Plan na lato: polubić siebie - Jenna Guillaume

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nie­dziela, 17 grud­nia

Dwie rze­czy, które dziś od­kry­łam.

1. Nie je­stem tak do­bra w ru­chu oporu, jak są­dzi­łam.

Źró­dło: Te wszyst­kie "bla" z wczo­raj zwró­ciły uwagę mamy, która za­gro­ziła, że prze­czyta cały dzien­nik od de­ski do de­ski, je­śli nie za­cznę trak­to­wać go po­waż­nie. "Prawo do pry­wat­no­ści wiąże się z za­ufa­niem, a ty mu­sisz na to za­ufa­nie za­słu­żyć, Ma­isie. I nie prze­wra­caj oczami". [Tu­taj wsta­wiam prze­wra­ca­nie oczami]. Do­bra, mu­szę skoń­czyć z tymi bzdu­rami i przy­naj­mniej s p r a w i a ć w r a ż e n i e, że ro­bię to tak, jak na­leży. Treść może być bzdurna, tylko nie forma. No pro­szę, już mi le­piej idzie.

2. Zna­cie te wszyst­kie filmy, w któ­rych na­sto­latki prze­ży­wają WA­KA­CJE ŻY­CIA? Te wa­ka­cje nie będą ra­czej do ta­kich na­le­żały.

Źró­dło: Wszystko, co wy­da­rzyło się od wczo­raj.

*

To znowu ja, Dzien­niku Od­kryć! Mogę mó­wić do cie­bie "Stary", skoro bę­dziemy n a j l e p s z y m i p r z y j a c i ó ł m i i ta­kie tam? Ty mo­żesz na­zy­wać mnie Ma­isie. Nie­któ­rzy mó­wią na mnie Ma­ise, wy­ma­wiane jak "maze", czyli la­bi­rynt, bo je­stem za­gadką, którą na­leży roz­wią­zać, za­nim uda się do­trzeć do ukry­tego w jej wnę­trzu skarbu. No do­bra, to nie tak - to po pro­stu skrót od Ma­isie, i tyle. Mama na­zywa mnie Missy-May, nie mam po­ję­cia dla­czego, a tata - Emi­nem, bo uważa się za prze­za­baw­nego go­ścia. (Nie mó­wię mu tego, ale cza­sem na­prawdę taki bywa). Wiesz co? Mów do mnie, jak chcesz, albo jesz­cze le­piej - nie mów w ogóle, bo je­steś pu­stym dzien­ni­kiem i nie umiesz tak na­prawdę mó­wić.

Oczy­wi­ście mo­gła­bym wy­peł­nić cię sło­wami, które z pew­no­ścią umoż­li­wi­łyby ci po­wie­dze­nie cze­goś.

Ale co by to miały być za słowa?! Jak już wy­żej wspo­mi­na­łam (na­wia­sem mó­wiąc - do­sko­nały zwrot do wy­ko­rzy­sta­nia w szkol­nym za­da­niu, żeby spra­wiać wra­że­nie, że wiem, o czym mó­wię), mama po­ła­pała się wczo­raj w moim spryt­nym pla­nie. Co ozna­cza, że dziś mu­szę dzia­łać ina­czej. Po­dej­rze­wam, że mo­gła­bym za­cząć spi­sy­wać rów­nież wspo­mi­nane wy­żej wszystko, co wy­da­rzyło się od wczo­raj. To za­ję­łoby sporo miej­sca.

Na po­czą­tek, więk­szość wczo­raj­szego dnia była do­syć nudna. Dużą jego część spę­dzi­ły­śmy w au­cie - mama, Anna i ja. (Eva do­leci z Mel­bo­urne, gdzie stu­diuje ta­niec - jakby nie ro­biła tego przez całe swoje cho­lerne ży­cie. Przy­je­dzie za parę dni ze swoją nową dziew­czyną Bess. Całe szczę­ście, że nie spę­dzają Bo­żego Na­ro­dze­nia z j e j ro­dziną). Tak czy ina­czej, prze­sie­dzia­ły­śmy kilka dłu­gich go­dzin w sa­mo­cho­dzie, a mama usi­ło­wała roz­ma­wiać z nami o szkole i przy­szło­ści, a co naj­gor­sze, także o chłop­cach, więc Anna wło­żyła słu­chawki i uda­wała, że śpi, gdy tym­cza­sem ja rzu­ca­łam ma­mie mor­der­cze spoj­rze­nia, do­póki nie uci­chła i nie za­częła od­po­wia­dać mi tym sa­mym.

Cał­kiem nie­źle do­ga­du­jemy się w ję­zyku mor­der­czych spoj­rzeń. Oto wolne tłu­ma­cze­nie:

Ja: Mamo, prze­stań z nami ga­dać, jak­byś była na­szą przy­ja­ciółką. Bo nią nie je­steś.

Mama: Sta­ram się roz­luź­nić at­mos­ferę.

Ja: Jesz­cze bar­dziej ją usztyw­niasz.

Mama: Tro­chę sza­cunku, Ma­isie Mar­tin. Je­śli bę­dziesz się w dal­szym ciągu tak za­cho­wy­wała, to za­mknę cię na całe wa­ka­cje w po­koju i nie bę­dziesz mo­gła w ogóle z nich sko­rzy­stać.

Ja: Pro­szę, zrób to. Szcze­rze mó­wiąc, by­łoby cu­dow­nie. Mo­gła­bym ca­łymi dniami oglą­dać Net­flixa.

Mama: Wła­śnie zda­łam so­bie sprawę, że by­ła­byś tym za­chwy­cona, dla­tego sto­sow­niej­szą karą bę­dzie, je­śli spę­dzisz ze mną całe lato, tak że­bym miała cię na oku. Mo­żemy pójść ra­zem na de­pi­la­cję bi­kini! Ide­al­nie!

Ja: Nie zro­bi­ła­byś tego.

Mama: A jakże.

Ja: ...

Mama: ...

Ja: [od­wra­cam wzrok, po­ko­nana].

Mama: [uśmie­cha się zwy­cię­sko, za­do­wo­lona z sie­bie].

Anna: [chra­pie, bo już nie udaje, że śpi, tylko na­prawdę za­snęła].

Tak. Mniej wię­cej tak upły­nęła nam ośmio­go­dzinna jazda. Po dro­dze tata na­pi­sał kilka razy, że już za nami tę­skni i ża­łuje, że go z nami nie ma. Na te wia­do­mo­ści mama tylko prze­klęła pod no­sem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

So­bota, 16 grud­nia

Jedna rzecz, którą dziś od­kry­łam.

1. Moja matka to dia­beł wcie­lony, który po­sta­no­wił zruj­no­wać mi ży­cie.

Źró­dło: Fak­tycz­nie za­mie­rza mnie zmu­sić do co­dzien­nego pi­sa­nia w tym cho­ler­nym dzien­niku. Po­wie­działa, że bę­dzie go spraw­dzać co rano! W CZA­SIE WA­KA­CJI. Tak się wła­śnie dzieje, kiedy wa­sza mama jest na­uczy­cielką. Za­wsze trzyma ze swo­imi. Aha, obie­cała nie czy­tać tego, co na­pi­szę, tylko za­glą­dać, czy c o k o l w i e k na­pi­sa­łam - jakby to czy­niło z niej świętą. Ale ja już znam jej praw­dziwe ob­li­cze - i ono zieje ogniem. A po­nie­waż w te wa­ka­cje pla­nuję spa­lić się wy­łącz­nie na słońcu, będę mu­siała ro­bić, co mi każe. Nie ozna­cza to jed­nak, że na­pi­szę co­kol­wiek war­tego od­da­nia. Ha, ha! Już ja po­każę i ma­mie, i pani Singh - dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu. (Przy jed­nym ogniu? W jed­nym ogniu?!)

*

Cześć, Dzien­niku Od­kryć. Jakże miło mi cię znów spo­tkać. Tak, ja też się tego nie spo­dzie­wa­łam. Są­dzi­łam, że z nami ko­niec. Ka­put. Ka­plica. Ale moja matka ma od­mienne zda­nie, a ja wy­ko­rzy­sta­łam już cały ży­ciowy za­pas buntu za jed­nym po­dej­ściem, kiedy rzu­ci­łam ta­niec, więc je­stem w za­sa­dzie ska­zana na wy­ko­ny­wa­nie jej po­le­ceń, przy­naj­mniej do osiem­dzie­sią­tego czwar­tego roku ży­cia lub do­póki nie umrze - w za­leż­no­ści od tego, co wy­da­rzy się naj­pierw. (Ob­sta­wiam, że to pierw­sze, bo matka, jak wspo­mnia­łam, jest dia­błem wcie­lo­nym i pew­nie bę­dzie żyła wiecz­nie).

Ale ja je­stem bo­jow­niczką o wol­ność i upra­wiam par­ty­zantkę (słowo to NIE po­cho­dzi od "party", o czym prze­ko­na­łam się bo­le­śnie w ze­szłym roku na hi­sto­rii, ups), i po­tra­fię na swój wła­sny mały spo­sób sta­wiać opór. Na przy­kład, mama ka­zała mi pi­sać co­dzien­nie w dzien­niku, ale nie po­wie­działa, co mam pi­sać. Dla­tego wy­peł­nię go kom­plet­nymi bzdu­rami. Tylko pa­trz­cie.

Bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, la­lala, la­lala, la­la­lala, ręka za­czyna mi się mę­czyć, prawdę mó­wiąc, bla, bla, bla, bla, bla, bla.

Mama mnie ob­ser­wuje. Są­dzi, że na­prawdę od­ra­biam za­da­nie. Ha, ha! Ha­ha­ha­ha­haha!

Tłumy sza­leją! [klask, klask, klask, klask] Ej, pa­mię­ta­cie tę ry­mo­wankę?

"Moja mama, twoja mama żyją po są­siedzku, kłócą się co drugi wie­czór, kto ma lep­sze dziecko. Dziew­czyny są sexy, bo piją pepsi, a silne chło­paki, bo je­dzą ziem­niaki".

Py­ta­nie: w jaki spo­sób pi­cie pepsi spra­wia, że ktoś jest sexy? Bo wy­pi­łam jej całe mo­rze i po­wiem wam, że z całą pew­no­ścią nie można by mnie na­zwać sexy. Anna z ko­lei ni­gdy nie tyka tego na­poju, a jest stu­pro­cen­tową La­ską przez duże L. Wie­cie: taką, która ema­nuje sek­sow­no­ścią, która ocieka pew­no­ścią sie­bie, która spra­wia, że chło­pa­kom jak w kre­sków­kach oczy wy­cho­dzą z or­bit, a ję­zyki opa­dają na zie­mię, gdy tylko ich mija, która jest tak cał­ko­wi­cie s o b ą i ma za­bój­czą twarz, a do tego bo­skie ciało. Nie py­taj­cie mnie, czemu się ze mną przy­jaźni. Ja je­stem w za­sa­dzie jej prze­ci­wień­stwem, cho­ciaż uro­dziła mnie La­ska, która uro­dziła już inną La­skę, a po­tem ja­kimś cu­dem po­ja­wi­łam się ja. Jak w tym sta­rym fil­mie Bliź­niacy, w któ­rym Ar­nold Schwa­rze­neg­ger do­staje do­bre geny, a Danny De­Vito ja­kiś zle­pek resz­tek. Moja sio­stra Eva to Ar­nold Schwa­rze­neg­ger, a ja to zle­pek De­Vito.

Tak czy ina­czej... Bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla, bla.

Po­winno styk­nąć.