Oksford, 1 października
Nie wiem, kiedy minął ostatni rok. Mam wrażenie, że jestem w Oksfordzie najwyżej od kilku tygodni. Tymczasem tyle się wydarzyło w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy! Dziś kończę dwadzieścia lat. Będę je świętować z moim chłopakiem, który nie chciał mi nic powiedzieć, uchylić chociażby rąbka tajemnicy. Przez pól dnia się szykuję i odbieram telefony z życzeniami. Wieczorem, z paszportem w torebce, jak przykazał, jadę wieziona przez Matta na lotnisko. Ubrana najlepiej, jak potrafię, w nowych szpilkach, kupionych specjalnie dla niego i w diamentowych kolczykach, które mi podarował. Czuję się, jak bym była w przebraniu. Jedziemy szybciej niż zazwyczaj, a samochód wjeżdża na samą płytę lotniska. Z daleka już widzę Siergieja siedzącego na wysuwanych schodach jeta. Rozmawia przez komórkę, kiedy widzi zbliżające się auto, rozłącza się i podnosi. Przysięgam, on cały czas przystojnieje. Ściągam szpilki, otwieram drzwiczki samochodu jeszcze, gdy hamuje i wysiadam pospiesznie, zanim kierowca zdąży wyłączyć silnik. Boso zrywam się do biegu. Siergiej nieco zdziwiony w ostatnim momencie otwiera ramiona, więc wpadam na niego, rzucając mu się na szyję. Staję na palcach, żeby dosięgnąć jego ust. To My. Tu i teraz.
Pocałunek jest powierzchowny, bo stoi murem. Przyjmuje mnie sztywno, jakby z wahaniem. Spoglądam w ciemne oczy i widzę, że jest skrępowany moim zachowaniem. Rozgląda się dookoła i mówi bez cienia uśmiechu:
- Zapraszam do środka.
Ten oficjalny ton przypomina mi o aferze przed wyborami. Teraz rozumiem jego reakcję i potulnie, bez zadawania pytań i okazywania czułości, zakładam buty i wchodzę do samolotu. Matt i inny mężczyzna też idą. W środku młoda stewardessa z idealnym makijażem i nieustannym uśmiechem wita nas na pokładzie samolotu o bardzo ekskluzywnym wystroju, jakiego nie spodziewałam się z zewnątrz. Jest tak luksusowo, że mogłabym tu mieszkać: skóra i drewno, jasne kolory, pięciogwiazdkowe wyposażenie. Na nikim poza mną nie robi to jednak wrażenia. Każdy z obecnych zna swoje miejsce i od razu zajmuje się sobą. Siergiej każe mi iść dalej i wskazuje miejsce na końcu kabiny, w osobnym pomieszczeniu. Kiedy jesteśmy w środku, zamyka drzwi, odwraca się do mnie i bierze mnie z czułością w ramiona.
- Siergiej - mówię tylko i wtulam się w niego, spuszczając głowę. Jestem oszołomiona tym miejscem i zawstydzona moim bezmyślnym zachowaniem przed wejściem na pokład. Unosi mój podbródek, żebym na niego spojrzała i szepcze:
- Nareszcie. Dzień dobry!
Nasze usta spotykają się w przyjemnym pocałunku. Teraz mnie nie odpycha, jego język zaprasza mnie do środka i wita. Jest mi dobrze. Odpływam. Nagle z głośników słyszymy głos pilota:
- Serge, jesteśmy gotowi do odlotu.
- Serge?! - Spoglądam na niego z uśmiechem.
- Prywatnie większość ludzi tak na mnie woła - przyznaje się.
Przewracam oczami i mówię:
- Ja wolę Siergiej.
- Dzięki Bogu.
Puszcza mnie, choć nie do końca, i prowadzi na siedzenie. Wskazuje mi miejsce w przeogromnym skórzanym fotelu, a gdy siadam, zapina mi pasy i sadowi się obok. Po chwili samolot zaczyna kołować.
- Proszę. Pierwszy z prezentów urodzinowych - mówi bez wstępu i wyjaśnień, wręczając mi plik dokumentów. Jest poważny i skupiony.
Zerkam zdziwiona na niego, a zaraz potem na pierwszą stronę. To chyba papiery urzędowe. Zaczynam czytać, ale wtedy zabiera mi je delikatnie z ręki i kartkuje przez moment, po czym zatrzymuje na jednej ze stron. Podaje mi ją z powrotem, wskazując palcem wybrany fragment.
- Tutaj - mówi.
Czytam i już rozumiem. To sądowe orzeczenie o rozwodzie. Siergiej Taredov jest po rozwodzie. Spoglądam na niego i widzę, że czeka na moją reakcję, mówię więc, poruszona:
- Gratuluję. Teraz jesteś już naprawdę wolny.
- Wolny? Bynajmniej! Teraz jestem do twojej dyspozycji. Oficjalnie i na sto procent.
Wychylam się do pocałunku i muskam jego uśmiechnięte usta. Właśnie wtedy samolot wzbija się w przestworza. Marzę, żeby się już nie rozstawać z Siergiejem. To rzeczywiście najlepszy prezent urodzinowy.
- Dokąd lecimy? - pytam, kiedy nasze usta się oddalają.
- To prezent numer dwa: do Nowego Jorku, miasta, które nigdy nie śpi. Byłaś już tam?
- Nigdy. A ty?
- Dwa dni temu... - Parska śmiechem.
- Jesteś pewien, że masz ochotę tam wracać?
- Z tobą? Oczywiście.
- Dziękuję!
Po chwili stewardesa przynosi nam jedzenie. Siergiej chwyta butelkę czerwonego wina, niczym kelner pokazuje mi etykietę i deklaruje, otwierając:
- Nigdy więcej szampana. Obiecuję. Clos Triguedina, może być?
Mój chłopak, myślę, i opieram głowę na oparciu fotela. Nie mogę uwierzyć, że jesteśmy tu razem i że jest już oficjalnie rozwiedziony. Teraz już nic nie stoi nam na drodze. Wzdycham. Nalewa nam wina, spogląda na mnie wymownie i pyta:
- Wszystko w porządku?
Przytakuję. Przybliża twarz na tyle, że prawie tracę oddech.
- Moja piękna... - szepcze i całuje mnie lekko w czubek nosa. - Wyglądasz cudownie. Wiedziałem, że te kolczyki będą do ciebie pasować.
- Masz dobry gust, dziękuję, są przepiękne.
- Nie ubrałaś zawieszki? - pyta i rzuca okiem na mój dekolt.
Zamieram.
- To przecież komplet.
- Nie... - udaje mi się wycedzić. Oblewa mnie zimny pot. Przez chwilę zapominam języka w gębie, aż w końcu dodaję: - Nie chciałam tak wszystkiego naraz. Wydawało mi się za bogato...
- Czyli jest obawa, że to ci się też nie spodoba. - Zaczyna szukać po kieszeniach. - Przepraszam, chyba jest w mojej walizce. Poczekasz chwilkę?
- Nigdzie się nie wybieram - odpowiadam z wymuszonym uśmiechem. Modlę się. Jeśli znów przyniesie granatowe pudełko z białą wstążką, to chyba zawrócę samolot. Spalę się ze wstydu. Zdecydowanie nie czuję się na siłach, żeby powiększyć moją kolekcję diamentów... Wychodzi na moment z kabiny, a ja kładę głowę na zagłówku i zamykam oczy. A pod powiekami mam widok diamentowej zawieszki wyrzucanej do śmieci. Cholera!
- Proszę, to dla ciebie. Prezent urodzinowy numer trzy. - Granatowe pudełko z białą wstążką. Słabo mi. Czy na pokładzie jest lekarz? To już nawet nie jest cholera! To już raczej kurwa mać, ja pierdole, myślę, ale zamiast tego szeptam:
- To nie fair. Przecież się umawialiśmy...
- Głównym prezentem są papiery rozwodowe. Kazałaś mi starać się bardziej, więc się staram. I ten wyjazd. Biżuteria to tylko dodatek. Mogę oddać do sklepu, jeśli ci się nie spodoba - odpowiada, otwierając pudełko i wyjmując z niego przepiękną bransoletkę do kompletu z biżuterią, którą mi wcześniej podarował. Platyna, z kilkoma wiszącymi zawieszkami z diamentów w kształcie kropli wody. Niezwykła! Patrzę na niego błagalnym wzrokiem.
- Siergiej, wiesz, jakie to dla mnie krępujące? Najpierw wisiorek, potem kolczyki, a teraz to... Cudo... - Przełykam głośno ślinę, zastanawiając się, czy błysk w oczach na widok tego świecidełka nie zdradza czasem mojego kosmicznego zachwytu i przerażenia jednocześnie. Jak mu powiem o zawieszce?! - Nie zdajesz sobie sprawy...
- Nie rozumiem. Myślałem, że kobiety lubią biżuterię. - Podstępnie udaje nowicjusza. Ani przez sekundę nie daję się na to nabrać. Spogląda na mnie i przysuwa się do mnie z prezentem w ręce i miną niewiniątka. Nie mam żadnych szans. Chwyta mój nadgarstek i zakłada mi bransoletkę. Znów decyduje.
- Postanowiłeś wykupić całą serię? - pytam, kiedy domyka zapięcie.
- Teraz do kompletu brakuje tylko pierścionka, ale to będzie na specjalną okazję. - Sam się do siebie uśmiecha i patrzy na mój nadgarstek.
Litości!
- Jesteś niesamowity. Jak już gdzieś się rzucasz, to od razu na głęboką wodę! - mówię dopiero po chwili, kiedy udaje mi się zaczerpnąć powietrza.
- Uwielbiam twoje komplementy. - Śmieje się.
- Dziękuję. Jest przepiękna.
Po kolacji Siergiej proponuje, żebyśmy się trochę zdrzemnęli, bo dolecimy do Nowego Jorku późnym rankiem. Z jego doświadczenia ze zmianami stref czasu, wynika, że z jetlagiem igrać nie warto. Wiem, że ma rację, ale wydaje mi się niemożliwe, żebym teraz zasnęła. Stewardesa sprawnie zamienia nasze siedzenia w łóżka i spuszcza rolety. Wyjmuje miękkie koce i puchate poduszki. Światła zostają przyciemnione. Mamy prawie że romantyczny nastrój. Kładę się, kiedy wskazuje mi gotowe miejsce i patrzę, jak Siergiej zdejmuje marynarkę, czyli jednak nie jest do niego przyszyta na stałe... Kładzie się obok i wyciąga do mnie rękę.
- Musimy się zmieścić.
No trudno, jakoś to zniosę... Wzdycham i przysuwam się do niego. Serce wali mi jak szalone, bo leżymy obok. Podnosi ramię i zaprasza mnie bliżej. Między kością obojczyka a grzbietem ramienia, gdzie jest wgłębienie, właśnie tam, układam głowę. Wita mnie jego zapach. Ten, który już znam i rozpoznaję. Z pewnością mieszanka aromatu jego ciała z perfumami, których używa. Nuty o zdecydowanym charakterze, jednak nienachalny perfumowany obłok, nie pot, nie zmęczenie. Raczej rodzaj odważnego podpisu, osobistego i jedynego w swoim rodzaju. Coś, co na mnie działa. Mój ulubiony. Bierze moją dłoń i kładzie na sercu. Po chwili wyczuwam jego spokojny puls. Całuje mnie w czoło, mówiąc:
- Spróbuj zasnąć.
Nie zdaje sobie sprawy, w jakim jestem stanie. Jak atleta na sekundę przed sędziowskim gwizdkiem startu na olimpiadzie. Nawet na ochłonięcie nie mam szans, a co dopiero na spanie! Oddycham nim. Wtapiam się w miękki materiał jego odprasowanej koszuli. Zamyka oczy i zasypia jak na zawołanie. Jego klatka piersiowa miarowo unosi się i opada. Boję się ruszyć, żeby go nie obudzić. Znając go, pewnie nie ma czasu na sen, więc tkwię tak, bez ruchu, godzinami, aż sama się poddaję.
Budzi nas bzyczenie jego komórki. On wstaje, a ja leżę opatulona kocem i przysłuchuję się, jak rozmawia szeptem.
- Tak... Nie mam pojęcia. - Spogląda na zegarek. - Mamy jeszcze jakąś godzinę lotu. Tak... Nie, nic nie szkodzi, dobrze, że zadzwoniłaś. Więc o co chodzi?... On nie ma nic do gadania... Chyba żartuje... Jest gdzieś koło ciebie? Daj mi go. Tak, daj mi go do telefonu. - Zaczyna nerwowo chodzić po kabinie, gestykuluje, jego brwi podnoszą się i opadają. Zabawnie to wygląda. Przynajmniej dla mnie, bo on wydaje się teraz zdenerwowany. - Oszalałeś? - pyta głośniej. - Nie, nie ma takiej opcji. Nie! Nie zgadzam się. Nie ma mowy. To jest oficjalne nie. Daj mi Molly... Molly? Zablokuj kod dostępu i daj mu dwa dni wolnego. Zajmę się tym po powrocie. Mam nadzieję, że jestem jedyną i pierwszą osobą, którą poinformował o tym pomyśle?... Okej, dobrze. Dziękuję ci. Co ja bym bez ciebie zrobił? Informuj mnie na bieżąco... Cześć! - Odkłada telefon i siada na fotelu naprzeciwko łóżka, na którym leżę. Składa ręce i opiera na nich brodę.
- Coś nie tak w pracy? - pytam.
- Mój specjalista od diagnostyki mikrobiologicznej ma się czasami za wielkiego wynalazcę... I trzeba go sprowadzać na ziemię. Ale nie mówmy o tym. To tylko praca, a dziś są twoje urodziny.
- Już właściwie po urodzinach... Która godzina w Anglii?
- Czwarta rano.
- Twoja sekretarka pracuje o czwartej nad ranem? - zadaję pytanie, ziewając.
- Jest bardzo oddana swojej pracy. - Przez uśmiech w kąciku ust nie wiem, czy żartuje, czy mówi poważnie.
- Mam nadzieję, że chociaż dobrze jej płacisz.
- Gdyby była niezadowolona, odeszłaby.
- Ale żeby dzwonić do szefa o czwartej rano... - Nie udaje mi się dokończyć zdania. Zamykam oczy. W jego towarzystwie jestem zupełnie ogłupiała. Najwyraźniej moje szare komórki też posiadają brzuchy, a w nich tak jak ja, rzadkiego gatunku motyle. Otwieram jedno oko. Widzę, że Siergiej siedzi i gapi się na moje usta. Nie mogę walczyć ze zmęczeniem. Postanawiam pozwolić się zamknąć powiece i wykorzystać na sen ostatnią godzinę lotu.
- Serge, za pięć minut lądujemy, zapnijcie pasy. Pogoda piękna. Będzie lekko. - Słowa pilota wybudzają mnie ze snu.
Zaraz potem Siergiej ogłasza, że musi zniknąć na kilka godzin w sprawach służbowych, zanim spotkamy się na świętowanie moich urodzin. Tego się nie spodziewałam. Ten facet pracuje nieprzerwanie. Ku mojemu zdziwieniu przewidział jednak, co będę w tym czasie robić: relaksować się w spa. I jak tu go nie kochać?
W salonie piękności przechodzę prawie że metamorfozę. Masaże, depilacje, peelingi, olejki, maseczki i paznokcie. Kiedy na koniec fryzjer zajmuje się moimi włosami, a wizażystka moim makijażem, dzwoni telefon. To sexy Serge - darczyńca roku.
- I jak? - pyta aksamitnym głosem.
- Bosko.
- Kiedy kończysz?
- Nie wiem. Mam wrażenie, że to się nigdy nie skończy. Zamówiłeś wszystko, co mieli w ofercie?
- Nie - odpowiada z uśmiechem. - Nie wszystko, ale prawie. Zaraz przyjedzie po ciebie Eliza. To żona Borysa.
- Kogo? - Coś mi to mówi, ale nie jestem pewna.
- Borysa, mojego przyjaciela, pamiętasz?
- A... Tak. I co ona tu robi?
- Mieszka. I zabierze cię na zakupy. Wysoka, szczupła blondynka. Mnie tu jeszcze trochę zejdzie. Nie gniewaj się. - Dalej najwyraźniej nie pojmuje, że trudno mi się na niego gniewać. Ale może to i lepiej.
Ciekawe, co mamy niby kupować z tą Elizą.
- Ale zdążysz na wieczór? - pytam, bo mam wrażenie, że takie "jeszcze mi tu trochę zejdzie" w jego wykonaniu może się przeciągnąć do pierwszej nad ranem.
- Będę najpóźniej o dwudziestej. Obiecuję. Spotkamy się w barze. Eliza cię zaprowadzi.
Nowojorski fryzjer dokonuje cudu. Moje włosy, zazwyczaj proste jak druty, stają się burzą sprężystych błyszczących loków. Po raz setny przeglądam się w lustrze, kiedy zauważam wysoką, szczupłą blondynkę po trzydziestce wpatrującą się we mnie z zaciekawieniem. To musi być ona. Eliza. Pierwsze, co widzę, to jej kobiece kształty i idealnie dobrane ciuchy. Wygląda jak gwiazda rocka. Jej obcasy muszą mieć minimum dwadzieścia centymetrów, a torebka kosztować tyle, ile roczna pensja moich rodziców. Ma perfekcyjnie gładką twarz i dosyć mocny makijaż. Kiedy pojawia się w pomieszczeniu, wszystkie głowy odwracają się w jej stronę.
- Eliza Mylov. Tak mi miło! - mówi na przywitanie.
- Mnie również. Anna Smith.
Mierzy mnie wzrokiem i zaczyna:
- Od razu wiedziałam, że to ty, kiedy weszłam. Serge dobrze cię opisał.
- Tak? A co powiedział?
- Szczupła brunetka z twarzą anioła. Duże usta. Na pewno z nikim jej nie pomylisz. I miał rację. Ma dobry gust - mówi, a ja z przyjemnością odkrywam, że w jej głosie nie brakuje szczerości.
- Myślałam, że to ja mam dobry gust - rzucam, a ona odpowiada całkiem poważnie:
- O! On od zawsze podoba się kobietom. Nie może się od nich opędzić.
Nie wiem, jak na to zareagować, więc Eliza dodaje:
- Ale nigdy jeszcze nie widzieliśmy go z Borysem tak zakochanego. Co ty mu zrobiłaś?
Zaraz! Chwila. Czy ja dobrze słyszę?! Spotkałyśmy się dwie minuty temu, a ona tak po prostu mówi, że Siergiej mnie kocha. Wstrzymuję powietrze. Pauzuję oddychanie. Jest zakochany... We mnie...!
- Nic. Nie wiem... - zaczynam, ale odbiera mi zupełnie mowę. Uśmiecham się i nie mogę przestać. Pewnie wyglądam jak głuptas. Nie chcę iść na żadne zakupy, tylko go zobaczyć. Jak najszybciej! Teraz! Po tym, co usłyszałam, mam ochotę tylko na to. Eliza jednak ma co do mnie inne plany.
- Miał też rację co do twoich ubrań. - Tutaj, niestety, też wyczuwam szczerość.
- Co takiego? - pytam z niedowierzaniem, bo się wystroiłam.
- Niby nic. Powiedzmy, że...
- Co powiedział o moich ciuchach?
- Że ubierasz się jak chłopak. - Zaciska zęby, żeby nie uśmiechnąć się za szeroko.
- Przecież właśnie mam na sobie sukienkę! I ile pracy w to włożyłam! - O uwierającym z każdej strony push-upie nie wspominając. Sam diabeł musiał to wymyślić! Marzę, żeby się go pozbyć.
- Chyba za dużo - mówi. - Chodź, pomogę ci coś wybrać na dzisiejszy wieczór.
Przymierzanie ubrań to najnudniejsze zajęcie na świecie. Strata czasu. Męczy mnie to, za to Eliza ma przy tym wielki ubaw. Wybiera dla mnie dziwnie skrojone rzeczy, w kolorach, których nigdy nie noszę i odkrywające, jak na mój gust, o wiele za dużo. Pyta też, czy mam w planach zrobić sobie biust, bo ona zrobiła i nie żałuje. Sprawdzam, czy mówi poważnie i odpowiadam, że nie, kiedy widzę, że nie żartuje. Marszczy nos, ale nie komentuje. W końcu pada na różową mini z cekinami i cieliste szpilki. Godzę się, bo chcę, żeby to się już skończyło. Wcześniej długo jednak patrzę w lustro, oglądając się ze wszystkich stron i pod każdym możliwym kątem. Moim atutem jest szczupła sylwetka i gładka, jasna cera, ale nie uważam się za kogoś specjalnie pięknego albo seksownego. Teraz, z tymi lokami podobałam się sobie o wiele bardziej. Chyba nawet czuję się ponętna i interesująca... Oprócz tego kupujemy jeszcze kilka innych strojów, sukienek i spódnic. Za wszystko płaci Eliza, twierdząc, że tak się umówiła z Siergiejem. Nie sprzeciwiam się. Chcę już wracać.
Wieczorem w umówionym miejscu siadamy przy barze i rozmawiamy przy kieliszku wina, czekając na panów. Eliza jest ciekawa, jak poznałam Siergieja. Opowiadam jej nasze pierwsze pamiętne rendez-vous na balu, ale też o tym, jak przeze mnie nie dostał wymarzonego stanowiska, na co odpowiada:
- Nie przejmuj się tym. To są jego wygórowane ambicje. On nigdy nie spoczywa na laurach. Zawsze chce zrobić więcej, lepiej, inaczej... Nigdy nie jest z siebie zadowolony. Lubi sobie udowadniać, że może. Taki już jest.
- Wiesz, dlaczego? - pytam, sącząc białe wino. Czuję na sobie wzrok mężczyzn siedzących nieopodal. Bardzo dziwne uczucie. Nie jestem do tego przyzwyczajona, albo wcześniej nie zwracałam na to uwagi... Gapią się na nową Annę, w makijażu, kokieteryjnym stroju i w ładnie uczesanych włosach. Elizy w ogóle to nie rusza albo tylko sprawiała takie wrażenie.
- Nie mam pojęcia. Zawsze taki był. Od kiedy go znam.
- Dawno się znacie?
- Jakieś dziewięć lat. Poznałam go w tym samym czasie co Borysa. Oni już wtedy się przyjaźnili. Studiowali razem na Harvardzie.
- Rozumiem. A ty? Też tam studiowałaś?
- Ja? Nie. - Rozbawiłam ją i nie rozumiem, dlaczego. - Poznałam ich przez Jennifer. Byłą żonę Siergieja. Wiesz, że on był żonaty, prawda? - Spogląda na mnie, pijąc wino.
- Tak, powiedział mi - kłamię, bo przecież dowiedziałam się o tym z internetu. Ciekawe, czy miał zamiar mi o tym w ogóle powiedzieć. I jeżeli tak, to kiedy?
- Ty i Jennifer? - pytam po chwili.
- Byłyśmy koleżankami. Poznałyśmy się na kursie malarstwa, tu, w Nowym Jorku. Wtedy wszyscy tu mieszkaliśmy. Oni przyjechali na dwa lata, zaraz po ślubie. Siergiej pracował, a Jennifer malowała. Tyle że ich małżeństwo nie przetrwało nawet roku... - mówi, jedząc i rozglądając się dookoła.
- Jaka ona jest? - pytam, i sama nie wiem, czy to dobry pomysł.
- Trochę szalona, bardzo uparta, z trudnym charakterem. Taki typ, wiesz, który dokładnie wie, czego chce i się przed niczym nie cofnie, żeby to zdobyć.
- Trochę jak on w takim razie - myślę na głos.
- Znacznie bardziej niż on. - Jej głos jest teraz poważny. - Jeśli to w ogóle wykonalne - dodaje z namysłem.
- Czego ona tak bardzo chciała? Jaki był jej cel?
- Pieniędzy. Tylko to ją interesowało.
- Wiesz, dlaczego się rozstali? - pytam.
- Nie znam szczegółów. Ale ten związek od początku był skazany na niepowodzenie. To jego rodzice go z nią wyswatali. Poleciał specjalnie do Los Angeles, żeby ją poznać. Była córką ich przyjaciół, z dobrej, ale ubogiej rodziny w porównaniu z jego rodziną. Po paru spotkaniach poleciała z nim do Anglii, a po kilku tygodniach wzięli ślub.
Kilku tygodniach?! To mu się musiało spieszyć!
- Zakochał się w niej, bo była piękna i zupełnie od niego zależna finansowo, co dawało mu pozycję władzy. A ona w nim, bo był przystojny i na dodatek bogaty... Ale to wystarcza do szczęśliwego związku tylko w filmach, a nie w prawdziwym życiu. Szybko okazało się, że nie mają sobie nic do powiedzenia. Poza tym był chorobliwie zazdrosny. Kiedy tylko chciała się go pozbyć, zaczęła sypiać z innym, zbytnio się z tym przed nim nie kryjąc. Wpadł w szał. I to był koniec. Długo nie mógł się pozbierać - kończy wywód.
Mam zupełnie inną wizję Siergieja z przeszłości. "Chorobliwie zazdrosny", "długo nie mógł się pozbierać"? W ogóle mi to do niego nie pasuje. Ale podobno ludzie się czasami zmieniają.
- A potem? Były jakieś inne kobiety w jego życiu?
- Ty niewiele o nim wiesz... Dlaczego sama go nie zapytasz? - strzela, patrząc mi w oczy.
Czuję się głupio.
- Próbuję, ale to niezdobyta twierdza. Niełatwo cokolwiek od niego wyciągnąć. Unika tych tematów. Poza tym nie mieliśmy jeszcze aż tylu okazji. On jest cały czas w pracy!
- To prawda. Serge to pracoholik, a ty jesteś taka młoda... Aż trudno w to uwierzyć. Nie czuje się tego. Dobrze się z tobą rozmawia - oświadcza, uśmiechając się.
- To co? Były jakieś inne?
- Nie, to znaczy nic poważnego. Raczej tylko do zabawy, jeżeli wiesz, o czym mówię.
Starałam się, choć jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić.
- W każdym razie jesteś pierwszą osobą, którą postanowił nam oficjalnie przedstawić. A to chyba o czymś świadczy. Nie możemy się tylko nadziwić, że zakochał się w kimś tak młodym! Wybacz, to oczywiście nie wada, ale w jego sytuacji, kiedy mógłby mieć praktycznie każdą...
- Wybrał mnie. Też tego nie rozumiem, uwierz mi - kończę za nią, wprawiając ją w zakłopotanie. Zaczyna się tłumaczyć, gestykulując:
- Przepraszam, źle to ujęłam. Wybacz mi.
- Nic się nie stało. Rozumiem twój punkt widzenia. Sama czasami zadaję sobie to pytanie. Ale tak widocznie miało być. Kiedy jesteśmy razem, to jakby cały świat dookoła mógł przestać istnieć, rozumiesz?
- Staram się... - zapewnia i posyła mi niepewny uśmiech. Odwzajemniam go i zamawiam drugi kieliszek wina.
- Piękne kolczyki - mówi.
- W komplecie jest też bransoletka. - Pokazuję jej świecidełko i oddaję: - To prezenty od Siergieja.
- Domyślam się - odpowiada i zaczyna machać ręką do nadchodzących mężczyzn.
Borys jest troszkę wyższy od Siergieja i ma bardzo krótkie włosy. Przystojny facet, ale żaden mężczyzna nie wypada korzystnie w towarzystwie mojego chłopaka. Kiedy go widzę, niezmiennie mam ochotę rzucić się mu na szyję. Tym razem się powstrzymuję, bo nie wypada, są tu jego przyjaciele, lepiej nie dawać się emocjom. Od razu przypominam sobie, co powiedziała o nim Eliza i uśmiecham się szeroko, bo wiem, że on nie ma pojęcia, że już wiem.
Siergiej na mój widok poważnieje, mierzy mnie od stóp do głów, a potem rzuca mi ten swój powalający na kolana uśmiech w kąciku ust. I ciągle nie mogę uwierzyć, że to do mnie się uśmiecha. Przystojniak!
- Chcesz, żebym zwariował? - szepcze mi na ucho, kiedy jest blisko. - Wyglądasz bosko!
- Cieszę się, że ci się podoba.
- Podoba? Nie wiem, co powiedzieć. Masz szczęście, że nie zamykają za bycie seksowną, bo dostałabyś karę śmierci. - Jego ręka wędruje w okolice mojej talii.
Ciepło, cieplej.... Jego dotyk jest magiczny, a głos czarujący i jakże męski!
- Nie wiem, jak to wytrzymam... - dodaje. Mam wrażenie, że powietrze wokół nas gęstnieje. Nagle trudniej mi oddychać. O mamo!
- Powinieneś podziękować Elizie, to jej zasługa.
Uśmiecha się i odwraca się do kobiety, a ona podnosi kciuk. Zaczynam się śmiać i wtedy on, odzyskawszy stuprocentową powagę, przedstawia mnie Borysowi:
- Anna Smith... Moja dziewczyna.
Czy on właśnie powiedział "moja dziewczyna"?! Chyba oboje od razu czujemy, że coś w tych słowach jest nie tak, to jakoś nie pasuje... W jego ustach brzmi to komicznie. Puszcza mi oczko.
- Borys Mylov. Mózg Siergieja - odpowiada, uśmiechając się szeroko. Ręka Siergieja ląduje z dużą siłą na ramieniu przyjaciela, a palce zatapiają się w obojczyku, wywołując jęknięcie jego właściciela.
- Zachowuj się przy damach, głupcze! Inaczej będę musiał się ciebie pozbyć - ripostuje z uśmiechem i chwyta moją rękę, którą delikatnie całuje. Ruszamy do wyjścia.
- I co ty byś sam z nimi zrobił? - pyta Borys, ale mój chłopak go ignoruje.
Całą czwórką idziemy na kolację do znanej im restauracji. Borys i Eliza stanowią świetną parę. Są małżeństwem od kilku lat. On pracuje dla Siergieja, ona prowadzi galerię sztuki. Cały wieczór dobrze się bawimy. Jest dużo śmiechu, kiedy wspominają lata studiów. Jest też tort urodzinowy z dwudziestoma świeczkami. Mam jedno życzenie i dotyczy ono pana Taredova. Oczywiście nie wypowiadam go na głos, bo chcę, żeby się spełniło. Przed zdmuchnięciem świeczek patrzę mu tylko głęboko w oczy. Rozstajemy się z przyjaciółmi, umawiając na jutrzejsze popołudnie. Kiedy wchodzimy do auta, zaczynam:
- Fajnych masz przyjaciół. Widać, że znacie się od dawna.
- Mam szczęście. Borys to równy gość.
- Czym zajmuje się jego firma?
- Zdobywa dla mnie informacje. Różne informacje...
Nagle następuje przełom stulecia: Siergiej Taredov podnosi podłokietnik, który zawsze nas dzielił, i przysuwa się do mnie, obejmując mnie ramieniem. Przechodzi mnie dreszcz emocji. Jego druga ręka chwyta mnie za dłoń, krzyżując palce z moimi. Zatapia twarz w moich włosach i wdychając głośno ich zapach, mówi:
- Te loki są bardzo sexy. - Odgarnia mi włosy, jest ich teraz naprawdę dużo, i obraca moją twarz w kierunku swojej. Wstrzymuję oddech. Spogląda na mnie tym małym uśmieszkiem przystojniaka i całuje. Wreszcie! Jego wargi są miękkie i mokre. Czuję jego przyjemny smak.
- Mam obsesję na punkcie twoich ust - mówi, a ja mam wrażenie, że zaraz eksploduję. Odwzajemniam pocałunek. Jego gładki język delikatnie zlewa się z moim, a mój mózg wysyła impuls w okolice pęcherza. To jak skurcz, tylko że niesamowicie przyjemny. Och... Chcę kontynuować, ale dzwoni jego komórka. Cholera! Przymusowa przerwa na ochłonięcie... Sięgam po kostki lodu z barku i pocieram nimi kark. Siergiej z telefonem w ręce zamiera na ten widok. Gapi się na mnie z uchylonymi ustami, a telefon dzwoni... Przestaje, dopiero kiedy się orientuje, że to widzę.
- Nie odbierzesz? - pytam, rzucając mu uwodzicielski uśmiech.
Naciska "odbierz" i przykłada w końcu telefon do ucha. Oddycham. Kiedy kończy rozmawiać, nie wraca do mnie, ale do ekranu smartfonu. Zagaduję go o przyjaźń z Borysem.
- Długo się znacie...
- Poznaliśmy się na Harvardzie.
- Wiem, Eliza mi powiedziała.
- Aż boję się myśleć, co jeszcze ci o mnie opowiedziała... - Seksowny, powalający uśmiech. Ale nie w moim kierunku. Do telefonu. Wykończę się przy nim...
- Na przykład, że nie możesz się opędzić od kobiet... - mówię zalotnie, patrząc na jego ręce, bo teraz coś pisze.
- Przepraszam. Co powiedziałaś? - pyta, nie odrywając wzroku od komórki. Nie odpowiadam, stwierdzam, że poczekam, aż skończy. On rzeczywiście jest pracoholikiem. Po jakichś pięciu sekundach spogląda na mnie.
- Przepraszam, zaraz to chowam. Molly nie daje mi żyć.
- Uważaj, zaczynam być o nią zazdrosna! - oznajmiam, wyglądając przez okno.
Zero reakcji. Pff! Przejeżdżamy ulicami Manhattanu. Drapacze chmur wbijają się w czarne niebo, a ulice tętnią życiem. To miasto rzeczywiście chyba nigdy nie śpi! Większość sklepów jest jeszcze otwarta, choć jest po dwudziestej trzeciej. Bary i restauracje pełne gości. Nowy Jork ma w sobie coś, przez co człowiek pragnie korzystać z życia. Zakochuję się w tym kolorowym miejscu od pierwszego wejrzenia i już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć całą resztę. Od widoków za oknem odrywa mnie nagle głos Siergieja, szepczący mi wprost do ucha, tonem jak z telewizyjnej reklamy:
- Nie będziesz chyba zazdrosna o moją pracę?
- Nie wiem. Może... Jak na razie spędzasz z nią więcej czasu niż ze mną. - Ton trochę wyniosłej księżniczki dobrze mu zrobi.
- Obiecuję, że to się zmieni. O czym mówiłaś wcześniej? Co takiego powiedziała o mnie Eliza?
- Powiedziała, że nie możesz opędzić się od kobiet.
Śmieje się na głos i mówi:
- Pas!
- Przykro mi, mój drogi, to nie jest gra!
- Wierz mi, czasy mojej świetności już minęły - przemawia z rozbawieniem i luzuje krawat. Nagle słyszę mój telefon. Siergiej zerka na mnie zdziwiony i pyta:
- Co to?
- Chyba dostałam esemesa. - Szukam komórki w torebce.
- Dałaś komuś numer telefonu? - Poważnieje.
- Tylko rodzicom i przyjaciołom.
- Mam nadzieję, że można im ufać.
Czy on aby nie pracuje w FBI...? O co tyle hałasu?
- Można. Nie martw się.
Wyjmuję telefon, a Siergiej odsuwa się ode mnie, tak aby dać mi trochę prywatności. Klasa. Wiadomość od Lorcana:
Lorcan Maidley: Gdzie się podziewasz, Mała? Więdnę pod Twoimi drzwiami. Nikt Cię nie widział od wczoraj. Odezwij się.
Sprawdzam angielską godzinę. Co on, do diabła, robi o szóstej rano pod moimi drzwiami?! Patrzę na Siergieja. Nic nie mówi. Czeka.
- To od przyjaciół. Martwią się o mnie. Nikt nie wie, że jestem z tobą w Stanach. Muszę im coś odpisać, żeby wiedzieli, że wszystko ze mną w porządku - tłumaczę, nie przyznając się, że to od Lorcana.
-Tak więc oboje mamy wspaniałych przyjaciół! - odpowiada i znowu łapie za swojego iPhone'a. Jakoś nie czuję się na siłach, żeby teraz tłumaczyć Siergiejowi, kim jest Lorcan. Wieczór jest przyjemny, nie chcę tego niszczyć, szczególnie po tym, co usłyszałam od Elizy.
Anna Smith: W prezencie urodzinowym dostałam wycieczkę do Nowego Jorku. Właśnie tu jestem. Jest wspaniale. Wracam pojutrze. Odezwę się, jak będę już na miejscu. PS Spać nie możesz?
Za dwie minuty przychodzi odpowiedź:
Lorcan Maidley: Jeszcze się nie położyłem.
Szybko chowam telefon do torebki. Siergiej już dawno odłożył swój i patrzy na mnie wzrokiem detektywa.
- Nie wiem dlaczego, ale mam przeczucie, że to ja powinienem zacząć się martwić. - Nie przestaje mnie lustrować. - Uśmiechasz się do komórki...
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - zapewniam i gram najlepiej, jak umiem. - A gdzie krawat? - zmieniam temat.
- Tu. A co? Do czegoś ci potrzebny? - pyta i wskazuje na złożony materiał.
- Nie... Ale bez krawata wyglądasz zupełnie inaczej, Serge...
Auto zatrzymuje się przy dużej alei. Klub. Przy wejściu nie ma kolejki, za to stoi czterech ochroniarzy. Siergiej wita się z nimi i wpuszczają nas do środka. Matt, który nie opuszcza nas na krok, od kiedy tu jesteśmy, też wchodzi. Wielka sala, wypełniona aż po brzegi. Po dwóch stronach ciągną się długie bary, a pod sufitem na huśtawkach bujają się piękne dziewczyny w skąpych strojach. Kilku tancerzy wije się na miniscenach. Tłum porusza się w rytm głośnej muzyki. Wchodzimy. Najpierw szoty. Wódka. Zaraz potem Siergiej prowadzi mnie za rękę, ściąga marynarkę, podaje ją Mattowi i ciągnie mnie na parkiet. Piosenka, którą grają, jest przebojem. Zaczynamy tańczyć. Zaskakuje mnie swoimi umiejętnościami! Mam ochotę zapytać, czy ma jeszcze jakieś inne ukryte talenty, ale zostawiłam to na później, oddając się melodii mojego ciała. Nie mogę przestać, a on nie spuszcza ze mnie wzroku. Wyłączam mózg i zostaje tylko cielesność. Muzyka pulsuje mi w żyłach. Rytm tętna podporządkowuje się drżącym w podłodze basom i grze stroboskopów. Wydaje mi się, że jesteśmy w innym wymiarze. I chyba chwilami jesteśmy... Czuję szczęście. Jestem w swoim żywiole... W moim elemencie. Tańczymy dłużej, niż się spodziewałam. Dobrze mu idzie i jest na luzie. Jeszcze go takiego nie widziałam. Jego ręce dotykają mojej tali, ramion i brzucha. Nie mam ochoty się od niego odkleić. Rozpala mnie do czerwoności, aż czuję, że mam mokre plecy. W sumie to mnie zaskakuje. Nie spodziewałam się, że zabierze mnie do dyskoteki i że jest doskonałym tancerzem. Dzisiaj mam wrażenie, że jest w moim wieku.
Znowu szoty. Po nim oczywiście nic nie widać, ale ja zaczynam chwiać się na nogach. Znam siebie, wiem, że muszę przestać. Czas przejąć kontrolę nad sytuacją, bo oczywiście, dosyć szybko, żeńska część sali oblepiła go wzrokiem. Tym bardziej staram się pokazać, z kim tu przyszedł! Dziewczyny, pomarzyć zawsze można... Jeden szocik i powrót na parkiet. Nie daję mu chwili wytchnienia. Teraz moja kolej! Łapię go za kark. Jest gorący. Druga ręka wędruje w okolice jego nerek. Parzy! Ocieram się o niego tak, że czuję, jak oddycha. Lata lekcji tańca z mamą wreszcie się na coś przydają. On też jest pod wrażeniem, z łatwością wyczytuję to w jego spojrzeniach. Mam na niego wielką ochotę. Zawieszam się na nim i całuję. Nawet teraz, kiedy chcę zaciągnąć go w jakieś ustronne miejsce i skonsumować, on jest delikatny i czuły. Doprowadza mnie do szału, do istnej gorączki. Nigdy tak jeszcze nie miałam ochoty na seks. Moje ciało po prostu wariuje. Coraz trudniej jest mi się powstrzymać... Tak bardzo chcę, żeby wpadł w moje sidła, że nie zauważam nawet, jak bardzo jestem zaplątana w jego... Chcę doprowadzić go do wrzenia. I udaje mi się. Nie może już ode mnie oderwać ani swoich oczu, ani swoich rąk... Grzeczny chłopiec! To już nie jest zwykła fascynacja, tylko prawdziwa żądza!
Nawet nie wiem, jak znaleźliśmy się z powrotem w samochodzie, ale teraz siedzę na nim i dotykam jego twarzy. Co się dzieje?! Nowy Jork przebłyskuje neonami, a alkohol wiruje mi w głowie. Całuję go najgoręcej, jak umiem. Jego ręce znów kurczowo trzymają się siedzenia. Hej, coś mi to przypomina! W końcu odrywam je i kładę na swoich udach. WOW! Iskrzy! Zaczyna przesuwać je do góry. Całuje mnie po szyi, kiedy jego dłonie są na moich pośladkach. Ściska je delikatnie. Poruszam biodrami, ocieram się, jakbym na nim tańczyła. Całuję delikatnie jego twarz. Zaraz wybuchnę. Jestem naprawdę tego bliska, a przecież nic takiego się jeszcze nie wydarzyło. Otwieram oczy, żeby na niego spojrzeć, sprawdzić, jak on to robi, że mnie doprowadza do tego stanu samą obecnością. Nigdy czegoś takiego nie czułam. Wzdycha. I patrzy na mnie wzrokiem, którego jeszcze u niego nie widziałam. Prosto w moje źrenice. Czerń ze złotym błyskiem mienią się jak nigdy dotąd. Sięgam w kierunku jego rozporka. Ale kiedy tylko udaje mi się musnąć to miejsce, odsuwa szybko moją rękę i przesuwa mnie z kolan na siedzenie obok. Staram się zrozumieć, co robi, kiedy schodzi na klęczki i sadowi się przede mną na podłodze limuzyny. Wkłada dłonie pod moją mini i ściąga mi majtki, muskając ustami moje kolana. Teraz rozsuwa mi nogi. To jest ten ruch, który wysyła bodziec do mojego mózgu i wzdycham zdecydowanie za głośno, ale moje ciało przypomniało sobie ostatni raz, kiedy to zrobił, i wysłało głośny komunikat do strun głosowych.
- Spokojnie... - szepcze, całując moje udo.
Staram się, wierz mi! Spogląda na mnie i zbliża usta do mojego krocza. Liże moje wargi, te na dole. Liże wszystko. To początek i koniec jednocześnie. W rekordowym tempie doprowadza mnie na sam szczyt. Eksploduję. Głośne westchnienie znów wypełnia samochód. Nie wiem, jak spojrzę kierowcy w oczy, ale nie mogę się powstrzymać. Po chwili ze zdziwioną miną Siergiej jest już przy mojej twarzy i całując mnie teraz w ucho, pyta szeptem z uwodzicielskim uśmiechem:
- Anno Smith, pobiłaś rekord. Co tu się właśnie wydarzyło? Ledwo co cię skosztowałem.
Spoglądam w czarne spojrzenie i zanim znów przyłożę moje usta do jego ust, odpowiadam obejmując jego twarz:
- Ty. Ty się wydarzyłeś. Podobało mi się.
Uśmiecha się teraz szeroko i oznajmia:
- Słyszałem. Wszyscy słyszeliśmy. Cały Manhattan.
Zamykam powieki i zaciskam je szczelnie, śmiejąc się teraz też dosyć głośno. Trochę mi głupio, ale prawda jest taka, że nie kontrolowałam niczego. Siergiej Taredov ma nade mną całkowitą władzę.
Dojeżdżamy na miejsce. Hotel. Wchodzimy, a Siergiej nie puszcza mojej ręki. Pierwszy raz tak robi. Napięcie wisi w powietrzu. Winda. Chcę poczuć jego język w ustach. Wspinam się na palce, ale podnosi głowę, stając się w ten sposób nieosiągalny. Spoglądam na niego z grymasem niezadowolenia, uśmiecha się tylko, rzucając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku pokojówki, która stoi obok. Nawet jej nie zauważyłam. Patrzy na mnie z tym uśmiechem, który mówi: wiem, co się zaraz wydarzy! Staram się zachować przyzwoitą odległość. Zaraz zacznę liczyć piętra. Ogień, który się we mnie w tym momencie pali, mógłby stopić góry lodowe Arktyki. Jemu też gorąco. Widzę to. Zagryzam usta i się uśmiecham. Spogląda na mnie z góry i nerwowo uderza palcami w ścianę.
Kiedy drzwi windy otwierają się, prowadzi mnie pod pokój i mówi:
- Mam nadzieję, że wybrałem dla ciebie właściwy pokój.
Dla ciebie? Cisza. Ja naprawdę za dużo wypiłam. Patrzę na niego z niezrozumieniem. Żartuje. Nie żartuje. Nie wiem, za dużo szotów. Otwiera drzwi, po czym wręcza mi klucz-kartę i gestem zaprasza do środka, ale sam nie rusza się z miejsca. Zatyka mnie, więc ja też stoję. Oczekuję jakiegokolwiek logicznego wyjaśnienia i staram się ukryć poruszenie. Wtedy dodaje szeptem, odgarniając mi kosmyk włosów z twarzy i patrząc na mnie mrocznymi oczami:
- Zaczynamy wszystko od nowa. To ci obiecałem, bo dałaś mi drugą szansę. Nie zmarnuję jej...
Zawstydza mnie. Podziwiam swoje nowe buty. Nie mam odwagi na niego spojrzeć.
- Będę naprzeciwko, gdybyś czegokolwiek potrzebowała - dodaje. O rany, co za człowiek!
Kiedy się budzę, nie jestem w stanie określić godziny. Sprawdzam na komórce: jedenasta czterdzieści rano. Niemożliwe. Za oknami noc. Dzwonię do recepcji. Szósta czterdzieści nad ranem. Czyli spałam tylko cztery godziny. Chyba za wcześnie na śniadanie. Podchodzę do okna. Ulice miasta są puste. Co jakiś czas przejeżdża samochód. Większość lokali pozamykana, a po chodnikach walają się wczorajsze gazety.
Wracam do łóżka, ale w ogóle nie chce mi się spać. Postanawiam, że wezmę prysznic. Siergiej wynajął mi chyba królewski apartament. Przysięgam, jest tu dosłownie wszystko. Wybieram jacuzzi. To, czego teraz potrzebuję! Napuszczam gorącej wody i wlewam jeden z wielu płynów do kąpieli. Zanurzam się powoli. Kąpiel jest relaksująca: leżę i rozmyślam o wczoraj. Rozpamiętuję każdy jego gest, każde słowo. Limuzynę. Do końca życia ten pojazd będzie teraz dla mnie synonimem erotycznych uniesień. Cały czas nie mogę uwierzyć, że po tym, co się w niej stało, odprowadził mnie tu i poszedł spać do siebie, jak gdyby nigdy nic. Wczoraj zasnęłam w sekundę. Ciekawe, czy on też już nie śpi... Zastanawiam się nad tym, co powiedziała Eliza. Ta Jennifer była dla niego okrutna! Nie znam jej, ale już jej nie lubię. Jak można zranić kogoś takiego jak Siergiej? Dobrego, czułego i opiekuńczego? Już nie wspominając o jego pozostałych zaletach... Dlaczego nie spędziliśmy razem nocy? Cały czas mam na niego ochotę. Jest taki poważny. Chciałabym wiedzieć, o czym myśli. I chociaż wciąż nie wiem o nim wiele, wiem to najważniejsze: jest we mnie zakochany! To najwspanialsza rzecz, jaką wczoraj usłyszałam. Eliza wygadała się, bo pewnie myślała, że sam mi to już powiedział.
Włączam bąbelki i odprężam się zupełnie. W dwie minuty powietrze z dysz podwodnych produkuje tony piany. Jacuzzi chyba nie współgra z płynem do kąpieli. Potem postanawiam, że ubiorę się w jedną z nowych sukienek, którą wczoraj wybrała dla mnie Eliza. Od tego momentu nie dam mu chwili wytchnienia. Będę kobieca, seksowna i uwodzicielska, aż się złamie i zupełnie oszaleje na moim punkcie. Już nie będzie mógł się mi oprzeć. Nigdy więcej oddzielnych łóżek czy pokoi! Jakikolwiek inny scenariusz nie wchodzi w grę. Ten facet będzie mój!
W kwiecistej minisukience, z burzą loków na głowie i szpilkami w ręce, na palcach wchodzę do jego pokoju. Jest ósma rano. Miałam nadzieję, że zastanę go jeszcze śpiącego i będę mogła go obudzić. Tymczasem, kiedy zapukałam, otworzył mi drzwi rześki niczym poranna rosa. Na biurku zauważam otwartego laptopa.
- Nie mów mi, że pracujesz!
- Nie powiem - odpowiada i od razu idzie zamknąć komputer. Siada na krześle i ruchem ręki zaprasza na kolana. Korzystam z zaproszenia i siadam bokiem. Mały buziak ląduje miękko na moich ustach.
- Nie śpisz już? - zaczynam.
- Mój organizm jest ustawiony na czas angielski. Nie śpię już od dwóch godzin.
- To trzeba było przyjść i mnie obudzić.
- Chciałem, żebyś odpoczęła. Ale widzę, że jesteś w pełni formy.
- Tak i umieram z głodu. - Lekko gryzę go w ucho. Nie mogę się powstrzymać, to silniejsze ode mnie. Uśmiecha się i przeczesuje ręką moje włosy.
- Mówiłem ci już, jak bardzo ci do twarzy w tych lokach?
- Dziękuję. Mnie też się podobają. To istny cud, że się jeszcze trzymają.
Całuję linię jego zarostu i głaszczę krucze włosy.
- To co? Chcesz coś zamówić do pokoju, czy pójdziemy zjeść na mieście? - Spogląda ukradkiem przez okno. Chcę zjeść jego, ale on najwyraźniej nie odczytał tego komunikatu. Jestem chyba za mało sugestywna. Muszę nad tym popracować.
- Na mieście. Nowy Jork jest wspaniały, nie chcę niczego przegapić.
Po piętnastu minutach jesteśmy już na ulicy i szukamy kawiarni serwującej śniadania. W końcu decydujemy się na tą, z której dochodzą do nas cudowne zapachy świeżego pieczywa i kawy. W środku stoliki są poustawiane jak w wagonie pociągu. Boksy ze skórzanymi siedzeniami jak w amerykańskich filmach. Podoba mi się. Siadamy naprzeciwko siebie. Kelnerka, która jest dobrze po sześćdziesiątce, podchodzi do nas z kartami.
- Co tu jest typowym śniadaniem? - pytam Siergieja, kiedy oboje patrzymy w menu.
- Naleśniki, jajka na bekonie albo bajgle z białym serem i wędzonym łososiem.
- Co ty lubisz najbardziej?
- Bajgle.
- W takim razie, twoim zwyczajem, wezmę bajgle. I do tego czarną kawę.
- I co teraz z nami będzie? - pytałam, kiedy zostajemy sami.
- To znaczy? Co konkretnie masz na myśli?
- Nie musimy się już kryć? Martwić? Planować? Możemy iść na Times Square i się całować? - To mam konkretnie na myśli. I jeszcze parę innych rzeczy... Rumienię się. Boże...
Spogląda na mnie zaciekawiony i oznajmia:
- Masz bardzo dobre pomysły. Tak, możemy. - Mam nadzieję, że on jednak nie czyta w moich myślach... - Możemy robić, co się nam żywnie podoba. Zadowolona?
- Bardzo - odpowiadam, próbując się uspokoić. Nie może przecież wiedzieć, o czym myślę... Co mi jest?! Dlaczego w jego obecności wciąż myślę tylko o tym?!
- Więc jakie mamy plany?
- Chcę spędzać z tobą jak najwięcej czasu. Na Times Square, na przykład... - mówi, chwytając mnie za ręce z wielkim uśmiechem. Złącza je i całuje, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Co będziemy robić dzisiaj? - pytam, choć jest mi to zupełnie obojętne. Liczy się tylko to, że ze mną jest. Równie dobrze mogłabym tu siedzieć, przy tym stoliku, pić kawę i rozmawiać cały dzień. Albo ewentualnie pojeździć tą jego limuzyną...
Telefon. Wyjmuje go z kieszeni marynarki, sprawdza, kto dzwoni, po czym informuje, tak jakbym się tego nie domyślała. - To z pracy. Wybacz mi. - Po czym odbiera. - Tak, Molly? Tak, oczywiście. Słucham. Hmmm?... Jak to? ... Czego chce?... Dobrze, umów mnie z nim na spotkanie. Nie będziemy o tym debatować przez telefon. Jutro późnym popołudniem?... Spróbuj i oddzwoń do mnie - spogląda na mnie - albo nie, wyślij mi mejla z dokładną godziną. Dziś będę już niedostępny, sprawdzę wiadomości wieczorem. Dziękuję. Na razie.
Kiedy kończy rozmowę, śniadanie pojawia się na naszym stole.
- To co? Gotowa na wycieczkę po Nowym Jorku? - pyta, chwytając za bajgla.
- Gotowa!
Przedpołudnie spędzamy na chodzeniu po mieście. Później jedziemy do portu Chelsea Piers, żeby spotkać się z Elizą i Borysem. Mamy zjeść razem obiad na ich luksusowym jachcie. Ich statek jest ogromny i wyposażony z przesadnym przepychem: złocone krany, marmury, skóra... I oczywiście jacuzzi na najwyższym pomoście. Jest też kucharz i masażysta...
- To prawda, co piszą? - Borys zaczyna, wstaje i wita Siergieja uściskiem dłoni. Wskazuje na gazetę, która leży na stole.
- To zależy, o czym mówisz. - Ten rzuca na nią okiem, ale z daleka, bez czytania.
- Zgodziłeś się na jej warunki! Skąd ta nagła zmiana?
- A, to... - reaguje mój chłopak i robi unik, kontynuując powitanie: - Eliza, jak zawsze piękna! Dziękujemy za zaproszenie.
- Słabe, bezskuteczne posunięcie - komentuje Borys.
- To dla dobra sprawy.
- Marcus jest tego samego zdania?
- Od kiedy Marcus Downey ma tu coś do powiedzenia? Poza tym, nie mam zamiaru o tym rozmawiać - finiszuje i powraca do mnie wzrokiem. Uśmiecham się, żeby zamaskować moje prawdziwe emocje, bo wiem, że mówią o jego rozwodzie.
- Naturalnie. I tak już jest po temacie... - Wzdycha jego przyjaciel i po chwili wyruszamy w drogę.
Jacht sunie gładko po rzece Hudson w kierunku oceanu. Rozmowa przy stole jest bardzo ożywiona. Szczególnie między trójką przyjaciół. Ja w większości słucham, dowiadując się wielu nowych rzeczy o moim chłopaku. O tym, że uprawia dużo sportu. Kiedy? Pytam. W nocy? To tłumaczyłoby jego wspaniałą sylwetkę. Okazuje się też, że oprócz angielskiego i rosyjskiego zna francuski i trochę japońskiego. I że zdarza mu się spotykać z Borysem w Tokio na sushi.
- Lecicie do Tokio tylko po to, żeby zjeść dobre sushi? - rzucam z niedowierzaniem.
- Czemu nie? - pyta Borys, popijając białe wino. - Przy okazji możemy spokojnie porozmawiać... Nieczęsto się widujemy. Może cztery, pięć razy w roku. I to przeważenie w interesach, więc taki mały dwudniowy wypad do Tokio dobrze nam robi.
- To bardzo nieekologiczne. - Kręcę głową.
Borys niezadowolony oblepia mnie wzrokiem, ale to Siergiej odpowiada:
- Po pierwsze, oczywiście latam na SAFie. - Widząc moją minę, od razu wyjaśnia: - To zrównoważone paliwo lotnicze, wytworzone głównie z odpadów, na przykład zużytych olejów spożywczych. Po drugie, mój jet jest najmniej zanieczyszczającym samolotem tego typu dostępnym na rynku. Kupiłem go rok temu. To najnowsza generacja. Poza tym, całe lotnictwo biznesowe jest odpowiedzialne za jedynie cztery setne procent wszystkich rocznych emisji dwutlenku węgla - recytuje z pamięci. - Po czwarte, mam już zamówiony nowy samolot o napędzie wodorowo elektrycznym, robiony przez Szwajcarów. To cudo będzie dostępne już za trzy lata. Prawdziwy game changer.
- Jak dostaną homologacje... - komentuje Borys.
- Dostaną. Byłem zaproszony na rozmowy w tej sprawie.
- Skoro tak twierdzisz... - Mężczyźni cichną. Ja też nic nie mówię, bo nie chcę pokazać, jak mało wiem o emisjach dwutlenku węgla. Po chwili Borys zadaje mi pytanie:
- Lubisz sushi?
- Uwielbiam. To moje ulubione danie - ogłaszam i puszczam oczko do Siergieja. Przypomina mi się mój pierwszy sushi-raz...
Mój chłopak uśmiecha się i mówi:
- No to jest nas troje. Anna uwielbia sałatkę z alg - dodaje po chwili, zwracając się do Borysa. O co mu chodzi z tymi algami?
- Naprawdę? Algi są cudowne. Tyle ciekawych właściwości... - Borys sprawia wrażenie rozmarzonego.
- Nie wiem, czym się tu tak zachwycać - stwierdza Eliza. - Ja tam wolę krwistego steka - po czym, spoglądając na nich, dodaje: - A! Wy znowu o pracy. Dajcie już spokój, co?
Nie wiem, o czym dokładnie mowa, i nie mam też czasu zapytać, bo mężczyźni zaczynają mówić o kontraktach. Rozmowa schodzi na inne tory i trwa aż Siergiej wspomina, że nie ma jak czegoś sprawdzić, bo komputer został w hotelu.
- W hotelu? - pyta ze zdziwieniem Borys, a grymas zniesmaczenia pojawia się na jego opalonej twarzy.
- Tak. W Royaltonie.
- Zatrzymałeś się w hotelu? - Robi wielkie oczy. - A co z twoim mieszkaniem na Manhattanie? Tylko nie mów, że do tej sumy dorzuciłeś jej jeszcze wasze nowojorskie mieszkanie!
Siergiej wydaje się zakłopotany. Zaciska szczękę, a po chwili spogląda na mnie ukradkiem i odzywa się:
- Nie, nie... Ale muszę je wyremontować. Nie nadaje się teraz do mieszkania, dlatego jesteśmy w hotelu.
- Rozumiem. Choć przy tej kwocie, niewiele by to w sumie zmieniło.
Na słowa Borysa Siergiej wykonuje gest odcinania głowy, pokazując, że chce zakończyć temat sprawy rozwodowej. Borys dolewa sobie wina.
- Okej, okej! Trzeba było mnie uprzedzić. Zatrzymalibyście się u nas. Przecież nie brakuje miejsca.
- Tak, wiem. Nie chciałem sprawiać kłopotu - oświadcza i pyta, czy dolać mi alkoholu. Przytakuję.
- Przestań. Zawsze jesteś u nas mile widziany. Oboje jesteście. - Eliza uśmiecha się do nas.
- Dziękuję, Elizo, to miłe z twojej strony.
Obiad przedłuża się do kolacji. Eliza proponuje, żebyśmy zostali na jachcie do jutra, ale Borys stwierdza, patrząc na Siergieja:
- Nie, kochanie, dajmy im pobyć trochę sam na sam. Popatrz na niego, już nie może tu wysiedzieć, zaraz ją pożre wzrokiem!
- Nie przesadzasz trochę? - pyta Siergiej, wstając i dopijając wino ze swojego kieliszka.
- Za dobrze cię znam... - Borys wstaje od stołu, żeby pożegnać się ze swoim przyjacielem.
Zbieram rzeczy i idę skorzystać z toalety. Jest w niej mały uchylony bulaj. Z zewnątrz dobiega mnie rozmowa mężczyzn.
- Nie poznaję cię - mówi Borys.
- Zależy mi na niej. Naprawdę! Ale jest młoda. To mnie chwilami przeraża. Nie wiem, czego się spodziewać.
- Ale wszystko działa?
- Na razie działa. Choć chwilami mam wątpliwości, czy dobrze robię.
- Chłopie, starzejesz się. Co się z tobą dzieje? - Borys otwarcie z niego drwi.
- Nie wiem. Jestem jakiś nerwowy. W dodatku ta cała historia z Mac Royem...
- W sumie to cię rozumiem. Jest seksowna, chociaż cycki by się jej jakieś przydały.
- Nie będę tego nawet komentował i ty też nigdy już o tym nie wspomnisz.
Słyszę głośny śmiech Borysa.
- Dwudziestolatka... Ostatnio miałem taką przyjemność, jak... już nawet nie pamiętam!
- Nie pozostaje ci nic innego, jak żyć wspomnieniami - obwieszcza prześmiewczo mój chłopak.
- Hej! Uważaj sobie! Cholerny szczęściarz... A co do Mac Roye'a, to wystarczy to dobrze rozegrać, nie martw się, coś wymyślimy.
W tym momencie słyszę też głos Elizy:
- Masz szczęście, to fajna dziewczyna. Mogło być zdecydowanie gorzej!
- Wiem. Jest niesamowita.
- Ale z tym rozwodem, to już przesadziłeś. Trzeba było to załatwić wcześniej, przed tą komisją! - Borys nie daje za wygraną.
- Było, minęło. Nie chcę już o tym mówić.
Nie słyszałam początku rozmowy, więc nie wiem, o co dokładnie chodzi. Nie rozumiem na sto procent tej wymiany. Ale i tak jestem pod wrażeniem. Zależy mu na mnie. I to pomimo miseczki A... Nic dziwnego, przecież jest we mnie zakochany... No, przynajmniej według Elizy. Biorę głęboki oddech i dołączam do nich, żeby się pożegnać. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy.
Wkrótce potem opuszczamy jacht, aby wrócić do hotelu. Unikam patrzenia w oczy kierowcy, podobnie jak on stara się nie patrzeć w oczy mnie. Kiedy odwozi nas na miejsce, postanawiamy się jeszcze przejść. Wieczór jest bardzo ciepły, a ulice pełne turystów, spacerujemy więc, trzymając się za ręce. Kto by pomyślał! Kiedy po północy wracamy do hotelu, schodzimy do hotelowego baru. Daję się namówić na rozmowę i drinka. Siergiej zaczyna:
- Teraz będziesz musiała skupić się na nauce. Zostały ci dwa lata do dyplomu, a potem?
- Nie mam pojęcia, ale chciałabym podróżować, żeby poznać różne miejsca na ziemi. Jeżeli będzie to możliwe, oczywiście.
- Jak czegoś bardzo chcesz, to możesz to osiągnąć. Wystarczy się starać.
- Masz rację. Chcieć to móc. To będzie moim nowym mottem życiowym. - W stosunku do ciebie też, kolego...
- Chętnie zabiorę cię na koniec świata, jeżeli zechcesz ze mną tam pojechać... - mówi, patrząc mi w oczy. O rany! - Przepraszam, polecieć moim ekologicznym jetem! - śmieje się.
- Gdzie jest koniec świata?
- Gdzie tylko zechcesz - patrzy na mnie poważnie i całuje moją dłoń.
- Marzy mi się Australia. Co ty na to?
- Udało ci się znaleźć miejsce, w którym nie byłem. Bardzo chętnie odkryję je z tobą.
- Mam nadzieję! - mówię i otwieram torebkę. Wyciągam z niej pakuneczek. - Mam coś dla ciebie, proszę - podaję mu prezent.
Siergiej jest zdziwiony. Nic nie mówi, spogląda na mnie podejrzliwie, po czym otwiera. Uśmiecham się. Wyjmuje brelok do kluczy z maleńką klepsydrą. Część przezroczysta wykonana jest z kryształu, ale dookoła jest drewno.
- To drewno orzechowe, a w środku piasek z Sahary - tłumaczę niepytana.
Siergiej dalej milczy, dlatego ciągnę:
- Chodzi o czas i o nas. A dokładniej o to, że chciałabym go jak najwięcej spędzać z tobą. Kiedy będziemy daleko, chcę żebyś o mnie myślał, a klepsydra sprawi, że czas rozłąki minie szybciej. Poza tym ten piasek... Mieni się złotem, jak twoje oczy, kiedy jest odpowiednie światło. - Pauzuję, ale że on nadal milczy, kontynuuję: - Kupiłam ją wczoraj z Elizą, kiedy udało mi się ją wybłagać, żebyśmy na kilka minut opuściły rejon z ciuchami. W sumie sam ją sobie kupiłeś...
- Ile czasu pokazuje? - odzyskuje głos i słyszę, że jest wzruszony.
- Minutę - odpowiadam i patrzę, jak przewraca ją w dłoni.
- To dokładnie tyle, ile trzeba mi było, żeby zrozumieć, że pragnę, abyś była moja. Na tym balu.
- Mnie to zajęło jakieś piętnaście sekund - stwierdzam, a wtedy zbliża się i mnie całuje.
- Jest śliczna, dziękuję - dodaje po chwili i chowa klepsydrę do kieszeni.
- O co chodzi z tym mieszkaniem na Manhattanie? - zaczynam, popijając drinka.
- Niczego nie można przed tobą ukryć... - odpiera.
- KGB to moje drugie imię.
Siergiej śmieje się na moje słowa, ale tylko przez chwilę.
- Tam się po prostu nic nie zmieniło od lat, rozumiesz? Nie chcę, żebyś była częścią tamtej epoki. Całe mieszkanie urządziła Jennifer i nie miałem ani czasu, ani odwagi tego przearanżować. Jeszcze walają się tam jej jakieś rzeczy. Aż sam nie mogę w to uwierzyć... Nie mam ochoty tam cię zabierać, póki się tego nie pozbędę i nie zrobię remontu. Z tobą zaczynam wszystko od nowa. To zupełnie nowy etap w moim życiu i ... - i robi pauzę, pozostawiając mnie w osłupieniu, z wpółotwartymi ze zdziwienia ustami.
- I? - pytam w oczekiwaniu na puentę.
- I nie mam zamiaru popełnić tych samych błędów co za pierwszym razem. Za bardzo mi na tobie zależy... - tłumaczy, po czym wzdycha: - Oto cała historia. Nic wielkiego... - Sprawdza, czy na niego patrzę.
Oczywiście, że patrzę! Jak tu nie patrzeć?! Nic wielkiego?! Zależy dla kogo! Chyba eksploduję z nadmiaru pychy! Zależy mu na mnie i chce zaczynać ze mną wszystko od nowa! Gapię się na niego i po chwili pytam prawie że szeptem:
- Kochałeś ją?
- Kogo? - Spogląda na mnie zdziwiony.
- Kogo? Jennifer! - odpowiadam, marszcząc czoło i przewracając oczami.
Odwraca wzrok. Przez chwilę błądzi nim po sali.
- Dlaczego o to pytasz? - przybiera tak poważny ton, że żałuję mojej ciekawości. Widzę, jak wszystkie mięśnie jego ciała napinają się. Szczęka, ramiona... Wbija we mnie wzrok z grobową miną. Nie odpowiadam. Spoglądam tylko na niego niepewnie. To chyba oczywiste, zależy mi na nim i chcę wiedzieć jak najwięcej o jego przeszłości. Po chwili ciszy, która wydaje mi się wiecznością, odpowiada w końcu:
- Tak, kochałem. - Ton, jakiego używa, daje mi do zrozumienia, że to już koniec tematu.
- Rozumiem - rzucam niepewnie, patrząc jak próbuje się rozluźnić. Zamawia drugiego drinka. W końcu odzywa się po dłuższej ciszy:
- A ty?
- Co ja? - pytam zdziwiona.
- Kochałaś go?
- Kogo? - Moje serce, nieproszone, zrywa się do biegu.
- Wiesz kogo. Twój problem...
- A! Jego... - Nie chcę o nim mówić. Boję się, że coś palnę. Nie mogę...
Siergiej jednak patrzy mi prosto w oczy, więc szepczę:
- Przez moment tak mi się wydawało.
- A potem?
- Potem poznałam ciebie.
Następuje błoga cisza. Mam nadzieję, że to już koniec, ale Siergiej dalej pyta:
- Jak się nazywa?
- Lorcan Maidley.
- Ile ma lat?
- Dwadzieścia jeden.
Pytanie za pytaniem. Mam dosyć. Ale on nie przestaje:
- I co w nim takiego ciekawego? - Słyszę nutkę ironii.
Wszystko, myślę, ale odpowiadam:
- Nie wiem. Nie chcę już o nim mówić. Przepraszam. Chyba już pójdę się położyć.
Kolejny już dzień nie kończy się tak, jak bym tego chciała. Jednak dzisiaj, inaczej niż wczoraj, jestem z tego prawie że zadowolona. Chowam się przed Siergiejem i jego pytaniami w zaciszu mojego królewskiego pokoju. Usypiam w przeogromnym łóżku z komiczną wręcz liczbą poduszek, pod nowoczesnym baldachimem i lustrem na suficie. Sama.
Po powrocie do Oksfordu dostaję wiadomość w grupie naszej paczki na WhatsAppie. Kto chce jechać w sobotę do Portsmouth? Dzień na plaży, a wieczorem ognisko i namioty. Wszyscy jadą, więc i ja się zgłaszam, choć nie wiem, co mnie tam czeka, bo Lorcan też jedzie. Mało tego, jest inicjatorem wycieczki, wymienia, co zabrać, o której pociąg i co kupić. Siergieja i tak nie będzie w ten weekend, bo znów gdzieś leci, nie będę siedzieć sama w akademiku, kiedy wszyscy moi znajomi jadą się bawić nad morze. Ogłaszam mu to podczas naszej wieczornej rozmowy przez telefon.
- W sobotę wybieram się ze znajomymi do Portsmouth i zostaniemy tam prawdopodobnie do niedzieli.
- Zostajecie na noc? - pyta.
- Tak, chcemy trochę poimprezować. Chłopcy zaplanowali namioty na plaży i ognisko, będzie fajnie. Ale ty i ja widzimy się w piątek, tak jak się umówiliśmy...
- Rozumiem - pauzuje. - Jutro będę wolny wieczorem... - dodaje poważnym głosem. - Kto jedzie?
- Ci co zawsze: Suza, Mon, Finn, Marc, Lorcan i ja.
Wzdycha.
- Wszystko z tobą w porządku? - pytam z troską.
Odpowiada dopiero po chwili:
- I pomyśleć, że się martwiłaś, jak moja sekretarka dzwoniła wieczorem w sprawach służbowych... Co ja mam powiedzieć?
- Nie wieczorem, tylko o czwartej rano! Poza tym nie wiem, czym miałbyś się martwić?
- Już ja wiem czym. A raczej kim.
- Nie ufasz mi? - poważnieję. Myślałam, że po naszym pobycie w Nowym Jorku zrozumiał, ile dla mnie znaczy. Najwyraźniej nie.
- Tobie ufam. To jemu nie ufam. Temu Lorcanowi...
- Dlaczego?
- Bo to facet - wyrokuje.
- Już ci mówiłam, jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- Właśnie to mnie przeraża!
- W takim razie nie pozostaje ci nic innego, jak jechać z nami - zaskakuję go.
- Wiesz, że nie mogę, lecę do Dubaju. Poza tym nie cierpię spać pod namiotem - zbija mnie z tropu.
- W takim razie zobaczymy się jutro? - proponuje i dodaje: - I pomyśleć, że jeszcze niedawno kazałaś mi sobie przyrzekać, że od pierwszego października praktycznie nie będziemy się rozstawać.
- Pas, Siergiej! Pas! Jesteś po prostu niemożliwy!
- Dobranoc, Anno. Zadzwonię! - kończy rozmowę rozbawionym tonem.
Nazajutrz spotykamy się wieczorem. Myślałam, że będziemy widywać się teraz często, ale przez jego pracę i wyjazdy tak nie jest. Matt przyjechał po mnie pod akademik, żeby zawieść mnie do Londynu, gdzie jemy kolację w ekskluzywnej restauracji. Rozmawiamy przede wszystkim o jego pracy, a na koniec Siergiej pyta o plany na następny weekend, wypominając mi, że ten spędzam bez niego, ale przecież to on wylatuje służbowo do Dubaju.
- Moglibyśmy lecieć do Paryża w następny weekend. Co ty na to?
- Paryż?! Byłoby wspaniale! Jeszcze nigdy tam nie byłam. - Nowy Jork, Paryż... To zaczyna mi się podobać.
-To piękne miasto. Spodoba ci się, ma szczególną architekturę.
- Znam z książek i internetu, chętnie pooglądam na żywo.
- Jeśli się zgadzasz, od razu poproszę Molly, żeby zarezerwowała nam hotel. Znam wspaniałe miejsce na Montmartre.
-To ona jednak pracuje non stop - mówię.
Siergiej uśmiecha się pod nosem i odpowiada:
- Jest bardzo dyspozycyjna. Taka praca. To co? Zgadzasz się na Paryż?
- Pewnie! - Jak mu odmówić? Siergiej i ja w najromantyczniejszym mieście na świecie! Na samą myśl mam gęsią skórkę...
- Szczęściarz ze mnie - dodaje po chwili, chowając telefon, z którego wysłał wiadomość do Molly i obserwując, jak piję wino. To ja jestem w tym związku szczęściarą. Ale to on kieruje wszystkim i wszystkimi. Ma pieniądze, władzę i nieopisany urok. I teraz to też on zapowiada dalszą część wieczora:
- Czas na niespodziankę!
- Myślałam, że kolacja nią była.
Patrzy na mnie zdziwiony i ripostuje:
- Zdecydowanie mnie nie doceniasz!
Pewnie ma rację. Uśmiecham się i przysuwam na tyle blisko, żeby móc go pocałować. Jego usta są delikatne i na swój sposób powściągliwe. Znowu muszę o nie walczyć... Jak lwica!
Centrum miasta. Samochód zatrzymuje się przy moście Tower Bridge. Wchodzimy do jednej z wież. Siergiej bez słów prowadzi mnie za rękę ze swoim uwodzicielskim uśmiechem. Czy to wycieczka w stylu "Londyn nocą?". Kiedy wchodzimy po schodach, umieram już z ciekawości. Cóż takiego wymyślił? W przeciwieństwie do mnie on jest opanowany. W końcu jesteśmy na górnym pomoście. Piękny widok: zatopione w nocy miasto, z milionem świateł i neonów. Stoimy i patrzymy przed siebie. Nikogo więcej nie ma. Siergiej obejmuje mnie i mówi:
- Podoba ci się?
- Oczywiście. Jest cudnie. Dziękuję, że mnie tu zabrałeś, jeszcze nie byłam na górnym moście i nie myślałam, że widok będzie tak wspaniały.
- Mamy szczęście, niebo jest bezchmurne.
Spoglądam w górę, na czarnym niebie migocze tysiące gwiazd. Mam wrażenie, że jestem jedną z nich. Znajdować się tu z nim, w jego ramionach, jest szczytem marzeń. Nic więcej nie trzeba. No ale mój chłopak nie byłby sobą, gdyby czegoś jeszcze nie wymyślił...
- Zależy ci na mnie? - pyta nagle.
Co za pytanie?! Parskam śmiechem. Głupie pytanie, głupia reakcja... Nie mogę się powstrzymać.
- Dlaczego się śmiejesz? Pytam poważnie - dodaje.
- Właśnie dlatego, że pytasz tak poważnie. - Powoli udaje mi się uspokoić. - Pytasz o coś, co jest tak oczywiste jak te gwiazdy na niebie... Przepraszam... Jasne, że mi na tobie zależy. Nie czujesz tego? - dodaję już na serio, patrząc mu w oczy.
- Chwilami mam wrażenie, że nie traktujesz mnie dojrzale.
- O czym mówisz? - Teraz już zupełnie nie jest mi do śmiechu. On rzeczywiście mówi na serio. Czuję, że zaraz ogarnie mnie panika.
- Na przykład jadąc z Lorcanem Maidleyem pod namiot...
O to mu chodzi. Może jednak Eliza miała rację z tą zazdrością... Najwyraźniej coś jest na rzeczy.
- Już tyle razy ci tłumaczyłam, że to tylko mój kolega. Przyjaciel. To wszystko.
Spogląda na mnie z politowaniem. Zły znak.
- Zupełnie mi nie ufasz? - pytam.
- Już o tym rozmawialiśmy.
- Nie chcesz, żebym tam jutro jechała? Mogę odwołać, jeżeli to ma ci udowodnić, że mi na tobie zależy. Mam gdzieś wyjazd nad morze! Liczysz się tylko ty!
Patrzy na mnie, otwierając usta, jakby miał coś powiedzieć, ale w ostatnim momencie się powstrzymuje. Czyżby moja deklaracja go zaskoczyła? Myślałam, że doskonale wie i rozumie, co do niego czuję. Zastanawia się chwilę i w końcu reaguje:
- Nie, jeżeli masz ochotę, to jedź, ale chcę wiedzieć, że nie mam się o co martwić.
- Nie masz. Oczywiście, że nie masz. - Biorę jego twarz w dłonie i przysuwam swoją, mówiąc cicho: - Siergiej, jesteś tylko ty. Nikogo innego nie ma w moim sercu.
- Mam taką nadzieję... - Uśmiecha się kącikiem ust.
- Możesz być spokojny. Zaufaj mi. Zobacz! - Biorę jego dłoń i przykładam do bijącego jak szalone serca.
Siergiej stoi i patrzy na mnie poważnie. Po paru sekundach wyczuwa mój puls i uśmiecha się lekko. Nasze usta spotkają się w czułym pocałunku, po którym pyta, nie zmieniając tonu:
- Jesteś gotowa?
- Na co?
- Czy jesteś gotowa? - powtarza rozbawiony.
- To zależy. Nie mam pojęcia, o czym mówisz...
Co mu znowu przyszło do głowy?! Jeżeli się zastanawia, czy jestem gotowa na ten związek, na tę miłość, to odpowiedź jest ewidentna: tak. A może chodzi mu o seks? I tu nie zmieniam odpowiedzi: tak. Bardzo tak. No może nie tutaj i teraz, ale tak. Na sto procent tak.
- Zaufaj mi! Posłuchaj swojego serca - ujmuje moją dłoń i kładzie na swojej, która ciągle drga w rytm mojego przyspieszonego pulsu - i powiedz mi, czy jesteś teraz gotowa! - Jest nagle we wspaniałym humorze, pełen radości i pewności siebie.
Aż boję się myśleć, o czym mówi. Chyba jednak nie o nas. Nie wiem, o co chodzi, ale dobry humor od razu mi się udziela i kiedy pyta mnie po raz czwarty, jeszcze głośniej niż wcześniej:
- Anno! Jesteś gotowa? No! Dalej! Powiedz mi, że tak! - odpowiadam z wielkim uśmiechem i przerażeniem w oczach:
- Tak! Jestem gotowa!
Jezu Chryste! Po nim można się spodziewać wszystkiego! Serce wali mi z całych sił. Jestem podjarana do granic wytrzymałości. Po moich słowach wyjmuje z kieszeni telefon, wybiera numer i patrząc na mnie, jak umieram ze zdziwienia, mówi najspokojniej na świecie:
- Jest gotowa! Trzy, dwa, jeden...
Bum! Teraz nad naszymi głowami strzelają sztuczne ognie! Nagły huk sprawia, że podskakuję ze strachu. Nie jeden, nie dwa, ale dziesiątki ogromnych, kolorowych i błyszczących fejerwerków! Wystrzały są tak częste i głośne, że mam wrażenie, że zaraz Tower Bridge wyleci w powietrze! Ognie układają się w najróżniejsze kształty, w coraz to bardziej zaskakujące układy i kolory. Siergiej mnie zaskakuje po raz kolejny... Stoi ze mną, trzymając mnie w ramionach, z uśmiechem na ustach, z zadartą do góry głową. Jest mi dobrze... Ściskam jego dłonie w moich dłoniach. Chciałabym zatrzymać czas... Patrzę na niebo i nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Spoglądam na Siergieja, nie patrzy już w górę, ale na mnie, jednocześnie poważny i poruszony... Cudowny, jak zawsze.
- To dla ciebie - szepcze wprost do mojego ucha.
- Dziękuję - odpowiadam i go całuję.
To musi być staranie się bardziej w jego wydaniu. I jest. O Jezu! Niebo rozpieszcza nas cudownym koncertem mieniących się barw, półokrągłych kształtów i symfonią hucznych dźwięków. Za każdym razem, gdy myślę, że to już koniec, nowy iskrzący bukiet rozświetla niebo! Wybuch za wybuchem. Bum, bum, bum... Świecące jak brokat kolory mieszają się z błyszczącymi gwiazdami. Głośne, ciężkie wystrzały bombardują nasze uszy. Migoczący pył rozpryskuje się na czarnym niebie, gwiezdny, kosmiczny pył... Jest przecudnie! Tak wspaniałego pokazu nie widziałam nigdy wcześniej. Przechodnie na dole zatrzymują się i podziwiają razem z nami ten wspaniały spektakl. Boskie przedstawienie! Zrobił to dla mnie? Anioł... Skąd wiedział, że kocham sztuczne ognie? Nigdy mu tego nie mówiłam. A on wie... A już myślałam, że bardziej go kochać nie mogę...
W sobotnie popołudnie całą szóstką siedzimy w pociągu w drodze do Portsmouth. Jest zabawnie, Lorcan gra na gitarze, śmiejemy się i opowiadamy historie z wakacji. Podróż mija bardzo szybko i teraz docieramy na plażę. Monica i Finn biorą się za namioty, a Suza z Markiem idą szukać drewna na ognisko. Lorcan i ja ponownie, dziwnym trafem zostajemy sami.
- Spacer? - proponuje i zdejmuje buty.
- Aż nie mogę uwierzyć, że jest tak pięknie. O tej porze roku? - mówię z niedowierzaniem.
- Anomalia pogodowa. Wszystko przez głupią dziurę ozonową. Czas najwyższy, żeby politycy coś z tym zrobili... - komentuje i rusza w drogę, w ogóle nie patrząc, czy za nim idę. Ściągam tenisówki i go doganiam.
- Nie myślałem, że będziesz - zaczyna, kiedy idziemy już jakiś czas. Woda przy brzegu jest zimna, ale piasek jeszcze ciepły. Wiem, do czego dąży, ale przekornie, udając niewiniątko, zadaję mu pytanie:
- Dlaczego? Przecież od razu się zgodziłam, kiedy napisałeś.
- A twój chłopak? Nie ma nic przeciwko temu?
Bingo! A nie mówiłam?! Czy kiedykolwiek da za wygraną, czy już zawsze tak będzie? No i jeszcze ten zwrot "twój chłopak". Mam go na wyłączność!
- Mój chłopak jest bardzo tolerancyjny - ogłaszam niepewnym głosem, bo wiem, że to nie do końca prawda. Znając go, siedzi teraz na jakimś zebraniu i poci się, bo nie wie, co robię.
- Naprawdę? Aż tak bardzo? Ja na jego miejscu... Nieważne - mówi zalotnie, stając naprzeciwko mnie i idąc teraz do tyłu jak krab. Wbija we mnie wzrok. Robi ten gest palcami, raz w swoją stronę raz w moją, żeby mi pokazać, że na mnie patrzy, że mnie obserwuje. Komunikacja. Cholera jasna! Dlaczego on musi być taki przystojny?! Po co?
- Nie znasz go, więc nie możesz tego wiedzieć. Poza tym ufamy sobie.
Nagle przypominam sobie wczorajsze sztuczne ognie i elektryzujący dreszcz przechodzi mi przez ciało. Teraz mam przed oczami zadzierającego głowę Siergieja, z uśmiechniętą twarzą i wielkimi, dającymi bezpieczne schronienie ramionami.
- Czyli jesteście jeszcze razem? - strzela nagle, rozmywając moją romantyczną wizję z fajerwerkami. Słońce świeci mi prosto w oczy, więc przykładam rękę do czoła, żeby zobaczyć jego twarz.
- Przecież wiesz, dlaczego pytasz?
- Sprawdzam tylko, czy to dalej aktualne. - Wzrusza ramionami. Zgrywa luzaka. Bardziej wyluzowany Lorcan to już tylko martwy Lorcan...
- Weź wychilluj! - proponuję jednak, bo wolałabym zmienić temat.
- Jestem w chuj wychillowany! Jesteś tu teraz ze mną, a nie z nim. Reszta mnie nie interesuje. Potrafię się dostosować i wiem, kiedy i jak skutecznie wysłać ważny komunikat.
To z pewnością wie. Uśmiecham się dyskretnie, ale to zauważa.
- Z czego się śmiejesz? - pyta i sam zaczyna szczerzyć zęby. To jest zaraźliwe. Przypominają mi się stare czasy. Kiedy bywaliśmy razem, to uśmiechy przeważnie nie schodziły nam z twarzy.
- Nic, tak sobie. Cieszę się, że tu jestem - mówię tylko, żeby go nie prowokować.
Mimo ładnej pogody na plaży nie ma tłumów. Kiedy zachodzi słońce, temperatura powietrza od razu się zmienia. Ale to właśnie wtedy Finn inicjuje kąpiel. Żadne z nas nie ma stroju. Lorcan proponuje, żeby wykąpać się nago. Anglicy! Zawsze im gorąco, nawet w zimie w T-shirtach... Chłopcom nie trzeba powtarzać dwa razy. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę! My kąpiemy się w bieliźnie. Po chwili jestem już w lodowatej wodzie, a po trzech minutach mam dosyć i chcę wyjść. Jest przerażająco zimno. To jak morsowanie! Wszyscy drą się jak opętani. Śmieję się w głos, przez co w ogóle nie jestem w stanie pływać i zaraz chyba zamarznę. Patrzę na Lorcana. Co za widok! Pływa w zawrotnym tempie, zatrzymuje się i ochlapuje Suzę, która piszczy jak szalona. W pewnym momencie nasze spojrzenia krzyżują się. Patrzę na te piękne, wielkie niebieskie oczy, blond włosy i mięśnie. Dużo mięśni, ale nie takich napompowanych na siłowni, tylko takich naturalnych, smukłych, chłopięcych, twardych i gładkich pod palcami. Znam je i pamiętam. Wygląda jak surfer z hawajskiej plaży. Brakuje mi go. Nie wiem dlaczego, ale w pewnym sensie mi go brakuje. Lubię z nim przebywać, być blisko niego, to sprawia, że czuję się na luzie, jestem sobą. W końcu jest moim przyjacielem! Lorcan polewa sobie twarz wodą, po czym płynie w moim kierunku. Zatrzymuje się jakieś trzy centymetry ode mnie. Jestem na tyle przyzwyczajona do jego bliskości, że mnie to nie peszy. Spoglądam na niego z uśmiechem i czekam, aż coś powie. Nabiera powietrza i nie zwracając uwagi na naszych przyjaciół, wykrzykuje do mnie z wyrzutem, dysząc ze zmęczenia:
- Nic się nie zmieniło! Kocham cię i nie mogę przestać! I chcę, żeby on o tym wiedział! Byłem tu, zanim się pojawił! Jestem i będę! Tak długo, aż zmienisz zdanie i do mnie wrócisz!
No i mamy ważny komunikat. Stoję jak wryta. Na bezdechu. Po prostu nie mogę się ruszyć. Otwieram usta, ale nie jestem w stanie nic z siebie wykrztusić oprócz bezsłownego jęknięcia, mieszanki żalu, zdziwienia i zażenowania. Rozmowy i śmiechy wokół nas ucichły i jest jasne, że wszyscy na nas patrzą. Lorcan nie spuszcza ze mnie wzroku, ciężko oddycha, aż czuję jego tytoniową woń. Wiem, że czeka na moją reakcję, ale jestem jak sparaliżowana. Muszę się skupić, żeby zacząć znów oddychać. Chyba jednak stoi za blisko...
Nagle chwyta mnie za szyję i całuje. Tak jak kiedyś. Mocno, namiętnie, przyciskając mnie do siebie. Tak mocno, że prawie mnie to boli. Jego usta są gorące, w przeciwieństwie do moich, i przez ułamek sekundy mam ochotę skorzystać z tego ciepła i nie odsuwać się. Bardzo dziwne uczucie. Ułamki sekund... Mocno mnie trzyma, więc zaczynam się szamotać. Puszcza i odsuwa się wreszcie, patrzy na mnie, pokazując mi, jak bardzo jest tym wszystkim przejęty. Odpowiadam mu tym samym, bo czekam na jakieś wyjaśnienie, ale on jest teraz za bardzo wzburzony. Tak jakby zupełnie nad sobą nie panował. Wiem, że już nic nie powie. Chyba zaczyna sobie zdawać sprawę, co zrobił. Moja kolej na reakcję, na silny i jasny komunikat. Nie mogę się powstrzymać i policzkuję go. Chlast! Z liścia, z wielkim rozmachem... Z całej siły! Sama o mało co się nie przewracam. Jego mleczna, gładka cera zaczerwienia się momentalnie, a policzek robi się purpurowy. Lorcan nie cofa się jednak ani o milimetr. Spuszczam głowę, bo robi mi się głupio, chociaż to on mnie sprowokował. Co ja tu w ogóle robię?! Stoi jak wryty, milczy i tylko wybałusza na mnie te swoje wielkie, lśniące oczy. Widać w nich zawód. Po chwili bierze mnie za rękę i mówi wściekły, cedząc przez zaciśnięte zęby:
- Chodź, wychodzimy, bo zamarzniesz! Masz sine usta!
Nie mogę uwierzyć w to, co się dzieje. Dlaczego?! Ciągnie mnie za rękę i wychodzimy razem z wody. Ubieramy się tak szybko, jak tylko pozwalają na to nasze mokre ciała. Z zimna zaczynam dzwonić zębami. Słońce już dawno zaszło, zaczął wiać lodowaty wiatr i słychać tylko szum morza. W kilkanaście sekund, nie wiadomo skąd, jakieś ciężkie i czarne chmury pojawiają się nad naszymi głowami. Mam ochotę płakać i krzyczeć wniebogłosy. Jestem wściekła. Nagle wszystko zaczyna się od nowa. Dlaczego wciąż mi na nim tak zależy?! Przecież jestem zakochana w Siergieju i pewna swoich uczuć. Więc dlaczego teraz jest mi tak źle?!
Spoglądam na niego. Ucieleśnienie diabelskiej wściekłości. Siedzi na piasku i patrzy, jak walczę z ubraniem. Chyba zabije mnie wzrokiem. To wkurza mnie jeszcze bardziej. On jest wściekły?! To co ja mam powiedzieć?! Dlaczego utrudnia i tak już skomplikowaną sytuację? Myślałam, że wszystko już sobie wyjaśniliśmy... Najwyraźniej nie.
- Wracam do Oksfordu - rzucam kilka minut później. Zbieram swoje rzeczy i nie czekając na nikogo, ruszam w stronę dworca. Odchodząc, słyszę tylko, jak Monica mówi:
- No chyba nie pozwolisz jej, żeby wracała sama po nocy do akademika?
Idę szybkim krokiem, przyspieszam, nie mając zielonego pojęcia, czy jest jeszcze jakikolwiek pociąg. Po drodze prawie taranuję kobietę z dzieckiem. Cedzę tylko przez zęby "przepraszam" i sunę dalej niczym chmura gradowa. Kiedy już wchodzę na dworzec, wiedzę, że za mną idzie. Palant! Kupuję bilet i idę na peron. Pociąg odjeżdża za cztery minuty. Stoję tam, a łzy same lecą mi po policzkach. Nienawidzę go! Nienawidzę go! Nienawidzę go! Po chwili wsiadam do wagonu, który zatrzymał się przede mną, i idę na pierwsze wolne miejsce. I tak jest prawie pusto. Po minucie pojawia się Lorcan i siada naprzeciwko mnie. Milczy. O nie! Nie chcę go więcej widzieć! Przesiadam się dalej, ale za moment znów jest przede mną. Kurwa, nie pozbędę się go! Nie chcę na niego patrzeć, wyglądam więc przez okno i kompletnie go ignoruję. Przynajmniej wzrokiem, bo w moich myślach nie jestem w stanie. W mojej głowie jest tylko Lorcan i jego szczeniackie zachowanie. Mamy przed sobą bardzo długie dwie godziny drogi. Nasze kolana się dotykają. Związuje swoje mokre włosy w kitkę i opiera głowę o zagłówek, patrząc na mnie z grobową miną. Jedziemy tak ponad pół godziny, kiedy nagle mówi:
- Nie będę przepraszał, bo to wszystko przez ciebie. Mam w sobie tyle złości, tyle żalu, że chyba eksploduję. To trwa od miesięcy i nie mogę się już z tym uporać...
Słucham, ale nie potrafię na niego spojrzeć. Wiem, że jak na niego popatrzę, to zrobi mi się go żal, bo wiem, że naprawdę cierpi i że to moja wina.
- Powiedz coś - ponagla.
Nie odpowiadam. Nie mogę. W gardle urosła mi jakaś wielka gula. Czuję się po prostu beznadziejnie. Wyciąga do mnie ręce. Spoglądam w końcu na niego, ale nawet nie drgnę. Widzę żal i smutek. Po chwili moja ręka sama wysuwa się w jego kierunku. Istna kurwa magia! Bierze ją i ściska mocno. Nie potrafię nad tym zapanować. Oboje mamy oczy pełne łez i żadne z nas już więcej nic nie mówi. Wracamy tak do Oksfordu, gdzie razem wysiadamy i idziemy do akademika. Odprowadza mnie pod drzwi mojego pokoju i kiedy je otwieram, zaczyna:
- Mała, ja naprawdę...
- Zamknij się! Już nic nie mów! Już więcej dziś nie zniosę - odpowiadam, stanowczo przerywając mu w połowie zdania.
Rzuca mi smutne spojrzenie. Kiwam głową i wchodzę do środka, zamykając za sobą drzwi na klucz. Lorcan zostaje sam na korytarzu. Słyszę, jak siada w naszym fotelu. Naszym?! Ja opadam bezwiednie na podłogę pod drzwiami i nie potrafię opanować potoku łez. Słyszy, jak płaczę, to pewne, ale jest mi już wszystko jedno. Dym jego papierosa przedziera się ukradkiem przez próg do mojego pokoju. Tego wieczora wydaje mi się mniej duszący niż zwykle... Potem włącza się ten kurewski alarm. Mam ochotę wyjść i go własnoręcznie rozpierdolić.
Niedzielę spędzam w pokoju. Barykaduję się i nie wychodzę z łóżka. Totalny tryb goblina. Myślę o Lorcanie. Siergiej nie dzwoni, nie pisze, co jest do niego niepodobne. Wieczorem, to ja wysyłam do niego esemesa.
Anna Smith: Tęsknię za Tobą.
Nie odpisuje. W poniedziałek idę na zajęcia, które ciągną się w nieskończoność. Na korytarzu mijam Lorcana. Milczący rzuca mi tylko obojętne spojrzenie i oddala się szybko bez słowa. Boli. Jak cholera. Po zajęciach dzwonię do Siergieja, bo ten brak kontaktu do niego nie pasuje.
- Tak? - zaczyna poważnym tonem.
- To ja.
- Anno, nie mogę teraz rozmawiać. Oddzwonię do ciebie później.
Wyłącza się, zanim zdążę cokolwiek odpowiedzieć. Co jest? To do niego zupełnie niepodobne. Mam złe przeczucia. Wieczorem dziewczyny namawiają mnie na pizzę. W Gino's są oczywiście wszyscy. Próbuję zachowywać się normalnie. Nie jest to najlepsza strategia, ale jedyna, na jaką mnie obecnie stać. Ignorowanie problemu. W sumie to jestem wykończona. Zmęczenie psychiczne jest o wiele gorsze od fizycznego. Reszta zachowuje się raczej swobodnie. Rozmawiają o wszystkim i o niczym, jedząc pizzę. Ja nie mam siły nawet na rozmowę. Czuję, że robi mi się naprawdę gorąco. Ale kiedy zdejmuję sweter, dopadają mnie dreszcze. Coś jest ze mną nie tak. W pewnym momencie Lorcan spogląda na mnie z troską i mówi:
- Hej, Mała? Wszystko w porządku? Jesteś jakaś taka blada...
- Źle się czuję, chyba wrócę do siebie - odpowiadam.
Próbuję wstać, ale kiedy się podnoszę, tak bardzo kręci mi się w głowie, że muszę z powrotem usiąść na krześle.
- Chodź, odprowadzę cię. Możesz iść? - pyta, wstając i podając mi rękę, kiedy podnoszę się ponownie. Nie mam ochoty na jego pomoc, ale czuję się taka słaba, że nie mam wyjścia.
- Nie wiem, co mi jest. Chyba jestem chora - mamroczę, żegnając się ze wszystkimi.
- Pomóc wam? - rzuca nieśmiało Marc, na co Lorcan zrównuje go z ziemią swoim piorunującym spojrzeniem. Nikt więcej nie ośmiela się zabrać głosu. Maidley i ja powoli wychodzimy z lokalu.
- Jesteś pewna, że dojdziesz sama? - pyta z czułością, kiedy jesteśmy już na zewnątrz.
- Jakoś dojdę, to przecież blisko. Poza tym nie będziesz mnie niósł... - mówię i próbuję postawić jedną nogę przed drugą.
- Kurewsko dobry pomysł, wskakuj! - namawia i obraca się plecami. Nie mam siły się bronić ani ripostować, tym bardziej iść. Poddaję się. Wdrapuję się na niego i tak przybywamy razem do akademika. Kiedy już jesteśmy pod granatowymi drzwiami, stawia mnie i bierze z mojej ręki klucz, żeby otworzyć. Wchodzimy do środka. Upadam na łóżko. Pomaga mi zdjąć buty i przykrywa mnie kołdrą.
- Chyba powinnaś wypić coś gorącego i wziąć jakieś leki na gorączkę - oznajmia, wkładając ręce do kieszeni i ściszając głos.
- Nie mam żadnych - szepczę, po czym zamykam oczy. Lorcan klęka przy moim łóżku i dotyka mojego czoła.
- Cholera, jesteś gorąca jak piec. To przez tę sobotnią kąpiel. Co za chory pomysł! Cały ten wypad był złym pomysłem...
Unoszę ciężkie powieki. Siedzi na ziemi i trzyma mnie za rękę. Kiedy widzi, że na niego patrzę, dodaje:
- Leż tutaj, a ja pójdę i skombinuję jakieś leki. Nie jesteś na nic uczulona?
- Nie - szepczę i zamykam oczy. Jest mi zimno. Przeraźliwie zimno. Nie wiem, ile czasu go nie ma, ale kiedy otwieram je z powrotem, stoi koło łóżka z wielkim kubkiem i tabletkami.
- Musisz to wypić. Mam dla ciebie herbatę ziołową z miodem i aspirynę.
- Jest mi bardzo zimno. Możesz mi podać koc? - pytam, pokazując mu ręką, gdzie leży. Przykrywa mnie, opatula pieczołowicie, a potem podaje mi kubek. Przyjemnie czuć to ciepło. Biorę dwie tabletki i wypijam połowę herbaty. Lorcan stoi i patrzy na mnie wystraszony. Muszę wyglądać naprawdę nieciekawie.
- Spróbuj teraz zasnąć. Musisz się wyspać. I nie martw się, nie zostawię cię tu samej. Możesz spać spokojnie - mówi szeptem, kładąc się koło mnie i przytulając się.
Zarazi się, myślę, ale nie mam siły mówić. Poza tym tak jest mi cieplej. Czuję jego przyspieszony oddech na moim karku i wilgotne usta na szyi. Protestować? Jak? Odsuwam się lekko. W ten sposób komunikuję mój sprzeciw. Komunikat do niego nie dociera. Sprawdza, czy jestem dobrze przykryta, tuli mnie mocno, a zaraz potem zasypiam. Budzi mnie jego głos. Walczę z powiekami z ołowiu. Stoi na środku pokoju i rozmawia przez moją komórkę. Chcę zapytać, dlaczego i z kim, ale nie jestem w stanie. Kiedy widzi, że nie śpię, przykuca przy łóżku i pyta:
- Jak się czujesz? Nie jest ci już zimno?
- Nie. - Tylko tyle udaje mi się odpowiedzieć i zasypiam z powrotem. Kiedy następnym razem otwieram oczy, widzę Siergieja i nie jestem pewna już, czy to jawa, czy sen...
- Anno! Co ci jest? Jak się czujesz? - pyta kompletnie spanikowany.
- Co ty tu robisz? - mamroczę, kiedy orientuję się, że jest tu naprawdę.
- Przyjechałem, gdy tylko się dowiedziałem, że jesteś chora - tłumaczy, chwytając mnie za rękę.
- Jak się dowiedziałeś? Gdzie jest Lorcan? - Rozglądam się po pokoju.
- Poszedł już do siebie. Jest druga w nocy.
Potrzebuję trochę czasu, żeby to, co powiedział, do mnie dotarło. O rany! Po chwili stwierdza:
- Masz gorączkę.
Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Wszystko mnie boli i czuję się, jakby gruba, gęsta mgła zajęła mi głowę. Kiedy ponownie się budzę, nie jestem u siebie. Otwieram szerzej oczy, żeby lepiej zobaczyć, gdzie się znajduję, i zupełnie nie rozpoznaję tego miejsca. Leżę na wielkim, starym, drewnianym łóżku w białej, haftowanej wykrochmalonej pościeli. Rozglądam się po pokoju. Stoją tam dwie antyczne komody i mały stolik z dwoma fotelami, na jednym z nich siedzi obcy mężczyzna i coś notuje. Serce podchodzi mi do gardła. Głośno je przełykam. Chyba mnie usłyszał, bo wstaje i zbliżając się do mnie, informuje:
- Jak się pani czuje? O, przepraszam, nie przedstawiłem się. Nazywam się Morgan Thumble. Jestem lekarzem.
- Gdzie jesteśmy? - dukam, sprawdzając jednocześnie, co mam na sobie. Wczorajszy T-shirt i majtki. Na szczęście kołdrę mam naciągniętą pod samą szyję. Lekarz jest w podeszłym wieku, a jego biała koszula nie ma ani jednego, najmniejszego zagięcia, co dziwnym sposobem przykuwa mój wzrok. Poza tym to nie koszula. To kitel.
- Jest pani w Willow Hills.
Dom Siergieja. Jak się tu znalazłam?
- Gdzie Siergiej? - pytam prawie szeptem. Czuję się niepewnie z tym obcym mężczyzną w pokoju. Zaczynam się trząść i nie wiem, czy to z zimna czy ze strachu.
- Już go wołam, poszedł się trochę odświeżyć... Czuwał przy pani całą noc.
To fakt, za oknem jest już jasno. Po chwili do pokoju wchodzi mój chłopak. Ma mokre włosy i niepokój wypisany na twarzy. Przynosi swój zapach i świeżość. Najwyraźniej dopiero co wyszedł spod prysznica. Dopina ostatnie guziki jasnej koszuli. Mam wrażenie, że samo patrzenie na niego może mnie uleczyć. Przystojniak! Tak bardzo się cieszę, że tu jest.
- Dlaczego jestem w twoim domu? - zadaję pytanie, kiedy siada na brzegu łóżka i chwyta moją dłoń.
- Jak się czujesz? Wyglądasz już lepiej, gorączka chyba minęła - mówi, przykładając mi rękę do czoła. Podchodzi do nas lekarz.
- Lepiej. Ale dlaczego jestem tutaj? Kto mnie tu przywiózł?
- Zaraz ci wszystko wyjaśnię, nie martw się, jesteś bezpieczna. Ale najpierw, jeżeli pozwolisz, doktor Thumble cię zbada. Nie masz nic przeciwko temu, prawda? - upewnia się, całując moją dłoń. Nie, nie mam, choć nie jest to do końca komfortowa sytuacja. Siergiej zostawia nas samych, zamykając cicho drzwi. Lekarz mnie osłuchuje, mierzy ciśnienie, zagląda do gardła, do uszu i nosa.
- To najprawdopodobniej grypa. Proszę leżeć w łóżku jeszcze co najmniej przez trzy dni, pić dużo płynów i jeść lekkie potrawy. Najlepiej zupy warzywne. No i brać paracetamol, gdyby gorączka wróciła - radzi, po czym pakuje swoją lekarską torbę i dodaje: - Gdyby było pogorszenie, proszę po mnie od razu dzwonić. Do widzenia, miłego dnia. Do widzenia, Serge. - Zwraca się do Siergieja, który wrócił i stoi teraz w drzwiach pokoju.
- Do widzenia. I dziękuję... - odpowiadam.
Siergiej odprowadza lekarza na dół. Mam chwilę, żeby obejrzeć pomieszczenie. To fascynujące: perfekcyjnie urządzone, choć bez osobistych akcentów, jak reszta jego domu, a przynajmniej część, którą już znam. Wszystko idealnie tu do siebie pasuje. Jego dekorator wnętrz jest naprawdę dobry. Obicia foteli są tylko o jeden odcień ciemniejsze od ciężkich, lejących się zasłon, upiętych z taką precyzją, że bałabym się je ruszyć, żeby nie zburzyć ich perfekcji. Ściany są popielate, a to najmodniejszy kolor od dwóch sezonów. I ten obraz. Ogromne płótno, które góruje nad całym pomieszczeniem. Przedstawia stary port, z zacumowanymi łódkami i spacerującymi obok przechodniami. Próbuję zobaczyć szczegóły, ale żeby się lepiej przyjrzeć, trzeba by było wstać, a na to zdecydowanie brakuje mi sił. Z daleka w pewnym momencie mam wrażenie, że w porcie właśnie pada deszcz, a łódki kiwają się na wodzie, jak podczas silnego wiatru. Niebo jest czarne i takie straszne. Zanosi się na burzę. Być może nawet huragan... Ludzie dookoła biegają w popłochu, nie wiedząc, co chować przed ulewą w pierwszej kolejności. Tak jakby wiedzieli, że straty i tak będą ogromne. Jest szaro i ponuro. Ale nie wiem, czy to zamierzony efekt malarza, czy starość, pożółkłe płótno i lekko popękana farba wytwarzają tę iluzję. Ten obraz jest naprawdę piękny, ale w pewnym sensie budzi strach. To zły omen. W końcu pojawia się Siergiej.
- Jesteś głodna? Masz na coś ochotę? - pyta z uśmiechem, który ciągle działa na mnie zniewalająco.
- Niczego nie przełknę - zaprzeczam.
- To może chociaż coś do picia?
- Może sok... - odpowiadam na odczepnego, żeby przestał mówić o jedzeniu. Naprawdę nie jestem w stanie niczego teraz przełknąć.
- Zaraz ci przyniosę.
Kiedy wraca ze szklanką świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego, zaczynam od razu:
- Dlaczego mnie tu przywiozłeś?
- Chciałem się tobą lepiej zająć. U ciebie byłem ograniczony...- Patrzy na mnie troskliwym wzrokiem.
- Ograniczony? - powtarzam jak echo.
- Nie wiedziałem, gdzie co jest, nie mogłem przyprowadzić mojego lekarza ani pracować, bo wszystkie rzeczy są w domu. Poza tym tu szybciej dojdziesz do siebie. Maria i ja zajmiemy się tobą... - tłumaczy mi jak dziecku, patrząc przy tym głęboko w oczy. Wie, jak mnie zaczarować.
- Lepiej opowiedz mi, co się wydarzyło wczoraj, bo niewiele pamiętam.
- Wczoraj miałem upiorny dzień w pracy i kiedy zadzwoniłem, było już bardzo późno. Telefon odebrał Lorcan. Przedstawił się i powiedział, że jesteś chora i śpisz - mówi, przewracając śmiesznie oczami - i że nad tobą czuwa. Więc przyjechałem. Przysięgam, nie byłaś w najlepszej formie. Od razu wezwałem pogotowie, nie wiem, na co on czekał... - Znów przewraca oczami. - Ale ten ich lekarz był do niczego, więc kiedy odjechali, wziąłem cię na ręce, zaniosłem do auta i przywiozłem tutaj. No i zadzwoniłem po doktora Thumble'a. Resztę już znasz. - Wzdycha, po czym dodaje: - Bałem się o ciebie. Dobrze, że to tylko grypa. Musiałaś się przeziębić albo złapać jakiegoś wirusa na uczelni.
Na samą myśl o opowiedzeniu mu o kąpieli w morzu dwa dni temu robi mi się słabo. A o ich spotkaniu w nocy w moim pokoju to już w ogóle wolę nie myśleć. O zgrozo! Próbuję sobie przypomnieć, jaki stopień bałaganu tam panował...
- Chodź, przytul się do mnie, wtedy szybciej wyzdrowieję - proponuję, wyciągając do niego ręce jak mała dziewczynka. Uśmiecha się i kładzie na łóżku, a ja opieram głowę na jego ramieniu. Obejmuje mnie i zasypiam w jego objęciach.
Nagle budzą mnie wrzaski. Kto to? Maria. Krzyczy po portugalsku coś, czego oczywiście nie rozumiem, ale po tonie jej głosu i reakcji Siergieja łatwo się domyślić, że nie jest to wołanie na obiad. Siergiej zrywa się z łóżka i nakazuje mi, żebym była cicho. Podchodzi pod drzwi i przykłada do nich ucho, tak żeby usłyszeć, co dzieje się na zewnątrz. O co chodzi? Maria cichnie. Nie rozumiem, co się dzieje. Nagle Siergiej mówi do mnie szeptem, jednakże bardzo stanowczym:
- Schowaj się pod łóżko i nie wychodź, dopóki ci nie powiem!
Co?! Nie wierzę własnym uszom. Ale jest tak poważny, że od razu robię to, o co prosi. Jakoś udaje mi się wsunąć pod mebel i położyć na brzuchu. Próbuję pojąć, co się, do cholery, tutaj dzieje, ale czuję się, jakbym doświadczała derealizacji. Siergiej staje przy łóżku, widzę tylko jego nogi. W pewnym momencie ktoś z takim rozmachem otwiera drzwi sypialni, że te odbijają się od ściany z wielkim hukiem. Zamieram.
W progu pojawiają się dwie pary nóg, w męskich butach i garniturowych spodniach. Mężczyźni zaczynają mówić do Siergieja po rosyjsku. Raczej spokojnie, ale można się domyślić, że nie jest to przyjacielska rozmowa. Czegoś od niego chcą, żeby coś zatrzymał, tyle udaje mi się zrozumieć. Wydaje mi się, że się znają. Leżę na ziemi, a serce bije mi jak szalone. Jeden z mężczyzn zaczyna powoli chodzić po pokoju. Jego buty stukają o parkiet jak damskie szpilki. Każde stuknięcie huczy głośniej w mojej głowie. Puk, puk, puk, puk... Nagle zbliża się do łóżka, pod którym leżę. Przestaję oddychać. Cisza. Tik-tak. Tik-tak. Słychać przesuwające się wskazówki zegara. To dziwne, wcześniej nie zauważyłam żadnego. Czy to moja wyobraźnia? Muszę złapać oddech, nie mogę już dłużej wytrzymać. Staram się to zrobić najciszej, jak tylko mogę. Tik-tak. Tik-tak. Dlaczego zamilkli? Co się tam dzieje? Usłyszeli, jak oddycham? Nie widzę nóg Siergieja. Musi stać po drugiej stronie. Nagle słyszę dźwięk odpalanej zapalniczki. Klik. Któryś z nich zapala papierosa. Znów zaczynają rozmawiać. Starałam się zrozumieć, o czym mowa. Chyba coś o firmie i o Rosji. Atmosfera robi się ciężka, bo ton ich głosu jest coraz poważniejszy, a rozmowa nabiera szybkiego tempa. Pada nazwisko, które kiedyś słyszałam: Steven Mac Roye. Kim jest ten facet? Dochodzi mnie dym papierosa. Wiruje mi w nosie, chce mi się kichać. W takim momencie! Cholerna grypa! Nie mogę się powstrzymać. Masakra... Kicham. Próbuję to stłumić, jak tylko umiem, ale i tak jeden z mężczyzn momentalnie pada na podłogę i mnie znajduje. Pokiereszowana, chuda twarz z lekkim zarostem znajduje się trzydzieści centymetrów od mojej. Brązowe oczy obserwują mnie przez moment, a wytatuowana dłoń odgarnia czarne włosy. O mamo... Wtedy Siergiej zaczyna coś do nich krzyczeć, ale w takim tempie, że już nic nie zrozumiem. Mężczyzna wystawia do mnie rękę tak, żebym wyszła spod łóżka. Trzęsę się.
- Anno, wyjdź. Powoli - prosi mój chłopak.
Jestem sparaliżowana ze strachu, nie mogę się ruszyć. Osobnik wyciąga do mnie drugą rękę, bestialsko się przy tym uśmiechając. Mam ochotę krzyczeć o pomoc. Jakoś udaje mi się wygrzebać, ale jestem tak słaba, że kiedy staję na nogach, osuwam się od razu na łóżko. Siadam i patrzę na nich. O mój boże... Nie są biznesmenami, raczej bandziorami w garniturach. Jeden stoi przy drzwiach, a drugi koło mnie, trzymając w ręce pistolet skierowany na Siergieja. Kiedy to zauważam, robi mi się słabo. Zasycha mi w gardle, a po kilku sekundach ogarnia mnie fala mdłości. Mężczyźni znów coś mówią. Siergiej patrzy na mnie i uspokaja:
- Nie denerwuj się. Wszystko będzie dobrze. Panuję nad sytuacją.
- Tak, wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie, kurwa, dobrze, jeżeli odwołasz transfer i skończysz te badania! To paliwo nie ma prawa ujrzeć światła dziennego! A Ron Dickinson musi opuścić ten kraj! - wrzeszczy po angielsku chudzielec z bronią. Ma mocny rosyjski akcent i, co jakimś cudem przykuwa mój wzrok, na szyi tatuaż nagiej kobiety z burzą włosów jadącej na koniu. To słaba kopia Szału Podkowińskiego.
- Powiedz Mac Roye'owi, że nie ma takiej opcji - odpowiada Siergiej. Jest spokojny i opanowany. Nie wiem, jak on to robi.
- A mnie się zdaje, że właśnie znalazłem rozwiązanie tej sytuacji - wypala po angielsku ten z pistoletem, po czym przestaje kierować go na Siergieja, podchodzi do mnie i przykłada mi broń do skroni.
Czuję się tak źle, że zaczynam się zastanawiać, czy to się dzieje naprawdę, czy mam jakieś halucynacje z powodu gorączki. Derealizacja na całego. Siergiej mówił mi, że wczoraj trochę majaczyłam, kiedy byłam chora. Może znowu mam wysoką gorączkę... Może to mi się śni? Chęć wymiotów natomiast jest jak najbardziej realna... Ledwo się powstrzymuję.
- Dobrze. Zrozumiałem. Zabierz ten cholerny pistolet. Odwołam przelew i nakażę Dickinsonowi przerwać cały proces dziś wieczorem. Potem wyślę go, gdzie chcecie... - Teraz twarz Siergieja ze spokojnej zmienia się na wściekłą.
- Obawiam się, że pan Mac Roye nie ma aż tyle czasu. Zadzwoń do Dickinsona i zrób to teraz. Pospiesz się! - rozkazuje Rosjanin, uśmiechając się szyderczo. Drugi w ogóle nic od początku nie mówi. Stoi tylko przy drzwiach jak na posterunku, trzymając telefon komórkowy w ręce. Jego ogromne, umięśnione ciało jest nieruchome, żaden mięsień twarzy nie daje znać o swoim istnieniu, tępo patrzy w stronę okna. Na te słowa Siergiej wyciąga swoją komórkę z kieszeni i wybiera numer. Mężczyzna z pistoletem patrzy na niego cały czas., ale broń trzyma przy mojej głowie. Końcówka pistoletu dotyka mojej skóry i wyczuwam jej zimno. Jest lodowata. Pot spływa po moim czole. Nie wiem, jakim cudem jestem jeszcze przytomna? Kim są ci ludzie? I w co jest zamieszany Siergiej, który właśnie mówi do telefonu:
- Molly? Zablokuj transfer dla fundacji biopaliwa... Tak, da się jeszcze odwołać. Hasło to W-O-I-L 1 A-N-N-A 1 9... Tak, teraz... Nieważne. Zrób, co mówię. Potem zmień hasło dostępu na nowe, podasz mi je później... Działa? Dobrze, czekam. - Odsuwa telefon od ucha i włącza funkcję głośnomówiącą.
- Pistolet - rzuca, wskazując na mnie.
Mężczyzna tylko kiwa głową, nie zmieniając pozycji ręki. Czuję, jak sok, który wypiłam wcześniej, podchodzi mi do gardła. Przez chwilę wszyscy czekamy w ciszy. Spoglądam na mojego chłopaka: jest skupiony. Nie znajduję najmniejszego śladu strachu na jego twarzy. Stoi parę metrów ode mnie, wyprostowany, z uniesionym telefonem w dłoni. Dowódca sił zbrojnych... Odważny, nieugięty, nieustraszony.
- Poszło. Transfer odwołany - słyszymy głos Molly.
- Dobrze, a teraz połącz mnie z Ronem. Dziękuję, Molly. - Po chwili ciszy dodaje: - Ron?
- Tak - odpowiada stary głos w słuchawce.
- Zatrzymujemy cały proces.
- Jak to? Co ty mówisz? Nie próbujemy dalej? - Ron jest zaskoczony.
- Nie, nie próbujemy. Zrób to, o co cię proszę i nie zadawaj pytań. Wyślij wszystkich do domu, a sam zniszcz próbki i przygotuj się na wyjazd.
- Niedługo powinno się udać. Zobaczysz! - próbuje go przekonać spokojny głos.
- Nie. Mam już dosyć. Nigdy się nie uda. Daj spokój. Podjąłem już decyzję. Kończymy całe badania.
- Oj, młodzi... Za grosz cierpliwości. Tyle lat pracy, tyle pieniędzy... Serge, zastanów się jeszcze.
- Ron... Słyszałeś, co powiedziałem?
- Słyszałem. W końcu ty tu decydujesz... Chociaż moim zdaniem poddajesz się za wcześnie. Twój ojciec by się tak łatwo nie poddał - zapewnia z przejęciem mężczyzna, po czym dodaje: - Zniszczyć wszystkie dowody?
Kiedy padają słowa "twój ojciec", twarz Siergieja na moment kamienieje. Jest to jedna krótka chwilka, ale widzę to.
- Tak, oczywiście. I to jak najszybciej. Znasz procedurę. Dziękuję. Odezwę się jutro - kończy Siergiej i odkłada telefon. Jego szczęka porusza się teraz mechanicznie, a oczy błyszczą bursztynowym kolorem. Oddycha szybciej niż zazwyczaj.
- Widzisz i po co było tyle nerwów? Trzeba było tak od razu - mówi facet z bronią.
- Zapłacicie mi za to, wy i Mac Roye - cedzi przez zaciśnięte zęby Siergiej.
- Na twoim miejscu zamknąłbym mordę. Bo jeszcze przyjdzie nam ochota, żeby się zabawić z twoją córeczką... - rzuca Rosjanin, patrząc na mnie i chowając pistolet za pas z tyłu swojej marynarki. Uśmiecha się i ostentacyjnie oblizuje sobie wargi.
Chyba zemdleję.
- Niezła jest. Trochę za chuda jak na mój gust, ale zamknąłbym oczy... - dodaje, uśmiechając się lubieżnie.
- Już wystarczy. Wynoście się z mojego domu! - Siergiej po raz pierwszy podnosi głos. Mówi jeszcze coś po rosyjsku, ale nie wiem, co.
Mężczyźni wymieniają spojrzenia. Żałuję, że nie znam tego języka.
- Jutro spotkanie w fabryce na kontrolę jakości... - wypala pogardliwie stojący przy drzwiach Rosjanin i puszcza do Siergieja oczko, dziwnie uśmiechając się przy tym. Ten z pistoletem kiwa na niego i wychodzą razem z pokoju, rzucając mi ohydne spojrzenie, które mnie przeraża. Siergiej podchodzi do mnie i bierze mnie w ramiona. Nareszcie! Po chwili słychać, jak odjeżdżają samochodem.
Wymiotuję. Już nie mogę dłużej się powstrzymać. Wymiotuję tu, gdzie jestem, czyli na łóżku. Brudzę piękną haftowaną wykrochmaloną pościel. Siergiej przynosi mi ręcznik i pomaga się wytrzeć. Boję się. Boję się tak bardzo, że nie mogę się ruszyć. Cała się trzęsę i nie potrafię tego opanować. On bierze mnie w ramiona i całując w głowę, powtarza:
- No już, no już... Moja kochana. Już po wszystkim, już jesteś bezpieczna. Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam... - Trzyma mnie mocno i jednocześnie wybiera numer w telefonie.
- To ja. Już po. Udało się. Wszystko zgodnie z planem. Wiem. Teraz to dopiero się zacznie. Tam, gdzie mówiliśmy. Wiem. Postaram się. Tak. Jeszcze chyba nie, muszę się zastanowić. Odezwę się z samolotu. - Po chwili dodaje: - Borys? To był wspaniały pomysł!
Teraz jestem już zupełnie przerażona. Co się dzieje?! Kim jest Siergiej?! Czym się zajmuje?! Co ja tutaj robię?! Mam ochotę wstać i uciec, ale brakuje mi sił. Siergiej odkleja się ode mnie i patrząc mi w prosto w twarz, mówi:
- Posłuchaj mnie uważnie. Wiem, że się boisz i nic z tego nie pojmujesz, ale musisz mi teraz zaufać. Musimy stąd wyjechać na parę dni. Pojedziesz ze mną, to zbyt niebezpieczne, żebyś tu została sama. Wszystko ci wyjaśnię po drodze.
Mam wrażenie, że to film. Jakiś bardzo kiepski, taniej produkcji horror z lat siedemdziesiątych, taki z plastikowymi gadżetami w roli rekwizytów. Straszna tandeta...
- Boję się - wreszcie odzyskuję mowę.
- Wiem. Tak bardzo mi przykro, że byłaś tego świadkiem. To wszystko moja wina.
- Dlaczego ... - zaczynam pytać, ale mi przerywa:
- Wszystko ci wyjaśnię w samolocie, teraz się przygotuj, wychodzimy za piętnaście minut - mówi, wstając, i znów wybiera jakiś numer w telefonie.
- Ale ja niczego tu nie mam, żadnych rzeczy, nic.... Mój paszport jest w akademiku.
- Okej, powiedz, gdzie, wyślę tam Matta. Przywiezie twój paszport i twoje rzeczy.
Idę do łazienki. Próbuję się doprowadzić do ładu. To trudniejsze, niż mi się wydaje. Biorę prysznic, ale muszę włożyć z powrotem swoje przepocone rzeczy, bo nie mam nic czystego. Zakładając dżinsy, wyczuwam w kieszeni klucz do mojego pokoju. Cholera, zapomniałam go dać Siergiejowi, Matt nie wejdzie do środka. Po piętnastu minutach idę na dół. Ledwo trzymam się na nogach. Maria siedzi zapłakana, zakrywa twarz dłońmi. Mój chłopak ją uspokaja. Po chwili wychodzimy z domu. Siergiej pomaga mi wsiąść na przednie siedzenie sportowego samochodu. To on prowadzi. Jedziemy na lotnisko. Przez całą drogę nic nie mówię. Siedzę i wycieram chusteczką na zmianę swoje zapłakane oczy i zasmarkany nos. Czuję się tragicznie. Spogląda na mnie co chwila i kładzie rękę na moim kolanie, mówiąc:
- Przepraszam, nawet nie wiesz, jak mi przykro. Nie płacz, proszę.
Chcę mu ufać, ale nie do końca potrafię. Nie mogę się rozluźnić. Strach nie opuszcza mnie ani na chwilę. Wszystkie mięśnie mojego ciała są napięte. Myślę o pistolecie, o zbirach, o niebieskiej teczce. Kiedy dojeżdżamy na lotnisko, jego samolot już na nas czeka. Gdy tylko zajmujemy miejsca, znana mi już stewardesa od razu przynosi mi koc i poduszkę. Siergiej rozmawia z załogą w kokpicie pilota, a ja patrzę przez okno. Pada deszcz i powoli robi się ciemno. Zanosi się na burzę. Być może nawet huragan... Jak na tym obrazie. Jak wystartujemy? Może powinnam stąd uciec? Wyjść i po prostu wrócić do akademika...
Po paru minutach pojawia się Matt z paszportem i kilkoma innymi moimi rzeczami, które są upchane w małej walizce. Co?! Jak udało mu się je wziąć? Jak wszedł do środka, skoro klucz ciągle tkwi w moich dżinsach? Dotykam palcami kieszeni spodni, obrysowując delikatnie jego kontury, żeby się upewnić, że nie śnię. Klucz jest przy mnie. A może, kiedy wczoraj Siergiej zabierał mnie z akademika, zostawił drzwi otwarte? Nie mam pojęcia... Samolot startuje, a ja się nie ruszam. Nie wychodzę, nie uciekam, ufam mojemu chłopakowi. Bez reszty, może naiwnie, ale to już nieodwracalnie. Stara ja. Przecież go kocham.
Trzęsie jak cholera i pioruny walą dookoła. Zatykam rękami uszy i zaciskam powieki. Jeśli uda nam się przeżyć, to będzie cud. Kiedy kołysanie się uspokaja, uchylam jedną powiekę, żeby spojrzeć na Siergieja. Rozmawia spokojnie przez telefon. I właśnie ten widok mnie koi. Chwilę potem nie mogę już opanować zmęczenia i zasypiam na siedząco. Kiedy się budzę, Siergiej siedzi naprzeciwko mnie i dalej prowadzi rozmowę. Wygląda na zmęczonego. Strach powraca od razu razem z migawkami ostatnich wydarzeń. Wzdycham.
- Dobrze, że udało ci się zasnąć. Jak się czujesz? - pyta, kiedy widzi, że nie śpię.
- Jestem zmęczona. Ale chyba nie mam już gorączki. Chce mi się pić.
- Poczekaj. - Wstaje i przynosi mi wodę.
- Chyba musisz mi teraz to wszystko wyjaśnić... - proszę, odstawiając pustą szklankę na stolik.
- To długa historia, ale postaram się ją jakoś streścić.
- Podejrzewam, że mamy dużo czasu - dodaję, spoglądając za okno. Noc.
Przytakuje i z poważną miną zaczyna:
- Pamiętasz, jak ci mówiłem, że moi rodzice wyemigrowali do Anglii, kiedy miałem siedem lat?
- Tak.
- Wyemigrowali, bo nie mieli innego wyjścia. Mój ojciec był profesorem chemii i pracował w Westprolu.
- Co to jest Westprol? - pytam zaciekawiona. Nigdy wcześniej nie słyszałam tej nazwy.
- To taka tajna rządowa radziecka agencja, która dzisiaj już nie istnieje. Zajmowali się, między innymi, produkcją paliwa napędowego. Anatol Taredov, mój ojciec, kierował tam zespołem specjalistów prowadzących testy, które miały na celu produkcję nowego biopaliwa pozyskiwanego z białecznika, rośliny występującej masowo na stepach Rosji. Miał rządowe poparcie i jego badania zostały zaakceptowane w tajnym, narodowym programie, opłacanym przez władze. Był blisko celu, nie udało się jednak uzyskać produktu końcowego, bo ktoś mu wykradł próbki i udostępnił je Amerykanom, którzy od razu zaczęli pracować nad takim samym paliwem. Mój ojciec został oskarżony o wyciek informacji i o zdradę narodową - ścisza konspiracyjnie głos, mimo że w kabinie nie ma nikogo oprócz nas.
- Jak to się stało?
Słucham tego z wypiekami na twarzy.
- Victor Zarubowicz, głowa ówczesnej mafii rosyjskiej, sprzedał wyniki badań mojego ojca, które ktoś mu wcześniej udostępnił, innym krajom. Okazało się, że białecznik rośnie nie tylko w Rosji... Zarubowicz natomiast był manipulowany przez niejakiego Mikołaja Jakownika, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, któremu nie na rękę było wytwarzanie takiego biopaliwa. Wziął kilkumilionową łapówkę z rąk innego rosyjskiego polityka, podpisując z nim umowę na wieloletnią sprzedaż ropy. W tamtych czasach ludzie widzieli w biopaliwach zagrożenie dla rynku naftowego. Nie mówiąc o KGB, które deptało im wszystkim po piętach. Ktoś zbuntował tych ludzi przeciwko temu programowi, przeciwko mojemu ojcu...
- Kto? - mrużę oczy. Spogląda na mnie zaaferowany i odpowiada:
- Nie wiem... Nie mam zielonego pojęcia. Najprawdopodobniej ktoś z angielskiego wywiadu. - Po chwili mówi dalej: - Zaszczuli go i był zmuszony uciekać z Rosji, żeby uratować siebie i swoją rodzinę. - Spogląda na mnie, jakby chciał się upewnić, czy za nim nadążam, po czym kontynuuje z pasją w głosie: - Ten program był genialny... Sprawiłby, że dziś Ziemia byłaby mniej zanieczyszczona. Białecznik pokrywał tysiące kilometrów kwadratowych rosyjskich stepów. Nikt z tego nie korzystał...
Nagle do kabiny wchodzi stewardesa. Siergiej od razu unosi dłoń.
- Proszę, nie teraz, Megan! - mówi, nie dając jej szansy na odezwanie się.
Dziewczyna przeprasza i wychodzi.
- Co to wszystko ma wspólnego ze zbirami, którzy przyszli dzisiaj do twojego domu? - ryzykuję, choć chyba już, niestety, znam odpowiedź.
- Nie domyślasz się? - pyta.
- Wznowiłeś program badań nad tym paliwem... - odpowiadam, nie chcąc wierzyć w to, co mówię.
- Nie do końca. Dzisiaj biopaliwa produkuje się już na wielką skalę, ale produkowanie ich z roślin oleistych opłaca się coraz mniej. Wszyscy się z tego wycofują.
- Z roślin oleistych? - Moja wiedza na temat jest jednak bardzo ograniczona.
- Tak, na przykład: białecznik, rzepak, kukurydza... Czyli takie, z których można wytworzyć olej.
- Aha... I dlaczego to się nie opłaca?
- Za drogie. Poza tym teraz już wiemy nie tylko, jakie to przynosi korzyści, ale jednocześnie, jakie skutki uboczne.
- Skutki uboczne? Myślałam, że biopaliwa to coś ekologicznego. - Tak przynajmniej przedstawiają to w telewizji.
- Niezupełnie... - Kręci głową. - Ich produkcja prowadzi do karczowania lasów, industrializacji upraw. A poza tym jest bardzo skomplikowana ze względu na nowe przepisy, niekończące się kontrole jakości, konieczność certyfikacji itd. Dla rolnika to prawdziwa droga przez mękę...
- A co z tymi biopaliwami, nad którymi pracował twój ojciec?
- Nic, dzisiaj powstają. Paliwo z białecznika jest obecnie produkowane w wielu krajach. Jednak zważywszy na niekorzystny klimat panujący w Rosji, nie można go produkować na większą skalę, to zbyt kosztowne, zbiory są tylko raz w roku, więc proces produkcji jest bardzo wolny. Tak jak ostatnio produkcja biopaliwa z jatrofy, na które najpierw się rzuciło wiele krajów, a potem się okazało, że to zupełnie nieopłacalne. Roślina nie przetrwała w ciężkich warunkach Sahary i wiele dużych firm, które w nią zainwestowały, przez to splajtowało... - Robi krótką przerwę, upija łyk kawy z porcelanowej filiżanki, po czym kontynuuje, prostując się i patrząc mi prosto w oczy: - Ja pracuję nad biopaliwem trzeciej generacji.
- To znaczy?
- Nad algami. To światowa rewolucja w tej branży. - W jego oczach pojawia się błysk. - Odkrycie tego stulecia! Nawet sobie nie wyobrażasz skutków jego komercjalizacji. To zmieni światową politykę kierowania zasobami naturalnymi i nie tylko... To zmieni świat. - Patrzy na mnie z zaciekawieniem, czekając pewnie na oklaski, ale ja zamiast tego zadaję pytanie:
- Algi? Takie z morza? - Chyba wreszcie coś zaczyna mi świtać. Algi... Sushi...
- Tak, ale... To znaczy są to algi modyfikowane genetycznie, mikroskopijnych rozmiarów, które teraz można uprawiać. Glony są bardziej wartościowe niż rośliny oleiste. -Nagle hasło biologia syntetyczna świta w mojej głowie. Bingo!
- Dlaczego?
- Nie potrzeba im milionów kilometrów ziemi do uprawy, rosną w wodzie. Rozmnażają się w niesamowitym tempie i można je zbierać raz w tygodniu, a nie jak rośliny raz w roku, podczas żniw. Poza tym nie potrzebują wody pitnej, której jak wiesz, jest coraz mniej na świecie i która niedługo będzie na wagę złota. Mogą być uprawiane nawet na ściekach. No i najważniejsze: żywią się dwutlenkiem węgla!
- To rzeczywiście niesamowite... Same korzyści. Jednak jaki ma to związek z nami i przelewem?
- Moja firma właśnie wpłaciła dwadzieścia milionów funtów na dalsze badania. Jakimś cudem dowiedzieli się o tym. Fundacja potrzebowała tych pieniędzy, aby rozpocząć pracę na dużą skalę nad nowym paliwem, które do tej pory było testowane tylko w warunkach laboratoryjnych. I oczywiście nie spodobało się to kilku osobom...
- Czyli ci bandyci chcieli cię zmusić do zakończenia badań?
- Tak.
- I ty ich posłuchałeś...
- Nie do końca. - Znów ten triumfalny uśmieszek. - Myślą, że to zrobiłem, ale tak naprawdę przelew już został potwierdzony, a dodatkowe próbki zabezpieczone. Kiedy jutro pojawią się w laboratorium Whitegreen, nie będzie tam już nikogo ani niczego. - Schyla głowę i przybliża się do mnie, mówiąc teraz jeszcze ciszej. Kiedy jest tak blisko, moja zdolność koncentracji zmniejsza się z sekundy na sekundę... O boże... - Wiedziałem, że prędzej czy później Mac Roye wyśle swoich ludzi, żeby mnie nastraszyć. Uprzedziłem Molly i Rona i mieliśmy wszystko uzgodnione. Zagraliśmy jak aktorzy z Teatru Wielkiego... Przykro mi tylko, że byłaś tego świadkiem. Nie przewidziałem tego, nigdy bym cię nie naraził na takie niebezpieczeństwo.
- Czyli Molly wcale nie odwołała przelewu? - pytam z przerażeniem.
- Nie, to była podpucha. A próbki są już od dawna zabezpieczone w odpowiednim miejscu w Szwajcarii.
Zapada cisza. Trawię informacje. Siergiej przygląda mi się i czeka, aż coś powiem.
- Kim jest ten Mac Roye? - pytam w końcu.
- Steven Mac Roye stoi na czele grupy pseudopolityków, którzy chcą zatrzymać moje badania z tych samych powodów co badania mojego ojca trzydzieści lat temu ... Wszyscy są skorumpowani i chcą zgarnąć jak najwięcej kasy. Różnica jest taka, że dziś tą bandą dowodzi Amerykanin, a nie, jak wtedy, brytyjski szpieg. To taka powtórka z rozrywki. Zimna wojna dwa... - Puszcza do mnie oczko. - Mac Roye ma najwięcej udziałów w Nextoilglobal, największym na świecie, amerykańskim koncernie paliwowym, który robi odwierty naftowe na całym świecie i jakimś cudem dowiedział się o istnieniu mojej tajnej fundacji Whitegreen, w której zatrudnieni przeze mnie genetycy, chemicy i specjaliści próbują wytworzyć paliwo na bazie alg.
Znów robi mi się gorąco i nie wiem, czy to za sprawą gorączki czy historii, którą właśnie usłyszałam. Jedno i drugie mnie wykańcza. Biznes, polityka, jakaś mafia. A ja brałam Siergieja za naukowca... Na litość boską!
- Czyli wynika z tego, że Amerykanie też już pracują nad paliwem z alg?
- Oficjalnie jeszcze nie, ale Mac Roye już, jak widać, się tym zainteresował. Wyścig szczurów rozpoczęty! - ogłasza ze sztuczną satysfakcją.
Czyli Mac Roye jest konkurentem Siergieja w branży paliw. Nie mogę się uspokoić. W dodatku za każdym razem, kiedy zamykam oczy, czuję zimną lufę pistoletu na skroni. Znów mam ochotę zwymiotować. Po chwili pytam:
- Dlaczego musimy wyjechać z Anglii? - pytam po chwili. - Przecież oni myślą, że dostali to, czego chcieli.
- Dla bezpieczeństwa. Zaszyjemy się na tydzień, góra dwa, aż Borys dowie się czegoś więcej i kiedy będziemy pewni, że nas nikt nie szuka. Muszą się upewnić, że badania zostały przerwane. Zajmie im to chwilę. A my odnowimy je dopiero, kiedy cała sytuacja się uspokoi. Wtedy będziemy mogli wrócić.
- Czy Borys jest szpiegiem?
- Nie. - Siergiej uśmiecha się pod nosem i dodaje już poważnie: - Ale ma kilku, którzy dla niego pracują.
Chyba żartuje! Mafia szpiegowska?! O co tu chodzi?!
- A co z moimi studiami? Siergiej, ja nie mogę tak sobie po prostu zniknąć.
- Nie martw się o szkołę. Jesteś świetną studentką. Znam dziekana twojej uczelni, a notatki weźmiesz od koleżanek, jak wrócisz. Uwierz mi, to jedyne wyjście. Nie wiadomo, co im jeszcze strzeli do głowy. Widzieli cię, nie możemy ryzykować! Drugi raz do tego nie dopuszczę. Lepiej przeczekać parę dni, aż się uspokoją - mówi i dopija kawę.
- A jak oni chcą jeszcze czegoś? Na przykład pieniędzy? Jak długo będziemy się tak ukrywać? - pytam z desperacją w głosie.
- Pozwól, że ja się tym zajmę. Musisz mi zaufać. Nie pozwolę cię skrzywdzić. - Zbliża się i całuje mnie w czubek nosa.
Przytrzymuję go za ramię, gdy chce wrócić na swój fotel.
- Jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak przerażona.
- Mam dla nas wspaniałą kryjówkę. Zobaczysz, spodoba ci się. - Obejmuje mnie, ale tylko na chwilę.
Jego słowa mnie nie uspokajają. Mam wrażenie, że nie jest ze mną do końca szczery. Pamiętam, co powiedział Borysowi przez telefon, że teraz to dopiero się zacznie...
- Dokąd lecimy? - pytam w końcu.
- Na Zachodnie Wybrzeże, do Portland. Mówi ci to coś?
- Nie, nie za bardzo - odpowiadam szczerze.
- Piękne miasto w stanie Oregon. Zaszyjemy się tam i nikt nas nie znajdzie.
Przez resztę lotu Siergiej wykonuje masę telefonów i kilkakrotnie próbuje mnie namówić do zjedzenia czegokolwiek. Niestety, nie jestem w stanie niczego przełknąć. Na samą myśl o posiłku robi mi się niedobrze. Podświadomie, przez całą drogę w mojej głowie toczy się walka pomiędzy obezwładniającym mnie z zaskakującą szybkością uczuciem nieufności w stosunku do Siergieja, potęgowanym hasłem "handel ludźmi", które ciągle powraca nieproszone, a zupełnym zaufaniem, którym, nie wiedzieć czemu, go darzę. Miłość jest ślepa, mówiła Majka. Coś w tym chyba jednak jest... Kocham go do szaleństwa. Niestety. A to, co się dzieje, jest dla mnie istnym szaleństwem. Źle się czuję i bardzo chciałabym być już na miejscu. Kiedy w końcu lądujemy, w Portland jest późny wieczór. Leje deszcz. Niebo jest szare i wieje wiatr.
Jestem u kresu sił. Cudem dochodzę do budynku lotniska na odprawę celną. Kiedy jesteśmy już w samochodzie, wtulam się w Siergieja. Obserwuję przez okno skąpane w deszczu miasto, w którym dominują soczyste, zielone kolory. Kiedy przejeżdżamy przez most w stronę centrum, widzę duży, śmieszny neon z łosiem czy jeleniem, który miga złoto-czerwonym napisem: "Made in Oregon, Old Town". Zjeżdżamy z głównej drogi. Krajobraz za oknem jest jeszcze bardziej skąpany w zieleni, moim oczom ukazują się gęsto rosnące na poboczu drzewa i kwiaty. Wkrótce wyjeżdżamy poza miasto i trafiamy do zalesionego miejsca o nazwie Lake Oswego. W końcu samochód zatrzymuje się przed bramą. Matt trąbi dwa razy i przy furtce pojawia się starszy mężczyzna z telefonem w ręce. Wjeżdżamy na posesję. Jest tam ogromy, nowoczesny, drewniany dom z dużą ilością okien. Dookoła rosną wysokie drzewa iglaste. Kiedy trzeba wysiąść, ogarnia mnie lęk. Nagle przypominam sobie, co wydarzyło się kilkanaście godzin temu, i nie mam odwagi wystawić choćby jednej stopy z auta. Siergiej od razu rozumie, co się ze mną dzieje.
- Nie bój się. Chodź, nic nam tu nie grozi. To jest zaufany człowiek. Czekał na nas.
- Dobrze, ale nie zostawiaj mnie nigdzie samej. Proszę - szepczę, spoglądając na niego ze strachem.
- Nie zostawię. - Bierze mnie za rękę i wchodzimy do środka.
Główne pomieszczenie jest jednocześnie kuchnią, jadalnią i dwoma salonami. Granice są zaznaczone tylko za pomocą mebli lub zmiany posadzki. Siergiej zapala światło. Na ścianie naprzeciwko drzwi głównych są olbrzymie okna wychodzące na drewniany taras, za którym widać molo i jezioro. Niesamowity widok. Mimo zmęczenia nie mogę przestać patrzeć na skąpany w nocnej czerni krajobraz. Woda w jeziorze jest w zimnoszarym odcieniu granatu. Maleńkie, cieniutkie, srebrne fale bujają się na całej powierzchni. Dookoła jeziora wznoszą się inne domy, a za nimi las. Tak właśnie musi wyglądać raj. Przynajmniej nocą... Siergiej obchodzi cały dom, wraca do mnie i zabiera głos:
- Myślę, że wiem, co pomoże ci się zrelaksować. Chodź, przygotuję ci gorącą kąpiel.
Idziemy na górę. Jest tam kilka dużych i nowocześnie urządzonych pokoi. W jednej z łazienek stoi ogromna wanna, z której można obserwować jezioro. Mój chłopak odkręca wodę i nalewa płynu, choć wciąż kurczowo trzymam jego rękę. Siadamy oboje na skraju wanny. Chce mi się płakać ze zmęczenia.
- Odpręż się. To ci dobrze zrobi. Będę w pokoju obok - szepcze.
- Nie odchodź nigdzie dalej - proszę, ciągle przerażona, drżącymi ustami.
- Czekałem na ciebie, Anno. Bardzo długo... Całe wieki! Nie pozwolę teraz, żeby ci się coś stało. Już nigdy nie znajdziesz się w takim niebezpieczeństwie. Obiecuję!
Moje oczy znów wypełniają się łzami. Nie potrafię już tego kontrolować. Siergiej kręci głową z dezaprobatą, po czym delikatnie całuje moje powieki, jedną po drugiej, ocierając je z łez ustami.
- Będę obok. Gdybyś czegoś potrzebowała, po prostu mnie zawołaj. - Zostawia mnie samą, zamykając po cichu drzwi.
Wchodzę do pachnącej lawendą kąpieli. Zanurzam głowę i kładę się na dnie wanny. Leżę tak parę sekund, patrząc na sufit łazienki spod wody, póki nie zabraknie mi tlenu, i wyskakuję do góry z wielkim pluskiem, wpuszczając łapczywie powietrze.
- Wszystko w porządku? - Głos Siergieja dobiega do mnie z zewnątrz.
- Tak, wszystko dobrze... - odpowiadam, choć wcale tak się nie czuję.
Po godzinie dokładnego szorowania i moczenia się w wannie wychodzę z letniej wody. Ubieram się w szlafrok, który leży na toaletce, i z balsamem w ręce wychodzę z łazienki. Siergiej siedzi na podłodze obok drzwi i śpi z opuszczoną głową i laptopem otwartym na kolanach. Biedak, też jest wykończony. Kucam koło niego i całuję go w policzek. Zrywa się.
- Przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć - mówię skruszona, widząc zdenerwowanie w jego oczach. - Chodź, położysz się, musimy odpocząć, inaczej i ty się rozchorujesz.
Podnosi się i razem idziemy do sypialni. Nic nie mówiąc, zdejmuje koszulę i spodnie. Co za muskulatura! Wygląda jak grecki bóg... Zawstydzona, odwracam wzrok, ale on nawet tego nie zauważa. Kładzie się i zasypia od razu. Jak on to robi? Śpi na zawołanie. Dotykam delikatnie jego policzka. Jest ciepły. Mam nadzieję, że Siegriej nie zaraził się ode mnie. Nawet nie czuje mojego dotyku. W ogóle się nie rusza, aż przykładam rękę pod jego nos, żeby sprawdzić, czy oddycha. Śpi. Kładę się obok niego, w szlafroku, przytulam się i też zasypiam. Kiedy się budzę, nie ma go przy mnie i momentalnie ogarnia mnie panika.
- Siergiej? Jesteś w łazience? - pytam.
Nic. Wstaję zaplątana w szlafrok. Za oknem ciemna noc. Pomału uchylam drzwi. W domu panuje zupełna cisza. Mała lampka nad schodami oświetla korytarz. Boso i bezszelestnie schodzę na parter. Przy słabym świetle Siergiej siedzi przy kuchennym blacie i je, czytając coś na ekranie swojego laptopa. Uff! Czuję ulgę. Na chwilę zapominam o wszystkim, co miało miejsce wczoraj. Biały podkoszulek i dżinsy. Uśmiecham się do siebie. Siergiej w dżinsach to już nie Siergiej. To Serge, to zmiana stylu życia. Kiedy mnie widzi, woła radośnie:
- Anna! Wreszcie. Pobiłaś rekord w spaniu!
- Która godzina?
- Jest dwudziesta. Spałaś non stop przez osiemnaście godzin. To jest chyba rekord świata. Jak ty to robisz?
- Nie wiem.
- Jesteś głodna? Od dwóch dni nic nie jadałaś. Chodź, jest pełno jedzenia!
Fakt, burczy mi w brzuchu. W milczeniu podchodzę do stołu i oglądam produkty, których większość jest mi nieznana.
- Co ty jesz?
- Kanapkę z masłem orzechowym i dżemem. Pycha. Amerykański standard. Spróbuj!
Biorę kawałek pełnoziarnistego pieczywa tostowego. Kromka jest ogromna i bardzo miękka. Smaruję ją masłem orzechowym. Siergiej na wierzch dodaje łyżeczkę dżemu z truskawek. Próbuję. O boże... Pycha! Zjadam takie trzy, popijając lodowatym mlekiem. Wreszcie odzyskuję siły. Patrzy na mnie i się uśmiecha.
- Mleko z lodem? - pyta w końcu, mierząc mnie wzrokiem.
Przytakuję.
- Skoro można bezkarnie pić herbatę z mlekiem, to można też pić mleko z kostkami lodu.
- To w ogóle legalne? - odpowiada najpoważniej na świecie.
Oboje parskamy śmiechem.
- I co? Masz jakieś wieści z linii frontu? - wypalam niepewnie.
- Zimna wojna... - odzywa się i puszcza mi oczko. - Jak na razie nikt od nich nie kontaktował się ani ze mną, ani z nikim z mojego otoczenia. Pojechali, sprawdzili, teraz jeszcze pewnie szukają i tyle. Borys próbuje się dowiedzieć, jak można by tego Mac Roye'a zlikwidować.
Chyba się uduszę.
- Zlikwidować? Co masz na myśli? - pytam z przerażeniem, wytrzeszczając na niego oczy.
- Zamknąć, oddać w ręce policji, wykluczyć z gry. Nie wiem, no... Zlikwidować.
- Myślałam, że chcesz go zabić - przyznaję, a on spogląda na mnie zdziwionym wzrokiem.
- Ale ja nie zabijam ludzi. Boże, jak ty mało o mnie wiesz! Czasami mam wrażenie, że bierzesz mnie za kogoś innego, serio...
- Bo nic nigdy o sobie nie mówisz. Wszystko muszę z ciebie wyciągać wołami!
- Prawda. Jesteś niemożliwy, mówię ci... - Wypijam do końca mleko.
Uśmiecha się i bierze mnie w ramiona.
- A ty jesteś za to niesamowita. Piękna i seksowna... Nawet w tym o pięć rozmiarów za dużym szlafroku.
- Nie ma mniejszego. Szukałam.
- Możesz zamówić inny przez internet, jutro po południu będzie tutaj. Na razie, dla bezpieczeństwa, zostajemy w domu. - Dotyka mojej twarzy i całuje mnie. Smakuje masłem orzechowym i dżemem truskawkowym. Kocham ten smak.
Powoli się rozluźniam. Wreszcie czuję się spokojniej. Jeszcze kilka takich pocałunków, a zupełnie się odstresuję. Nagle przestaje i zadaje pytanie:
- Co chcesz o mnie wiedzieć? Konkretnie.
Mam ochotę go całować, ale nie przegapię takiej okazji wywiadowczej. Co chcę o nim wiedzieć? Wszystko, ogólnie i w każdym detalu.
- Nieprawda.
- Wszystko - odpowiadam spokojnie, patrząc, jak się rumieni. - Zacznijmy od tego, kiedy byłeś małym chłopcem.
- Nie wiem, czy moja pamięć sięga tak daleko...
- Serge! - Tupię stopą.
To go rozbawia. Uśmiecha się.
- Okej, dobrze już, tyle że nie ma w tym nic ciekawego. Miałem normalne, szczęśliwe dzieciństwo - odpowiada i krzyżuje ręce. Poza obronna.
- Nawet wtedy, kiedy musieliście uciekać z Rosji?
- Rodzice przedstawili mi to jako wspaniałą podróż. Powiedzieli, że mam szczęście wyjechać i poznać inny kraj. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, o co chodzi, widząc, w jakim stresie żyją.
- A potem?
- Potem wysłali mnie do szkoły z internatem dla bogaczy i tam już było mniej fajnie.
- To znaczy?
- To znaczy mniej fajnie - powtarza to samo, ale wolniej.
Wbijam w niego wzrok i czekam na więcej. Widzi to i dodaje:
- Kiedy ma się dziewięć lat, bez rodziców nie jest ciekawie. Żyje się w ciągłym strachu, z podniesioną gardą. Dziś wiem, że to była dobra lekcja życia, ale wtedy, przez pierwsze lata było mi ciężko. Potem było nawet całkiem ciekawie, bo to niesamowicie dobra szkoła, ale nie lubię o tym mówić. Uszanuj to, proszę.
- Rozumiem. Mam wiele innych pytań.
- Nie wątpię. - Zaczyna otwierać wszystkie kuchenne szafki.
- Czego szukasz? - pytam.
- Zmywarki.
Znajduje ją wreszcie i wysuwa górny koszyk. Wstawia kubki i sztućce w dziwny sposób, a potem upycha talerze zupełnie nie tam, gdzie trzeba. Obserwuję go przez chwilę, aż w końcu podchodzę i pytam:
- Co robisz?
- Nie widać?
- To nie tu, poczekaj.
Wysuwam dolny kosz i pojemnik na sztućce. Patrzy zdziwiony, jak przekładam naczynia.
- Nigdy tego nie robiłeś? - pytam, choć domyślam się odpowiedzi.
- Nie. Ale mam inne zalety - odpowiada i uśmiecha się niepewnie.
- Wiem. Zauważyłam. Dlaczego tak naprawdę zdecydowałeś się zająć tymi badaniami nad biopaliwem z alg? - wracam do wywiadu, kiedy kończymy sprzątać kuchnię. Wiem, że to pytanie mu się spodoba. I widząc, jaki ma teraz błysk w oku, spodziewam się dłuższego wykładu na ten temat...
- Białecznik okazał się rośliną trudną w uprawie, a jej naturalny cykl trwa za długo, aby było to opłacalne. Glony natomiast są energią odnawialną, wspaniałym sposobem na wykorzystanie tego, co oferuje nam przyroda, której nie trzeba przez to degradować. Proces produkcji nie wytwarza nawet dwutlenku węgla, wręcz przeciwnie, wykorzystuje jego nadmiar. Poza tym algi nie potrzebują wiele miejsca, czyż to nie jest wspaniałe? Ludzie muszą w końcu zrozumieć, że nie uda nam się wygrać z naturą, jeżeli nie zmienimy swoich codzinnych nawyków. Niektórym naprawdę trudno to wytłumaczyć i tylko narzucenie im pewnych zasad może dać jakiś efekt.
- Jakich zasad, na przykład?
- Zmian w prawie. Trzeba nakazać użycie takiego paliwa, a zabronić innego... Tylko tak się da coś z tym zrobić.
- Więc dlaczego jeszcze nikt tego nie dokonał? - pytam.
Odpowiada mi, robiąc wielkie oczy, dając mi tym do zrozumienia, że odpowiedź jest oczywista.
- Bo w grę wchodzą pieniądze. Duże pieniądze... Poza tym w naszych krajach nie panuje ani despotyzm, ani monarchia absolutna, więc trzeba znaleźć inne sposoby, żeby przekonać ludzi do tego, co jest dobre dla nich, dla natury, dla Ziemi...
- Skoro to wszystko jest takie piękne, to znaczy to paliwo na bazie alg, to dlaczego wszystkie kraje nie zajmują się produkcją tych biopaliw?
- Są kraje, które już zaczęły się tym interesować, ale na małą skalę ze względu na wielkie koszty produkcji. To trzeba zmienić i to tylko kwestia badań genetycznych. To przecież nowość, która zabierze trochę czasu. Nie wszyscy są tacy cierpliwi jak ja...
- Ile tego potrzeba, żeby taka produkcja się opłacała?
- Żeby się opłacała? Mówimy tu o bilionach litrów rocznie. A nawet to nie pokryje połowy światowego zapotrzebowania. Dlatego trzeba produkować więcej i szybciej, ale bez zanieczyszczania. Nie kosztem Ziemi. Moi ludzie nad tym właśnie pracują. Problem w tym, że baseny, w których się produkuje i rozmnaża glony, muszą być oświetlone, a to zużywa dużo energii. Staramy się stworzyć system wspomagania naturalnego światła słonecznego przez lampy zasilane ogniwami fotowoltaicznymi i jednocześnie zmienić genetycznie algi tak, żeby potrzebowały jak najmniej światła.
- Rozumiem. - Udaje mi się wtrącić, ale jeszcze dobrze nie zamknęłam ust, kiedy Siergiej kontynuuje:
- Problem nie jest natury technicznej, z zaawansowaną genetyką i dzisiejszą technologią to teraz tylko kwestia czasu. Problem tkwi w etyce, w zmianie sposobu myślenia... Trzeba mniej zużywać, zmniejszyć konsumpcję...
- I nie ma to nic wspólnego z twoim tatą? - wyrywam się z kolejnym pytaniem.
- Oczywiście, że ma. Byłby ze mnie dumny - odpowiada ciszej.
- Myślisz, że popierałby twoje działania, nawet gdyby wiedział, że narażasz życie?
- Jestem pewien, że tak.
- Jak zginął? - Nie chcę, żeby poczuł się źle, ale z drugiej strony jestem ciekawa.
- Spadł ze schodów w domu i kiedy Maria go znalazła, na drugi dzień, już nie żył. I tak nie był szczęśliwy, odkąd nie było przy nim mojej mamy...
Na parę minut zapada cisza. Robi mi się go żal. Biorę jego dłoń i ją całuję. Spogląda na mnie i wzdycha.
- Jak bardzo jesteś bogaty? - kontynuuję przesłuchanie.
- Jak bardzo? Wystarczająco - mówi, po krótkim namyśle.
- To dlaczego ciągle jeszcze pracujesz?
- Bo nie potrafię przestać.
- To dlatego nie założyłeś rodziny?
Spogląda na mnie, odrywając wzrok od widoku za oknem. Poważnieje.
- To znaczy?
- Przez pracę? - wyjaśniam.
- Nie. Nie, przez pracę. Mówiłem ci już, że z Jennifer mi się nie udało.
- Ale od waszego rozstania minęło siedem lat. Nie myślałeś o tym przez te wszystkie lata? Nie chciałeś spróbować z kimś innym?
- Masz na myśli Borysa? - Śmieje się.
- Przestań, mówię poważnie!
- Tak na poważnie to... Tak i nie. Byłem zajęty, pracowałem. To nie jest takie proste. Nie spotkałem nikogo, z kim chciałbym się związać. Los uśmiechnął się do mnie dopiero niedawno. - Wyciąga do mnie rękę, a ja siadam bliżej. - A ty? Chciałabyś założyć ze mną rodzinę? - pyta, dotykając mojego uda, przez co tracę skupienie.
Tak. Tak. Tak... TAK!
- To bardzo poważne pytanie - mówię wymijająco, żeby ugrać trochę czasu na znalezienie odpowiednich słów.
- Ups! Chyba trochę przyspieszyłem tempo.
- Nie tylko trochę! - Uśmiecham się.
- Sama zaczęłaś. - Jego usta muskają moje policzki. Ach, ten jego zapach...
Zamiast odpowiedzieć, całuję go. Pana masło orzechowe i truskawki. I potem jeszcze raz i jeszcze... Jezu, jaki on jest smaczny! Mam nadzieję, że rozumie. W każdym razie nie protestuje. Zrobiłabym wszystko, żeby z nim być. Ciekawe, czy choć trochę się tego domyśla.
- Najważniejsze, że już lepiej się czujesz - zauważa po chwili, głaszcząc mnie po głowie.
- Tak. To była niezła grypa.
- Nagie kąpiele w Portsmouth nie są wskazane w październiku. Osoba dorosła powinna o tym wiedzieć. - Ewidentnie robi ze mną, co chce... Skąd wie?! I dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedział?!
- Po pierwsze, nie kąpałam się nago, a po drugie, skąd o tym wiesz? - Normalnie zaraz mnie trafi. - Nasłałeś na mnie szpiegów Borysa?
- Nie było takiej potrzeby. Ale skoro już wiem, to czemu mówisz, że to nieprawda? -Diabelski uśmieszek rysuje się na jego twarzy.
- Prawda. To znaczy nie byłam całkiem nago... Lorcan! Lorcan ci powiedział, tak?
Przytakuje. Ma teraz uśmiech od ucha do ucha.
- Twój przyjaciel - melduje zadowolony i robi cudzysłów palcami.
- Wiedziałam, że nie potrafi trzymać języka za zębami!
- Nawet sobie nie wyobrażasz, jaki był z tego dumny, kiedy mi to mówił... - Śmieje się. Wyobrażam sobie ich rozmowę... To musiało być hardcorowe.
- Co jeszcze ci powiedział? - pytam, nie licząc tak naprawdę na żadną odpowiedź.
Tymczasem Siergiej spogląda na mnie kątem oka i kontynuuje tajemniczo:
- Czy ja wiem... - Mam wrażenie, że czerpie niesłychaną przyjemność z trzymania mnie w takiej niepewności.
- Proszę cię, mówię poważnie - nalegam.
- Że mu odbiłem dziewczynę, że cię kocha... I...
- I?
- I żebym dał ci spokój. - Poważnieje.
Jestem w szoku, że Lorcan tak się zachował. Co za odwaga! Zaimponował mi. Tymczasem Siergiej ciągnie:
- Między kobietą a mężczyzną przyjaźń nie jest możliwa. Lorcan Maidley jest w tobie zakochany po uszy. W dodatku nie ma zielonego pojęcia o tym, co nas łączy. - Przykłada swój nos do mojego i kontynuuje: - Nie wie, że ty i ja będziemy już zawsze razem. Tak miało być i nikt na to nic nie poradzi.
AMEN. Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. Ale mój chłopak ma całkowitą rację. Czuję dokładnie to samo. Nie ma żadnych wątpliwości. To tylko kwestia czasu. I to właśnie jest ten moment, kiedy wiem, o co teraz zapytam:
- Czy ja ci się w ogóle podobam? - Na moje słowa marszczy czoło, tak jakby nie rozumiał ich znaczenia. Poważnieje i zabiera głos, powoli wypowiadając słowa.
- Nie rozumiem. Skąd to pytanie? Masz wątpliwości?
- To dlaczego mnie unikasz? Dlaczego unikasz kontaktu fizycznego? Nie chcesz się ze mną kochać?
Otwiera usta ze zdziwienia, a ja zastygam bez ruchu i czekam na to, co powie. Przypomina mi się nasze zbliżenie w limuzynie i od razu cała sztywnieję. Czuję, jak serce bije coraz szybciej i szybciej, jakby przetrzymywane na siłę, chciało się wydostać z mojej klatki piersiowej. W końcu mówi:
- Ostatnim razem, kiedy chciałem się z tobą kochać, uciekłaś ode mnie i przez osiemnaście dni mnie unikałaś. Co ja mówię, unikałaś. Nie dawałaś znaku życia! A gdy w końcu cię znalazłem, poprosiłaś, żebym o tobie zapomniał. Nigdy już tak nie zaryzykuję. Jesteś dla mnie najcenniejszym prezentem, jaki dostałem od życia.
Gapię się na niego i czuję, jak resztki krwi odpływają mi z mózgu wraz z kolorami na twarzy. Tracę rozum i zdolność logicznego myślenia. To przeze mnie. Wszystko moja wina. Liczył dni. Nie chce mnie stracić. Chce mnie chronić. Schował mnie tu, bo jestem dla niego cenna. Nie odpowiadam, otwartymi ustami łykam powietrze, żeby się nie udusić. Siergiej obserwuje mnie bacznie i kończy:
- Po prostu czekam na odpowiedni moment. Zwalniałem tempo, pamiętasz? Czy to jest odpowiedni moment?
- Wtedy... - zacinam się, ale po chwili wracam do myśli: - Nie ufałam ci wtedy, ale teraz jest inaczej.
- Teraz mi ufasz?
Przytakuję.
- I to jest odpowiedni moment na przyspieszenie...
Nie spuszcza ze mnie wzroku, przybiera ten swój poważny wyraz twarzy i pyta:
- Chcesz się ze mną kochać?
- Tak. Chcę się z tobą kochać - odpowiadam. Decyduję. Przez kilka sekund nic się nie dzieje, nikt się nie rusza. Panuje grobowa cisza. W końcu Siergiej budzi się i przybliża swoją twarz do mojej. Patrzy mi w oczy. Całuje mnie i się odsuwa. Jednym ruchem pozbywa się koszulki, żeby wrócić do mnie z nagim torsem i znów mnie całować.
- Siergiej? - wyrywa mi się nagle nerwowy szept.
- Co? - mruczy.
- Ja jeszcze nigdy tego nie robiłam.
- Wiem. Pamiętam. Spodoba ci się, obiecuję - mruczy, głaszcząc mnie po nogach. Jego wargi znów są na moich ustach. Jeszcze! - Podobało ci się wtedy w samochodzie?
- Bardzo.
- No to teraz też ci się spodoba.
- To dlaczego tak się denerwuję? Zobacz, trzęsą mi się ręce. Ojej, tobie też! - Zauważam, jak drży mu dłoń, którą przesuwa po moim udzie. Siergiej Taredov najwyraźniej jednak należy do gatunku ludzkiego.
- Nie denerwuj się, nie zrobię nic, czego byś nie chciała... Nic, co sprawiłoby ci ból. Będzie tylko przyjemność, dużo przyjemności. - Uśmiecha się i obsypuje mnie pocałunkami.
- Ale...
- Zaufaj mi, wiem, co robię. Jestem w to lepszy niż w zmywanie.
Parskam śmiechem.
- Miałeś wiele kobiet? To znaczy, masz duże doświadczenie? - Zaczynam się plątać w tym, co mówię, i dziwić, dlaczego zadaję właśnie teraz takie pytania. Chyba nie jestem sobą. Pragnę go i bronię się przed nim jednocześnie. Cudowne niezdecydowanie. Strach i ciekawość. Miłość i pasja. Niczym rozdwojenie jaźni. Na moje słowa zatrzymuje się i odsuwa.
- Jesteś pewna, że to jest właściwy moment? - pyta i pauzuje wszelkie ruchy.
- Tak, tak, jestem pewna, przepraszam.
Wraca do całowania i odpowiada na moje wcześniejsze pytanie.
- Co to znaczy dla ciebie wiele kobiet? Nie mam ochoty teraz o tym rozmawiać. Przestań już gadać... - Spogląda na mnie z uśmiechem pod nosem, wyraźnie zdziwiony moim zachowaniem.
- Za dużo paplę. Przepraszam. Jakoś tak samo...
- Przestań - rozkazuje i całuje mnie centymetr po centymetrze. Jest królem czułości. Jego dłoń zaczyna powolną wędrówkę po moim udzie.
Ja też odkrywam jego gładką skórę, dotykam i całuję, ma słodki smak, jak te truskawki w dżemie. Odwiązuje mój szlafrok i patrzy na mój biust. Wzbiera we mnie fala gorąca. Pochyla się nade mną i całując moją twarz, zniża się na dekolt, dłońmi dotyka moje plecy i ramiona. Zatapiam się w jego zapachu. Och! Kiedy jego usta muskają moje sutki, przechodzi przeze mnie prawdziwy prąd. One były już gotowe na jego dotyk, z dumą prężnie wystawiły się, jakby na pokaz, w jego kierunku. Całuje je i liże, tak jak lubię, jak mnie nauczył już wcześniej ustami na ustach. I jestem już tak podniecona, że nie wyobrażam sobie, jak zniosę resztę. Chyba zwariuję. Eksploduję z nadmiaru miłości i rozkoszy. Potem całuje moje nogi i stopy, i powoli powraca na wysokość mojej twarzy. Jego usta liżą moje wargi, a ręka ląduje na moim kroczu. Już po chwili mój oddech robi się głęboki i głośny. Czuję, jak powietrze, które wydmuchuje, owiewa mi usta, a potem małą falą rozlewa się ciepło po mojej twarzy. Oddycham nim, on mną oddycha. Czarnobursztynowe spojrzenie zalewa następną falą, teraz idę w to tsunami całą sobą. Chcę więcej i więcej. Chcę go całego. Tyle czasu czekałam na ten moment, teraz wreszcie jest. Kochamy się. On i ja. MY. Połączenie światów: boskiego i ludzkiego. Olimp i Ziemia. Perfekcja i niedoskonałość. Jest ciepły, czuły, skoncentrowany, troskliwy i wyrozumiały. Dobry. Nie mogę się opanować, łzy spływają ukradkiem po policzkach, a usta drgają za każdym razem, gdy czuję go w sobie. Siergiej... On i ja jesteśmy jednym. On jest mój, a ja jestem jego. To jest idealne zestawienie, to fuzja doskonała. Obchodzi się ze mną jak z porcelanową lalką, którą boi się uszkodzić. Nie może być lepiej. Tylko on i ja, tu i teraz. Na zawsze, do końca świata, na wieki wieków. Nic więcej nie potrzeba...
- Wstawaj, śpiochu, już południe! - słyszę ten głos. Jego melodia faluje przyjemnie tuż przy moim uchu.
Otwieram oczy. Mój chłopak siedzi na brzegu łóżka i gładzi mnie po głowie. Jest już ubrany, ma wilgotne włosy i uśmiecha się do mnie.
- Masz szczęście, że w Ameryce są restauracje, które serwują śniadanie przez cały dzień. Wyskakuj z łóżka, zjemy coś! - Delikatny buziak ląduje na moim policzku, a ja chwytam jego dłoń i wącham ją z całej siły.
Chcę nim znów oddychać. Tak cudownie pachnie Siergiej, tak pachnie nowe życie.
- Wolałabym dzień zacząć z tobą tutaj, a nie przy stole - proponuję i wskazuję łóżko.
- Masz rację, śniadanie może poczekać - mówi i rozpina dopiero co założoną koszulę. Zdejmuje ją i wiesza na krześle. Potem spodnie i bielizna, wszystko układa i składa, nie rzuca niczego i nie zostawia na podłodze. Jesteśmy z dwóch różnych planet. Moje rzeczy przeważnie tworzą pagórki na ziemi wokół łóżka.
Kochamy się i jest jeszcze lepiej niż wczoraj. Całuje mnie i liże wszędzie. Jego gra wstępna jest nadzwyczaj skuteczna i mogłabym w sumie zakończyć na niej, tak mi dobrze. Ale to dopiero początek. Kładzie się nade mną, obejmuję go nogami i rękami, a on wykonuje delikatne ruchy w wolnym, ale stałym tempie. Wypełnia mnie całkowicie, jego męskość pasuje do mnie doskonale. Nasze usta już się nie opuszczają, są zlepione i tylko chwilami je odklejamy, żeby wydać dźwięki uniesienia. Na końcu przyspiesza i zatapia twarz w moich włosach, powtarzając moje imię. Przez ani jedną sekundę nie zamykam oczu. Patrzę na niego nieprzerwanie, obserwuję go. Nie chcę stracić żadnego momentu, żadnego widoku. Współgramy ze sobą doskonale. Kiedy jest po wszystkim, Siergiej wraca pod prysznic, mimo że brał już jeden zanim się kochaliśmy. Potem idziemy razem na dół.
Okazuje się, że nie jedziemy do miasta, ale zamawiamy coś do domu. Tak ma być przez następne dni, dla bezpieczeństwa, dla pewności. Jemy posiłek na werandzie, patrząc na spokojne jezioro. Co za rajski widok! Jednak ta cisza i sielanka, którą cieszę się na zewnątrz, w środku jest stresem i niepokojem. Spojrzenie Siergieja nie zmieniło barwy, jest jednak czujniejsze i jakby zmęczone, co zauważam u niego po raz pierwszy.
- Cały czas nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Mam wrażenie, że to był film. Kiedy zamykam oczy, widzę tego bandytę i czuję lufę na czole. Kiedy to się skończy?
- Za jakiś czas. Zobaczysz. Równowaga psychiczna powraca z czasem. Nawet nie wiesz, jak mi przykro, że do tego doszło. Ale musisz wiedzieć, że oni najprawdopodobniej nic by ci nie zrobili, chcieli nas tylko nastraszyć.
Patrzę na niego, nie dowierzając. Chyba zbytnio bagatelizuje całą sprawę albo nie było to jego pierwsze spotkanie z bronią palną. Jedno i drugie wydaje mi się straszne.
- Wątpię, a jeżeli już, to się im udało. Nigdy w życiu się tak nie bałam.
- Przepraszam. Jeszcze raz cię przepraszam za to, że byłaś tego świadkiem.
- Przestań mnie przepraszać, w końcu to nie twoja wina, nie wiedziałeś, że przyjdą do twojego domu.
Patrzy na mnie spode łba. Co znowu?
- Spodziewałem się, ale nie myślałem, że ty będziesz u mnie, tego nie było w planach, i że oni akurat wtedy się pojawią. Przelew poszedł dwa dni wcześniej, nie myślałem, że zabierze im to tyle czasu, myślałem, że dali sobie spokój.
- Wiem. Dlatego właśnie twierdzę, że to nie twoja wina.
Nastaje chwila ciszy, po której dodaję:
- Muszę jakoś zawiadomić przyjaciół, że wszystko ze mną w porządku i że mnie nie będzie przez następne dwa tygodnie. Pewnie się martwią.
- Masz na myśli Lorcana? - pyta, popijając kawę.
- Tak, mam na myśli Lorcana - oświadczam dobitnie, patrząc na niego z powagą.
- Zadzwoń do niego - mówi najzwyczajniej na świecie, nabijając małą truskawkę na widelec.
- Tak, tylko co mu powiem? Przecież nie mogę prawdy, muszę coś wymyślić...
- Powiedz, że cię zabrałem do prywatnej kliniki, żebyś wyzdrowiała.
- Będzie chciał przyjechać w odwiedziny, to głupie. Wymyśl coś innego!
- Podróż-niespodzianka?
- Na początku roku akademickiego? Chora na grypę? To do mnie niepodobne. Nie uwierzy, za dobrze mnie zna. - Patrzę na niego teraz, jak się ożywia po moich ostatnich słowach, znad filiżanki świeżo napełnionej kawą. Poważnieje i myśli.
- Biedny Lorcan... - rzuca po chwili.
- Dlaczego biedny? - pytam, bo widzę jak się teraz uśmiecha.
- Nawet się nie domyśla, jak ty i ja jesteśmy blisko.
Nie komentuję. Pozwalam mu mieć ostatnie słowo. Sprawdzam godzinę. W Anglii jest teraz późny wieczór. Idę po telefon i przypominam sobie, że od czasu mojej choroby nie miałam go w rękach. Matt miał go przywieść z akademika razem z moimi rzeczami.
- Żeby zadzwonić, potrzebuję telefonu. Nie znalazłam go w torbie z ubraniami. Matt musiał go zostawić w akademiku.
- Mam twój telefon. Możesz go włączyć, ale zablokujemy zasięg. Zadzwonisz przez internet, tak trudniej nas będzie namierzyć.
Nie mówię nic, przytakuję. Wraca po chwili z moją komórką i podaje mi ją niepewnie.
- Jak to się robi? - pytam, zanim ją włączę.
- Jeśli pozwolisz, zrobię to za ciebie.
Oddaję aparat w jego ręce. Siergiej wykonuje zadanie, choć po włączeniu widzę na jego twarzy napięcie.
- Coś nie tak?
- Wszystko w porządku. Masz dwanaście nieodebranych połączeń. W tym dziesięć od Lorcana i dwa od Suzy - odpowiada i przeczesuje ręką włosy. Oddaje mi telefon.
Domyślałam się, że Lorcan będzie do mnie dzwonił. Widzę, że jest też trzydzieści osiem wiadomości, które przemilczał Siergiej, choć nie dało się ich nie zauważyć. Zajmują cały ekran. Wszystkie od Lorcana. Scrolluję, ale się nie kończą. Nie otwieram ich teraz. Nie mogę. I tak już mam gulę w gardle.
- Dzwoń - mówi i zostawia mnie samą na tarasie. Dzięki Bogu, bo wolę nie mieć świadków tej rozmowy. Po chwili zastanowienia i kilku głębokich oddechach wybieram jego numer. Odbiera po pierwszym sygnale.
- Cześć, to ja - zaczynam niepewnie.
- Mała! Gdzie jesteś? Co się dzieje? - wybucha.
- Wszystko w porządku. Mam się dobrze. Nic mi nie jest.
- Gdzie jesteś?! - krzyczy, jakbym była głucha.
Ta energia mi się udziela i czuję nagle strach i niepewność.
- Nie mogę ci powiedzieć. To skomplikowana sytuacja.
- Dlaczego? Co się, kurwa, dzieje?
- Nic. Absolutnie nic. Po prostu się o mnie nie martw.
Na moje słowa reaguje dziwnym dźwiękiem oburzenia i złości. To gardłowy okrzyk zaskoczenia nie zawierający żadnego znanego mi słowa, ale będący bardzo jasnym komunikatem sprzeciwu i irytacji.
- Zamartwiamy się tu wszyscy na śmierć! Obdzwoniłem już wszystkie szpitale! Jutro rano miałem iść na policję, żeby zgłosić twoje zaginięcie - huczy na jednym oddechu. Robi mi się gorąco. Szpitale?! Chyba go nie doceniam...
- Nie, absolutnie nie! Nie rób tego. Nic mi nie jest. Wyjechałam na wakacje. Wszystko jest okej.
Chwila ciszy.
- Ja pierdolę. Co ty wygadujesz?
- Musisz mi zaufać. Dzwonię do ciebie, żebyś się nie martwił i wiedział, że ze mną wszystko dobrze. Wracam za kilka dni. Poza tym teraz mój telefon będzie włączony cały czas, więc możesz do mnie dzwonić, kiedy chcesz.
Nie odpowiada. Słyszę jak szybko oddycha. Po chwili zauważa:
- Kłamiesz, słyszę to.
Zna mnie za dobrze. Nie da mu się wcisnąć więcej kitu.
- Tylko odrobinkę, bo muszę. Nie zadawaj już więcej pytań. Proszę.
Wzdycham, a on zaczyna innym, spokojniejszym tonem:
- Wyzdrowiałaś? Jak się czujesz?
- Już dobrze. Nic mi nie jest. A ty?
- Mało co tu nie umarłem... Ze strachu o ciebie. Serio.
Cholera. Czuję łzy, jak napływają do oczu i bardzo, ale to bardzo mnie to wkurza. Wstaję i zaczynam chodzić w kółko po tarasie. Lorcan ma prawo się denerwować i martwić. Ostatnim razem widział mnie prawie nieprzytomną, a potem zniknęłam bez śladu i przez trzy dni nie dawałam znaku życia.
- Przykro mi. Przepraszam. Byłam chora i dlatego nie dzwoniłam. To była bardzo ciężka grypa.
- Jasne - odpowiada. Nie wierzy mi i ma racje.
Tu też mamy czysty komunikat. Nie wiem, jak go uspokoić. Rzeczywiście, to musi wyglądać nieciekawie... Ale jak mam mu wytłumaczyć? Nie mogę mu powiedzieć o pistolecie przy skroni. W końcu przypomina mi się, że wczoraj jego drużyna koszykówki miała grać ważny mecz, więc pytam z zaciekawieniem, żeby odwrócić jego uwagę od trudnego tematu mojej nieobecności:
- A jak mecz? Znów miażdżące zwycięstwo? Ile punktów zdobyłeś?
- Zero.
- Jak to? Przegraliście?
- Nie mam pojęcia, nie byłem na meczu...
Nie odpowiadam. Jestem w szoku. Wiem, jakie to dla niego ważne. To on w końcu pyta:
- Z nim wyjechałaś?
- Tak. - Nie ma sensu kłamać. Ech...
- Jesteś dorosła, robisz, jak chcesz - ciągnie z rezygnacją w głosie.
- Proszę cię, nie utrudniaj tego.
- Okej. Dobrze... Chcesz, żebyśmy udawali, że to jest normalne, ty i on. Okej. Mam wyjebane. Coś jeszcze?
Jest dokładnie na odwrót i oboje o tym wiemy. Przez chwilę trawię jego słowa, w końcu odzywam się, starając się sklecić cokolwiek sensownego:
- Potrzebuję notatek. Byłoby super, gdybyś mógł mi przysyłać notatki z wykładów. - Co za banał... Jestem beznadziejna! - Te profesjonalne... - dodaję, ale nie udaje mi się go rozśmieszyć.
- Nie ma sprawy - odpowiada ze sztucznym opanowaniem.
- Dziękuję. Zawsze mogę na ciebie liczyć. A, i dziękuję za to, że ze mną wtedy zostałeś... Kiedy byłam chora.
- Nie ma za co. To normalne. Każdy by tak zrobił - kończy po cichu.
- No nie wiem, czy każdy.
- Wszystko bym dla ciebie zrobił.
O mój boże!
- Dziękuję. Jesteś prawdziwym przyjacielem. Do widzenia, Lorcan, dobranoc.
- Dobranoc, Mała.
Czuję się okropnie. Odkładam telefon i idę w stronę skąpanego w słońcu molo, które wypuszcza się wolno w jezioro na końcu naszego tarasu. Siadam na jego krańcu i bosymi stopami dotykam zimnej wody. Srebrne grzbiety fal opływają miarowo moje nogi. Chce mi się płakać. Nienawidzę kłamać. A szczególnie komuś, na kim mi zależy. A wychodzi na to, że ciągle to robię. I jednocześnie jest to ten moment, kiedy zdaję sobie sprawę, że Lorcan nie da łatwo za wygraną. On mnie ciągle kocha. Nie wiem, za co i dlaczego, ale nagle staje się to dla mnie oczywiste. Przypominam sobie, co wydarzyło się parę dni temu na plaży w Portsmouth i teraz mam ochotę wykrzyczeć ten sam dźwięk, który wydał z siebie Lorcan w trakcie naszej rozmowy. Bezsłowny gniew i sprzeciw. Zamiast tego chowam twarz w dłoniach i krzyczę najgłośniej, jak potrafię, tak jak kiedyś darłam się w poduszkę. Żeby to ze mnie wyszło. Mój wrzask odbija się od tafli wody echem. Mam wrażenie, że w ogóle ni e kontroluję swojego życia. I przede wszystkim nie panuję nad emocjami. To nieprzyjemne uczucie wywołuje we mnie strach. Ciągle w cholernej niepewności... Jak nad przepaścią... Boję się wrócić do Oksfordu i boję się wszystko zmienić. Czy po tym co się wydarzyło, będę jeszcze w stanie wrócić na studia? Do mojego poprzedniego życia? Na samą myśl, że mogłabym mieć znowu do czynienia z tymi bandziorami od Mac Roye'a, robi mi się słabo. Ale odciąć się od Siergieja, przestać go widywać i spróbować żyć od nowa, bez niego, jest niemożliwe. Za bardzo go kocham i wiem teraz, że to miłość odwzajemniona. Kto by zrezygnował z czegoś takiego? Nawet jeżeli wiąże się to z ryzykiem, za nic w świecie nie mogłabym go zostawić.
- Co się dzieje? - Jego aksamitny głos i duże ramiona zamykają mnie w strefie bezpieczeństwa. Nie słyszałam, jak się zbliżył. Odwracam się i wtulam w niego z całej siły.
- Tak bardzo się boję.
- Przykro mi, że nie jest do końca tak, jak byś chciała... Nie mogę ci obiecać, że to będzie proste. Niestety. Ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś od tej pory czuła się bezpieczna.
- Siergiej, ja tego nie zapomnę do końca życia, rozumiesz?
- Ehm - przytakuje tylko i zacieśnia swój uścisk jeszcze mocnej.
- Nie wiem, jak my tam wrócimy, jak będziemy dalej żyć?!
- Normalnie. Jeżeli to będzie konieczne, załatwię nam obstawę. Nikt ci już nic nie zrobi - zapewnia ciepło.
- To nie film. O czym ty w ogóle mówisz?
- Mówię poważnie. Już nieraz w życiu miałem ochronę, to nic nadzwyczajnego. Będziesz bezpieczna, zobaczysz. Zaufaj mi. Mam plan, pamiętasz?
Spoglądam w górę, na niego i bardzo chcę wierzyć w to, co mówi, ale jest mi trudno. W tym momencie żaden plan nie wydaje mi się wystarczająco dobry, abym się uspokoiła. Boję się, że szczęście, jakie się nam nagle przytrafiło, może tak samo nagle zniknąć. Siergiej stoi i ściska mnie mocno w ramionach. To jedyne bezpieczne miejsce na ziemi. Tylko tutaj nic złego nie może mi się przytrafić.
- Jesteś moim najdroższym skarbem. Najlepszą niespodzianką mojego życia. I nie pozwolę, żeby cokolwiek ci się stało - zapewnia i całuje mnie w czoło. Unosi mój podbródek, żebym spojrzała mu w oczy. Złoty bursztyn przebija się przez czerń nocy jego przenikliwego spojrzenia.
- Kocham cię - wyznaję, nie odrywając od niego wzroku. Ja, najlepsza niespodzianka jego życia.
Poważna znajoma mina. Poruszenie. Wpółotwarte usta, ale cisza. Tracę łączność. Niech coś powie, bo zemdleję.
- Nie... To ja ciebie kocham. Wiesz o tym, prawda?
- Tak, wiem. Od dawna to wiem.
- To dobrze, byłem pewien, że słowa są tu zbyteczne... - mówi, uśmiecha się i całuje mnie, tak jak za pierwszym razem. Najpierw ostrożnie, a potem głęboko i namiętnie.
- Tak bardzo cię kocham - powtarzam. Mam ochotę powiedzieć to jeszcze ze sto razy, żeby się upewnić, że rozumie, że zapisał to w sercu i w głowie. Powiedziałam to pierwsza. Nie planowałam tego, ale tak wyszło. Jeszcze pięć minut temu było za wcześnie na takie deklaracje, ale teraz nadeszła właściwa chwila.
Czas w Lake Oswego mija szybko. Często pada i jest szaro. To taka pierwsza namiastka wspólnego życia. Jest mi z nim tu jak w bajce, bez względu na pogodę. Wszystko robimy razem. Wspólnie budzimy się i zasypiamy, razem leżymy w wielkiej wannie, kochamy się, gotujemy, no raczej on, a ja mu asystuję. Obejrzeliśmy też we dwoje kilka filmów. Ale przede wszystkim czas upływa nam na niekończących się rozmowach. Jestem pod wrażeniem jego inteligencji i znajomości wszystkich zagadnień tego świata. To chodząca encyklopedia. O chemii i ekologii nie wspominając. W przeciwieństwie do mnie oczywiście. To, co dla niego jest jak najbardziej normalne, zwykłe i oczywiste, mnie fascynuje i ciekawi. Godzinami tłumaczy mi biologiczne i chemiczne zagadnienia, które odgrywają kluczową rolę w jego badaniach. Powoli zaczynam rozumieć, na czym naprawdę polega jego praca i jak wytwarza się paliwo z glonów. Chwilami traci jednak cierpliwość, łapie się za głowę, zaciska zęby i wychodzi z pokoju w milczeniu, po angielsku. Wraca po paru minutach, rozluźniony i uśmiechając się do mnie, zmienia temat. Mężczyzna anioł. Jak on świetnie potrafi się opanować i zachować zimną krew! We mnie ciągle wrze...
Dużo czasu spędza, pracując przy komputerze i z telefonem. Siadam wtedy na kanapie, czytam notatki, które przysyła mi Lorcan, i próbuję się uczyć. Przychodzi mi to jednak z trudem. Przez obecność Siergieja w ogóle nie umiem się skupić. Mam ochotę po prostu cały czas na niego patrzeć. Bo trudno oderwać od niego wzrok. Spogląda na mnie i rozbraja tym swoim delikatnym uśmiechem w kąciku ust. Nie przestaję go obserwować. Kiedy rozmawia przez telefon, zatrzymuje się na chwilę, zasłania słuchawkę telefonu dłonią i mówi: "Anno, przestań, bo już nie wiem, z kim rozmawiam...", "Jak nie przestaniesz mnie obserwować, to chyba zwariuję...", "Tu się pracuje, kobieto!!!". Doprowadza mnie do śmiechu.
- Te dokumenty nie mogą ujrzeć światła dziennego, pamiętaj. Ron musi trochę poczekać... Przeczekajmy. Jestem dobrej myśli... Tak, jest tutaj... Wszystko dobrze... Na razie.
Jesteśmy z dwóch różnych planet. On do wszystkiego ma ludzi i całymi dniami wydaje tylko polecenia. Sprawia wrażenie, jakby cały świat spoczywał na jego barkach i wszystko zależało od jego decyzji. Albo jest tak jak on chce, albo wcale. Półśrodki go nie zadawalają. Pan i władca. To mnie przeraża i fascynuje jednocześnie. Co daje mu taką władzę: pieniądze, pozycja, wiedza? Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Jego podejście do życia jest jednak dla mnie bardzo zagadkowe. Siergiej mało mówi o sobie i o tym, co myśli. Nie potrafię go rozgryźć i momentami mam wrażenie, że przebywam z obcym człowiekiem.
Popołudniami, jeśli nie pada deszcz, co staje się rzadkością, bo leje już codziennie, leżymy na molo, patrzymy na wodę, jemy nasze ulubione kanapki z masłem orzechowym i dżemem truskawkowym. Żyjemy zupełnie odcięci od rzeczywistości, od tego, co się wydarzyło w Anglii i co wraca do mnie każdej nocy podczas snu. Kiedy budzę się z krzykiem, zlana potem, nie wiedząc, gdzie jestem. Przyciąga mnie wtedy do siebie i uspokaja. Zasypiamy razem.
Pewnego ranka, gdy schodzę na śniadanie, zastaję go w kuchni podczas parzenia kawy. Gdy się zbliżam, zauważam Pięćdziesiąt twarzy Greya na blacie. To chyba jakiś żart!
- Nie mów, że to czytasz! - zaczynam i przybijam piątkę książce.
- Już skończyłem.
- Serio? Ale po co? - drążę z zażenowaniem.
- Chciałem się podszkolić. Szesnaście milionów kobiet nie może się mylić. - Sili się na powagę, ale nie udaje mu się jej utrzymać. Parska śmiechem i dodaje: - Sama mi przecież o niej mówiłaś. Chciałem wiedzieć, co czytasz. To co cię interesuje, interesuje też mnie.
- Ale ja nie czytuję tego typu książek.
- To dlaczego o niej mówiłaś? Czytałaś to w końcu czy nie?
- Czytałam, dawno temu - przyznaję niechętnie.
- Szczerze? Nie rozumiem fenomenu tej powieści. Może ty jako kobieta mi to wyjaśnisz? - mówi zupełnie poważnie i zerka na mnie znad masła orzechowego.
- Seks się dobrze sprzedaje... - zaczynam niepewnie. Nie mam ochoty analizować historii Christiana Greya.
- To chyba nie wszystko. Szesnaście milionów sprzedanych kopii. Musi być coś więcej.
- Nowe pojęcie romantyzmu? Z dziwnym seksem i kupą kasy? Nie wiem. Ale pewnie coś w tym stylu.
- Dlaczego powiedziałaś mi o tej książce? - Przerywa teraz smarowanie chleba i spogląda mi głęboko w oczy.
Cholera. Nie wywinę się. Ostrożnie dobieram słowa.
- Kiedy się poznaliśmy, podarowałeś mi telefon. Skojarzyłam to z tą historią. A potem wysłałeś mi prezent. Drogie prezenty. I tak jakoś pomyślałam, że wzorujesz się na jego technikach podrywu. Jak widać, bardzo skutecznych. W literaturze i w realu. - Sama nie mogę uwierzyć, że to mówię. Próbuję nadrobić słodkim uśmiechem.
Siergiej bacznie mnie obserwuje, robi poważną minę. Chyba przegięłam. Po co się do tego w ogóle przyznałam?!
- Po pierwsze, proszę, nie porównuj mnie do tego fetyszysty. Po drugie, już raz mi mówiłaś, że kiedy wysłałem ci telefon, twoje koleżanki stwierdziły, że zajmuję się handlem ludźmi. Teraz dorzucasz, że pewnie nie mam na siebie pomysłu i kopiuję strategię podrywu jakiejś przerysowanej postaci z powieści erotycznej. Serio? Mówisz poważnie? - pyta po tym, jak odzyskuje głos po wypowiedzianych przeze mnie słowach. A niech to diabli!
- Wiem. Brzmi tragicznie. Przepraszam. - Zachowuję dystans, bo nie wiem, jakiej reakcji się teraz spodziewać. Zaciskam usta, bo wzbiera we mnie śmiech. Mimo wszystko jest w tym coś zabawnego. Szczególnie kiedy pomyślę, że mowa o Siergieju.
Widzi to i też chwilę się powstrzymuje, po czym wybucha śmiechem. Dołączam do niego od razu. Dzięki bogu, że mamy podobne poczucie humoru.
Radość niestety nie trwa długo. Kiedy już zaczynam czuć się w miarę bezpiecznie, znów życie szybko sprowadza mnie na ziemię. Rano słyszę dźwięk włączonego na dole telewizora. Wiadomości. Schodzę i spoglądam na ekran w salonie, nie pokazując się Siergiejowi i obserwując go, siedzącego w fotelu przed monitorem. W jednej ręce telefon, w drugiej kawa. W telewizji pokazują jakąś akcję ratunkową, karetki, straż pożarna, policja. Płonie piękny stary budynek. Czytam czerwony pasek na dole ekranu: Francja, Paryż, wybuch bomby w hotelu na Montmartre. Sześć ofiar i wielu rannych. Akcja ratunkowa trwa.
Siergiej przykłada słuchawkę do ucha i mówi grobowym tonem:
- Telefon w biurze musi być na podsłuchu. Moja komórka jest czysta, więc tylko tak mogli się dowiedzieć.
Robię hałas. Spogląda na mnie i rzuca pospiesznie:
- Muszę kończyć, zajmij się tym. Na razie.
- Co się dzieje? - pytam z przerażeniem w oczach.
- Ten hotel.
- Co z nim?
- To, ten, w którym ty i ja mieliśmy rezerwację na ten weekend. Wybuchła tam bomba.
Stoję i patrzę to na ekran, to na niego.
- Weekend w Paryżu, pamiętasz? Molly zrobiła nam rezerwację, ale mieliśmy nieprzewidzianą zmianę planów. Dzięki bogu, jak się okazuje... Już teraz rozumiesz, dlaczego jesteśmy tutaj? Ten terrorysta nie cofnie się przed niczym.
Osuwam się na podłogę. Nie ma czasu mnie złapać, choć rzuca się w moim kierunku od razu. Upadam ciężko, ale dziwnym trafem to kontakt z parkietem mnie ożywia. Siergiej podnosi mnie do pozycji siedzącej i z przerażeniem patrzy mi w oczy. Wybucham mieszanką żalu i płaczu. Łzy tryskają ze mnie jak na kreskówkach: oczami, buzią i nosem. Nie wiem, co się dzieje. Trudno mi się oddycha. Ogarnia mnie panika.
- Spokojnie, oddychaj.
Nie mogę, coś mi ściska gardło. Siergiej obserwuje mnie przez chwilę, po czym kładzie moją dłoń na swojej piersi i oddycha z przesadą. Jego klatka piersiowa porusza się miarowo. Staram się wyrównać mój oddech z jego oddechem. Wdech, wydech, wdech, wydech. Oddycham. Zerkam na ekran. Oddech mi przyspiesza. Siergiej wyłącza telewizor i wraca do mnie.
- Hej, patrz na mnie. Tutaj.
Staram się. Przyciska moją rękę do swojej piersi. Wdech, wydech. Powoli mój oddech wraca do normalności. Powoli też dochodzi do mnie, co tam się stało.
- To jakiś sen... koszmar raczej - wykrztuszam.
- Tu nam nic nie grozi. Spokojnie. Oddychasz?
- Ale tam zginęli ludzie! Siergiej! To okropne! Niewinni ludzie! Rozumiesz?!
- Rozumiem. Wierz mi, rozumiem...
- Czy to on?
- Nie mam stuprocentowej pewności, ale wszystko na to wskazuje. Za jakiś czas dowiemy się na pewno, kto za tym stoi. Borys już nad tym pracuje.
Przestaję płakać, czuję coś, na co płacz już nie pomoże. Siergiej bierze mnie w ramiona i ściska. Wiem, że nigdy nie będę w stanie przywyknąć do czegoś takiego. Codziennie, obsesyjnie myślę teraz o tym, co by było, gdybyśmy pojechali do Paryża. I co będzie, jeżeli Mac Roye znajdzie nas tutaj? O powrocie do Oksfordu nie wspominając... Jestem przerażona. A Siergiej się dwoi i troi, żebym choć na chwilę o tym zapomniała.
Wyciąga mnie z domu, zwiedzamy okolice. Robię to niechętnie, ze strachu wolałabym zostać w zamknięciu. Jednak zmuszam się, bo Portland to przepiękne miejsce, a ludzie wydają się mili, uprzejmi i pozytywnie nastawieni do życia. Wszędzie pełno zieleni, parków, lasów... Udaję rozluźnioną, nie chcę martwić Siergieja.
Pewnego dnia proponuje wycieczkę na wybrzeże. Przeczytał w internecie, że jest tam plaża, na której w 1985 roku kręcili The Goonies, film, który oboje lubimy. Postanawiamy odwiedzić to miejsce. Kiedy wychodzimy z domu mały sportowy czarny samochód czeka na nas na wjeździe. Wygląda jak zabawka. Ekskluzywna zabawka... Kiedy ruszam w jego kierunku, mój chłopak rzuca mi kluczyki.
- Jak to? - pytam zdziwiona.
- Przecież masz prawo jazdy, więc trzeba od czasu do czasu sobie przypomnieć.
- Ale ja nie mam pojęcia, jak tu się prowadzi...
- Podejrzewam, że nie ma wielkiej różnicy - odpowiada, śmiejąc się i otwierając przede mną drzwi od strony kierowcy.
- Co to za samochód?
- Bugatti veyron 16.4.
- Nie znam - przyznaję, podziwiając smukłą sylwetkę auta. Lśniący lakier mieni się w porannym słońcu.
Słysząc moją odpowiedź, Siergiej chwyta się za głowę, przewracając oczami i widzę, jak ledwo powstrzymuje się od komentarza.
- Czyj? - pytam, bo boję się go uszkodzić.
- Wypożyczony. - Po czym, widząc moje ciągłe wahanie, dodaje ze zniecierpliwionym wyrazem twarzy: - No dawaj, nie bój się, ten samochód jedzie sam, zobaczysz!
- Mam nadzieję, że jest ubezpieczony. - Uśmiecham się nerwowo.
Siergiej przytakuje. No dobrze. Sam się prosi... Wsiadam za kierownicę. Wow! To się nazywa luksus! Wnętrze auta niczym nie przypomina jakiegokolwiek innego samochodu, w jakim dotychczas byłam. Nawet sportowe auto Siergieja, którym jeździ czasami po Oksfordzie nie robi takiego wrażenia. Skóra siedzeń jest na tyle miękka i gładka, że mam ochotę się do niej przytulić. Wtapiam się w fotel kierowcy, spoglądam na uśmiechniętego Taredova, przekręcam kluczyk, muzyka na ful i ruszamy. To prawda, ten samochód jedzie sam... Jednak wytrzymuje moją jazdę przez jakieś dziesięć minut, potem każe mi się zatrzymać. Przejmuje kierownice i teraz okazuje się, że to wyścigówka. W tej chwili, jego zwyczajem, to ja wbijam palce w skórzaną tapicerkę i trzymam się kurczowo siedzenia.
Droga numer dwadzieścia sześć. Znienacka ukazuje się nam ocean. Dominują trzy kolory: soczysta zieleń drzew iglastych, które otaczają całe wybrzeże, beżowy piasek oraz granat wody. Plaża znajduje się w małym miasteczku o nazwie Cannon Beach, przy parku krajobrazowym Ecola. To najpiękniejsza plaża, jaką w życiu widziałam. Nie pada, ale niebo i tak zakrywa szczelna, szarawa pierzyna. Ruszamy na odkrycie skały Haystack Rock. Ocean Spokojny. Tego dnia wcale taki nie jest. Moje oczy otwierają się szeroko na ten zniewalający widok i wybucham niekontrolowanym, nieuzasadnionym śmiechem. Co za piękno! Plaża jest ogromna. Nie widać jej końca. Dzikie fale i te skały!
Patrzę na mojego chłopaka, a on na mnie, uśmiecha się szeroko. Mój przyspieszony oddech powoli wraca do normy. Mocno ściskam dłoń Siergieja. Wdech, wydech... Wdech i wydech... Wdzięk i majestat. Łagodność i poruszenie. Siła i słabość. Jak natura tworzy coś tak pięknego?! Taki żywioł? Mam ochotę pobiec i zanurzyć się w lodowatej wodzie. Cała, jak stoję, w ubraniu, na bezdechu... Zmyć z siebie wszystkie problemy, strach, całe zło, w tej boskiej wodzie, czystej lub mętnej, bez znaczenia... Ale wiem już, jak to się kończy, więc przez chwilę tylko stoję i patrzę. Długo chodzimy po plaży, mimo szalejącego wiatru i zimna. Opatuleni, ręka w rękę, bez słowa. Kiedy niebo ciemnieje postanawiamy się schronić. Będzie lało! Pada na rybacki bar. Gorąca zupa z małży ratuje nam życie. Choć przez parę chwil nie myślę o Mac Roye'u i jego okrutnych posunięciach.
Gdy jedziemy z lotniska w Londynie, Siergiej nie przestaje rozmawiać przez telefon. Umawia dziesiątki spotkań służbowych za pośrednictwem Molly. Posiłki i przejazdy też są planowane. Chyba tylko o śnie decyduje bez niej. Zastanawiam się, dlaczego mając taki grafik, nie mieszka w Londynie. Byłoby przecież o wiele prościej.
- Od kiedy mieszkasz w Oksfordzie? - pytam, wciskając się w szczelinę między telefonami.
- Teraz? Od roku. Jeśli nie licząc czasów, kiedy byłem dzieckiem.
- Nie łatwiej byłoby ci mieszkać w Londynie? Uniknąłbyś tych wszystkich przejazdów i stania w korkach.
- To Londyński zgiełk i tłum sprawiły, że wróciłem tutaj. Od jakiegoś czasu już cenię sobie spokój. Dojazdy są tego ceną.
- Rozumiem - mówię, choć jego argument zupełnie mnie nie przekonuje.
- Poza tym - pauzuje teatralnie - teraz nie chciałbym być daleko od ciebie. Zdecydowanie wolę być obok. A propos...
- Ani mi się waż! - Jego trzeba hamować od razu, zanim się rozbuja! Wiem, co chce powiedzieć. Rozmawialiśmy już o tym w Oregonie. Królewicz chce, żebym z nim zamieszkała w jego zamku za miastem.
- Anno, nie mogę pozwolić abyś mieszkała w akademiku. Nie po tym, co się stało.
- Z tego, co pamiętam, w Willow Hills nie jest bezpiecznej.
Przytakuje z niechęcią.
- Proszę cię, przemyśl to, nie odmawiaj tak od razu.
- Dobrze, pomyślę - obiecuję.
Dojeżdżamy w końcu do akademika.
- Nie puszczę cię tak samej. Sprawdzimy najpierw, czy jest bezpiecznie. Poczekaj.
Matt idzie do budynku bez nas. Dopiero kiedy wraca i mówi, że wszystko okej, wysiadamy z auta. Nie chcę się rozstawać z moim chłopakiem, ale nie mam zamiaru zaciągać go do akademika. Taka mieszanka światów mogłaby być niebezpieczna. Widział już, jak mieszkam, i zabrał mnie stąd, kiedy byłam chora. Jak na mój gust jedna wizyta wystarczy.
- Odprowadzę cię - mówi jednak. Nie protestuję. Modlę się tylko, że by nie spotkać Lorcana. To byłoby już nie do zniesienia. Udaje się nam przejść niezauważonym i kiedy docieramy do mojego pokoju, oddycham z ulgą. Ze zdziwieniem odkrywam, że czuję się tutaj bezpiecznie, szczególnie z tymi pagórkami brudnych ciuchów na podłodze. Jakimś cudem brakowało mi tego miejsca. Panuje tu ogromny bałagan, wstydzę się go, ale teraz coś innego przyciąga moją uwagę. Od kiedy przekroczyliśmy próg mojego pokoju, Siergiej wydaje się zaniepokojony.
- Wszystko w porządku? - pytam, widząc, jak przeczesuje ręką włosy. Znam ten gest i wiem już, w jakich sytuacjach go używa. Kiedy sprawy nie do końca układają się po jego myśli. Podchodzę bliżej.
- Tak - odpowiada tylko i rozgląda się po pokoju.
- Usiądziesz na chwilę? - Wskazuję ręką stojące za nami łóżko.
Siergiej nie odpowiada. Widzę, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada pod przyspieszonym oddechem. Milknę i zastygam. Powoli, ale miarowo wzbiera we mnie panika. Sama zaczynam skanować pomieszczenie.
- Wiesz, że to wszystko jest bardzo na serio? - odzywa się nagle.
- Co jest bardzo na serio? - pytam przerażona.
- Ty i ja - odpowiada.
Pauzuję. Cały parter chyba słyszy, jak wielki kamień spada mi z serca. Wyciągam do niego rękę, którą bierze i ściska. Przyciąga mnie do siebie. Wpadam w jego ramiona niczym tonący w koło ratunkowe.
- Dla ciebie też, mam nadzieję.
Dlaczego, do licha, on ciągle w to wątpi?!
- Nie wierzę, że w ogóle o to pytasz. Wiesz, że tak. Kocham cię, pamiętasz? - odpowiadam i zadzieram głowę, żeby mu spojrzeć prosto w oczy. Złoto pulsuje w czerni nadzwyczaj szybko. O co właściwie mu chodzi? Wyjaśnia to sam, zanim zdołam ponownie otworzyć usta:
- Pytam, bo nie przyjmę odpowiedzi odmownej, kiedy poproszę cię, żebyś za mnie wyszła.
- Co? - odzywam się najpoważniejszym tonem, na jaki mnie obecnie stać. Odpływam. Tracę zasięg. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Staram się trzymać prosto, choć moje ciało pragnie osunąć się na łóżko. Cisza.
- Wyjdź za mnie - przerywa ją.
To nie prośba, to rozkaz. Najpierw się szeroko uśmiecham, bo myślę, że żartuje. Widzę jednak, że nie, więc poważnieję, a chwilę później jednak panikuję, bo bardzo chcę powiedzieć "tak" i jednocześnie bardzo się tego boję. Odczytuje moje milczenie jako odmowę, dodaje więc pospiesznie:
- Potrzebujesz czasu, żeby się zastanowić?
- Nie - mówię, a moja reakcja już zupełnie zbija go z tropu. Nie wie, na które pytanie odpowiadam.
- Nie rozumiem - przyznaje i nasze spojrzenia znów się krzyżują. Po raz pierwszy w życiu zauważam w czarnych oczach nutkę niepewności i strachu. Błędna informacja, nieskuteczna komunikacja, myślę, więc żeby skrócić jego cierpnie, informuję:
- Wyjdę za ciebie... Tak właśnie zrobię.
To jakiś obłęd. Czwarty wymiar. Siergiej wypuszcza głośno powietrze i uśmiecha się, choć to raczej nerwowy odruch. Nie trwa długo. Całuje mnie. Mokre usta okalają moje. Jest przejęty i wzruszony, czuję to w jego ruchach, w sile uścisku, w którym mnie trzyma i w szybkości oddechu. Naglę przestaje, odsuwa się i mówi:
- Zapomniałem!
Wyciąga z kieszeni marynarki granatowe pudełeczko z białą wstążką. Domyślam się, co jest w środku, i wstrzymuję oddech.
- Przepraszam, zapomniałem. Bo to nie miało być ani tu, ani teraz... Ale nie mogę już dłużej z tym czekać. - Pada na kolana i wyciąga rękę z otwartym pospiesznie pudełkiem, z którego wystaje pierścionek z nieprzyzwoicie dużym diamentem. Klęczy tak z nerwową miną, jakbym jeszcze mogła zmienić zdanie.
- Wyjdź za mnie - powtarza.
Wyciągam do niego rękę i mówię niepewnym szeptem:
- Okej.
Nikt się nie rusza. Wszystko jakby się zatrzymało. I on, i ja. Po chwili dodaję więc:
- Kocham cię.
Nie wiem, co powiedzieć więcej, nigdy nie byłam w takiej sytuacji.
- Ja ciebie też - ożywia się w końcu.
Pierwszy raz, odkąd się znamy, akceptuję, że kocha mnie za nic. Przyciągnęłam go tak, jak on przyciągnął mnie. Mój królewicz od diamentowych kolczyków i sztucznych ogni oświadcza się po pięciu miesiącach znajomości, nerwowym głosem, na klęczkach, w bajzlu w odrapanym pokoju w akademiku. W końcu nie tylko czuję, ale i wiem, tym razem na sto procent, że jesteśmy sobie przeznaczeni. On i ja. Ja i on. My. Będziemy razem. Na zawsze. Będziemy mężem i żoną. Będziemy małżeństwem, obojętnie, co jeszcze się wokół nas wydarzy.
CIĄG DALSZY NASTĄPI