Plan. Wybierz mnie. Tom I - Patrycja Gryciuk

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Te­raz

Pa­ryż, 3 paź­dzier­nika

Dzień za­po­wiada się mało atrak­cyj­nie. Rzut oka na ter­mo­metr po­gar­sza sprawę: jest zim­niej, niż przy­pusz­cza­łam. Późny po­ra­nek w Pa­ryżu mógłby być cie­plej­szy, a już z pew­no­ścią nie po­wi­nien być mroźny. Tym­cza­sem drzewa za oknem spo­wija biały szron. Biały szron na zie­lo­nych ga­łąz­kach: je­dyny ob­raz, jaki mam te­raz przed oczami. To dziwne, ale ja­koś ni­czego in­nego nie je­stem w sta­nie do­strzec. Stoję przy oknie, trzy­ma­jąc w opusz­czo­nej ręce słu­chawkę te­le­fonu, który cią­gle miga na zie­lono. Naj­wy­raź­niej też my­śli, że jest jesz­cze lato. Po dru­giej stro­nie ktoś czeka na re­ak­cję. Ale ja nie je­stem w sta­nie ni­czego z sie­bie wy­krztu­sić. U mnie już jest zima.

- Anno? Anno? Sły­szy mnie pani? - do­py­tuje się mę­ski głos.

Nie ma mnie. Ani tu, ani tam, ani ni­g­dzie in­dziej. Już nie. Po pro­stu nie. Prze­sta­łam ist­nieć, a cały świat skoń­czył się ra­zem ze mną... Jest tylko ten cho­lerny szron na drze­wach przy Champs Ély­sées i ci­sza. Upiorna, prze­ra­ża­jąca ci­sza... Nie wiem, ile czasu upły­nęło od po­ran­nej roz­mowy. Te­raz za oknem jest już ciemno i tylko świa­tła neo­nów z ulicy lekko pul­sują na ścia­nach sa­lonu. Cho­ciaż one żyją, ba­wią się, mają dys­ko­tekę. Ja leżę na pod­ło­dze, ubrana w czarną su­kienkę i la­kierki Cha­nel na ko­tur­no­wym ob­ca­sie. Też im­pre­zowe... Jakże od­po­wied­nie do tej chwili, my­ślę z iro­nią. Le­żący obok mnie te­le­fon na­dal do mnie mruga, tym ra­zem na czer­wono. Sta­ram się nie zwra­cać na niego uwagi, ale zerka na mnie swoim ma­łym krwi­stym świa­teł­kiem. Pusz­cza mi oko. Przy­po­mina naj­gor­szy mo­ment mo­jego ży­cia.

Dzi­siej­szy wcze­sny po­ra­nek. Stoję w ła­zience przed lu­strem. Jego rama jak za­wsze wzbu­dza we mnie za­chwyt. Ku­pi­li­śmy je z Sier­gie­jem w an­ty­kwa­ria­cie na Mont­mar­tre. Jest krysz­ta­łowe, w rzeź­bio­nej orze­cho­wej opra­wie. Wy­plu­wam resztki pa­sty do zę­bów, kiedy mój wzrok kie­ruje się na szafkę. Leży tam moja to­rebka, a obok cała jej za­war­tość roz­rzu­cona w nie­ła­dzie. Wczo­raj wie­czo­rem nie mo­głam zna­leźć nici den­ty­stycz­nej i roz­wią­za­łam pro­blem jak każda ko­bieta. Na­gle zdaję so­bie sprawę, jak mało mam czasu. No­tes, szminka, tam­pony, pióro, ra­chu­nek z re­stau­ra­cji - do śmieci, ba­te­rie - nie­po­trzebne, ko­mórka, chu­s­teczki, pi­sto­let, słu­chawki, oku­lary prze­ciw­sło­neczne, któ­rych wcze­śniej tak długo szu­ka­łam... Po­spiesz­nie wrzu­cam do środka wszystko oprócz pi­sto­letu, który lą­duje w szu­fla­dzie ła­zien­ko­wej ko­mody. Sier­gieja nie ma, więc się nie do­wie. Nie­na­wi­dzę no­sić broni w to­rebce, jest za ciężka. Mu­szę tylko pa­mię­tać, aby z po­wro­tem ją tam wło­żyć, za­nim się zo­ba­czymy, żeby nie pra­wił mi ka­zań. Mój ko­chany, prze­wraż­li­wiony hi­ste­ryk.

Wy­chy­lam głowę w kie­runku te­le­wi­zora w sa­lo­nie. Znów coś mó­wią o Whi­te­gre­enoil. Zdję­cie Bo­rysa po­ja­wia się na ekra­nie, kiedy dzien­ni­karka in­for­muje o ba­joń­skich su­mach za­ro­bio­nych przez firmę. Mi­liar­dowe zy­ski... To prze­szło na­sze naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Mój ge­nialny Sier­giej! Wła­śnie mam za­ło­żyć moje ulu­bione kol­czyki w kształ­cie kro­pli wody, kiedy dzwoni te­le­fon. Je­stem już spóź­niona na spo­tka­nie w fun­da­cji i wa­ham się, czy ode­brać. Może po pro­stu zi­gno­ro­wać i wy­biec z miesz­ka­nia? Prze­cież Her­kus czeka już na mnie na dole. Po­czu­cie od­po­wie­dzial­no­ści każe mi jed­nak pod­nieść słu­chawkę.

- Słu­cham?

- Halo? Anna?

- Tak, kto mówi?

Nie roz­po­znaję głosu. To dziwne, tak małe grono ma mój nu­mer, że usły­szeć nie­znany głos w te­le­fo­nie jest czymś nie­ty­po­wym. Pod­no­szę gardę. Je­stem nie­ufna.

- Anna Ta­re­dov? - pyta spo­kojny, mę­ski głos.

- Tak, to ja. Z kim roz­ma­wiam?

- Mar­cus Do­wney.

To na­zwi­sko mi coś mówi. Czyżby je­den z part­ne­rów biz­ne­so­wych Sier­gieja? Ale oni ni­gdy nie dzwo­nią na sta­cjo­narny, wszy­scy wie­dzą, że mój mąż tego nie lubi. Od ta­kich spraw jest ko­mórka.

- Mar­cus Do­wney. Ad­wo­kat z Los An­ge­les - pre­cy­zuje męż­czy­zna.

Na­gle za­sy­cha mi w gar­dle. Sier­giej!

Mar­cusa Do­wneya ni­gdy nie po­zna­łam oso­bi­ście. Raz wi­dzia­łam go przez uła­mek se­kundy na służ­bo­wym spo­tka­niu z Sier­gie­jem w Los An­ge­les. Mi­gnął mi gdzieś na ko­ry­ta­rzu. Nie zmie­nia to jed­nak faktu, że na­gle staje się oczy­wi­ste, dla­czego dzwoni. Tra­gicz­nie oczy­wi­ste. Sier­giej i ja mamy umowę: ad­wo­kat skon­tak­tuje się ze mną, kiedy bę­dzie mi miał do prze­ka­za­nia jedną wia­do­mość. Za­czy­nam się oszu­ki­wać, że nie znam wagi tego prze­kazu, że w ogóle nie wiem, o co mu cho­dzi. Że to in­cy­den­talny te­le­fon, anons bez zna­cze­nia. Więc za­nim co­kol­wiek po­wie, chcę go za­py­tać, czy jest pe­wien i czy cho­dzi o mnie i o tego wła­śnie Sier­gieja, a nie o ja­kie­goś in­nego Sier­gieja Ta­re­dova, bry­tyj­skiego po­li­tyka i mi­liar­dera, zna­nego we wszyst­kich waż­nych krę­gach tego świata. Nie mo­jego męża...

- Pani Ta­re­dov?

- Tak, to ja... - Mój głos brzmi obco. Jakby ktoś wy­po­wia­dał te słowa za mnie.

- Cze­kam na pa­nią w Los An­ge­les. Re­zer­wa­cję lot­ni­czą znaj­dzie pani w skrzynce mej­lo­wej. Na lot­ni­sku od­biorę pa­nią oso­bi­ście. - Ten głos to spo­kój i opa­no­wa­nie. W prze­ci­wień­stwie do mo­jego. Mój to... mój to... mo­jego już nie ma. Ja nie mam głosu. Mój głos za­nika, to nie ja tu te­raz de­cy­duję. Znowu.

- Czy ma pani py­ta­nia?

Ci­sza.

- Anno? Anno? Sły­szy mnie pani?

Czas się za­trzy­muje. Wszystko znika.

Kiedy bu­dzę się po­now­nie, jest dzień. Sie­dzę we wczo­raj­szych ubra­niach, znów na ziemi, tym ra­zem obok ka­napy. Te­le­fon już nie miga, czer­wone świa­tełko świeci się te­raz nie­prze­rwa­nie. Po omacku szu­kam sto­lika, żeby móc się pod­nieść. Nie ma. Do­strze­gam go po paru se­kun­dach, leży prze­wró­cony do góry no­gami. Upa­dam nie­zdar­nie dwa razy, za­nim w końcu udaje mi się wstać. Nie­uf­nie ba­dam grunt. Książki po­roz­rzu­cane po pod­ło­dze z ga­ze­tami i ubra­niami, roz­lana po­ranna kawa, wy­pa­tro­szona to­rebka, ja­kieś pa­piery. To­talny nie­ład. Trzęsę się z zimna i ogar­niają mnie mdło­ści. Kto to zro­bił? Jak mo­głam ni­czego nie sły­szeć? Czy tak mocno spa­łam? Idę do ła­zienki. Chcę za­nu­rzyć twarz w zim­nej wo­dzie, żeby się obu­dzić. Żeby prze­stało mnie mdlić. Przed­po­kój i sy­pial­nia są w po­dob­nym sta­nie: wszystko po­wy­rzu­cane z szaf, po­roz­wa­lane na pod­ło­dze.

W ła­zience nie jest le­piej. Brnę przez pod­łogę pełną roz­bi­tych fla­ko­nów. Nie chcę pa­trzeć w lu­stro. Od­krę­cam szybko kran i za­nu­rzam obie ręce w lodowa­tej wo­dzie. Po­tem całą twarz. Po­twor­nie chce mi się pić. Ły­kam zimną kra­nówkę wiel­kimi hau­stami, mało co się nie krztu­sząc. Po paru mi­nu­tach moja twarz jest lo­do­wata, a po­liczki są po­kryte bia­łym szro­nem. Za­krę­cam kran i omi­ja­jąc wzro­kiem lu­strzane od­bi­cie, wra­cam do sa­lonu.

- Skup się! Wiesz, co ro­bić. Wszystko bę­dzie do­brze - mó­wię. Co za głu­pota. Nic już ni­gdy nie bę­dzie do­brze. I to je­dyna rzecz, ja­kiej je­stem te­raz pewna. Za­my­kam oczy. Biały szron już nie jest je­dy­nym ob­ra­zem, jaki się przede mną ma­luje. Te­raz wi­dzę Sier­gieja. Mo­jego Sier­gieja z jego uwo­dzi­ciel­skim uśmie­chem. Pan ma­sło orze­chowe i tru­skawki. To dziwne, ale moje oczy po­zo­stają su­che. Pew­nie wresz­cie na­stę­puje długo ocze­ki­wany mo­ment, kiedy po pro­stu bra­kuje mi łez.

Na­stępny ob­raz przy­cho­dzi na­gle, jak mi­gawka z te­le­wi­zyj­nych wia­do­mo­ści: de­mo­luję na­sze pa­ry­skie miesz­ka­nie. Bie­gam w fu­rii po sa­lo­nie, po­ko­jach, kuchni. Wy­rzu­cam wszystko na pod­łogę, mio­tam się mię­dzy po­przew­ra­ca­nymi me­blami. Otwie­ram oczy. Chaos wy­daje się jesz­cze więk­szy. Nie, to nie­moż­liwe... To nie ja! Jak mo­gła­bym nie pa­mię­tać cze­goś, co zro­bi­łam? Rano za­dzwo­nił te­le­fon, po­tem pła­ka­łam, aż w końcu za­snę­łam. Prze­bu­dzi­łam się w nocy. Znowu płacz. I te­raz jest znów dzień. Nie pa­mię­tam, że­bym ro­biła coś in­nego. Ale czy to w ogóle ma ja­kieś zna­cze­nie? Nie, nie ma.

Mar­cus Do­wney. Los An­ge­les. Za­czy­nam ner­wowo szu­kać lap­topa, po­ty­ka­jąc się o po­roz­rzu­cane wo­kół przed­mioty. Znaj­duję kom­pu­ter pod stertą cza­so­pism na­uko­wych, jego cza­so­pism... W skrzynce mej­lo­wej cze­kają na mnie cztery nowe wia­do­mo­ści. Dwie z fun­da­cji, jedna od Majki i jedna od ame­ry­kań­skiego ad­wo­kata. W tej ostat­niej są tylko nu­mer re­zer­wa­cji bi­letu, data i go­dzina wy­lotu z Pa­ryż-Ro­issy-Char­les de Gaulle. Sie­dem­na­sta trzy­dzie­ści. Piąty paź­dzier­nika. To za dwa dni. Me­cha­nicz­nie prze­su­wam wzrok w prawy górny róg ekranu, żeby spraw­dzić go­dzinę. Szes­na­sta. Piąty paź­dzier­nika. Piąty paź­dzier­nika? Jak to piąty paź­dzier­nika? Prze­cież... Gu­bię się w ob­li­cze­niach. Jaki jest dziś dzień? Ile czasu leżę na pod­ło­dze? Co się ze mną dzieje? Je­żeli jest piąty paź­dzier­nika go­dzina szes­na­sta, to zo­stało mi pół­to­rej go­dziny do wy­lotu. Nie mam szans. Nie zdążę...

Pięć lat wcze­śniej

Oks­ford, aka­de­mik, 1 paź­dzier­nika

Bu­dzę się póź­niej niż zwy­kle. Naj­wy­raź­niej wczo­raj­sza mę­cząca po­dróż i całe za­mie­sza­nie z nią zwią­zane za­dzia­łały do­brze na mój nie­spo­kojny za­zwy­czaj sen. Otwie­ram oczy. Od­pa­da­jąca z su­fitu farba nie po­zo­sta­wia cie­nia wąt­pli­wo­ści. Od razu wiem, gdzie je­stem: An­glia, a do­kład­niej: Oks­ford. Za­czy­nam stu­dia na wy­dziale ar­chi­tek­tury i de­ko­ra­cji wnętrz. Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, my­ślę i prze­cią­gam się le­ni­wie na twar­dym łóżku. Biorę głę­boki wdech i po­woli wy­pusz­czam po­wie­trze ustami. Chwy­tam za lu­strzankę, żeby uwiecz­nić odra­pany su­fit oświe­tlony pro­mie­niami po­ran­nego słońca. Pierw­sze zdję­cie z mo­jego no­wego ży­cia.

Wspo­mi­nam wczo­raj­szy wie­czór, kiedy do­cie­ram do aka­de­mika, do nie­wiel­kiego sta­rego bu­dynku z czer­wo­nej ce­gły z du­żymi oknami. W środku jest ci­cho i duszno, a spod nie­któ­rych drzwi wy­my­kają się strugi świa­tła. To praw­do­po­dob­nie nocne lampki, które oświe­cają miesz­kan­kom strony czy­ta­nych ksią­żek. At­mos­fera ty­powa dla tego typu bu­dow­nic­twa: wy­so­kie su­fity, sze­ro­kie schody i smród pa­sty do czysz­cze­nia par­kietu. Pani Mi­les, woźna, od­wraca się do mnie w po­ło­wie sze­ro­kiego ko­ry­ta­rza gra­na­to­wych drzwi i wy­tar­tego dy­wanu i przy­kłada pa­lec do ust, na­ka­zu­jąc mi mil­cze­nie. Dziwne, bo od wej­ścia tu­taj nie wy­krztu­si­łam z sie­bie ani słowa. Mój po­kój znaj­duje się na sa­mym końcu. Nu­mer dwa­dzie­ścia osiem. Wielki, długi klucz wy­ko­nuje kilka spraw­nych ob­ro­tów w zamku i wcho­dzimy do ciem­nego po­miesz­cze­nia, w któ­rym pa­nuje przy­jemny chłód. Za­pa­lam świa­tło.

Matko bo­ska! Aka­de­mik wy­działu ar­chi­tek­tury urzą­dzony w stylu su­ro­wej ascezy. Ściany po­ma­lo­wane na bla­do­nie­bie­ski, naj­zim­niej­szy ko­lor na świe­cie, jedno ogromne okno z okien­ni­cami. Łóżko małe, po­je­dyn­cze, sze­roka ko­moda. Oprócz tego stara drew­niana szafa, ta­kie same dwa krze­sła, sto­lik i biurko z zie­loną lampką, żyw­cem wy­cią­gniętą z ame­ry­kań­skich fil­mów. Ale na­wet ona nie jest w sta­nie ura­to­wać wy­stroju. Wą­skie drzwi pro­wa­dzą do ła­zienki z po­żół­kłą ka­biną prysz­ni­cową i za­słonką, na któ­rej wi­dok mam dresz­cze. Od razu wy­obra­żam so­bie, jak pod­czas my­cia jej śli­ski ma­te­riał klei mi się do ple­ców. Kosz­mar.

- Śnia­da­nie jest od szó­stej do dzie­wią­tej w bu­dynku obok, na­prze­ciwko wjazdu na po­se­sję. Do­bra­noc. Wi­dzimy się ju­tro - mówi jed­nym tchem pani Mi­les i wy­cho­dzi, uwa­ża­jąc, żeby ci­cho za­mknąć za sobą drzwi.

Sia­dam na łóżku i roz­glą­dam się do­kład­niej po po­koju. Co za spe­luna! Chyba nie tego się spo­dzie­wa­łam, otrzy­mu­jąc sty­pen­dium i pierw­szą na­grodę w kon­kur­sie na Uni­wer­sy­te­cie we Wro­cła­wiu: wy­jazd na stu­dia na pre­sti­żo­wym Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim. Na pewno nie tego. Po­sta­na­wiam szybko się po­ło­żyć i za­snąć, żeby cza­sem się nie roz­pła­kać. Się­gam po ple­cak i wy­cią­gam apa­rat fo­to­gra­ficzny, żeby zro­bić pierw­sze pa­miąt­kowe zdję­cie tego miej­sca, jed­nak brak od­po­wied­niego oświe­tle­nia mi to unie­moż­li­wia. Nie mam siły na roz­pa­ko­wa­nie wa­lizki i szu­ka­nie lampy bły­sko­wej. Trudno. Opa­dam na łóżko. Po­ściel jest sztywna i wcale nie pach­nie czy­sto­ścią. Śpię jed­nak mocno i po­dej­rza­nie spo­koj­nie, a ra­nek jest za­sko­cze­niem za sprawą za­mknię­tych drew­nia­nych okien­nic, przez które le­dwo prze­bi­jają pro­mie­nie sło­neczne.

Pa­trzę na ze­ga­rek. Dzie­wiąta dwa­dzie­ścia. O kur­czę, śnia­da­nie! Pój­ście spać w ubra­niu oka­zuje się do­sko­na­łym roz­wią­za­niem: w trzy se­kundy wy­ska­kuję z łóżka i stoję przed bu­dyn­kiem in­ter­natu. Słońce przy­grzewa już bez­wstyd­nie, a li­ście na drze­wach po­ły­skują w jego bla­sku. Za­czy­nam ner­wowo szu­kać sto­łówki, o któ­rej mó­wiła wczo­raj pani Mi­les. Szybko znaj­duję par­te­rowy bu­dy­nek. Pa­nuje tu le­niwy na­strój i wszę­dzie unosi się za­pach świeżo pa­rzo­nej kawy. Sia­dam przy pu­stym sto­liku w rogu sali i za­czy­nam ob­ser­wo­wać wszyst­kich do­okoła. Ja­dal­nia po­woli się wy­lud­nia, aż zo­staję w niej sama z parą dziew­czyn, które koń­czą śnia­da­nie, traj­ko­cząc bez prze­rwy. W pew­nym mo­men­cie obie się pod­no­szą i pod­cho­dzą do mnie.

- Cześć. Je­steś nowa? - Ni­ska śliczna bru­netka o sko­śnych oczach pa­trzy na mnie po­god­nym wzro­kiem.

- To aż tak wi­dać?

Wszyst­kie trzy się uśmie­chamy.

- Na­zy­wam się Anna Smith - do­daję.

- To jest Mo­nica Win­tway, ja mam na imię Suza. Suza Lee. Wi­tamy na ar­chi­tek­tu­rze! Który rok? - pyta bru­netka. Mo­nica ma rude włosy i pie­go­watą twarz z brą­zo­wymi oczami w kształ­cie mig­da­łów.

- Pierw­szy. A wy?

- Drugi! - wy­gła­szają rów­no­cze­śnie dziew­czyny, nie ukry­wa­jąc dumy.

- Znasz już tu ko­goś? - rzuca nie­śmiało Suza po chwi­lo­wym za­sta­no­wie­niu, przy­gry­za­jąc swoje mocno ró­żowe wargi.

Za­prze­czam ru­chem głowy.

- Trzeba to zmie­nić. W pią­tek wie­czo­rem urzą­dzamy do­mówkę, jak chcesz, to przyjdź, bę­dzie parę osób z wy­działu. O dwu­dzie­stej pod sie­dem­nastką.

- Eks­tra, na pewno będę - od­po­wia­dam, nie mo­gąc uwie­rzyć, że wła­śnie zo­sta­łam za­pro­szona na stu­dencką im­prezę. Pierw­szą stu­dencką im­prezę w ży­ciu! O rany!

Suza wy­ciąga te­le­fon z to­rebki i pyta:

- Masz In­sta?

Zdaję so­bie sprawę, że z tego po­śpie­chu wzię­łam tylko klucz.

- Mam, daj, znajdę. Zo­sta­wi­łam ko­mórkę w po­koju.

Dziew­czyna po­daje mi te­le­fon, a ja wpi­suję moją na­zwę użyt­kow­nika w wy­szu­ki­warkę In­sta­grama. Nie ma. Spraw­dzam pi­sow­nię i jesz­cze raz kli­kam "Szu­kaj". Nic z tego. Tak jakby moje konto prze­stało ist­nieć. Suza za­czyna się nie­cier­pli­wić:

- Coś nie tak? - pyta.

- To dziwne, ale nie mogę zna­leźć mo­jego konta. - Kręcę no­sem.

- Sprawdź pi­sow­nię.

- Już spraw­dzi­łam... - pró­buję trzeci raz. Znowu pu­dło.

- Może za­blo­ko­wa­łaś opcję wy­szu­ki­wa­nia konta?

- Może... - od­po­wia­dam, choć nie wie­dzia­łam na­wet, że tak można.

- Po­wiedź, jaką masz na­zwę użyt­kow­nika, to wy­ślę ci za­pro­sze­nie, jak tylko wrócę do po­koju. - Od­daję jej te­le­fon.

- Su­za­Le­e04. Do zo­ba­cze­nia! - rzuca, od­da­la­jąc się.

- Na ra­zie!

Do­pi­jam zimną już kawę, fan­ta­zju­jąc o piąt­ko­wym wie­czo­rze, kiedy na­gle czuję na so­bie czyjś wzrok: zza ku­chen­nego okienka ku­charka pa­trzy na mnie spode łba.

- Za­my­kamy! - od­zywa się to­nem, o który bym jej na­wet nie po­dej­rze­wała. Przy­ta­kuję i z nie­tkniętą bułką w ręce kie­ruję się do wyj­ścia.

Go­rący dzień sprawa, że trudno jest się na czym­kol­wiek sku­pić. Nie my­śla­łam, że w An­glii mogą pa­no­wać ta­kie upały. Tym­cza­sem trawa jest wy­pa­lona od słońca i od rana do nocy nie ma czym od­dy­chać. Przez cały dzień udaje mi się tylko wy­pa­ko­wać rze­czy z wa­lizki, obejść mia­steczko aka­de­mic­kie, zgu­bić się w nim dwa razy i zjeść nie­opi­sa­nie po­dej­rzany obiad w sto­łówce. Po­woli to miej­sce wy­peł­nia się ludźmi. Co­raz wię­cej osób targa wiel­kie wa­lizki na po­dwórku przed aka­de­mi­kiem.

Kiedy wra­cam do po­koju, oka­zuje się, że nie mogę zna­leźć ple­caka. Musi tu gdzieś być, prze­cież od przy­jazdu ni­g­dzie z nim nie wy­cho­dzi­łam. Wcze­śniej wy­ję­łam port­fel i pasz­port, które scho­wa­łam w ko­mo­dzie, ale reszta zo­stała, jak ją spa­ko­wa­łam w domu. Ob­la­tuję wzro­kiem po­kój, spraw­dzam szafę i ła­zienkę, jed­nak ple­caka ni­g­dzie nie ma. Za­czy­nam do­kład­nie prze­szu­ki­wać wszyst­kie za­ka­marki i szu­flady ko­mody, choć z pew­no­ścią go tam nie wło­ży­łam. Nie zmie­ściłby się. To zwy­kły czarny ple­cak, ku­piony w mar­ke­cie, bez ozdób czy zna­ków szcze­gól­nych, jed­nak zdą­ży­łam się do niego przy­zwy­czaić, bo mam go od dawna. W do­datku w środku są mój lap­top, te­le­fon ko­mór­kowy - stary, ale dzia­ła­jący bez za­rzutu, oraz port­mo­netka z drob­nia­kami. Pod łóż­kiem też pu­sto. W końcu po­sta­na­wiam roz­sze­rzyć pole po­szu­ki­wań i ru­szam na wy­cieczkę śla­dami Anny Smith, ob­cho­dząc wszyst­kie miej­sca w aka­de­miku i poza nim. Klapa. Ple­cak za­padł się pod zie­mię. Je­dyne, czego jest pełno w każ­dym za­ka­marku mia­steczka stu­denc­kiego, to pu­ste bu­telki po al­ko­holu, tak jakby to­czyła się tu nie­koń­cząca się im­preza. Dzie­ka­nat jest już za­mknięty, ale pani Mi­les pro­wa­dzi mnie do biura rze­czy zna­le­zio­nych, ale tam też szczę­ście mi nie do­pi­suje. Uzna­jemy, że na pewno zo­sta­wi­łam go gdzieś na te­re­nie kam­pusu i ktoś go zwróci ju­tro rano. Za­smu­cona wra­cam do po­koju. Po chwili sły­szę pu­ka­nie do drzwi. Wy­soka chuda bru­netka w sze­ro­kich dżin­sach i bia­łym pod­ko­szulku stoi i mil­czy, pa­trząc na mnie ta­kim wzro­kiem, jak­bym to ja za­wra­cała jej głowę. Jej oczy są duże i pod­krą­żone, a włosy, dłu­gie do ra­mion, zwią­zane w małą kitkę. Spraw­dzam, czy nie zna­la­zła przy­pad­kiem mo­jej zguby, jed­nak jej ręce są pu­ste. Po dłu­giej chwili ob­ser­wa­cji to jed­nak ona się od­zywa, mó­wiąc po­woli i le­ni­wie:

- Miesz­kam za ścianą. Marcy Root.

- Anna Smith. Miło mi.

- To się do­piero okaże - mam­ro­cze.

Otwie­ram sze­rzej oczy, ale nie od­po­wia­dam. Unosi dłoń, za­trzy­muje ją w po­wie­trzu na wy­so­ko­ści swo­jej twa­rzy i do­daje te­atral­nym to­nem:

- Jedna za­sada: ci­sza po­po­łu­dniowa.

- Chyba nocna - pro­po­nuję.

- Nie. Po­po­łu­dniowa. W nocy ro­bisz, co chcesz, ale od pięt­na­stej do dwu­dzie­stej ma być ci­sza, bo wtedy śpię. Od­sy­piam. Ro­zu­miemy się?

Tak bar­dzo mnie za­ska­kuje, że tylko ki­wam głową i stoję, ga­piąc się na nią, gdy ona lu­struje mój po­kój. Kiedy to niby mia­łam ha­ła­so­wać? Szu­ka­jąc ple­caka może?

- Pięt­na­sta-dwu­dzie­sta. Ja­sne? - po­wta­rza, pa­trząc mi w oczy zmę­czo­nym spoj­rze­niem.

- Po­sta­ram się - du­kam, a wtedy Marcy ob­raca się na pię­cie i od­cho­dzi.

Wie­czór cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność i sie­dzę smutna na za­pad­nię­tym łóżku, po­zba­wiona in­ter­netu i te­le­fonu. Roz­my­ślam o ju­trze i o roz­po­czę­ciu roku aka­de­mic­kiego. My­ślę o ro­dzi­cach i o mo­jej przy­ja­ciółce Mai. Wszy­scy zo­stali we Wro­cła­wiu. Moja mama, naj­pięk­niej­sza ko­bieta na świe­cie, czuła, cie­pła, pełna gra­cji i ener­gii. Po­lka. Mój oj­ciec, za­bawny, wy­soki i za­czy­tany. Za­ko­chany w mo­jej ma­mie, naj­mniej an­giel­ski An­glik, ja­kiego znam. Bry­tyj­czyk, który na prze­kór wszyst­kiemu wy­brał kraj ko­mu­ni­styczny w sta­nie wo­jen­nym i uko­chaną ko­bietę, za­miast wró­cić do wol­nego Lon­dynu. Od lat jest skłó­cony z całą swoją ro­dziną, co pew­nie uła­twiło mu ten wy­bór, a jed­no­cze­śnie przy­czy­niło się do tego, że dziś czuję się tu zu­peł­nie obco, cho­ciaż bie­gle znam an­giel­ski. Ten ję­zyk i oby­wa­tel­stwo bry­tyj­skie są je­dy­nymi rze­czami, ja­kie wiążą mnie z tym kra­jem. Oj­ciec ni­gdy nas tu nie przy­wiózł. Ni­gdy też nie opo­wia­dał mi o swo­jej ro­dzi­nie ani o swoim ży­ciu przed emi­gra­cją do Pol­ski. Nie lu­bił tego te­matu i la­tami go uni­kał, aż w końcu, po pro­stu, prze­sta­łam py­tać. Nie chciał wra­cać do An­glii, a nie­wy­gó­ro­wane za­robki na­uczy­ciela ję­zyka an­giel­skiego i na­uczy­cielki tańca i tak nie po­zo­sta­wiały wiel­kiego wy­boru. Na wa­ka­cje wy­jeż­dża­li­śmy rzadko i pra­wie ni­gdy za gra­nicę. Je­ste­śmy w su­mie ty­pową pol­ską ro­dziną, tyle że dwu­ję­zyczną. Mia­łam bar­dzo szczę­śliwe dzie­ciń­stwo, z tor­tami uro­dzi­no­wymi, książ­kami czy­ta­nymi na do­bra­noc, zam­kami z pia­sku na bał­tyc­kiej plaży i ka­nap­kami z żół­tym se­rem w tor­ni­strze do szkoły. Te­raz na­gle tę­sk­nię do tego wszyst­kiego i przez chwilę za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy do­brze zro­bi­łam. Bar­dzo chcia­łam wy­je­chać i po­znać oj­co­wi­znę, o któ­rej tak nie­wiele wie­dzia­łam. I kiedy wy­sy­ła­łam pro­jekt placu za­baw dla dzieci na kon­kurs dla ma­tu­rzy­stów or­ga­ni­zo­wany przez wy­dział ar­chi­tek­tury, serce wa­liło mi jak sza­lone. Na­wet chyba bar­dziej niż wtedy, kiedy oka­zało się, że go wy­gra­łam. Ale tu i te­raz je­stem bar­dzo, bar­dzo sama. A oni są tam. Da­leko.

Tej nocy trudno mi za­snąć i gdy bu­dzik dzwoni o siód­mej, nogi za nic w świe­cie nie chcą się zsu­nąć na pod­łogę. Chłodny prysz­nic spłu­kuje ze mnie resztki snu. Dżinsy i biała ko­szula wy­dają mi się naj­bar­dziej od­po­wied­nim stro­jem. Zbie­ram swoje dłu­gie, pro­ste włosy w kok i ru­szam nie­pew­nym kro­kiem na śnia­da­nie.

Tym ra­zem sto­łówka jest prze­peł­niona. Przy każ­dym sto­liku sie­dzi kilka osób, ko­lejka po je­dze­nie sięga aż za ladę. Uwiel­biam śnia­da­nia, jed­nak dziś mam ści­śnięty żo­łą­dek i trudno mi co­kol­wiek wy­brać. Nic nie wy­daje mi się ape­tyczne, więc biorę tylko kawę. Udaje mi się zna­leźć sto­lik z dwoma wol­nymi miej­scami. Sie­dzą już przy nim dziew­czyna z chło­pa­kiem. Na szczę­ście są bar­dzo za­jęci sobą i po uprzej­mej wy­mia­nie "dzień do­bry" i "jak leci" wra­cają do oma­wia­nia no­wego planu za­jęć i na­rze­ka­nia na wy­kła­dow­ców. Ob­ser­wuję lu­dzi do­okoła. Wy­daje mi się, że wszy­scy się do­sko­nale znają i je­stem tu je­dyną nową osobą. Na­gle, parę sto­li­ków da­lej, wi­dzę Marcy Root, sie­dzącą w gro­nie sam­ców. Opo­wiada coś, prze­sad­nie przy tym ge­sty­ku­lu­jąc i wy­wo­łu­jąc u swo­ich słu­cha­czy dzi­kie wy­bu­chy śmie­chu. Ryba w wo­dzie. Po chwili do­strze­gam dwie dziew­czyny, które za­gad­nęły mnie w pierw­szy dzień. Suza ma­cha ręką i daje znak, że­bym się przy­sia­dła. Biorę kawę i zbli­żam się do ich sto­lika.

- Hej! Po­zwól, że cię przed­sta­wię. To jest Marc Price, to Finn Con­nors, a to Lor­can Ma­idley - re­cy­tuje i uśmie­cha się, kiedy wy­po­wiada imię tego ostat­niego. - Anna Smith, nowa są­siadka Marcy Root.

- Hejka! Co tam? - od­po­wia­dają po ko­lei.

Marc Price jest chyba nie­śmiały, bo na­wet nie pa­trzy mi w oczy, ma ciemne blond włosy i okrą­głe oku­lary. Finn Con­nors, wy­spor­to­wany bru­net, wita mnie hol­ly­wo­odz­kim uśmie­chem, ale Lor­can jest zde­cy­do­wa­nie naj­przy­stoj­niej­szy z ca­łej trójki. Ma ja­sne blond włosy w nie­ła­dzie, jakby roz­wiał je wiatr, i wiel­kie chło­pięce nie­bie­skie oczy, które przy­cią­gają mój wzrok jak ma­gnes. Mu­szę się sku­pić, żeby od­wró­cić głowę. On zerka na mnie po­spiesz­nie i sili się na uśmiech, który jest wy­mu­szony uprzej­mo­ścią, ale i tak po­wala. Musi być za­ro­zu­mia­łym pod­ry­wa­czem, świa­do­mym swo­jej urody. Trudno się jed­nak oprzeć, żeby na niego nie lu­kać.

- Z kim tam sie­dzia­łaś? - pyta Suza, po czym, nie da­jąc mi szansy na od­po­wiedź, cią­gnie: - Anna jest na pierw­szym roku i przy­je­chała z ... - Spo­gląda na mnie py­ta­jąco, ak­cen­tu­jąc ostat­nie słowo.

- Z Pol­ski - koń­czę za nią i rzu­cam spoj­rze­nie w kie­runku Marcy, która da­lej za­ba­wia swoją pu­blicz­ność.

Ką­tem oka wi­dzę, jak przy­stojny chło­pak pi­sze coś na te­le­fo­nie ko­mór­ko­wym, zu­peł­nie nie słu­cha­jąc o czym mowa.

- Nie sły­chać ak­centu, świet­nie mó­wisz po an­giel­sku - rzuca Finn, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać.

- Mój tato jest Bry­tyj­czy­kiem - od­po­wia­dam.

- To co, przy­cho­dzisz w pią­tek na im­prę? - Suza w ogóle na mnie nie pa­trzy, tylko roz­gląda się do­okoła tak, jakby ko­goś szu­kała.

Nie je­stem pewna, czy mówi do mnie. Po chwili gapi się na mnie nie­cier­pli­wym wzro­kiem i po­wta­rza, mó­wiąc wol­niej i ce­dząc każde słowo. Mam wra­że­nie, że ucho­dzę za nie­do­ro­zwi­niętą, je­śli nie umy­słowo, to przy­naj­mniej ję­zy­kowo...

- Tak, mó­wi­łam już, że przyjdę - ry­zy­kuję.

- Cool! Wszy­scy będą. - Mam wielką ochotę spoj­rzeć na Lor­cana, żeby zo­ba­czyć, czy też bę­dzie, ale się nie ośmie­lam.

- Wszy­scy? - py­tam, pa­trząc na pę­ka­jącą w szwach sto­łówkę.

- Nie... No, nie wszy­scy, ale wszy­scy ci, któ­rych za­pro­si­ły­śmy.

- Same ho­tówy - do­daje Finn i ob­rywa od Mo­niki po gło­wie.

- Bę­dzie su­per. Zo­ba­czysz. Stę­sk­ni­łam się za na­szymi im­pre­zami - do­rzuca Suza roz­ma­rzo­nym gło­sem i pusz­cza za­lot­nie oko Ma­idley­owi.

Ten uśmie­cha się ką­ci­kiem ust i roz­kłada na krze­śle, są­cząc resztki go­rą­cego na­poju ze sto­łów­ko­wego kubka. Wtedy do sto­lika pod­cho­dzi nowa dziew­czyna i pyta:

- Kto idzie na fajkę?

Wszy­scy wstają. Nie chcąc zo­stać sama, wy­cho­dzę z nimi. Na ze­wnątrz stoi już spora grupa i dys­ku­tuje. Ma­idley wy­ciąga paczkę marl­boro i wy­sta­wia ją w moim kie­runku bez słowa.

- Nie, dzię­kuję, nie palę - oznaj­miam, a jego gę­ste, dłu­gie rzęsy przy­cią­gają mój wzrok. Chło­pak spo­gląda na mnie po­spiesz­nie i znów szybko od­wraca głowę. Zde­cy­do­wa­nie jest ze­psu­tym do szpiku ko­ści ko­bie­cia­rzem. Ta ide­alna twarz mówi sama za sie­bie. Im szyb­ciej dam so­bie z nim spo­kój, tym le­piej. Po­woli czuję, jak ota­cza mnie woń owo­co­wych e-pa­pie­ro­sów po­mie­sza­nych z tra­dy­cyj­nym dy­mem. Wszy­scy coś py­kają. Kró­lują ar­buz i ma­lina.

- Ja ofi­cjal­nie też nie palę, ale na coś trzeba umrzeć. No chyba że zna­la­złaś lep­szy spo­sób - od­zywa się nie­spo­dzie­wa­nie.

- Na co?

- Na umie­ra­nie.

- Jak umie­rać, to tylko z mi­ło­ści - wy­pa­lam bez za­sta­no­wie­nia.

- Brzmi tra­gicz­nie. Ale daj znać, jak ci po­szło.

Za­tyka mnie, więc pró­buję pa­trzeć w in­nym kie­runku, za­sta­na­wia­jąc się, co po­wie­dzieć. Lor­can, nie cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź, za­ciąga się i po­woli wy­pusz­cza dym, wpa­tru­jąc się to w niebo, to w lu­dzi sto­ją­cych obok. Ob­ser­wuję ten ni­ko­ty­nowy spek­takl w mil­cze­niu. Na­gle oży­wia się i pyta, pa­trząc mi pro­sto w oczy:

- Lu­bisz fan­ta­stykę?

Spo­glą­dam na niego za­sko­czona i pró­buję so­bie przy­po­mnieć, co lu­bię.

- Nie, zu­peł­nie nie... - od­po­wia­dam ci­cho.

Kiwa głową i od­wraca się do Marca, który stoi obok. Chcia­łaś, to masz!

Roz­po­czę­cie roku od­bywa się w wiel­kiej auli, któ­rej okna zdo­bione są ko­lo­ro­wymi wi­tra­żami, ja­kie wi­dy­wa­łam w ko­ścio­łach. Słońce prze­świ­tuje przez wie­lo­barwne szkiełka. Po uro­czy­stych prze­mó­wie­niach rek­tora, dzie­kana i kilku wy­kła­dow­ców rok aka­de­micki uzna­jemy za roz­po­częty. Każą nam udać się do se­kre­ta­riatu i ode­brać plan za­jęć, co też po­tul­nie ro­bię. Biuro rze­czy zna­le­zio­nych jest te­raz naj­czę­ściej od­wie­dza­nym przez mnie miej­scem w aka­de­miku, choć nie­stety bez skutku. W dzie­ka­na­cie ra­dzą mi zgło­sić sprawę znik­nię­cia ple­caka na po­li­cję, idę więc na ko­mendę po pierw­szych za­ję­ciach i wy­peł­niam od­po­wied­nie do­ku­menty.

Pod­czas na­stęp­nych dni po­znaję pra­wie wszyst­kich wy­kła­dow­ców. Więk­szość jest w po­rządku, je­den z nich to wy­jąt­kowy nu­dziarz i już wiem, że od­pusz­czę so­bie część jego za­jęć. In­try­guje mnie za to pani Barry, ko­bieta pro­wa­dząca wy­kłady o dzi­wacz­nym ty­tule: "Od ide­al­nej sy­me­trii XVI wieku do sy­me­trycz­nej asy­me­trii XXI wieku w ogro­dach i par­kach kró­lew­skich zam­ków an­giel­skich". Nie­sa­mo­wite... Za­ję­cia w więk­szo­ści od­by­wają się w ma­łych sa­lach dla kilku za­le­d­wie osób, a tylko trzy wy­kłady w am­fi­te­atrze dla więk­szej grupy bez względu na rocz­nik.

Szybko od­kry­wam też wady ży­cia w aka­de­miku. Mimo że jest to stary bu­dy­nek, dziw­nym spo­so­bem wszystko sły­chać zza ściany. Wiem, kiedy kto bie­rze prysz­nic czy ko­rzy­sta z to­a­lety. Sły­szę roz­mowy i każdą inną czyn­ność wy­ko­ny­waną gło­śno przez mo­ich są­sia­dów. Czuj­nik dymu za­in­sta­lo­wany w ko­ry­ta­rzu włą­cza się śred­nio dwa razy w ty­go­dniu i wyje w środku nocy, bo do nie wszyst­kich do­tarło, że nie można pa­lić w bu­dynku. In­we­stuję więc w za­tyczki do uszu, ale nie do końca roz­wią­zują pro­blem. Je­stem nie­śmiała, a do tego ze­stre­so­wana, więc pierw­sze dni na uczelni spę­dzam sama w po­koju, i za­nim się obej­rzę, jest już pią­tek rano, a ja nie znam ni­kogo no­wego.

Po sto­łów­ko­wych po­ga­dusz­kach przy owsiance z Suzą i Mo­nicą i po dwóch kub­kach moc­nej, czar­nej kawy idę na za­ję­cia. Pierw­szy wy­kład, z hi­sto­rii ar­chi­tek­tury, od­bywa się w auli. Sia­dam w jed­nym ze środ­ko­wych rzę­dów, obok blon­dynki za­pa­trzo­nej w ekran ta­bletu. Do roz­po­czę­cia za­jęć po­zo­stało jesz­cze pra­wie pięć mi­nut i sala do­piero te­raz za­czyna na­bie­rać ko­lo­rów. Ob­ser­wuję osoby wcho­dzące i te, które sie­dzą do­okoła mnie. Więk­szość ma pewne sie­bie miny i wy­strza­łowe ciu­chy. Dziew­czyny no­szą modne buty i sta­ranne ma­ki­jaże, a chło­paki ba­wią się naj­now­szymi ga­dże­tami, elek­tro­nicz­nymi cu­deń­kami, któ­rych więk­szo­ści ni­gdy nie mia­łam na­wet w rę­kach. Zdą­ży­łam już na­brać pew­no­ści, że w ca­łym kam­pu­sie je­stem je­dyną osobą bez lap­topa czy ta­bletu. Ple­cak się nie zna­lazł i po­win­nam za­cząć się za­sta­na­wiać, za co ku­pię nowy sprzęt. Na ra­zie mu­szą mi wy­star­czyć ze­szyt i dłu­go­pis, cho­ciaż nie mia­łam ich w ręce od ma­tury. Na­gle do sali wcho­dzi star­szy pan i gwar ustaje. Pra­wie wszyst­kie miej­sca są za­jęte. W mo­men­cie kiedy wy­kła­dowca włą­cza mi­kro­fon, aby się przed­sta­wić, ktoś mówi do mnie szep­tem:

- Cześć.

To Lor­can Ma­idley z tym swoim uwo­dzi­ciel­skim uśmiesz­kiem w ką­ciku ust.

- Hej - szep­czę, kiedy prze­ci­ska się mię­dzy mną a bla­tem, żeby za­jąć miej­sce obok. Sa­dowi się przez mo­ment, pró­bu­jąc zmie­ścić dłu­gie nogi na wą­skiej prze­strzeni mię­dzy ławką a pod­łogą. Fakt, na­wet mnie jest tu cia­sno, a on jest na­prawdę wy­soki. Wy­gląda to ko­micz­nie. W końcu siada i wy­ciąga mi­ni­lap­topa z wą­skiej torby. Sta­wia go przed sobą i pa­trzy lekko zdzi­wiony na mój ze­szyt.

- Ale je­steś vin­tage. Gdzie twój sprzęt? Awa­ria?

- Nie po­sia­dam... - Po czym, wi­dząc nie­do­wie­rza­nie w jego oczach, szybko do­daję: - Chwi­lowo...

- A!

Na­gle ktoś z tyłu za­czyna nas uci­szać gło­śnym i prze­sad­nym "ciii...", wy­kład już się za­czął i po­sta­na­wiam sku­pić się na nim, a nie na moim pach­ną­cym pa­pie­ro­sami ko­le­dze. Ła­twiej po­wie­dzieć niż wy­ko­nać. Przez całe za­ję­cia mój wzrok ucieka w stronę ekranu jego kom­pu­tera, na któ­rym wid­nieją co rusz to inne strony in­ter­ne­towe, prze­waż­nie me­dia spo­łecz­no­ściowe. Od czasu do czasu Lor­can robi no­tatki z za­jęć w osob­nym pliku, z za­dzi­wia­jącą jak dla mnie szyb­ko­ścią stu­ka­jąc w kla­wia­turę swo­imi dłu­gimi kan­cia­stymi pal­cami o wy­su­szo­nej skó­rze. Wszystko to spra­wia, że na ko­niec wy­kładu w moim ze­szy­cie wid­nieją trzy śred­niej dłu­go­ści zda­nia, w tym jedno prze­kre­ślone, za to Lor­can ma cztery pełne strony z od­ręb­nymi pa­ra­gra­fami. Na­wet nie za­uwa­żam, kiedy wy­kład się koń­czy. Na­gle wi­dzę lu­dzi wy­cho­dzą­cych po­woli z sali i Lor­cana, który stoi nade mną i rzu­ciw­szy okiem na moje za­pi­ski, orzeka:

- Po­daj mi swój mejl, prze­ślę ci no­tatki.

Za­czy­nam ner­wowo no­to­wać swój ad­res na rogu kartki w ze­szy­cie.

- Też się od­zwy­cza­iłem od od­ręcz­nych no­ta­tek - do­daje, wi­dząc moje za­kło­po­ta­nie. - To na ra­zie - rzuca, od­da­la­jąc się.

- Na ra­zie. I dzięki - mó­wię z wy­mu­szo­nym uśmie­chem, który ma ukryć moje za­wsty­dze­nie.

Pew­nie te­raz po­my­śli, że albo nie je­stem w sta­nie zro­zu­mieć wy­kładu, albo co gor­sza, nie po­tra­fię się sku­pić, bo my­ślę o nim. Oby­dwie wi­zje wy­dają mi się tra­giczne. Naj­chęt­niej za­pa­dła­bym się pod zie­mię... Lor­can od­wza­jem­nia mój niby-uśmiech, od­sła­nia­jąc w swoim dwa rzędy bia­łych jak pe­rełki zę­bów, po czym znika mi z pola wi­dze­nia.

Ja­kie są szanse na to, że spo­tkam go poza uczel­nią? Zni­kome. A jed­nak. Wy­star­czy wyjść po­spa­ce­ro­wać z apa­ra­tem po High Street, głów­nej ulicy Oks­fordu.

Prze­cze­suję wzro­kiem uliczne ławki, krzaki i ko­sze na śmieci z na­dzieją, że znajdę mój uko­chany ple­cak, a w nim cenne zguby. Na marne. Jed­nak nie można uznać tego wyj­ścia za zu­peł­nie stra­cone, bo po dłuż­szym szwen­da­niu, w dro­dze po­wrot­nej, na­ty­kam się na Lor­cana. Pra­cuje jako kel­ner w ogródku jed­nej z re­stau­ra­cji nie­da­leko aka­de­mika. Do­strze­gam go już z da­leka. Chło­pak przy­ciąga dam­skie spoj­rze­nia, wy­soki zgrabny blon­dyn. Ob­ser­wuję go chwilę. Kusi mnie oczy­wi­ście, żeby zro­bić mu kilka zdjęć z ukry­cia, ale kiedy tylko uno­szę apa­rat i kli­kam, spo­gląda na mnie, mimo że stoję kil­ka­dzie­siąt kro­ków da­lej po dru­giej stro­nie ulicy. Ma­cham, żeby miał szansę mnie roz­po­znać, po czym ru­szam w jego kie­runku. Kiedy się zbli­żam, wita mnie zdzi­wio­nym wzro­kiem.

- Pra­cu­jesz tu?

- Chcesz coś zjeść? - mó­wimy jed­no­cze­śnie.

Oboje uśmie­chamy się i znów jed­no­cze­śnie od­po­wia­damy.

On:

- Tak.

Ja:

- Nie.

Te­raz robi się już dziw­nie.

- Ko­mu­ni­ka­cja jest bar­dziej sku­teczna, kiedy każdy z roz­mów­ców czeka na swoją ko­lej. Ale rób, jak chcesz. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach jest to zu­peł­nie na­tu­ralne, ale wiem z do­świad­cze­nia, że ko­biety stre­sują się w mo­jej obec­no­ści - wy­gła­sza bez za­jąk­nię­cia.

Jak można być tak za­ro­zu­mia­łym?!

- Spró­buję - wzdy­cham i po­sta­na­wiam grać w jego te­atrzyku.

- Śle­dzisz mnie? - pyta, prze­cie­ra­jąc blaty sto­li­ków mo­krą ścierką.

- Nie do końca.

- Czyli jed­nak tro­chę. - Unie­sione ką­ciki ust.

- Ro­bię zdję­cia. - Po­ka­zuję ca­nona.

Lor­can wy­trzesz­cza oczy.

- Ty jed­nak je­steś bar­dzo vin­tage.

- Bo?

- No­tatki w ze­szy­cie, zdję­cia apa­ra­tem fo­to­gra­ficz­nym... Komu się chce tasz­czyć coś tak cięż­kiego? - Wska­zuje na apa­rat.

- Fo­to­gra­fom się chce.

- Eli­tar­nie! - kwi­tuje.

- Robi znacz­nie lep­sze zdję­cia niż te­le­fon - tłu­ma­czę się, sama nie wiem czemu.

- Pa­pa­razzo! Wi­dzia­łem. Po­bie­ram za to opłaty. Sorry, ale mu­szę do­ra­biać - do­daje, wska­zu­jąc ru­chem ręki, że pra­cuje.

- To ka­suję, bo mnie nie stać.

- Po­każ, oceńmy naj­pierw twoje moż­li­wo­ści. To może być warte mi­liony!

Par­skam śmie­chem. Za­bawny jest w kre­owa­niu wła­snego wi­ze­runku. Włą­czam apa­rat i wy­świe­tlam ostat­nie zro­bione zdję­cie. Nie­stety uży­łam zoomu i ja­sne jest, że ce­lo­wa­łam w Lor­cana. Trudno bę­dzie się z tego te­raz wy­mi­gać. Wpa­dłam... Ale udało mi się uchwy­cić jego spoj­rze­nie, kiedy do­strzegł mnie z da­leka, ten mo­ment, kiedy mózg re­je­stro­wał moją obec­ność. To była pierw­sza se­kunda ini­cju­jąca uśmiech. Ide­alne świa­tło, ostrość i ba­lans. Po­wa­la­jący kadr. Ma ra­cję. To jest warte mi­liony. Przez chwilę czuję przy­pływ dumy, bo to chyba dzięki mnie wy­szedł tak sek­sow­nie. Nie daje mi się tym na­cie­szyć. Zerka po­spiesz­nie i otwiera usta, żeby coś po­wie­dzieć, jed­nak w tym mo­men­cie sły­szymy do­bie­ga­jący z lo­kalu głos.

- Gdzie on jest? Za­mó­wie­nie czeka!

- Prze­pra­szam - mówi, po czym po­spiesz­nie idzie do środka.

- Wra­cam do aka­de­mika - wo­łam, ale nie wiem, czy mnie sły­szy.

W piąt­kowy wie­czór nie­trudno zna­leźć po­kój nu­mer sie­dem­na­ście. Wy­star­czy skie­ro­wać się w stronę na­ra­sta­ją­cego ha­łasu i gęst­nie­ją­cej chmury pa­pie­ro­so­wego dymu po­mie­sza­nego z za­pa­chem ar­buza. To zde­cy­do­wa­nie ulu­biony smak stu­denc­kiego e-pa­pie­rosa. W tej czę­ści bu­dynku czuj­nik dymu chyba nie działa, bo nic tu nie dzwoni. Mam na so­bie dżinsy i czarny pod­ko­szu­lek, włosy zo­sta­wi­łam roz­pusz­czone. Skrom­nie w po­rów­na­niu z mo­imi ko­le­żan­kami z uczelni, po­prze­bie­ra­nymi w naj­mod­niej­sze kre­acje. Tak jed­nak czuję się naj­le­piej, w spodniach i bez ma­ki­jażu je­stem po pro­stu sobą. Sze­ro­kie dżinsy choć tro­chę ma­skują moje ko­ści­ste, chude nogi, które mają tę je­dyną za­letę, że są na­prawdę dłu­gie. Nie po­tra­fię się ma­lo­wać, a na modne ciu­chy mnie nie stać. Wcze­śniej to mnie nie ob­cho­dziło, te­raz za­czyna do mnie do­cie­rać, że ten zwy­czajny wy­gląd w no­wym śro­do­wi­sku robi ze mnie out­si­derkę. W do­datku nie mam sta­nika. Nie cier­pię no­sić sta­nika. Na szczę­ście mój roz­miar na to po­zwala.

Dwie biu­ścia­ste pa­nienki w pa­sach le­dwo za­kry­wa­ją­cych im po­śladki i ce­ki­no­wych to­pach stoją przy drzwiach z ko­lo­ro­wymi drin­kami w dło­niach. Na mój wi­dok par­skają śmie­chem. Gło­śno wzdy­cham i wy­sta­wiam rękę, żeby otwo­rzyć drzwi. Wcho­dzę do środka. Roz­glą­dam się do­syć długo, ale nie mogę zna­leźć ani jed­nej zna­jo­mej twa­rzy. Co za miej­sce! Po­kój nu­mer sie­dem­na­ście jest znacz­nie więk­szy od mo­jego i w ni­czym go nie przy­po­mina. Stare fo­tele i ka­napa, przy któ­rych stoją małe sto­liczki, spra­wiają, że czuję się tu jak w pu­bie. Lampki i za­pa­lone świeczki na­dają temu miej­scu bar­dzo cie­pły wy­gląd. Na ścia­nach wi­szą pla­katy ze sta­rych pre­mier fil­mo­wych, je­den z nich przy­kuwa mój wzrok: Śnia­da­nie u Tif­fany'ego z Au­drey Hep­burn. Mój uko­chany film i ulu­biona ak­torka. Ileż ta ko­bieta miała gra­cji! Nie­do­ści­gniony ideał wdzięku i urody. Cie­kawy na­strój. Po­doba mi się tu. Na­gle ktoś kle­pie mnie po ra­mie­niu.

- Finn! - mó­wię z ulgą, bo wresz­cie spo­ty­kam ko­goś zna­jo­mego.

- Wi­tam. Fanka sta­rego kina? - pyta, pa­trząc na pla­kat.

- Au­drey Hep­burn.

- O tak, bo­ska Au­drey... Co za ta­lent! - do­daje z ma­rzy­ciel­skim uśmie­chem.

Dwie dziew­czyny prze­cho­dzą koło nas chwiej­nym kro­kiem, zo­sta­wia­jąc za sobą mocny za­pach kwia­to­wych per­fum. Na twa­rzy Finna po­ja­wia się lekki gry­mas kpiny. Przez chwilę pa­trzy za nimi, po czym od­wraca się do mnie.

- Spra­gniona? - pyta z uśmie­chem.

- Tro­chę.

- Po­cze­kaj, za­raz ci coś przy­niosę. - Finn znika w tłu­mie, a ja da­lej roz­glą­dam się po po­koju.

Więk­szość osób spra­wia wra­że­nie sta­łych by­wal­ców: na lu­zie, z kie­lisz­kami w dło­niach sie­dzą lub pół­leżą, roz­ma­wia­jąc i śmie­jąc się. Pary szep­czą so­bie do uszu albo się ca­łują. Są też tacy, któ­rzy za­ba­wiają to­wa­rzy­stwo, na przy­kład Marcy Root. Czyżby ci­sza po­po­łu­dniowa już się skoń­czyła? Kilka osób kiwa się po­woli w rytm mu­zyki. Boże! Tu jest na­wet kuch­nia i jesz­cze ja­kaś dziw­nie duża wnęka.

- Hejka! - woła ra­do­śnie Suza, idąc w moim kie­runku z dwoma nie­bie­skimi drin­kami w rę­kach. To nie wy­gląda mi na coś na­da­ją­cego się do pi­cia... - Świet­nie, że je­steś. Finn ka­zał mi to prze­ka­zać. Coś go za­trzy­mało, a ra­czej ktoś - mówi, od­wra­ca­jąc się w stronę chło­paka, który go­rąco ob­ca­ło­wuje to­nącą w jego ra­mio­nach Mo­nicę.

- Nie wie­dzia­łam, że są parą - od­po­wia­dam, nie­śmiało bio­rąc szklankę z ja­skra­wo­nie­bie­ską cie­czą. Co to może być?

- To naj­star­sza para tego rocz­nika. Są ra­zem, od­kąd pa­mię­tam - wy­ja­śnia Suza i pusz­cza do mnie oczko. Ma na so­bie bar­dzo krótką, sza­ro­srebrną su­kienkę, która za­czyna się na li­nii biu­stu, a koń­czy tuż za po­ślad­kami. Wy­gląda w niej bo­sko za sprawą wspa­nia­łej fi­gury i pew­no­ści sie­bie. Szczę­ściara.

- To co? Chcesz po­znać na­szych zna­jo­mych? - pro­po­nuje i jak zwy­kle, nie cze­ka­jąc na moją od­po­wiedź, bie­rze mnie za rękę i ru­szamy przed sie­bie.

Nie cier­pię ta­kich sy­tu­acji. Nie po­tra­fię za­pa­mię­ty­wać imion kilku osób po­zna­wa­nych na­raz. I tak ni­czym przez gę­ste sito, prze­py­chamy się przez tłum roz­ba­wio­nych go­ści przed­sta­wia­ją­cych się mi je­den po dru­gim. Mam wra­że­nie, że wszy­scy są pi­jani, a im­preza prze­cież do­piero się za­częła! Co chwila ktoś wy­mie­nia mi kie­li­szek, ser­wu­jąc za każ­dym ra­zem in­nego drinka, nie­które z nich są obrzy­dli­wie słod­kie, inne kwa­skowe. W pew­nym mo­men­cie tra­fiam do mniej­szego po­miesz­cze­nia obok, tej dziw­nej wnęki, gdzie grupa dziew­czyn wy­gina się w rytm mu­zyki. Za­czy­nam tań­czyć, bo to po­tra­fię, i tylko w ten spo­sób udaje mi się utrzy­mać na no­gach. Nie ma się co oszu­ki­wać. Te­raz ja też je­stem pi­jana.

Nie wiem, ile czasu tak spę­dzam, ale na­gle, wy­czer­pana, prze­bu­dzam się w ra­mio­nach ja­kie­goś ko­le­sia. Po­ja­wia się zni­kąd i szep­cze mi do ucha nie­zro­zu­miałe słowa. Mimo prób wiel­kiego sku­pie­nia nie udaje mi się roz­po­znać, kim jest ani co mówi. Mam ciężką głowę i mieni mi się w oczach. Jest źle. Bar­dzo źle! Mu­zyka staję się za gło­śna.

- Halo? - py­tam. - Czy ktoś może ści­szyć to gówno?

Te­raz je­ste­śmy na ze­wnątrz. Świeże po­wie­trze od­biera mi resztki rów­no­wagi i osu­wam się na zie­mię.

- Usiądź. Nie krę­puj się! - mówi ucie­szony głos.

Od­zy­skuję wzrok. Lor­can Ma­idley we wła­snej oso­bie.

- Co ty tu ro­bisz? - beł­ko­czę.

- O, udało ci się skle­cić po­prawne zda­nie po an­giel­sku! Brawo! Zda­nie pro­ste, ale to już coś! Py­ta­nie w su­mie. Co tu ro­bię? Ra­tuję cię! - Za­do­wo­lony pa­trzy mi pro­sto w oczy. Mu­szę wy­glą­dać tra­gicz­nie. Chi­cho­cze. Chwy­tam głowę, żeby mi nie od­pa­dła, a ko­lo­rowe drinki pod­cho­dzą mi do gar­dła. Za­raz rzy­gnę tę­czą jak ja­kiś jed­no­ro­żec.

- Nie czuję się za do­brze. Chyba będę wy­mio­to­wać...

- Bo­sko! Wy­mioty na pierw­szej randce. Klasa! - Bije mi brawo.

Nie mam siły się te­raz bro­nić. Sku­piam się na tym, żeby nie zmie­nić po­zy­cji sie­dzą­cej na le­żącą.

- Randka? Chciał­byś! - Le­dwo żyję, ale się sta­wiam, choć mó­wie­nie rze­czy­wi­ście przy­cho­dzi mi z tru­dem. Cała ja.

- Je­śli wo­lisz, mo­żemy na­zwać to pik­ni­kiem na tra­wie przy świe­tle księ­życa - mówi te­atral­nym gło­sem, a jego ręce wy­ma­chują w kie­runku roz­gwież­dżo­nego nieba.

Zer­kam na niego spod roz­czo­chra­nych wło­sów. Co za wi­dok! Mlecz­no­biała skóra i ja­sne oczy kon­tra­stują z ciem­nym tłem nocy. Po chwili siada obok na ziemi i ob­ser­wuje moje cier­pie­nie z bar­dzo bli­skiej od­le­gło­ści. Na­gle mój or­ga­nizm de­cy­duje, że to ko­niec na­szego t?te a t?te i tra­giczna rze­czy­wi­stość bie­rze górę. Nie mogę się po­wstrzy­mać. Nie­stety. Rzy­gam gło­śnio i da­leko, ustami i no­sem, jak­bym brała udział w ja­kimś upior­nym kon­kur­sie. Im da­lej, tym le­piej. Lor­can naj­pierw się od­suwa, a po­tem bo­ha­ter­sko przy­trzy­muje mi włosy, co jesz­cze bar­dziej mnie po­niża. Czuję się podle. Bar­dzo podle.

- Po­win­naś się po­ło­żyć - pro­po­nuje, kiedy się uspo­ka­jam, po czym od­pro­wa­dza mnie do mo­jego po­koju. Pod­piera mnie chwi­lami, że­bym nie upa­dła. Przy drzwiach daję mu klucz, bo dziurka wy­daje mi się zde­cy­do­wa­nie za mała...

- Idź już! - mó­wię, kiedy otwiera drzwi.

Wcho­dzimy do środka. Od razu lą­duję na łóżku. Lor­can stoi nade mną.

- No, spa­daj! - Po­na­glam go i za­sy­piam.

Wię­cej grze­chów nie pa­mię­tam...

Na­za­jutrz bu­dzi mnie pa­lące słońce. Leżę w ubra­niu, otu­lona prze­ście­ra­dłem. Okno i okien­nice są sze­roko otwarte, pro­mie­nie pa­dają do­kład­nie tam, gdzie spo­czywa moja głowa. Kom­plet­nie za­schło mi w gar­dle. Wstaję i po­wol­nym kro­kiem idę do umy­walki. Piję. Spo­glą­dam na ze­ga­rek. Trzy­na­sta czter­dzie­ści. Cho­lera! Kawa. Po­trzeba mi kawy! Biorę szybki prysz­nic, bo wy­czu­wam smród za­schnię­tych wy­mio­cin i pe­tów. W dro­dze do sto­łówki na­ty­kam się na Mo­nicę. Z pa­ru­ją­cym kub­kiem w ręce idziemy do parku i sia­damy na ławce. Dziew­czyna wy­ciąga pa­pie­rosy i pod­suwa mi je.

- Na­dal nie palę - de­kla­ruję.

- Wy­da­wało mi się, że wczo­raj pa­li­łaś, ale może mi się po­my­liło - mówi, wzru­sza­jąc chu­dymi ra­mio­nami. - Nie wy­glą­dasz za do­brze - do­daje, za­cią­ga­jąc się - czemu trudno się dzi­wić, skoro chyba nie­wiele spa­łaś tej nocy... - oznaj­mia z pół­u­śmie­chem i dia­bel­skim bły­skiem w oku.

- Tak szcze­rze? Pra­wie w ogóle nie pa­mię­tam, co się stało wczo­raj. Za dużo wy­pi­łam. Może ty mi po­wiesz? - ry­zy­kuję zmie­szana, za­kry­wa­jąc oczy przed ra­żą­cymi pro­mie­niami.

- Hmmm... - za­czyna Mo­nica, wy­sta­wia­jąc twarz do słońca. - Ja tylko wiem tyle, ile sły­sza­łam rano od Marcy.

- Od Marcy?! - wy­rywa mi się o dro­binę za gło­śno. A cóż tam ro­biła Marcy?

- Tak, Marcy. Wi­działa, jak wy­raź­nie roz­ba­wiony Lor­can ska­kał z okna two­jego po­koju o trze­ciej nad ra­nem. - Mo­nica spo­gląda na mnie przy­mru­żo­nymi oczami de­tek­tywa. Mam wra­że­nie, że je­stem na prze­słu­cha­niu.

- Wy­raź­nie roz­ba­wiony?

- Czyli nie za­prze­czasz, że był w twoim po­koju? - pyta, wy­sta­wia­jąc twarz do słońca.

- To nie tak... Po­mógł mi wró­cić, kiedy źle się po­czu­łam.

- Ta... Oczy­wi­ście, ni­czym dzielny i wa­leczny ry­cerz! A po­tem sko­czył z wieży na swego bia­łego ru­maka i od­je­chał w siną dal. Mam ra­cję? - na­bija się.

- To­talny cringe! - od­pie­ram, zie­wa­jąc. - Tylko jak to się stało, że Marcy była aku­rat obok i wszystko wi­działa? Czyżby i jej bra­ko­wało świe­żego po­wie­trza o trze­ciej nad ra­nem? - py­tam, kiedy obie wsta­jemy z ławki, żeby wró­cić do aka­de­mika.

- Nie mam zie­lo­nego po­ję­cia. Ale w końcu jej po­kój jest tuż obok two­jego... Zresztą, ona za­wsze jest tam, gdzie nie trzeba. Aten­cjuszka!

Nie wiem dla­czego, ale wy­daje mi się to bar­dzo praw­dziwe.

- To było bar­dzo za­bawne pa­trzeć, jak zja­wił się twój krasz. Naj­pierw wpa­try­wał się w cie­bie tak długo, że my­śla­ły­śmy z Suzą, że się za­wie­sił, ale w końcu mę­sko wy­pro­wa­dził cię na ze­wnątrz z wielką sa­tys­fak­cją. Plą­tały ci się nogi. Mia­ły­śmy nie­zły ubaw.

- Skąd ci przy­szło do głowy, że Lor­can to mój krasz?

- Nie zgry­waj nie­wi­niątka! Wi­dzia­łam, jak się na niego ga­pisz - kwi­tuje Mo­nica i po­wol­nym kro­kiem wra­camy do aka­de­mika. Za­sta­na­wiam się, czy na ca­łym wy­dziale jest ktoś, kto się na niego nie gapi, ale po­sta­na­wiam się z nią o to nie sprze­czać. Za bar­dzo boli mnie głowa.

Po po­łu­dniu idę do cen­trum mia­sta. Omi­jam re­stau­ra­cję, w któ­rej pra­cuje Lor­can. Le­piej dmu­chać na zimne. Głowa pul­suje mi dziw­nym bó­lem. Mimo tego sta­ram się po­dzi­wiać ar­chi­tek­turę. Oks­ford jest nie­sa­mo­wity, ka­mienny, jak z in­nej epoki. Ma­je­sta­tyczny. Pe­łen hi­sto­rii cza­ją­cych się w każ­dym ką­cie sta­rych zim­nych bu­dyn­ków. Na­zwy skle­pów czy re­stau­ra­cji wi­szą wy­ma­lo­wane na sta­ro­świec­kich szyl­dach farbą skru­szałą te­raz ze sta­ro­ści. Za­trzy­muję się na chwilę przed jed­nym z pu­bów: The Che­qu­ers. Pa­trzę na ich menu wy­sta­wione przed lo­ka­lem, kiedy za­uwa­żam przez okno zna­jome twa­rze przy jed­nym ze sto­li­ków. Roz­ma­wiają, gło­śno się śmie­jąc. Z ła­two­ścią do­strze­gam Lor­cana i Marcy, któ­rzy prze­krzy­kują się na­wza­jem. Wy­glą­dają na szczę­śli­wych. A może oni są parą? Przy­po­mi­nam so­bie wczo­raj­szą im­prezę i ulat­niam się jak naj­szyb­ciej z ich pola wi­dze­nia. Po­spiesz­nym kro­kiem wra­cam do aka­de­mika i prze­krę­cam klucz w zamku mo­jego azylu.

Od razu wi­dzę, że coś jest nie tak. Klucz nie chce się ob­ró­cić, a drzwi są otwarte. Je­stem jed­nak pewna, że je za­my­ka­łam. O co cho­dzi? Uchy­lam je de­li­kat­nie i za­mie­ram, kiedy wi­dzę po­kój. Wy­gląda tak, jakby prze­szedł tędy hu­ra­gan. Wszystko leży na pod­ło­dze. Ab­so­lut­nie wszystko. Ogar­nia mnie strach. Nie wiem, co ro­bić, ale zmu­szam się do kroku na przód. Na pierw­szy rzut oka wy­daje się, że ni­czego nie bra­kuje. Na szczę­ście apa­rat mia­łam ze sobą, a pasz­port i pie­nią­dze leżą na swoim miej­scu w ko­mo­dzie. Drżą­cymi rę­kami za­czy­nam pod­no­sić rze­czy i ukła­dać na miej­sce. Ubra­nia, książki, ze­szyty i całą resztę. Co za ba­ła­gan... Kto i dla­czego to zro­bił? Czy to ta sama osoba, która zwi­nęła mój ple­cak? Bo te­raz już nie mam wąt­pli­wo­ści, że gra­sują tu zło­dzieje. A może ktoś od­pra­wił tu ja­kiś chrzest dla pierw­szego roku? Kiedy od­kła­dam ostat­nią książkę na miej­sce, je­stem pewna, że ni­czego mi nie skra­dziono. Komu chciało się prze­szu­kać cały mój po­kój? Czego szu­kali? I przede wszyst­kim kto? Nie wiem dla­czego, ale my­ślę o Marcy. In­tu­icja. Od razu po­tem idę do dziew­czyn, za­py­tać o zwy­czaje pa­nu­jące w aka­de­miku. Kiedy jed­nak wi­dzę ich miny i wiel­kie wy­ba­łu­szone oczy, staje się ja­sne, że tylko mnie do­tknął ten wąt­pliwy za­szczyt.

Resztę week­endu spę­dzam na spa­niu, na­uce i uni­ka­niu świata ze­wnętrz­nego. Za­my­kam się na klucz za każ­dym ra­zem, kiedy je­stem w środku. Gdy wy­cho­dzę, też spraw­dzam dwa razy, czy za­mknę­łam. W po­nie­dzia­łek, po za­ję­ciach, idę do bi­blio­teki, żeby po­szu­kać in­for­ma­cji na te­mat fran­cu­skiego ar­chi­tekta, ba­rona Haus­smanna. Bi­blio­teka uni­wer­sy­tecka jest ogromna i skła­dała się z wielu bu­dyn­ków. Ma­giczne miej­sce! Nie­ła­two się tu od­na­leźć, choć tłu­mów nie ma. Ra­czej zwie­dza­jący. Era in­ter­netu... Po prze­wer­to­wa­niu kilku ksią­żek i ja się pod­daję i pro­szę o miej­sce przy kom­pu­te­rze. Co to za rzęch?! Jest pra­wie rów­nie stary jak więk­szość bi­blio­tecz­nych ksią­żek, ale działa. Bar­dzo wolno. Ale działa... Wy­szu­kuję po­trzebne in­for­ma­cje i zdję­cia, po czym otwie­ram skrzynkę pocz­tową. Cztery nowe wia­do­mo­ści. Jedna od Majki, jedna od ojca i dwie od Lor­cana. Naj­pierw dziel­nie, nie ule­ga­jąc po­ku­sie, otwie­ram tę od przy­ja­ciółki i od ojca, który jak zwy­kle, z wła­ściwą so­bie zdaw­ko­wo­ścią, w jed­nym zda­niu pyta, jak leci, nic nie pi­sząc o tym, co no­wego w domu. Majka z ko­lei roz­pi­suje się w nie­skoń­czo­ność, opo­wia­da­jąc mi o wszyst­kich na­szych zna­jo­mych, ob­ga­du­jąc ze szcze­gó­łami po­łowę z nich i wy­ży­wa­jąc się szcze­gól­nie na mę­skiej ich czę­ści. Moja przy­ja­ciółka ma pro­blem z fa­ce­tami: ża­den jej się nie po­doba. Nor­malka. Ża­den nie do­ra­sta jej do pięt. Na końcu pyta, co się stało z mo­imi kon­tami na In­sta i Tik­Toku, ale nie mam po­ję­cia, o co jej cho­dzi. Nie mam do­stępu do kont, bo nie mam już te­le­fonu i kom­pu­tera. Mam tylko na­dzieję, że nikt ich nie zha­ko­wał, bo na te­le­fo­nie Suzy też nie mo­głam ich zna­leźć. Na te mejle po­sta­na­wiam od­po­wie­dzieć póź­niej. Za­czy­nam czy­tać te od Lor­cana. Pierw­szy zo­stał wy­słany w pią­tek o dwu­na­stej dwie, za­raz po wy­kła­dzie:

Od: Lor­can Ma­idley

Do: Anna Smith

Te­mat: Pro­fe­sjo­nalne no­tatki z wy­kładu

Cześć, Mała, oto obie­cane no­tatki. Mi­łej lek­tury. Do wie­czora.

Lor­can

Mała? Jaka Mała?! Co on so­bie my­śli? Pro­fe­sjo­nalne no­tatki z wy­kładu... Za­ro­zu­miały typ!

Druga wia­do­mość, wy­słana w so­botę po po­łu­dniu:

Od: Lor­can Ma­idley

Do: Anna Smith

Te­mat: Wię­cej niż śnia­da­nie

Cześć, Mała, wła­śnie wi­dzia­łem Cię w parku z Mo­nicą. Tak więc prze­ży­łaś piąt­kową noc. Co za ulga! Po­win­naś uni­kać al­ko­holu, w związku z tym pro­po­nuję Ci nie­dzielne śnia­da­nie. Kawa i cie­płe bułki z ro­dzyn­kami. Pięć mi­nut od aka­de­mika, na Mar­ro­wed Road, miej­sce na­zywa się More than Bre­ak­fast, to tam, gdzie mnie na­pa­dłaś z apa­ra­tem. O dzie­sią­tej. Do zo­ba­cze­nia!

Lor­can

Wię­cej niż śnia­da­nie... Tyle że te­raz jest już po­nie­dzia­łek wie­czo­rem, a nie­dzielny po­ra­nek spę­dzi­łam w swoim po­koju. Wy­sta­wi­łam go do wia­tru. Co ro­bić? Od­pi­sać mu? Prze­pro­sić? Wy­tłu­ma­czyć? A może olać? Ten gość ma po­wa­la­jący uśmiech i rzęsy dłu­go­ści mo­ich wło­sów... Trudno go tak po pro­stu zi­gno­ro­wać. Po­sta­na­wiam wszystko mu wy­ja­śnić. Zaj­muje mi to po­nad go­dzinę. Pi­szę z pięt­na­ście mejli, ale każdy z nich po prze­czy­ta­niu wy­daje mi się bez­na­dziejny, więc ka­suję i za­czy­nam od nowa. W końcu staje na zwię­złym i rze­czo­wym:

Od: Anna Smith

Do: Lor­can Ma­idley

Te­mat: RE: Wię­cej niż śnia­da­nie.

Wi­taj, Lor­can,

ko­mu­ni­ka­cja jed­nak nie na­leży do mo­ich moc­nych stron, bo do­piero te­raz ode­bra­łam Two­jego mejla z za­pro­sze­niem na śnia­da­nie. Sorry! PRO­FE­SJO­NALE fo­to­gra­fo­wa­nie Oks­fordu zaj­muje mi dużo czasu. Dzię­kuję jed­nak za piąt­kową po­moc, co­kol­wiek się wy­da­rzyło. Do zoba!

Anna

"Co­kol­wiek się wy­da­rzyło". Trzy słowa, które nie mają więk­szego sensu, a dają wielką prze­strzeń wy­obraźni i nie­sły­chaną liczbę moż­li­wych, wol­nych in­ter­pre­ta­cji... No trudno, już wy­słane. Nie mogę już tego zmie­nić. Te­raz trzeba tylko stać się nie­wi­dzialną i wró­cić do aka­de­mika. Pi­kuś.

Na­stęp­nego dnia, sie­dząc z Suzą i Mo­nicą przy śnia­da­niu, ner­wowo wy­pa­truję nie­bie­skich oczu.

- Nie ma go tu. On rzadko jada śnia­da­nia w sto­łówce - rzuca na­gle Marcy, która nie wia­domo skąd po­ja­wia się obok na­szego sto­lika.

Klnę bez­gło­śnie... Czy ona po­trafi czy­tać w my­ślach?!

- O kim mó­wisz? - py­tam ze sztucz­nym uśmie­chem.

- Wiesz, o kim mó­wię.

- Pew­nie mówi o twoim ry­ce­rzu w sre­brzy­stej zbroi - wtrąca się te­atral­nie Mo­nica.

- Mon, daj spo­kój, pro­szę - rzu­cam jej dia­bel­skie spoj­rze­nie.

- Ry­ce­rzu? - Śmieje się Marcy. - A któż to taki?

- Nikt - od­po­wia­dam, ko­piąc Mo­nicę pod sto­łem.

- Nikt - przy­ta­kuje Suza.

- Lor­can Ma­idley jada śnia­da­nia w More than Bre­ak­fast...

Tyle sama wiem.

- ...więc je­śli chcesz z nim zjeść, to idź tam - do­daje już mniej roz­ba­wio­nym gło­sem Marcy.

Rent­gen, na sto pro­cent: rent­gen!

- Nie wiem, skąd po­mysł, że go szu­kam lub chcę jeść z nim śnia­da­nie, ale... - za­czy­nam, lecz w tym mo­men­cie dzwoni ko­mórka Marcy, którą po­spiesz­nie od­biera, uci­sza­jąc mnie ge­stem.

- Dzień do­bry... Tak, wiem. Pra­cuję nad tym. Mu­sisz dać mi jesz­cze tro­chę czasu. Tak. Tak, no prze­cież mó­wi­łam, że za­ła­twię. Okej, no pa. Trzy­maj się - mówi zde­ner­wo­wa­nym gło­sem. - Co za prze­gryw! Oczy­wi­ście wszystko ma być na wczo­raj! - stwier­dza po za­koń­cze­niu roz­mowy, prze­wra­ca­jąc oczami. Wstaje, do­pija kawę i od­wra­ca­jąc się na pię­cie, rzuca w moim kie­runku: - Nie rób so­bie na­dziei, on na­wet nie pa­mięta, jak się na­zy­wasz. Za­łożę się, że woła na cie­bie "Mała". To ta­kie ła­twe i wy­godne. Po­cze­kaj, po­szu­kam lep­szego słowa... Pod­ręczne! To jest od­po­wiedni ter­min. Pod­ręczne.

Chcę wstać i wy­dra­pać jej oczy, po czym zjeść je, po­pi­ja­jąc kawą, ale oczy­wi­ście nic ta­kiego nie ro­bię. Ły­pię na nią tylko znad mo­jego kubka i od­wra­cam twarz w kie­runku okna. Marcy wy­cho­dzi, wy­bie­ra­jąc nu­mer w te­le­fo­nie i nie pa­trząc na ni­kogo.

- O co jej cho­dzi? - py­tam dziew­czyn, kru­sząc resztki chleba na stole.

- Jak to o co? Nie może znieść, że Lor­can spę­dził piąt­kowy wie­czór z tobą, a nie z nią - od­po­wiada Suza.

- Chyba żar­tu­jesz! On nie spę­dził ze mną żad­nego wie­czora! Od­ho­lo­wał mnie do po­koju, bo nie by­łam w sta­nie dojść tam sama, i od­gar­niał mi włosy, kiedy... Nie­ważne. Nic wię­cej się nie wy­da­rzyło. - Mój głos po­woli i stop­niowo cich­nie. Le­piej nie wy­ja­wiać wszyst­kich szcze­gó­łów.

- Pu­ści­łaś pa­wia? - woła o wiele za gło­śno Mo­nica.

Sta­ram się ją uci­szyć. Bez­sku­tecz­nie.

- A on od­gar­niał ci włosy! To­tal! - do­rzuca Suza.

- Że­nada - stwier­dzam z kpiną.

- Biedna Marcy... - wzdy­cha Suza - jest w nim za­ko­chana po uszy od pierw­szego dnia, ale on na nią ni­gdy na­wet nie spoj­rzał, ro­zu­miesz? Są niby kum­plami, ale to pew­nie dla­tego, że cho­dzi za nim jak cień. Jak my­ślisz, skąd wie, gdzie on jada śnia­da­nia - cią­gnie, pu­ka­jąc się pal­cem w czoło.

Jej teo­ria za­czyna mnie prze­ko­ny­wać, ale wła­śnie wtedy przy­po­mi­nam so­bie, że wi­dzia­łam ich ra­zem w pu­bie.

- Poza tym wi­działa, jak wy­cho­dził z two­jego po­koju oknem. W środku nocy! Więc wy­obraża so­bie nie wia­domo co - do­daje Mo­nica, ro­biąc minę zdzi­wio­nej wa­riatki, co trzeba przy­znać, na­wet nie­źle jej wy­cho­dzi.

Uśmie­cham się.

- Przy­rze­kam, nic mię­dzy nami nie za­szło. Poza tym, on mnie w ogóle nie in­te­re­suje - mó­wię z za­ci­śnię­tym gar­dłem, zda­jąc so­bie sprawę z tego, że nikt, na­wet ja, w to nie wie­rzy, i do­daję: - Mu­szę już le­cieć, mam za­ję­cia za dwie mi­nuty.

- Drugi rok za­czyna do­piero za go­dzinę - od­zywa się z sa­tys­fak­cją Suza.

Czyli mam jesz­cze go­dzinę bez­piecz­nego cho­dze­nia ko­ry­ta­rzami bez na­ra­ża­nia się na spo­tka­nie Lor­cana Ma­idleya. Luk­sus.

Po za­ję­ciach z geo­me­trii scho­dzę do sali nu­mer dwa. Wtedy go za­uwa­żam. Te wiel­kie nie­bie­skie oczy i ota­cza­jący je las rzęs. Już za późno, żeby się wy­co­fać, skrę­cić w ja­kiś ko­ry­tarz, uciec. On też mnie wi­dzi i od razu się uśmie­cha.

- Pa­pa­razzo... - za­czyna i staje bar­dzo bli­sko. Za bli­sko.

- Do­sta­łeś moją wia­do­mość? - py­tam, od­su­wa­jąc się od­ru­chowo. Za­pach pa­pie­ro­sów jed­nak nie na­leży do mo­ich ulu­bio­nych.

- Tak, za­wsze on­line - wy­gła­sza z uwo­dzi­ciel­skim uśmie­chem, wy­cią­ga­jąc z kie­szeni swo­jego iPhone'a i ma­cha mi nim przed oczami. - W prze­ci­wień­stwie do in­nych - do­daje z wy­rzu­tem, spo­glą­da­jąc py­ta­jąco na mnie.

- Zgu­bi­łam ple­cak, w któ­rym były mój lap­top i te­le­fon. Przy­kro mi, ale na ra­zie za­po­wiada się na braki w ko­mu­ni­ka­cji.

Przy­ta­kuje ze skwa­szoną miną, chyba mi nie wie­rzy.

- Gdzie się tak spie­szysz? - pyta.

- Mam ćwi­cze­nia z ma­te­ria­łów wy­koń­cze­nio­wych rzęs. Wnętrz!

Pod­nosi jedną brew, pró­bu­jąc dys­kret­nie opa­no­wać na­ra­sta­jący w nim śmiech, a ja koń­czę za­wsty­dzona:

- Albo coś w tym ro­dzaju... Do dia­bła!

- Tak, coś w tym ro­dzaju - do­daje, uśmie­cha­jąc się te­raz na ca­łej sze­ro­ko­ści i ma­cha mi za­baw­nie na od­chodne. Ale naj­pierw rzuca okiem na mój wy­zwo­lony biust. Wi­dzę to.

- Na ra­zie, Lor­can - mó­wię. Ma­te­ria­łów wy­koń­cze­nio­wych rzęs...?! Mi­strzo­stwo świata. Nie mam zie­lo­nego po­ję­cia, o czym jest wy­kład...

Na na­stęp­nej prze­rwie całą paczką na­rze­kamy na za­da­nia na za­li­cze­nie. Wspo­mi­nam o pro­jek­cie czter­dzie­sto­me­tro­wego miesz­ka­nia do­bu­do­wa­nego na da­chu bu­dynku w cen­trum du­żego mia­sta, za­da­nym przez jed­nego z bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych wy­kła­dow­ców pierw­szego roku. Na jego na­zwi­sko re­agują wszy­scy, wzdy­chają, śmieją się albo wy­dają dziwne dźwięki.

- Nie cier­pia­łam go! - sy­czy Suza i prze­wraca oczami.

- Ku­rew­ski Job­son i jego po­my­sły! Trzeba się na­sie­dzieć. A i tak daje naj­wy­żej trzy z plu­sem - ko­men­tuje Finn.

- No, chyba że na­zy­wasz się Lor­can Ma­idley! - woła Mo­nica.

Wszyst­kie oczy kie­rują się te­raz w stronę chło­paka.

- No co? Ma się tę kre­skę! - Szcze­rzy się i krzy­żuje ręce nad głową, pę­ka­jąc z dumy.

- Albo chody! - Marc trąca go łok­ciem z uśmie­chem.

- Spier­da­laj, gów­nia­rzu! - sy­czy Ma­idley.

- Jak chcesz, to po za­ję­ciach mo­żemy iść do mnie. Mam wszyst­kie prace, na­wet te z pierw­szego roku. Mo­żesz zer­k­nąć. Job­son za­daje co roku to samo - mówi i pa­trzy w moją stronę. Upew­niam się, że mówi do mnie, a Marc i Finn po­gwiz­dują. Dziew­czyny za­mie­rają w bez­ru­chu.

- Na twoim miej­scu, nie da­ła­bym się tak ła­two zwa­bić. To grozi zgo­nem przez udu­sze­nie! - ostrzega mnie Marc i robi minę wi­sielca z wy­sta­wio­nym ję­zy­kiem.

- Prze­stań pier­do­lić! - Lor­can na­pina klatę.

- Zo­ba­czę - od­po­wia­dam, a on pusz­cza mi coś w ro­dzaju uśmie­chu, ale za­raz po­tem wska­kuje Mar­cowi na plecy i go pod­du­sza.

Roz­cho­dzimy się na za­ję­cia. Pod ko­niec dnia Ma­idley czeka na mnie jed­nak przed bu­dyn­kiem.

- Chodź! Zro­bię ci za­je­bi­sty week­end. Nie bę­dziesz wie­działa, co ro­bić z wol­nym cza­sem - pro­po­nuje i z uśmie­chem za­pra­sza do sie­bie.

Chwilę się wa­ham, tro­chę się de­ner­wuję, sama nie wiem czemu. Ma po­kój w dru­gim bu­dynku aka­de­mika, na ostat­nim czwar­tym pię­trze, na pod­da­szu. Kiedy do­cie­ramy na górę, za­trzy­muje się przed drzwiami i prze­ma­wia gro­bo­wym to­nem:

- Po­cze­kaj, mu­sisz pod­pi­sać klau­zulę po­uf­no­ści i prze­twa­rza­nia da­nych oso­bo­wych, za­nim prze­kro­czysz ten próg!

Wzdy­cham.

- No do­bra, od­pusz­czam ci, ale pa­mię­taj, tu jak w Ve­gas: co ma miej­sce u Ma­idleya, zo­staje u Ma­idleya! - do­daje. Uśmie­cha się i otwiera.

Kiedy wcho­dzimy do środka, ude­rza mnie ja­sność i smród pa­pie­ro­sów. Już wiem, o czym mó­wił Marc. On chyba w ogóle nie wie­trzy! Ściany są białe, choć po za­pa­chu czło­wiek spo­dziewa się sza­rych i jest znacz­nie wię­cej świa­tła niż u mnie, bo są dwa okna, w tym jedno da­chowe. No­wo­ścią są też aneks ku­chenny z małą lo­dówką, elek­tryczną płytą ku­chenną z jed­nym pal­ni­kiem i chyba zle­wo­zmy­wak. Pełny brud­nych szkla­nek i ta­le­rzy, ale za­łożę się, że pod spodem, to zle­wo­zmy­wak. Luk­su­sowo!

My­śla­łam, że ja je­stem praw­dziwą ba­ła­ga­niarą. Lor­can Ma­idley bije mnie na głowę. On to ma do­piero baj­zel! Głów­nie przez ubra­nia i pa­piery na pod­ło­dze. Jest też masa wiel­ga­śnych adi­da­sów. Wy­gląda to na praw­dziwą ko­lek­cję. Do tego stop­nia, że musi zro­bić na środku coś w ro­dzaju przej­ścia, drogi, wzdłuż któ­rej gro­ma­dzą się brudne ciu­chy i naj­róż­niej­sze przed­mioty, że­by­śmy mo­gli ja­koś się prze­miesz­czać. Wa­lają się też książki, ko­miksy, ka­jety i pro­jekty. Są pu­ste opa­ko­wa­nia po chip­sach i kar­tony po pizzy. Ma duże biurko kre­ślar­skie, ale tak za­sta­wione, że nic tam się już nie zmie­ści.

- Mu­szę sko­rzy­stać z to­a­lety - od­zy­wam się, a on wska­zuje mi ręką jej drzwi.

Wcho­dzę do ła­zienki, sta­ran­nie omi­ja­jąc stertę bu­tów roz­wa­lo­nych w przej­ściu. Jak on się tu po­ru­sza w nocy? Fruwa? Ła­zienka przy­po­mina wię­zienne po­miesz­cze­nie, ja­kie wi­duje się w fil­mach, w su­mie jest po­dobna do tej u mnie. Prysz­nic, umy­walka, to­a­leta. Dwa ręcz­niki, w tym je­den zwi­nięty w kulkę na pod­ło­dze. Paczka pa­pieru to­a­le­to­wego, kostka wy­su­szo­nego my­dła, dwu­li­trowy szam­pon z pompką, szczo­teczka do zę­bów i pa­sta wy­bie­la­jąca. Jest jesz­cze ma­szynka do go­le­nia, ale nie wi­dzę pianki czy kremu. Skrom­nie to mało po­wie­dziane. Sły­szę stąd, jak coś składa lub prze­rzuca. Kiedy wy­cho­dzę, znów ude­rza mnie za­pach pa­pie­ro­sów.

- My­śla­łam, że w aka­de­miku nie można pa­lić - za­czy­nam i otwie­ram okno naj­bli­żej wej­ścia.

- Nie można. Bar­dzo czuć? - pyta.

- Bar­dzo.

- Kurwa... Ja już nie czuję. Po­cze­kaj, zro­bię prze­ciąg. - Otwiera dru­gie okno, da­chowe, i wska­zuje mi ręką mały czarny fo­tel.

Sta­ram się przejść bez dep­ta­nia jego rze­czy. Sia­dam. Sam upada brzu­chem na łóżko i w po­zy­cji le­żą­cej wy­ciąga spod niego stos zwi­nię­tych w ru­lon pa­pie­rów.

- Czuj­niki dymu nie wy­ła­pują pa­pie­ro­sów w po­ko­jach?

- E-pa­pie­ro­sów nie, tylko te nor­malne.

- I nic ci tu nie dzwoni? Bo na ko­ry­ta­rzu obok mo­jego po­koju cią­gle.

- Wyj­mu­jemy ba­te­rie z czuj­ni­ków i wsta­wiamy tylko przed kon­trolą, raz w roku. W po­koju to pro­ste, w ko­ry­ta­rzu mniej, bo tam sprzą­ta­jący spraw­dzają na co dzień.

- I ły­kają to?

- Jak wi­dać. - Wzru­sza ra­mio­nami i uśmie­cha się iro­nicz­nie. - To gdzieś tu jest. Mo­ment. - Roz­wija ru­lony, wer­tuje stosy pa­pie­rów, a ja roz­glą­dam się do­okoła.

Wiatr hula tu te­raz i wszyst­kie wolne kartki i ar­ku­sze wa­chlują ni­czym fale na mo­rzu. Wresz­cie jest czym od­dy­chać. Na ko­mo­dzie stoi por­tret chłopca.

- To ty? Ile mia­łeś tu lat? - rzu­cam, kie­ru­jąc wzrok na zdję­cie.

- To mój młod­szy brat, Eden. - Spo­gląda chwilę na mnie, po czym wraca do pa­pie­rów.

Wstaję i przy­glą­dam się fo­to­gra­fii z bli­ska. Eden ma ta­kie same oczy co Lor­can i ta­kie same gę­ste rzęsy. Ładny chło­piec.

- Po­dobni je­ste­ście.

- Mama twier­dzi, że jak dwie kro­ple wody - od­po­wiada, nie pod­no­sząc głowy. Jest za­jęty szu­ka­niem.

Kon­ty­nu­uję wy­cieczkę po jego po­koju. Przy­trzy­muję stopą fru­wa­jące kartki wy­rwane z ja­kie­goś ze­szytu. W rogu przy ścia­nie stoi be­żowa gi­tara aku­styczna.

- Grasz? - py­tam, wska­zu­jąc ją pal­cem.

- Nie. Oglą­dam - od­po­wiada prze­kor­nie, więc się za­my­kam.

Na ko­mo­dzie stoi sztuczna ro­ślina po­kryta ku­rzem, jej li­ście drżą te­raz na wie­trze. Kto dziś trzyma w po­koju sztuczne ro­śliny?, za­sta­na­wiam się, do­ty­ka­jąc pla­sti­ko­wych płat­ków.

- To stary pre­zent. Nie wiem, co z tym zro­bić - tłu­ma­czy, wi­dząc, na co pa­trzę.

Nie od­po­wia­dam. Chce mi się śmiać, ale się po­wstrzy­muję. Są też stosy po­wie­ści nie­zna­nych mi au­to­rów i czer­wony prze­no­śny gło­śnik Blu­eto­oth. Za­ha­czam o coś nogą. Spora taca z wy­pa­lo­nymi do po­łowy świecz­kami róż­nych kształ­tów i ko­lo­rów. Omi­jam ją i staję przy lo­dówce. Otwie­ram ją po ci­chu. W środku same na­poje. Wódka, piwo, cola i cztery bu­telki mleka.

- To ten. Zo­bacz! - woła i prze­suwa się, ro­biąc mi miej­sce na łóżku.

Zbli­żam się i sia­dam obok. Ska­nuję pracę. Lor­can przy­suwa głowę i te­raz jego twarz jest za­le­d­wie kilka cen­ty­me­trów od mo­jej. Czuję jego za­pach i cie­pło i nie po­tra­fię się sku­pić, choć udaję, że to ro­bię. Nie od­ry­wam wzroku od pa­pieru, ale ką­tem oka do­strze­gam, jak przy­suwa się jesz­cze bar­dziej i wą­cha moje włosy. Już nie wiem, na co pa­trzę, rów­nie do­brze mógłby mi pod­su­nąć ry­su­nek dzi­kiego ko­nia, i tak bym się nie po­ła­pała. To­talna dez­orien­ta­cja. Mózg po­ziom zero. Od­wra­cam się w kie­runku Lor­cana, na­sze spoj­rze­nia się krzy­żują i oboje ucie­kamy wzro­kiem. Lor­can Ma­idley onie­śmie­lony. No­wość. Od­zy­wam się w końcu, od­zy­sku­jąc sku­pie­nie, a wła­ści­wie jego naj­prost­szą formę, lo­giczną myśl, po­zwa­la­jącą na uło­że­nie po­praw­nego zda­nia:

- Rze­czy­wi­ście, na­daje się. Je­steś pe­wien, że mogę się tym za­su­ge­ro­wać?

- Mo­żesz to na­wet sko­pio­wać. W tej kon­fi­gu­ra­cji do­bre roz­wią­za­nie jest tylko jedno.

- Co? - py­tam, bo jed­nak trudno mi się sku­pić.

- W tej kon­fi­gu­ra­cji do­bre roz­wią­za­nie jest tylko jedno - po­wta­rza wol­niej, nie tra­cąc po­wagi i pa­trzy mi te­raz pro­sto w oczy. Po chwili do­daje: - Mo­żesz naj­wy­żej prze­su­nąć wej­ście do ła­zienki, ale nic wię­cej, więc spoko. Po co mia­ła­byś się z tym pie­przyć przez cały week­end, skoro mam to zro­bione? Na­kreśl li­nie główne na pa­pie­rze kal­ko­wym i po­tem na czy­stym ar­ku­szu i go­towe - pro­po­nuje, zwi­ja­jąc pracę, i wrę­cza mi ją.

- Okej, po­my­ślę. W każ­dym ra­zie, dzięki, za­osz­czę­dzi mi to sporo czasu.

- Ja­sne - od­po­wiada. Jego te­le­fon nie prze­staje pi­kać. Od­suwa się i wy­ciąga go z kie­szeni spodni. Ła­pię od­dech.

- Masz konto na ja­kim­kol­wiek ko­mu­ni­ka­to­rze? In­sta, Snap­chat, Tik­Tok? - pyta, nie pod­no­sząc wzroku znad ekranu.

- Nie. Wolę Fa­ce­Time albo ese­mesy.

- Okej... - Jego brwi wy­star­to­wały w górę, ale nie ko­men­tuje. - Nie ma cię w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych? - do­py­tuje jed­nak, a jego ton świad­czy o tym, że mi nie wie­rzy. - Nie ma się czego wsty­dzić, je­śli masz fejsa.

Te­raz to ja je­stem zdzi­wiona.

- Nie mam. Poza tym mu­szę ku­pić nowy te­le­fon, tam­ten mi zgi­nął, mó­wi­łam ci już. - Za­ci­skam usta i za­sta­na­wiam się, czy nie brzmi to dziw­nie, ale wolę na ra­zie nie ujaw­niać mu swo­jego konta. Jest ra­czej mało cie­kawe dla ta­kiego uni­wer­sy­tec­kiego ce­le­bryty jak on. Lor­can pew­nie ma ty­siące fol­lo­wer­sów. Naj­wy­raź­niej my­śli już o czymś in­nym, bo pyta:

- Jemy coś? Umie­ram z głodu.

- A masz coś? - upew­niam się, bo wi­dzia­łam jego lo­dówkę.

- Jest wy­bór - od­po­wiada dum­nie i wy­ska­kuje z łóżka jak z procy. Otwiera je­dyną ku­chenną szafkę i re­cy­tuje: - We­eta­bix, che­erios albo froot lo­ops. - Wy­ciąga płatki.

- Nie masz cze­ko­la­do­wych? - ję­czę za­wie­dziona.

- Nie cier­pię cze­ko­la­do­wych. - Marsz­czy nos.

- Trudno. Niech będą froot lo­ops.

- Do­bry wy­bór - ko­men­tuje i ser­wuje nam po­si­łek.

- A lód?

- Do czego?

- Do mleka.

- Oczy­wi­ście, świ­rze - od­po­wiada i krę­cąc z nie­do­wie­rza­niem głową, wy­ciąga kostki lodu z mi­nia­tu­ro­wej szu­flady mi­nia­tu­ro­wego za­mra­żal­nika. - Mleko jest z lo­dówki, zimne, ale niech ci bę­dzie. Od po­czątku coś mi mó­wiło, że je­steś inna - ak­cen­tuje ostat­nie słowo i robi cu­dzy­słów pal­cami. Oboje się uśmie­chamy. Wy­sy­puje lód z po­jem­nika. Kostki wpa­dają do ta­le­rza i roz­pry­skują mleko na sto­lik i moją bluzkę.

- Sorry! - woła i pró­buje po­wstrzy­mać uśmiech, ale mu nie wy­cho­dzi. Za­czyna się śmiać i wtedy ja też chi­cho­czę. - Spoko, jak coś, to mam tu całą gar­de­robę. - Spo­gląda na mój strój, a ra­czej na cycki bez sta­nika. - Czar­nych T-shir­tów ci u mnie do­sta­tek. - Te­raz pa­trzy mi w oczy i się uśmie­cha.

- Bo­sko! - od­po­wia­dam i jem, po­dzi­wia­jąc ten uro­czy uśmiech.

Zo­staję u niego do późna, bo do­brze się nam roz­ma­wia i Lor­can świet­nie gra na gi­ta­rze. Kiedy już mam wra­cać do sie­bie, po pół­nocy, mówi:

- Daj znać, jak doj­dziesz do domu.

- Jak? Nie mam te­le­fonu.

- A. No to mu­szę cię od­pro­wa­dzić.

- Nie mu­sisz - za­pew­niam, choć tak na­prawdę nie mam ochoty się z nim roz­sta­wać.

- Mu­szę. Chcę - od­po­wiada i za­kłada buty.

- Skoro chcesz...

Idziemy przez po­dwórko mia­steczka aka­de­mic­kiego. Mi­jamy co naj­mniej trzy im­prezy. Śpiewy, krzyki, pląsy. "W tej kon­fi­gu­ra­cji do­bre roz­wią­za­nie jest tylko jedno". Mój mózg za­pa­mię­tał to zda­nie i te­raz je po­wta­rza w kółko bez po­wodu. Lor­can od­pro­wa­dza mnie pod same drzwi.

- Cześć! - mówi, kiedy wy­cią­gam klucz.

- Do­bra­noc! - od­po­wia­dam. "Roz­wią­za­nie jest tylko jedno... "

Wcho­dzę do po­koju i rzu­cam się na łóżko my­śląc, jak bar­dzo czuję się zdez­o­rien­to­wana, kiedy jego głowa jest koło mo­jej. "W tej kon­fi­gu­ra­cji..."

Gdy bu­dzę się na­stęp­nego dnia, za­uwa­żam le­żącą na pod­ło­dze ko­pertę, którą ktoś mu­siał wsu­nąć przez szparę pod drzwiami do po­koju. W środku znaj­duję ar­ku­sze, które we­dług in­struk­cji na­leży zwró­cić po wy­peł­nie­niu do dzie­ka­natu. Ja­kim cu­dem wszyst­kie do­ku­menty, które do­star­czy­łam już uczelni przy przy­ję­ciu, nie wy­star­czyły? Ta an­kieta jest jed­nak inna, bar­dzo szcze­gó­łowa z py­ta­niami o bar­dzo pry­watne in­for­ma­cje na te­mat mo­ich upodo­bań, wie­rzeń, prze­ko­nań i orien­ta­cji, w tym sek­su­al­nej. Aler­gie. Dieta. Komu i w ja­kim celu po­trzebne tak pre­cy­zyjne dane? Czy to forma pre­se­lek­cji do we­wnętrz­nych klu­bów stu­denc­kich czy sto­wa­rzy­szeń? Trzeba też do­star­czyć ak­tu­alną fo­to­gra­fię i fo­to­ko­pię pasz­portu. Po­nadto do­ssier za­wiera for­mu­la­rze do ba­dań le­kar­skich, z ad­re­sem ga­bi­netu i z usta­lo­nym od­gór­nie ter­mi­nem wi­zyty w przy­szłym ty­go­dniu, co już za­krawa na skan­dal. Naj­wy­raź­niej pa­nują tu zu­peł­nie inne za­sady niż w Pol­sce, choć nie je­stem pewna, w końcu ni­gdy nie stu­dio­wa­łam w kraju. Od razu za­bie­ram się do pracy, aby jak naj­szyb­ciej mieć to z głowy. Po dwóch dniach udaje mi się skom­ple­to­wać całe do­ssier, oprócz za­świad­cze­nia le­kar­skiego, które ma wy­dać le­karz na umó­wio­nej wi­zy­cie. Nie­stety Lor­can swoją co­raz częst­szą przy­pad­kową obec­no­ścią do­kłada wszel­kich sta­rań, abym o niej za­po­mniała i kiedy po dwóch ty­go­dniach na­ty­kam się na ko­pertę le­żącą pod stertą in­nych pa­pie­rów, oka­zuje się, że prze­ga­pi­łam le­ka­rza. Jesz­cze tego sa­mego wie­czora wrzu­cam ją z wy­peł­nioną an­kietą do skrzynki pocz­to­wej sto­ją­cej przed dzie­ka­na­tem, który przez więk­szość czasu jest za­mknięty, i wma­wiam so­bie, że ba­da­nia zro­bię póź­niej.

Póź­niej, czyli ni­gdy, bo czas na stu­diach leci z pręd­ko­ścią świa­tła. Dni mi­jają i za­mie­niają się w ty­go­dnie, a te w mie­siące. Za­ję­cia, im­prezy, ku­cie, pi­cie, kac, ku­cie, im­prezy. Nie za­wsze w tej sa­mej ko­lej­no­ści, ale za­wsze w nad­mier­nej ilo­ści. Mię­dzy na­uką a ży­ciem to­wa­rzy­skim nie ma czasu na tę­sk­notę za do­mem. Mia­sto i uczel­nia wchła­niają mnie w re­kor­do­wym tem­pie i je­stem już czę­ścią tego świata. Mo­nica, Suza, Finn, Marc i Lor­can za­ak­cep­to­wali mnie w swo­jej paczce. Czę­sto kręci się przy nas Marcy, która jed­nak nie po­trafi stać się czę­ścią grupy. A może nie chce. Z bie­giem czasu robi się ja­sne, że ko­cha się w blon­dy­nie o nie­bie­skich oczach i dłu­gich rzę­sach, ale on nie in­te­re­suje się nią w ten spo­sób. Marcy nie pod­daje się jed­nak i cią­gle jest gdzieś obok.

- Masz za­miar ku­pić te­le­fon? Bo to już za­czyna być mę­czące. Zero kon­taktu - mówi Suza, kiedy mi­jamy się na ko­ry­ta­rzu mię­dzy za­ję­ciami.

Są z nią Marcy, Marc i Lor­can.

- Miesz­kam w tym sa­mym bu­dynku, co ty. Wi­dzimy się non stop! Na przy­kład te­raz.

- Mam to gdzieś, ła­twiej się po­ro­zu­mie­wać przez te­le­fon. Nie ma cię w na­szej gru­pie.

- Ku­pię, ale na ra­zie nie mam za co. Naj­pierw mu­szę się szarp­nąć na ta­blet albo kom­pu­ter.

- No i jesz­cze sta­nik - do­rzuca bez grama uśmie­chu Root, a jej wzrok z po­gardą nie­ru­cho­mieje na mo­jej oso­bie.

Suza wy­ba­łu­sza na nią oczy. Marc i Lor­can się uśmie­chają.

- Se­rio? - Pa­trzę na nią z po­li­to­wa­niem. Co jej do tego?

- Chyba oso­bi­ście zor­ga­ni­zuję zrzutkę, żeby nie wi­dzieć tej trzę­są­cej się ga­la­retki. Kurwa! Lorcy, za­py­taj w More Then Bre­ak­fast, czy nie szu­kają ko­goś na zmy­wak. - Kie­ruje wzrok na Lor­cana.

Ten pa­trzy na nas z po­nętną miną. Nie jest mi do śmie­chu, ale się nie dam.

- Ja tam wy­ko­nuję dwie­ście pro­cent normy, przy­kro mi. Anna bę­dzie mu­siała po­zo­stać wierna swoim ko­bie­cym ide­ałom - mówi, si­ląc się na po­ważny ton.

- Marcy, nie rób dramy - rzuca Suza.

Wzdy­cham i od­po­wia­dam, po­waż­nie igno­ru­jąc Marcy Root i jej za­czepki:

- W tym roku nie dam rady pra­co­wać. I tak już le­dwo wy­ra­biam z na­uką. Może w przy­szłym.

- Dzi­siaj za­ku­wamy prawo bu­dow­lane. Przyda ci się na przy­szłość. Za­pra­szamy! - pro­po­nuje Lor­can, zmie­nia­jąc te­mat.

- Prze­tłu­ma­czę ci, co on mówi: chodź się z nami po­uczyć na za­pas, na przy­szły rok. Jak nikt, kurwa, ni­gdy i ni­g­dzie na żad­nych stu­diach. Ale przyjdź! Mo­żesz być bez sta­nika. Mnie to mnie prze­szka­dza. - Marc się szcze­rzy, a Lor­can mu wtó­ruje.

- Mnie też nie - do­daje.

Wy­glą­dają te­raz jak cho­dząca re­klama pa­sty do zę­bów.

- Gdzie bę­dzie­cie? - Silę się na obo­jętny ton i cho­ciaż wi­zja ucze­nia się na za­pas nie wy­daje mi się po­cią­ga­jąca, mam ochotę za­grać Marcy na ner­wach. Wiem, że nie chce, że­bym przy­szła.

- U dziew­czyn? - pyta Lor­can, spo­glą­da­jąc na Suzę. Czyli on też im­pro­wi­zuje.

Ką­tem oka wi­dzę, jak Marcy za­ciąga się elek­tro­niczną tru­skawką.

- Może być, ale tylko je­śli uma­wiamy się, że o dwu­na­stej wszy­scy wy­pie­ra­da­lają. Ostat­nio nie mo­gły­śmy się was po­zbyć do dru­giej. A mu­simy wstać rano.

- O dwu­na­stej zni­kamy! - za­pew­nia Lor­can.

- Jak pie­przone du­chy! - do­daje Marc.

- I jak sta­niki Anny Smith! - Marcy par­ska per­li­stym śmie­chem.

Pół ko­ry­ta­rza się te­raz na nas gapi.

- Do wie­czora! - wo­łam na od­chodne, igno­ru­jąc ją.

- I bez alko! - do­daje su­ro­wym gło­sem Suza.

- Tak, mamo! - od­zywa się Marc.

Wie­czo­rem po­ja­wiam się w po­koju dziew­czyn. Bez sta­nika. Nie mam za­miaru zmie­niać mo­ich przy­zwy­cza­jeń dla Marcy Root. Biu­sto­nosz no­szę od święta. Nie wiem, jak można się w tym mę­czyć na co dzień. Nie wiem też do końca, czego się spo­dzie­wać po dzi­siej­szym wie­czo­rze. Na pewno nie tego, co wi­dzę, prze­kra­cza­jąc próg. Mo­nica, Suza, Finn, Marc, Marcy i Lor­can, wszy­scy sie­dzą nad ta­ble­tami i czy­tają w to­tal­nej ci­szy. Fa­ta­mor­gana, my­ślę, i prze­dzie­ram się przez gę­stą mgłę o za­pa­chu ar­buza. Ostat­nio mnie od tego mdli.

- Co tu się dzieje? - py­tam.

Po­łowa z nich pod­nosi na mnie wzrok, reszta nie od­rywa oczu od ekranu. Nikt nie od­po­wiada.

- Mam! - krzy­czy na­gle Marcy. - Strona czter­dzie­sta dzie­wiąta, punkt trzeci! Pla­ning In­spec­to­rate to nie­za­leżna agen­cja rzą­dowa od­po­wie­dzialna za roz­pa­try­wa­nie od­wo­łań do­ty­czą­cych pla­no­wa­nia prze­strzen­nego.

- Punkt dla Marcy - wy­ro­kuje Ma­idley.

Dziew­czyna się uśmie­cha, zbie­ra­jąc okla­ski. Sia­dam na ka­na­pie, na ostat­nim wol­nym miej­scu, obok Marca.

- Hej! - szep­cze do mnie pół­gło­sem i rzuca mi słodki uśmiech.

- Hej! Gra­cie w coś?

- W pew­nym sen­sie. Ob­ser­wuj, to zro­zu­miesz.

Przy­suwa się i przy­tula ra­mie­niem. Usta­wia się tak, że­bym wi­działa ekran jego ta­bletu.

- Przy­kład prze­bu­dowy ist­nie­ją­cego bu­dynku - za­po­wiada Lor­can i zerka w na­szym kie­runku.

Po­sy­łam mu swój naj­lep­szy uśmiech, ale nie od­wza­jem­nia go. Wbija wzrok w Marca.

- Znowu? - krzywi się mój są­siad.

- Za­mknij się! O to naj­wię­cej py­tają. Czy przy prze­bu­do­wie ist­nie­ją­cego już bu­dynku, na przy­kład zmiana ist­nie­ją­cych już ma­ga­zy­nów na lo­kale miesz­kalne, de­we­lo­per musi uzy­skać cer­ty­fi­kat ukoń­cze­nia do le­gal­nego użyt­ko­wa­nia no­wych lo­kali, czy tylko je­śli chce je sprze­dać?

Na­stę­puje ci­sza. Wszy­scy wer­tują elek­tro­niczne pod­ręcz­niki.

- Jedno i dru­gie - od­zywa się Mo­nica.

- Brawo, Mon.

Marc wzdy­cha. Otwie­ram sze­roko oczy. Oni na­prawdę się uczą. Lor­can nie prze­staje:

- Czy li­sta ma­te­ria­łów bu­dow­la­nych jest do­ku­men­tem obo­wiąz­ko­wym w skła­da­nym przez de­we­lo­pera wnio­sku o po­zwo­le­nie na pla­no­wa­nie prze­bu­dowy do lo­kal­nej rady LPA?

- Prze­bu­dowy czy bu­dowy?

- Prze­bu­dowy.

- Nie... - od­po­wiada z gry­ma­sem Marc.

- Tak, pa­lan­cie! - po­pra­wia go Lor­can.

- Li­sta ma­te­ria­łów? Gwoź­dzie i de­ski? Po co komu ich li­sta przed pro­jek­tem?

- No a je­śli prze­bu­do­wy­wany bu­dy­nek jest wpi­sany na li­stę za­byt­ków? Nie wpie­przysz tam byle czego! Musi pa­so­wać do ory­gi­nału!

Ich kon­kurs wie­dzy trwa po­nad dwie go­dziny. Nie mogę wyjść z po­dziwu. Chwi­lami prze­krzy­kują się w od­po­wie­dziach, w in­nych mo­men­tach nikt nic nie wie. Lor­can spra­wia wra­że­nie, jakby wie­dział wszystko, dla­tego to on za­daje py­ta­nia. Je­stem pełna po­dziwu. Do­wia­duję się sporo. Wiercę się i na końcu Marc lą­duje z głową na mo­ich ko­la­nach. Dwie mi­nuty póź­niej Lor­can koń­czy za­wody. To­wa­rzy­stwo po­sta­na­wia coś zjeść i wy­pić. Oka­zuje się, że każdy coś przy­niósł oprócz mnie. Ale ze mnie de­bil. Marc pro­po­nuje mi drinka. Ak­cep­tuję, bo wstyd mi, że przy­szłam z pu­stymi rę­kami, i nie zniosę tego na trzeźwo. Kiedy idzie po coś do pi­cia, po­ja­wia się Lor­can i siada na miej­scu Marca. Gdy ten wraca z moim drin­kiem i pa­trzy na niego nie­za­do­wo­lony, Ma­idley za­prze­cza tylko ru­chem głowy. Marc po­daje mi szklankę i od­cho­dzi. Dzię­kuję. Pró­buję. Do­bre.

- Nie pij! - mówi Lor­can i za­biera mi tru­nek z ręki. Rzu­cam mu nie­za­do­wo­lone spoj­rze­nie. - Wszy­scy wiemy, jak to się u cie­bie koń­czy - do­daje.

- Je­den mi nie za­szko­dzi. Albo dwa. Na pewno nie ty bę­dziesz o tym de­cy­do­wał. Od­daj.

Robi, o co pro­szę, choć nie­chęt­nie. Wy­pi­jam dusz­kiem ca­łość. Unosi brwi.

- Ju­tro o osiem­na­stej gram mecz. Przyj­dziesz? - pyta.

- Mecz czego?

- Ko­szy­kówki. Gramy z me­dy­cyną.

- Nuda. - Na moje słowa otwiera usta ze zdzi­wie­nia, więc do­daję szybko: - To ja­kieś wy­da­rze­nie? - py­tam szcze­rze. Nie wiem, dla­czego mia­ła­bym iść na mecz ko­szy­kówki. Nie in­te­re­suję się spor­tem.

- No, jak się po­ja­wisz, to na pewno - mówi i po­pija piwo z bu­telki.

Par­skam śmie­chem. Może i sport mnie nie in­te­re­suje, ale on już tak. Zga­dzam się. Roz­glą­dam się za moim kel­ne­rem, bo chcę na­stęp­nego drinka i znaj­duję go, jak pali skręta z Marcy, sie­dząc na ziemi pod ścianą.

- Daj, coś ci przy­niosę. - Lor­can czyta mi w my­ślach.

- Dzięki.

Od­dala się w stronę aneksu ku­chen­nego. Po­tem ktoś włą­cza mu­zykę i Mo­nica za­czyna tań­czyć. Do­łą­czam do niej, bo to ko­cham. Lor­can wraca na ka­napę z moim kok­taj­lem i roz­kłada się na niej wy­god­nie. Za­raz moje umie­jęt­no­ści przy­cią­gną jego wzrok. Wiem to. Sta­ram się. Trzy, dwa, je­den... już się gapi. Nie prze­staje. Kiedy wra­cam na sofę, mówi:

- Za­je­bi­ście tań­czysz. Gdzie się tego na­uczy­łaś?

- W domu. Moja mama jest in­struk­torką tańca.

- To wi­dać.

- Dzię­kuję. A ty? Tań­czysz?

- Nie. - Śmieje się.

- To cię na­uczę. - Przy­su­wam się do niego te­raz na bar­dzo małą od­le­głość. Wy­pity dusz­kiem drink za­czął wresz­cie dzia­łać.

- Może. Kie­dyś - od­po­wiada i pa­trzy mi w oczy.

Ro­bimy po­je­dy­nek na spoj­rze­nia. Prze­gry­wam z kre­te­sem, pierw­sza od­wra­ca­jąc wzrok. Uśmie­cha się. Nie ma czasu jed­nak na na­ukę tańca, bo po chwili Suza wy­rzuca nas wszyst­kich z po­koju. Mi­nęła pierw­sza. Wra­cam z Marcy dłu­gim ko­ry­ta­rzem po ciemku. Kiedy pod­cho­dzimy pod jej drzwi, od­zywa się:

- Od­puść go so­bie! Zmie­nia ko­biety jak rę­ka­wiczki. Jest nie­doj­rzały, nie przy­wią­zuje się i chce się tylko i wy­łącz­nie ba­wić.

- Może ja też tego wła­śnie chcę? Ba­wić się.

- Nie wy­glą­dasz mi na taką - od­po­wiada.

Uśmie­cham się, ale za­raz po­waż­nieję, bo przej­rzała mnie na wy­lot. Nie szu­kam za­bawy, szu­kam mi­ło­ści. A Lor­can Ma­idley pew­nie na­wet nie zna tego słowa.

- Mó­wisz, jak­byś wie­działa to wszystko z do­świad­cze­nia.

- Hmmm - wzdy­cha, prze­wra­ca­jąc oczami, po czym do­daje, ści­sza­jąc głos: - Za­ufaj mi jak ko­bieta ko­bie­cie. Znam go dłu­żej niż ty. To ci oszczę­dzi łez.

Skąd u niej ta na­gła em­pa­tia? Trudno jed­nak słu­chać rad Marcy, bo Lor­can przy­ciąga moją uwagę jak mało kto. Sta­ram się przed nim bro­nić, ale zu­peł­nie bez­sku­tecz­nie. Bier­nie pod­daję się jego wdzię­kowi, po­zo­sta­jąc ślepą i głu­chą na jej ostrze­że­nia.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Oks­ford, 1 paź­dzier­nika

Nie wiem, kiedy mi­nął ostatni rok. Mam wra­że­nie, że je­stem w Oks­for­dzie naj­wy­żej od kilku ty­go­dni. Tym­cza­sem tyle się wy­da­rzyło w ciągu ostat­nich dwu­na­stu mie­sięcy! Dziś koń­czę dwa­dzie­ścia lat. Będę je świę­to­wać z moim chło­pa­kiem, który nie chciał mi nic po­wie­dzieć, uchy­lić cho­ciażby rąbka ta­jem­nicy. Przez pól dnia się szy­kuję i od­bie­ram te­le­fony z ży­cze­niami. Wie­czo­rem, z pasz­por­tem w to­rebce, jak przy­ka­zał, jadę wie­ziona przez Matta na lot­ni­sko. Ubrana naj­le­piej, jak po­tra­fię, w no­wych szpil­kach, ku­pio­nych spe­cjal­nie dla niego i w dia­men­to­wych kol­czy­kach, które mi po­da­ro­wał. Czuję się, jak bym była w prze­bra­niu. Je­dziemy szyb­ciej niż za­zwy­czaj, a sa­mo­chód wjeż­dża na samą płytę lot­ni­ska. Z da­leka już wi­dzę Sier­gieja sie­dzą­cego na wy­su­wa­nych scho­dach jeta. Roz­ma­wia przez ko­mórkę, kiedy wi­dzi zbli­ża­jące się auto, roz­łą­cza się i pod­nosi. Przy­się­gam, on cały czas przy­stoj­nieje. Ścią­gam szpilki, otwie­ram drzwiczki sa­mo­chodu jesz­cze, gdy ha­muje i wy­sia­dam po­spiesz­nie, za­nim kie­rowca zdąży wy­łą­czyć sil­nik. Boso zry­wam się do biegu. Sier­giej nieco zdzi­wiony w ostat­nim mo­men­cie otwiera ra­miona, więc wpa­dam na niego, rzu­ca­jąc mu się na szyję. Staję na pal­cach, żeby do­się­gnąć jego ust. To My. Tu i te­raz.

Po­ca­łu­nek jest po­wierz­chowny, bo stoi mu­rem. Przyj­muje mnie sztywno, jakby z wa­ha­niem. Spo­glą­dam w ciemne oczy i wi­dzę, że jest skrę­po­wany moim za­cho­wa­niem. Roz­gląda się do­okoła i mówi bez cie­nia uśmie­chu:

- Za­pra­szam do środka.

Ten ofi­cjalny ton przy­po­mina mi o afe­rze przed wy­bo­rami. Te­raz ro­zu­miem jego re­ak­cję i po­tul­nie, bez za­da­wa­nia py­tań i oka­zy­wa­nia czu­ło­ści, za­kła­dam buty i wcho­dzę do sa­mo­lotu. Matt i inny męż­czy­zna też idą. W środku młoda ste­war­dessa z ide­al­nym ma­ki­ja­żem i nie­ustan­nym uśmie­chem wita nas na po­kła­dzie sa­mo­lotu o bar­dzo eks­klu­zyw­nym wy­stroju, ja­kiego nie spo­dzie­wa­łam się z ze­wnątrz. Jest tak luk­su­sowo, że mo­gła­bym tu miesz­kać: skóra i drewno, ja­sne ko­lory, pię­cio­gwiazd­kowe wy­po­sa­że­nie. Na ni­kim poza mną nie robi to jed­nak wra­że­nia. Każdy z obec­nych zna swoje miej­sce i od razu zaj­muje się sobą. Sier­giej każe mi iść da­lej i wska­zuje miej­sce na końcu ka­biny, w osob­nym po­miesz­cze­niu. Kiedy je­ste­śmy w środku, za­myka drzwi, od­wraca się do mnie i bie­rze mnie z czu­ło­ścią w ra­miona.

- Sier­giej - mó­wię tylko i wtu­lam się w niego, spusz­cza­jąc głowę. Je­stem oszo­ło­miona tym miej­scem i za­wsty­dzona moim bez­myśl­nym za­cho­wa­niem przed wej­ściem na po­kład. Unosi mój pod­bró­dek, że­bym na niego spoj­rzała i szep­cze:

- Na­resz­cie. Dzień do­bry!

Na­sze usta spo­ty­kają się w przy­jem­nym po­ca­łunku. Te­raz mnie nie od­py­cha, jego ję­zyk za­pra­sza mnie do środka i wita. Jest mi do­brze. Od­pły­wam. Na­gle z gło­śni­ków sły­szymy głos pi­lota:

- Serge, je­ste­śmy go­towi do od­lotu.

- Serge?! - Spo­glą­dam na niego z uśmie­chem.

- Pry­wat­nie więk­szość lu­dzi tak na mnie woła - przy­znaje się.

Prze­wra­cam oczami i mó­wię:

- Ja wolę Sier­giej.

- Dzięki Bogu.

Pusz­cza mnie, choć nie do końca, i pro­wa­dzi na sie­dze­nie. Wska­zuje mi miej­sce w prze­ogrom­nym skó­rza­nym fo­telu, a gdy sia­dam, za­pina mi pasy i sa­dowi się obok. Po chwili sa­mo­lot za­czyna ko­ło­wać.

- Pro­szę. Pierw­szy z pre­zen­tów uro­dzi­no­wych - mówi bez wstępu i wy­ja­śnień, wrę­cza­jąc mi plik do­ku­men­tów. Jest po­ważny i sku­piony.

Zer­kam zdzi­wiona na niego, a za­raz po­tem na pierw­szą stronę. To chyba pa­piery urzę­dowe. Za­czy­nam czy­tać, ale wtedy za­biera mi je de­li­kat­nie z ręki i kart­kuje przez mo­ment, po czym za­trzy­muje na jed­nej ze stron. Po­daje mi ją z po­wro­tem, wska­zu­jąc pal­cem wy­brany frag­ment.

- Tu­taj - mówi.

Czy­tam i już ro­zu­miem. To są­dowe orze­cze­nie o roz­wo­dzie. Sier­giej Ta­re­dov jest po roz­wo­dzie. Spo­glą­dam na niego i wi­dzę, że czeka na moją re­ak­cję, mó­wię więc, po­ru­szona:

- Gra­tu­luję. Te­raz je­steś już na­prawdę wolny.

- Wolny? By­naj­mniej! Te­raz je­stem do two­jej dys­po­zy­cji. Ofi­cjal­nie i na sto pro­cent.

Wy­chy­lam się do po­ca­łunku i mu­skam jego uśmiech­nięte usta. Wła­śnie wtedy sa­mo­lot wzbija się w prze­stwo­rza. Ma­rzę, żeby się już nie roz­sta­wać z Sier­gie­jem. To rze­czy­wi­ście naj­lep­szy pre­zent uro­dzi­nowy.

- Do­kąd le­cimy? - py­tam, kiedy na­sze usta się od­da­lają.

- To pre­zent nu­mer dwa: do No­wego Jorku, mia­sta, które ni­gdy nie śpi. By­łaś już tam?

- Ni­gdy. A ty?

- Dwa dni temu... - Par­ska śmie­chem.

- Je­steś pe­wien, że masz ochotę tam wra­cać?

- Z tobą? Oczy­wi­ście.

- Dzię­kuję!

Po chwili ste­war­desa przy­nosi nam je­dze­nie. Sier­giej chwyta bu­telkę czer­wo­nego wina, ni­czym kel­ner po­ka­zuje mi ety­kietę i de­kla­ruje, otwie­ra­jąc:

- Ni­gdy wię­cej szam­pana. Obie­cuję. Clos Tri­gu­edina, może być?

Mój chło­pak, my­ślę, i opie­ram głowę na opar­ciu fo­tela. Nie mogę uwie­rzyć, że je­ste­śmy tu ra­zem i że jest już ofi­cjal­nie roz­wie­dziony. Te­raz już nic nie stoi nam na dro­dze. Wzdy­cham. Na­lewa nam wina, spo­gląda na mnie wy­mow­nie i pyta:

- Wszystko w po­rządku?

Przy­ta­kuję. Przy­bliża twarz na tyle, że pra­wie tracę od­dech.

- Moja piękna... - szep­cze i ca­łuje mnie lekko w czu­bek nosa. - Wy­glą­dasz cu­dow­nie. Wie­dzia­łem, że te kol­czyki będą do cie­bie pa­so­wać.

- Masz do­bry gust, dzię­kuję, są prze­piękne.

- Nie ubra­łaś za­wieszki? - pyta i rzuca okiem na mój de­kolt.

Za­mie­ram.

- To prze­cież kom­plet.

- Nie... - udaje mi się wy­ce­dzić. Ob­lewa mnie zimny pot. Przez chwilę za­po­mi­nam ję­zyka w gę­bie, aż w końcu do­daję: - Nie chcia­łam tak wszyst­kiego na­raz. Wy­da­wało mi się za bo­gato...

- Czyli jest obawa, że to ci się też nie spodoba. - Za­czyna szu­kać po kie­sze­niach. - Prze­pra­szam, chyba jest w mo­jej wa­lizce. Po­cze­kasz chwilkę?

- Ni­g­dzie się nie wy­bie­ram - od­po­wia­dam z wy­mu­szo­nym uśmie­chem. Mo­dlę się. Je­śli znów przy­nie­sie gra­na­towe pu­dełko z białą wstążką, to chyba za­wrócę sa­mo­lot. Spalę się ze wstydu. Zde­cy­do­wa­nie nie czuję się na si­łach, żeby po­więk­szyć moją ko­lek­cję dia­men­tów... Wy­cho­dzi na mo­ment z ka­biny, a ja kładę głowę na za­główku i za­my­kam oczy. A pod po­wie­kami mam wi­dok dia­men­to­wej za­wieszki wy­rzu­ca­nej do śmieci. Cho­lera!

- Pro­szę, to dla cie­bie. Pre­zent uro­dzi­nowy nu­mer trzy. - Gra­na­towe pu­dełko z białą wstążką. Słabo mi. Czy na po­kła­dzie jest le­karz? To już na­wet nie jest cho­lera! To już ra­czej kurwa mać, ja pier­dole, my­ślę, ale za­miast tego szep­tam:

- To nie fair. Prze­cież się uma­wia­li­śmy...

- Głów­nym pre­zen­tem są pa­piery roz­wo­dowe. Ka­za­łaś mi sta­rać się bar­dziej, więc się sta­ram. I ten wy­jazd. Bi­żu­te­ria to tylko do­da­tek. Mogę od­dać do sklepu, je­śli ci się nie spodoba - od­po­wiada, otwie­ra­jąc pu­dełko i wyj­mu­jąc z niego prze­piękną bran­so­letkę do kom­pletu z bi­żu­te­rią, którą mi wcze­śniej po­da­ro­wał. Pla­tyna, z kil­koma wi­szą­cymi za­wiesz­kami z dia­men­tów w kształ­cie kro­pli wody. Nie­zwy­kła! Pa­trzę na niego bła­gal­nym wzro­kiem.

- Sier­giej, wiesz, ja­kie to dla mnie krę­pu­jące? Naj­pierw wi­sio­rek, po­tem kol­czyki, a te­raz to... Cudo... - Prze­ły­kam gło­śno ślinę, za­sta­na­wia­jąc się, czy błysk w oczach na wi­dok tego świe­ci­dełka nie zdra­dza cza­sem mo­jego ko­smicz­nego za­chwytu i prze­ra­że­nia jed­no­cze­śnie. Jak mu po­wiem o za­wieszce?! - Nie zda­jesz so­bie sprawy...

- Nie ro­zu­miem. My­śla­łem, że ko­biety lu­bią bi­żu­te­rię. - Pod­stęp­nie udaje no­wi­cju­sza. Ani przez se­kundę nie daję się na to na­brać. Spo­gląda na mnie i przy­suwa się do mnie z pre­zen­tem w ręce i miną nie­wi­niątka. Nie mam żad­nych szans. Chwyta mój nad­gar­stek i za­kłada mi bran­so­letkę. Znów de­cy­duje.

- Po­sta­no­wi­łeś wy­ku­pić całą se­rię? - py­tam, kiedy do­myka za­pię­cie.

- Te­raz do kom­pletu bra­kuje tylko pier­ścionka, ale to bę­dzie na spe­cjalną oka­zję. - Sam się do sie­bie uśmie­cha i pa­trzy na mój nad­gar­stek.

Li­to­ści!

- Je­steś nie­sa­mo­wity. Jak już gdzieś się rzu­casz, to od razu na głę­boką wodę! - mó­wię do­piero po chwili, kiedy udaje mi się za­czerp­nąć po­wie­trza.

- Uwiel­biam twoje kom­ple­menty. - Śmieje się.

- Dzię­kuję. Jest prze­piękna.

Po ko­la­cji Sier­giej pro­po­nuje, że­by­śmy się tro­chę zdrzem­nęli, bo do­le­cimy do No­wego Jorku póź­nym ran­kiem. Z jego do­świad­cze­nia ze zmia­nami stref czasu, wy­nika, że z je­tla­giem igrać nie warto. Wiem, że ma ra­cję, ale wy­daje mi się nie­moż­liwe, że­bym te­raz za­snęła. Ste­war­desa spraw­nie za­mie­nia na­sze sie­dze­nia w łóżka i spusz­cza ro­lety. Wyj­muje mięk­kie koce i pu­chate po­duszki. Świa­tła zo­stają przy­ciem­nione. Mamy pra­wie że ro­man­tyczny na­strój. Kładę się, kiedy wska­zuje mi go­towe miej­sce i pa­trzę, jak Sier­giej zdej­muje ma­ry­narkę, czyli jed­nak nie jest do niego przy­szyta na stałe... Kła­dzie się obok i wy­ciąga do mnie rękę.

- Mu­simy się zmie­ścić.

No trudno, ja­koś to zniosę... Wzdy­cham i przy­su­wam się do niego. Serce wali mi jak sza­lone, bo le­żymy obok. Pod­nosi ra­mię i za­pra­sza mnie bli­żej. Mię­dzy ko­ścią oboj­czyka a grzbie­tem ra­mie­nia, gdzie jest wgłę­bie­nie, wła­śnie tam, ukła­dam głowę. Wita mnie jego za­pach. Ten, który już znam i roz­po­znaję. Z pew­no­ścią mie­szanka aro­matu jego ciała z per­fu­mami, któ­rych używa. Nuty o zde­cy­do­wa­nym cha­rak­te­rze, jed­nak nie­na­chalny per­fu­mo­wany ob­łok, nie pot, nie zmę­cze­nie. Ra­czej ro­dzaj od­waż­nego pod­pisu, oso­bi­stego i je­dy­nego w swoim ro­dzaju. Coś, co na mnie działa. Mój ulu­biony. Bie­rze moją dłoń i kła­dzie na sercu. Po chwili wy­czu­wam jego spo­kojny puls. Ca­łuje mnie w czoło, mó­wiąc:

- Spró­buj za­snąć.

Nie zdaje so­bie sprawy, w ja­kim je­stem sta­nie. Jak atleta na se­kundę przed sę­dziow­skim gwizd­kiem startu na olim­pia­dzie. Na­wet na ochło­nię­cie nie mam szans, a co do­piero na spa­nie! Od­dy­cham nim. Wta­piam się w miękki ma­te­riał jego od­pra­so­wa­nej ko­szuli. Za­myka oczy i za­sy­pia jak na za­wo­ła­nie. Jego klatka pier­siowa mia­rowo unosi się i opada. Boję się ru­szyć, żeby go nie obu­dzić. Zna­jąc go, pew­nie nie ma czasu na sen, więc tkwię tak, bez ru­chu, go­dzi­nami, aż sama się pod­daję.

Bu­dzi nas bzy­cze­nie jego ko­mórki. On wstaje, a ja leżę opa­tu­lona ko­cem i przy­słu­chuję się, jak roz­ma­wia szep­tem.

- Tak... Nie mam po­ję­cia. - Spo­gląda na ze­ga­rek. - Mamy jesz­cze ja­kąś go­dzinę lotu. Tak... Nie, nic nie szko­dzi, do­brze, że za­dzwo­ni­łaś. Więc o co cho­dzi?... On nie ma nic do ga­da­nia... Chyba żar­tuje... Jest gdzieś koło cie­bie? Daj mi go. Tak, daj mi go do te­le­fonu. - Za­czyna ner­wowo cho­dzić po ka­bi­nie, ge­sty­ku­luje, jego brwi pod­no­szą się i opa­dają. Za­baw­nie to wy­gląda. Przy­naj­mniej dla mnie, bo on wy­daje się te­raz zde­ner­wo­wany. - Osza­la­łeś? - pyta gło­śniej. - Nie, nie ma ta­kiej opcji. Nie! Nie zga­dzam się. Nie ma mowy. To jest ofi­cjalne nie. Daj mi Molly... Molly? Za­blo­kuj kod do­stępu i daj mu dwa dni wol­nego. Zajmę się tym po po­wro­cie. Mam na­dzieję, że je­stem je­dyną i pierw­szą osobą, którą po­in­for­mo­wał o tym po­my­śle?... Okej, do­brze. Dzię­kuję ci. Co ja bym bez cie­bie zro­bił? In­for­muj mnie na bie­żąco... Cześć! - Od­kłada te­le­fon i siada na fo­telu na­prze­ciwko łóżka, na któ­rym leżę. Składa ręce i opiera na nich brodę.

- Coś nie tak w pracy? - py­tam.

- Mój spe­cja­li­sta od dia­gno­styki mi­kro­bio­lo­gicz­nej ma się cza­sami za wiel­kiego wy­na­lazcę... I trzeba go spro­wa­dzać na zie­mię. Ale nie mówmy o tym. To tylko praca, a dziś są twoje uro­dziny.

- Już wła­ści­wie po uro­dzi­nach... Która go­dzina w An­glii?

- Czwarta rano.

- Twoja se­kre­tarka pra­cuje o czwar­tej nad ra­nem? - za­daję py­ta­nie, zie­wa­jąc.

- Jest bar­dzo od­dana swo­jej pracy. - Przez uśmiech w ką­ciku ust nie wiem, czy żar­tuje, czy mówi po­waż­nie.

- Mam na­dzieję, że cho­ciaż do­brze jej pła­cisz.

- Gdyby była nie­za­do­wo­lona, ode­szłaby.

- Ale żeby dzwo­nić do szefa o czwar­tej rano... - Nie udaje mi się do­koń­czyć zda­nia. Za­my­kam oczy. W jego to­wa­rzy­stwie je­stem zu­peł­nie ogłu­piała. Naj­wy­raź­niej moje szare ko­mórki też po­sia­dają brzu­chy, a w nich tak jak ja, rzad­kiego ga­tunku mo­tyle. Otwie­ram jedno oko. Wi­dzę, że Sier­giej sie­dzi i gapi się na moje usta. Nie mogę wal­czyć ze zmę­cze­niem. Po­sta­na­wiam po­zwo­lić się za­mknąć po­wiece i wy­ko­rzy­stać na sen ostat­nią go­dzinę lotu.

- Serge, za pięć mi­nut lą­du­jemy, za­pnij­cie pasy. Po­goda piękna. Bę­dzie lekko. - Słowa pi­lota wy­bu­dzają mnie ze snu.

Za­raz po­tem Sier­giej ogła­sza, że musi znik­nąć na kilka go­dzin w spra­wach służ­bo­wych, za­nim spo­tkamy się na świę­to­wa­nie mo­ich uro­dzin. Tego się nie spo­dzie­wa­łam. Ten fa­cet pra­cuje nie­prze­rwa­nie. Ku mo­jemu zdzi­wie­niu prze­wi­dział jed­nak, co będę w tym cza­sie ro­bić: re­lak­so­wać się w spa. I jak tu go nie ko­chać?

W sa­lo­nie pięk­no­ści prze­cho­dzę pra­wie że me­ta­mor­fozę. Ma­saże, de­pi­la­cje, pe­elingi, olejki, ma­seczki i pa­znok­cie. Kiedy na ko­niec fry­zjer zaj­muje się mo­imi wło­sami, a wi­za­żystka moim ma­ki­ja­żem, dzwoni te­le­fon. To sexy Serge - dar­czyńca roku.

- I jak? - pyta ak­sa­mit­nym gło­sem.

- Bo­sko.

- Kiedy koń­czysz?

- Nie wiem. Mam wra­że­nie, że to się ni­gdy nie skoń­czy. Za­mó­wi­łeś wszystko, co mieli w ofer­cie?

- Nie - od­po­wiada z uśmie­chem. - Nie wszystko, ale pra­wie. Za­raz przy­je­dzie po cie­bie Eliza. To żona Bo­rysa.

- Kogo? - Coś mi to mówi, ale nie je­stem pewna.

- Bo­rysa, mo­jego przy­ja­ciela, pa­mię­tasz?

- A... Tak. I co ona tu robi?

- Mieszka. I za­bie­rze cię na za­kupy. Wy­soka, szczu­pła blon­dynka. Mnie tu jesz­cze tro­chę zej­dzie. Nie gnie­waj się. - Da­lej naj­wy­raź­niej nie poj­muje, że trudno mi się na niego gnie­wać. Ale może to i le­piej.

Cie­kawe, co mamy niby ku­po­wać z tą Elizą.

- Ale zdą­żysz na wie­czór? - py­tam, bo mam wra­że­nie, że ta­kie "jesz­cze mi tu tro­chę zej­dzie" w jego wy­ko­na­niu może się prze­cią­gnąć do pierw­szej nad ra­nem.

- Będę naj­póź­niej o dwu­dzie­stej. Obie­cuję. Spo­tkamy się w ba­rze. Eliza cię za­pro­wa­dzi.

No­wo­jor­ski fry­zjer do­ko­nuje cudu. Moje włosy, za­zwy­czaj pro­ste jak druty, stają się bu­rzą sprę­ży­stych błysz­czą­cych lo­ków. Po raz setny prze­glą­dam się w lu­strze, kiedy za­uwa­żam wy­soką, szczu­płą blon­dynkę po trzy­dzie­stce wpa­tru­jącą się we mnie z za­cie­ka­wie­niem. To musi być ona. Eliza. Pierw­sze, co wi­dzę, to jej ko­biece kształty i ide­al­nie do­brane ciu­chy. Wy­gląda jak gwiazda rocka. Jej ob­casy mu­szą mieć mi­ni­mum dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów, a to­rebka kosz­to­wać tyle, ile roczna pen­sja mo­ich ro­dzi­ców. Ma per­fek­cyj­nie gładką twarz i do­syć mocny ma­ki­jaż. Kiedy po­ja­wia się w po­miesz­cze­niu, wszyst­kie głowy od­wra­cają się w jej stronę.

- Eliza My­lov. Tak mi miło! - mówi na przy­wi­ta­nie.

- Mnie rów­nież. Anna Smith.

Mie­rzy mnie wzro­kiem i za­czyna:

- Od razu wie­dzia­łam, że to ty, kiedy we­szłam. Serge do­brze cię opi­sał.

- Tak? A co po­wie­dział?

- Szczu­pła bru­netka z twa­rzą anioła. Duże usta. Na pewno z ni­kim jej nie po­my­lisz. I miał ra­cję. Ma do­bry gust - mówi, a ja z przy­jem­no­ścią od­kry­wam, że w jej gło­sie nie bra­kuje szcze­ro­ści.

- My­śla­łam, że to ja mam do­bry gust - rzu­cam, a ona od­po­wiada cał­kiem po­waż­nie:

- O! On od za­wsze po­doba się ko­bie­tom. Nie może się od nich opę­dzić.

Nie wiem, jak na to za­re­ago­wać, więc Eliza do­daje:

- Ale ni­gdy jesz­cze nie wi­dzie­li­śmy go z Bo­ry­sem tak za­ko­cha­nego. Co ty mu zro­bi­łaś?

Za­raz! Chwila. Czy ja do­brze sły­szę?! Spo­tka­ły­śmy się dwie mi­nuty temu, a ona tak po pro­stu mówi, że Sier­giej mnie ko­cha. Wstrzy­muję po­wie­trze. Pau­zuję od­dy­cha­nie. Jest za­ko­chany... We mnie...!

- Nic. Nie wiem... - za­czy­nam, ale od­biera mi zu­peł­nie mowę. Uśmie­cham się i nie mogę prze­stać. Pew­nie wy­glą­dam jak głup­tas. Nie chcę iść na żadne za­kupy, tylko go zo­ba­czyć. Jak naj­szyb­ciej! Te­raz! Po tym, co usły­sza­łam, mam ochotę tylko na to. Eliza jed­nak ma co do mnie inne plany.

- Miał też ra­cję co do two­ich ubrań. - Tu­taj, nie­stety, też wy­czu­wam szcze­rość.

- Co ta­kiego? - py­tam z nie­do­wie­rza­niem, bo się wy­stro­iłam.

- Niby nic. Po­wiedzmy, że...

- Co po­wie­dział o mo­ich ciu­chach?

- Że ubie­rasz się jak chło­pak. - Za­ci­ska zęby, żeby nie uśmiech­nąć się za sze­roko.

- Prze­cież wła­śnie mam na so­bie su­kienkę! I ile pracy w to wło­ży­łam! - O uwie­ra­ją­cym z każ­dej strony push-upie nie wspo­mi­na­jąc. Sam dia­beł mu­siał to wy­my­ślić! Ma­rzę, żeby się go po­zbyć.

- Chyba za dużo - mówi. - Chodź, po­mogę ci coś wy­brać na dzi­siej­szy wie­czór.

Przy­mie­rza­nie ubrań to naj­nud­niej­sze za­ję­cie na świe­cie. Strata czasu. Mę­czy mnie to, za to Eliza ma przy tym wielki ubaw. Wy­biera dla mnie dziw­nie skro­jone rze­czy, w ko­lo­rach, któ­rych ni­gdy nie no­szę i od­kry­wa­jące, jak na mój gust, o wiele za dużo. Pyta też, czy mam w pla­nach zro­bić so­bie biust, bo ona zro­biła i nie ża­łuje. Spraw­dzam, czy mówi po­waż­nie i od­po­wia­dam, że nie, kiedy wi­dzę, że nie żar­tuje. Marsz­czy nos, ale nie ko­men­tuje. W końcu pada na ró­żową mini z ce­ki­nami i cie­li­ste szpilki. Go­dzę się, bo chcę, żeby to się już skoń­czyło. Wcze­śniej długo jed­nak pa­trzę w lu­stro, oglą­da­jąc się ze wszyst­kich stron i pod każ­dym moż­li­wym ką­tem. Moim atu­tem jest szczu­pła syl­wetka i gładka, ja­sna cera, ale nie uwa­żam się za ko­goś spe­cjal­nie pięk­nego albo sek­sow­nego. Te­raz, z tymi lo­kami po­do­ba­łam się so­bie o wiele bar­dziej. Chyba na­wet czuję się po­nętna i in­te­re­su­jąca... Oprócz tego ku­pu­jemy jesz­cze kilka in­nych stro­jów, su­kie­nek i spód­nic. Za wszystko płaci Eliza, twier­dząc, że tak się umó­wiła z Sier­gie­jem. Nie sprze­ci­wiam się. Chcę już wra­cać.

Wie­czo­rem w umó­wio­nym miej­scu sia­damy przy ba­rze i roz­ma­wiamy przy kie­liszku wina, cze­ka­jąc na pa­nów. Eliza jest cie­kawa, jak po­zna­łam Sier­gieja. Opo­wia­dam jej na­sze pierw­sze pa­miętne ren­dez-vous na balu, ale też o tym, jak przeze mnie nie do­stał wy­ma­rzo­nego sta­no­wi­ska, na co od­po­wiada:

- Nie przej­muj się tym. To są jego wy­gó­ro­wane am­bi­cje. On ni­gdy nie spo­czywa na lau­rach. Za­wsze chce zro­bić wię­cej, le­piej, ina­czej... Ni­gdy nie jest z sie­bie za­do­wo­lony. Lubi so­bie udo­wad­niać, że może. Taki już jest.

- Wiesz, dla­czego? - py­tam, są­cząc białe wino. Czuję na so­bie wzrok męż­czyzn sie­dzą­cych nie­opo­dal. Bar­dzo dziwne uczu­cie. Nie je­stem do tego przy­zwy­cza­jona, albo wcze­śniej nie zwra­ca­łam na to uwagi... Ga­pią się na nową Annę, w ma­ki­jażu, ko­kie­te­ryj­nym stroju i w ład­nie ucze­sa­nych wło­sach. Elizy w ogóle to nie ru­sza albo tylko spra­wiała ta­kie wra­że­nie.

- Nie mam po­ję­cia. Za­wsze taki był. Od kiedy go znam.

- Dawno się zna­cie?

- Ja­kieś dzie­więć lat. Po­zna­łam go w tym sa­mym cza­sie co Bo­rysa. Oni już wtedy się przy­jaź­nili. Stu­dio­wali ra­zem na Ha­rvar­dzie.

- Ro­zu­miem. A ty? Też tam stu­dio­wa­łaś?

- Ja? Nie. - Roz­ba­wi­łam ją i nie ro­zu­miem, dla­czego. - Po­zna­łam ich przez Jen­ni­fer. Byłą żonę Sier­gieja. Wiesz, że on był żo­naty, prawda? - Spo­gląda na mnie, pi­jąc wino.

- Tak, po­wie­dział mi - kła­mię, bo prze­cież do­wie­dzia­łam się o tym z in­ter­netu. Cie­kawe, czy miał za­miar mi o tym w ogóle po­wie­dzieć. I je­żeli tak, to kiedy?

- Ty i Jen­ni­fer? - py­tam po chwili.

- By­ły­śmy ko­le­żan­kami. Po­zna­ły­śmy się na kur­sie ma­lar­stwa, tu, w No­wym Jorku. Wtedy wszy­scy tu miesz­ka­li­śmy. Oni przy­je­chali na dwa lata, za­raz po ślu­bie. Sier­giej pra­co­wał, a Jen­ni­fer ma­lo­wała. Tyle że ich mał­żeń­stwo nie prze­trwało na­wet roku... - mówi, je­dząc i roz­glą­da­jąc się do­okoła.

- Jaka ona jest? - py­tam, i sama nie wiem, czy to do­bry po­mysł.

- Tro­chę sza­lona, bar­dzo uparta, z trud­nym cha­rak­te­rem. Taki typ, wiesz, który do­kład­nie wie, czego chce i się przed ni­czym nie cof­nie, żeby to zdo­być.

- Tro­chę jak on w ta­kim ra­zie - my­ślę na głos.

- Znacz­nie bar­dziej niż on. - Jej głos jest te­raz po­ważny. - Je­śli to w ogóle wy­ko­nalne - do­daje z na­my­słem.

- Czego ona tak bar­dzo chciała? Jaki był jej cel?

- Pie­nię­dzy. Tylko to ją in­te­re­so­wało.

- Wiesz, dla­czego się roz­stali? - py­tam.

- Nie znam szcze­gó­łów. Ale ten zwią­zek od po­czątku był ska­zany na nie­po­wo­dze­nie. To jego ro­dzice go z nią wy­swa­tali. Po­le­ciał spe­cjal­nie do Los An­ge­les, żeby ją po­znać. Była córką ich przy­ja­ciół, z do­brej, ale ubo­giej ro­dziny w po­rów­na­niu z jego ro­dziną. Po paru spo­tka­niach po­le­ciała z nim do An­glii, a po kilku ty­go­dniach wzięli ślub.

Kilku ty­go­dniach?! To mu się mu­siało spie­szyć!

- Za­ko­chał się w niej, bo była piękna i zu­peł­nie od niego za­leżna fi­nan­sowo, co da­wało mu po­zy­cję wła­dzy. A ona w nim, bo był przy­stojny i na do­da­tek bo­gaty... Ale to wy­star­cza do szczę­śli­wego związku tylko w fil­mach, a nie w praw­dzi­wym ży­ciu. Szybko oka­zało się, że nie mają so­bie nic do po­wie­dze­nia. Poza tym był cho­ro­bli­wie za­zdro­sny. Kiedy tylko chciała się go po­zbyć, za­częła sy­piać z in­nym, zbyt­nio się z tym przed nim nie kry­jąc. Wpadł w szał. I to był ko­niec. Długo nie mógł się po­zbie­rać - koń­czy wy­wód.

Mam zu­peł­nie inną wi­zję Sier­gieja z prze­szło­ści. "Cho­ro­bli­wie za­zdro­sny", "długo nie mógł się po­zbie­rać"? W ogóle mi to do niego nie pa­suje. Ale po­dobno lu­dzie się cza­sami zmie­niają.

- A po­tem? Były ja­kieś inne ko­biety w jego ży­ciu?

- Ty nie­wiele o nim wiesz... Dla­czego sama go nie za­py­tasz? - strzela, pa­trząc mi w oczy.

Czuję się głu­pio.

- Pró­buję, ale to nie­zdo­byta twier­dza. Nie­ła­two co­kol­wiek od niego wy­cią­gnąć. Unika tych te­ma­tów. Poza tym nie mie­li­śmy jesz­cze aż tylu oka­zji. On jest cały czas w pracy!

- To prawda. Serge to pra­co­ho­lik, a ty je­steś taka młoda... Aż trudno w to uwie­rzyć. Nie czuje się tego. Do­brze się z tobą roz­ma­wia - oświad­cza, uśmie­cha­jąc się.

- To co? Były ja­kieś inne?

- Nie, to zna­czy nic po­waż­nego. Ra­czej tylko do za­bawy, je­żeli wiesz, o czym mó­wię.

Sta­ra­łam się, choć ja­koś nie umiem so­bie tego wy­obra­zić.

- W każ­dym ra­zie je­steś pierw­szą osobą, którą po­sta­no­wił nam ofi­cjal­nie przed­sta­wić. A to chyba o czymś świad­czy. Nie mo­żemy się tylko na­dzi­wić, że za­ko­chał się w kimś tak mło­dym! Wy­bacz, to oczy­wi­ście nie wada, ale w jego sy­tu­acji, kiedy mógłby mieć prak­tycz­nie każdą...

- Wy­brał mnie. Też tego nie ro­zu­miem, uwierz mi - koń­czę za nią, wpra­wia­jąc ją w za­kło­po­ta­nie. Za­czyna się tłu­ma­czyć, ge­sty­ku­lu­jąc:

- Prze­pra­szam, źle to uję­łam. Wy­bacz mi.

- Nic się nie stało. Ro­zu­miem twój punkt wi­dze­nia. Sama cza­sami za­daję so­bie to py­ta­nie. Ale tak wi­docz­nie miało być. Kiedy je­ste­śmy ra­zem, to jakby cały świat do­okoła mógł prze­stać ist­nieć, ro­zu­miesz?

- Sta­ram się... - za­pew­nia i po­syła mi nie­pewny uśmiech. Od­wza­jem­niam go i za­ma­wiam drugi kie­li­szek wina.

- Piękne kol­czyki - mówi.

- W kom­ple­cie jest też bran­so­letka. - Po­ka­zuję jej świe­ci­dełko i od­daję: - To pre­zenty od Sier­gieja.

- Do­my­ślam się - od­po­wiada i za­czyna ma­chać ręką do nad­cho­dzą­cych męż­czyzn.

Bo­rys jest troszkę wyż­szy od Sier­gieja i ma bar­dzo krót­kie włosy. Przy­stojny fa­cet, ale ża­den męż­czy­zna nie wy­pada ko­rzyst­nie w to­wa­rzy­stwie mo­jego chło­paka. Kiedy go wi­dzę, nie­zmien­nie mam ochotę rzu­cić się mu na szyję. Tym ra­zem się po­wstrzy­muję, bo nie wy­pada, są tu jego przy­ja­ciele, le­piej nie da­wać się emo­cjom. Od razu przy­po­mi­nam so­bie, co po­wie­działa o nim Eliza i uśmie­cham się sze­roko, bo wiem, że on nie ma po­ję­cia, że już wiem.

Sier­giej na mój wi­dok po­waż­nieje, mie­rzy mnie od stóp do głów, a po­tem rzuca mi ten swój po­wa­la­jący na ko­lana uśmiech w ką­ciku ust. I cią­gle nie mogę uwie­rzyć, że to do mnie się uśmie­cha. Przy­stoj­niak!

- Chcesz, że­bym zwa­rio­wał? - szep­cze mi na ucho, kiedy jest bli­sko. - Wy­glą­dasz bo­sko!

- Cie­szę się, że ci się po­doba.

- Po­doba? Nie wiem, co po­wie­dzieć. Masz szczę­ście, że nie za­my­kają za by­cie sek­sowną, bo do­sta­ła­byś karę śmierci. - Jego ręka wę­druje w oko­lice mo­jej ta­lii.

Cie­pło, cie­plej.... Jego do­tyk jest ma­giczny, a głos cza­ru­jący i jakże mę­ski!

- Nie wiem, jak to wy­trzy­mam... - do­daje. Mam wra­że­nie, że po­wie­trze wo­kół nas gęst­nieje. Na­gle trud­niej mi od­dy­chać. O mamo!

- Po­wi­nie­neś po­dzię­ko­wać Eli­zie, to jej za­sługa.

Uśmie­cha się i od­wraca się do ko­biety, a ona pod­nosi kciuk. Za­czy­nam się śmiać i wtedy on, od­zy­skaw­szy stu­pro­cen­tową po­wagę, przed­sta­wia mnie Bo­ry­sowi:

- Anna Smith... Moja dziew­czyna.

Czy on wła­śnie po­wie­dział "moja dziew­czyna"?! Chyba oboje od razu czu­jemy, że coś w tych sło­wach jest nie tak, to ja­koś nie pa­suje... W jego ustach brzmi to ko­micz­nie. Pusz­cza mi oczko.

- Bo­rys My­lov. Mózg Sier­gieja - od­po­wiada, uśmie­cha­jąc się sze­roko. Ręka Sier­gieja lą­duje z dużą siłą na ra­mie­niu przy­ja­ciela, a palce za­ta­piają się w oboj­czyku, wy­wo­łu­jąc jęk­nię­cie jego wła­ści­ciela.

- Za­cho­wuj się przy da­mach, głup­cze! Ina­czej będę mu­siał się cie­bie po­zbyć - ri­po­stuje z uśmie­chem i chwyta moją rękę, którą de­li­kat­nie ca­łuje. Ru­szamy do wyj­ścia.

- I co ty byś sam z nimi zro­bił? - pyta Bo­rys, ale mój chło­pak go igno­ruje.

Całą czwórką idziemy na ko­la­cję do zna­nej im re­stau­ra­cji. Bo­rys i Eliza sta­no­wią świetną parę. Są mał­żeń­stwem od kilku lat. On pra­cuje dla Sier­gieja, ona pro­wa­dzi ga­le­rię sztuki. Cały wie­czór do­brze się ba­wimy. Jest dużo śmie­chu, kiedy wspo­mi­nają lata stu­diów. Jest też tort uro­dzi­nowy z dwu­dzie­stoma świecz­kami. Mam jedno ży­cze­nie i do­ty­czy ono pana Ta­re­dova. Oczy­wi­ście nie wy­po­wia­dam go na głos, bo chcę, żeby się speł­niło. Przed zdmuch­nię­ciem świe­czek pa­trzę mu tylko głę­boko w oczy. Roz­sta­jemy się z przy­ja­ciółmi, uma­wia­jąc na ju­trzej­sze po­po­łu­dnie. Kiedy wcho­dzimy do auta, za­czy­nam:

- Faj­nych masz przy­ja­ciół. Wi­dać, że zna­cie się od dawna.

- Mam szczę­ście. Bo­rys to równy gość.

- Czym zaj­muje się jego firma?

- Zdo­bywa dla mnie in­for­ma­cje. Różne in­for­ma­cje...

Na­gle na­stę­puje prze­łom stu­le­cia: Sier­giej Ta­re­dov pod­nosi pod­ło­kiet­nik, który za­wsze nas dzie­lił, i przy­suwa się do mnie, obej­mu­jąc mnie ra­mie­niem. Prze­cho­dzi mnie dreszcz emo­cji. Jego druga ręka chwyta mnie za dłoń, krzy­żu­jąc palce z mo­imi. Za­ta­pia twarz w mo­ich wło­sach i wdy­cha­jąc gło­śno ich za­pach, mówi:

- Te loki są bar­dzo sexy. - Od­gar­nia mi włosy, jest ich te­raz na­prawdę dużo, i ob­raca moją twarz w kie­runku swo­jej. Wstrzy­muję od­dech. Spo­gląda na mnie tym ma­łym uśmiesz­kiem przy­stoj­niaka i ca­łuje. Wresz­cie! Jego wargi są mięk­kie i mo­kre. Czuję jego przy­jemny smak.

- Mam ob­se­sję na punk­cie two­ich ust - mówi, a ja mam wra­że­nie, że za­raz eks­plo­duję. Od­wza­jem­niam po­ca­łu­nek. Jego gładki ję­zyk de­li­kat­nie zlewa się z moim, a mój mózg wy­syła im­puls w oko­lice pę­che­rza. To jak skurcz, tylko że nie­sa­mo­wi­cie przy­jemny. Och... Chcę kon­ty­nu­ować, ale dzwoni jego ko­mórka. Cho­lera! Przy­mu­sowa prze­rwa na ochło­nię­cie... Się­gam po kostki lodu z barku i po­cie­ram nimi kark. Sier­giej z te­le­fo­nem w ręce za­miera na ten wi­dok. Gapi się na mnie z uchy­lo­nymi ustami, a te­le­fon dzwoni... Prze­staje, do­piero kiedy się orien­tuje, że to wi­dzę.

- Nie od­bie­rzesz? - py­tam, rzu­ca­jąc mu uwo­dzi­ciel­ski uśmiech.

Na­ci­ska "od­bierz" i przy­kłada w końcu te­le­fon do ucha. Od­dy­cham. Kiedy koń­czy roz­ma­wiać, nie wraca do mnie, ale do ekranu smart­fonu. Za­ga­duję go o przy­jaźń z Bo­ry­sem.

- Długo się zna­cie...

- Po­zna­li­śmy się na Ha­rvar­dzie.

- Wiem, Eliza mi po­wie­działa.

- Aż boję się my­śleć, co jesz­cze ci o mnie opo­wie­działa... - Sek­sowny, po­wa­la­jący uśmiech. Ale nie w moim kie­runku. Do te­le­fonu. Wy­koń­czę się przy nim...

- Na przy­kład, że nie mo­żesz się opę­dzić od ko­biet... - mó­wię za­lot­nie, pa­trząc na jego ręce, bo te­raz coś pi­sze.

- Prze­pra­szam. Co po­wie­dzia­łaś? - pyta, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ko­mórki. Nie od­po­wia­dam, stwier­dzam, że po­cze­kam, aż skoń­czy. On rze­czy­wi­ście jest pra­co­ho­li­kiem. Po ja­kichś pię­ciu se­kun­dach spo­gląda na mnie.

- Prze­pra­szam, za­raz to cho­wam. Molly nie daje mi żyć.

- Uwa­żaj, za­czy­nam być o nią za­zdro­sna! - oznaj­miam, wy­glą­da­jąc przez okno.

Zero re­ak­cji. Pff! Prze­jeż­dżamy uli­cami Man­hat­tanu. Dra­pa­cze chmur wbi­jają się w czarne niebo, a ulice tęt­nią ży­ciem. To mia­sto rze­czy­wi­ście chyba ni­gdy nie śpi! Więk­szość skle­pów jest jesz­cze otwarta, choć jest po dwu­dzie­stej trze­ciej. Bary i re­stau­ra­cje pełne go­ści. Nowy Jork ma w so­bie coś, przez co czło­wiek pra­gnie ko­rzy­stać z ży­cia. Za­ko­chuję się w tym ko­lo­ro­wym miej­scu od pierw­szego wej­rze­nia i już nie mogę się do­cze­kać, żeby zo­ba­czyć całą resztę. Od wi­do­ków za oknem od­rywa mnie na­gle głos Sier­gieja, szep­czący mi wprost do ucha, to­nem jak z te­le­wi­zyj­nej re­klamy:

- Nie bę­dziesz chyba za­zdro­sna o moją pracę?

- Nie wiem. Może... Jak na ra­zie spę­dzasz z nią wię­cej czasu niż ze mną. - Ton tro­chę wy­nio­słej księż­niczki do­brze mu zrobi.

- Obie­cuję, że to się zmieni. O czym mó­wi­łaś wcze­śniej? Co ta­kiego po­wie­działa o mnie Eliza?

- Po­wie­działa, że nie mo­żesz opę­dzić się od ko­biet.

Śmieje się na głos i mówi:

- Pas!

- Przy­kro mi, mój drogi, to nie jest gra!

- Wierz mi, czasy mo­jej świet­no­ści już mi­nęły - prze­ma­wia z roz­ba­wie­niem i lu­zuje kra­wat. Na­gle sły­szę mój te­le­fon. Sier­giej zerka na mnie zdzi­wiony i pyta:

- Co to?

- Chyba do­sta­łam ese­mesa. - Szu­kam ko­mórki w to­rebce.

- Da­łaś ko­muś nu­mer te­le­fonu? - Po­waż­nieje.

- Tylko ro­dzi­com i przy­ja­cio­łom.

- Mam na­dzieję, że można im ufać.

Czy on aby nie pra­cuje w FBI...? O co tyle ha­łasu?

- Można. Nie martw się.

Wyj­muję te­le­fon, a Sier­giej od­suwa się ode mnie, tak aby dać mi tro­chę pry­wat­no­ści. Klasa. Wia­do­mość od Lor­cana:

Lor­can Ma­idley: Gdzie się po­dzie­wasz, Mała? Więdnę pod Two­imi drzwiami. Nikt Cię nie wi­dział od wczo­raj. Ode­zwij się.

Spraw­dzam an­giel­ską go­dzinę. Co on, do dia­bła, robi o szó­stej rano pod mo­imi drzwiami?! Pa­trzę na Sier­gieja. Nic nie mówi. Czeka.

- To od przy­ja­ciół. Mar­twią się o mnie. Nikt nie wie, że je­stem z tobą w Sta­nach. Mu­szę im coś od­pi­sać, żeby wie­dzieli, że wszystko ze mną w po­rządku - tłu­ma­czę, nie przy­zna­jąc się, że to od Lor­cana.

-Tak więc oboje mamy wspa­nia­łych przy­ja­ciół! - od­po­wiada i znowu ła­pie za swo­jego iPhone'a. Ja­koś nie czuję się na si­łach, żeby te­raz tłu­ma­czyć Sier­gie­jowi, kim jest Lor­can. Wie­czór jest przy­jemny, nie chcę tego nisz­czyć, szcze­gól­nie po tym, co usły­sza­łam od Elizy.

Anna Smith: W pre­zen­cie uro­dzi­no­wym do­sta­łam wy­cieczkę do No­wego Jorku. Wła­śnie tu je­stem. Jest wspa­niale. Wra­cam po­ju­trze. Ode­zwę się, jak będę już na miej­scu. PS Spać nie mo­żesz?

Za dwie mi­nuty przy­cho­dzi od­po­wiedź:

Lor­can Ma­idley: Jesz­cze się nie po­ło­ży­łem.

Szybko cho­wam te­le­fon do to­rebki. Sier­giej już dawno odło­żył swój i pa­trzy na mnie wzro­kiem de­tek­tywa.

- Nie wiem dla­czego, ale mam prze­czu­cie, że to ja po­wi­nie­nem za­cząć się mar­twić. - Nie prze­staje mnie lu­stro­wać. - Uśmie­chasz się do ko­mórki...

- Nie mam po­ję­cia, o czym mó­wisz - za­pew­niam i gram naj­le­piej, jak umiem. - A gdzie kra­wat? - zmie­niam te­mat.

- Tu. A co? Do cze­goś ci po­trzebny? - pyta i wska­zuje na zło­żony ma­te­riał.

- Nie... Ale bez kra­wata wy­glą­dasz zu­peł­nie ina­czej, Serge...

Auto za­trzy­muje się przy du­żej alei. Klub. Przy wej­ściu nie ma ko­lejki, za to stoi czte­rech ochro­nia­rzy. Sier­giej wita się z nimi i wpusz­czają nas do środka. Matt, który nie opusz­cza nas na krok, od kiedy tu je­ste­śmy, też wcho­dzi. Wielka sala, wy­peł­niona aż po brzegi. Po dwóch stro­nach cią­gną się dłu­gie bary, a pod su­fi­tem na huś­taw­kach bu­jają się piękne dziew­czyny w ską­pych stro­jach. Kilku tan­ce­rzy wije się na mi­ni­sce­nach. Tłum po­ru­sza się w rytm gło­śnej mu­zyki. Wcho­dzimy. Naj­pierw szoty. Wódka. Za­raz po­tem Sier­giej pro­wa­dzi mnie za rękę, ściąga ma­ry­narkę, po­daje ją Mat­towi i cią­gnie mnie na par­kiet. Pio­senka, którą grają, jest prze­bo­jem. Za­czy­namy tań­czyć. Za­ska­kuje mnie swo­imi umie­jęt­no­ściami! Mam ochotę za­py­tać, czy ma jesz­cze ja­kieś inne ukryte ta­lenty, ale zo­sta­wi­łam to na póź­niej, od­da­jąc się me­lo­dii mo­jego ciała. Nie mogę prze­stać, a on nie spusz­cza ze mnie wzroku. Wy­łą­czam mózg i zo­staje tylko cie­le­sność. Mu­zyka pul­suje mi w ży­łach. Rytm tętna pod­po­rząd­ko­wuje się drżą­cym w pod­ło­dze ba­som i grze stro­bo­sko­pów. Wy­daje mi się, że je­ste­śmy w in­nym wy­mia­rze. I chyba chwi­lami je­ste­śmy... Czuję szczę­ście. Je­stem w swoim ży­wiole... W moim ele­men­cie. Tań­czymy dłu­żej, niż się spo­dzie­wa­łam. Do­brze mu idzie i jest na lu­zie. Jesz­cze go ta­kiego nie wi­dzia­łam. Jego ręce do­ty­kają mo­jej tali, ra­mion i brzu­cha. Nie mam ochoty się od niego od­kleić. Roz­pala mnie do czer­wo­no­ści, aż czuję, że mam mo­kre plecy. W su­mie to mnie za­ska­kuje. Nie spo­dzie­wa­łam się, że za­bie­rze mnie do dys­ko­teki i że jest do­sko­na­łym tan­ce­rzem. Dzi­siaj mam wra­że­nie, że jest w moim wieku.

Znowu szoty. Po nim oczy­wi­ście nic nie wi­dać, ale ja za­czy­nam chwiać się na no­gach. Znam sie­bie, wiem, że mu­szę prze­stać. Czas prze­jąć kon­trolę nad sy­tu­acją, bo oczy­wi­ście, do­syć szybko, żeń­ska część sali ob­le­piła go wzro­kiem. Tym bar­dziej sta­ram się po­ka­zać, z kim tu przy­szedł! Dziew­czyny, po­ma­rzyć za­wsze można... Je­den szo­cik i po­wrót na par­kiet. Nie daję mu chwili wy­tchnie­nia. Te­raz moja ko­lej! Ła­pię go za kark. Jest go­rący. Druga ręka wę­druje w oko­lice jego ne­rek. Pa­rzy! Ocie­ram się o niego tak, że czuję, jak od­dy­cha. Lata lek­cji tańca z mamą wresz­cie się na coś przy­dają. On też jest pod wra­że­niem, z ła­two­ścią wy­czy­tuję to w jego spoj­rze­niach. Mam na niego wielką ochotę. Za­wie­szam się na nim i ca­łuję. Na­wet te­raz, kiedy chcę za­cią­gnąć go w ja­kieś ustronne miej­sce i skon­su­mo­wać, on jest de­li­katny i czuły. Do­pro­wa­dza mnie do szału, do ist­nej go­rączki. Ni­gdy tak jesz­cze nie mia­łam ochoty na seks. Moje ciało po pro­stu wa­riuje. Co­raz trud­niej jest mi się po­wstrzy­mać... Tak bar­dzo chcę, żeby wpadł w moje si­dła, że nie za­uwa­żam na­wet, jak bar­dzo je­stem za­plą­tana w jego... Chcę do­pro­wa­dzić go do wrze­nia. I udaje mi się. Nie może już ode mnie ode­rwać ani swo­ich oczu, ani swo­ich rąk... Grzeczny chło­piec! To już nie jest zwy­kła fa­scy­na­cja, tylko praw­dziwa żą­dza!

Na­wet nie wiem, jak zna­leź­li­śmy się z po­wro­tem w sa­mo­cho­dzie, ale te­raz sie­dzę na nim i do­ty­kam jego twa­rzy. Co się dzieje?! Nowy Jork prze­bły­skuje neo­nami, a al­ko­hol wi­ruje mi w gło­wie. Ca­łuję go naj­go­rę­cej, jak umiem. Jego ręce znów kur­czowo trzy­mają się sie­dze­nia. Hej, coś mi to przy­po­mina! W końcu od­ry­wam je i kładę na swo­ich udach. WOW! Iskrzy! Za­czyna prze­su­wać je do góry. Ca­łuje mnie po szyi, kiedy jego dło­nie są na mo­ich po­ślad­kach. Ści­ska je de­li­kat­nie. Po­ru­szam bio­drami, ocie­ram się, jak­bym na nim tań­czyła. Ca­łuję de­li­kat­nie jego twarz. Za­raz wy­buchnę. Je­stem na­prawdę tego bli­ska, a prze­cież nic ta­kiego się jesz­cze nie wy­da­rzyło. Otwie­ram oczy, żeby na niego spoj­rzeć, spraw­dzić, jak on to robi, że mnie do­pro­wa­dza do tego stanu samą obec­no­ścią. Ni­gdy cze­goś ta­kiego nie czu­łam. Wzdy­cha. I pa­trzy na mnie wzro­kiem, któ­rego jesz­cze u niego nie wi­dzia­łam. Pro­sto w moje źre­nice. Czerń ze zło­tym bły­skiem mie­nią się jak ni­gdy do­tąd. Się­gam w kie­runku jego roz­porka. Ale kiedy tylko udaje mi się mu­snąć to miej­sce, od­suwa szybko moją rękę i prze­suwa mnie z ko­lan na sie­dze­nie obok. Sta­ram się zro­zu­mieć, co robi, kiedy scho­dzi na klęczki i sa­dowi się przede mną na pod­ło­dze li­mu­zyny. Wkłada dło­nie pod moją mini i ściąga mi majtki, mu­ska­jąc ustami moje ko­lana. Te­raz roz­suwa mi nogi. To jest ten ruch, który wy­syła bo­dziec do mo­jego mó­zgu i wzdy­cham zde­cy­do­wa­nie za gło­śno, ale moje ciało przy­po­mniało so­bie ostatni raz, kiedy to zro­bił, i wy­słało gło­śny ko­mu­ni­kat do strun gło­so­wych.

- Spo­koj­nie... - szep­cze, ca­łu­jąc moje udo.

Sta­ram się, wierz mi! Spo­gląda na mnie i zbliża usta do mo­jego kro­cza. Liże moje wargi, te na dole. Liże wszystko. To po­czą­tek i ko­niec jed­no­cze­śnie. W re­kor­do­wym tem­pie do­pro­wa­dza mnie na sam szczyt. Eks­plo­duję. Gło­śne wes­tchnie­nie znów wy­peł­nia sa­mo­chód. Nie wiem, jak spoj­rzę kie­rowcy w oczy, ale nie mogę się po­wstrzy­mać. Po chwili ze zdzi­wioną miną Sier­giej jest już przy mo­jej twa­rzy i ca­łu­jąc mnie te­raz w ucho, pyta szep­tem z uwo­dzi­ciel­skim uśmie­chem:

- Anno Smith, po­bi­łaś re­kord. Co tu się wła­śnie wy­da­rzyło? Le­dwo co cię skosz­to­wa­łem.

Spo­glą­dam w czarne spoj­rze­nie i za­nim znów przy­łożę moje usta do jego ust, od­po­wia­dam obej­mu­jąc jego twarz:

- Ty. Ty się wy­da­rzy­łeś. Po­do­bało mi się.

Uśmie­cha się te­raz sze­roko i oznaj­mia:

- Sły­sza­łem. Wszy­scy sły­sze­li­śmy. Cały Man­hat­tan.

Za­my­kam po­wieki i za­ci­skam je szczel­nie, śmie­jąc się te­raz też do­syć gło­śno. Tro­chę mi głu­pio, ale prawda jest taka, że nie kon­tro­lo­wa­łam ni­czego. Sier­giej Ta­re­dov ma nade mną cał­ko­witą wła­dzę.

Do­jeż­dżamy na miej­sce. Ho­tel. Wcho­dzimy, a Sier­giej nie pusz­cza mo­jej ręki. Pierw­szy raz tak robi. Na­pię­cie wisi w po­wie­trzu. Winda. Chcę po­czuć jego ję­zyk w ustach. Wspi­nam się na palce, ale pod­nosi głowę, sta­jąc się w ten spo­sób nie­osią­galny. Spo­glą­dam na niego z gry­ma­sem nie­za­do­wo­le­nia, uśmie­cha się tylko, rzu­ca­jąc po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie w kie­runku po­ko­jówki, która stoi obok. Na­wet jej nie za­uwa­ży­łam. Pa­trzy na mnie z tym uśmie­chem, który mówi: wiem, co się za­raz wy­da­rzy! Sta­ram się za­cho­wać przy­zwo­itą od­le­głość. Za­raz za­cznę li­czyć pię­tra. Ogień, który się we mnie w tym mo­men­cie pali, mógłby sto­pić góry lo­dowe Ark­tyki. Jemu też go­rąco. Wi­dzę to. Za­gry­zam usta i się uśmie­cham. Spo­gląda na mnie z góry i ner­wowo ude­rza pal­cami w ścianę.

Kiedy drzwi windy otwie­rają się, pro­wa­dzi mnie pod po­kój i mówi:

- Mam na­dzieję, że wy­bra­łem dla cie­bie wła­ściwy po­kój.

Dla cie­bie? Ci­sza. Ja na­prawdę za dużo wy­pi­łam. Pa­trzę na niego z nie­zro­zu­mie­niem. Żar­tuje. Nie żar­tuje. Nie wiem, za dużo szo­tów. Otwiera drzwi, po czym wrę­cza mi klucz-kartę i ge­stem za­pra­sza do środka, ale sam nie ru­sza się z miej­sca. Za­tyka mnie, więc ja też stoję. Ocze­kuję ja­kie­go­kol­wiek lo­gicz­nego wy­ja­śnie­nia i sta­ram się ukryć po­ru­sze­nie. Wtedy do­daje szep­tem, od­gar­nia­jąc mi ko­smyk wło­sów z twa­rzy i pa­trząc na mnie mrocz­nymi oczami:

- Za­czy­namy wszystko od nowa. To ci obie­ca­łem, bo da­łaś mi drugą szansę. Nie zmar­nuję jej...

Za­wsty­dza mnie. Po­dzi­wiam swoje nowe buty. Nie mam od­wagi na niego spoj­rzeć.

- Będę na­prze­ciwko, gdy­byś cze­go­kol­wiek po­trze­bo­wała - do­daje. O rany, co za czło­wiek!

Kiedy się bu­dzę, nie je­stem w sta­nie okre­ślić go­dziny. Spraw­dzam na ko­mórce: je­de­na­sta czter­dzie­ści rano. Nie­moż­liwe. Za oknami noc. Dzwo­nię do re­cep­cji. Szó­sta czter­dzie­ści nad ra­nem. Czyli spa­łam tylko cztery go­dziny. Chyba za wcze­śnie na śnia­da­nie. Pod­cho­dzę do okna. Ulice mia­sta są pu­ste. Co ja­kiś czas prze­jeż­dża sa­mo­chód. Więk­szość lo­kali po­za­my­kana, a po chod­ni­kach wa­lają się wczo­raj­sze ga­zety.

Wra­cam do łóżka, ale w ogóle nie chce mi się spać. Po­sta­na­wiam, że we­zmę prysz­nic. Sier­giej wy­na­jął mi chyba kró­lew­ski apar­ta­ment. Przy­się­gam, jest tu do­słow­nie wszystko. Wy­bie­ram ja­cuzzi. To, czego te­raz po­trze­buję! Na­pusz­czam go­rą­cej wody i wle­wam je­den z wielu pły­nów do ką­pieli. Za­nu­rzam się po­woli. Ką­piel jest re­lak­su­jąca: leżę i roz­my­ślam o wczo­raj. Roz­pa­mię­tuję każdy jego gest, każde słowo. Li­mu­zynę. Do końca ży­cia ten po­jazd bę­dzie te­raz dla mnie sy­no­ni­mem ero­tycz­nych unie­sień. Cały czas nie mogę uwie­rzyć, że po tym, co się w niej stało, od­pro­wa­dził mnie tu i po­szedł spać do sie­bie, jak gdyby ni­gdy nic. Wczo­raj za­snę­łam w se­kundę. Cie­kawe, czy on też już nie śpi... Za­sta­na­wiam się nad tym, co po­wie­działa Eliza. Ta Jen­ni­fer była dla niego okrutna! Nie znam jej, ale już jej nie lu­bię. Jak można zra­nić ko­goś ta­kiego jak Sier­giej? Do­brego, czu­łego i opie­kuń­czego? Już nie wspo­mi­na­jąc o jego po­zo­sta­łych za­le­tach... Dla­czego nie spę­dzi­li­śmy ra­zem nocy? Cały czas mam na niego ochotę. Jest taki po­ważny. Chcia­ła­bym wie­dzieć, o czym my­śli. I cho­ciaż wciąż nie wiem o nim wiele, wiem to naj­waż­niej­sze: jest we mnie za­ko­chany! To naj­wspa­nial­sza rzecz, jaką wczo­raj usły­sza­łam. Eliza wy­ga­dała się, bo pew­nie my­ślała, że sam mi to już po­wie­dział.

Włą­czam bą­belki i od­prę­żam się zu­peł­nie. W dwie mi­nuty po­wie­trze z dysz pod­wod­nych pro­du­kuje tony piany. Ja­cuzzi chyba nie współ­gra z pły­nem do ką­pieli. Po­tem po­sta­na­wiam, że ubiorę się w jedną z no­wych su­kie­nek, którą wczo­raj wy­brała dla mnie Eliza. Od tego mo­mentu nie dam mu chwili wy­tchnie­nia. Będę ko­bieca, sek­sowna i uwo­dzi­ciel­ska, aż się zła­mie i zu­peł­nie osza­leje na moim punk­cie. Już nie bę­dzie mógł się mi oprzeć. Ni­gdy wię­cej od­dziel­nych łó­żek czy po­koi! Ja­ki­kol­wiek inny sce­na­riusz nie wcho­dzi w grę. Ten fa­cet bę­dzie mój!

W kwie­ci­stej mi­ni­su­kience, z bu­rzą lo­ków na gło­wie i szpil­kami w ręce, na pal­cach wcho­dzę do jego po­koju. Jest ósma rano. Mia­łam na­dzieję, że za­stanę go jesz­cze śpią­cego i będę mo­gła go obu­dzić. Tym­cza­sem, kiedy za­pu­ka­łam, otwo­rzył mi drzwi rześki ni­czym po­ranna rosa. Na biurku za­uwa­żam otwar­tego lap­topa.

- Nie mów mi, że pra­cu­jesz!

- Nie po­wiem - od­po­wiada i od razu idzie za­mknąć kom­pu­ter. Siada na krze­śle i ru­chem ręki za­pra­sza na ko­lana. Ko­rzy­stam z za­pro­sze­nia i sia­dam bo­kiem. Mały bu­ziak lą­duje miękko na mo­ich ustach.

- Nie śpisz już? - za­czy­nam.

- Mój or­ga­nizm jest usta­wiony na czas an­giel­ski. Nie śpię już od dwóch go­dzin.

- To trzeba było przyjść i mnie obu­dzić.

- Chcia­łem, że­byś od­po­częła. Ale wi­dzę, że je­steś w pełni formy.

- Tak i umie­ram z głodu. - Lekko gryzę go w ucho. Nie mogę się po­wstrzy­mać, to sil­niej­sze ode mnie. Uśmie­cha się i prze­cze­suje ręką moje włosy.

- Mó­wi­łem ci już, jak bar­dzo ci do twa­rzy w tych lo­kach?

- Dzię­kuję. Mnie też się po­do­bają. To istny cud, że się jesz­cze trzy­mają.

Ca­łuję li­nię jego za­ro­stu i głasz­czę kru­cze włosy.

- To co? Chcesz coś za­mó­wić do po­koju, czy pój­dziemy zjeść na mie­ście? - Spo­gląda ukrad­kiem przez okno. Chcę zjeść jego, ale on naj­wy­raź­niej nie od­czy­tał tego ko­mu­ni­katu. Je­stem chyba za mało su­ge­stywna. Mu­szę nad tym po­pra­co­wać.

- Na mie­ście. Nowy Jork jest wspa­niały, nie chcę ni­czego prze­ga­pić.

Po pięt­na­stu mi­nu­tach je­ste­śmy już na ulicy i szu­kamy ka­wiarni ser­wu­ją­cej śnia­da­nia. W końcu de­cy­du­jemy się na tą, z któ­rej do­cho­dzą do nas cu­downe za­pa­chy świe­żego pie­czywa i kawy. W środku sto­liki są po­usta­wiane jak w wa­go­nie po­ciągu. Boksy ze skó­rza­nymi sie­dze­niami jak w ame­ry­kań­skich fil­mach. Po­doba mi się. Sia­damy na­prze­ciwko sie­bie. Kel­nerka, która jest do­brze po sześć­dzie­siątce, pod­cho­dzi do nas z kar­tami.

- Co tu jest ty­po­wym śnia­da­niem? - py­tam Sier­gieja, kiedy oboje pa­trzymy w menu.

- Na­le­śniki, jajka na be­ko­nie albo baj­gle z bia­łym se­rem i wę­dzo­nym ło­so­siem.

- Co ty lu­bisz naj­bar­dziej?

- Baj­gle.

- W ta­kim ra­zie, twoim zwy­cza­jem, we­zmę baj­gle. I do tego czarną kawę.

- I co te­raz z nami bę­dzie? - py­ta­łam, kiedy zo­sta­jemy sami.

- To zna­czy? Co kon­kret­nie masz na my­śli?

- Nie mu­simy się już kryć? Mar­twić? Pla­no­wać? Mo­żemy iść na Ti­mes Squ­are i się ca­ło­wać? - To mam kon­kret­nie na my­śli. I jesz­cze parę in­nych rze­czy... Ru­mie­nię się. Boże...

Spo­gląda na mnie za­cie­ka­wiony i oznaj­mia:

- Masz bar­dzo do­bre po­my­sły. Tak, mo­żemy. - Mam na­dzieję, że on jed­nak nie czyta w mo­ich my­ślach... - Mo­żemy ro­bić, co się nam żyw­nie po­doba. Za­do­wo­lona?

- Bar­dzo - od­po­wia­dam, pró­bu­jąc się uspo­koić. Nie może prze­cież wie­dzieć, o czym my­ślę... Co mi jest?! Dla­czego w jego obec­no­ści wciąż my­ślę tylko o tym?!

- Więc ja­kie mamy plany?

- Chcę spę­dzać z tobą jak naj­wię­cej czasu. Na Ti­mes Squ­are, na przy­kład... - mówi, chwy­ta­jąc mnie za ręce z wiel­kim uśmie­chem. Złą­cza je i ca­łuje, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku.

- Co bę­dziemy ro­bić dzi­siaj? - py­tam, choć jest mi to zu­peł­nie obo­jętne. Li­czy się tylko to, że ze mną jest. Rów­nie do­brze mo­gła­bym tu sie­dzieć, przy tym sto­liku, pić kawę i roz­ma­wiać cały dzień. Albo ewen­tu­al­nie po­jeź­dzić tą jego li­mu­zyną...

Te­le­fon. Wyj­muje go z kie­szeni ma­ry­narki, spraw­dza, kto dzwoni, po czym in­for­muje, tak jak­bym się tego nie do­my­ślała. - To z pracy. Wy­bacz mi. - Po czym od­biera. - Tak, Molly? Tak, oczy­wi­ście. Słu­cham. Hmmm?... Jak to? ... Czego chce?... Do­brze, umów mnie z nim na spo­tka­nie. Nie bę­dziemy o tym de­ba­to­wać przez te­le­fon. Ju­tro póź­nym po­po­łu­dniem?... Spró­buj i od­dzwoń do mnie - spo­gląda na mnie - albo nie, wy­ślij mi mejla z do­kładną go­dziną. Dziś będę już nie­do­stępny, spraw­dzę wia­do­mo­ści wie­czo­rem. Dzię­kuję. Na ra­zie.

Kiedy koń­czy roz­mowę, śnia­da­nie po­ja­wia się na na­szym stole.

- To co? Go­towa na wy­cieczkę po No­wym Jorku? - pyta, chwy­ta­jąc za baj­gla.

- Go­towa!

Przed­po­łu­dnie spę­dzamy na cho­dze­niu po mie­ście. Póź­niej je­dziemy do portu Chel­sea Piers, żeby spo­tkać się z Elizą i Bo­ry­sem. Mamy zjeść ra­zem obiad na ich luk­su­so­wym jach­cie. Ich sta­tek jest ogromny i wy­po­sa­żony z prze­sad­nym prze­py­chem: zło­cone krany, mar­mury, skóra... I oczy­wi­ście ja­cuzzi na naj­wyż­szym po­mo­ście. Jest też ku­charz i ma­sa­ży­sta...

- To prawda, co pi­szą? - Bo­rys za­czyna, wstaje i wita Sier­gieja uści­skiem dłoni. Wska­zuje na ga­zetę, która leży na stole.

- To za­leży, o czym mó­wisz. - Ten rzuca na nią okiem, ale z da­leka, bez czy­ta­nia.

- Zgo­dzi­łeś się na jej wa­runki! Skąd ta na­gła zmiana?

- A, to... - re­aguje mój chło­pak i robi unik, kon­ty­nu­ując po­wi­ta­nie: - Eliza, jak za­wsze piękna! Dzię­ku­jemy za za­pro­sze­nie.

- Słabe, bez­sku­teczne po­su­nię­cie - ko­men­tuje Bo­rys.

- To dla do­bra sprawy.

- Mar­cus jest tego sa­mego zda­nia?

- Od kiedy Mar­cus Do­wney ma tu coś do po­wie­dze­nia? Poza tym, nie mam za­miaru o tym roz­ma­wiać - fi­ni­szuje i po­wraca do mnie wzro­kiem. Uśmie­cham się, żeby za­ma­sko­wać moje praw­dziwe emo­cje, bo wiem, że mó­wią o jego roz­wo­dzie.

- Na­tu­ral­nie. I tak już jest po te­ma­cie... - Wzdy­cha jego przy­ja­ciel i po chwili wy­ru­szamy w drogę.

Jacht su­nie gładko po rzece Hud­son w kie­runku oce­anu. Roz­mowa przy stole jest bar­dzo oży­wiona. Szcze­gól­nie mię­dzy trójką przy­ja­ciół. Ja w więk­szo­ści słu­cham, do­wia­du­jąc się wielu no­wych rze­czy o moim chło­paku. O tym, że upra­wia dużo sportu. Kiedy? Py­tam. W nocy? To tłu­ma­czy­łoby jego wspa­niałą syl­wetkę. Oka­zuje się też, że oprócz an­giel­skiego i ro­syj­skiego zna fran­cu­ski i tro­chę ja­poń­skiego. I że zda­rza mu się spo­ty­kać z Bo­ry­sem w To­kio na su­shi.

- Le­ci­cie do To­kio tylko po to, żeby zjeść do­bre su­shi? - rzu­cam z nie­do­wie­rza­niem.

- Czemu nie? - pyta Bo­rys, po­pi­ja­jąc białe wino. - Przy oka­zji mo­żemy spo­koj­nie po­roz­ma­wiać... Nie­czę­sto się wi­du­jemy. Może cztery, pięć razy w roku. I to prze­wa­że­nie w in­te­re­sach, więc taki mały dwu­dniowy wy­pad do To­kio do­brze nam robi.

- To bar­dzo nie­eko­lo­giczne. - Kręcę głową.

Bo­rys nie­za­do­wo­lony ob­le­pia mnie wzro­kiem, ale to Sier­giej od­po­wiada:

- Po pierw­sze, oczy­wi­ście la­tam na SA­Fie. - Wi­dząc moją minę, od razu wy­ja­śnia: - To zrów­no­wa­żone pa­liwo lot­ni­cze, wy­two­rzone głów­nie z od­pa­dów, na przy­kład zu­ży­tych ole­jów spo­żyw­czych. Po dru­gie, mój jet jest naj­mniej za­nie­czysz­cza­ją­cym sa­mo­lo­tem tego typu do­stęp­nym na rynku. Ku­pi­łem go rok temu. To naj­now­sza ge­ne­ra­cja. Poza tym, całe lot­nic­two biz­ne­sowe jest od­po­wie­dzialne za je­dy­nie cztery setne pro­cent wszyst­kich rocz­nych emi­sji dwu­tlenku wę­gla - re­cy­tuje z pa­mięci. - Po czwarte, mam już za­mó­wiony nowy sa­mo­lot o na­pę­dzie wo­do­rowo elek­trycz­nym, ro­biony przez Szwaj­ca­rów. To cudo bę­dzie do­stępne już za trzy lata. Praw­dziwy game chan­ger.

- Jak do­staną ho­mo­lo­ga­cje... - ko­men­tuje Bo­rys.

- Do­staną. By­łem za­pro­szony na roz­mowy w tej spra­wie.

- Skoro tak twier­dzisz... - Męż­czyźni cichną. Ja też nic nie mó­wię, bo nie chcę po­ka­zać, jak mało wiem o emi­sjach dwu­tlenku wę­gla. Po chwili Bo­rys za­daje mi py­ta­nie:

- Lu­bisz su­shi?

- Uwiel­biam. To moje ulu­bione da­nie - ogła­szam i pusz­czam oczko do Sier­gieja. Przy­po­mina mi się mój pierw­szy su­shi-raz...

Mój chło­pak uśmie­cha się i mówi:

- No to jest nas troje. Anna uwiel­bia sa­łatkę z alg - do­daje po chwili, zwra­ca­jąc się do Bo­rysa. O co mu cho­dzi z tymi al­gami?

- Na­prawdę? Algi są cu­downe. Tyle cie­ka­wych wła­ści­wo­ści... - Bo­rys spra­wia wra­że­nie roz­ma­rzo­nego.

- Nie wiem, czym się tu tak za­chwy­cać - stwier­dza Eliza. - Ja tam wolę krwi­stego steka - po czym, spo­glą­da­jąc na nich, do­daje: - A! Wy znowu o pracy. Daj­cie już spo­kój, co?

Nie wiem, o czym do­kład­nie mowa, i nie mam też czasu za­py­tać, bo męż­czyźni za­czy­nają mó­wić o kon­trak­tach. Roz­mowa scho­dzi na inne tory i trwa aż Sier­giej wspo­mina, że nie ma jak cze­goś spraw­dzić, bo kom­pu­ter zo­stał w ho­telu.

- W ho­telu? - pyta ze zdzi­wie­niem Bo­rys, a gry­mas znie­sma­cze­nia po­ja­wia się na jego opa­lo­nej twa­rzy.

- Tak. W Roy­al­to­nie.

- Za­trzy­ma­łeś się w ho­telu? - Robi wiel­kie oczy. - A co z twoim miesz­ka­niem na Man­hat­ta­nie? Tylko nie mów, że do tej sumy do­rzu­ci­łeś jej jesz­cze wa­sze no­wo­jor­skie miesz­ka­nie!

Sier­giej wy­daje się za­kło­po­tany. Za­ci­ska szczękę, a po chwili spo­gląda na mnie ukrad­kiem i od­zywa się:

- Nie, nie... Ale mu­szę je wy­re­mon­to­wać. Nie na­daje się te­raz do miesz­ka­nia, dla­tego je­ste­śmy w ho­telu.

- Ro­zu­miem. Choć przy tej kwo­cie, nie­wiele by to w su­mie zmie­niło.

Na słowa Bo­rysa Sier­giej wy­ko­nuje gest od­ci­na­nia głowy, po­ka­zu­jąc, że chce za­koń­czyć te­mat sprawy roz­wo­do­wej. Bo­rys do­lewa so­bie wina.

- Okej, okej! Trzeba było mnie uprze­dzić. Za­trzy­ma­li­by­ście się u nas. Prze­cież nie bra­kuje miej­sca.

- Tak, wiem. Nie chcia­łem spra­wiać kło­potu - oświad­cza i pyta, czy do­lać mi al­ko­holu. Przy­ta­kuję.

- Prze­stań. Za­wsze je­steś u nas mile wi­dziany. Oboje je­ste­ście. - Eliza uśmie­cha się do nas.

- Dzię­kuję, Elizo, to miłe z two­jej strony.

Obiad prze­dłuża się do ko­la­cji. Eliza pro­po­nuje, że­by­śmy zo­stali na jach­cie do ju­tra, ale Bo­rys stwier­dza, pa­trząc na Sier­gieja:

- Nie, ko­cha­nie, dajmy im po­być tro­chę sam na sam. Po­patrz na niego, już nie może tu wy­sie­dzieć, za­raz ją po­żre wzro­kiem!

- Nie prze­sa­dzasz tro­chę? - pyta Sier­giej, wsta­jąc i do­pi­ja­jąc wino ze swo­jego kie­liszka.

- Za do­brze cię znam... - Bo­rys wstaje od stołu, żeby po­że­gnać się ze swoim przy­ja­cie­lem.

Zbie­ram rze­czy i idę sko­rzy­stać z to­a­lety. Jest w niej mały uchy­lony bu­laj. Z ze­wnątrz do­biega mnie roz­mowa męż­czyzn.

- Nie po­znaję cię - mówi Bo­rys.

- Za­leży mi na niej. Na­prawdę! Ale jest młoda. To mnie chwi­lami prze­raża. Nie wiem, czego się spo­dzie­wać.

- Ale wszystko działa?

- Na ra­zie działa. Choć chwi­lami mam wąt­pli­wo­ści, czy do­brze ro­bię.

- Chło­pie, sta­rze­jesz się. Co się z tobą dzieje? - Bo­rys otwar­cie z niego drwi.

- Nie wiem. Je­stem ja­kiś ner­wowy. W do­datku ta cała hi­sto­ria z Mac Royem...

- W su­mie to cię ro­zu­miem. Jest sek­sowna, cho­ciaż cycki by się jej ja­kieś przy­dały.

- Nie będę tego na­wet ko­men­to­wał i ty też ni­gdy już o tym nie wspo­mnisz.

Sły­szę gło­śny śmiech Bo­rysa.

- Dwu­dzie­sto­latka... Ostat­nio mia­łem taką przy­jem­ność, jak... już na­wet nie pa­mię­tam!

- Nie po­zo­staje ci nic in­nego, jak żyć wspo­mnie­niami - ob­wiesz­cza prze­śmiew­czo mój chło­pak.

- Hej! Uwa­żaj so­bie! Cho­lerny szczę­ściarz... A co do Mac Roye'a, to wy­star­czy to do­brze ro­ze­grać, nie martw się, coś wy­my­ślimy.

W tym mo­men­cie sły­szę też głos Elizy:

- Masz szczę­ście, to fajna dziew­czyna. Mo­gło być zde­cy­do­wa­nie go­rzej!

- Wiem. Jest nie­sa­mo­wita.

- Ale z tym roz­wo­dem, to już prze­sa­dzi­łeś. Trzeba było to za­ła­twić wcze­śniej, przed tą ko­mi­sją! - Bo­rys nie daje za wy­graną.

- Było, mi­nęło. Nie chcę już o tym mó­wić.

Nie sły­sza­łam po­czątku roz­mowy, więc nie wiem, o co do­kład­nie cho­dzi. Nie ro­zu­miem na sto pro­cent tej wy­miany. Ale i tak je­stem pod wra­że­niem. Za­leży mu na mnie. I to po­mimo mi­seczki A... Nic dziw­nego, prze­cież jest we mnie za­ko­chany... No, przy­naj­mniej we­dług Elizy. Biorę głę­boki od­dech i do­łą­czam do nich, żeby się po­że­gnać. Uśmiech nie scho­dzi mi z twa­rzy.

Wkrótce po­tem opusz­czamy jacht, aby wró­cić do ho­telu. Uni­kam pa­trze­nia w oczy kie­rowcy, po­dob­nie jak on stara się nie pa­trzeć w oczy mnie. Kiedy od­wozi nas na miej­sce, po­sta­na­wiamy się jesz­cze przejść. Wie­czór jest bar­dzo cie­pły, a ulice pełne tu­ry­stów, spa­ce­ru­jemy więc, trzy­ma­jąc się za ręce. Kto by po­my­ślał! Kiedy po pół­nocy wra­camy do ho­telu, scho­dzimy do ho­te­lo­wego baru. Daję się na­mó­wić na roz­mowę i drinka. Sier­giej za­czyna:

- Te­raz bę­dziesz mu­siała sku­pić się na na­uce. Zo­stały ci dwa lata do dy­plomu, a po­tem?

- Nie mam po­ję­cia, ale chcia­ła­bym po­dró­żo­wać, żeby po­znać różne miej­sca na ziemi. Je­żeli bę­dzie to moż­liwe, oczy­wi­ście.

- Jak cze­goś bar­dzo chcesz, to mo­żesz to osią­gnąć. Wy­star­czy się sta­rać.

- Masz ra­cję. Chcieć to móc. To bę­dzie moim no­wym mot­tem ży­cio­wym. - W sto­sunku do cie­bie też, ko­lego...

- Chęt­nie za­biorę cię na ko­niec świata, je­żeli ze­chcesz ze mną tam po­je­chać... - mówi, pa­trząc mi w oczy. O rany! - Prze­pra­szam, po­le­cieć moim eko­lo­gicz­nym je­tem! - śmieje się.

- Gdzie jest ko­niec świata?

- Gdzie tylko ze­chcesz - pa­trzy na mnie po­waż­nie i ca­łuje moją dłoń.

- Ma­rzy mi się Au­stra­lia. Co ty na to?

- Udało ci się zna­leźć miej­sce, w któ­rym nie by­łem. Bar­dzo chęt­nie od­kryję je z tobą.

- Mam na­dzieję! - mó­wię i otwie­ram to­rebkę. Wy­cią­gam z niej pa­ku­ne­czek. - Mam coś dla cie­bie, pro­szę - po­daję mu pre­zent.

Sier­giej jest zdzi­wiony. Nic nie mówi, spo­gląda na mnie po­dejrz­li­wie, po czym otwiera. Uśmie­cham się. Wyj­muje bre­lok do klu­czy z ma­leńką klep­sy­drą. Część prze­zro­czy­sta wy­ko­nana jest z krysz­tału, ale do­okoła jest drewno.

- To drewno orze­chowe, a w środku pia­sek z Sa­hary - tłu­ma­czę nie­py­tana.

Sier­giej da­lej mil­czy, dla­tego cią­gnę:

- Cho­dzi o czas i o nas. A do­kład­niej o to, że chcia­ła­bym go jak naj­wię­cej spę­dzać z tobą. Kiedy bę­dziemy da­leko, chcę że­byś o mnie my­ślał, a klep­sy­dra sprawi, że czas roz­łąki mi­nie szyb­ciej. Poza tym ten pia­sek... Mieni się zło­tem, jak twoje oczy, kiedy jest od­po­wied­nie świa­tło. - Pau­zuję, ale że on na­dal mil­czy, kon­ty­nu­uję: - Ku­pi­łam ją wczo­raj z Elizą, kiedy udało mi się ją wy­bła­gać, że­by­śmy na kilka mi­nut opu­ściły re­jon z ciu­chami. W su­mie sam ją so­bie ku­pi­łeś...

- Ile czasu po­ka­zuje? - od­zy­skuje głos i sły­szę, że jest wzru­szony.

- Mi­nutę - od­po­wia­dam i pa­trzę, jak prze­wraca ją w dłoni.

- To do­kład­nie tyle, ile trzeba mi było, żeby zro­zu­mieć, że pra­gnę, abyś była moja. Na tym balu.

- Mnie to za­jęło ja­kieś pięt­na­ście se­kund - stwier­dzam, a wtedy zbliża się i mnie ca­łuje.

- Jest śliczna, dzię­kuję - do­daje po chwili i chowa klep­sy­drę do kie­szeni.

- O co cho­dzi z tym miesz­ka­niem na Man­hat­ta­nie? - za­czy­nam, po­pi­ja­jąc drinka.

- Ni­czego nie można przed tobą ukryć... - od­piera.

- KGB to moje dru­gie imię.

Sier­giej śmieje się na moje słowa, ale tylko przez chwilę.

- Tam się po pro­stu nic nie zmie­niło od lat, ro­zu­miesz? Nie chcę, że­byś była czę­ścią tam­tej epoki. Całe miesz­ka­nie urzą­dziła Jen­ni­fer i nie mia­łem ani czasu, ani od­wagi tego prze­aran­żo­wać. Jesz­cze wa­lają się tam jej ja­kieś rze­czy. Aż sam nie mogę w to uwie­rzyć... Nie mam ochoty tam cię za­bie­rać, póki się tego nie po­zbędę i nie zro­bię re­montu. Z tobą za­czy­nam wszystko od nowa. To zu­peł­nie nowy etap w moim ży­ciu i ... - i robi pauzę, po­zo­sta­wia­jąc mnie w osłu­pie­niu, z wpó­ło­twar­tymi ze zdzi­wie­nia ustami.

- I? - py­tam w ocze­ki­wa­niu na pu­entę.

- I nie mam za­miaru po­peł­nić tych sa­mych błę­dów co za pierw­szym ra­zem. Za bar­dzo mi na to­bie za­leży... - tłu­ma­czy, po czym wzdy­cha: - Oto cała hi­sto­ria. Nic wiel­kiego... - Spraw­dza, czy na niego pa­trzę.

Oczy­wi­ście, że pa­trzę! Jak tu nie pa­trzeć?! Nic wiel­kiego?! Za­leży dla kogo! Chyba eks­plo­duję z nad­miaru py­chy! Za­leży mu na mnie i chce za­czy­nać ze mną wszystko od nowa! Ga­pię się na niego i po chwili py­tam pra­wie że szep­tem:

- Ko­cha­łeś ją?

- Kogo? - Spo­gląda na mnie zdzi­wiony.

- Kogo? Jen­ni­fer! - od­po­wia­dam, marsz­cząc czoło i prze­wra­ca­jąc oczami.

Od­wraca wzrok. Przez chwilę błą­dzi nim po sali.

- Dla­czego o to py­tasz? - przy­biera tak po­ważny ton, że ża­łuję mo­jej cie­ka­wo­ści. Wi­dzę, jak wszyst­kie mię­śnie jego ciała na­pi­nają się. Szczęka, ra­miona... Wbija we mnie wzrok z gro­bową miną. Nie od­po­wia­dam. Spo­glą­dam tylko na niego nie­pew­nie. To chyba oczy­wi­ste, za­leży mi na nim i chcę wie­dzieć jak naj­wię­cej o jego prze­szło­ści. Po chwili ci­szy, która wy­daje mi się wiecz­no­ścią, od­po­wiada w końcu:

- Tak, ko­cha­łem. - Ton, ja­kiego używa, daje mi do zro­zu­mie­nia, że to już ko­niec te­matu.

- Ro­zu­miem - rzu­cam nie­pew­nie, pa­trząc jak pró­buje się roz­luź­nić. Za­ma­wia dru­giego drinka. W końcu od­zywa się po dłuż­szej ci­szy:

- A ty?

- Co ja? - py­tam zdzi­wiona.

- Ko­cha­łaś go?

- Kogo? - Moje serce, nie­pro­szone, zrywa się do biegu.

- Wiesz kogo. Twój pro­blem...

- A! Jego... - Nie chcę o nim mó­wić. Boję się, że coś palnę. Nie mogę...

Sier­giej jed­nak pa­trzy mi pro­sto w oczy, więc szep­czę:

- Przez mo­ment tak mi się wy­da­wało.

- A po­tem?

- Po­tem po­zna­łam cie­bie.

Na­stę­puje błoga ci­sza. Mam na­dzieję, że to już ko­niec, ale Sier­giej da­lej pyta:

- Jak się na­zywa?

- Lor­can Ma­idley.

- Ile ma lat?

- Dwa­dzie­ścia je­den.

Py­ta­nie za py­ta­niem. Mam do­syć. Ale on nie prze­staje:

- I co w nim ta­kiego cie­ka­wego? - Sły­szę nutkę iro­nii.

Wszystko, my­ślę, ale od­po­wia­dam:

- Nie wiem. Nie chcę już o nim mó­wić. Prze­pra­szam. Chyba już pójdę się po­ło­żyć.

Ko­lejny już dzień nie koń­czy się tak, jak bym tego chciała. Jed­nak dzi­siaj, ina­czej niż wczo­raj, je­stem z tego pra­wie że za­do­wo­lona. Cho­wam się przed Sier­gie­jem i jego py­ta­niami w za­ci­szu mo­jego kró­lew­skiego po­koju. Usy­piam w prze­ogrom­nym łóżku z ko­miczną wręcz liczbą po­du­szek, pod no­wo­cze­snym bal­da­chi­mem i lu­strem na su­fi­cie. Sama.

Po po­wro­cie do Oks­fordu do­staję wia­do­mość w gru­pie na­szej paczki na What­sAp­pie. Kto chce je­chać w so­botę do Por­ts­mouth? Dzień na plaży, a wie­czo­rem ogni­sko i na­mioty. Wszy­scy jadą, więc i ja się zgła­szam, choć nie wiem, co mnie tam czeka, bo Lor­can też je­dzie. Mało tego, jest ini­cja­to­rem wy­cieczki, wy­mie­nia, co za­brać, o któ­rej po­ciąg i co ku­pić. Sier­gieja i tak nie bę­dzie w ten week­end, bo znów gdzieś leci, nie będę sie­dzieć sama w aka­de­miku, kiedy wszy­scy moi zna­jomi jadą się ba­wić nad mo­rze. Ogła­szam mu to pod­czas na­szej wie­czor­nej roz­mowy przez te­le­fon.

- W so­botę wy­bie­ram się ze zna­jo­mymi do Por­ts­mouth i zo­sta­niemy tam praw­do­po­dob­nie do nie­dzieli.

- Zo­sta­je­cie na noc? - pyta.

- Tak, chcemy tro­chę po­im­pre­zo­wać. Chłopcy za­pla­no­wali na­mioty na plaży i ogni­sko, bę­dzie faj­nie. Ale ty i ja wi­dzimy się w pią­tek, tak jak się umó­wi­li­śmy...

- Ro­zu­miem - pau­zuje. - Ju­tro będę wolny wie­czo­rem... - do­daje po­waż­nym gło­sem. - Kto je­dzie?

- Ci co za­wsze: Suza, Mon, Finn, Marc, Lor­can i ja.

Wzdy­cha.

- Wszystko z tobą w po­rządku? - py­tam z tro­ską.

Od­po­wiada do­piero po chwili:

- I po­my­śleć, że się mar­twi­łaś, jak moja se­kre­tarka dzwo­niła wie­czo­rem w spra­wach służ­bo­wych... Co ja mam po­wie­dzieć?

- Nie wie­czo­rem, tylko o czwar­tej rano! Poza tym nie wiem, czym miał­byś się mar­twić?

- Już ja wiem czym. A ra­czej kim.

- Nie ufasz mi? - po­waż­nieję. My­śla­łam, że po na­szym po­by­cie w No­wym Jorku zro­zu­miał, ile dla mnie zna­czy. Naj­wy­raź­niej nie.

- To­bie ufam. To jemu nie ufam. Temu Lor­ca­nowi...

- Dla­czego?

- Bo to fa­cet - wy­ro­kuje.

- Już ci mó­wi­łam, je­ste­śmy tylko przy­ja­ciółmi.

- Wła­śnie to mnie prze­raża!

- W ta­kim ra­zie nie po­zo­staje ci nic in­nego, jak je­chać z nami - za­ska­kuję go.

- Wiesz, że nie mogę, lecę do Du­baju. Poza tym nie cier­pię spać pod na­mio­tem - zbija mnie z tropu.

- W ta­kim ra­zie zo­ba­czymy się ju­tro? - pro­po­nuje i do­daje: - I po­my­śleć, że jesz­cze nie­dawno ka­za­łaś mi so­bie przy­rze­kać, że od pierw­szego paź­dzier­nika prak­tycz­nie nie bę­dziemy się roz­sta­wać.

- Pas, Sier­giej! Pas! Je­steś po pro­stu nie­moż­liwy!

- Do­bra­noc, Anno. Za­dzwo­nię! - koń­czy roz­mowę roz­ba­wio­nym to­nem.

Na­za­jutrz spo­ty­kamy się wie­czo­rem. My­śla­łam, że bę­dziemy wi­dy­wać się te­raz czę­sto, ale przez jego pracę i wy­jazdy tak nie jest. Matt przy­je­chał po mnie pod aka­de­mik, żeby za­wieść mnie do Lon­dynu, gdzie jemy ko­la­cję w eks­klu­zyw­nej re­stau­ra­cji. Roz­ma­wiamy przede wszyst­kim o jego pracy, a na ko­niec Sier­giej pyta o plany na na­stępny week­end, wy­po­mi­na­jąc mi, że ten spę­dzam bez niego, ale prze­cież to on wy­la­tuje służ­bowo do Du­baju.

- Mo­gli­by­śmy le­cieć do Pa­ryża w na­stępny week­end. Co ty na to?

- Pa­ryż?! By­łoby wspa­niale! Jesz­cze ni­gdy tam nie by­łam. - Nowy Jork, Pa­ryż... To za­czyna mi się po­do­bać.

-To piękne mia­sto. Spodoba ci się, ma szcze­gólną ar­chi­tek­turę.

- Znam z ksią­żek i in­ter­netu, chęt­nie po­oglą­dam na żywo.

- Je­śli się zga­dzasz, od razu po­pro­szę Molly, żeby za­re­zer­wo­wała nam ho­tel. Znam wspa­niałe miej­sce na Mont­mar­tre.

-To ona jed­nak pra­cuje non stop - mó­wię.

Sier­giej uśmie­cha się pod no­sem i od­po­wiada:

- Jest bar­dzo dys­po­zy­cyjna. Taka praca. To co? Zga­dzasz się na Pa­ryż?

- Pew­nie! - Jak mu od­mó­wić? Sier­giej i ja w naj­ro­man­tycz­niej­szym mie­ście na świe­cie! Na samą myśl mam gę­sią skórkę...

- Szczę­ściarz ze mnie - do­daje po chwili, cho­wa­jąc te­le­fon, z któ­rego wy­słał wia­do­mość do Molly i ob­ser­wu­jąc, jak piję wino. To ja je­stem w tym związku szczę­ściarą. Ale to on kie­ruje wszyst­kim i wszyst­kimi. Ma pie­nią­dze, wła­dzę i nie­opi­sany urok. I te­raz to też on za­po­wiada dal­szą część wie­czora:

- Czas na nie­spo­dziankę!

- My­śla­łam, że ko­la­cja nią była.

Pa­trzy na mnie zdzi­wiony i ri­po­stuje:

- Zde­cy­do­wa­nie mnie nie do­ce­niasz!

Pew­nie ma ra­cję. Uśmie­cham się i przy­su­wam na tyle bli­sko, żeby móc go po­ca­ło­wać. Jego usta są de­li­katne i na swój spo­sób po­wścią­gliwe. Znowu mu­szę o nie wal­czyć... Jak lwica!

Cen­trum mia­sta. Sa­mo­chód za­trzy­muje się przy mo­ście To­wer Bridge. Wcho­dzimy do jed­nej z wież. Sier­giej bez słów pro­wa­dzi mnie za rękę ze swoim uwo­dzi­ciel­skim uśmie­chem. Czy to wy­cieczka w stylu "Lon­dyn nocą?". Kiedy wcho­dzimy po scho­dach, umie­ram już z cie­ka­wo­ści. Cóż ta­kiego wy­my­ślił? W prze­ci­wień­stwie do mnie on jest opa­no­wany. W końcu je­ste­śmy na gór­nym po­mo­ście. Piękny wi­dok: za­to­pione w nocy mia­sto, z mi­lio­nem świa­teł i neo­nów. Sto­imy i pa­trzymy przed sie­bie. Ni­kogo wię­cej nie ma. Sier­giej obej­muje mnie i mówi:

- Po­doba ci się?

- Oczy­wi­ście. Jest cud­nie. Dzię­kuję, że mnie tu za­bra­łeś, jesz­cze nie by­łam na gór­nym mo­ście i nie my­śla­łam, że wi­dok bę­dzie tak wspa­niały.

- Mamy szczę­ście, niebo jest bez­chmurne.

Spo­glą­dam w górę, na czar­nym nie­bie mi­go­cze ty­siące gwiazd. Mam wra­że­nie, że je­stem jedną z nich. Znaj­do­wać się tu z nim, w jego ra­mio­nach, jest szczy­tem ma­rzeń. Nic wię­cej nie trzeba. No ale mój chło­pak nie byłby sobą, gdyby cze­goś jesz­cze nie wy­my­ślił...

- Za­leży ci na mnie? - pyta na­gle.

Co za py­ta­nie?! Par­skam śmie­chem. Głu­pie py­ta­nie, głu­pia re­ak­cja... Nie mogę się po­wstrzy­mać.

- Dla­czego się śmie­jesz? Py­tam po­waż­nie - do­daje.

- Wła­śnie dla­tego, że py­tasz tak po­waż­nie. - Po­woli udaje mi się uspo­koić. - Py­tasz o coś, co jest tak oczy­wi­ste jak te gwiazdy na nie­bie... Prze­pra­szam... Ja­sne, że mi na to­bie za­leży. Nie czu­jesz tego? - do­daję już na se­rio, pa­trząc mu w oczy.

- Chwi­lami mam wra­że­nie, że nie trak­tu­jesz mnie doj­rzale.

- O czym mó­wisz? - Te­raz już zu­peł­nie nie jest mi do śmie­chu. On rze­czy­wi­ście mówi na se­rio. Czuję, że za­raz ogar­nie mnie pa­nika.

- Na przy­kład ja­dąc z Lor­ca­nem Ma­idleyem pod na­miot...

O to mu cho­dzi. Może jed­nak Eliza miała ra­cję z tą za­zdro­ścią... Naj­wy­raź­niej coś jest na rze­czy.

- Już tyle razy ci tłu­ma­czy­łam, że to tylko mój ko­lega. Przy­ja­ciel. To wszystko.

Spo­gląda na mnie z po­li­to­wa­niem. Zły znak.

- Zu­peł­nie mi nie ufasz? - py­tam.

- Już o tym roz­ma­wia­li­śmy.

- Nie chcesz, że­bym tam ju­tro je­chała? Mogę od­wo­łać, je­żeli to ma ci udo­wod­nić, że mi na to­bie za­leży. Mam gdzieś wy­jazd nad mo­rze! Li­czysz się tylko ty!

Pa­trzy na mnie, otwie­ra­jąc usta, jakby miał coś po­wie­dzieć, ale w ostat­nim mo­men­cie się po­wstrzy­muje. Czyżby moja de­kla­ra­cja go za­sko­czyła? My­śla­łam, że do­sko­nale wie i ro­zu­mie, co do niego czuję. Za­sta­na­wia się chwilę i w końcu re­aguje:

- Nie, je­żeli masz ochotę, to jedź, ale chcę wie­dzieć, że nie mam się o co mar­twić.

- Nie masz. Oczy­wi­ście, że nie masz. - Biorę jego twarz w dło­nie i przy­su­wam swoją, mó­wiąc ci­cho: - Sier­giej, je­steś tylko ty. Ni­kogo in­nego nie ma w moim sercu.

- Mam taką na­dzieję... - Uśmie­cha się ką­ci­kiem ust.

- Mo­żesz być spo­kojny. Za­ufaj mi. Zo­bacz! - Biorę jego dłoń i przy­kła­dam do bi­ją­cego jak sza­lone serca.

Sier­giej stoi i pa­trzy na mnie po­waż­nie. Po paru se­kun­dach wy­czuwa mój puls i uśmie­cha się lekko. Na­sze usta spo­tkają się w czu­łym po­ca­łunku, po któ­rym pyta, nie zmie­nia­jąc tonu:

- Je­steś go­towa?

- Na co?

- Czy je­steś go­towa? - po­wta­rza roz­ba­wiony.

- To za­leży. Nie mam po­ję­cia, o czym mó­wisz...

Co mu znowu przy­szło do głowy?! Je­żeli się za­sta­na­wia, czy je­stem go­towa na ten zwią­zek, na tę mi­łość, to od­po­wiedź jest ewi­dentna: tak. A może cho­dzi mu o seks? I tu nie zmie­niam od­po­wie­dzi: tak. Bar­dzo tak. No może nie tu­taj i te­raz, ale tak. Na sto pro­cent tak.

- Za­ufaj mi! Po­słu­chaj swo­jego serca - uj­muje moją dłoń i kła­dzie na swo­jej, która cią­gle drga w rytm mo­jego przy­spie­szo­nego pulsu - i po­wiedz mi, czy je­steś te­raz go­towa! - Jest na­gle we wspa­nia­łym hu­mo­rze, pe­łen ra­do­ści i pew­no­ści sie­bie.

Aż boję się my­śleć, o czym mówi. Chyba jed­nak nie o nas. Nie wiem, o co cho­dzi, ale do­bry hu­mor od razu mi się udziela i kiedy pyta mnie po raz czwarty, jesz­cze gło­śniej niż wcze­śniej:

- Anno! Je­steś go­towa? No! Da­lej! Po­wiedz mi, że tak! - od­po­wia­dam z wiel­kim uśmie­chem i prze­ra­że­niem w oczach:

- Tak! Je­stem go­towa!

Jezu Chry­ste! Po nim można się spo­dzie­wać wszyst­kiego! Serce wali mi z ca­łych sił. Je­stem pod­ja­rana do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści. Po mo­ich sło­wach wyj­muje z kie­szeni te­le­fon, wy­biera nu­mer i pa­trząc na mnie, jak umie­ram ze zdzi­wie­nia, mówi naj­spo­koj­niej na świe­cie:

- Jest go­towa! Trzy, dwa, je­den...

Bum! Te­raz nad na­szymi gło­wami strze­lają sztuczne ognie! Na­gły huk spra­wia, że pod­ska­kuję ze stra­chu. Nie je­den, nie dwa, ale dzie­siątki ogrom­nych, ko­lo­ro­wych i błysz­czą­cych fe­jer­wer­ków! Wy­strzały są tak czę­ste i gło­śne, że mam wra­że­nie, że za­raz To­wer Bridge wy­leci w po­wie­trze! Ognie ukła­dają się w naj­róż­niej­sze kształty, w co­raz to bar­dziej za­ska­ku­jące układy i ko­lory. Sier­giej mnie za­ska­kuje po raz ko­lejny... Stoi ze mną, trzy­ma­jąc mnie w ra­mio­nach, z uśmie­chem na ustach, z za­dartą do góry głową. Jest mi do­brze... Ści­skam jego dło­nie w mo­ich dło­niach. Chcia­ła­bym za­trzy­mać czas... Pa­trzę na niebo i nie mogę uwie­rzyć w to, co wi­dzę. Spo­glą­dam na Sier­gieja, nie pa­trzy już w górę, ale na mnie, jed­no­cze­śnie po­ważny i po­ru­szony... Cu­downy, jak za­wsze.

- To dla cie­bie - szep­cze wprost do mo­jego ucha.

- Dzię­kuję - od­po­wia­dam i go ca­łuję.

To musi być sta­ra­nie się bar­dziej w jego wy­da­niu. I jest. O Jezu! Niebo roz­piesz­cza nas cu­dow­nym kon­cer­tem mie­nią­cych się barw, pół­okrą­głych kształ­tów i sym­fo­nią hucz­nych dźwię­ków. Za każ­dym ra­zem, gdy my­ślę, że to już ko­niec, nowy iskrzący bu­kiet roz­świe­tla niebo! Wy­buch za wy­bu­chem. Bum, bum, bum... Świe­cące jak bro­kat ko­lory mie­szają się z błysz­czą­cymi gwiaz­dami. Gło­śne, cięż­kie wy­strzały bom­bar­dują na­sze uszy. Mi­go­czący pył roz­pry­skuje się na czar­nym nie­bie, gwiezdny, ko­smiczny pył... Jest prze­cud­nie! Tak wspa­nia­łego po­kazu nie wi­dzia­łam ni­gdy wcze­śniej. Prze­chod­nie na dole za­trzy­mują się i po­dzi­wiają ra­zem z nami ten wspa­niały spek­takl. Bo­skie przed­sta­wie­nie! Zro­bił to dla mnie? Anioł... Skąd wie­dział, że ko­cham sztuczne ognie? Ni­gdy mu tego nie mó­wi­łam. A on wie... A już my­śla­łam, że bar­dziej go ko­chać nie mogę...

W so­bot­nie po­po­łu­dnie całą szóstką sie­dzimy w po­ciągu w dro­dze do Por­ts­mouth. Jest za­baw­nie, Lor­can gra na gi­ta­rze, śmie­jemy się i opo­wia­damy hi­sto­rie z wa­ka­cji. Po­dróż mija bar­dzo szybko i te­raz do­cie­ramy na plażę. Mo­nica i Finn biorą się za na­mioty, a Suza z Mar­kiem idą szu­kać drewna na ogni­sko. Lor­can i ja po­now­nie, dziw­nym tra­fem zo­sta­jemy sami.

- Spa­cer? - pro­po­nuje i zdej­muje buty.

- Aż nie mogę uwie­rzyć, że jest tak pięk­nie. O tej po­rze roku? - mó­wię z nie­do­wie­rza­niem.

- Ano­ma­lia po­go­dowa. Wszystko przez głu­pią dziurę ozo­nową. Czas naj­wyż­szy, żeby po­li­tycy coś z tym zro­bili... - ko­men­tuje i ru­sza w drogę, w ogóle nie pa­trząc, czy za nim idę. Ścią­gam te­ni­sówki i go do­ga­niam.

- Nie my­śla­łem, że bę­dziesz - za­czyna, kiedy idziemy już ja­kiś czas. Woda przy brzegu jest zimna, ale pia­sek jesz­cze cie­pły. Wiem, do czego dąży, ale prze­kor­nie, uda­jąc nie­wi­niątko, za­daję mu py­ta­nie:

- Dla­czego? Prze­cież od razu się zgo­dzi­łam, kiedy na­pi­sa­łeś.

- A twój chło­pak? Nie ma nic prze­ciwko temu?

Bingo! A nie mó­wi­łam?! Czy kie­dy­kol­wiek da za wy­graną, czy już za­wsze tak bę­dzie? No i jesz­cze ten zwrot "twój chło­pak". Mam go na wy­łącz­ność!

- Mój chło­pak jest bar­dzo to­le­ran­cyjny - ogła­szam nie­pew­nym gło­sem, bo wiem, że to nie do końca prawda. Zna­jąc go, sie­dzi te­raz na ja­kimś ze­bra­niu i poci się, bo nie wie, co ro­bię.

- Na­prawdę? Aż tak bar­dzo? Ja na jego miej­scu... Nie­ważne - mówi za­lot­nie, sta­jąc na­prze­ciwko mnie i idąc te­raz do tyłu jak krab. Wbija we mnie wzrok. Robi ten gest pal­cami, raz w swoją stronę raz w moją, żeby mi po­ka­zać, że na mnie pa­trzy, że mnie ob­ser­wuje. Ko­mu­ni­ka­cja. Cho­lera ja­sna! Dla­czego on musi być taki przy­stojny?! Po co?

- Nie znasz go, więc nie mo­żesz tego wie­dzieć. Poza tym ufamy so­bie.

Na­gle przy­po­mi­nam so­bie wczo­raj­sze sztuczne ognie i elek­try­zu­jący dreszcz prze­cho­dzi mi przez ciało. Te­raz mam przed oczami za­dzie­ra­ją­cego głowę Sier­gieja, z uśmiech­niętą twa­rzą i wiel­kimi, da­ją­cymi bez­pieczne schro­nie­nie ra­mio­nami.

- Czyli je­ste­ście jesz­cze ra­zem? - strzela na­gle, roz­my­wa­jąc moją ro­man­tyczną wi­zję z fa­jer­wer­kami. Słońce świeci mi pro­sto w oczy, więc przy­kła­dam rękę do czoła, żeby zo­ba­czyć jego twarz.

- Prze­cież wiesz, dla­czego py­tasz?

- Spraw­dzam tylko, czy to da­lej ak­tu­alne. - Wzru­sza ra­mio­nami. Zgrywa lu­zaka. Bar­dziej wy­lu­zo­wany Lor­can to już tylko mar­twy Lor­can...

- Weź wy­chil­luj! - pro­po­nuję jed­nak, bo wo­la­ła­bym zmie­nić te­mat.

- Je­stem w chuj wy­chil­lo­wany! Je­steś tu te­raz ze mną, a nie z nim. Reszta mnie nie in­te­re­suje. Po­tra­fię się do­sto­so­wać i wiem, kiedy i jak sku­tecz­nie wy­słać ważny ko­mu­ni­kat.

To z pew­no­ścią wie. Uśmie­cham się dys­kret­nie, ale to za­uważa.

- Z czego się śmie­jesz? - pyta i sam za­czyna szcze­rzyć zęby. To jest za­raź­liwe. Przy­po­mi­nają mi się stare czasy. Kiedy by­wa­li­śmy ra­zem, to uśmie­chy prze­waż­nie nie scho­dziły nam z twa­rzy.

- Nic, tak so­bie. Cie­szę się, że tu je­stem - mó­wię tylko, żeby go nie pro­wo­ko­wać.

Mimo ład­nej po­gody na plaży nie ma tłu­mów. Kiedy za­cho­dzi słońce, tem­pe­ra­tura po­wie­trza od razu się zmie­nia. Ale to wła­śnie wtedy Finn ini­cjuje ką­piel. Żadne z nas nie ma stroju. Lor­can pro­po­nuje, żeby wy­ką­pać się nago. An­glicy! Za­wsze im go­rąco, na­wet w zi­mie w T-shir­tach... Chłop­com nie trzeba po­wta­rzać dwa razy. Nie mogę uwie­rzyć w to, co wi­dzę! My ką­piemy się w bie­liź­nie. Po chwili je­stem już w lo­do­wa­tej wo­dzie, a po trzech mi­nu­tach mam do­syć i chcę wyjść. Jest prze­ra­ża­jąco zimno. To jak mor­so­wa­nie! Wszy­scy drą się jak opę­tani. Śmieję się w głos, przez co w ogóle nie je­stem w sta­nie pły­wać i za­raz chyba za­mar­znę. Pa­trzę na Lor­cana. Co za wi­dok! Pływa w za­wrot­nym tem­pie, za­trzy­muje się i ochla­puje Suzę, która pisz­czy jak sza­lona. W pew­nym mo­men­cie na­sze spoj­rze­nia krzy­żują się. Pa­trzę na te piękne, wiel­kie nie­bie­skie oczy, blond włosy i mię­śnie. Dużo mię­śni, ale nie ta­kich na­pom­po­wa­nych na si­łowni, tylko ta­kich na­tu­ral­nych, smu­kłych, chło­pię­cych, twar­dych i gład­kich pod pal­cami. Znam je i pa­mię­tam. Wy­gląda jak sur­fer z ha­waj­skiej plaży. Bra­kuje mi go. Nie wiem dla­czego, ale w pew­nym sen­sie mi go bra­kuje. Lu­bię z nim prze­by­wać, być bli­sko niego, to spra­wia, że czuję się na lu­zie, je­stem sobą. W końcu jest moim przy­ja­cie­lem! Lor­can po­lewa so­bie twarz wodą, po czym pły­nie w moim kie­runku. Za­trzy­muje się ja­kieś trzy cen­ty­me­try ode mnie. Je­stem na tyle przy­zwy­cza­jona do jego bli­sko­ści, że mnie to nie pe­szy. Spo­glą­dam na niego z uśmie­chem i cze­kam, aż coś po­wie. Na­biera po­wie­trza i nie zwra­ca­jąc uwagi na na­szych przy­ja­ciół, wy­krzy­kuje do mnie z wy­rzu­tem, dy­sząc ze zmę­cze­nia:

- Nic się nie zmie­niło! Ko­cham cię i nie mogę prze­stać! I chcę, żeby on o tym wie­dział! By­łem tu, za­nim się po­ja­wił! Je­stem i będę! Tak długo, aż zmie­nisz zda­nie i do mnie wró­cisz!

No i mamy ważny ko­mu­ni­kat. Stoję jak wryta. Na bez­de­chu. Po pro­stu nie mogę się ru­szyć. Otwie­ram usta, ale nie je­stem w sta­nie nic z sie­bie wy­krztu­sić oprócz bez­słow­nego jęk­nię­cia, mie­szanki żalu, zdzi­wie­nia i za­że­no­wa­nia. Roz­mowy i śmie­chy wo­kół nas uci­chły i jest ja­sne, że wszy­scy na nas pa­trzą. Lor­can nie spusz­cza ze mnie wzroku, ciężko od­dy­cha, aż czuję jego ty­to­niową woń. Wiem, że czeka na moją re­ak­cję, ale je­stem jak spa­ra­li­żo­wana. Mu­szę się sku­pić, żeby za­cząć znów od­dy­chać. Chyba jed­nak stoi za bli­sko...

Na­gle chwyta mnie za szyję i ca­łuje. Tak jak kie­dyś. Mocno, na­mięt­nie, przy­ci­ska­jąc mnie do sie­bie. Tak mocno, że pra­wie mnie to boli. Jego usta są go­rące, w prze­ci­wień­stwie do mo­ich, i przez uła­mek se­kundy mam ochotę sko­rzy­stać z tego cie­pła i nie od­su­wać się. Bar­dzo dziwne uczu­cie. Ułamki se­kund... Mocno mnie trzyma, więc za­czy­nam się sza­mo­tać. Pusz­cza i od­suwa się wresz­cie, pa­trzy na mnie, po­ka­zu­jąc mi, jak bar­dzo jest tym wszyst­kim prze­jęty. Od­po­wia­dam mu tym sa­mym, bo cze­kam na ja­kieś wy­ja­śnie­nie, ale on jest te­raz za bar­dzo wzbu­rzony. Tak jakby zu­peł­nie nad sobą nie pa­no­wał. Wiem, że już nic nie po­wie. Chyba za­czyna so­bie zda­wać sprawę, co zro­bił. Moja ko­lej na re­ak­cję, na silny i ja­sny ko­mu­ni­kat. Nie mogę się po­wstrzy­mać i po­licz­kuję go. Chlast! Z li­ścia, z wiel­kim roz­ma­chem... Z ca­łej siły! Sama o mało co się nie prze­wra­cam. Jego mleczna, gładka cera za­czer­wie­nia się mo­men­tal­nie, a po­li­czek robi się pur­pu­rowy. Lor­can nie cofa się jed­nak ani o mi­li­metr. Spusz­czam głowę, bo robi mi się głu­pio, cho­ciaż to on mnie spro­wo­ko­wał. Co ja tu w ogóle ro­bię?! Stoi jak wryty, mil­czy i tylko wy­ba­łu­sza na mnie te swoje wiel­kie, lśniące oczy. Wi­dać w nich za­wód. Po chwili bie­rze mnie za rękę i mówi wście­kły, ce­dząc przez za­ci­śnięte zęby:

- Chodź, wy­cho­dzimy, bo za­mar­z­niesz! Masz sine usta!

Nie mogę uwie­rzyć w to, co się dzieje. Dla­czego?! Cią­gnie mnie za rękę i wy­cho­dzimy ra­zem z wody. Ubie­ramy się tak szybko, jak tylko po­zwa­lają na to na­sze mo­kre ciała. Z zimna za­czy­nam dzwo­nić zę­bami. Słońce już dawno za­szło, za­czął wiać lo­do­waty wiatr i sły­chać tylko szum mo­rza. W kil­ka­na­ście se­kund, nie wia­domo skąd, ja­kieś cięż­kie i czarne chmury po­ja­wiają się nad na­szymi gło­wami. Mam ochotę pła­kać i krzy­czeć wnie­bo­głosy. Je­stem wście­kła. Na­gle wszystko za­czyna się od nowa. Dla­czego wciąż mi na nim tak za­leży?! Prze­cież je­stem za­ko­chana w Sier­gieju i pewna swo­ich uczuć. Więc dla­czego te­raz jest mi tak źle?!

Spo­glą­dam na niego. Ucie­le­śnie­nie dia­bel­skiej wście­kło­ści. Sie­dzi na pia­sku i pa­trzy, jak wal­czę z ubra­niem. Chyba za­bije mnie wzro­kiem. To wku­rza mnie jesz­cze bar­dziej. On jest wście­kły?! To co ja mam po­wie­dzieć?! Dla­czego utrud­nia i tak już skom­pli­ko­waną sy­tu­ację? My­śla­łam, że wszystko już so­bie wy­ja­śni­li­śmy... Naj­wy­raź­niej nie.

- Wra­cam do Oks­fordu - rzu­cam kilka mi­nut póź­niej. Zbie­ram swoje rze­czy i nie cze­ka­jąc na ni­kogo, ru­szam w stronę dworca. Od­cho­dząc, sły­szę tylko, jak Mo­nica mówi:

- No chyba nie po­zwo­lisz jej, żeby wra­cała sama po nocy do aka­de­mika?

Idę szyb­kim kro­kiem, przy­spie­szam, nie ma­jąc zie­lo­nego po­ję­cia, czy jest jesz­cze ja­ki­kol­wiek po­ciąg. Po dro­dze pra­wie ta­ra­nuję ko­bietę z dziec­kiem. Ce­dzę tylko przez zęby "prze­pra­szam" i sunę da­lej ni­czym chmura gra­dowa. Kiedy już wcho­dzę na dwo­rzec, wie­dzę, że za mną idzie. Pa­lant! Ku­puję bi­let i idę na pe­ron. Po­ciąg od­jeż­dża za cztery mi­nuty. Stoję tam, a łzy same lecą mi po po­licz­kach. Nie­na­wi­dzę go! Nie­na­wi­dzę go! Nie­na­wi­dzę go! Po chwili wsia­dam do wa­gonu, który za­trzy­mał się przede mną, i idę na pierw­sze wolne miej­sce. I tak jest pra­wie pu­sto. Po mi­nu­cie po­ja­wia się Lor­can i siada na­prze­ciwko mnie. Mil­czy. O nie! Nie chcę go wię­cej wi­dzieć! Prze­sia­dam się da­lej, ale za mo­ment znów jest przede mną. Kurwa, nie po­zbędę się go! Nie chcę na niego pa­trzeć, wy­glą­dam więc przez okno i kom­plet­nie go igno­ruję. Przy­naj­mniej wzro­kiem, bo w mo­ich my­ślach nie je­stem w sta­nie. W mo­jej gło­wie jest tylko Lor­can i jego szcze­niac­kie za­cho­wa­nie. Mamy przed sobą bar­dzo dłu­gie dwie go­dziny drogi. Na­sze ko­lana się do­ty­kają. Zwią­zuje swoje mo­kre włosy w kitkę i opiera głowę o za­głó­wek, pa­trząc na mnie z gro­bową miną. Je­dziemy tak po­nad pół go­dziny, kiedy na­gle mówi:

- Nie będę prze­pra­szał, bo to wszystko przez cie­bie. Mam w so­bie tyle zło­ści, tyle żalu, że chyba eks­plo­duję. To trwa od mie­sięcy i nie mogę się już z tym upo­rać...

Słu­cham, ale nie po­tra­fię na niego spoj­rzeć. Wiem, że jak na niego po­pa­trzę, to zrobi mi się go żal, bo wiem, że na­prawdę cierpi i że to moja wina.

- Po­wiedz coś - po­na­gla.

Nie od­po­wia­dam. Nie mogę. W gar­dle uro­sła mi ja­kaś wielka gula. Czuję się po pro­stu bez­na­dziej­nie. Wy­ciąga do mnie ręce. Spo­glą­dam w końcu na niego, ale na­wet nie drgnę. Wi­dzę żal i smu­tek. Po chwili moja ręka sama wy­suwa się w jego kie­runku. Istna kurwa ma­gia! Bie­rze ją i ści­ska mocno. Nie po­tra­fię nad tym za­pa­no­wać. Oboje mamy oczy pełne łez i żadne z nas już wię­cej nic nie mówi. Wra­camy tak do Oks­fordu, gdzie ra­zem wy­sia­damy i idziemy do aka­de­mika. Od­pro­wa­dza mnie pod drzwi mo­jego po­koju i kiedy je otwie­ram, za­czyna:

- Mała, ja na­prawdę...

- Za­mknij się! Już nic nie mów! Już wię­cej dziś nie zniosę - od­po­wia­dam, sta­now­czo prze­ry­wa­jąc mu w po­ło­wie zda­nia.

Rzuca mi smutne spoj­rze­nie. Ki­wam głową i wcho­dzę do środka, za­my­ka­jąc za sobą drzwi na klucz. Lor­can zo­staje sam na ko­ry­ta­rzu. Sły­szę, jak siada w na­szym fo­telu. Na­szym?! Ja opa­dam bez­wied­nie na pod­łogę pod drzwiami i nie po­tra­fię opa­no­wać po­toku łez. Sły­szy, jak pła­czę, to pewne, ale jest mi już wszystko jedno. Dym jego pa­pie­rosa prze­dziera się ukrad­kiem przez próg do mo­jego po­koju. Tego wie­czora wy­daje mi się mniej du­szący niż zwy­kle... Po­tem włą­cza się ten ku­rew­ski alarm. Mam ochotę wyjść i go wła­sno­ręcz­nie roz­pier­do­lić.

Nie­dzielę spę­dzam w po­koju. Ba­ry­ka­duję się i nie wy­cho­dzę z łóżka. To­talny tryb go­blina. My­ślę o Lor­ca­nie. Sier­giej nie dzwoni, nie pi­sze, co jest do niego nie­po­dobne. Wie­czo­rem, to ja wy­sy­łam do niego ese­mesa.

Anna Smith: Tę­sk­nię za Tobą.

Nie od­pi­suje. W po­nie­dzia­łek idę na za­ję­cia, które cią­gną się w nie­skoń­czo­ność. Na ko­ry­ta­rzu mi­jam Lor­cana. Mil­czący rzuca mi tylko obo­jętne spoj­rze­nie i od­dala się szybko bez słowa. Boli. Jak cho­lera. Po za­ję­ciach dzwo­nię do Sier­gieja, bo ten brak kon­taktu do niego nie pa­suje.

- Tak? - za­czyna po­waż­nym to­nem.

- To ja.

- Anno, nie mogę te­raz roz­ma­wiać. Od­dzwo­nię do cie­bie póź­niej.

Wy­łą­cza się, za­nim zdążę co­kol­wiek od­po­wie­dzieć. Co jest? To do niego zu­peł­nie nie­po­dobne. Mam złe prze­czu­cia. Wie­czo­rem dziew­czyny na­ma­wiają mnie na pizzę. W Gino's są oczy­wi­ście wszy­scy. Pró­buję za­cho­wy­wać się nor­mal­nie. Nie jest to naj­lep­sza stra­te­gia, ale je­dyna, na jaką mnie obec­nie stać. Igno­ro­wa­nie pro­blemu. W su­mie to je­stem wy­koń­czona. Zmę­cze­nie psy­chiczne jest o wiele gor­sze od fi­zycz­nego. Reszta za­cho­wuje się ra­czej swo­bod­nie. Roz­ma­wiają o wszyst­kim i o ni­czym, je­dząc pizzę. Ja nie mam siły na­wet na roz­mowę. Czuję, że robi mi się na­prawdę go­rąco. Ale kiedy zdej­muję swe­ter, do­pa­dają mnie dresz­cze. Coś jest ze mną nie tak. W pew­nym mo­men­cie Lor­can spo­gląda na mnie z tro­ską i mówi:

- Hej, Mała? Wszystko w po­rządku? Je­steś ja­kaś taka blada...

- Źle się czuję, chyba wrócę do sie­bie - od­po­wia­dam.

Pró­buję wstać, ale kiedy się pod­no­szę, tak bar­dzo kręci mi się w gło­wie, że mu­szę z po­wro­tem usiąść na krze­śle.

- Chodź, od­pro­wa­dzę cię. Mo­żesz iść? - pyta, wsta­jąc i po­da­jąc mi rękę, kiedy pod­no­szę się po­now­nie. Nie mam ochoty na jego po­moc, ale czuję się taka słaba, że nie mam wyj­ścia.

- Nie wiem, co mi jest. Chyba je­stem chora - mam­ro­czę, że­gna­jąc się ze wszyst­kimi.

- Po­móc wam? - rzuca nie­śmiało Marc, na co Lor­can zrów­nuje go z zie­mią swoim pio­ru­nu­ją­cym spoj­rze­niem. Nikt wię­cej nie ośmiela się za­brać głosu. Ma­idley i ja po­woli wy­cho­dzimy z lo­kalu.

- Je­steś pewna, że doj­dziesz sama? - pyta z czu­ło­ścią, kiedy je­ste­śmy już na ze­wnątrz.

- Ja­koś dojdę, to prze­cież bli­sko. Poza tym nie bę­dziesz mnie niósł... - mó­wię i pró­buję po­sta­wić jedną nogę przed drugą.

- Ku­rew­sko do­bry po­mysł, wska­kuj! - na­ma­wia i ob­raca się ple­cami. Nie mam siły się bro­nić ani ri­po­sto­wać, tym bar­dziej iść. Pod­daję się. Wdra­puję się na niego i tak przy­by­wamy ra­zem do aka­de­mika. Kiedy już je­ste­śmy pod gra­na­to­wymi drzwiami, sta­wia mnie i bie­rze z mo­jej ręki klucz, żeby otwo­rzyć. Wcho­dzimy do środka. Upa­dam na łóżko. Po­maga mi zdjąć buty i przy­krywa mnie koł­drą.

- Chyba po­win­naś wy­pić coś go­rą­cego i wziąć ja­kieś leki na go­rączkę - oznaj­mia, wkła­da­jąc ręce do kie­szeni i ści­sza­jąc głos.

- Nie mam żad­nych - szep­czę, po czym za­my­kam oczy. Lor­can klęka przy moim łóżku i do­tyka mo­jego czoła.

- Cho­lera, je­steś go­rąca jak piec. To przez tę so­bot­nią ką­piel. Co za chory po­mysł! Cały ten wy­pad był złym po­my­słem...

Uno­szę cięż­kie po­wieki. Sie­dzi na ziemi i trzyma mnie za rękę. Kiedy wi­dzi, że na niego pa­trzę, do­daje:

- Leż tu­taj, a ja pójdę i skom­bi­nuję ja­kieś leki. Nie je­steś na nic uczu­lona?

- Nie - szep­czę i za­my­kam oczy. Jest mi zimno. Prze­raź­li­wie zimno. Nie wiem, ile czasu go nie ma, ale kiedy otwie­ram je z po­wro­tem, stoi koło łóżka z wiel­kim kub­kiem i ta­blet­kami.

- Mu­sisz to wy­pić. Mam dla cie­bie her­batę zio­łową z mio­dem i aspi­rynę.

- Jest mi bar­dzo zimno. Mo­żesz mi po­dać koc? - py­tam, po­ka­zu­jąc mu ręką, gdzie leży. Przy­krywa mnie, opa­tula pie­czo­ło­wi­cie, a po­tem po­daje mi ku­bek. Przy­jem­nie czuć to cie­pło. Biorę dwie ta­bletki i wy­pi­jam po­łowę her­baty. Lor­can stoi i pa­trzy na mnie wy­stra­szony. Mu­szę wy­glą­dać na­prawdę nie­cie­ka­wie.

- Spró­buj te­raz za­snąć. Mu­sisz się wy­spać. I nie martw się, nie zo­sta­wię cię tu sa­mej. Mo­żesz spać spo­koj­nie - mówi szep­tem, kła­dąc się koło mnie i przy­tu­la­jąc się.

Za­razi się, my­ślę, ale nie mam siły mó­wić. Poza tym tak jest mi cie­plej. Czuję jego przy­spie­szony od­dech na moim karku i wil­gotne usta na szyi. Pro­te­sto­wać? Jak? Od­su­wam się lekko. W ten spo­sób ko­mu­ni­kuję mój sprze­ciw. Ko­mu­ni­kat do niego nie do­ciera. Spraw­dza, czy je­stem do­brze przy­kryta, tuli mnie mocno, a za­raz po­tem za­sy­piam. Bu­dzi mnie jego głos. Wal­czę z po­wie­kami z oło­wiu. Stoi na środku po­koju i roz­ma­wia przez moją ko­mórkę. Chcę za­py­tać, dla­czego i z kim, ale nie je­stem w sta­nie. Kiedy wi­dzi, że nie śpię, przy­kuca przy łóżku i pyta:

- Jak się czu­jesz? Nie jest ci już zimno?

- Nie. - Tylko tyle udaje mi się od­po­wie­dzieć i za­sy­piam z po­wro­tem. Kiedy na­stęp­nym ra­zem otwie­ram oczy, wi­dzę Sier­gieja i nie je­stem pewna już, czy to jawa, czy sen...

- Anno! Co ci jest? Jak się czu­jesz? - pyta kom­plet­nie spa­ni­ko­wany.

- Co ty tu ro­bisz? - mam­ro­czę, kiedy orien­tuję się, że jest tu na­prawdę.

- Przy­je­cha­łem, gdy tylko się do­wie­dzia­łem, że je­steś chora - tłu­ma­czy, chwy­ta­jąc mnie za rękę.

- Jak się do­wie­dzia­łeś? Gdzie jest Lor­can? - Roz­glą­dam się po po­koju.

- Po­szedł już do sie­bie. Jest druga w nocy.

Po­trze­buję tro­chę czasu, żeby to, co po­wie­dział, do mnie do­tarło. O rany! Po chwili stwier­dza:

- Masz go­rączkę.

Nie je­stem w sta­nie od­po­wie­dzieć. Wszystko mnie boli i czuję się, jakby gruba, gę­sta mgła za­jęła mi głowę. Kiedy po­now­nie się bu­dzę, nie je­stem u sie­bie. Otwie­ram sze­rzej oczy, żeby le­piej zo­ba­czyć, gdzie się znaj­duję, i zu­peł­nie nie roz­po­znaję tego miej­sca. Leżę na wiel­kim, sta­rym, drew­nia­nym łóżku w bia­łej, ha­fto­wa­nej wy­kroch­ma­lo­nej po­ścieli. Roz­glą­dam się po po­koju. Stoją tam dwie an­tyczne ko­mody i mały sto­lik z dwoma fo­te­lami, na jed­nym z nich sie­dzi obcy męż­czy­zna i coś no­tuje. Serce pod­cho­dzi mi do gar­dła. Gło­śno je prze­ły­kam. Chyba mnie usły­szał, bo wstaje i zbli­ża­jąc się do mnie, in­for­muje:

- Jak się pani czuje? O, prze­pra­szam, nie przed­sta­wi­łem się. Na­zy­wam się Mor­gan Thum­ble. Je­stem le­ka­rzem.

- Gdzie je­ste­śmy? - du­kam, spraw­dza­jąc jed­no­cze­śnie, co mam na so­bie. Wczo­raj­szy T-shirt i majtki. Na szczę­ście koł­drę mam na­cią­gniętą pod samą szyję. Le­karz jest w po­de­szłym wieku, a jego biała ko­szula nie ma ani jed­nego, naj­mniej­szego za­gię­cia, co dziw­nym spo­so­bem przy­kuwa mój wzrok. Poza tym to nie ko­szula. To ki­tel.

- Jest pani w Wil­low Hills.

Dom Sier­gieja. Jak się tu zna­la­złam?

- Gdzie Sier­giej? - py­tam pra­wie szep­tem. Czuję się nie­pew­nie z tym ob­cym męż­czy­zną w po­koju. Za­czy­nam się trząść i nie wiem, czy to z zimna czy ze stra­chu.

- Już go wo­łam, po­szedł się tro­chę od­świe­żyć... Czu­wał przy pani całą noc.

To fakt, za oknem jest już ja­sno. Po chwili do po­koju wcho­dzi mój chło­pak. Ma mo­kre włosy i nie­po­kój wy­pi­sany na twa­rzy. Przy­nosi swój za­pach i świe­żość. Naj­wy­raź­niej do­piero co wy­szedł spod prysz­nica. Do­pina ostat­nie gu­ziki ja­snej ko­szuli. Mam wra­że­nie, że samo pa­trze­nie na niego może mnie ule­czyć. Przy­stoj­niak! Tak bar­dzo się cie­szę, że tu jest.

- Dla­czego je­stem w twoim domu? - za­daję py­ta­nie, kiedy siada na brzegu łóżka i chwyta moją dłoń.

- Jak się czu­jesz? Wy­glą­dasz już le­piej, go­rączka chyba mi­nęła - mówi, przy­kła­da­jąc mi rękę do czoła. Pod­cho­dzi do nas le­karz.

- Le­piej. Ale dla­czego je­stem tu­taj? Kto mnie tu przy­wiózł?

- Za­raz ci wszystko wy­ja­śnię, nie martw się, je­steś bez­pieczna. Ale naj­pierw, je­żeli po­zwo­lisz, dok­tor Thum­ble cię zbada. Nie masz nic prze­ciwko temu, prawda? - upew­nia się, ca­łu­jąc moją dłoń. Nie, nie mam, choć nie jest to do końca kom­for­towa sy­tu­acja. Sier­giej zo­sta­wia nas sa­mych, za­my­ka­jąc ci­cho drzwi. Le­karz mnie osłu­chuje, mie­rzy ci­śnie­nie, za­gląda do gar­dła, do uszu i nosa.

- To naj­praw­do­po­dob­niej grypa. Pro­szę le­żeć w łóżku jesz­cze co naj­mniej przez trzy dni, pić dużo pły­nów i jeść lek­kie po­trawy. Naj­le­piej zupy wa­rzywne. No i brać pa­ra­ce­ta­mol, gdyby go­rączka wró­ciła - ra­dzi, po czym pa­kuje swoją le­kar­ską torbę i do­daje: - Gdyby było po­gor­sze­nie, pro­szę po mnie od razu dzwo­nić. Do wi­dze­nia, mi­łego dnia. Do wi­dze­nia, Serge. - Zwraca się do Sier­gieja, który wró­cił i stoi te­raz w drzwiach po­koju.

- Do wi­dze­nia. I dzię­kuję... - od­po­wia­dam.

Sier­giej od­pro­wa­dza le­ka­rza na dół. Mam chwilę, żeby obej­rzeć po­miesz­cze­nie. To fa­scy­nu­jące: per­fek­cyj­nie urzą­dzone, choć bez oso­bi­stych ak­cen­tów, jak reszta jego domu, a przy­naj­mniej część, którą już znam. Wszystko ide­al­nie tu do sie­bie pa­suje. Jego de­ko­ra­tor wnętrz jest na­prawdę do­bry. Obi­cia fo­teli są tylko o je­den od­cień ciem­niej­sze od cięż­kich, le­ją­cych się za­słon, upię­tych z taką pre­cy­zją, że ba­ła­bym się je ru­szyć, żeby nie zbu­rzyć ich per­fek­cji. Ściany są po­pie­late, a to naj­mod­niej­szy ko­lor od dwóch se­zo­nów. I ten ob­raz. Ogromne płótno, które gó­ruje nad ca­łym po­miesz­cze­niem. Przed­sta­wia stary port, z za­cu­mo­wa­nymi łód­kami i spa­ce­ru­ją­cymi obok prze­chod­niami. Pró­buję zo­ba­czyć szcze­góły, ale żeby się le­piej przyj­rzeć, trzeba by było wstać, a na to zde­cy­do­wa­nie bra­kuje mi sił. Z da­leka w pew­nym mo­men­cie mam wra­że­nie, że w por­cie wła­śnie pada deszcz, a łódki ki­wają się na wo­dzie, jak pod­czas sil­nego wia­tru. Niebo jest czarne i ta­kie straszne. Za­nosi się na bu­rzę. Być może na­wet hu­ra­gan... Lu­dzie do­okoła bie­gają w po­pło­chu, nie wie­dząc, co cho­wać przed ulewą w pierw­szej ko­lej­no­ści. Tak jakby wie­dzieli, że straty i tak będą ogromne. Jest szaro i po­nuro. Ale nie wiem, czy to za­mie­rzony efekt ma­la­rza, czy sta­rość, po­żół­kłe płótno i lekko po­pę­kana farba wy­twa­rzają tę ilu­zję. Ten ob­raz jest na­prawdę piękny, ale w pew­nym sen­sie bu­dzi strach. To zły omen. W końcu po­ja­wia się Sier­giej.

- Je­steś głodna? Masz na coś ochotę? - pyta z uśmie­chem, który cią­gle działa na mnie znie­wa­la­jąco.

- Ni­czego nie prze­łknę - za­prze­czam.

- To może cho­ciaż coś do pi­cia?

- Może sok... - od­po­wia­dam na od­czep­nego, żeby prze­stał mó­wić o je­dze­niu. Na­prawdę nie je­stem w sta­nie ni­czego te­raz prze­łknąć.

- Za­raz ci przy­niosę.

Kiedy wraca ze szklanką świeżo wy­ci­śnię­tego soku po­ma­rań­czo­wego, za­czy­nam od razu:

- Dla­czego mnie tu przy­wio­złeś?

- Chcia­łem się tobą le­piej za­jąć. U cie­bie by­łem ogra­ni­czony...- Pa­trzy na mnie tro­skli­wym wzro­kiem.

- Ogra­ni­czony? - po­wta­rzam jak echo.

- Nie wie­dzia­łem, gdzie co jest, nie mo­głem przy­pro­wa­dzić mo­jego le­ka­rza ani pra­co­wać, bo wszyst­kie rze­czy są w domu. Poza tym tu szyb­ciej doj­dziesz do sie­bie. Ma­ria i ja zaj­miemy się tobą... - tłu­ma­czy mi jak dziecku, pa­trząc przy tym głę­boko w oczy. Wie, jak mnie za­cza­ro­wać.

- Le­piej opo­wiedz mi, co się wy­da­rzyło wczo­raj, bo nie­wiele pa­mię­tam.

- Wczo­raj mia­łem upiorny dzień w pracy i kiedy za­dzwo­ni­łem, było już bar­dzo późno. Te­le­fon ode­brał Lor­can. Przed­sta­wił się i po­wie­dział, że je­steś chora i śpisz - mówi, prze­wra­ca­jąc śmiesz­nie oczami - i że nad tobą czuwa. Więc przy­je­cha­łem. Przy­się­gam, nie by­łaś w naj­lep­szej for­mie. Od razu we­zwa­łem po­go­to­wie, nie wiem, na co on cze­kał... - Znów prze­wraca oczami. - Ale ten ich le­karz był do ni­czego, więc kiedy od­je­chali, wzią­łem cię na ręce, za­nio­słem do auta i przy­wio­złem tu­taj. No i za­dzwo­ni­łem po dok­tora Thum­ble'a. Resztę już znasz. - Wzdy­cha, po czym do­daje: - Ba­łem się o cie­bie. Do­brze, że to tylko grypa. Mu­sia­łaś się prze­zię­bić albo zła­pać ja­kie­goś wi­rusa na uczelni.

Na samą myśl o opo­wie­dze­niu mu o ką­pieli w mo­rzu dwa dni temu robi mi się słabo. A o ich spo­tka­niu w nocy w moim po­koju to już w ogóle wolę nie my­śleć. O zgrozo! Pró­buję so­bie przy­po­mnieć, jaki sto­pień ba­ła­ganu tam pa­no­wał...

- Chodź, przy­tul się do mnie, wtedy szyb­ciej wy­zdro­wieję - pro­po­nuję, wy­cią­ga­jąc do niego ręce jak mała dziew­czynka. Uśmie­cha się i kła­dzie na łóżku, a ja opie­ram głowę na jego ra­mie­niu. Obej­muje mnie i za­sy­piam w jego ob­ję­ciach.

Na­gle bu­dzą mnie wrza­ski. Kto to? Ma­ria. Krzy­czy po por­tu­gal­sku coś, czego oczy­wi­ście nie ro­zu­miem, ale po to­nie jej głosu i re­ak­cji Sier­gieja ła­two się do­my­ślić, że nie jest to wo­ła­nie na obiad. Sier­giej zrywa się z łóżka i na­ka­zuje mi, że­bym była ci­cho. Pod­cho­dzi pod drzwi i przy­kłada do nich ucho, tak żeby usły­szeć, co dzieje się na ze­wnątrz. O co cho­dzi? Ma­ria cich­nie. Nie ro­zu­miem, co się dzieje. Na­gle Sier­giej mówi do mnie szep­tem, jed­nakże bar­dzo sta­now­czym:

- Scho­waj się pod łóżko i nie wy­chodź, do­póki ci nie po­wiem!

Co?! Nie wie­rzę wła­snym uszom. Ale jest tak po­ważny, że od razu ro­bię to, o co prosi. Ja­koś udaje mi się wsu­nąć pod me­bel i po­ło­żyć na brzu­chu. Pró­buję po­jąć, co się, do cho­lery, tu­taj dzieje, ale czuję się, jak­bym do­świad­czała de­re­ali­za­cji. Sier­giej staje przy łóżku, wi­dzę tylko jego nogi. W pew­nym mo­men­cie ktoś z ta­kim roz­ma­chem otwiera drzwi sy­pialni, że te od­bi­jają się od ściany z wiel­kim hu­kiem. Za­mie­ram.

W progu po­ja­wiają się dwie pary nóg, w mę­skich bu­tach i gar­ni­tu­ro­wych spodniach. Męż­czyźni za­czy­nają mó­wić do Sier­gieja po ro­syj­sku. Ra­czej spo­koj­nie, ale można się do­my­ślić, że nie jest to przy­ja­ciel­ska roz­mowa. Cze­goś od niego chcą, żeby coś za­trzy­mał, tyle udaje mi się zro­zu­mieć. Wy­daje mi się, że się znają. Leżę na ziemi, a serce bije mi jak sza­lone. Je­den z męż­czyzn za­czyna po­woli cho­dzić po po­koju. Jego buty stu­kają o par­kiet jak dam­skie szpilki. Każde stuk­nię­cie hu­czy gło­śniej w mo­jej gło­wie. Puk, puk, puk, puk... Na­gle zbliża się do łóżka, pod któ­rym leżę. Prze­staję od­dy­chać. Ci­sza. Tik-tak. Tik-tak. Sły­chać prze­su­wa­jące się wska­zówki ze­gara. To dziwne, wcze­śniej nie za­uwa­ży­łam żad­nego. Czy to moja wy­obraź­nia? Mu­szę zła­pać od­dech, nie mogę już dłu­żej wy­trzy­mać. Sta­ram się to zro­bić naj­ci­szej, jak tylko mogę. Tik-tak. Tik-tak. Dla­czego za­mil­kli? Co się tam dzieje? Usły­szeli, jak od­dy­cham? Nie wi­dzę nóg Sier­gieja. Musi stać po dru­giej stro­nie. Na­gle sły­szę dźwięk od­pa­la­nej za­pal­niczki. Klik. Któ­ryś z nich za­pala pa­pie­rosa. Znów za­czy­nają roz­ma­wiać. Sta­ra­łam się zro­zu­mieć, o czym mowa. Chyba coś o fir­mie i o Ro­sji. At­mos­fera robi się ciężka, bo ton ich głosu jest co­raz po­waż­niej­szy, a roz­mowa na­biera szyb­kiego tempa. Pada na­zwi­sko, które kie­dyś sły­sza­łam: Ste­ven Mac Roye. Kim jest ten fa­cet? Do­cho­dzi mnie dym pa­pie­rosa. Wi­ruje mi w no­sie, chce mi się ki­chać. W ta­kim mo­men­cie! Cho­lerna grypa! Nie mogę się po­wstrzy­mać. Ma­sa­kra... Ki­cham. Pró­buję to stłu­mić, jak tylko umiem, ale i tak je­den z męż­czyzn mo­men­tal­nie pada na pod­łogę i mnie znaj­duje. Po­kie­re­szo­wana, chuda twarz z lek­kim za­ro­stem znaj­duje się trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów od mo­jej. Brą­zowe oczy ob­ser­wują mnie przez mo­ment, a wy­ta­tu­owana dłoń od­gar­nia czarne włosy. O mamo... Wtedy Sier­giej za­czyna coś do nich krzy­czeć, ale w ta­kim tem­pie, że już nic nie zro­zu­miem. Męż­czy­zna wy­sta­wia do mnie rękę tak, że­bym wy­szła spod łóżka. Trzęsę się.

- Anno, wyjdź. Po­woli - prosi mój chło­pak.

Je­stem spa­ra­li­żo­wana ze stra­chu, nie mogę się ru­szyć. Osob­nik wy­ciąga do mnie drugą rękę, be­stial­sko się przy tym uśmie­cha­jąc. Mam ochotę krzy­czeć o po­moc. Ja­koś udaje mi się wy­grze­bać, ale je­stem tak słaba, że kiedy staję na no­gach, osu­wam się od razu na łóżko. Sia­dam i pa­trzę na nich. O mój boże... Nie są biz­nes­me­nami, ra­czej ban­dzio­rami w gar­ni­tu­rach. Je­den stoi przy drzwiach, a drugi koło mnie, trzy­ma­jąc w ręce pi­sto­let skie­ro­wany na Sier­gieja. Kiedy to za­uwa­żam, robi mi się słabo. Za­sy­cha mi w gar­dle, a po kilku se­kun­dach ogar­nia mnie fala mdło­ści. Męż­czyźni znów coś mó­wią. Sier­giej pa­trzy na mnie i uspo­kaja:

- Nie de­ner­wuj się. Wszystko bę­dzie do­brze. Pa­nuję nad sy­tu­acją.

- Tak, wszystko bę­dzie do­brze. Wszystko bę­dzie, kurwa, do­brze, je­żeli od­wo­łasz trans­fer i skoń­czysz te ba­da­nia! To pa­liwo nie ma prawa uj­rzeć świa­tła dzien­nego! A Ron Dic­kin­son musi opu­ścić ten kraj! - wrzesz­czy po an­giel­sku chu­dzie­lec z bro­nią. Ma mocny ro­syj­ski ak­cent i, co ja­kimś cu­dem przy­kuwa mój wzrok, na szyi ta­tuaż na­giej ko­biety z bu­rzą wło­sów ja­dą­cej na ko­niu. To słaba ko­pia Szału Pod­ko­wiń­skiego.

- Po­wiedz Mac Roye'owi, że nie ma ta­kiej opcji - od­po­wiada Sier­giej. Jest spo­kojny i opa­no­wany. Nie wiem, jak on to robi.

- A mnie się zdaje, że wła­śnie zna­la­złem roz­wią­za­nie tej sy­tu­acji - wy­pala po an­giel­sku ten z pi­sto­le­tem, po czym prze­staje kie­ro­wać go na Sier­gieja, pod­cho­dzi do mnie i przy­kłada mi broń do skroni.

Czuję się tak źle, że za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy to się dzieje na­prawdę, czy mam ja­kieś ha­lu­cy­na­cje z po­wodu go­rączki. De­re­ali­za­cja na ca­łego. Sier­giej mó­wił mi, że wczo­raj tro­chę ma­ja­czy­łam, kiedy by­łam chora. Może znowu mam wy­soką go­rączkę... Może to mi się śni? Chęć wy­mio­tów na­to­miast jest jak naj­bar­dziej re­alna... Le­dwo się po­wstrzy­muję.

- Do­brze. Zro­zu­mia­łem. Za­bierz ten cho­lerny pi­sto­let. Od­wo­łam prze­lew i na­każę Dic­kin­so­nowi prze­rwać cały pro­ces dziś wie­czo­rem. Po­tem wy­ślę go, gdzie chce­cie... - Te­raz twarz Sier­gieja ze spo­koj­nej zmie­nia się na wście­kłą.

- Oba­wiam się, że pan Mac Roye nie ma aż tyle czasu. Za­dzwoń do Dic­kin­sona i zrób to te­raz. Po­spiesz się! - roz­ka­zuje Ro­sja­nin, uśmie­cha­jąc się szy­der­czo. Drugi w ogóle nic od po­czątku nie mówi. Stoi tylko przy drzwiach jak na po­ste­runku, trzy­ma­jąc te­le­fon ko­mór­kowy w ręce. Jego ogromne, umię­śnione ciało jest nie­ru­chome, ża­den mię­sień twa­rzy nie daje znać o swoim ist­nie­niu, tępo pa­trzy w stronę okna. Na te słowa Sier­giej wy­ciąga swoją ko­mórkę z kie­szeni i wy­biera nu­mer. Męż­czy­zna z pi­sto­le­tem pa­trzy na niego cały czas., ale broń trzyma przy mo­jej gło­wie. Koń­cówka pi­sto­letu do­tyka mo­jej skóry i wy­czu­wam jej zimno. Jest lo­do­wata. Pot spływa po moim czole. Nie wiem, ja­kim cu­dem je­stem jesz­cze przy­tomna? Kim są ci lu­dzie? I w co jest za­mie­szany Sier­giej, który wła­śnie mówi do te­le­fonu:

- Molly? Za­blo­kuj trans­fer dla fun­da­cji bio­pa­liwa... Tak, da się jesz­cze od­wo­łać. Ha­sło to W-O-I-L 1 A-N-N-A 1 9... Tak, te­raz... Nie­ważne. Zrób, co mó­wię. Po­tem zmień ha­sło do­stępu na nowe, po­dasz mi je póź­niej... Działa? Do­brze, cze­kam. - Od­suwa te­le­fon od ucha i włą­cza funk­cję gło­śno­mó­wiącą.

- Pi­sto­let - rzuca, wska­zu­jąc na mnie.

Męż­czy­zna tylko kiwa głową, nie zmie­nia­jąc po­zy­cji ręki. Czuję, jak sok, który wy­pi­łam wcze­śniej, pod­cho­dzi mi do gar­dła. Przez chwilę wszy­scy cze­kamy w ci­szy. Spo­glą­dam na mo­jego chło­paka: jest sku­piony. Nie znaj­duję naj­mniej­szego śladu stra­chu na jego twa­rzy. Stoi parę me­trów ode mnie, wy­pro­sto­wany, z unie­sio­nym te­le­fo­nem w dłoni. Do­wódca sił zbroj­nych... Od­ważny, nie­ugięty, nie­ustra­szony.

- Po­szło. Trans­fer od­wo­łany - sły­szymy głos Molly.

- Do­brze, a te­raz po­łącz mnie z Ro­nem. Dzię­kuję, Molly. - Po chwili ci­szy do­daje: - Ron?

- Tak - od­po­wiada stary głos w słu­chawce.

- Za­trzy­mu­jemy cały pro­ces.

- Jak to? Co ty mó­wisz? Nie pró­bu­jemy da­lej? - Ron jest za­sko­czony.

- Nie, nie pró­bu­jemy. Zrób to, o co cię pro­szę i nie za­da­waj py­tań. Wy­ślij wszyst­kich do domu, a sam zniszcz próbki i przy­go­tuj się na wy­jazd.

- Nie­długo po­winno się udać. Zo­ba­czysz! - pró­buje go prze­ko­nać spo­kojny głos.

- Nie. Mam już do­syć. Ni­gdy się nie uda. Daj spo­kój. Pod­ją­łem już de­cy­zję. Koń­czymy całe ba­da­nia.

- Oj, mło­dzi... Za grosz cier­pli­wo­ści. Tyle lat pracy, tyle pie­nię­dzy... Serge, za­sta­nów się jesz­cze.

- Ron... Sły­sza­łeś, co po­wie­dzia­łem?

- Sły­sza­łem. W końcu ty tu de­cy­du­jesz... Cho­ciaż moim zda­niem pod­da­jesz się za wcze­śnie. Twój oj­ciec by się tak ła­two nie pod­dał - za­pew­nia z prze­ję­ciem męż­czy­zna, po czym do­daje: - Znisz­czyć wszyst­kie do­wody?

Kiedy pa­dają słowa "twój oj­ciec", twarz Sier­gieja na mo­ment ka­mie­nieje. Jest to jedna krótka chwilka, ale wi­dzę to.

- Tak, oczy­wi­ście. I to jak naj­szyb­ciej. Znasz pro­ce­durę. Dzię­kuję. Ode­zwę się ju­tro - koń­czy Sier­giej i od­kłada te­le­fon. Jego szczęka po­ru­sza się te­raz me­cha­nicz­nie, a oczy błysz­czą bursz­ty­no­wym ko­lo­rem. Od­dy­cha szyb­ciej niż za­zwy­czaj.

- Wi­dzisz i po co było tyle ner­wów? Trzeba było tak od razu - mówi fa­cet z bro­nią.

- Za­pła­ci­cie mi za to, wy i Mac Roye - ce­dzi przez za­ci­śnięte zęby Sier­giej.

- Na twoim miej­scu za­mknął­bym mordę. Bo jesz­cze przyj­dzie nam ochota, żeby się za­ba­wić z twoją có­reczką... - rzuca Ro­sja­nin, pa­trząc na mnie i cho­wa­jąc pi­sto­let za pas z tyłu swo­jej ma­ry­narki. Uśmie­cha się i osten­ta­cyj­nie ob­li­zuje so­bie wargi.

Chyba ze­mdleję.

- Nie­zła jest. Tro­chę za chuda jak na mój gust, ale za­mknął­bym oczy... - do­daje, uśmie­cha­jąc się lu­bież­nie.

- Już wy­star­czy. Wy­no­ście się z mo­jego domu! - Sier­giej po raz pierw­szy pod­nosi głos. Mówi jesz­cze coś po ro­syj­sku, ale nie wiem, co.

Męż­czyźni wy­mie­niają spoj­rze­nia. Ża­łuję, że nie znam tego ję­zyka.

- Ju­tro spo­tka­nie w fa­bryce na kon­trolę ja­ko­ści... - wy­pala po­gar­dli­wie sto­jący przy drzwiach Ro­sja­nin i pusz­cza do Sier­gieja oczko, dziw­nie uśmie­cha­jąc się przy tym. Ten z pi­sto­le­tem kiwa na niego i wy­cho­dzą ra­zem z po­koju, rzu­ca­jąc mi ohydne spoj­rze­nie, które mnie prze­raża. Sier­giej pod­cho­dzi do mnie i bie­rze mnie w ra­miona. Na­resz­cie! Po chwili sły­chać, jak od­jeż­dżają sa­mo­cho­dem.

Wy­mio­tuję. Już nie mogę dłu­żej się po­wstrzy­mać. Wy­mio­tuję tu, gdzie je­stem, czyli na łóżku. Bru­dzę piękną ha­fto­waną wy­kroch­ma­loną po­ściel. Sier­giej przy­nosi mi ręcz­nik i po­maga się wy­trzeć. Boję się. Boję się tak bar­dzo, że nie mogę się ru­szyć. Cała się trzęsę i nie po­tra­fię tego opa­no­wać. On bie­rze mnie w ra­miona i ca­łu­jąc w głowę, po­wta­rza:

- No już, no już... Moja ko­chana. Już po wszyst­kim, już je­steś bez­pieczna. Prze­pra­szam, tak bar­dzo cię prze­pra­szam... - Trzyma mnie mocno i jed­no­cze­śnie wy­biera nu­mer w te­le­fo­nie.

- To ja. Już po. Udało się. Wszystko zgod­nie z pla­nem. Wiem. Te­raz to do­piero się za­cznie. Tam, gdzie mó­wi­li­śmy. Wiem. Po­sta­ram się. Tak. Jesz­cze chyba nie, mu­szę się za­sta­no­wić. Ode­zwę się z sa­mo­lotu. - Po chwili do­daje: - Bo­rys? To był wspa­niały po­mysł!

Te­raz je­stem już zu­peł­nie prze­ra­żona. Co się dzieje?! Kim jest Sier­giej?! Czym się zaj­muje?! Co ja tu­taj ro­bię?! Mam ochotę wstać i uciec, ale bra­kuje mi sił. Sier­giej od­kleja się ode mnie i pa­trząc mi w pro­sto w twarz, mówi:

- Po­słu­chaj mnie uważ­nie. Wiem, że się bo­isz i nic z tego nie poj­mu­jesz, ale mu­sisz mi te­raz za­ufać. Mu­simy stąd wy­je­chać na parę dni. Po­je­dziesz ze mną, to zbyt nie­bez­pieczne, że­byś tu zo­stała sama. Wszystko ci wy­ja­śnię po dro­dze.

Mam wra­że­nie, że to film. Ja­kiś bar­dzo kiep­ski, ta­niej pro­duk­cji hor­ror z lat sie­dem­dzie­sią­tych, taki z pla­sti­ko­wymi ga­dże­tami w roli re­kwi­zy­tów. Straszna tan­deta...

- Boję się - wresz­cie od­zy­skuję mowę.

- Wiem. Tak bar­dzo mi przy­kro, że by­łaś tego świad­kiem. To wszystko moja wina.

- Dla­czego ... - za­czy­nam py­tać, ale mi prze­rywa:

- Wszystko ci wy­ja­śnię w sa­mo­lo­cie, te­raz się przy­go­tuj, wy­cho­dzimy za pięt­na­ście mi­nut - mówi, wsta­jąc, i znów wy­biera ja­kiś nu­mer w te­le­fo­nie.

- Ale ja ni­czego tu nie mam, żad­nych rze­czy, nic.... Mój pasz­port jest w aka­de­miku.

- Okej, po­wiedz, gdzie, wy­ślę tam Matta. Przy­wie­zie twój pasz­port i twoje rze­czy.

Idę do ła­zienki. Pró­buję się do­pro­wa­dzić do ładu. To trud­niej­sze, niż mi się wy­daje. Biorę prysz­nic, ale mu­szę wło­żyć z po­wro­tem swoje prze­po­cone rze­czy, bo nie mam nic czy­stego. Za­kła­da­jąc dżinsy, wy­czu­wam w kie­szeni klucz do mo­jego po­koju. Cho­lera, za­po­mnia­łam go dać Sier­gie­jowi, Matt nie wej­dzie do środka. Po pięt­na­stu mi­nu­tach idę na dół. Le­dwo trzy­mam się na no­gach. Ma­ria sie­dzi za­pła­kana, za­krywa twarz dłońmi. Mój chło­pak ją uspo­kaja. Po chwili wy­cho­dzimy z domu. Sier­giej po­maga mi wsiąść na przed­nie sie­dze­nie spor­to­wego sa­mo­chodu. To on pro­wa­dzi. Je­dziemy na lot­ni­sko. Przez całą drogę nic nie mó­wię. Sie­dzę i wy­cie­ram chu­s­teczką na zmianę swoje za­pła­kane oczy i za­smar­kany nos. Czuję się tra­gicz­nie. Spo­gląda na mnie co chwila i kła­dzie rękę na moim ko­la­nie, mó­wiąc:

- Prze­pra­szam, na­wet nie wiesz, jak mi przy­kro. Nie płacz, pro­szę.

Chcę mu ufać, ale nie do końca po­tra­fię. Nie mogę się roz­luź­nić. Strach nie opusz­cza mnie ani na chwilę. Wszyst­kie mię­śnie mo­jego ciała są na­pięte. My­ślę o pi­sto­le­cie, o zbi­rach, o nie­bie­skiej teczce. Kiedy do­jeż­dżamy na lot­ni­sko, jego sa­mo­lot już na nas czeka. Gdy tylko zaj­mu­jemy miej­sca, znana mi już ste­war­desa od razu przy­nosi mi koc i po­duszkę. Sier­giej roz­ma­wia z za­łogą w kok­pi­cie pi­lota, a ja pa­trzę przez okno. Pada deszcz i po­woli robi się ciemno. Za­nosi się na bu­rzę. Być może na­wet hu­ra­gan... Jak na tym ob­ra­zie. Jak wy­star­tu­jemy? Może po­win­nam stąd uciec? Wyjść i po pro­stu wró­cić do aka­de­mika...

Po paru mi­nu­tach po­ja­wia się Matt z pasz­por­tem i kil­koma in­nymi mo­imi rze­czami, które są upchane w ma­łej wa­lizce. Co?! Jak udało mu się je wziąć? Jak wszedł do środka, skoro klucz cią­gle tkwi w mo­ich dżin­sach? Do­ty­kam pal­cami kie­szeni spodni, ob­ry­so­wu­jąc de­li­kat­nie jego kon­tury, żeby się upew­nić, że nie śnię. Klucz jest przy mnie. A może, kiedy wczo­raj Sier­giej za­bie­rał mnie z aka­de­mika, zo­sta­wił drzwi otwarte? Nie mam po­ję­cia... Sa­mo­lot star­tuje, a ja się nie ru­szam. Nie wy­cho­dzę, nie ucie­kam, ufam mo­jemu chło­pa­kowi. Bez reszty, może na­iw­nie, ale to już nie­od­wra­cal­nie. Stara ja. Prze­cież go ko­cham.

Trzę­sie jak cho­lera i pio­runy walą do­okoła. Za­ty­kam rę­kami uszy i za­ci­skam po­wieki. Je­śli uda nam się prze­żyć, to bę­dzie cud. Kiedy ko­ły­sa­nie się uspo­kaja, uchy­lam jedną po­wiekę, żeby spoj­rzeć na Sier­gieja. Roz­ma­wia spo­koj­nie przez te­le­fon. I wła­śnie ten wi­dok mnie koi. Chwilę po­tem nie mogę już opa­no­wać zmę­cze­nia i za­sy­piam na sie­dząco. Kiedy się bu­dzę, Sier­giej sie­dzi na­prze­ciwko mnie i da­lej pro­wa­dzi roz­mowę. Wy­gląda na zmę­czo­nego. Strach po­wraca od razu ra­zem z mi­gaw­kami ostat­nich wy­da­rzeń. Wzdy­cham.

- Do­brze, że udało ci się za­snąć. Jak się czu­jesz? - pyta, kiedy wi­dzi, że nie śpię.

- Je­stem zmę­czona. Ale chyba nie mam już go­rączki. Chce mi się pić.

- Po­cze­kaj. - Wstaje i przy­nosi mi wodę.

- Chyba mu­sisz mi te­raz to wszystko wy­ja­śnić... - pro­szę, od­sta­wia­jąc pu­stą szklankę na sto­lik.

- To długa hi­sto­ria, ale po­sta­ram się ją ja­koś stre­ścić.

- Po­dej­rze­wam, że mamy dużo czasu - do­daję, spo­glą­da­jąc za okno. Noc.

Przy­ta­kuje i z po­ważną miną za­czyna:

- Pa­mię­tasz, jak ci mó­wi­łem, że moi ro­dzice wy­emi­gro­wali do An­glii, kiedy mia­łem sie­dem lat?

- Tak.

- Wy­emi­gro­wali, bo nie mieli in­nego wyj­ścia. Mój oj­ciec był pro­fe­so­rem che­mii i pra­co­wał w We­st­prolu.

- Co to jest We­st­prol? - py­tam za­cie­ka­wiona. Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam tej na­zwy.

- To taka tajna rzą­dowa ra­dziecka agen­cja, która dzi­siaj już nie ist­nieje. Zaj­mo­wali się, mię­dzy in­nymi, pro­duk­cją pa­liwa na­pę­do­wego. Ana­tol Ta­re­dov, mój oj­ciec, kie­ro­wał tam ze­spo­łem spe­cja­li­stów pro­wa­dzą­cych te­sty, które miały na celu pro­duk­cję no­wego bio­pa­liwa po­zy­ski­wa­nego z bia­łecz­nika, ro­śliny wy­stę­pu­ją­cej ma­sowo na ste­pach Ro­sji. Miał rzą­dowe po­par­cie i jego ba­da­nia zo­stały za­ak­cep­to­wane w taj­nym, na­ro­do­wym pro­gra­mie, opła­ca­nym przez wła­dze. Był bli­sko celu, nie udało się jed­nak uzy­skać pro­duktu koń­co­wego, bo ktoś mu wy­kradł próbki i udo­stęp­nił je Ame­ry­ka­nom, któ­rzy od razu za­częli pra­co­wać nad ta­kim sa­mym pa­li­wem. Mój oj­ciec zo­stał oskar­żony o wy­ciek in­for­ma­cji i o zdradę na­ro­dową - ści­sza kon­spi­ra­cyj­nie głos, mimo że w ka­bi­nie nie ma ni­kogo oprócz nas.

- Jak to się stało?

Słu­cham tego z wy­pie­kami na twa­rzy.

- Vic­tor Za­ru­bo­wicz, głowa ów­cze­snej ma­fii ro­syj­skiej, sprze­dał wy­niki ba­dań mo­jego ojca, które ktoś mu wcze­śniej udo­stęp­nił, in­nym kra­jom. Oka­zało się, że bia­łecz­nik ro­śnie nie tylko w Ro­sji... Za­ru­bo­wicz na­to­miast był ma­ni­pu­lo­wany przez nie­ja­kiego Mi­ko­łaja Ja­kow­nika, ów­cze­snego mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych, któ­remu nie na rękę było wy­twa­rza­nie ta­kiego bio­pa­liwa. Wziął kil­ku­mi­lio­nową ła­pówkę z rąk in­nego ro­syj­skiego po­li­tyka, pod­pi­su­jąc z nim umowę na wie­lo­let­nią sprze­daż ropy. W tam­tych cza­sach lu­dzie wi­dzieli w bio­pa­li­wach za­gro­że­nie dla rynku naf­to­wego. Nie mó­wiąc o KGB, które dep­tało im wszyst­kim po pię­tach. Ktoś zbun­to­wał tych lu­dzi prze­ciwko temu pro­gra­mowi, prze­ciwko mo­jemu ojcu...

- Kto? - mrużę oczy. Spo­gląda na mnie za­afe­ro­wany i od­po­wiada:

- Nie wiem... Nie mam zie­lo­nego po­ję­cia. Naj­praw­do­po­dob­niej ktoś z an­giel­skiego wy­wiadu. - Po chwili mówi da­lej: - Za­szczuli go i był zmu­szony ucie­kać z Ro­sji, żeby ura­to­wać sie­bie i swoją ro­dzinę. - Spo­gląda na mnie, jakby chciał się upew­nić, czy za nim na­dą­żam, po czym kon­ty­nu­uje z pa­sją w gło­sie: - Ten pro­gram był ge­nialny... Spra­wiłby, że dziś Zie­mia by­łaby mniej za­nie­czysz­czona. Bia­łecz­nik po­kry­wał ty­siące ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych ro­syj­skich ste­pów. Nikt z tego nie ko­rzy­stał...

Na­gle do ka­biny wcho­dzi ste­war­desa. Sier­giej od razu unosi dłoń.

- Pro­szę, nie te­raz, Me­gan! - mówi, nie da­jąc jej szansy na ode­zwa­nie się.

Dziew­czyna prze­pra­sza i wy­cho­dzi.

- Co to wszystko ma wspól­nego ze zbi­rami, któ­rzy przy­szli dzi­siaj do two­jego domu? - ry­zy­kuję, choć chyba już, nie­stety, znam od­po­wiedź.

- Nie do­my­ślasz się? - pyta.

- Wzno­wi­łeś pro­gram ba­dań nad tym pa­li­wem... - od­po­wia­dam, nie chcąc wie­rzyć w to, co mó­wię.

- Nie do końca. Dzi­siaj bio­pa­liwa pro­du­kuje się już na wielką skalę, ale pro­du­ko­wa­nie ich z ro­ślin ole­istych opłaca się co­raz mniej. Wszy­scy się z tego wy­co­fują.

- Z ro­ślin ole­istych? - Moja wie­dza na te­mat jest jed­nak bar­dzo ogra­ni­czona.

- Tak, na przy­kład: bia­łecz­nik, rze­pak, ku­ku­ry­dza... Czyli ta­kie, z któ­rych można wy­two­rzyć olej.

- Aha... I dla­czego to się nie opłaca?

- Za dro­gie. Poza tym te­raz już wiemy nie tylko, ja­kie to przy­nosi ko­rzy­ści, ale jed­no­cze­śnie, ja­kie skutki uboczne.

- Skutki uboczne? My­śla­łam, że bio­pa­liwa to coś eko­lo­gicz­nego. - Tak przy­naj­mniej przed­sta­wiają to w te­le­wi­zji.

- Nie­zu­peł­nie... - Kręci głową. - Ich pro­duk­cja pro­wa­dzi do kar­czo­wa­nia la­sów, in­du­stria­li­za­cji upraw. A poza tym jest bar­dzo skom­pli­ko­wana ze względu na nowe prze­pisy, nie­koń­czące się kon­trole ja­ko­ści, ko­niecz­ność cer­ty­fi­ka­cji itd. Dla rol­nika to praw­dziwa droga przez mękę...

- A co z tymi bio­pa­li­wami, nad któ­rymi pra­co­wał twój oj­ciec?

- Nic, dzi­siaj po­wstają. Pa­liwo z bia­łecz­nika jest obec­nie pro­du­ko­wane w wielu kra­jach. Jed­nak zwa­żyw­szy na nie­ko­rzystny kli­mat pa­nu­jący w Ro­sji, nie można go pro­du­ko­wać na więk­szą skalę, to zbyt kosz­towne, zbiory są tylko raz w roku, więc pro­ces pro­duk­cji jest bar­dzo wolny. Tak jak ostat­nio pro­duk­cja bio­pa­liwa z ja­trofy, na które naj­pierw się rzu­ciło wiele kra­jów, a po­tem się oka­zało, że to zu­peł­nie nie­opła­calne. Ro­ślina nie prze­trwała w cięż­kich wa­run­kach Sa­hary i wiele du­żych firm, które w nią za­in­we­sto­wały, przez to splaj­to­wało... - Robi krótką prze­rwę, upija łyk kawy z por­ce­la­no­wej fi­li­żanki, po czym kon­ty­nu­uje, pro­stu­jąc się i pa­trząc mi pro­sto w oczy: - Ja pra­cuję nad bio­pa­li­wem trze­ciej ge­ne­ra­cji.

- To zna­czy?

- Nad al­gami. To świa­towa re­wo­lu­cja w tej branży. - W jego oczach po­ja­wia się błysk. - Od­kry­cie tego stu­le­cia! Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz skut­ków jego ko­mer­cja­li­za­cji. To zmieni świa­tową po­li­tykę kie­ro­wa­nia za­so­bami na­tu­ral­nymi i nie tylko... To zmieni świat. - Pa­trzy na mnie z za­cie­ka­wie­niem, cze­ka­jąc pew­nie na okla­ski, ale ja za­miast tego za­daję py­ta­nie:

- Algi? Ta­kie z mo­rza? - Chyba wresz­cie coś za­czyna mi świ­tać. Algi... Su­shi...

- Tak, ale... To zna­czy są to algi mo­dy­fi­ko­wane ge­ne­tycz­nie, mi­kro­sko­pij­nych roz­mia­rów, które te­raz można upra­wiać. Glony są bar­dziej war­to­ściowe niż ro­śliny ole­iste. -Na­gle ha­sło bio­lo­gia syn­te­tyczna świta w mo­jej gło­wie. Bingo!

- Dla­czego?

- Nie po­trzeba im mi­lio­nów ki­lo­me­trów ziemi do uprawy, ro­sną w wo­dzie. Roz­mna­żają się w nie­sa­mo­wi­tym tem­pie i można je zbie­rać raz w ty­go­dniu, a nie jak ro­śliny raz w roku, pod­czas żniw. Poza tym nie po­trze­bują wody pit­nej, któ­rej jak wiesz, jest co­raz mniej na świe­cie i która nie­długo bę­dzie na wagę złota. Mogą być upra­wiane na­wet na ście­kach. No i naj­waż­niej­sze: ży­wią się dwu­tlen­kiem wę­gla!

- To rze­czy­wi­ście nie­sa­mo­wite... Same ko­rzy­ści. Jed­nak jaki ma to zwią­zek z nami i prze­le­wem?

- Moja firma wła­śnie wpła­ciła dwa­dzie­ścia mi­lio­nów fun­tów na dal­sze ba­da­nia. Ja­kimś cu­dem do­wie­dzieli się o tym. Fun­da­cja po­trze­bo­wała tych pie­nię­dzy, aby roz­po­cząć pracę na dużą skalę nad no­wym pa­li­wem, które do tej pory było te­sto­wane tylko w wa­run­kach la­bo­ra­to­ryj­nych. I oczy­wi­ście nie spodo­bało się to kilku oso­bom...

- Czyli ci ban­dyci chcieli cię zmu­sić do za­koń­cze­nia ba­dań?

- Tak.

- I ty ich po­słu­cha­łeś...

- Nie do końca. - Znów ten trium­falny uśmie­szek. - My­ślą, że to zro­bi­łem, ale tak na­prawdę prze­lew już zo­stał po­twier­dzony, a do­dat­kowe próbki za­bez­pie­czone. Kiedy ju­tro po­ja­wią się w la­bo­ra­to­rium Whi­te­green, nie bę­dzie tam już ni­kogo ani ni­czego. - Schyla głowę i przy­bliża się do mnie, mó­wiąc te­raz jesz­cze ci­szej. Kiedy jest tak bli­sko, moja zdol­ność kon­cen­tra­cji zmniej­sza się z se­kundy na se­kundę... O boże... - Wie­dzia­łem, że prę­dzej czy póź­niej Mac Roye wy­śle swo­ich lu­dzi, żeby mnie na­stra­szyć. Uprze­dzi­łem Molly i Rona i mie­li­śmy wszystko uzgod­nione. Za­gra­li­śmy jak ak­to­rzy z Te­atru Wiel­kiego... Przy­kro mi tylko, że by­łaś tego świad­kiem. Nie prze­wi­dzia­łem tego, ni­gdy bym cię nie na­ra­ził na ta­kie nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Czyli Molly wcale nie od­wo­łała prze­lewu? - py­tam z prze­ra­że­niem.

- Nie, to była pod­pu­cha. A próbki są już od dawna za­bez­pie­czone w od­po­wied­nim miej­scu w Szwaj­ca­rii.

Za­pada ci­sza. Tra­wię in­for­ma­cje. Sier­giej przy­gląda mi się i czeka, aż coś po­wiem.

- Kim jest ten Mac Roye? - py­tam w końcu.

- Ste­ven Mac Roye stoi na czele grupy pseu­do­po­li­ty­ków, któ­rzy chcą za­trzy­mać moje ba­da­nia z tych sa­mych po­wo­dów co ba­da­nia mo­jego ojca trzy­dzie­ści lat temu ... Wszy­scy są sko­rum­po­wani i chcą zgar­nąć jak naj­wię­cej kasy. Róż­nica jest taka, że dziś tą bandą do­wo­dzi Ame­ry­ka­nin, a nie, jak wtedy, bry­tyj­ski szpieg. To taka po­wtórka z roz­rywki. Zimna wojna dwa... - Pusz­cza do mnie oczko. - Mac Roye ma naj­wię­cej udzia­łów w Ne­xto­il­glo­bal, naj­więk­szym na świe­cie, ame­ry­kań­skim kon­cer­nie pa­li­wo­wym, który robi od­wierty naf­towe na ca­łym świe­cie i ja­kimś cu­dem do­wie­dział się o ist­nie­niu mo­jej taj­nej fun­da­cji Whi­te­green, w któ­rej za­trud­nieni przeze mnie ge­ne­tycy, che­micy i spe­cja­li­ści pró­bują wy­two­rzyć pa­liwo na ba­zie alg.

Znów robi mi się go­rąco i nie wiem, czy to za sprawą go­rączki czy hi­sto­rii, którą wła­śnie usły­sza­łam. Jedno i dru­gie mnie wy­kań­cza. Biz­nes, po­li­tyka, ja­kaś ma­fia. A ja bra­łam Sier­gieja za na­ukowca... Na li­tość bo­ską!

- Czyli wy­nika z tego, że Ame­ry­ka­nie też już pra­cują nad pa­li­wem z alg?

- Ofi­cjal­nie jesz­cze nie, ale Mac Roye już, jak wi­dać, się tym za­in­te­re­so­wał. Wy­ścig szczu­rów roz­po­częty! - ogła­sza ze sztuczną sa­tys­fak­cją.

Czyli Mac Roye jest kon­ku­ren­tem Sier­gieja w branży pa­liw. Nie mogę się uspo­koić. W do­datku za każ­dym ra­zem, kiedy za­my­kam oczy, czuję zimną lufę pi­sto­letu na skroni. Znów mam ochotę zwy­mio­to­wać. Po chwili py­tam:

- Dla­czego mu­simy wy­je­chać z An­glii? - py­tam po chwili. - Prze­cież oni my­ślą, że do­stali to, czego chcieli.

- Dla bez­pie­czeń­stwa. Za­szy­jemy się na ty­dzień, góra dwa, aż Bo­rys do­wie się cze­goś wię­cej i kiedy bę­dziemy pewni, że nas nikt nie szuka. Mu­szą się upew­nić, że ba­da­nia zo­stały prze­rwane. Zaj­mie im to chwilę. A my od­no­wimy je do­piero, kiedy cała sy­tu­acja się uspo­koi. Wtedy bę­dziemy mo­gli wró­cić.

- Czy Bo­rys jest szpie­giem?

- Nie. - Sier­giej uśmie­cha się pod no­sem i do­daje już po­waż­nie: - Ale ma kilku, któ­rzy dla niego pra­cują.

Chyba żar­tuje! Ma­fia szpie­gow­ska?! O co tu cho­dzi?!

- A co z mo­imi stu­diami? Sier­giej, ja nie mogę tak so­bie po pro­stu znik­nąć.

- Nie martw się o szkołę. Je­steś świetną stu­dentką. Znam dzie­kana two­jej uczelni, a no­tatki weź­miesz od ko­le­ża­nek, jak wró­cisz. Uwierz mi, to je­dyne wyj­ście. Nie wia­domo, co im jesz­cze strzeli do głowy. Wi­dzieli cię, nie mo­żemy ry­zy­ko­wać! Drugi raz do tego nie do­pusz­czę. Le­piej prze­cze­kać parę dni, aż się uspo­koją - mówi i do­pija kawę.

- A jak oni chcą jesz­cze cze­goś? Na przy­kład pie­nię­dzy? Jak długo bę­dziemy się tak ukry­wać? - py­tam z de­spe­ra­cją w gło­sie.

- Po­zwól, że ja się tym zajmę. Mu­sisz mi za­ufać. Nie po­zwolę cię skrzyw­dzić. - Zbliża się i ca­łuje mnie w czu­bek nosa.

Przy­trzy­muję go za ra­mię, gdy chce wró­cić na swój fo­tel.

- Jesz­cze ni­gdy w ży­ciu nie by­łam tak prze­ra­żona.

- Mam dla nas wspa­niałą kry­jówkę. Zo­ba­czysz, spodoba ci się. - Obej­muje mnie, ale tylko na chwilę.

Jego słowa mnie nie uspo­ka­jają. Mam wra­że­nie, że nie jest ze mną do końca szczery. Pa­mię­tam, co po­wie­dział Bo­ry­sowi przez te­le­fon, że te­raz to do­piero się za­cznie...

- Do­kąd le­cimy? - py­tam w końcu.

- Na Za­chod­nie Wy­brzeże, do Por­t­land. Mówi ci to coś?

- Nie, nie za bar­dzo - od­po­wia­dam szcze­rze.

- Piękne mia­sto w sta­nie Ore­gon. Za­szy­jemy się tam i nikt nas nie znaj­dzie.

Przez resztę lotu Sier­giej wy­ko­nuje masę te­le­fo­nów i kil­ka­krot­nie pró­buje mnie na­mó­wić do zje­dze­nia cze­go­kol­wiek. Nie­stety, nie je­stem w sta­nie ni­czego prze­łknąć. Na samą myśl o po­siłku robi mi się nie­do­brze. Pod­świa­do­mie, przez całą drogę w mo­jej gło­wie to­czy się walka po­mię­dzy obez­wład­nia­ją­cym mnie z za­ska­ku­jącą szyb­ko­ścią uczu­ciem nie­uf­no­ści w sto­sunku do Sier­gieja, po­tę­go­wa­nym ha­słem "han­del ludźmi", które cią­gle po­wraca nie­pro­szone, a zu­peł­nym za­ufa­niem, któ­rym, nie wie­dzieć czemu, go da­rzę. Mi­łość jest ślepa, mó­wiła Majka. Coś w tym chyba jed­nak jest... Ko­cham go do sza­leń­stwa. Nie­stety. A to, co się dzieje, jest dla mnie ist­nym sza­leń­stwem. Źle się czuję i bar­dzo chcia­ła­bym być już na miej­scu. Kiedy w końcu lą­du­jemy, w Por­t­land jest późny wie­czór. Leje deszcz. Niebo jest szare i wieje wiatr.

Je­stem u kresu sił. Cu­dem do­cho­dzę do bu­dynku lot­ni­ska na od­prawę celną. Kiedy je­ste­śmy już w sa­mo­cho­dzie, wtu­lam się w Sier­gieja. Ob­ser­wuję przez okno ską­pane w desz­czu mia­sto, w któ­rym do­mi­nują so­czy­ste, zie­lone ko­lory. Kiedy prze­jeż­dżamy przez most w stronę cen­trum, wi­dzę duży, śmieszny neon z ło­siem czy je­le­niem, który miga złoto-czer­wo­nym na­pi­sem: "Made in Ore­gon, Old Town". Zjeż­dżamy z głów­nej drogi. Kra­jo­braz za oknem jest jesz­cze bar­dziej ską­pany w zie­leni, moim oczom uka­zują się gę­sto ro­snące na po­bo­czu drzewa i kwiaty. Wkrótce wy­jeż­dżamy poza mia­sto i tra­fiamy do za­le­sio­nego miej­sca o na­zwie Lake Oswego. W końcu sa­mo­chód za­trzy­muje się przed bramą. Matt trąbi dwa razy i przy furtce po­ja­wia się star­szy męż­czy­zna z te­le­fo­nem w ręce. Wjeż­dżamy na po­se­sję. Jest tam ogromy, no­wo­cze­sny, drew­niany dom z dużą ilo­ścią okien. Do­okoła ro­sną wy­so­kie drzewa igla­ste. Kiedy trzeba wy­siąść, ogar­nia mnie lęk. Na­gle przy­po­mi­nam so­bie, co wy­da­rzyło się kil­ka­na­ście go­dzin temu, i nie mam od­wagi wy­sta­wić choćby jed­nej stopy z auta. Sier­giej od razu ro­zu­mie, co się ze mną dzieje.

- Nie bój się. Chodź, nic nam tu nie grozi. To jest za­ufany czło­wiek. Cze­kał na nas.

- Do­brze, ale nie zo­sta­wiaj mnie ni­g­dzie sa­mej. Pro­szę - szep­czę, spo­glą­da­jąc na niego ze stra­chem.

- Nie zo­sta­wię. - Bie­rze mnie za rękę i wcho­dzimy do środka.

Główne po­miesz­cze­nie jest jed­no­cze­śnie kuch­nią, ja­dal­nią i dwoma sa­lo­nami. Gra­nice są za­zna­czone tylko za po­mocą me­bli lub zmiany po­sadzki. Sier­giej za­pala świa­tło. Na ścia­nie na­prze­ciwko drzwi głów­nych są ol­brzy­mie okna wy­cho­dzące na drew­niany ta­ras, za któ­rym wi­dać molo i je­zioro. Nie­sa­mo­wity wi­dok. Mimo zmę­cze­nia nie mogę prze­stać pa­trzeć na ską­pany w noc­nej czerni kra­jo­braz. Woda w je­zio­rze jest w zim­no­sza­rym od­cie­niu gra­natu. Ma­leń­kie, cie­niut­kie, srebrne fale bu­jają się na ca­łej po­wierzchni. Do­okoła je­ziora wzno­szą się inne domy, a za nimi las. Tak wła­śnie musi wy­glą­dać raj. Przy­naj­mniej nocą... Sier­giej ob­cho­dzi cały dom, wraca do mnie i za­biera głos:

- My­ślę, że wiem, co po­może ci się zre­lak­so­wać. Chodź, przy­go­tuję ci go­rącą ką­piel.

Idziemy na górę. Jest tam kilka du­żych i no­wo­cze­śnie urzą­dzo­nych po­koi. W jed­nej z ła­zie­nek stoi ogromna wanna, z któ­rej można ob­ser­wo­wać je­zioro. Mój chło­pak od­kręca wodę i na­lewa płynu, choć wciąż kur­czowo trzy­mam jego rękę. Sia­damy oboje na skraju wanny. Chce mi się pła­kać ze zmę­cze­nia.

- Od­pręż się. To ci do­brze zrobi. Będę w po­koju obok - szep­cze.

- Nie od­chodź ni­g­dzie da­lej - pro­szę, cią­gle prze­ra­żona, drżą­cymi ustami.

- Cze­ka­łem na cie­bie, Anno. Bar­dzo długo... Całe wieki! Nie po­zwolę te­raz, żeby ci się coś stało. Już ni­gdy nie znaj­dziesz się w ta­kim nie­bez­pie­czeń­stwie. Obie­cuję!

Moje oczy znów wy­peł­niają się łzami. Nie po­tra­fię już tego kon­tro­lo­wać. Sier­giej kręci głową z dez­apro­batą, po czym de­li­kat­nie ca­łuje moje po­wieki, jedną po dru­giej, ocie­ra­jąc je z łez ustami.

- Będę obok. Gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wała, po pro­stu mnie za­wo­łaj. - Zo­sta­wia mnie samą, za­my­ka­jąc po ci­chu drzwi.

Wcho­dzę do pach­ną­cej la­wendą ką­pieli. Za­nu­rzam głowę i kładę się na dnie wanny. Leżę tak parę se­kund, pa­trząc na su­fit ła­zienki spod wody, póki nie za­brak­nie mi tlenu, i wy­ska­kuję do góry z wiel­kim plu­skiem, wpusz­cza­jąc łap­czy­wie po­wie­trze.

- Wszystko w po­rządku? - Głos Sier­gieja do­biega do mnie z ze­wnątrz.

- Tak, wszystko do­brze... - od­po­wia­dam, choć wcale tak się nie czuję.

Po go­dzi­nie do­kład­nego szo­ro­wa­nia i mo­cze­nia się w wan­nie wy­cho­dzę z let­niej wody. Ubie­ram się w szla­frok, który leży na to­a­letce, i z bal­sa­mem w ręce wy­cho­dzę z ła­zienki. Sier­giej sie­dzi na pod­ło­dze obok drzwi i śpi z opusz­czoną głową i lap­to­pem otwar­tym na ko­la­nach. Bie­dak, też jest wy­koń­czony. Ku­cam koło niego i ca­łuję go w po­li­czek. Zrywa się.

- Prze­pra­szam, nie chcia­łam cię wy­stra­szyć - mó­wię skru­szona, wi­dząc zde­ner­wo­wa­nie w jego oczach. - Chodź, po­ło­żysz się, mu­simy od­po­cząć, ina­czej i ty się roz­cho­ru­jesz.

Pod­nosi się i ra­zem idziemy do sy­pialni. Nic nie mó­wiąc, zdej­muje ko­szulę i spodnie. Co za mu­sku­la­tura! Wy­gląda jak grecki bóg... Za­wsty­dzona, od­wra­cam wzrok, ale on na­wet tego nie za­uważa. Kła­dzie się i za­sy­pia od razu. Jak on to robi? Śpi na za­wo­ła­nie. Do­ty­kam de­li­kat­nie jego po­liczka. Jest cie­pły. Mam na­dzieję, że Sie­griej nie za­ra­ził się ode mnie. Na­wet nie czuje mo­jego do­tyku. W ogóle się nie ru­sza, aż przy­kła­dam rękę pod jego nos, żeby spraw­dzić, czy od­dy­cha. Śpi. Kładę się obok niego, w szla­froku, przy­tu­lam się i też za­sy­piam. Kiedy się bu­dzę, nie ma go przy mnie i mo­men­tal­nie ogar­nia mnie pa­nika.

- Sier­giej? Je­steś w ła­zience? - py­tam.

Nic. Wstaję za­plą­tana w szla­frok. Za oknem ciemna noc. Po­mału uchy­lam drzwi. W domu pa­nuje zu­pełna ci­sza. Mała lampka nad scho­dami oświe­tla ko­ry­tarz. Boso i bez­sze­lest­nie scho­dzę na par­ter. Przy sła­bym świe­tle Sier­giej sie­dzi przy ku­chen­nym bla­cie i je, czy­ta­jąc coś na ekra­nie swo­jego lap­topa. Uff! Czuję ulgę. Na chwilę za­po­mi­nam o wszyst­kim, co miało miej­sce wczo­raj. Biały pod­ko­szu­lek i dżinsy. Uśmie­cham się do sie­bie. Sier­giej w dżin­sach to już nie Sier­giej. To Serge, to zmiana stylu ży­cia. Kiedy mnie wi­dzi, woła ra­do­śnie:

- Anna! Wresz­cie. Po­bi­łaś re­kord w spa­niu!

- Która go­dzina?

- Jest dwu­dzie­sta. Spa­łaś non stop przez osiem­na­ście go­dzin. To jest chyba re­kord świata. Jak ty to ro­bisz?

- Nie wiem.

- Je­steś głodna? Od dwóch dni nic nie ja­da­łaś. Chodź, jest pełno je­dze­nia!

Fakt, bur­czy mi w brzu­chu. W mil­cze­niu pod­cho­dzę do stołu i oglą­dam pro­dukty, któ­rych więk­szość jest mi nie­znana.

- Co ty jesz?

- Ka­napkę z ma­słem orze­cho­wym i dże­mem. Py­cha. Ame­ry­kań­ski stan­dard. Spró­buj!

Biorę ka­wa­łek peł­no­ziar­ni­stego pie­czywa to­sto­wego. Kromka jest ogromna i bar­dzo miękka. Sma­ruję ją ma­słem orze­cho­wym. Sier­giej na wierzch do­daje ły­żeczkę dżemu z tru­ska­wek. Pró­buję. O boże... Py­cha! Zja­dam ta­kie trzy, po­pi­ja­jąc lo­do­wa­tym mle­kiem. Wresz­cie od­zy­skuję siły. Pa­trzy na mnie i się uśmie­cha.

- Mleko z lo­dem? - pyta w końcu, mie­rząc mnie wzro­kiem.

Przy­ta­kuję.

- Skoro można bez­kar­nie pić her­batę z mle­kiem, to można też pić mleko z kost­kami lodu.

- To w ogóle le­galne? - od­po­wiada naj­po­waż­niej na świe­cie.

Oboje par­skamy śmie­chem.

- I co? Masz ja­kieś wie­ści z li­nii frontu? - wy­pa­lam nie­pew­nie.

- Zimna wojna... - od­zywa się i pusz­cza mi oczko. - Jak na ra­zie nikt od nich nie kon­tak­to­wał się ani ze mną, ani z ni­kim z mo­jego oto­cze­nia. Po­je­chali, spraw­dzili, te­raz jesz­cze pew­nie szu­kają i tyle. Bo­rys pró­buje się do­wie­dzieć, jak można by tego Mac Roye'a zli­kwi­do­wać.

Chyba się udu­szę.

- Zli­kwi­do­wać? Co masz na my­śli? - py­tam z prze­ra­że­niem, wy­trzesz­cza­jąc na niego oczy.

- Za­mknąć, od­dać w ręce po­li­cji, wy­klu­czyć z gry. Nie wiem, no... Zli­kwi­do­wać.

- My­śla­łam, że chcesz go za­bić - przy­znaję, a on spo­gląda na mnie zdzi­wio­nym wzro­kiem.

- Ale ja nie za­bi­jam lu­dzi. Boże, jak ty mało o mnie wiesz! Cza­sami mam wra­że­nie, że bie­rzesz mnie za ko­goś in­nego, se­rio...

- Bo nic ni­gdy o so­bie nie mó­wisz. Wszystko mu­szę z cie­bie wy­cią­gać wo­łami!

- Prawda. Je­steś nie­moż­liwy, mó­wię ci... - Wy­pi­jam do końca mleko.

Uśmie­cha się i bie­rze mnie w ra­miona.

- A ty je­steś za to nie­sa­mo­wita. Piękna i sek­sowna... Na­wet w tym o pięć roz­mia­rów za du­żym szla­froku.

- Nie ma mniej­szego. Szu­ka­łam.

- Mo­żesz za­mó­wić inny przez in­ter­net, ju­tro po po­łu­dniu bę­dzie tu­taj. Na ra­zie, dla bez­pie­czeń­stwa, zo­sta­jemy w domu. - Do­tyka mo­jej twa­rzy i ca­łuje mnie. Sma­kuje ma­słem orze­cho­wym i dże­mem tru­skaw­ko­wym. Ko­cham ten smak.

Po­woli się roz­luź­niam. Wresz­cie czuję się spo­koj­niej. Jesz­cze kilka ta­kich po­ca­łun­ków, a zu­peł­nie się od­stre­suję. Na­gle prze­staje i za­daje py­ta­nie:

- Co chcesz o mnie wie­dzieć? Kon­kret­nie.

Mam ochotę go ca­ło­wać, ale nie prze­ga­pię ta­kiej oka­zji wy­wia­dow­czej. Co chcę o nim wie­dzieć? Wszystko, ogól­nie i w każ­dym de­talu.

- Nie­prawda.

- Wszystko - od­po­wia­dam spo­koj­nie, pa­trząc, jak się ru­mieni. - Za­cznijmy od tego, kiedy by­łeś ma­łym chłop­cem.

- Nie wiem, czy moja pa­mięć sięga tak da­leko...

- Serge! - Tu­pię stopą.

To go roz­ba­wia. Uśmie­cha się.

- Okej, do­brze już, tyle że nie ma w tym nic cie­ka­wego. Mia­łem nor­malne, szczę­śliwe dzie­ciń­stwo - od­po­wiada i krzy­żuje ręce. Poza obronna.

- Na­wet wtedy, kiedy mu­sie­li­ście ucie­kać z Ro­sji?

- Ro­dzice przed­sta­wili mi to jako wspa­niałą po­dróż. Po­wie­dzieli, że mam szczę­ście wy­je­chać i po­znać inny kraj. Do­piero po ja­kimś cza­sie zo­rien­to­wa­łem się, o co cho­dzi, wi­dząc, w ja­kim stre­sie żyją.

- A po­tem?

- Po­tem wy­słali mnie do szkoły z in­ter­na­tem dla bo­ga­czy i tam już było mniej faj­nie.

- To zna­czy?

- To zna­czy mniej faj­nie - po­wta­rza to samo, ale wol­niej.

Wbi­jam w niego wzrok i cze­kam na wię­cej. Wi­dzi to i do­daje:

- Kiedy ma się dzie­więć lat, bez ro­dzi­ców nie jest cie­ka­wie. Żyje się w cią­głym stra­chu, z pod­nie­sioną gardą. Dziś wiem, że to była do­bra lek­cja ży­cia, ale wtedy, przez pierw­sze lata było mi ciężko. Po­tem było na­wet cał­kiem cie­ka­wie, bo to nie­sa­mo­wi­cie do­bra szkoła, ale nie lu­bię o tym mó­wić. Usza­nuj to, pro­szę.

- Ro­zu­miem. Mam wiele in­nych py­tań.

- Nie wąt­pię. - Za­czyna otwie­rać wszyst­kie ku­chenne szafki.

- Czego szu­kasz? - py­tam.

- Zmy­warki.

Znaj­duje ją wresz­cie i wy­suwa górny ko­szyk. Wsta­wia kubki i sztućce w dziwny spo­sób, a po­tem upy­cha ta­le­rze zu­peł­nie nie tam, gdzie trzeba. Ob­ser­wuję go przez chwilę, aż w końcu pod­cho­dzę i py­tam:

- Co ro­bisz?

- Nie wi­dać?

- To nie tu, po­cze­kaj.

Wy­su­wam dolny kosz i po­jem­nik na sztućce. Pa­trzy zdzi­wiony, jak prze­kła­dam na­czy­nia.

- Ni­gdy tego nie ro­bi­łeś? - py­tam, choć do­my­ślam się od­po­wie­dzi.

- Nie. Ale mam inne za­lety - od­po­wiada i uśmie­cha się nie­pew­nie.

- Wiem. Za­uwa­ży­łam. Dla­czego tak na­prawdę zde­cy­do­wa­łeś się za­jąć tymi ba­da­niami nad bio­pa­li­wem z alg? - wra­cam do wy­wiadu, kiedy koń­czymy sprzą­tać kuch­nię. Wiem, że to py­ta­nie mu się spodoba. I wi­dząc, jaki ma te­raz błysk w oku, spo­dzie­wam się dłuż­szego wy­kładu na ten te­mat...

- Bia­łecz­nik oka­zał się ro­śliną trudną w upra­wie, a jej na­tu­ralny cykl trwa za długo, aby było to opła­calne. Glony na­to­miast są ener­gią od­na­wialną, wspa­nia­łym spo­so­bem na wy­ko­rzy­sta­nie tego, co ofe­ruje nam przy­roda, któ­rej nie trzeba przez to de­gra­do­wać. Pro­ces pro­duk­cji nie wy­twa­rza na­wet dwu­tlenku wę­gla, wręcz prze­ciw­nie, wy­ko­rzy­stuje jego nad­miar. Poza tym algi nie po­trze­bują wiele miej­sca, czyż to nie jest wspa­niałe? Lu­dzie mu­szą w końcu zro­zu­mieć, że nie uda nam się wy­grać z na­turą, je­żeli nie zmie­nimy swo­ich co­dzin­nych na­wy­ków. Nie­któ­rym na­prawdę trudno to wy­tłu­ma­czyć i tylko na­rzu­ce­nie im pew­nych za­sad może dać ja­kiś efekt.

- Ja­kich za­sad, na przy­kład?

- Zmian w pra­wie. Trzeba na­ka­zać uży­cie ta­kiego pa­liwa, a za­bro­nić in­nego... Tylko tak się da coś z tym zro­bić.

- Więc dla­czego jesz­cze nikt tego nie do­ko­nał? - py­tam.

Od­po­wiada mi, ro­biąc wiel­kie oczy, da­jąc mi tym do zro­zu­mie­nia, że od­po­wiedź jest oczy­wi­sta.

- Bo w grę wcho­dzą pie­nią­dze. Duże pie­nią­dze... Poza tym w na­szych kra­jach nie pa­nuje ani de­spo­tyzm, ani mo­nar­chia ab­so­lutna, więc trzeba zna­leźć inne spo­soby, żeby prze­ko­nać lu­dzi do tego, co jest do­bre dla nich, dla na­tury, dla Ziemi...

- Skoro to wszystko jest ta­kie piękne, to zna­czy to pa­liwo na ba­zie alg, to dla­czego wszyst­kie kraje nie zaj­mują się pro­duk­cją tych bio­pa­liw?

- Są kraje, które już za­częły się tym in­te­re­so­wać, ale na małą skalę ze względu na wiel­kie koszty pro­duk­cji. To trzeba zmie­nić i to tylko kwe­stia ba­dań ge­ne­tycz­nych. To prze­cież no­wość, która za­bie­rze tro­chę czasu. Nie wszy­scy są tacy cier­pliwi jak ja...

- Ile tego po­trzeba, żeby taka pro­duk­cja się opła­cała?

- Żeby się opła­cała? Mó­wimy tu o bi­lio­nach li­trów rocz­nie. A na­wet to nie po­kryje po­łowy świa­to­wego za­po­trze­bo­wa­nia. Dla­tego trzeba pro­du­ko­wać wię­cej i szyb­ciej, ale bez za­nie­czysz­cza­nia. Nie kosz­tem Ziemi. Moi lu­dzie nad tym wła­śnie pra­cują. Pro­blem w tym, że ba­seny, w któ­rych się pro­du­kuje i roz­mnaża glony, mu­szą być oświe­tlone, a to zu­żywa dużo ener­gii. Sta­ramy się stwo­rzyć sys­tem wspo­ma­ga­nia na­tu­ral­nego świa­tła sło­necz­nego przez lampy za­si­lane ogni­wami fo­to­wol­ta­icz­nymi i jed­no­cze­śnie zmie­nić ge­ne­tycz­nie algi tak, żeby po­trze­bo­wały jak naj­mniej świa­tła.

- Ro­zu­miem. - Udaje mi się wtrą­cić, ale jesz­cze do­brze nie za­mknę­łam ust, kiedy Sier­giej kon­ty­nu­uje:

- Pro­blem nie jest na­tury tech­nicz­nej, z za­awan­so­waną ge­ne­tyką i dzi­siej­szą tech­no­lo­gią to te­raz tylko kwe­stia czasu. Pro­blem tkwi w etyce, w zmia­nie spo­sobu my­śle­nia... Trzeba mniej zu­ży­wać, zmniej­szyć kon­sump­cję...

- I nie ma to nic wspól­nego z twoim tatą? - wy­ry­wam się z ko­lej­nym py­ta­niem.

- Oczy­wi­ście, że ma. Byłby ze mnie dumny - od­po­wiada ci­szej.

- My­ślisz, że po­pie­rałby twoje dzia­ła­nia, na­wet gdyby wie­dział, że na­ra­żasz ży­cie?

- Je­stem pe­wien, że tak.

- Jak zgi­nął? - Nie chcę, żeby po­czuł się źle, ale z dru­giej strony je­stem cie­kawa.

- Spadł ze scho­dów w domu i kiedy Ma­ria go zna­la­zła, na drugi dzień, już nie żył. I tak nie był szczę­śliwy, od­kąd nie było przy nim mo­jej mamy...

Na parę mi­nut za­pada ci­sza. Robi mi się go żal. Biorę jego dłoń i ją ca­łuję. Spo­gląda na mnie i wzdy­cha.

- Jak bar­dzo je­steś bo­gaty? - kon­ty­nu­uję prze­słu­cha­nie.

- Jak bar­dzo? Wy­star­cza­jąco - mówi, po krót­kim na­my­śle.

- To dla­czego cią­gle jesz­cze pra­cu­jesz?

- Bo nie po­tra­fię prze­stać.

- To dla­tego nie za­ło­ży­łeś ro­dziny?

Spo­gląda na mnie, od­ry­wa­jąc wzrok od wi­doku za oknem. Po­waż­nieje.

- To zna­czy?

- Przez pracę? - wy­ja­śniam.

- Nie. Nie, przez pracę. Mó­wi­łem ci już, że z Jen­ni­fer mi się nie udało.

- Ale od wa­szego roz­sta­nia mi­nęło sie­dem lat. Nie my­śla­łeś o tym przez te wszyst­kie lata? Nie chcia­łeś spró­bo­wać z kimś in­nym?

- Masz na my­śli Bo­rysa? - Śmieje się.

- Prze­stań, mó­wię po­waż­nie!

- Tak na po­waż­nie to... Tak i nie. By­łem za­jęty, pra­co­wa­łem. To nie jest ta­kie pro­ste. Nie spo­tka­łem ni­kogo, z kim chciał­bym się zwią­zać. Los uśmiech­nął się do mnie do­piero nie­dawno. - Wy­ciąga do mnie rękę, a ja sia­dam bli­żej. - A ty? Chcia­ła­byś za­ło­żyć ze mną ro­dzinę? - pyta, do­ty­ka­jąc mo­jego uda, przez co tracę sku­pie­nie.

Tak. Tak. Tak... TAK!

- To bar­dzo po­ważne py­ta­nie - mó­wię wy­mi­ja­jąco, żeby ugrać tro­chę czasu na zna­le­zie­nie od­po­wied­nich słów.

- Ups! Chyba tro­chę przy­spie­szy­łem tempo.

- Nie tylko tro­chę! - Uśmie­cham się.

- Sama za­czę­łaś. - Jego usta mu­skają moje po­liczki. Ach, ten jego za­pach...

Za­miast od­po­wie­dzieć, ca­łuję go. Pana ma­sło orze­chowe i tru­skawki. I po­tem jesz­cze raz i jesz­cze... Jezu, jaki on jest smaczny! Mam na­dzieję, że ro­zu­mie. W każ­dym ra­zie nie pro­te­stuje. Zro­bi­ła­bym wszystko, żeby z nim być. Cie­kawe, czy choć tro­chę się tego do­my­śla.

- Naj­waż­niej­sze, że już le­piej się czu­jesz - za­uważa po chwili, głasz­cząc mnie po gło­wie.

- Tak. To była nie­zła grypa.

- Na­gie ką­piele w Por­ts­mouth nie są wska­zane w paź­dzier­niku. Osoba do­ro­sła po­winna o tym wie­dzieć. - Ewi­dent­nie robi ze mną, co chce... Skąd wie?! I dla­czego wcze­śniej mi o tym nie po­wie­dział?!

- Po pierw­sze, nie ką­pa­łam się nago, a po dru­gie, skąd o tym wiesz? - Nor­mal­nie za­raz mnie trafi. - Na­sła­łeś na mnie szpie­gów Bo­rysa?

- Nie było ta­kiej po­trzeby. Ale skoro już wiem, to czemu mó­wisz, że to nie­prawda? -Dia­bel­ski uśmie­szek ry­suje się na jego twa­rzy.

- Prawda. To zna­czy nie by­łam cał­kiem nago... Lor­can! Lor­can ci po­wie­dział, tak?

Przy­ta­kuje. Ma te­raz uśmiech od ucha do ucha.

- Twój przy­ja­ciel - mel­duje za­do­wo­lony i robi cu­dzy­słów pal­cami.

- Wie­dzia­łam, że nie po­trafi trzy­mać ję­zyka za zę­bami!

- Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz, jaki był z tego dumny, kiedy mi to mó­wił... - Śmieje się. Wy­obra­żam so­bie ich roz­mowę... To mu­siało być hard­co­rowe.

- Co jesz­cze ci po­wie­dział? - py­tam, nie li­cząc tak na­prawdę na żadną od­po­wiedź.

Tym­cza­sem Sier­giej spo­gląda na mnie ką­tem oka i kon­ty­nu­uje ta­jem­ni­czo:

- Czy ja wiem... - Mam wra­że­nie, że czer­pie nie­sły­chaną przy­jem­ność z trzy­ma­nia mnie w ta­kiej nie­pew­no­ści.

- Pro­szę cię, mó­wię po­waż­nie - na­le­gam.

- Że mu od­bi­łem dziew­czynę, że cię ko­cha... I...

- I?

- I że­bym dał ci spo­kój. - Po­waż­nieje.

Je­stem w szoku, że Lor­can tak się za­cho­wał. Co za od­waga! Za­im­po­no­wał mi. Tym­cza­sem Sier­giej cią­gnie:

- Mię­dzy ko­bietą a męż­czy­zną przy­jaźń nie jest moż­liwa. Lor­can Ma­idley jest w to­bie za­ko­chany po uszy. W do­datku nie ma zie­lo­nego po­ję­cia o tym, co nas łą­czy. - Przy­kłada swój nos do mo­jego i kon­ty­nu­uje: - Nie wie, że ty i ja bę­dziemy już za­wsze ra­zem. Tak miało być i nikt na to nic nie po­ra­dzi.

AMEN. Nie mogę uwie­rzyć w to, co sły­szę. Ale mój chło­pak ma cał­ko­witą ra­cję. Czuję do­kład­nie to samo. Nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści. To tylko kwe­stia czasu. I to wła­śnie jest ten mo­ment, kiedy wiem, o co te­raz za­py­tam:

- Czy ja ci się w ogóle po­do­bam? - Na moje słowa marsz­czy czoło, tak jakby nie ro­zu­miał ich zna­cze­nia. Po­waż­nieje i za­biera głos, po­woli wy­po­wia­da­jąc słowa.

- Nie ro­zu­miem. Skąd to py­ta­nie? Masz wąt­pli­wo­ści?

- To dla­czego mnie uni­kasz? Dla­czego uni­kasz kon­taktu fi­zycz­nego? Nie chcesz się ze mną ko­chać?

Otwiera usta ze zdzi­wie­nia, a ja za­sty­gam bez ru­chu i cze­kam na to, co po­wie. Przy­po­mina mi się na­sze zbli­że­nie w li­mu­zy­nie i od razu cała sztyw­nieję. Czuję, jak serce bije co­raz szyb­ciej i szyb­ciej, jakby prze­trzy­my­wane na siłę, chciało się wy­do­stać z mo­jej klatki pier­sio­wej. W końcu mówi:

- Ostat­nim ra­zem, kiedy chcia­łem się z tobą ko­chać, ucie­kłaś ode mnie i przez osiem­na­ście dni mnie uni­ka­łaś. Co ja mó­wię, uni­ka­łaś. Nie da­wa­łaś znaku ży­cia! A gdy w końcu cię zna­la­złem, po­pro­si­łaś, że­bym o to­bie za­po­mniał. Ni­gdy już tak nie za­ry­zy­kuję. Je­steś dla mnie naj­cen­niej­szym pre­zen­tem, jaki do­sta­łem od ży­cia.

Ga­pię się na niego i czuję, jak resztki krwi od­pły­wają mi z mó­zgu wraz z ko­lo­rami na twa­rzy. Tracę ro­zum i zdol­ność lo­gicz­nego my­śle­nia. To przeze mnie. Wszystko moja wina. Li­czył dni. Nie chce mnie stra­cić. Chce mnie chro­nić. Scho­wał mnie tu, bo je­stem dla niego cenna. Nie od­po­wia­dam, otwar­tymi ustami ły­kam po­wie­trze, żeby się nie udu­sić. Sier­giej ob­ser­wuje mnie bacz­nie i koń­czy:

- Po pro­stu cze­kam na od­po­wiedni mo­ment. Zwal­nia­łem tempo, pa­mię­tasz? Czy to jest od­po­wiedni mo­ment?

- Wtedy... - za­ci­nam się, ale po chwili wra­cam do my­śli: - Nie ufa­łam ci wtedy, ale te­raz jest ina­czej.

- Te­raz mi ufasz?

Przy­ta­kuję.

- I to jest od­po­wiedni mo­ment na przy­spie­sze­nie...

Nie spusz­cza ze mnie wzroku, przy­biera ten swój po­ważny wy­raz twa­rzy i pyta:

- Chcesz się ze mną ko­chać?

- Tak. Chcę się z tobą ko­chać - od­po­wia­dam. De­cy­duję. Przez kilka se­kund nic się nie dzieje, nikt się nie ru­sza. Pa­nuje gro­bowa ci­sza. W końcu Sier­giej bu­dzi się i przy­bliża swoją twarz do mo­jej. Pa­trzy mi w oczy. Ca­łuje mnie i się od­suwa. Jed­nym ru­chem po­zbywa się ko­szulki, żeby wró­cić do mnie z na­gim tor­sem i znów mnie ca­ło­wać.

- Sier­giej? - wy­rywa mi się na­gle ner­wowy szept.

- Co? - mru­czy.

- Ja jesz­cze ni­gdy tego nie ro­bi­łam.

- Wiem. Pa­mię­tam. Spodoba ci się, obie­cuję - mru­czy, głasz­cząc mnie po no­gach. Jego wargi znów są na mo­ich ustach. Jesz­cze! - Po­do­bało ci się wtedy w sa­mo­cho­dzie?

- Bar­dzo.

- No to te­raz też ci się spodoba.

- To dla­czego tak się de­ner­wuję? Zo­bacz, trzęsą mi się ręce. Ojej, to­bie też! - Za­uwa­żam, jak drży mu dłoń, którą prze­suwa po moim udzie. Sier­giej Ta­re­dov naj­wy­raź­niej jed­nak na­leży do ga­tunku ludz­kiego.

- Nie de­ner­wuj się, nie zro­bię nic, czego byś nie chciała... Nic, co spra­wi­łoby ci ból. Bę­dzie tylko przy­jem­ność, dużo przy­jem­no­ści. - Uśmie­cha się i ob­sy­puje mnie po­ca­łun­kami.

- Ale...

- Za­ufaj mi, wiem, co ro­bię. Je­stem w to lep­szy niż w zmy­wa­nie.

Par­skam śmie­chem.

- Mia­łeś wiele ko­biet? To zna­czy, masz duże do­świad­cze­nie? - Za­czy­nam się plą­tać w tym, co mó­wię, i dzi­wić, dla­czego za­daję wła­śnie te­raz ta­kie py­ta­nia. Chyba nie je­stem sobą. Pra­gnę go i bro­nię się przed nim jed­no­cze­śnie. Cu­downe nie­zde­cy­do­wa­nie. Strach i cie­ka­wość. Mi­łość i pa­sja. Ni­czym roz­dwo­je­nie jaźni. Na moje słowa za­trzy­muje się i od­suwa.

- Je­steś pewna, że to jest wła­ściwy mo­ment? - pyta i pau­zuje wszel­kie ru­chy.

- Tak, tak, je­stem pewna, prze­pra­szam.

Wraca do ca­ło­wa­nia i od­po­wiada na moje wcze­śniej­sze py­ta­nie.

- Co to zna­czy dla cie­bie wiele ko­biet? Nie mam ochoty te­raz o tym roz­ma­wiać. Prze­stań już ga­dać... - Spo­gląda na mnie z uśmie­chem pod no­sem, wy­raź­nie zdzi­wiony moim za­cho­wa­niem.

- Za dużo pa­plę. Prze­pra­szam. Ja­koś tak samo...

- Prze­stań - roz­ka­zuje i ca­łuje mnie cen­ty­metr po cen­ty­me­trze. Jest kró­lem czu­ło­ści. Jego dłoń za­czyna po­wolną wę­drówkę po moim udzie.

Ja też od­kry­wam jego gładką skórę, do­ty­kam i ca­łuję, ma słodki smak, jak te tru­skawki w dże­mie. Od­wią­zuje mój szla­frok i pa­trzy na mój biust. Wzbiera we mnie fala go­rąca. Po­chyla się nade mną i ca­łu­jąc moją twarz, zniża się na de­kolt, dłońmi do­tyka moje plecy i ra­miona. Za­ta­piam się w jego za­pa­chu. Och! Kiedy jego usta mu­skają moje sutki, prze­cho­dzi przeze mnie praw­dziwy prąd. One były już go­towe na jego do­tyk, z dumą pręż­nie wy­sta­wiły się, jakby na po­kaz, w jego kie­runku. Ca­łuje je i liże, tak jak lu­bię, jak mnie na­uczył już wcze­śniej ustami na ustach. I je­stem już tak pod­nie­cona, że nie wy­obra­żam so­bie, jak zniosę resztę. Chyba zwa­riuję. Eks­plo­duję z nad­miaru mi­ło­ści i roz­ko­szy. Po­tem ca­łuje moje nogi i stopy, i po­woli po­wraca na wy­so­kość mo­jej twa­rzy. Jego usta liżą moje wargi, a ręka lą­duje na moim kro­czu. Już po chwili mój od­dech robi się głę­boki i gło­śny. Czuję, jak po­wie­trze, które wy­dmu­chuje, owiewa mi usta, a po­tem małą falą roz­lewa się cie­pło po mo­jej twa­rzy. Od­dy­cham nim, on mną od­dy­cha. Czar­no­bursz­ty­nowe spoj­rze­nie za­lewa na­stępną falą, te­raz idę w to tsu­nami całą sobą. Chcę wię­cej i wię­cej. Chcę go ca­łego. Tyle czasu cze­ka­łam na ten mo­ment, te­raz wresz­cie jest. Ko­chamy się. On i ja. MY. Po­łą­cze­nie świa­tów: bo­skiego i ludz­kiego. Olimp i Zie­mia. Per­fek­cja i nie­do­sko­na­łość. Jest cie­pły, czuły, skon­cen­tro­wany, tro­skliwy i wy­ro­zu­miały. Do­bry. Nie mogę się opa­no­wać, łzy spły­wają ukrad­kiem po po­licz­kach, a usta drgają za każ­dym ra­zem, gdy czuję go w so­bie. Sier­giej... On i ja je­ste­śmy jed­nym. On jest mój, a ja je­stem jego. To jest ide­alne ze­sta­wie­nie, to fu­zja do­sko­nała. Ob­cho­dzi się ze mną jak z por­ce­la­nową lalką, którą boi się uszko­dzić. Nie może być le­piej. Tylko on i ja, tu i te­raz. Na za­wsze, do końca świata, na wieki wie­ków. Nic wię­cej nie po­trzeba...

- Wsta­waj, śpio­chu, już po­łu­dnie! - sły­szę ten głos. Jego me­lo­dia fa­luje przy­jem­nie tuż przy moim uchu.

Otwie­ram oczy. Mój chło­pak sie­dzi na brzegu łóżka i gła­dzi mnie po gło­wie. Jest już ubrany, ma wil­gotne włosy i uśmie­cha się do mnie.

- Masz szczę­ście, że w Ame­ryce są re­stau­ra­cje, które ser­wują śnia­da­nie przez cały dzień. Wy­ska­kuj z łóżka, zjemy coś! - De­li­katny bu­ziak lą­duje na moim po­liczku, a ja chwy­tam jego dłoń i wą­cham ją z ca­łej siły.

Chcę nim znów od­dy­chać. Tak cu­dow­nie pach­nie Sier­giej, tak pach­nie nowe ży­cie.

- Wo­la­ła­bym dzień za­cząć z tobą tu­taj, a nie przy stole - pro­po­nuję i wska­zuję łóżko.

- Masz ra­cję, śnia­da­nie może po­cze­kać - mówi i roz­pina do­piero co za­ło­żoną ko­szulę. Zdej­muje ją i wie­sza na krze­śle. Po­tem spodnie i bie­li­zna, wszystko układa i składa, nie rzuca ni­czego i nie zo­sta­wia na pod­ło­dze. Je­ste­śmy z dwóch róż­nych pla­net. Moje rze­czy prze­waż­nie two­rzą pa­górki na ziemi wo­kół łóżka.

Ko­chamy się i jest jesz­cze le­piej niż wczo­raj. Ca­łuje mnie i liże wszę­dzie. Jego gra wstępna jest nad­zwy­czaj sku­teczna i mo­gła­bym w su­mie za­koń­czyć na niej, tak mi do­brze. Ale to do­piero po­czą­tek. Kła­dzie się nade mną, obej­muję go no­gami i rę­kami, a on wy­ko­nuje de­li­katne ru­chy w wol­nym, ale sta­łym tem­pie. Wy­peł­nia mnie cał­ko­wi­cie, jego mę­skość pa­suje do mnie do­sko­nale. Na­sze usta już się nie opusz­czają, są zle­pione i tylko chwi­lami je od­kle­jamy, żeby wy­dać dźwięki unie­sie­nia. Na końcu przy­spie­sza i za­ta­pia twarz w mo­ich wło­sach, po­wta­rza­jąc moje imię. Przez ani jedną se­kundę nie za­my­kam oczu. Pa­trzę na niego nie­prze­rwa­nie, ob­ser­wuję go. Nie chcę stra­cić żad­nego mo­mentu, żad­nego wi­doku. Współ­gramy ze sobą do­sko­nale. Kiedy jest po wszyst­kim, Sier­giej wraca pod prysz­nic, mimo że brał już je­den za­nim się ko­cha­li­śmy. Po­tem idziemy ra­zem na dół.

Oka­zuje się, że nie je­dziemy do mia­sta, ale za­ma­wiamy coś do domu. Tak ma być przez na­stępne dni, dla bez­pie­czeń­stwa, dla pew­no­ści. Jemy po­si­łek na we­ran­dzie, pa­trząc na spo­kojne je­zioro. Co za raj­ski wi­dok! Jed­nak ta ci­sza i sie­lanka, którą cie­szę się na ze­wnątrz, w środku jest stre­sem i nie­po­ko­jem. Spoj­rze­nie Sier­gieja nie zmie­niło barwy, jest jed­nak czuj­niej­sze i jakby zmę­czone, co za­uwa­żam u niego po raz pierw­szy.

- Cały czas nie mogę uwie­rzyć w to, co się stało. Mam wra­że­nie, że to był film. Kiedy za­my­kam oczy, wi­dzę tego ban­dytę i czuję lufę na czole. Kiedy to się skoń­czy?

- Za ja­kiś czas. Zo­ba­czysz. Rów­no­waga psy­chiczna po­wraca z cza­sem. Na­wet nie wiesz, jak mi przy­kro, że do tego do­szło. Ale mu­sisz wie­dzieć, że oni naj­praw­do­po­dob­niej nic by ci nie zro­bili, chcieli nas tylko na­stra­szyć.

Pa­trzę na niego, nie do­wie­rza­jąc. Chyba zbyt­nio ba­ga­te­li­zuje całą sprawę albo nie było to jego pierw­sze spo­tka­nie z bro­nią palną. Jedno i dru­gie wy­daje mi się straszne.

- Wąt­pię, a je­żeli już, to się im udało. Ni­gdy w ży­ciu się tak nie ba­łam.

- Prze­pra­szam. Jesz­cze raz cię prze­pra­szam za to, że by­łaś tego świad­kiem.

- Prze­stań mnie prze­pra­szać, w końcu to nie twoja wina, nie wie­dzia­łeś, że przyjdą do two­jego domu.

Pa­trzy na mnie spode łba. Co znowu?

- Spo­dzie­wa­łem się, ale nie my­śla­łem, że ty bę­dziesz u mnie, tego nie było w pla­nach, i że oni aku­rat wtedy się po­ja­wią. Prze­lew po­szedł dwa dni wcze­śniej, nie my­śla­łem, że za­bie­rze im to tyle czasu, my­śla­łem, że dali so­bie spo­kój.

- Wiem. Dla­tego wła­śnie twier­dzę, że to nie twoja wina.

Na­staje chwila ci­szy, po któ­rej do­daję:

- Mu­szę ja­koś za­wia­do­mić przy­ja­ciół, że wszystko ze mną w po­rządku i że mnie nie bę­dzie przez na­stępne dwa ty­go­dnie. Pew­nie się mar­twią.

- Masz na my­śli Lor­cana? - pyta, po­pi­ja­jąc kawę.

- Tak, mam na my­śli Lor­cana - oświad­czam do­bit­nie, pa­trząc na niego z po­wagą.

- Za­dzwoń do niego - mówi naj­zwy­czaj­niej na świe­cie, na­bi­ja­jąc małą tru­skawkę na wi­de­lec.

- Tak, tylko co mu po­wiem? Prze­cież nie mogę prawdy, mu­szę coś wy­my­ślić...

- Po­wiedz, że cię za­bra­łem do pry­wat­nej kli­niki, że­byś wy­zdro­wiała.

- Bę­dzie chciał przy­je­chać w od­wie­dziny, to głu­pie. Wy­myśl coś in­nego!

- Po­dróż-nie­spo­dzianka?

- Na po­czątku roku aka­de­mic­kiego? Chora na grypę? To do mnie nie­po­dobne. Nie uwie­rzy, za do­brze mnie zna. - Pa­trzę na niego te­raz, jak się oży­wia po mo­ich ostat­nich sło­wach, znad fi­li­żanki świeżo na­peł­nio­nej kawą. Po­waż­nieje i my­śli.

- Biedny Lor­can... - rzuca po chwili.

- Dla­czego biedny? - py­tam, bo wi­dzę jak się te­raz uśmie­cha.

- Na­wet się nie do­my­śla, jak ty i ja je­ste­śmy bli­sko.

Nie ko­men­tuję. Po­zwa­lam mu mieć ostat­nie słowo. Spraw­dzam go­dzinę. W An­glii jest te­raz późny wie­czór. Idę po te­le­fon i przy­po­mi­nam so­bie, że od czasu mo­jej cho­roby nie mia­łam go w rę­kach. Matt miał go przy­wieść z aka­de­mika ra­zem z mo­imi rze­czami.

- Żeby za­dzwo­nić, po­trze­buję te­le­fonu. Nie zna­la­złam go w tor­bie z ubra­niami. Matt mu­siał go zo­sta­wić w aka­de­miku.

- Mam twój te­le­fon. Mo­żesz go włą­czyć, ale za­blo­ku­jemy za­sięg. Za­dzwo­nisz przez in­ter­net, tak trud­niej nas bę­dzie na­mie­rzyć.

Nie mó­wię nic, przy­ta­kuję. Wraca po chwili z moją ko­mórką i po­daje mi ją nie­pew­nie.

- Jak to się robi? - py­tam, za­nim ją włą­czę.

- Je­śli po­zwo­lisz, zro­bię to za cie­bie.

Od­daję apa­rat w jego ręce. Sier­giej wy­ko­nuje za­da­nie, choć po włą­cze­niu wi­dzę na jego twa­rzy na­pię­cie.

- Coś nie tak?

- Wszystko w po­rządku. Masz dwa­na­ście nie­ode­bra­nych po­łą­czeń. W tym dzie­sięć od Lor­cana i dwa od Suzy - od­po­wiada i prze­cze­suje ręką włosy. Od­daje mi te­le­fon.

Do­my­śla­łam się, że Lor­can bę­dzie do mnie dzwo­nił. Wi­dzę, że jest też trzy­dzie­ści osiem wia­do­mo­ści, które prze­mil­czał Sier­giej, choć nie dało się ich nie za­uwa­żyć. Zaj­mują cały ekran. Wszyst­kie od Lor­cana. Scrol­luję, ale się nie koń­czą. Nie otwie­ram ich te­raz. Nie mogę. I tak już mam gulę w gar­dle.

- Dzwoń - mówi i zo­sta­wia mnie samą na ta­ra­sie. Dzięki Bogu, bo wolę nie mieć świad­ków tej roz­mowy. Po chwili za­sta­no­wie­nia i kilku głę­bo­kich od­de­chach wy­bie­ram jego nu­mer. Od­biera po pierw­szym sy­gnale.

- Cześć, to ja - za­czy­nam nie­pew­nie.

- Mała! Gdzie je­steś? Co się dzieje? - wy­bu­cha.

- Wszystko w po­rządku. Mam się do­brze. Nic mi nie jest.

- Gdzie je­steś?! - krzy­czy, jak­bym była głu­cha.

Ta ener­gia mi się udziela i czuję na­gle strach i nie­pew­ność.

- Nie mogę ci po­wie­dzieć. To skom­pli­ko­wana sy­tu­acja.

- Dla­czego? Co się, kurwa, dzieje?

- Nic. Ab­so­lut­nie nic. Po pro­stu się o mnie nie martw.

Na moje słowa re­aguje dziw­nym dźwię­kiem obu­rze­nia i zło­ści. To gar­dłowy okrzyk za­sko­cze­nia nie za­wie­ra­jący żad­nego zna­nego mi słowa, ale bę­dący bar­dzo ja­snym ko­mu­ni­ka­tem sprze­ciwu i iry­ta­cji.

- Za­mar­twiamy się tu wszy­scy na śmierć! Ob­dzwo­ni­łem już wszyst­kie szpi­tale! Ju­tro rano mia­łem iść na po­li­cję, żeby zgło­sić twoje za­gi­nię­cie - hu­czy na jed­nym od­de­chu. Robi mi się go­rąco. Szpi­tale?! Chyba go nie do­ce­niam...

- Nie, ab­so­lut­nie nie! Nie rób tego. Nic mi nie jest. Wy­je­cha­łam na wa­ka­cje. Wszystko jest okej.

Chwila ci­szy.

- Ja pier­dolę. Co ty wy­ga­du­jesz?

- Mu­sisz mi za­ufać. Dzwo­nię do cie­bie, że­byś się nie mar­twił i wie­dział, że ze mną wszystko do­brze. Wra­cam za kilka dni. Poza tym te­raz mój te­le­fon bę­dzie włą­czony cały czas, więc mo­żesz do mnie dzwo­nić, kiedy chcesz.

Nie od­po­wiada. Sły­szę jak szybko od­dy­cha. Po chwili za­uważa:

- Kła­miesz, sły­szę to.

Zna mnie za do­brze. Nie da mu się wci­snąć wię­cej kitu.

- Tylko odro­binkę, bo mu­szę. Nie za­da­waj już wię­cej py­tań. Pro­szę.

Wzdy­cham, a on za­czyna in­nym, spo­koj­niej­szym to­nem:

- Wy­zdro­wia­łaś? Jak się czu­jesz?

- Już do­brze. Nic mi nie jest. A ty?

- Mało co tu nie umar­łem... Ze stra­chu o cie­bie. Se­rio.

Cho­lera. Czuję łzy, jak na­pły­wają do oczu i bar­dzo, ale to bar­dzo mnie to wku­rza. Wstaję i za­czy­nam cho­dzić w kółko po ta­ra­sie. Lor­can ma prawo się de­ner­wo­wać i mar­twić. Ostat­nim ra­zem wi­dział mnie pra­wie nie­przy­tomną, a po­tem znik­nę­łam bez śladu i przez trzy dni nie da­wa­łam znaku ży­cia.

- Przy­kro mi. Prze­pra­szam. By­łam chora i dla­tego nie dzwo­ni­łam. To była bar­dzo ciężka grypa.

- Ja­sne - od­po­wiada. Nie wie­rzy mi i ma ra­cje.

Tu też mamy czy­sty ko­mu­ni­kat. Nie wiem, jak go uspo­koić. Rze­czy­wi­ście, to musi wy­glą­dać nie­cie­ka­wie... Ale jak mam mu wy­tłu­ma­czyć? Nie mogę mu po­wie­dzieć o pi­sto­le­cie przy skroni. W końcu przy­po­mina mi się, że wczo­raj jego dru­żyna ko­szy­kówki miała grać ważny mecz, więc py­tam z za­cie­ka­wie­niem, żeby od­wró­cić jego uwagę od trud­nego te­matu mo­jej nie­obec­no­ści:

- A jak mecz? Znów miaż­dżące zwy­cię­stwo? Ile punk­tów zdo­by­łeś?

- Zero.

- Jak to? Prze­gra­li­ście?

- Nie mam po­ję­cia, nie by­łem na me­czu...

Nie od­po­wia­dam. Je­stem w szoku. Wiem, ja­kie to dla niego ważne. To on w końcu pyta:

- Z nim wy­je­cha­łaś?

- Tak. - Nie ma sensu kła­mać. Ech...

- Je­steś do­ro­sła, ro­bisz, jak chcesz - cią­gnie z re­zy­gna­cją w gło­sie.

- Pro­szę cię, nie utrud­niaj tego.

- Okej. Do­brze... Chcesz, że­by­śmy uda­wali, że to jest nor­malne, ty i on. Okej. Mam wy­je­bane. Coś jesz­cze?

Jest do­kład­nie na od­wrót i oboje o tym wiemy. Przez chwilę tra­wię jego słowa, w końcu od­zy­wam się, sta­ra­jąc się skle­cić co­kol­wiek sen­sow­nego:

- Po­trze­buję no­ta­tek. By­łoby su­per, gdy­byś mógł mi przy­sy­łać no­tatki z wy­kła­dów. - Co za ba­nał... Je­stem bez­na­dziejna! - Te pro­fe­sjo­nalne... - do­daję, ale nie udaje mi się go roz­śmie­szyć.

- Nie ma sprawy - od­po­wiada ze sztucz­nym opa­no­wa­niem.

- Dzię­kuję. Za­wsze mogę na cie­bie li­czyć. A, i dzię­kuję za to, że ze mną wtedy zo­sta­łeś... Kiedy by­łam chora.

- Nie ma za co. To nor­malne. Każdy by tak zro­bił - koń­czy po ci­chu.

- No nie wiem, czy każdy.

- Wszystko bym dla cie­bie zro­bił.

O mój boże!

- Dzię­kuję. Je­steś praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem. Do wi­dze­nia, Lor­can, do­bra­noc.

- Do­bra­noc, Mała.

Czuję się okrop­nie. Od­kła­dam te­le­fon i idę w stronę ską­pa­nego w słońcu molo, które wy­pusz­cza się wolno w je­zioro na końcu na­szego ta­rasu. Sia­dam na jego krańcu i bo­symi sto­pami do­ty­kam zim­nej wody. Srebrne grzbiety fal opły­wają mia­rowo moje nogi. Chce mi się pła­kać. Nie­na­wi­dzę kła­mać. A szcze­gól­nie ko­muś, na kim mi za­leży. A wy­cho­dzi na to, że cią­gle to ro­bię. I jed­no­cze­śnie jest to ten mo­ment, kiedy zdaję so­bie sprawę, że Lor­can nie da ła­two za wy­graną. On mnie cią­gle ko­cha. Nie wiem, za co i dla­czego, ale na­gle staje się to dla mnie oczy­wi­ste. Przy­po­mi­nam so­bie, co wy­da­rzyło się parę dni temu na plaży w Por­ts­mouth i te­raz mam ochotę wy­krzy­czeć ten sam dźwięk, który wy­dał z sie­bie Lor­can w trak­cie na­szej roz­mowy. Bez­słowny gniew i sprze­ciw. Za­miast tego cho­wam twarz w dło­niach i krzy­czę naj­gło­śniej, jak po­tra­fię, tak jak kie­dyś dar­łam się w po­duszkę. Żeby to ze mnie wy­szło. Mój wrzask od­bija się od ta­fli wody echem. Mam wra­że­nie, że w ogóle ni e kon­tro­luję swo­jego ży­cia. I przede wszyst­kim nie pa­nuję nad emo­cjami. To nie­przy­jemne uczu­cie wy­wo­łuje we mnie strach. Cią­gle w cho­ler­nej nie­pew­no­ści... Jak nad prze­pa­ścią... Boję się wró­cić do Oks­fordu i boję się wszystko zmie­nić. Czy po tym co się wy­da­rzyło, będę jesz­cze w sta­nie wró­cić na stu­dia? Do mo­jego po­przed­niego ży­cia? Na samą myśl, że mo­gła­bym mieć znowu do czy­nie­nia z tymi ban­dzio­rami od Mac Roye'a, robi mi się słabo. Ale od­ciąć się od Sier­gieja, prze­stać go wi­dy­wać i spró­bo­wać żyć od nowa, bez niego, jest nie­moż­liwe. Za bar­dzo go ko­cham i wiem te­raz, że to mi­łość od­wza­jem­niona. Kto by zre­zy­gno­wał z cze­goś ta­kiego? Na­wet je­żeli wiąże się to z ry­zy­kiem, za nic w świe­cie nie mo­gła­bym go zo­sta­wić.

- Co się dzieje? - Jego ak­sa­mitny głos i duże ra­miona za­my­kają mnie w stre­fie bez­pie­czeń­stwa. Nie sły­sza­łam, jak się zbli­żył. Od­wra­cam się i wtu­lam w niego z ca­łej siły.

- Tak bar­dzo się boję.

- Przy­kro mi, że nie jest do końca tak, jak byś chciała... Nie mogę ci obie­cać, że to bę­dzie pro­ste. Nie­stety. Ale zro­bię wszystko, co w mo­jej mocy, abyś od tej pory czuła się bez­pieczna.

- Sier­giej, ja tego nie za­po­mnę do końca ży­cia, ro­zu­miesz?

- Ehm - przy­ta­kuje tylko i za­cie­śnia swój uścisk jesz­cze moc­nej.

- Nie wiem, jak my tam wró­cimy, jak bę­dziemy da­lej żyć?!

- Nor­mal­nie. Je­żeli to bę­dzie ko­nieczne, za­ła­twię nam ob­stawę. Nikt ci już nic nie zrobi - za­pew­nia cie­pło.

- To nie film. O czym ty w ogóle mó­wisz?

- Mó­wię po­waż­nie. Już nie­raz w ży­ciu mia­łem ochronę, to nic nad­zwy­czaj­nego. Bę­dziesz bez­pieczna, zo­ba­czysz. Za­ufaj mi. Mam plan, pa­mię­tasz?

Spo­glą­dam w górę, na niego i bar­dzo chcę wie­rzyć w to, co mówi, ale jest mi trudno. W tym mo­men­cie ża­den plan nie wy­daje mi się wy­star­cza­jąco do­bry, abym się uspo­ko­iła. Boję się, że szczę­ście, ja­kie się nam na­gle przy­tra­fiło, może tak samo na­gle znik­nąć. Sier­giej stoi i ści­ska mnie mocno w ra­mio­nach. To je­dyne bez­pieczne miej­sce na ziemi. Tylko tu­taj nic złego nie może mi się przy­tra­fić.

- Je­steś moim naj­droż­szym skar­bem. Naj­lep­szą nie­spo­dzianką mo­jego ży­cia. I nie po­zwolę, żeby co­kol­wiek ci się stało - za­pew­nia i ca­łuje mnie w czoło. Unosi mój pod­bró­dek, że­bym spoj­rzała mu w oczy. Złoty bursz­tyn prze­bija się przez czerń nocy jego prze­ni­kli­wego spoj­rze­nia.

- Ko­cham cię - wy­znaję, nie od­ry­wa­jąc od niego wzroku. Ja, naj­lep­sza nie­spo­dzianka jego ży­cia.

Po­ważna zna­joma mina. Po­ru­sze­nie. Wpó­ło­twarte usta, ale ci­sza. Tracę łącz­ność. Niech coś po­wie, bo ze­mdleję.

- Nie... To ja cie­bie ko­cham. Wiesz o tym, prawda?

- Tak, wiem. Od dawna to wiem.

- To do­brze, by­łem pe­wien, że słowa są tu zby­teczne... - mówi, uśmie­cha się i ca­łuje mnie, tak jak za pierw­szym ra­zem. Naj­pierw ostroż­nie, a po­tem głę­boko i na­mięt­nie.

- Tak bar­dzo cię ko­cham - po­wta­rzam. Mam ochotę po­wie­dzieć to jesz­cze ze sto razy, żeby się upew­nić, że ro­zu­mie, że za­pi­sał to w sercu i w gło­wie. Po­wie­dzia­łam to pierw­sza. Nie pla­no­wa­łam tego, ale tak wy­szło. Jesz­cze pięć mi­nut temu było za wcze­śnie na ta­kie de­kla­ra­cje, ale te­raz na­de­szła wła­ściwa chwila.

Czas w Lake Oswego mija szybko. Czę­sto pada i jest szaro. To taka pierw­sza na­miastka wspól­nego ży­cia. Jest mi z nim tu jak w bajce, bez względu na po­godę. Wszystko ro­bimy ra­zem. Wspól­nie bu­dzimy się i za­sy­piamy, ra­zem le­żymy w wiel­kiej wan­nie, ko­chamy się, go­tu­jemy, no ra­czej on, a ja mu asy­stuję. Obej­rze­li­śmy też we dwoje kilka fil­mów. Ale przede wszyst­kim czas upływa nam na nie­koń­czą­cych się roz­mo­wach. Je­stem pod wra­że­niem jego in­te­li­gen­cji i zna­jo­mo­ści wszyst­kich za­gad­nień tego świata. To cho­dząca en­cy­klo­pe­dia. O che­mii i eko­lo­gii nie wspo­mi­na­jąc. W prze­ci­wień­stwie do mnie oczy­wi­ście. To, co dla niego jest jak naj­bar­dziej nor­malne, zwy­kłe i oczy­wi­ste, mnie fa­scy­nuje i cie­kawi. Go­dzi­nami tłu­ma­czy mi bio­lo­giczne i che­miczne za­gad­nie­nia, które od­gry­wają klu­czową rolę w jego ba­da­niach. Po­woli za­czy­nam ro­zu­mieć, na czym na­prawdę po­lega jego praca i jak wy­twa­rza się pa­liwo z glo­nów. Chwi­lami traci jed­nak cier­pli­wość, ła­pie się za głowę, za­ci­ska zęby i wy­cho­dzi z po­koju w mil­cze­niu, po an­giel­sku. Wraca po paru mi­nu­tach, roz­luź­niony i uśmie­cha­jąc się do mnie, zmie­nia te­mat. Męż­czy­zna anioł. Jak on świet­nie po­trafi się opa­no­wać i za­cho­wać zimną krew! We mnie cią­gle wrze...

Dużo czasu spę­dza, pra­cu­jąc przy kom­pu­te­rze i z te­le­fo­nem. Sia­dam wtedy na ka­na­pie, czy­tam no­tatki, które przy­syła mi Lor­can, i pró­buję się uczyć. Przy­cho­dzi mi to jed­nak z tru­dem. Przez obec­ność Sier­gieja w ogóle nie umiem się sku­pić. Mam ochotę po pro­stu cały czas na niego pa­trzeć. Bo trudno ode­rwać od niego wzrok. Spo­gląda na mnie i roz­braja tym swoim de­li­kat­nym uśmie­chem w ką­ciku ust. Nie prze­staję go ob­ser­wo­wać. Kiedy roz­ma­wia przez te­le­fon, za­trzy­muje się na chwilę, za­sła­nia słu­chawkę te­le­fonu dło­nią i mówi: "Anno, prze­stań, bo już nie wiem, z kim roz­ma­wiam...", "Jak nie prze­sta­niesz mnie ob­ser­wo­wać, to chyba zwa­riuję...", "Tu się pra­cuje, ko­bieto!!!". Do­pro­wa­dza mnie do śmie­chu.

- Te do­ku­menty nie mogą uj­rzeć świa­tła dzien­nego, pa­mię­taj. Ron musi tro­chę po­cze­kać... Prze­cze­kajmy. Je­stem do­brej my­śli... Tak, jest tu­taj... Wszystko do­brze... Na ra­zie.

Je­ste­śmy z dwóch róż­nych pla­net. On do wszyst­kiego ma lu­dzi i ca­łymi dniami wy­daje tylko po­le­ce­nia. Spra­wia wra­że­nie, jakby cały świat spo­czy­wał na jego bar­kach i wszystko za­le­żało od jego de­cy­zji. Albo jest tak jak on chce, albo wcale. Pół­środki go nie za­da­wa­lają. Pan i władca. To mnie prze­raża i fa­scy­nuje jed­no­cze­śnie. Co daje mu taką wła­dzę: pie­nią­dze, po­zy­cja, wie­dza? Nie ma dla niego rze­czy nie­moż­li­wych. Jego po­dej­ście do ży­cia jest jed­nak dla mnie bar­dzo za­gad­kowe. Sier­giej mało mówi o so­bie i o tym, co my­śli. Nie po­tra­fię go roz­gryźć i mo­men­tami mam wra­że­nie, że prze­by­wam z ob­cym czło­wie­kiem.

Po­po­łu­dniami, je­śli nie pada deszcz, co staje się rzad­ko­ścią, bo leje już co­dzien­nie, le­żymy na molo, pa­trzymy na wodę, jemy na­sze ulu­bione ka­napki z ma­słem orze­cho­wym i dże­mem tru­skaw­ko­wym. Ży­jemy zu­peł­nie od­cięci od rze­czy­wi­sto­ści, od tego, co się wy­da­rzyło w An­glii i co wraca do mnie każ­dej nocy pod­czas snu. Kiedy bu­dzę się z krzy­kiem, zlana po­tem, nie wie­dząc, gdzie je­stem. Przy­ciąga mnie wtedy do sie­bie i uspo­kaja. Za­sy­piamy ra­zem.

Pew­nego ranka, gdy scho­dzę na śnia­da­nie, za­staję go w kuchni pod­czas pa­rze­nia kawy. Gdy się zbli­żam, za­uwa­żam Pięć­dzie­siąt twa­rzy Greya na bla­cie. To chyba ja­kiś żart!

- Nie mów, że to czy­tasz! - za­czy­nam i przy­bi­jam piątkę książce.

- Już skoń­czy­łem.

- Se­rio? Ale po co? - drążę z za­że­no­wa­niem.

- Chcia­łem się pod­szko­lić. Szes­na­ście mi­lio­nów ko­biet nie może się my­lić. - Sili się na po­wagę, ale nie udaje mu się jej utrzy­mać. Par­ska śmie­chem i do­daje: - Sama mi prze­cież o niej mó­wi­łaś. Chcia­łem wie­dzieć, co czy­tasz. To co cię in­te­re­suje, in­te­re­suje też mnie.

- Ale ja nie czy­tuję tego typu ksią­żek.

- To dla­czego o niej mó­wi­łaś? Czy­ta­łaś to w końcu czy nie?

- Czy­ta­łam, dawno temu - przy­znaję nie­chęt­nie.

- Szcze­rze? Nie ro­zu­miem fe­no­menu tej po­wie­ści. Może ty jako ko­bieta mi to wy­ja­śnisz? - mówi zu­peł­nie po­waż­nie i zerka na mnie znad ma­sła orze­cho­wego.

- Seks się do­brze sprze­daje... - za­czy­nam nie­pew­nie. Nie mam ochoty ana­li­zo­wać hi­sto­rii Chri­stiana Greya.

- To chyba nie wszystko. Szes­na­ście mi­lio­nów sprze­da­nych ko­pii. Musi być coś wię­cej.

- Nowe po­ję­cie ro­man­ty­zmu? Z dziw­nym sek­sem i kupą kasy? Nie wiem. Ale pew­nie coś w tym stylu.

- Dla­czego po­wie­dzia­łaś mi o tej książce? - Prze­rywa te­raz sma­ro­wa­nie chleba i spo­gląda mi głę­boko w oczy.

Cho­lera. Nie wy­winę się. Ostroż­nie do­bie­ram słowa.

- Kiedy się po­zna­li­śmy, po­da­ro­wa­łeś mi te­le­fon. Sko­ja­rzy­łam to z tą hi­sto­rią. A po­tem wy­sła­łeś mi pre­zent. Dro­gie pre­zenty. I tak ja­koś po­my­śla­łam, że wzo­ru­jesz się na jego tech­ni­kach pod­rywu. Jak wi­dać, bar­dzo sku­tecz­nych. W li­te­ra­tu­rze i w re­alu. - Sama nie mogę uwie­rzyć, że to mó­wię. Pró­buję nad­ro­bić słod­kim uśmie­chem.

Sier­giej bacz­nie mnie ob­ser­wuje, robi po­ważną minę. Chyba prze­gię­łam. Po co się do tego w ogóle przy­zna­łam?!

- Po pierw­sze, pro­szę, nie po­rów­nuj mnie do tego fe­ty­szy­sty. Po dru­gie, już raz mi mó­wi­łaś, że kiedy wy­sła­łem ci te­le­fon, twoje ko­le­żanki stwier­dziły, że zaj­muję się han­dlem ludźmi. Te­raz do­rzu­casz, że pew­nie nie mam na sie­bie po­my­słu i ko­piuję stra­te­gię pod­rywu ja­kiejś prze­ry­so­wa­nej po­staci z po­wie­ści ero­tycz­nej. Se­rio? Mó­wisz po­waż­nie? - pyta po tym, jak od­zy­skuje głos po wy­po­wie­dzia­nych przeze mnie sło­wach. A niech to dia­bli!

- Wiem. Brzmi tra­gicz­nie. Prze­pra­szam. - Za­cho­wuję dy­stans, bo nie wiem, ja­kiej re­ak­cji się te­raz spo­dzie­wać. Za­ci­skam usta, bo wzbiera we mnie śmiech. Mimo wszystko jest w tym coś za­baw­nego. Szcze­gól­nie kiedy po­my­ślę, że mowa o Sier­gieju.

Wi­dzi to i też chwilę się po­wstrzy­muje, po czym wy­bu­cha śmie­chem. Do­łą­czam do niego od razu. Dzięki bogu, że mamy po­dobne po­czu­cie hu­moru.

Ra­dość nie­stety nie trwa długo. Kiedy już za­czy­nam czuć się w miarę bez­piecz­nie, znów ży­cie szybko spro­wa­dza mnie na zie­mię. Rano sły­szę dźwięk włą­czo­nego na dole te­le­wi­zora. Wia­do­mo­ści. Scho­dzę i spo­glą­dam na ekran w sa­lo­nie, nie po­ka­zu­jąc się Sier­gie­jowi i ob­ser­wu­jąc go, sie­dzą­cego w fo­telu przed mo­ni­to­rem. W jed­nej ręce te­le­fon, w dru­giej kawa. W te­le­wi­zji po­ka­zują ja­kąś ak­cję ra­tun­kową, ka­retki, straż po­żarna, po­li­cja. Pło­nie piękny stary bu­dy­nek. Czy­tam czer­wony pa­sek na dole ekranu: Fran­cja, Pa­ryż, wy­buch bomby w ho­telu na Mont­mar­tre. Sześć ofiar i wielu ran­nych. Ak­cja ra­tun­kowa trwa.

Sier­giej przy­kłada słu­chawkę do ucha i mówi gro­bo­wym to­nem:

- Te­le­fon w biu­rze musi być na pod­słu­chu. Moja ko­mórka jest czy­sta, więc tylko tak mo­gli się do­wie­dzieć.

Ro­bię ha­łas. Spo­gląda na mnie i rzuca po­spiesz­nie:

- Mu­szę koń­czyć, zaj­mij się tym. Na ra­zie.

- Co się dzieje? - py­tam z prze­ra­że­niem w oczach.

- Ten ho­tel.

- Co z nim?

- To, ten, w któ­rym ty i ja mie­li­śmy re­zer­wa­cję na ten week­end. Wy­bu­chła tam bomba.

Stoję i pa­trzę to na ekran, to na niego.

- Week­end w Pa­ryżu, pa­mię­tasz? Molly zro­biła nam re­zer­wa­cję, ale mie­li­śmy nie­prze­wi­dzianą zmianę pla­nów. Dzięki bogu, jak się oka­zuje... Już te­raz ro­zu­miesz, dla­czego je­ste­śmy tu­taj? Ten ter­ro­ry­sta nie cof­nie się przed ni­czym.

Osu­wam się na pod­łogę. Nie ma czasu mnie zła­pać, choć rzuca się w moim kie­runku od razu. Upa­dam ciężko, ale dziw­nym tra­fem to kon­takt z par­kie­tem mnie oży­wia. Sier­giej pod­nosi mnie do po­zy­cji sie­dzą­cej i z prze­ra­że­niem pa­trzy mi w oczy. Wy­bu­cham mie­szanką żalu i pła­czu. Łzy try­skają ze mnie jak na kre­sków­kach: oczami, bu­zią i no­sem. Nie wiem, co się dzieje. Trudno mi się od­dy­cha. Ogar­nia mnie pa­nika.

- Spo­koj­nie, od­dy­chaj.

Nie mogę, coś mi ści­ska gar­dło. Sier­giej ob­ser­wuje mnie przez chwilę, po czym kła­dzie moją dłoń na swo­jej piersi i od­dy­cha z prze­sadą. Jego klatka pier­siowa po­ru­sza się mia­rowo. Sta­ram się wy­rów­nać mój od­dech z jego od­de­chem. Wdech, wy­dech, wdech, wy­dech. Od­dy­cham. Zer­kam na ekran. Od­dech mi przy­spie­sza. Sier­giej wy­łą­cza te­le­wi­zor i wraca do mnie.

- Hej, patrz na mnie. Tu­taj.

Sta­ram się. Przy­ci­ska moją rękę do swo­jej piersi. Wdech, wy­dech. Po­woli mój od­dech wraca do nor­mal­no­ści. Po­woli też do­cho­dzi do mnie, co tam się stało.

- To ja­kiś sen... kosz­mar ra­czej - wy­krztu­szam.

- Tu nam nic nie grozi. Spo­koj­nie. Od­dy­chasz?

- Ale tam zgi­nęli lu­dzie! Sier­giej! To okropne! Nie­winni lu­dzie! Ro­zu­miesz?!

- Ro­zu­miem. Wierz mi, ro­zu­miem...

- Czy to on?

- Nie mam stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, ale wszystko na to wska­zuje. Za ja­kiś czas do­wiemy się na pewno, kto za tym stoi. Bo­rys już nad tym pra­cuje.

Prze­staję pła­kać, czuję coś, na co płacz już nie po­może. Sier­giej bie­rze mnie w ra­miona i ści­ska. Wiem, że ni­gdy nie będę w sta­nie przy­wyk­nąć do cze­goś ta­kiego. Co­dzien­nie, ob­se­syj­nie my­ślę te­raz o tym, co by było, gdy­by­śmy po­je­chali do Pa­ryża. I co bę­dzie, je­żeli Mac Roye znaj­dzie nas tu­taj? O po­wro­cie do Oks­fordu nie wspo­mi­na­jąc... Je­stem prze­ra­żona. A Sier­giej się dwoi i troi, że­bym choć na chwilę o tym za­po­mniała.

Wy­ciąga mnie z domu, zwie­dzamy oko­lice. Ro­bię to nie­chęt­nie, ze stra­chu wo­la­ła­bym zo­stać w za­mknię­ciu. Jed­nak zmu­szam się, bo Por­t­land to prze­piękne miej­sce, a lu­dzie wy­dają się mili, uprzejmi i po­zy­tyw­nie na­sta­wieni do ży­cia. Wszę­dzie pełno zie­leni, par­ków, la­sów... Udaję roz­luź­nioną, nie chcę mar­twić Sier­gieja.

Pew­nego dnia pro­po­nuje wy­cieczkę na wy­brzeże. Prze­czy­tał w in­ter­ne­cie, że jest tam plaża, na któ­rej w 1985 roku krę­cili The Go­onies, film, który oboje lu­bimy. Po­sta­na­wiamy od­wie­dzić to miej­sce. Kiedy wy­cho­dzimy z domu mały spor­towy czarny sa­mo­chód czeka na nas na wjeź­dzie. Wy­gląda jak za­bawka. Eks­klu­zywna za­bawka... Kiedy ru­szam w jego kie­runku, mój chło­pak rzuca mi klu­czyki.

- Jak to? - py­tam zdzi­wiona.

- Prze­cież masz prawo jazdy, więc trzeba od czasu do czasu so­bie przy­po­mnieć.

- Ale ja nie mam po­ję­cia, jak tu się pro­wa­dzi...

- Po­dej­rze­wam, że nie ma wiel­kiej róż­nicy - od­po­wiada, śmie­jąc się i otwie­ra­jąc przede mną drzwi od strony kie­rowcy.

- Co to za sa­mo­chód?

- Bu­gatti vey­ron 16.4.

- Nie znam - przy­znaję, po­dzi­wia­jąc smu­kłą syl­wetkę auta. Lśniący la­kier mieni się w po­ran­nym słońcu.

Sły­sząc moją od­po­wiedź, Sier­giej chwyta się za głowę, prze­wra­ca­jąc oczami i wi­dzę, jak le­dwo po­wstrzy­muje się od ko­men­ta­rza.

- Czyj? - py­tam, bo boję się go uszko­dzić.

- Wy­po­ży­czony. - Po czym, wi­dząc moje cią­głe wa­ha­nie, do­daje ze znie­cier­pli­wio­nym wy­ra­zem twa­rzy: - No da­waj, nie bój się, ten sa­mo­chód je­dzie sam, zo­ba­czysz!

- Mam na­dzieję, że jest ubez­pie­czony. - Uśmie­cham się ner­wowo.

Sier­giej przy­ta­kuje. No do­brze. Sam się prosi... Wsia­dam za kie­row­nicę. Wow! To się na­zywa luk­sus! Wnę­trze auta ni­czym nie przy­po­mina ja­kie­go­kol­wiek in­nego sa­mo­chodu, w ja­kim do­tych­czas by­łam. Na­wet spor­towe auto Sier­gieja, któ­rym jeź­dzi cza­sami po Oks­for­dzie nie robi ta­kiego wra­że­nia. Skóra sie­dzeń jest na tyle miękka i gładka, że mam ochotę się do niej przy­tu­lić. Wta­piam się w fo­tel kie­rowcy, spo­glą­dam na uśmiech­nię­tego Ta­re­dova, prze­krę­cam klu­czyk, mu­zyka na ful i ru­szamy. To prawda, ten sa­mo­chód je­dzie sam... Jed­nak wy­trzy­muje moją jazdę przez ja­kieś dzie­sięć mi­nut, po­tem każe mi się za­trzy­mać. Przej­muje kie­row­nice i te­raz oka­zuje się, że to wy­ści­gówka. W tej chwili, jego zwy­cza­jem, to ja wbi­jam palce w skó­rzaną ta­pi­cerkę i trzy­mam się kur­czowo sie­dze­nia.

Droga nu­mer dwa­dzie­ścia sześć. Znie­nacka uka­zuje się nam ocean. Do­mi­nują trzy ko­lory: so­czy­sta zie­leń drzew igla­stych, które ota­czają całe wy­brzeże, be­żowy pia­sek oraz gra­nat wody. Plaża znaj­duje się w ma­łym mia­steczku o na­zwie Can­non Be­ach, przy parku kra­jo­bra­zo­wym Ecola. To naj­pięk­niej­sza plaża, jaką w ży­ciu wi­dzia­łam. Nie pada, ale niebo i tak za­krywa szczelna, sza­rawa pie­rzyna. Ru­szamy na od­kry­cie skały Hay­stack Rock. Ocean Spo­kojny. Tego dnia wcale taki nie jest. Moje oczy otwie­rają się sze­roko na ten znie­wa­la­jący wi­dok i wy­bu­cham nie­kon­tro­lo­wa­nym, nie­uza­sad­nio­nym śmie­chem. Co za piękno! Plaża jest ogromna. Nie wi­dać jej końca. Dzi­kie fale i te skały!

Pa­trzę na mo­jego chło­paka, a on na mnie, uśmie­cha się sze­roko. Mój przy­spie­szony od­dech po­woli wraca do normy. Mocno ści­skam dłoń Sier­gieja. Wdech, wy­dech... Wdech i wy­dech... Wdzięk i ma­je­stat. Ła­god­ność i po­ru­sze­nie. Siła i sła­bość. Jak na­tura two­rzy coś tak pięk­nego?! Taki ży­wioł? Mam ochotę po­biec i za­nu­rzyć się w lo­do­wa­tej wo­dzie. Cała, jak stoję, w ubra­niu, na bez­de­chu... Zmyć z sie­bie wszyst­kie pro­blemy, strach, całe zło, w tej bo­skiej wo­dzie, czy­stej lub męt­nej, bez zna­cze­nia... Ale wiem już, jak to się koń­czy, więc przez chwilę tylko stoję i pa­trzę. Długo cho­dzimy po plaży, mimo sza­le­ją­cego wia­tru i zimna. Opa­tu­leni, ręka w rękę, bez słowa. Kiedy niebo ciem­nieje po­sta­na­wiamy się schro­nić. Bę­dzie lało! Pada na ry­backi bar. Go­rąca zupa z małży ra­tuje nam ży­cie. Choć przez parę chwil nie my­ślę o Mac Roye'u i jego okrut­nych po­su­nię­ciach.

Gdy je­dziemy z lot­ni­ska w Lon­dy­nie, Sier­giej nie prze­staje roz­ma­wiać przez te­le­fon. Uma­wia dzie­siątki spo­tkań służ­bo­wych za po­śred­nic­twem Molly. Po­siłki i prze­jazdy też są pla­no­wane. Chyba tylko o śnie de­cy­duje bez niej. Za­sta­na­wiam się, dla­czego ma­jąc taki gra­fik, nie mieszka w Lon­dy­nie. By­łoby prze­cież o wiele pro­ściej.

- Od kiedy miesz­kasz w Oks­for­dzie? - py­tam, wci­ska­jąc się w szcze­linę mię­dzy te­le­fo­nami.

- Te­raz? Od roku. Je­śli nie li­cząc cza­sów, kiedy by­łem dziec­kiem.

- Nie ła­twiej by­łoby ci miesz­kać w Lon­dy­nie? Unik­nął­byś tych wszyst­kich prze­jaz­dów i sta­nia w kor­kach.

- To Lon­dyń­ski zgiełk i tłum spra­wiły, że wró­ci­łem tu­taj. Od ja­kie­goś czasu już ce­nię so­bie spo­kój. Do­jazdy są tego ceną.

- Ro­zu­miem - mó­wię, choć jego ar­gu­ment zu­peł­nie mnie nie prze­ko­nuje.

- Poza tym - pau­zuje te­atral­nie - te­raz nie chciał­bym być da­leko od cie­bie. Zde­cy­do­wa­nie wolę być obok. A pro­pos...

- Ani mi się waż! - Jego trzeba ha­mo­wać od razu, za­nim się roz­buja! Wiem, co chce po­wie­dzieć. Roz­ma­wia­li­śmy już o tym w Ore­go­nie. Kró­le­wicz chce, że­bym z nim za­miesz­kała w jego zamku za mia­stem.

- Anno, nie mogę po­zwo­lić abyś miesz­kała w aka­de­miku. Nie po tym, co się stało.

- Z tego, co pa­mię­tam, w Wil­low Hills nie jest bez­piecz­nej.

Przy­ta­kuje z nie­chę­cią.

- Pro­szę cię, prze­myśl to, nie od­ma­wiaj tak od razu.

- Do­brze, po­my­ślę - obie­cuję.

Do­jeż­dżamy w końcu do aka­de­mika.

- Nie pusz­czę cię tak sa­mej. Spraw­dzimy naj­pierw, czy jest bez­piecz­nie. Po­cze­kaj.

Matt idzie do bu­dynku bez nas. Do­piero kiedy wraca i mówi, że wszystko okej, wy­sia­damy z auta. Nie chcę się roz­sta­wać z moim chło­pa­kiem, ale nie mam za­miaru za­cią­gać go do aka­de­mika. Taka mie­szanka świa­tów mo­głaby być nie­bez­pieczna. Wi­dział już, jak miesz­kam, i za­brał mnie stąd, kiedy by­łam chora. Jak na mój gust jedna wi­zyta wy­star­czy.

- Od­pro­wa­dzę cię - mówi jed­nak. Nie pro­te­stuję. Mo­dlę się tylko, że by nie spo­tkać Lor­cana. To by­łoby już nie do znie­sie­nia. Udaje się nam przejść nie­zau­wa­żo­nym i kiedy do­cie­ramy do mo­jego po­koju, od­dy­cham z ulgą. Ze zdzi­wie­niem od­kry­wam, że czuję się tu­taj bez­piecz­nie, szcze­gól­nie z tymi pa­gór­kami brud­nych ciu­chów na pod­ło­dze. Ja­kimś cu­dem bra­ko­wało mi tego miej­sca. Pa­nuje tu ogromny ba­ła­gan, wsty­dzę się go, ale te­raz coś in­nego przy­ciąga moją uwagę. Od kiedy prze­kro­czy­li­śmy próg mo­jego po­koju, Sier­giej wy­daje się za­nie­po­ko­jony.

- Wszystko w po­rządku? - py­tam, wi­dząc, jak prze­cze­suje ręką włosy. Znam ten gest i wiem już, w ja­kich sy­tu­acjach go używa. Kiedy sprawy nie do końca ukła­dają się po jego my­śli. Pod­cho­dzę bli­żej.

- Tak - od­po­wiada tylko i roz­gląda się po po­koju.

- Usią­dziesz na chwilę? - Wska­zuję ręką sto­jące za nami łóżko.

Sier­giej nie od­po­wiada. Wi­dzę, jak jego klatka pier­siowa unosi się i opada pod przy­spie­szo­nym od­de­chem. Milknę i za­sty­gam. Po­woli, ale mia­rowo wzbiera we mnie pa­nika. Sama za­czy­nam ska­no­wać po­miesz­cze­nie.

- Wiesz, że to wszystko jest bar­dzo na se­rio? - od­zywa się na­gle.

- Co jest bar­dzo na se­rio? - py­tam prze­ra­żona.

- Ty i ja - od­po­wiada.

Pau­zuję. Cały par­ter chyba sły­szy, jak wielki ka­mień spada mi z serca. Wy­cią­gam do niego rękę, którą bie­rze i ści­ska. Przy­ciąga mnie do sie­bie. Wpa­dam w jego ra­miona ni­czym to­nący w koło ra­tun­kowe.

- Dla cie­bie też, mam na­dzieję.

Dla­czego, do li­cha, on cią­gle w to wątpi?!

- Nie wie­rzę, że w ogóle o to py­tasz. Wiesz, że tak. Ko­cham cię, pa­mię­tasz? - od­po­wia­dam i za­dzie­ram głowę, żeby mu spoj­rzeć pro­sto w oczy. Złoto pul­suje w czerni nad­zwy­czaj szybko. O co wła­ści­wie mu cho­dzi? Wy­ja­śnia to sam, za­nim zdo­łam po­now­nie otwo­rzyć usta:

- Py­tam, bo nie przyjmę od­po­wie­dzi od­mow­nej, kiedy po­pro­szę cię, że­byś za mnie wy­szła.

- Co? - od­zy­wam się naj­po­waż­niej­szym to­nem, na jaki mnie obec­nie stać. Od­pły­wam. Tracę za­sięg. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Sta­ram się trzy­mać pro­sto, choć moje ciało pra­gnie osu­nąć się na łóżko. Ci­sza.

- Wyjdź za mnie - prze­rywa ją.

To nie prośba, to roz­kaz. Naj­pierw się sze­roko uśmie­cham, bo my­ślę, że żar­tuje. Wi­dzę jed­nak, że nie, więc po­waż­nieję, a chwilę póź­niej jed­nak pa­ni­kuję, bo bar­dzo chcę po­wie­dzieć "tak" i jed­no­cze­śnie bar­dzo się tego boję. Od­czy­tuje moje mil­cze­nie jako od­mowę, do­daje więc po­spiesz­nie:

- Po­trze­bu­jesz czasu, żeby się za­sta­no­wić?

- Nie - mó­wię, a moja re­ak­cja już zu­peł­nie zbija go z tropu. Nie wie, na które py­ta­nie od­po­wia­dam.

- Nie ro­zu­miem - przy­znaje i na­sze spoj­rze­nia znów się krzy­żują. Po raz pierw­szy w ży­ciu za­uwa­żam w czar­nych oczach nutkę nie­pew­no­ści i stra­chu. Błędna in­for­ma­cja, nie­sku­teczna ko­mu­ni­ka­cja, my­ślę, więc żeby skró­cić jego cierp­nie, in­for­muję:

- Wyjdę za cie­bie... Tak wła­śnie zro­bię.

To ja­kiś obłęd. Czwarty wy­miar. Sier­giej wy­pusz­cza gło­śno po­wie­trze i uśmie­cha się, choć to ra­czej ner­wowy od­ruch. Nie trwa długo. Ca­łuje mnie. Mo­kre usta oka­lają moje. Jest prze­jęty i wzru­szony, czuję to w jego ru­chach, w sile uści­sku, w któ­rym mnie trzyma i w szyb­ko­ści od­de­chu. Na­glę prze­staje, od­suwa się i mówi:

- Za­po­mnia­łem!

Wy­ciąga z kie­szeni ma­ry­narki gra­na­towe pu­de­łeczko z białą wstążką. Do­my­ślam się, co jest w środku, i wstrzy­muję od­dech.

- Prze­pra­szam, za­po­mnia­łem. Bo to nie miało być ani tu, ani te­raz... Ale nie mogę już dłu­żej z tym cze­kać. - Pada na ko­lana i wy­ciąga rękę z otwar­tym po­spiesz­nie pu­deł­kiem, z któ­rego wy­staje pier­ścio­nek z nie­przy­zwo­icie du­żym dia­men­tem. Klę­czy tak z ner­wową miną, jak­bym jesz­cze mo­gła zmie­nić zda­nie.

- Wyjdź za mnie - po­wta­rza.

Wy­cią­gam do niego rękę i mó­wię nie­pew­nym szep­tem:

- Okej.

Nikt się nie ru­sza. Wszystko jakby się za­trzy­mało. I on, i ja. Po chwili do­daję więc:

- Ko­cham cię.

Nie wiem, co po­wie­dzieć wię­cej, ni­gdy nie by­łam w ta­kiej sy­tu­acji.

- Ja cie­bie też - oży­wia się w końcu.

Pierw­szy raz, od­kąd się znamy, ak­cep­tuję, że ko­cha mnie za nic. Przy­cią­gnę­łam go tak, jak on przy­cią­gnął mnie. Mój kró­le­wicz od dia­men­to­wych kol­czy­ków i sztucz­nych ogni oświad­cza się po pię­ciu mie­sią­cach zna­jo­mo­ści, ner­wo­wym gło­sem, na klęcz­kach, w baj­zlu w odra­pa­nym po­koju w aka­de­miku. W końcu nie tylko czuję, ale i wiem, tym ra­zem na sto pro­cent, że je­ste­śmy so­bie prze­zna­czeni. On i ja. Ja i on. My. Bę­dziemy ra­zem. Na za­wsze. Bę­dziemy mę­żem i żoną. Bę­dziemy mał­żeń­stwem, obo­jęt­nie, co jesz­cze się wo­kół nas wy­da­rzy.

CIĄG DAL­SZY NA­STĄPI