ROZDZIAŁ PIERWSZY
Kłopoty zaczęły się wiosną tysiąc osiemset dwunastego roku w jaskini hazardu położonej na południe od Tamizy w obskurnej, rojącej się od złodziei dzielnicy Southwark.
To doprawdy niepojęte, jakim cudem stary budynek, wzniesiony jeszcze przez wikingów, stał się jednym z najmodniejszych lokali dla dżentelmenów z towarzystwa. Wnętrze o nisko zawieszonym suficie uderzało przepychem, ciężkie draperie z czerwonego aksamitu i kosztowne drewno robiły wrażenie. Każdej nocy wysoko urodzeni panowie ściągali tu ze swych statecznych rezydencji w Mayfair, przyjeżdżali do tego siedliska złodziei w uzbrojonych po zęby karetach, żeby przegrywać do siebie nawzajem bajońskie sumy. A kiedy któryś z dżentelmenów stracił już pieniądze przeznaczone na grę, mógł się pocieszać w towarzystwie francuskich kokotek w jednym z licznych prywatnych gabinecików.
W pewną przeraźliwie zimną noc na miesiąc przed rozpoczęciem wiosennego sezonu - kiedy to dżentelmeni nieuchronnie zostaną zmuszeni do wyrzeczenia się hazardu na rzecz balów w eleganckich salach Mayfair - pięć debiutantek zdołało nakłonić grupkę młodych sportsmenów, by pozwolili im rzucić okiem na tę jaskinię hazardu.
To był głupi i niebezpieczny postępek, bo narazili na szwank bezcenną reputację panien, a tym samym ich szanse na korzystne małżeństwo. Ale młodzieńcy, butni i żywiołowi, bez trudu dali się uprosić młodym damom. Nie przejmowali się ani obowiązującym w szulerni kategorycznym zakazem wstępu dla kobiet, ani rozmaitymi nieszczęściami i przestępstwami, których ofiarami mogły paść młode damy. Dla nich to była przygoda, która wnosiła trochę życia w zimową monotonię.
I właśnie tam, w jaskini hazardu w Southwark, George Easton zawarł znajomość z jedną z owych debiutantek: panną Honor Cabot.
Nie zwrócił uwagi na zamieszanie, które powstało, gdy w drzwiach stanęli młodzieńcy ze swymi skarbami - zarumienieni z podniecenia własną odwagą i pękający z dumy, że udało się im namówić odźwiernego, aby je wpuścił. George był tak skoncentrowany na pozbawieniu trzydziestu funtów pana Charlesa Rutherforda, nałogowego hazardzisty, z którym rozgrywał partię commerce, że nie zauważył tego, co się działo.
- Co, u licha? - zawołał Rutherford i George dopiero w tym momencie dostrzegł młode dziewczyny, które zbiły się w stadko na środku sali, zupełnie jak ptaszki trzepoczące skrzydłami i stroszące piórka. Spod kapturów wyglądały śliczne, roześmiane twarzyczki i błyszczące oczy, rozglądające się po tłumie mężczyzn, którzy oglądali je jak piękne konie na padoku.
- A niech to wszyscy diabli! - wymamrotał George i odłożył karty.
- Co one tu robią, do licha? - Rutherford zerwał się na równe nogi. Nieszczęsna dziwka, która siedziała na jego kolanach, o mało nie spadła na podłogę. - To skandal! - ryknął. - Te dziewczęta muszą natychmiast zostać stąd wyprowadzone!
Trzej młodzieńcy, sprawcy awantury, popatrzyli po sobie. Najmniejszy z nich zawadiacko zadarł głowę.
- One mają takie samo prawo tutaj być jak pan, sir.
Jedno spojrzenie na twarz Rutherforda pozwoliło George'owi zorientować się, że groził mu atak apopleksji, więc odezwał się niedbałym tonem:
- W takim razie pozwólcie im usiąść i zagrać. W przeciwnym razie będą tylko rozpraszać obecnych tu dżentelmenów.
- Zagrać? - Rutherford wybałuszył oczy tak, że o mało nie wyszły mu z orbit. - One nie potrafią grać!
- Ja potrafię - rozległ się kobiecy głos.
George wychylił się zza Rutherforda, żeby zobaczyć, która z nich ośmieliła się odezwać.
Jedna z młodych dam nieśmiało wysunęła się naprzód. George'a zaskoczył intensywny błękit jej oczu okolonych ciemnymi rzęsami i atramentowa czerń włosów wokół twarzy o skórze białej jak mleko. Trudno się spodziewać tutaj takiej piękności.
- Panna Cabot? - zapytał Rutherford z niedowierzaniem. - Co pani, u licha, tutaj robi?
Dygnęła, jakby stała na środku sali balowej, i złożyła przed sobą ręce w rękawiczkach.
- Przyszłyśmy tu z koleżankami, żeby zobaczyć na własne oczy, jak wygląda miejsce, w którym znikają wszyscy dżentelmeni niemal każdego wieczoru.
W tłumie rozległy się tłumione chichoty.
- Panno Cabot... to nie jest miejsce dla przyzwoitej młodej damy - powiedział Rutherford, wyraźnie poruszony, jakby czuł się odpowiedzialny za ten brak etykiety.
- Pan wybaczy, sir, ale nie pojmuję, jak miejsce odpowiednie dla przyzwoitego mężczyzny może być nieodpowiednie dla przyzwoitej młodej damy.
George nie zdołał powstrzymać się od śmiechu.
- Może dlatego, że nie istnieje coś takiego jak przyzwoity mężczyzna.
Niesamowicie błękitne oczy po raz drugi spoczęły na twarzy George'a i nagle poczuł jakieś dziwne trzepotanie w piersi. Dziewczyna przeniosła spojrzenie na karty.
- Commerce? - zapytała.
- Tak. - George był pod wrażeniem, że rozpoznała grę. - Do licha, jeśli ma pani ochotę zagrać, panienko, to proszę to zrobić.
W tym momencie cała krew odpłynęła z twarzy Rutherforda i George z lekkim rozbawieniem skonstatował, że jego partner do gry był bliski omdlenia.
- Nie. - Rutherford pokręcił głową i zatrzymał dziewczynę ruchem ręki. - Proszę o wybaczenie, panno Cabot, ale ja nie mogę nakłaniać pani do popełnienia tego szaleństwa. Proszę natychmiast wracać do domu.
Panna Cabot była wyraźnie zawiedziona.
- W takim razie ja to zrobię - oświadczył George i nogą odsunął krzesło przy swoim stoliku. - Kogo mam przyjemność nakłaniać do złego? - zapytał.
- Pannę Cabot - odpowiedziała dziewczyna. - Z Beckington House.
Córka hrabiego Beckington? Czyżby powiedziała to, żeby zrobić na mnie wrażenie? - zastanowił się i wzruszył ramionami.
- George Easton. Z Easton House.
Dziewczęta za jej plecami zachichotały, ale panna Cabot nie poszła za ich przykładem.
- Miło mi, panie Easton - powiedziała ze ślicznym uśmiechem.
George podejrzewał, że wcześnie nauczyła się tak uśmiechać, aby dostawać wszystko, na co miała ochotę. Doszedł do wniosku, że była piekielnie atrakcyjna.
- Tutaj nie gramy w gry salonowe, panienko. Ma pani pieniądze?
- Mam - odparła i pokazała mu sakiewkę.
- Lepiej niech ją pani schowa - poradził. - Pod jedwabnym szalem albo do cholewki wyglansowanych bucików, bo w tych murach roi się od złodziei.
- My przynajmniej mamy sakiewki, Easton, nie utopiliśmy całego majątku w statkach - ktoś zawołał.
Kilku dżentelmenów roześmiało się, ale George zignorował tę uwagę. Zdobył fortunę dzięki inteligencji i ciężkiej pracy i niektórzy mu tego zazdrościli.
Wskazał pannie Cabot krzesło.
- Wydaje się pani zbyt młoda, by rozumieć zasady takiej gry jak commerce.
- Doprawdy? - Uniosła brew i z wdziękiem usiadła na krześle, które odsunął dla niej jeden z panów. - A ile trzeba mieć lat, pana zdaniem, żeby dorosnąć do gier losowych?
Zbite w gromadkę panienki za jej plecami szeptały coś gorączkowo, ale panna Cabot spokojnie mierzyła wzrokiem George'a, czekając na odpowiedź. Uświadomił sobie, że nie była w najmniejszym stopniu onieśmielona, ani przez niego, ani przez sytuację, w jakiej się znalazła.
- Nie zamierzam pytać pani o wiek - zapewnił szarmancko. - Dla mnie wygląda pani jak dziecko. Ale czy jest pani gotowa stracić wszystkie pieniądze, które ma pani ze sobą?
Roześmiała się dźwięcznie.
- Nie zamierzam ich stracić.
Dżentelmeni ponownie parsknęli śmiechem. Rutherford wodził zaszokowanym wzrokiem od panny Cabot do George'a, a potem powoli i niechętnie usiadł na swoim miejscu.
- Mam rozdawać? - zapytał George, unosząc do góry talię kart.
- Proszę - odparła panna Cabot i starannie ułożyła rękawiczki obok stosiku swoich kilku monet. Kiedy George tasował karty, ona rozglądała się po sali. - Da pan wiarę, że jeszcze nigdy nie byłam na południe od Tamizy? Całe życie spędziłam w Londynie i w jego pobliżu, ale nigdy nie postawiłam stopy na południe od rzeki?
- Wyobrażam sobie - mruknął i rozdał karty. - Pani zaczyna, panno Cabot.
Przyjrzała się swoim kartom i położyła szylinga na środku stołu.
- Z szylingiem niewiele pani zwojuje w tej grze - stwierdził George.
- Akceptuje pan tę stawkę?
- Tak. - Wzruszył ramionami.
Uśmiech był jej jedyną odpowiedzią.
Rutherford poszedł za jej przykładem, a kobieta, która okupowała jego kolana prawie przez cały wieczór, wróciła na swojej miejsce i rzuciła pannie Cabot wyzywające spojrzenie.
- Och - szepnęła panna Cabot i odwróciła wzrok.
- Jest pani zaszokowana? - zapytał rozbawiony George.
- Odrobinę - przyznała panna Cabot i odważyła się znowu rzucić okiem na młodą prostytutkę.
George tymczasem spojrzał na karty - para królów. To będzie łatwe zwycięstwo, pomyślał i dorzucił się do puli.
Służący z półmiskiem przeszedł obok nich, zmierzając do stolika, który zakończył rozgrywkę. Panna Cabot pobiegła za nim wzrokiem.
- Panno Cabot - odezwał się George. - Pani kolej.
- Och. - Przyjrzała się swoim kartom, wyjęła kolejnego szylinga i położyła go na środku stołu.
- Panowie, stawka wzrosła do dwóch szylingów. Będziemy mieli szczęście, jeśli uda nam się zakończyć przed świtem.
Panna Cabot uśmiechnęła się, w jej błękitnych oczach zalśniło rozbawienie. George musiał napomnieć samego siebie, żeby nie dać się rozproszyć.
Przy następnym rozdaniu Rutherford zapomniał o swej początkowej niechęci do gry z debiutantką. W kolejnym panna Cabot postawiła dwa szylingi.
- Proszę uważać. Chyba nie chce pani przegrać wszystkich pieniędzy już w pierwszej grze - ostrzegł jeden z młodzieńców i zachichotał nerwowo.
- Nie sądzę, żeby przegrana w pierwszej grze była bardziej bolesna niż w szóstej, panie Eckersly - odparła pogodnie.
George wygrał w tym rozdaniu, ale panna Cabot nie wyglądała na zniechęconą.
- To ciekawsza gra od wista.
- Pod warunkiem że się wygrywa - odezwał się ktoś z tłumu.
- I że gra się pieniędzmi ojca - dodała żartobliwie panna Cabot ku uciesze niewielkiej, ale stale rosnącej grupki gapiów oraz stadka barwnych ptaszyn, które przyszły tu wraz z nią.
W ten sam sposób przebiegała także dalsza gra, panna Cabot stawiała szylinga i od czasu do czasu rzucała w tłum jakiś żarcik. To nie była gra o wysokie stawki, w jakich lubował się George, ale panna Cabot podobała mu się bardzo. Zupełnie nie pasowała do jego wyobrażeń o debiutantce. Była inteligentna i dowcipna, cieszyła się swymi drobnymi zwycięstwami i rozmawiała na temat swoich kart z każdym, kto stanął za jej plecami.
Po godzinie zawartość sakiewki panny Cabot skurczyła się do dwudziestu funtów. Zaczęła rozdawać karty.
- Czy możemy podnieść stawkę? - zapytała wesoło.
- Ja jestem za, jeśli może pani sobie na to pozwolić - odparł George.
Rzuciła mu szelmowskie spojrzenie.
- Stawiam dwadzieścia funtów - oznajmiła i zaczęła rozdawać.
- Ale to wszystko, co pani ma - zauważył George.
- Przyjmuje pan mój zakład? - powiedziała i podniosła na niego oczy.
Niech Bóg ma go swojej opiece! Dziewczyna wyraźnie go prowokowała! George uśmiechnął się. Nie zwykł odmawiać damom, szczególnie tak intrygującym.
- Ustępuję - powiedział i z gracją skłonił głowę. - Przyjmuję pani zakład.
Wieść o tym, że Easton przyjął wyzwanie panny Cabot, szybko rozeszła się po sali i w ciągu paru minut jeszcze większa grupa bywalców jaskini hazardu skupiła się wokół nich, żeby być świadkiem tego, jak debiutantka przegrywa wszystko w rozgrywce z nieślubnym synem zmarłego księcia Gloucester.
Rutherford, który nie potrafił znieść myśli, że debiutantka mogłaby być mu winna pieniądze, wycofał się z rozgrywki. Zostali tylko George i panna Cabot. Dziewczyna wyglądała na nieporuszoną. Jakie to typowe dla ludzi z Mayfair, pomyślał George. Nie przejmowała się tym, ile pieniędzy ojca przegra - dla niej zakłady i pieniądze brały się z powietrza.
Kiedy podniosła stawkę do stu funtów, George spasował. Podziwiał ducha tej dziewczyny, ale nie miał sumienia wygrywać tak wysokiej kwoty od debiutantki.
- Czy ojczulek na pewno zgodzi się zasilić pani sakiewkę taką sumą, panno Cabot? - zapytał.
Otaczający ich mężczyźni nagrodzili to pytanie gromkim śmiechem.
- To chyba zbyt osobiste pytanie, panie Easton. Może to ja powinnam zapytać, czy aby na pewno pan ma w kieszeni sto funtów w razie przegranej?
Pyskata ta mała! George wyobrażał sobie, jaki zachwyt wzbudziły jej słowa wśród obecnych dżentelmenów. Rzucił na stół garść banknotów i puścił do niej oko.
- Bardzo proszę.
George wyłożył sekwencję trzech kart, z których najstarsza była dziesiątka. Mogła go pobić jedynie triconem lub trójką.
- Jestem pod wrażeniem! - stwierdziła panna Cabot.
- Od dawna grywam w tę grę.
- Wierzę. - Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do niego; w tym momencie George pojął, że został pokonany. Jej uśmiech był zbyt frywolny, zbyt triumfalny.
Kiedy wyłożyła swoje karty, wokół stolika rozległy się westchnienia, a potem wybuchł aplauz. Panna Cabot pobiła go triconem, trzema dziesiątkami. George popatrzył na karty, a potem spojrzał jej w oczy.
- Mogę? - zapytała i obu rękami zaczęła wpychać do sakiewki monety i banknoty ze stołu. Zabrała wszystko aż do ostatniego grosika, do swej małej, wykwintnej torebeczki. Podziękowała George'owi i Rutherfordowi za to, że pozwolili jej poznać atmosferę jaskini hazardu, narzuciła pelerynę, wciągnęła rękawiczki i dołączyła do gromadki dziewcząt.
George odprowadził ją wzrokiem, bębniąc palcami o blat stołu. On, doświadczony hazardzista, uległ debiutantce!
I w tym momencie zaczęły się jego kłopoty z Honor Cabot.