1
Zuza
Nic tak nie motywuje człowieka do działania, jak chęć zarobienia pieniędzy. Oczywiście są jednostki, które myślą tylko, jak czerpać zyski bez zbędnego angażowania się w postawione przed nimi zadania. Mam to szczęście, że nie zaliczam się do takich osób, a to dzięki wychowaniu rodziców. Przez lata wyrabiali u mnie najlepsze cechy, takie jak cierpliwość, aktywność i sumienność, za co jestem im niezmiernie wdzięczna. To co później się ze mną stało, to już nie ich wina. Razem z tym, jak oni kształtowali mnie na porządnego człowieka, w środku mojej duszy rodził się mrok, który zajmował coraz więcej miejsca w moim życiu. Przy wszystkich dobrych wartościach, które wyniosłam z domu, zakorzeniła się we mnie zachłanność, by żyć inaczej niż moi rodzice. Nie chciałam bać się na każdym kroku tego, co przyniesie kolejny dzień i czy dam sobie radę z tymi kłodami, które los rzucał mi pod nogi. Za każdym razem, kiedy tak się działo, stawałam się silniejsza i odrobinę zmieniałam taktykę, prowadząc tę nierówną grę. Wiedziałam, że nie osiągnę sukcesu uczciwością i grą fair, a w związku z tym musiałam się trochę wysilić.
Matka Natura nie obdarzyła mnie wyjątkową urodą, tak jak inne dziewczyny z osiedla, przez co nie mogłam korzystać ze swojego wątpliwego uroku osobistego. Zawsze byłam patyczakiem za chudym nawet na bycie modelką, do tego wiewiórą przez naturalnie rude włosy. Jedyne, co w sobie ceniłam, to głębię spojrzenia moich zielonych oczu. Do pewnego wieku utożsamiałam się z książkową Anią Shirley, która jako dziecko nie mogła pogodzić się z tym, że wygląda inaczej niż inni. Żeby nie przeżywać wewnętrznie wszelkich docinków otoczenia, musiałam założyć zbroję, przez którą nie przepuszczałam niczego, co mogłoby mnie zaboleć. Powszechnie wiadomo, że nastolatki potrafią być wyjątkowo okrutne, a dzięki wytworzonemu pancerzowi mogłam jakkolwiek funkcjonować. Teraz, gdy jestem starsza, stwierdzam, że tę skorupę zdjęłam za późno i przed najbardziej niewłaściwą osobą, którą spotkałam w swoim życiu.
Przez mur, który zbudowałam wokół siebie, nie przebiła się żadna dziewczyna, potencjalna przyjaciółka. Efekt był taki, że wylądowałam na osiedlu z bandą chłopaków, których pasjonowały tylko spotkania na osiedlowej ławce, jaranie skrętów i picie piwa. Zaczęłam przebywać z nimi coraz częściej, a wszyscy sąsiedzi mieli nas za bandę niegroźnych młodych głupków, którzy nie wiedzą, co począć ze swoim życiem - przyznaję, że mieli rację. Często wracałam do domu najarana i nie było ze mną kontaktu. Mama załamywała ręce, patrząc na to, jak marnuję swoje życie, ale nie czepiała się za bardzo, bo w dalszym ciągu przynosiłam ze szkoły piątki. Nie mam pojęcia, jak to robiłam i kiedy znajdowałam czas na naukę, ale w efekcie zdałam przyzwoicie maturę i stanęłam przed wyborem kierunku dalszej edukacji. Nadszedł moment, kiedy postanowiłam odciąć się od ludzi, którzy nie mogli nic więcej wnieść do mojego życia. Mieszkaliśmy w jednej z poznańskich dzielnic, która nie cieszy się dobrą sławą. Tak... Dębiec od zawsze znajdował się wysoko na liście niebezpiecznych rejonów Poznania. Wiedziałam, że jeśli nic z tym nie zrobię, to dalej będę siedziała na tej pieprzonej ławce ze skrętem w dłoni. Podjęłam decyzję o tym, że zacznę studia w innym mieście. Wybór padł na Gdańsk w systemie na chybił trafił, niczym w totolotku.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Złożyłam papiery na Uniwersytet Gdański na wydział zarządzania i już wtedy wiedziałam, że dostanę się dzięki dobrym wynikom w nauce. Gdy wyjeżdżałam, mama zalewała się łzami, a tata oschle życzył mi powodzenia. Po zapewnieniach, że będę często dzwoniła, wsiadłam do pociągu i ruszyłam w kierunku przyszłości.
Na początku zachłysnęłam się życiem w innym mieście i nowymi miejscami. Pokochałam studenckie życie, które ku mojemu zdziwieniu niewiele różniło się od tego, które zostawiłam na poznańskiej osiedlowej ławce. Robiłam w sumie to samo, ale w bardziej cywilizowany sposób, bo w akademikach, klubach czy na domówkach. Poznałam wiele fantastycznych osób, ale w dalszym ciągu nie dopuściłam żadnej do prawdziwej mnie. Pracowałam ciężko, uczyłam się średnio i dużo balowałam. Na jednej z imprez poznałam człowieka, który doprowadził do kompletnej katastrofy w moim życiu - dla niego sprzedałam duszę samemu diabłu. Nigdy nie byłam zbyt religijna, ale to brzmi odpowiednio dramatycznie.
Paweł stanowił ucieleśnienie wszystkich pieprzonych cech książkowego niegrzecznego chłopca. Wysoki, z włosami zawsze ułożonymi od niechcenia, z sylwetką niczym mitologiczny Achilles i uśmiechem, od którego miękły nogi. Jednak to, w czym zatraciłam się najbardziej, to spojrzenie jego ciemnych, prawie czarnych oczu. Przepadłam w chwili, gdy okazał mi zainteresowanie. Kiedy myślę o tym z perspektywy czasu... Wówczas Paweł był dla mnie jak pieprzony Charles Manson, dla którego zrobiłabym wszystko.
Poznaliśmy się na domówce u kogoś, kogo widziałam może dwa razy w życiu i nie pamiętam nawet jego imienia. Później okazało się, że Paweł pojawił się tam przez przypadek, bo był bezczelnym i pewnym siebie typem, i po prostu wbił się obcym do domu, bo usłyszał muzykę. Nikt nic o nim nie wiedział, ale opinia o nim urosła do miana legendy. Mówiono, że nie odmawia żadnych imprez, używek, a dziewczyny bierze jak swoje. Pojawiał się tam, gdzie chciał i kiedy chciał. Gdy przekraczał próg, impreza nabierała kształtu, płonął ogień. Zawsze otoczony przez ludzi, którzy spijali z ust jego opowieści, porady i żarty. Na wspomnianej domówce starałam się nie ulec jego urokowi. Jak zwykle i bez dwóch zdań oczarował połowę dziewczyn i co najmniej tyle samo chłopaków. Nie patrzyłam, nie podchodziłam, ale nadstawiłam uszu, żeby usłyszeć jak najwięcej. Podszedł do mnie, gdy siedziałam na parapecie, paląc papierosa.
- Cześć, Marchewa - odezwał się pewnym, głębokim basem, zniekształconym chrypą od palenia papierosów. Już miałam odpyskować na tę tanią zaczepkę, ale właśnie wtedy zobaczyłam oczy, które zmieniły moje życie. Wszystkie cięte riposty wyparowały z mojej głowy w jednej chwili. Siedziałam i gapiłam się na niego, a on stał i czekał na jakąkolwiek reakcję.
- Oho, trafiłem na niemowę...
- Pierdol się, biały kruku gdańskich domówek - odpyskowałam mu chamsko.
- Uuuu... Przemówiła i to całkiem nieźle. Paweł jestem. - Zabrał mi papierosa i zaciągnął się jak swoim.
- Zuza - odpowiedziałam nieświadoma, że w tamtej chwili zaczął się początek mojego końca.