późno. One już wy­brzmiały. Spraw­dzam, czy mówi po­waż­nie. Na to wy­gląda. Zła­pał się za usta. Ki­wam głową i wcho­dzę mu w słowo, za­nim zdoła coś do­dać:

- Bzdura.

Pod­nosi brwi i za­ci­ska szczękę.

- Nie uży­waj ta­kich słów... - pro­szę. - Mo­żesz mnie śle­dzić na te­le­fo­nie. Nic mi się nie sta­nie. Męż­czy­zna, z któ­rym się spo­ty­kam...

- To ten młody z klubu w Lon­dy­nie? - Te­raz on mi prze­rywa.

- Ten sam.

- Okej. On ci nic nie zrobi. On cię ko­cha.

Po­wrót tsu­nami. Tym ra­zem nie wy­płynę na po­wierzch­nię od razu, jak za pierw­szym ra­zem. Te­raz mu­szę usiąść i wy­pła­kać wszystko do końca. Her­kus nie wie, gdzie się po­dziać.

- Sorry - po­wta­rza i cho­dzi ner­wowo koło mnie. - Prze­pra­szam... - duka. Po­trze­buję chwili. W końcu się uspo­ka­jam i wstaję.

- Okej. Idę. - Pro­stuję się. - Jak wy­glą­dam? - py­tam.

- Strasz­nie.

- Dzięki za szcze­rość.

- Pro­szę bar­dzo.

- Mamy prze­je­bane. Wszy­scy - rzu­cam pod no­sem i otwie­ram drzwi.

- Ja naj­bar­dziej, bo ci ufam - do­daje, ale już go nie słu­cham.

Do­jeż­dżam tam tak­sówką. Kiedy auto wjeż­dża na par­king, nie mu­szę się za nim na­wet roz­glą­dać. Jest kilka sa­mo­cho­dów i kilka osób, ale tylko je­den Lor­can Ma­idley. Stoi ni­czym su­per­bo­ha­ter na ma­sce czar­nego ka­brio­letu mu­stanga i pa­trzy w kie­runku plaży. Wy­tarte dżinsy, czarny T-shirt z czer­wo­nymi na­pi­sami i ciemne oku­lary, tylko pe­le­ryny mu bra­kuje. Kla­syka. Ja­mes Dean. Wy­sia­dam z sa­mo­chodu. Nie mogę się opa­no­wać, bie­gnę w jego kie­runku. Wi­dzi mnie i ze­ska­kuje na zie­mię. Wy­sta­wia do mnie ręce. Z wiel­kim uśmie­chem. Wpa­dłam na niego jak tor­nado. Moje dłu­gie włosy przy­kry­wają po­łowę jego twa­rzy. Obej­muję go rę­kami i no­gami, za­wi­sam na nim, ca­łu­jąc go po­ryw­czo. Mię­towy smak. To ta­kie na­tu­ralne! Od­po­wiada z taką samą za­chłan­no­ścią. Mam wra­że­nie, że zaj­muję się ogniem. Zdej­muję jego oku­lary prze­ciw­sło­neczne i pa­trzę pro­sto w te ro­ze­śmiane oczy. Cały ten uśmiech, to ten sam z mo­jego po­koju w aka­de­miku. Chcę się z nim ko­chać. Te­raz, jak naj­szyb­ciej! Od razu to wiem. Po chwili mówi wresz­cie:

- Cześć, Mała... To co? Chcesz iść na spa­cer? - Kiw­nię­ciem głowy wska­zuje plażę. Wy­bu­cham śmie­chem. Chyba zwa­rio­wał. Mam gdzieś plażę!

- Nie. Ty i ja w czte­rech ścia­nach - szep­czę mu do ucha. Moje in­ten­cje są ja­sne. Uśmie­cha się. Nie trzeba mu po­wta­rzać dwa razy.

- Za­ła­twione. Wska­kuj. - Otwiera mi drzwiczki.

- Jak szybko mknie ten ru­mak?

- To mu­stang!

- Jak szybki jest twój mu­stang?

- Zdzi­wisz się - od­po­wiada i par­ska cu­dow­nym śmie­chem.

Sia­dam na przed­nim sie­dze­niu obok niego. Ob­le­piam go wzro­kiem. Nie mogę prze­stać. Za­gryza wargi, a sze­roki uśmiech nie scho­dzi mu z twa­rzy. Włą­cza mu­zykę i ru­sza z pi­skiem opon. Na au­to­stra­dzie prze­kra­cza dwu­krot­nie do­zwo­loną pręd­kość. Udaje wy­lu­zo­wa­nego, my­śli pew­nie, że się na to na­bie­ram. Chce mi się z niego śmiać. Wiem, co czuje w środku. Do­kład­nie to, co ja. Ogień.

- O czym te­raz my­ślisz? - py­tam, pa­trząc jak wiatr roz­wiewa jego po­tar­gane włosy.

Za­sta­na­wia się chwilę, spo­gląda na mnie i ogła­sza z bo­skim uśmie­chem:

- O tym, co ci za­raz zro­bię.

Roz­braja mnie to do­szczęt­nie. Mo­dlę się, żeby droga nie była długa... Wy­sta­wiam ra­mię na ze­wnątrz i ła­pię cie­pły wiatr, który roz­dmu­chuje moje dłu­gie włosy. Na mo­ment za­my­kam oczy. Je­stem szczę­śliwa. Pru­jemy z pręd­ko­ścią świa­tła i po paru mi­nu­tach za­jeż­dżamy pod przy­drożny mo­tel. Od­pa­da­jąca farba, po­je­dyn­cze szyby w oknach i żółte fi­ranki. To pra­wie Ba­tes Mo­tel z Psy­chozy Hitch­cocka. Par­kuje przed par­te­ro­wym bu­dyn­kiem i kła­nia­jąc się szar­mancko, otwiera mi drzwi. Wy­sia­dam, pa­trząc na niego z pod­nie­ce­niem. Lor­can... Na par­kingu stoi kilka pi­ka­pów, a wiatr prze­rzuca po­rzu­cone na ziemi pla­sti­kowe kubki po na­po­jach i puszki po pi­wie.

- Przy­kro mi, tylko na to może so­bie po­zwo­lić bez­ro­botny ab­sol­went ar­chi­tek­tury - wy­gła­sza, szcze­rząc zęby. - Szkoda, że sie­bie nie wi­dzisz - do­daje. Mu­szę mieć dziwną minę. Wstyd mó­wić, ale chyba już zdą­ży­łam się przy­zwy­czaić do pię­cio­gwiazd­ko­wych ho­teli Sier­gieja...

- Mam to gdzieś, je­żeli tylko masz klucz do jed­nego z tych po­koi. Poza tym, już nie bez­ro­botny - za­pew­niam jed­nak. Uśmie­cha się.

Nie wiem, czy je­stem do końca sobą. Nie mogę uwie­rzyć w to, co ro­bię. Ale czuję się z tym do­brze.

Lor­can wyj­muje klucz z tyl­nej kie­szeni spodni i ma­cha mi nim przed no­sem. To jest praw­dziwy klucz, taki me­ta­lowy, nie ja­kaś karta ma­gne­tyczna jak w nor­mal­nych ho­te­lach. Bie­rze mnie za rękę i pro­wa­dzi pod po­kój nu­mer trzy. Rzu­cam okiem na bu­dy­nek. Musi być ich mak­sy­mal­nie dzie­sięć. Li­czę. Dwa­na­ście. Jed­nak Psy­choza. Za­trzy­muje się przede mną i pa­trzy na mnie po­waż­nym wzro­kiem:

- Za tymi drzwiami już nie bę­dzie od­wrotu. Na pewno tego chcesz?

Skąd u niego ta ase­ku­ra­cja?, my­ślę. Na­prawdę mówi po­waż­nie, ale ja mam ochotę na sza­leń­stwo, nie na cho­lerną rze­czy­wi­stość! Chcę Lor­cana z po­koju w aka­de­miku, tego z plaży, tego z sil­nymi ra­mio­nami i łap­czy­wymi ustami. Tego, który nie pyta czy może, tylko bie­rze, co uważa za swoje.

- Tak, chcę - od­po­wia­dam bez wa­ha­nia. Po­ważne nie­bie­skie spoj­rze­nie.

- Na pewno?

- Tak, na pewno, nie wi­dać? - Wy­do­by­wam z sie­bie sta­now­czy głos, do­ty­ka­jąc jego klatki pier­sio­wej. Nie mogę uwie­rzyć, że tam sto­imy, a on za­daje mi ta­kie py­ta­nia. Tak bar­dzo się za nim stę­sk­ni­łam.

- Po­wiedz to jesz­cze raz - roz­ka­zuje i przy­ciąga mnie mocno do sie­bie. To brzmi po mę­sku.

Tak do mnie mów!

- Pra­gnę cię! - od­po­wia­dam gło­śno i wy­raź­nie, aby nie było wąt­pli­wo­ści.

- Nie chcę po­tem nie­po­ro­zu­mień... - tłu­ma­czy z lek­kim uśmie­chem. Roz­luź­nia się.

- Obie­cuję, nie bę­dzie. Ale dziś to ty de­cy­du­jesz, ty tu je­steś sze­fem - szep­czę za­lot­nie do jego ucha i po­sy­łam mu uwo­dzi­ciel­ski uśmiech.

Po­doba mu się. Po­py­cha mnie lekko na drzwi i przy­suwa się tak bli­sko, że nie mogę się ru­szyć. Czuję przy­jemny skurcz w pod­brzu­szu. Mi­nuty dzielą nas od ma­so­wego wy­bu­chu ma­te­rii.

- Co­kol­wiek się wy­da­rzy? - pyta, chwy­ta­jąc mnie za udo.

Par­skam śmie­chem.

- Co­kol­wiek się wy­da­rzy - od­po­wia­dam, nie prze­sta­jąc go ob­ma­cy­wać.

W końcu otwiera drzwi i wcho­dzimy do środka. Po­kój jest straszny, ale nie ob­cho­dzi mnie to. Na ścia­nach sta­ro­modna ta­peta z po­krę­co­nymi wzor­kami. Kilka jego rze­czy wala się na wy­tar­tej i po­pla­mio­nej wy­kła­dzi­nie pod­ło­go­wej. Po­ściel na łóżku leży w nie­ła­dzie ra­zem z jego lap­to­pem, pa­pie­ro­sami i pu­stymi bu­tel­kami po na­po­jach. Fuj! Naj­gor­szy jest za­pach, a wła­ści­wie smród pa­pie­ro­sów po­mie­szany z wo­nią ku­rzu i sta­ro­ści. Ale to też nie od­grywa w su­mie żad­nej roli. Po pierw­szych oglę­dzi­nach od­wra­cam się do niego, stoi tuż za mną. Rzuca klu­czyki na coś, co udaje szafkę, i obej­muje mnie ra­mio­nami. Za­myka mnie w cia­snym uści­sku i pyta:

- Tę­sk­ni­łaś za mną?

- Tak. Na­wet nie zda­jesz so­bie sprawy, jak bar­dzo.

- Długo mi ka­za­łaś na sie­bie cze­kać. Ale by­łem pe­wien, że wró­cisz, bo do­sko­nale wiem, czego ci trzeba. - Za­czyna mnie ca­ło­wać.

Ta jego wro­dzona skrom­ność! Je­stem tak spra­gniona tych za­bor­czych po­ca­łun­ków, że mam ochotę w nich uto­nąć. Zjedz mnie, no da­lej! Roz­po­znaję te ru­chy i ten smak. Nic się nie zmie­niło. Na­gle zdaję so­bie sprawę z na­pię­cia, ja­kie bu­zuje w moim ciele. Mam wra­że­nie, że zbie­rało się tam od dni, ty­go­dni, może na­wet mie­sięcy i te­raz mu­szę się go po­zbyć, zna­leźć uj­ście dla mo­jej fru­stra­cji, zło­ści, żalu i tę­sk­noty. Pada na niego. To jest jak start sa­mo­lotu. Sil­niki cho­dzą na peł­nej mocy, ale masz za­cią­gnięty ręczny. Żeby ru­szyć, mu­sisz go spu­ścić ostroż­nie i po­woli. Wtedy do­brze wy­star­tu­jesz i unie­siesz się w po­wie­trze. Zwal­niamy umyśl­nie, żeby się sobą na­cie­szyć. Zdej­muję mu ko­szulkę i za­mie­ram. Ma ta­tuaż. Kwit­nąca ga­łąź drzewa cią­gnie się gdzieś z tyłu, zza ple­ców, a wą­skie ga­łązki z zie­lo­nymi list­kami wio­sny prze­pla­tają się na ra­mie­niu i na czę­ści klatki pier­sio­wej. Są pąki i roz­kwi­ta­jące bla­do­ró­żowe i białe kwiaty. De­li­katny, kunsz­towny i wy­ra­fi­no­wany ob­raz. Do­ty­kam go pal­cami, wstrzy­mu­jąc od­dech.

- Masz ta­tuaż! - mó­wię, kiedy ca­łuje mnie po szyi.

- Ehm... - od­po­wiada tylko, nie prze­sta­jąc. Za­czyna mnie roz­bie­rać, cią­gnąc nie­zdar­nie za moje ubra­nie.

- Chcę zo­ba­czyć ca­łość - pro­szę.

Od­rywa usta od mo­jej skóry i ob­raca się na mo­ment. Pa­trzę i do­ty­kam. Wy­daje mi się więk­szy, bar­dziej umię­śniony. Na ple­cach ga­łąź jest po­tęż­niej­sza, grub­sza i la­tają nad nią dwa małe, ko­lo­rowe ptaki. Ko­li­bry. Ide­al­nie do­brane ko­lory... To scena ro­dem z ja­poń­skiego pej­zażu, to kwit­nąca wio­sną wi­śnia.

- Piękne - mó­wię i głasz­czę jego skórę. Chcę po­ca­ło­wać każdy kwia­tek, każdy jego pła­tek.

Nie chcę się spie­szyć, ale Lor­can naj­wy­raź­niej nie po­dziela mo­jej cier­pli­wo­ści. Ro­ze­brał mnie już i do­tyka te­raz każ­dego za­kątka mo­jego ciała, ustami i rę­kami. Gła­dzi i mu­ska, ści­ska mnie mocno i łap­czy­wie. Żar­łocz­nie. Jak wtedy... Och! Po­doba mi się. Wska­kuję na niego i obej­muję go no­gami, opiera mnie o ścianę, ude­rza­jąc o nią mo­imi ple­cami. Au! Ję­czę. Upew­nia się, czy nic mi nie jest, ale kiedy wi­dzi mój uśmiech, wie, że to z za­chwytu. Po­spiesz się!

- Chcesz tego? Na pewno? - wy­pala. - Po­wiedz to! Po­wiedz, że mnie chcesz!

- Tak, chcę. Bła­gam, weź mnie - szep­czę do jego ucha, znie­cier­pli­wiona.

Wtedy jego ję­zyk wy­peł­nia moje usta, a palce ści­skają moje sutki. Na­gle mo­kre wargi wę­drują ni­żej i już po chwili mój ulu­biony ję­zyk prze­śli­zguje się zwin­nie po moim naj­czul­szym miej­scu. Ję­czę z roz­ko­szy. Sztyw­nieję w środku. Na­pi­nam się co­raz bar­dziej, a Lor­can zwal­nia.

- Nie prze­sta­waj! - pro­szę.

Nie słu­cha mnie. Pod­nosi się i na­sze oczy znów znaj­dują się na tej sa­mej wy­so­ko­ści. Czoło przy czole. Te­raz głę­boki błę­kit za­lewa z pa­sją je­sienną zie­leń. Ko­lory prze­ni­kają się, mie­szają, two­rząc ory­gi­nalną mo­zaikę na­szych go­rą­cych spoj­rzeń. Od­suwa się. Za­kłada pre­zer­wa­tywę. Już za­po­mnia­łam, jak się to robi. On naj­wy­raź­niej nie. Se­kunda i znów jest przy mnie. Na­sze palce spla­tają się w je­den cia­sny wę­zeł i wresz­cie... Wresz­cie czuję go w so­bie. Och... Je­ste­śmy jak w tran­sie, spra­gnieni sie­bie na­wza­jem. Nic ani nikt nie może nas te­raz po­wstrzy­mać. Pa­trzy na mnie tak, że czuję się sek­sowna. Po­li­czek przy po­liczku. Jego rzęsy na mo­jej skó­rze. To już jest jak ry­tuał. Lu­bię tę jego po­ryw­czość. Za­chłan­ność jego ru­chów jest roz­koszna. Roz­pa­lała mnie do gra­nic moż­li­wo­ści. Chcę go znie­wo­lić. Spra­wić, żeby za­nie­mó­wił, ewen­tu­al­nie bła­gał o li­tość! Tym­cza­sem od­daję się pod­dań­czo, za­cza­ro­wana jego cie­le­snymi za­klę­ciami. Do­kład­nie wie, czego pra­gnę. I jest cał­ko­witą prze­ciw­no­ścią... Nie, nie po­zwa­lam so­bie na­wet na wspo­mnie­nie tego imie­nia. Nie te­raz. Te­raz je­stem tu z Ma­idleyem. Z wła­snej, nie­przy­mu­szo­nej woli. Ra­zem jest nam tak do­brze. Je­ste­śmy sobą nie­na­sy­ceni. Chcę jesz­cze i jesz­cze. Lor­can...

- Wi­dzę, że na­bra­łeś do­świad­cze­nia od ostat­niego razu - ry­zy­kuję, uśmie­cha­jąc się za­lot­nie do niego, kiedy le­żymy już po wszyst­kim, przy­tu­leni do sie­bie, twa­rzą w twarz. Czy­sta pro­wo­ka­cja, jest spe­cja­li­stą w tym, co ze mną robi... Nie mogę się od niego od­kleić. Po­po­łu­dniowe słońce prze­świ­tuje przez po­żół­kłe fi­ranki i sły­szę, jak wiatr sze­le­ści ga­łę­ziami palm.

- Lu­bisz ta­kie za­czepki słowne. - śmieje się i prze­wraca swo­imi cud­nymi oczami.

- To był kom­ple­ment! Coś mi się wy­daje, że nie próż­no­wa­łeś tu przez ten czas... No i co za mię­śnie?! Niech zgadnę: naj­lep­szym stu­den­tom przy­znają dar­mowy kar­net na si­łow­nię! O tym ob­razku nie wspo­mi­na­jąc... - do­daję, do­ty­ka­jąc ta­tu­ażu. Pa­suje do niego. Spo­gląda na mnie, ro­zu­mie­jąc, że żar­tuję i od­zywa się:

- Po­wiedzmy, że Ame­ryka mi sprzyja, a prak­tyka czyni mi­strza! Ale na dar­mowe kar­nety nie ma co li­czyć. Ani na si­łow­nię, ani od ko­biet.

- Nie wie­rzę... Pan Ca­sa­nova!

- Sama za­czę­łaś! Nie po­znaję cię. - Kiwa głową.

- Ile? - py­tam, ob­wo­dząc pal­cem ró­żowy pą­czek na jego ra­mie­niu.

- Ko­mu­ni­ka­cja działa le­piej, kiedy wy­syła się pełny ko­mu­ni­kat. Wy­ra­żaj się zda­niami. Co ile? Spre­cy­zuj!

- No ile ich było? Tych ko­biet.

- Nie wiem - od­po­wiada, się­ga­jąc po paczkę pa­pie­ro­sów, która leży na ziemi.

- Jak to nie wiesz?! - py­tam obu­rzona.

- No nie wiem. W pew­nym mo­men­cie prze­sta­łem li­czyć - od­po­wiada bez za­kło­po­ta­nia. Ewi­dent­nie nie ma w tym nic dziw­nego, że ko­biety same wska­kują mu do łóżka. Ma wro­dzony ta­lent, a i temu uśmie­chowi i tym oczom trudno się oprzeć. Rzu­cam mu dia­bel­skie spoj­rze­nie.

- Ale skoro wi­dać po­stępy, to chyba się nie gnie­wasz? - pyta, ści­sza­jąc głos i pa­trząc na mnie z za­bawną miną. Chwa­li­pięta! Nie gnie­wa­łam się na niego. Tak na­prawdę w ogóle mnie to nie ob­cho­dzi. Li­czy się tylko, że je­stem te­raz tu z nim. Wszystko inne, wszystko, co było wcze­śniej, nie ma naj­mniej­szego zna­cze­nia.

Na­staje ci­sza. Po dłu­żej chwili, za­cią­ga­jąc się dy­mem, do­daje po­waż­nym to­nem:

- Prawda jest taka, że spa­łem z jedną. My­śla­łem, że to mi po­może za­po­mnieć.

- Za­po­mnieć?

- Tak, za­po­mnieć o to­bie. Ale się nie udało ...

Gasi pa­pie­rosa i przy­tula mnie moc­niej. Po­trze­buję jego bli­sko­ści, ale nie chcę o tym roz­ma­wiać. Nie chcę za­czy­nać trud­nych, smut­nych te­ma­tów. To wszystko i tak jest ska­zane na nie­po­wo­dze­nie. To nie może się udać. To nie ma ra­cji bytu. Wiem o tym. Leżę tu i się oszu­kuję. Oboje o tym wiemy. Bez­na­dzieja...

Pro­szę go, żeby po­ło­żył się na brzu­chu. Chcę przyj­rzeć się ob­raz­kowi na ple­cach. Te dwa małe raj­skie ptaki. Je­den więk­szy, z nie­bie­skimi piór­kami, a drugi mniej­szy, z zie­lo­nymi. Jak to ko­li­bry, wi­szą w po­wie­trzu, trze­po­cząc skrzy­dłami. Lot sta­cjo­narny. Ten wy­żej kie­ruje dzio­bek w stronę zie­lo­nego, który wy­sta­wia swój w górę. Tak jakby miały za chwilę się po­ca­ło­wać. Ale są za da­leko.

- Co to ozna­cza? - do­tkam skóry.

- Kto jak kto, ale ty po­win­naś zro­zu­mieć.

Ro­zu­miem. Ca­łuję każdy cen­ty­metr jego ple­ców, od tej pięk­nej sceny pta­ków za­czy­na­jąc. Kiedy koń­czę, za­daje py­ta­nie:

- Ile mamy czasu?

- To nie­spo­dzianka, o któ­rej ci pi­sa­łam. Mamy całe trzy dni.

- Yes! - Ca­łuje mnie po­spiesz­nie w usta. Ostry za­pach i smak pa­pie­ro­sów.

Krzy­wię się.

- Ale mu­simy je­chać do mo­jego ho­telu - ogła­szam ci­szej.

- Dla­czego?

- Za­ufaj mi.

Nie mam ochoty się przy­zna­wać dla­czego.

- Za ni­ski stan­dard dla pani? - Błęd­nie in­ter­pre­tuje moje słowa i wska­zuje za­ma­szy­stym ru­chem po­kój, a ra­czej chlew, w któ­rym się znaj­du­jemy.

- Nie. Ale mu­szę włą­czyć te­le­fon.

- Tu też jest wi-fi. Chcesz ha­sło?

- Nie... - milknę i ga­pię się na niego wy­mow­nie. Ko­mu­ni­ka­cja. Mój ko­mu­ni­kat wresz­cie do niego do­ciera.

- Masz za­in­sta­lo­wany ja­kiś ku­rew­ski pro­gram na­mie­rza­jący?

Przy­ta­kuję mru­gnię­ciem.

- Kurwa, co za od­pał!

- Nie ko­men­tuj. Bła­gam.

Za­myka usta, ale wi­dzę, że ma ochotę coś jesz­cze do­dać. Sły­szę, jak rzuca naj­gor­szymi epi­te­tami w gło­wie. Nie musi ich wy­po­wia­dać na głos.

- Zbie­rajmy się - po­na­glam i za­czy­nam się ubie­rać. Leży jesz­cze chwilę bez ru­chu, aż pew­nie bra­kuje mu prze­kleństw i w końcu się pod­nosi. Zbiera swoje rze­czy i za chwilę już je­ste­śmy w wy­po­ży­czo­nym mu­stangu. Kiedy do­jeż­dżamy do Casa Ca­su­arina naj­pierw pod­nosi brwi, a po­tem wzdy­cha.

- Se­rio?

- Se­rio, nie ko­men­tuj - pro­szę.

Włą­czam te­le­fon i spraw­dzam, czy Sier­giej się ze mną kon­tak­to­wał. Zero te­le­fo­nów, zero wia­do­mo­ści. Biorę głę­boki od­dech. Na­iw­nie łu­dzę się, że to bę­dzie ła­twe. Cią­gnę Lor­cana do mo­jego po­koju, choć idzie po­woli, bo ogląda ściany, zdo­bie­nia i łuki. To fakt, bu­dy­nek jest efek­towny. W końcu wcho­dzimy do mo­jego apar­ta­mentu, albo ra­czej wy­so­kiej klasy kom­pleksu wy­po­czyn­ko­wego, bo jest tu wszystko.

- Luk­su­sowo, kurwa - ko­men­tuje jed­nak.

Uśmie­cham się.

- Roz­gość się. Je­steś głodny? - Rzu­cam mu menu ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji. Pi­szę wia­do­mość do Her­kusa.

- Kto płaci? - pyta Lor­can, wska­zu­jąc na menu.

- Ja. Za­mów, co chcesz.

- Czyli on. - Pod­nosi wzrok i pa­trzy na mnie z wy­rzu­tem.

Wzdy­cham. Czy to w ogóle może się udać?

- Tak, on. Kurwa! - przy­znaję. Szcze­rość, z Lor­ca­nem stać mnie na nią. Robi nie­za­do­wo­loną minę. Ole­wam to. Szcze­rość to cena, na którą zgo­dził się, przy­jeż­dża­jąc tu­taj. Za pół go­dziny do po­koju wjeż­dża wó­zek z je­dze­niem. Ka­wior, ho­mary, bu­telka bia­łego wina i dwa ser­niki. Wy­brał to, co naj­droż­sze w kar­cie. Je­stem tego pewna. Jemy. W pew­nym mo­men­cie bie­rze moją dłoń, pa­trzy na pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy i pla­ty­nową ob­rączkę, któ­rych ni­gdy nie zdej­muję, i mówi:

- To też mu­siało kosz­to­wać for­tunę. Po­szedł z tobą na ca­łość.

Spo­glą­dam na niego z wy­rzu­tem, je­stem zła, że psuje na­strój i w ogóle o tym mówi. Wtedy do­daje:

- Zu­peł­nie mu się nie dzi­wię.

Za­bie­ram rękę.

- Mu­simy o tym roz­ma­wiać? Poza tym no­szę to od ślubu, nie mów, że wcze­śniej nie za­uwa­ży­łeś!

- Fakt, wi­dzia­łem. Zwa­żyw­szy na wiel­kość dia­men­tów, tego nie da się nie za­uwa­żyć. Ale nie mia­łem oka­zji przyj­rzeć się z bli­ska... - wkłada spory ka­wa­łek ho­mara do ust, prze­żuwa po­woli, a po­tem do­daje: - My­ślę, że po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać o twoim mał­żeń­stwie. I to tak szcze­rze.

Co za chory po­mysł!

- Po co? Nie mam ochoty. Poza tym nie ma o czym.

- My­ślę, że oboje mamy taką po­trzebę.

Skąd u niego tyle po­wagi? Nie mogę go po­znać. Spo­waż­niał w tej Ame­ryce, ja­koś tak wy­do­ro­ślał...

- Je­żeli o mnie cho­dzi, to...

Nie daje mi skoń­czyć:

- Mam parę py­tań. Poza tym dziś to ja de­cy­duję, sama mó­wi­łaś.

Spo­glą­dam na niego bła­gal­nym wzro­kiem, ale nie po­maga. Od­po­wiada po­wagą i sku­pie­niem.

- Okej - ce­dzę nie­pew­nie. - O co cho­dzi?

- Ko­chasz go? - Od razu wy­ta­cza cięż­kie działa.

Za­mie­ram. Wzdy­cham. Wy­ci­skam z sie­bie po chi­chu i po­woli:

- Tak my­ślę.

Tyle wy­star­czy, żeby się oży­wił.

- Tak my­ślisz? Co to w ogóle zna­czy?

Nie ma sensu za­czy­nać dys­ku­sji o wy­bu­cho­wej mie­szance uczuć, jaka mnie wy­peł­nia od dłuż­szego już czasu. Nie z nim. Nie te­raz. Poza tym chyba się do­my­śla, że to bar­dziej skom­pli­ko­wane niż to, czy go ko­cham...

- Ko­cham go - do­daję pew­nie.

- Więc co się stało? - pyta, do­le­wa­jąc nam wina.

- To zna­czy? - udaję, że nie wiem, o czym mówi. Pa­trzy na mnie z po­li­to­wa­niem.

- Dla­czego na­gle ro­bisz krok w tył? Dla­czego chcesz mnie i jego jed­no­cze­śnie? Wiesz, że to na dłuż­szą metę nie­moż­liwe.

- Wiem. Ale...

- Nie mo­żesz się zde­cy­do­wać?

- To nie tak.

Za­pada ci­sza. Zer­kam na niego mię­dzy jedną se­kundą a na­stępną, spraw­dza­jąc ukrad­kiem jego re­ak­cję. Jest za­my­ślony. Po chwili do­daję:

- Wiem, że spo­ty­ka­jąc się ze mną, li­czysz na wię­cej, my­ślisz pew­nie, że go zo­sta­wię i będę chciała być tylko z tobą, wiem, ale...

Wcho­dzi mi w słowo:

- Nie li­czę na nic, spo­ty­ka­jąc się z tobą. Kom­plet­nie na nic. To zna­czy na nic po­zy­tyw­nego. A do­staję na­prawdę wiele... - mówi. Po­dzi­wiam go.

- Lor­can, nie wiem, jak ci to po­wie­dzieć. Nie umiem do­brać od­po­wied­nich słów...

- Po­wiedz, że mnie ko­chasz, i o nic wię­cej nie będę py­tał. - Wy­ma­wia te słowa pra­wie szep­tem i pa­trzy mi pro­sto w oczy.

Na­gle roz­mowa przy­biera nowy kurs. Wcho­dzi na nowe tory. Ni­gdy mu nie mó­wi­łam, że go ko­cham. Dla­czego nie chce mi to przejść przez gar­dło?

- To tylko słowa. A słowa nie mają zna­cze­nia. Li­czą się tylko na­sze czyny. A to, co się tu stało i dwa lata temu w moim po­koju, w aka­de­miku, po­winno ci wy­star­czyć, że­byś zro­zu­miał, co do cie­bie czuję.

- Chciał­bym to usły­szeć - prosi spo­koj­nie. Mistrz opa­no­wa­nia.

Ro­bię chwilę prze­rwy. Jak to wy­tłu­ma­czyć? Jak go nie ra­nić?

- Nie mogę. Nie mogę, ro­zu­miesz? - Le­dwo co prze­ły­kam ślinę. Cho­lera, mało co nie du­szę się po­wie­trzem...

- Co jest z tobą nie tak? - Spo­gląda na mnie zdzi­wiony, marsz­cząc czoło. Biorę głę­boki od­dech i od­po­wia­dam:

- Wszystko.

Zerka na mnie, a po­tem wzdy­cha.

- Nie ga­daj bzdur. - Lek­kość wraca do jego głosu i to mnie ra­tuje.

Nie umie­ram. Jesz­cze.

- Przy­kro mi.

Przez chwilę nikt nic nie mówi. Jest mi głu­pio. Prze­cież go ko­cham. Wiem to. On też to tak na­prawdę wie. Ale... Chyba boję się, że jak mu to po­wiem, to już nie da mi wró­cić do Sier­gieja. A od Sier­gieja Ta­re­dova się nie od­cho­dzi. Jego się nie zo­sta­wia. To jest nie do zro­bie­nia. To za­sada nu­mer je­den.

- I tak nie mo­żesz beze mnie żyć - ogła­sza po chwili, po­spiesz­nie po­ły­ka­jąc ostat­nie kęsy ho­mara. Uśmie­cha się i za­biera się za cia­sto.

Ja ja­koś stra­ci­łam ape­tyt.

- Ale wra­ca­jąc do two­jego mał­żeń­stwa - na­lega - jaki on jest? Co ta­kiego ma w so­bie? - pyta.

- Sier­giej jest do­bry, ta­jem­ni­czy i wy­ma­ga­jący - mó­wię pół­gło­sem. Po chwili do­daję: - Ży­cie z nim to prze­pla­tanka pre­sji i cze­ka­nia. On się nie zmie­nił. To ja...

- Co ty? - pyta, znie­cier­pli­wiony.

To fakt, mó­wię po­woli. Ostroż­nie do­bie­ram każde słowo. Wiem, że bę­dzie je ana­li­zo­wał kil­ka­krot­nie i do­py­ty­wał.

- To ja. Ja chyba nie po­win­nam tak szybko za niego wy­cho­dzić za mąż... Ale on tak to wszystko przy­spie­szył... Na­prawdę się w nim za­ko­cha­łam.

Na te słowa Lor­can prze­staje jeść ser­nik i wzdy­cha, pa­trząc mi pro­sto w oczy.

- Nie będę kła­mać, nie mo­głam mu od­mó­wić. Ale po­tem... Po­tem ży­cie stało się jakby inne... W na­szym domu była afera z pi­sto­le­tem, mój po­przedni bo­dy­gu­ard zo­stał po­strze­lony, po­tem wy­bu­cha bomba w ho­telu, w któ­rym mie­li­śmy zo­stać, to zna­czy, to aku­rat nie jest pewne, że to o nas cho­dziło. Może to czy­sty przy­pa­dek, nie wiem... I była też sy­tu­acja, kiedy... - Nie wiem, czy to do­bry po­mysł mu o tym mó­wić. Wa­ham się. Wi­dzi to i bie­rze moją dłoń. Ści­ska ją i ca­łuje.

- Mów da­lej... - za­chęca po ci­chu.

- Przy­sta­wiono mi pi­sto­let do głowy. Ale Sier­giej opa­no­wał sy­tu­ację - pau­zuję, bo wi­dzę, że do­cie­rają do niego moje słowa. Daję mu chwilę, po czym do­daję: - On mnie za­wsze broni. Za­wsze ra­tuje.

Lor­can prze­łyka gło­śno. Otwiera usta, ale bez dźwięku. Chyba nie tak wy­obra­żał so­bie Sier­gieja. W końcu chwyta za kie­li­szek wina i do­pija je do ostat­niej kro­pli.

- Jak to pi­sto­let przy gło­wie? To po­je­bane - od­zy­skuje głos.

- To długa hi­sto­ria, opo­wiem ci in­nym ra­zem... - Chcę się wy­wi­nąć. Spo­glą­dam na su­fit. Nie mam ochoty tego opo­wia­dać.

- Nie ma mowy! Te­raz to już mu­sisz mi wszystko po­wie­dzieć. I to ze szcze­gó­łami.

Opo­wia­dam mu więc wszystko. Od po­czątku do końca. Wy­ja­śniam, kim są Mac Roye, Bo­rys, Eliza, Jen­ni­fer, Matt, An­drew, Ma­ria i Her­kus. Co to We­st­prol, Ne­xt­glo­ba­loil i Fu­ture In­ve­st­ments. Mó­wię o bio­lo­gii syn­te­tycz­nej i pa­li­wie z alg. Sta­ram się, by mój wy­wód był spójny i ja­sny, ale nie wiem, czy mi się to udaje. Trwa to pół nocy. Lor­can prze­rywa tylko chwi­lami, żeby do­py­tać o ja­kiś szcze­gół, albo za­py­tać, jak się wtedy czu­łam. Kiedy koń­czę, jest czwarta nad ra­nem i zie­wam sze­roko, bo za­sy­piam, ale on ma oczy sze­roko otwarte ni­czym sowa.

- Mała, nie mo­żesz tam wró­cić! On cię co­dzien­nie na­raża na nie­bez­pie­czeń­stwo.

- To nie tak. Poza tym to nie jego wina - od­po­wia­dam, szu­ka­jąc cze­goś do pi­cia. Bu­telka wina już dawno pu­sta, po­dob­nie jak dwie z wodą, które rów­nież opróż­ni­li­śmy. Od tego ga­da­nia za­schło mi w ustach.

- Ten fa­cet jest nie­po­ważny - mam­ro­cze sam do sie­bie i idzie do ła­zienki na­peł­nić kie­li­szek wodą z kranu, bo czyta mi w my­ślach. Piję ca­łość dusz­kiem. Wraca po drugą por­cję.

- Nie masz po­ję­cia, co prze­szłam. Chcia­łam za­miesz­kać w Pa­ryżu, ale to nie­moż­liwe, bo Sier­giej bę­dzie star­to­wał w wy­bo­rach na prze­wod­ni­czą­cego Bry­tyj­skiej Ko­mi­sji do spraw Re­duk­cji Dwu­tlenku Wę­gla... Ale będę przy­la­ty­wać czę­ściej do No­wego Jorku. Tak czę­sto, jak tylko się da. Bę­dziemy mieli wię­cej oka­zji, żeby się wi­dy­wać.

Spo­glą­dam na niego. Ostat­kami sił. Pra­wie za­sy­piam. Wy­gląda, jakby ostat­nie zda­nia do niego nie do­tarły. Jakby w ogóle mnie nie słu­chał. Pa­trzy przed sie­bie i kiwa głową, po­wta­rza­jąc pod no­sem:

- Nie wie­rzę, nor­mal­nie nie wie­rzę, co za idiota!

- Pro­szę cię, nie po­gar­szaj sprawy - ce­dzę i za­my­kam oczy. Bie­rze mnie za ra­miona i po­maga wstać. Pro­wa­dzi do łóżka. Roz­biera jak śpiące dziecko, kła­dzie i otula. Kiedy jest już przy mnie bli­sko, szep­cze mi do ucha:

- Mam na­dzieję, że te­raz czu­jesz się bez­pieczna.

- Te­raz je­stem bez­pieczna - udaje mi się wy­mó­wić i wtu­lam się mocno w jego twarde ra­miona. To nie jest do końca prawda. Na świe­cie są tylko jedne ra­miona, w któ­rych czuję się cał­ko­wi­cie bez­piecz­nie. I to nie są te, ale w tych tu­taj jest tak przy­jem­nie, tak do­brze, tak swoj­sko, że od razu za­sy­piam.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki