Plan doskonały - Izabella Frączyk

Kup ebooka

38.00 zł

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Mamo! Mamo! - Ania z wypiekami na twarzy jak huragan wparowała do kuchni. Pomieszczenie było ogromne, więc zanim dopadła do zaskoczonej kobiety, musiała przemierzyć dystans kilkunastu metrów.

- Boże mój, dziecko drogie... - stęknęła kobieta, wpadając w objęcia rozpędzonej córki.

- Dostałam się! Jestem przyjęta! - Dziewczyna skakała z radości. - Tak jak chciałam, na fizjoterapię! Mamo! Będę kiedyś bogata! Zobaczysz!

- Jesteś pewna? To potwierdzona informacja? Żadnych list rezerwowych? - Kobieta na wszelki wypadek wolała się upewnić.

Rok wcześniej dziewczyna przepadła w rekrutacji dosłownie o włos. Trafiła na piąte miejsce na liście rezerwowej i liczyła na fart przy drugim naborze, ale niestety wymarzone studia przeszły jej koło nosa. Nie pomogły podania, odwołania, interwencje i prośby. Gdyby matkę było na to stać, pewnie poszukałaby mniej oficjalnych dojść i próbowała przekupić, kogo trzeba, ale niestety, pensja gospodyni nie pozwalała na takie ekstra wydatki. Ania zawiedziona porażką straciła motywację, ale na szczęście tylko na chwilę. Szybko poprzestawiała priorytety i wdrożyła w życie plan B. Znalazła pracę w nowo otwartym fast foodzie i za zarobione pieniądze opłaciła kurs na instruktora jazdy konnej. Od dziecka uwielbiała konie i korzystała z każdej okazji, by z nimi pobyć. A okazji ku temu miała wiele, bowiem po sąsiedzku mieściła się spora stadnina. Przy kilkudziesięciu koniach każda para rąk do pracy była mile widziana, zatem stajenni i instruktorzy chętnie przyjęli pomoc zaangażowanej dziewczynki i w zamian za pracę często pozwalali jej pojeździć. To, że kiedyś zostanie instruktorem jazdy konnej, było pewne, ale dla Ani to za mało. Złapawszy wiatr w żagle, postarała się rozszerzyć uprawnienia także o hipoterapię. To właśnie stanowiło jej cel. Chciała kiedyś na tym zarabiać, dlatego połączenie studiów w tym kierunku z dobrą ręką do koni to dla dziewczyny rozwiązanie idealne. Teraz, wraz z dostaniem się na studia, stało się to realne.

- Tak! Jestem taka szczęśliwa! - Ania oswobodziła się z matczynych objęć i podsunęła rodzicielce pod nos wyświetlacz smartfona. - Spójrz! Jak byk napisane, że przyjęta. Boże! I co teraz?

- W sensie? - Kobieta spojrzała na nagle poważną twarz córki.

- No wiesz. Przecież nie mogę codziennie dojeżdżać z Nowego Sącza do Krakowa. Wiesz, ile teraz kosztują bilety?

- Wcale nie tak dużo. Trzeba to sprawdzić...

- I jaka koszmarna strata czasu! Kilka godzin dziennie, które normalnie można poświęcić na studiowanie, a nie na tłoczenie się w busie. W takich warunkach to żadna nauka. - Dziewczyna wcześniej przewidziała reakcję matki i przygotowała sobie rozsądne argumenty. Ostatnim, czego chciała, było nadal tkwić na sądeckiej prowincji.

- Masz jakiś pomysł, córciu? Sprawdźmy jeszcze ceny biletów, dobrze? Na pewno są zniżki na bilety miesięczne czy abonamenty - zasugerowała Halina z nadzieją, że córka zgodzi się na tańsze rozwiązanie.

Wprawdzie zarabiała na utrzymanie siebie i córki, ale przy szalejącej inflacji i rosnących cenach musiała rozsądnie planować wydatki. Do tego dochodziła też obawa, że dorosła córka wyfrunie z gniazda i po zachłyśnięciu się swobodą zapomni, co to tęsknota za domem. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że taka jest kolej rzeczy, ale nic nie mogła poradzić, że tak bardzo kocha Anię i równie mocno obawia się czekającej je rozłąki. Z drugiej strony trudno się jej dziwić. Miała tylko córkę i martwiła się, że Ania mogłaby popełnić te same błędy. Historia ma to do siebie, że często lubi się powtarzać.

* * *

Halina także miała kiedyś wielkie plany i głowę nabitą marzeniami. Maturę w technikum krawieckim zaliczyła na pięć i otwarcie marzyła o karierze projektantki mody. Kto wie, jak potoczyłyby się jej dalsze losy, gdyby w wakacje nie poznała Marka. Przystojny, blisko trzydziestoletni blondyn pochodził z rodziny zamożnych przemysłowców. Państwo Szydłowscy niedawno osiedlili się w okolicy i uruchomili centralę swojej prężnie działającej firmy ogrodniczej. Mimo swojego wieku, kiedy to już dawno wypadałoby się ustatkować, Marek nawet o tym nie myślał. Nie przejawiał też żadnej chęci zajmowania się rodzinnym biznesem. Tu pierwsze skrzypce grało jego rodzeństwo. Tadeusz i Maryla, sporo od niego starsi, po śmierci rodziców przejęli firmę. Pięćdziesięcioletni Tadeusz przechwycił stery, zasiadając w fotelu prezesa zarządu. Sam wziął się do pracy, w nosie mając beztroskie poczynania brata-wałkonia, i odpuścił sobie wychowywanie trzydziestolatka. Jedynie Maryla, wtedy kobieta trochę przed czterdziestką, próbowała coś wskórać, mimo że zarówno jej mąż, jak i brat równo stukali się w czoło. Marek był świetny w dwóch rzeczach: w szastaniu pieniędzmi i uwodzeniu kobiet.

Ich dom, a właściwie rozległa rezydencja na przedmieściach Nowego Sącza, nawet z daleka robił wrażenie i rozpalał ludzką ciekawość. Ale niełatwo było się tam dostać, gdyż teren ogrodzono wysokim murem, a wjazdu do kilkunastohektarowej posiadłości strzegła ochrona. Już sam fakt, że byli bogaci i nowi, sprawił, że stali się głównym tematem plotek. W dodatku młody mężczyzna, rozbijający się po mieście wściekle żółtym ferrari, nie mógł pozostać niezauważony i obgadany na dziesiątą stronę. Wcale mu to nie przeszkadzało. Na każdej z dyskotek, na których szybko stał się stałym bywalcem, ustawiała się do niego kolejka lokalnych piękności gotowych dać się pokroić za przejażdżkę luksusowym autem w towarzystwie zamożnego przystojniaka. Marek Szydłowski od zawsze miał opinię kobieciarza, a jeśli do tego dodać styl życia pasujący bardziej do Casanovy niż do statecznego dziedzica rodzinnej fortuny, nic dziwnego, że większość matek drżała na myśl o tym, że ich córki mogłyby wpaść w szpony młodego Szydłowskiego. Rzecz jasna córki miały na ten temat inne zdanie i jedna przez drugą robiły maślane oczy do młodego bogacza, licząc na romantyczny epizod niczym z bajki.

Pewnego wieczoru wypatrzył Halinę w popularnym klubie. W przeciwieństwie do innych dziewczyn nie próbowała zwrócić na siebie jego uwagi. Zachowywała się zupełnie naturalnie i nie sprawiała wrażenia zainteresowanej. To zaintrygowało go najbardziej. Co do niego niepodobne, starał się o randkę z Haliną przez kilka tygodni.

- Jednak masz w sobie coś z myśliwego - powiedziała, gdy pocałował ją po raz pierwszy i zaproponował wspólny wypad do popularnego wówczas rzeszowskiego klubu Akademia.

Dziewczyna nie dała się prosić dwa razy. Wspólnie spędzony wieczór stał się dla niej najpiękniejszym w życiu. Szalała ze szczęścia, że Marek w tłumie pięknych dziewczyn widzi tylko ją. Wspólna noc w pobliskim hotelu była spełnieniem marzeń. Dogadywali się wspaniale, znaczna różnica wieku nie miała żadnego znaczenia. Zakochanej Halinie zupełnie nie przeszkadzały pełne politowania spojrzenia starszych kobiet. Wolała się skupić na pełnych zazdrości spojrzeniach tych młodszych.

W doskonałych humorach ruszyli z Rzeszowa w drogę powrotną. Ciesząc się sobą, szybką jazdą i piękną pogodą, pogłośnili muzykę na cały regulator. Żadne z nich nie usłyszało sygnału nadjeżdżającej z naprzeciwka karetki pogotowia. Jadące przed nimi auta, gwałtownie hamując, rozpierzchły się na pobocza. Karetka dosłownie jak spod ziemi wyrosła tuż przed maską rozpędzonego ferrari.

- Szlag! - wrzasnął Marek.

Żeby uniknąć czołowego zderzenia, gwałtownie odbił w prawo. Halina poczuła ostre szarpnięcie. Ostatnim, co zapamiętała, był głuchy odgłos auta uderzającego w przydrożne drzewo.

Obudziło ją ostre światło wpadające przez szpitalne okno. Próbowała obrócić głowę, ale sztywny kołnierz ortopedyczny uniemożliwiał jakikolwiek ruch. Liczne złamania uziemiły ją w łóżku na kilkanaście tygodni. Informacja o śmierci Marka całkiem odebrała jej chęć do życia. Nie było szans, by dała radę pojawić się na pogrzebie. Zresztą nikt jej nawet o nim nie poinformował. Rodzeństwo Marka nie zwróciło większej uwagi na kolejną, przygodną znajomość młodszego brata. Maryla przypuszczalnie nawet nie wiedziała o jej istnieniu aż do chwili wypadku. W obliczu śmierci brata jakaś tam leżąca w szpitalu połamana młódka nie miała dla nich żadnego znaczenia.

* * *

- Może wynajmiemy ci jakiś pokój przy rodzinie? - Halina z przyjemnością spoglądała na uśmiechniętą córkę. - Dziś po pracy popytam wśród znajomych. Dużo z nich ma bliskich i znajomych w Krakowie.

Po twarzy dziewczyny przebiegł ledwie zauważalny cień. Ani myślała mieszkać z kimś, kto będzie ją pilnował i zdawał relację matce. Nie taki miała plan.

- Mamuś! No co ty?! - Ania przybrała beztroski ton. - Przecież właśnie dla takich jak ja powstały akademiki! A AWF ma jedne z fajniejszych. I położone tuż przy samej uczelni, więc można wszędzie dojść na piechotę, bez wydawania hajsu na komunikację miejską.

- Ale pewnie trudno się do nich dostać.

Ania z trudem ukryła głupkowaty wyraz twarzy. Oprócz studiowania i zdobycia dobrze płatnej profesji jej największym marzeniem było wyrwać się z domu. Kto wie, czy to drugie nie było nawet większe niż pierwsze. Śniła o tym od lat. Miała serdecznie dość życia na obrzeżach Nowego Sącza i łatki prowincjonalnej gąski. Rodzinne strony miała za zapadłą dziurę, a jej marzył się wielki świat. Kraków z milionem studentów i setkami klubów wydawał się rajem na ziemi. I właśnie to miejsce obrała sobie na cel. Cel pełen życia, żywych barw i nieograniczonych możliwości. Była na tyle zdeterminowana, że już wcześniej dogadała się z poznaną na facebookowej grupce dziewczyną studiującą na tej samej uczelni. Dotychczasowa współlokatorka nowej znajomej zamierzała zrezygnować ze studiów i zwalniało się miejsce w dwuosobowym pokoju w akademiku. Ania już nie mogła się doczekać, kiedy wskoczy na jej miejsce i nareszcie zacznie żyć naprawdę.

- Mamuś! Zaufaj mi. Daj mi godzinkę, a ja już wszystko załatwię! Och! Tak cię kocham! - Cmoknęła matkę w policzek i spoglądając jej przez ramię, skoncentrowała się na pyrkającej zawartości garnka. - Co dziś pysznego zjemy?

- No jasne, że bigos! Pachnie tak, że przyszłam za nosem. Jak pies. - Usłyszały tuż obok.

W kuchni pojawiła się uśmiechnięta szatynka, sporo niższa od Ani i nie tak ładna jak ona. Także figury mogła jej pozazdrościć, co też od zawsze czyniła. Sama nieco przysadzista, o grubym kośćcu i mocnej budowie ciała nie była kimś, za kim oglądano się na ulicy.

- Czy dziś świętujemy to, o czym myślę? - zagadnęła pogodnie Irmina i spojrzała na rozpromienioną twarz Ani.

Ta gwałtownie pokiwała głową i z piskiem rzuciła się kuzynce na szyję.

- Tak! Naprawdę! Normalnie sama nie wierzę! Jestem studentką i jadę do Krakowa! Uwierzysz, młoda?! Nareszcie!

- Boże, to bosko! Ale czad! - Irmina mocno uściskała podskakującą Anię. - Ale zazdro!

Znały się od urodzenia i przez całe dzieciństwo były dla siebie jak siostry.

* * *

Gdy blisko dwadzieścia lat temu Halina stanęła w progu rezydencji Szydłowskich, nie miała pojęcia, że jej życie tak się potoczy. Po tragicznym wypadku, w którym zginął Marek, długo leżała w szpitalu. Rehabilitacja trwała ponad cztery miesiące. Utrata Marka, permanentny ból i fatalne samopoczucie nie sprzyjały powrotowi do zdrowia. Halina, straciwszy chęć do życia, machnęła wtedy ręką na dalsze kształcenie i puszczając mimo uszu namowy matki, by jednak wziąć się w garść, poświęciła się użalaniu nad sobą.

Jednak młody organizm wreszcie pokonał poważniejsze dolegliwości i lekarze coraz częściej zaczęli wspominać o końcu rekonwalescencji. Ale Halina, zamiast cieszyć się powrotem do domu, z dnia na dzień markotniała i czuła się gorzej. Początkowo lekarze nie skojarzyli objawów i nękające Halinę dolegliwości przypisali stresowi. Dopiero gdy na koniec leczenia zlecono kompleksowe badania, stała się jasność. Dziewczyna była w piątym miesiącu ciąży.

- Nie wierzę! - grzmiała na całe piętro matka.

Halina mogła iść o zakład, że jej krzyki słyszało pół szpitala.

- Ja też... - westchnęła z rezygnacją. Także i jej nie podobał się obecny stan.

- To nie do wiary! Jak mogłaś się szlajać z byle kim!

- Marek nie był byle kim! - warknęła na matkę Halina.

- Boże! To ten młody Szydłowski? To on jest ojcem?! - Oczy matki ciskały pioruny.

- Tak. Mamo...

- Milcz! - Wzburzona kobieta trzasnęła ręką na odlew.

Głowa Haliny odskoczyła w bok jak u szmacianej lalki.

- Boże, co za wstyd?!

Po raz pierwszy ktoś uderzył Halinę w twarz. Policzek palił żywym ogniem.

- Mamo, przestań! - załkała cicho i opadła na szpitalne łóżko.

- Jak mam przestać?! Przyniosłaś mi największy wstyd, jaki córka może zrobić matce.

- Mamo, nie wiem, jak to się stało.

- Nie wiesz?! Nie wiesz?! - syczała wściekle matka. - Od zarania dziejów dzieci robi się tak samo!

- Ja nie chciałam! - zakwiliła Halina i nadal trzymając się za pałający policzek, na wszelki wypadek skuliła się na łóżku. Na szczęście już nikt jej nie uderzył.

Matka porwała ze stolika torebkę i odwinęła się na pięcie.

- Jakbyś nie chciała, trzymałabyś nogi razem, a nie rozkładała je przed kim popadnie! Nie tak cię wychowałam. Jeśli o mnie chodzi, u mnie nie ma już dla ciebie miejsca. Niech teraz Szydłowscy cię niańczą!

Musiała minąć chwila, zanim do dziewczyny dotarło, co się stało. Matka, zamiast zabrać córkę do domu, urządziła grandę stulecia, zostawiła ją samą w szpitalu i sobie poszła.

- I co teraz? - Halina szepnęła do siebie i ze zwieszoną głową podeszła do okna.

Miała nadzieję, że matka ochłonie, opamięta się i po nią wróci. Ale nie. Właśnie dostrzegła, jak jej matka, nie oglądając się za siebie, szybkim krokiem mija zaparkowane wzdłuż krawężnika samochody. Nawet z daleka widać było, jak bardzo jest wzburzona.

- Obejrzyj się. Mamo, proszę cię... - wykrztusiła Halina przez ściśnięte gardło.

Jakby za sprawą jej słów, matka odwróciła głowę i nie zatrzymując się, spojrzała w stronę szpitala. Jadący na pełnym gazie rowerzysta nie miał szans wyminąć kobiety, która weszła mu prosto pod koła. Halina wyraźnie widziała, jak głowa matki uderza w błotnik białego kombi. Widziała też osuwające się na ziemię ciało i powiększającą się na chodniku ciemną plamę krwi. Jak automat podeszła do łóżka i usiadła na brzegu.

- Ty jeszcze tutaj? - zapytał przechodzący korytarzem ordynator. - Wydaje mi się, że widziałem twoja matkę.

- Tak, panie doktorze. Po raz ostatni - odparła matowym głosem Halina i spojrzała na lekarza tępym wzrokiem.

Wstrząśnięta śmiercią matki i jej wcześniejszym zachowaniem nie potrafiła pozbierać myśli. Fakt, że wypadek wydarzył się na monitorowanym terenie szpitala, pomógł ustalić przebieg wydarzeń. Do tego zeznania Haliny, która wszystko widziała z okna, i rozsądna postawa rowerzysty znacznie uprościły i przyspieszyły całą procedurę.

Zdruzgotana dziewczyna kompletnie opadła z sił. Szok, którego doznała, także zrobił swoje, dlatego też ordynator odrobinę nagiął procedury i zarządził przedłużenie jej pobytu w szpitalu do dnia pogrzebu.

Nadchodził weekend, a planowe zabiegi zaczynały się dopiero na wtorek, więc nie spodziewano się wielu pacjentów. Halina mogła spokojnie pozostać w szpitalu jeszcze przez kilka dni. Najchętniej wcale nie wracałaby do domu. Po odejściu ojca obie z matką wynajmowały poddasze niedużej willi. Matka prowadziła księgowość dla kilku sądeckich firm, więc wystarczało na czynsz i przyzwoite życie, ale trudno było mówić o jakichkolwiek oszczędnościach. Jeśli jakieś się zdarzały, to naprawdę nieduże. Na szczęście matka miała w zwyczaju płacić rachunki, zanim ktoś się o nie upomni, więc na tamten moment Halinie odpadł chociaż temat jakichkolwiek płatności. Dotychczas się tym nie interesowała i nie miała pojęcia, na czym obecnie stoi.

Na pogrzebie pojawiło się chyba pół miasta. Pomimo próśb o nieskładanie kondolencji wiele osób podeszło do otępiałej Haliny, by uścisnąć jej dłoń. Marzyła, by ten koszmar skończył się jak najszybciej. Choć koleżanki matki zorganizowały skromną stypę, podziękowała tylko i poprosiła o podwózkę do domu.

Halina przystanęła w progu i wzrokiem omiotła wnętrze. Mieszkanie wyglądało jak zwykle. Jakby przed chwilą ktoś wyskoczył tylko na chwilę do sklepu po pieczywo. Jedynie resztka kawy zdążyła zaschnąć na dnie kubka, a leżący na blacie żółty ser pokrył się pleśnią. Podobnie jak niewyjęte z pralki mokre pranie. Dziewczyna nie wiedziała, co robić. Uruchomiła więc pralkę na najdłuższy cykl, licząc, że ponowne pranie usunie z pościeli niechciane kolory tęczy, i zaparzyła ulubioną owocową herbatę. Usiadła przy kuchennym stole i próbując opanować mętlik w głowie, upiła łyk gorącego naparu. Poczuła, że poparzyła sobie usta, i parsknęła, plując kawałeczkami owoców na podłogę. W podświadomości natychmiast rozległ się karcący głos matki, więc wstała i posłusznie posprzątała po sobie. Jej ręka odruchowo dotknęła brzucha. Na pierwszy rzut oka jeszcze niczego nie dało się dostrzec, ale ona już zauważyła, że nieco się zaokrąglił.

"I co ja mam teraz zrobić? Jak sama wychowam to dziecko? Jedna z pielęgniarek powiedziała, że na legalne usunięcie ciąży jest już za późno, ale i tak mnie na to nie stać. Tylko co dalej? Dziś posprzątam rzeczy matki i pomyślę, gdzie urządzić kącik dla dziecka. Urodzi się, tak czy inaczej, nie patrząc na to, czy chcę tego, czy nie. Cholera, dlaczego nikt mi nie powiedział, jak to jest być matką!" - zastanawiała się w duchu.

Rozważanie przerwało pukanie do drzwi.

- Halinko, jesteś? - Rozległ się głos gospodyni.

- Tak, już otwieram - odparła zmęczonym głosem. Ostatnio poczuła się bardzo staro. Podobne sprawy powinny dotyczyć jej dopiero za dziesięć lat. - Dzień dobry, pani Jasiu.

- No nie wiem, czy taki dobry, moje dziecko.

- Oczywiście, pogrzeb mamy i...

- To straszna strata, ale ja nie o tym chciałam. - Właścicielka ciekawie zerknęła do środka. Ewidentnie zamierzała wejść.

- Proszę. - Halina odsunęła się i niechętnie przepuściła kobietę.

- Bo wiesz. Twoja mama to taka zacna kobieta, ale...

- Ale co?

- Chodzi o zaległy czynsz.

- To mamy jakieś zaległości?

- Za cały ostatni kwartał.

- Niemożliwe! Mama zawsze płaciła na bieżąco! - Zdenerwowała się Halina.

- Ostatnio przestała. Gdy byłaś w szpitalu, zainwestowała pieniądze w jakąś piramidę finansową. Ktoś ją namówił i dała się wkręcić. Mówiła, że za miesiąc będzie wypłata i mi odda.

- Ja o niczym nie wiem!

- Przykro mi, Halinko, ale jesteś mi winna czynsz za cztery miesiące. Nie mogę dłużej czekać. Moja Karolcia wychodzi za mąż. Wiesz, wesele kosztuje...

- Ja zarobię! Wszystko oddam! - zapewniła żarliwie dziewczyna.

- Wierzę i na to liczę, ale jest też inna sprawa...

- Tak? - Halina poczuła, że robi jej się słabo i oblewa ją zimny pot. Przez skórę czuła nadchodzące kłopoty.

- No wiesz, Karolcia z mężem muszą gdzieś mieszkać, a gdzie im będzie lepiej jak nie u nas? Krótko mówiąc, potrzebujemy dla nich tego poddasza.

- Mam się wynieść? - Halina wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.

- Najlepiej na koniec przyszłego miesiąca. Nie jestem tak podła, by wyrzucić cię na bruk, i to tuż po stracie matki. Nie jestem świnią.

- Rozumiem - odparła Halina bezbarwnym głosem, choć niczego nie rozumiała.

Jej świadomość znała inną rzeczywistość, w której matka terminowo regulowała rachunki, a już na pewno unikała finansowego ryzyka. Jak to skrupulatna księgowa. Oczywiście daleko jej, by wstąpić w poczet świętych, ale z pewnością żadna z niej egoistka. Halina czuła, że gdyby matka miała szansę ochłonąć po nowinie o ciąży córki, na pewno odwołałaby tamte straszne słowa, przeprosiła ją i po jakimś czasie znów byłoby jak dawniej. Niestety życie nie dało jej tej szansy.

Tymczasem na barki dziewiętnastolatki spadł ciężar nie do udźwignięcia. Wcześniej rozważała podjęcie pracy, choćby biurowej i na czarno. W dzisiejszych czasach nikt oficjalnie nie zatrudniłby bowiem dziewczyny w połowie ciąży. Przekonana, że matka nie ma długów, planowała skorzystać z organizowanego przez urząd pracy bezpłatnego szkolenia z księgowości i przejąć po niej choćby część klientów. W końcu niektórych znała od urodzenia. Niestety plan nie wypalił. Matka przed śmiercią nie zdążyła się odkuć i pozostawiła po sobie niemały debet.

- I co teraz? - Oszołomiona dziewczyna opadła na matczyny fotel. Lekko podniszczony, gdzieniegdzie powycierany niebieski uszak nieodmiennie kojarzył jej się z matką. Podobnie jak ciężkie welurowe zasłony w kolorze powideł. Odkąd Halina sięgała pamięcią, dwa razy do roku, przy okazji świątecznych porządków, matka za każdym klęła na mięsiste story.

Kwota zaległego czynszu okazała się dla młodej dziewczyny abstrakcyjnie wysoka. Gdy po dwóch dniach minął pierwszy szok, Halina zakasała rękawy i zabrała się do pracy. W pierwszej kolejności posegregowała i spakowała rzeczy matki. Skrycie liczyła, że może w którejś z szuflad znajdzie jakieś pieniądze zakamuflowane na czarną godzinę, ale nic takiego nie nastąpiło. Futro z lisa, nieużywane botki i kilka porządnych garsonek Halina oddała do komisu z odzieżą, zweryfikowała też własną garderobę. Kilka co bardziej wartościowych rzeczy wystawiła na portalu aukcyjnym i dobrała się do wyposażenia domu. Na sprzedaż poszedł cały sprzęt AGD i stary jak świat rumuński kilim. Jak się okazało, bardzo poszukiwany i cenny. Mniej więcej po tygodniu dziewczyna podliczyła zyski i uregulowawszy większość długu, poprosiła o prolongatę drugiej części. Zaskoczona gospodyni nie szczędziła słów uznania i zgodziła się chętnie, ale pod warunkiem, że mieszkanie zostanie opuszczone w terminie.

Tego dnia Halina ubrała się staranniej niż zwykle. W ostatnim czasie zauważyła, że większość ubrań stała się zbyt ciasna, ale postarała się, jak umiała najlepiej. Mimo wszystko nie zamierzała wzbudzać litości ani zachowywać się i wyglądać jak żebraczka. W końcu miała coś do zaoferowania. I to coś naprawdę wartościowego.

* * *

- Niby dlaczego miałabym skorzystać z twojej propozycji? - Maryla Szydłowska-Bono rozsiadła się na luksusowej kanapie w stylu Chesterfield, swobodnie założyła nogę na nogę i z niemałą ciekawością spojrzała na dziewczynę, która mimo młodego wieku potrafiła zaintrygować tak wytrawną bizneswoman jak ona. - Masz coś wyjątkowego do zaoferowania?

- Owszem! - odparła mocnym głosem Halina i spojrzała kobiecie prosto w oczy. Miała nadzieję, że tamta nie dostrzeże trawiącego ją strachu.

- Czyli? - Szydłowska-Bono uniosła wysoko jedną brew. - Co masz dla mnie?

- Pani bratanka - wypaliła bez ogródek Halina. Mimo paraliżującego ją przerażenia jakimś cudem zapanowała nad głosem. - Jestem w ciąży i to Marek jest ojcem.

Mogła się spodziewać wielu reakcji, ale nie wybuchu śmiechu.

- Nie rozumiem, co panią tak śmieszy.

- O losie! Jesteś trzecia w tym miesiącu. Doprawdy? Czy wy, dziewczyny, macie naszą rodzinę za bandę idiotów?

- Ale Marek...

- Kochanie, Marek był, jaki był. Wiem, przepraszam, zmieniał dziewczyny jak skarpetki. Przy jego urodzie i pieniądzach mógł mieć każdą i bezwstydnie z tego przywileju korzystał. Niejedna już chciała złapać go na dziecko. Uwierz mi, nie jesteś pierwsza.

- Ale ja mówię prawdę! On mnie kochał!

- Poważnie? O ile wiem, mój brat to był pasożyt. Bezwzględny egoista. Jeśli kogoś kiedykolwiek kochał, to tylko siebie. Cóż, przyznaję, bezsprzecznie potrafił uwodzić, ale żeby kogoś kochać? Nie, nie! To raczej nie on.

- Możliwe, ale tak mówił. Nie wiem, czy wtedy kłamał, ale wyznał to jakieś pięć minut przed tym, zanim uderzyliśmy w drzewo.

- To ty?! - Maryla poderwała się na równe nogi. - Matko, słyszałam, że z kimś jechał. Dlaczego nie odezwałaś się wcześniej?

- Bo od tamtej pory leżałam w szpitalu, niewiele obchodząc waszą rodzinę. Niedawno wyszłam, tuż po tym, jak straciłam matkę i tym samym możliwość urodzenia w spokoju.

- Rozumiem, że chcesz mi coś zaproponować?

- Tak - wydusiła Halina przez ściśnięte z emocji gardło.

- Mam nadzieję, że ta propozycja to testy DNA?

- To w pierwszej kolejności. Nie jestem naciągaczką i nie boję się, bo Marek był moim pierwszym. Bóg nam go zabrał, ale za to w zamian kogoś nam dał - powiedziała Halina odważnie i charakterystycznym gestem dotknęła lekko wystającego brzucha.

Wyraźnie poruszona Maryla podeszła do niej bez namysłu. Niepewnie sięgnęła ręką w to samo miejsce. Dziewczyna wstrzymała oddech.