Sobota
-?CO Z CIEBIE za niedouk, kurde! Tak
przetrzymałeś tę makrelę, że wyschła na wiór!
Z kuchni dobiegł łoskot, goście aż podskoczyli.
-?Zabrzmiało jak w odcinku Hell's Kitchen -?szepnęła Erica Falck,
nachylając się nad stołem do swego męża Patrika. -?Drze się chyba
jeszcze gorzej od Gordona Ramsaya.
-?Jedzenie plus rozrywka -?odpowiedział z krzywym uśmiechem Patrik,
wyciągając szyję, żeby zajrzeć do kuchni.
-?Premierowy wieczór, nie ma co się dziwić, to jak choroby wieku
dziecięcego -?zauważyła Erica. -?A jeśli następne dania okażą się tak
smaczne jak dotąd, to dla mnie Gabriel może sobie ciskać garnkami, ile
zechce.
Wzięła kolejny kęs z pierwszej potrawy, którą jej podano, idealnie
przyrządzonego przegrzebka z nowalijkami i unoszącym się nad nim jak
chmurka musem z homara.
-?Mam nadzieję, że niedługo będzie dalszy ciąg -?mruknął Patrik. -?Bo to
był zaledwie kąsek. Jeśli dalej tak pójdzie, to wracając, będziemy
musieli wstąpić na pizzę.
Erica przewróciła oczami.
-?O Boże, nigdzie nie można cię zabierać.
Znów się nachyliła w jego stronę i poklepała go po udzie, unosząc
kieliszek białego wina.
-?Wypijmy za ten wieczór we dwoje. Bez dzieci. Pierwszy od urodzenia
Nory. W głowie się nie mieści, że już ma sześć tygodni.
Patrik też podniósł kieliszek, wypili, rozkoszując się winem, a potem
nachylił się i pocałował ją w usta. Gdy z kuchni dobiegły kolejne
przekleństwa i łoskot, zaczęli chichotać. Erica się rozejrzała. Ledwo
rozpoznawała wnętrze. Gröna Lid był lokalem o tradycjach jednych z najstarszych w Fjällbace, kiedyś kino, potem pensjonat, dancing,
restauracja i klub nocny. W pewnym okresie nawet bank. Teraz ponownie
restauracja, ale wnętrze poddano całkowitej renowacji przed jej
otwarciem pod nazwą Hav & Salt, Morze i Sól. Ściany były w kolorze
dyskretnej lekkiej zieleni, stoły z jasnego drewna nakryte idealnie
białymi obrusami, a kuchnia w stali i aluminium lśniła nowością. W jej
wnętrzu otwartym na salę restauracyjną roiło się od pracowników, Erica
obserwowała z fascynacją ich doskonale skoordynowane ruchy, wyglądali
niemal, jakby tańczyli. Dwuskrzydłowe drzwi wejściowe ze staroświeckimi
szybami stały otworem, dzięki czemu ciepłe powietrze sierpniowego
wieczoru mieszało się z chłodniejszym klimatem wnętrza.
-?Mam nadzieję, że uda im się wyjść na swoje -?powiedziała z troską,
przesuwając wzrokiem po menu leżącym obok talerza. -?To dosyć wymyślna
kuchnia. W okresie poza sezonem turystycznym może im być ciężko.
-?Słuchaj no, wieszczko, a nie mówiłaś, jak to wspaniale, że Gabriel
Rudberg otwiera tu restaurację?
-?Tak, uważam, że wspaniale. Tylko mam nadzieję, że im się to opłaci. I bardzo ładnie, że oficjalne otwarcie przypada w trzydziestą rocznicę
zaginięcia Sofie.
Spojrzenie Eriki powędrowało do oprawionej fotografii wiszącej w widocznym miejscu na jednej ze ścian. Rodzina Rudbergów w ich ówczesnej
restauracji U Allana. Po jednej stronie stołu Allan i jego syn Gabriel,
po drugiej Yvonne i jej córka Sofie. Wydawało się zrobione w końcówce
szkoły podstawowej Sofie.
-?No i jak?
Przy ich stoliku stanęła macocha Gabriela, Yvonne Rudberg, i uśmiechnęła
się szeroko, stawiając przed nimi następne dania.
-?To jest homarzec z purée z pasternaku i podpieczoną trawą morską -
wyjaśniła z dumą.
Drgnęła, gdy z kuchni dobiegło kolejne przekleństwo. Uśmiechnęła się,
tym razem nerwowo.
-?To przez tremę związaną z premierą -?powiedziała cicho.
-?Dla nas dodatkowa rozrywka -?wtrącił Patrik, który spojrzał
podejrzliwie na trawę morską i nabrał sobie kawałek homarca.
Erica położyła dłoń na ręce Yvonne.
-?Wiesz, moim zdaniem to świetnie, że zrobiliście otwarcie właśnie dziś.
Yvonne kiwnęła tylko głową i drugą ręką poklepała dłoń Eriki. Rzuciła
okiem na fotografię na ścianie, zabrała rękę i przeszła do następnych
stolików w pełnej gwaru restauracji.
-?Widziałem ten materiał w dzisiejszej telewizji śniadaniowej
Nyhetsmorgon -?odezwał się Patrik i wyskrobując resztki purée z widelca, zerknął na Ericę. -?Nawet się dziwię, że nigdy nie napisałaś o zaginięciu Sofie.
Erica wzruszyła ramionami.
-?Przyszło mi to do głowy, ale sama nie wiem... Sofie była w szkole o parę
klas wyżej ode mnie, więc znałam ją tylko z widzenia. Mimo to wydawało
mi się, że sprawa jest jakoś za blisko mnie.
-?A o Alexandrze napisałaś, prawda?
-?Tak, bo między nami pozostało coś niedopowiedzianego. Alexandra była
moją przyjaciółką. Książka o niej to był mój sposób na znalezienie
odpowiedzi. Sofie zadawała się tylko z przebojowymi starszymi
dziewczynami. Wydawała mi się niedościgła. No nie wiem. Byłoby to jakieś
takie gonienie za sensacją.
-?Kurwa, uważasz się za kucharza, a nawet porządnie posolić nie umiesz?
Wrzask Gabriela odbił się echem od ścian, a Patrik się zaśmiał.
-?Śmieszy mnie to. Czy to znaczy, że jestem dziwakiem? Ale poważnie:
porcje powinny być większe, bo z głodu zaraz zmarnieję. No i nie wiem,
czy mam ochotę na tę trawę morską.
-?Jakoś przeżyjesz -?odpowiedziała sucho Erica.
Wypiła łyk wina. Niekarmienie piersią miało swoje zalety.
Gdy parę godzin później wrócili do domu, wszystkie dzieci spały już w swoich łóżkach. Mama Patrika, Kristina, również spała sobie smacznie na
kanapie. Erica nachyliła się i obudziła ją delikatnie.
-?Jesteśmy już. Wielkie dzięki, że ich popilnowałaś, cudownie, że
mogliśmy spędzić trochę czasu we dwoje.
Kristina usiadła, ziewnęła i poprawiła poduszki na kanapie.
-?Żaden kłopot. Zachowywali się jak aniołki. Nawet bliźniacy. A ta
malutka jest cudowna.
Erica poczuła ukłucie w piersi. Pokochała najmłodszą córeczkę od
pierwszego wejrzenia, ale stale się niepokoiła, jak ludzie będą na nią
reagować. Świat bywa niełaskawy dla tych, którzy nie są tacy jak
wszyscy.
-?Tak, rzeczywiście jest wspaniała -?odparła, ściskając Kristinę na
pożegnanie.
Patrik już stał w kuchni.
-?Zrobię sobie kanapkę. No więc wszystko było pyszne, nawet ta cała
trawa morska. Tylko że wciąż jestem głodny, no i nie było pizzy...
Erica spojrzała na męża w świetle padającym z otwartej lodówki. Zdążył
już zdjąć spodnie, został za to w skarpetkach, kalesonach i koszuli. Na
jego skroniach pojawiły się lekkie rozbryzgi siwizny, a wokół oczu nieco
więcej zmarszczek od śmiechu.
Przystojny jak nigdy.
-?Kocham cię -?powiedziała. -?Boże, jak ja cię kocham.
Już w dzieciństwie była sową, ku rozpaczy swoich rodziców. Jednak w latach spędzonych z Tagem te późne godziny nocne nabrały zupełnie innego
znaczenia. On najczęściej padał już około dziewiątej, najczęściej na
fotelu, na którym spędzał większą część czasu po pracy.
Znienawidziła ten fotel. Miał z niego widok na cały parter: duży pokój,
kuchnię i mały stołowy. Tym samym również na nią.
Nigdy nie wiedziała, kiedy wyskoczy z fotela. Bo coś zrobiła albo
przeciwnie: nie zrobiła. Czasem kończyło się na wymierzeniu policzka.
Jednak kilka razy musiała pojechać do szpitala.
Nigdy go nie wydała, nie zdradziła, że to przez niego. Z wielu powodów.
Ze względu na dzieci. Ze wstydu. Ze świadomości, że wyszła za niego,
chociaż wszyscy prosili i błagali, żeby tego nie robiła. Wiedziała, że
mąż ją zabije, jeśli złoży na niego doniesienie.
I mimo wszystkiego, co się z tym fotelem łączyło, nie zostawiła go.
Przez trzydzieści lat.
Dzieci już wpadły z pytaniem o dom. Nawet się zdziwiła, że czekały z tym
tak długo.
Miesiąc po tym, jak złamała biodro i zdała sobie sprawę, że już nie może
zostać u siebie. Wtedy zaczęły krążyć jak sępy. Oczywiście udając
troskę. Proponowali jej, żeby przeprowadziła się do ośrodka opieki.
Mówili, że jest miły i przyjemny, że będzie tam miała towarzystwo, już
nie będzie sama.
Powinna się pewnie cieszyć, że nie zaproponowali jej domu pomocy
społecznej ?ldersro. Ostatni przystanek przed cmentarzem, jak mawiał
Tage. Dzieci nie rozumiały, że zawsze sobie radziła sama. I zawsze,
przez te wszystkie lata, była sama. Nie bała się samotności.
Bała się ich ojca, ale nie samotności.
Kawa już wystygła, więc wstała, żeby nalać sobie jeszcze jedną
filiżankę. Zwykle nie mogła pić kawy wieczorem, ale już nie miało to
znaczenia. I tak nie mogła spać. Od miesiąca nie sypiała. Zapadała tylko
w krótkie drzemki kończące się koszmarami sennymi, z których budziła się
szarpnięciem.
Myślała, że będzie wolna. Wreszcie. W końcu. Zamiast tego ściany jej
więzienia zacieśniały się coraz bardziej. Zrobiło się tak ciasno, że
ledwo mogła oddychać. Nie bardzo rozumiała, dlaczego katalizatorem
okazało się pęknięcie w stawie biodrowym, a jednak wyzwoliło w niej coś,
czego już nie potrafiła zatrzymać.
Dzieci dostaną to, czego chcą. Nie musiały jej przekonywać. Wiedziała,
ile wart jest ten dom. Dzięki położeniu dokładnie nad rzędem szop
rybackich z widokiem na wejście do portu przyniesie im wiele milionów.
Marii i Mikaelowi dobrze się powodziło, ale widziała, jak im oczy
zabłysły na myśl o sprzedaży.
Poniosła porażkę. Nie udało jej się przekazać dzieciom nic od siebie.
Patrząc na nich, widziała wyłącznie Tagego, a teraz nie może już zrobić
dla nich nic więcej. Nie staną się szczęśliwi dzięki tym pieniądzom. Bo
nie potrafią być szczęśliwi.
Podobnie jak ich ojciec byli wiecznie niezadowoleni, obrażeni, że życie
nie przyniosło im tego, na co rzekomo zasługiwali. Ona ich wychowała,
opiekowała się nimi, opatrywała rany, całowała na dobranoc. Ale to jemu
udało się ze swego fotela urobić ich na swoją modłę.
Jego komplet genów wygrał z jej miłością do nich.
Pozostało jej tylko rozproszyć koszmary senne poprzez rozporządzenie
swoją prawdą. Będzie jej brakowało tego widoku. Patrzenia na Valön
wynurzającą się majestatycznie z szarobłękitnego morza. I jeszcze na
wieżę do skoków na Badholmen na tle wieczornego nieba. Ale w końcu,
wreszcie będzie przynajmniej wolna.
Niedziela
ERICA NAPAWAŁA SIĘ chwilą samotności na
werandzie przed obudzeniem się dzieci. W dni powszednie zamęt zaczynał
się o siódmej od pobudki i krzątaniny przy dzieciakach. Jednak w weekendy pozwalała im spać, aż się same obudzą, a w związku z tym, że
Nora od początku okazała się dzieckiem, które dobrze sypia, Erica
najczęściej miewała dla siebie godzinkę albo dwie na werandzie przy
filiżance kawy.
Patrik pojechał do pracy i chociaż kochała go jak stąd do księżyca i z powrotem, ceniła sobie chwile, gdy była w domu jedyną dorosłą osobą.
Przy czworgu małych czy już nie tak małych dzieci wydawało jej się
czasem, że nie słyszy własnych myśli, i dopiero gdy miała chwilę dla
siebie w domu spowitym ciszą, wracało do niej powoli jej dawne ja. To,
że przez cały czas musiała zaspokajać potrzeby innych, było
wyczerpujące, a granica między byciem Ericą a byciem mamą i żoną coraz
bardziej się zacierała.
Wydawnictwo nalegało na nową książkę. Poprzednia, ta o sprawie Loli,
figurowała długo na listach bestsellerów i została sprzedana do wielu
krajów. Jej agent chciał, żeby pojechała na targi książki we Francji,
Hiszpanii i w Polsce, ale jak miałaby to zrobić? Ledwo dawała radę
wybrać się do sklepu spożywczego.
Zatrzeszczała elektroniczna niania. Siedząc na werandzie, Erica nie
zawsze słyszała, że Nora już się obudziła i zaczęła krzyczeć, dlatego na
wszelki wypadek włączała to urządzenie.
Nora się rozkaszlała. Erica zmarszczyła czoło. Niedobrze.
Przed urodzeniem małej przeczytała wszystko, co się da, na temat dzieci
z zespołem Downa, i choć lekarze zapewnili ją, że córeczka nie należy do
tych czterdziestu, pięćdziesięciu procent mających problemy
kardiologiczne, to Erica nie mogła przestać się niepokoić.
Nora ponownie zakaszlała, tym razem był to długi, ciągnący się atak.
Erica zerwała się i poszła na piętro. Szczebelkowe łóżeczko stało w ich
sypialni, Erica weszła tam i zastała Norę machającą rączkami i nóżkami.
Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko na widok nachylonej nad nią Eriki,
która delikatnie wzięła na ręce ciepłe ciałko. Jej uśmiech pojawił się
po raz pierwszy zaledwie parę dni temu i nie sposób było mu się oprzeć.
Znów zakaszlała, i to na tyle długo, że nie mogła złapać tchu. Serce
Eriki waliło z niepokoju, zabrała córeczkę na parter, chwyciła telefon
podłączony do ładowarki na blacie kuchennym i wybrała numer, na który
dzwoniła aż za często od urodzenia Nory.
-?Cześć, mówi Erica. Słuchaj, Nora potwornie kaszle, wydaje mi się, że
ma kłopoty z oddychaniem. Nie wiem, co robić... Na pewno? Jesteś tam?
Okej. Dzięki, wspaniale, jeszcze tylko zadzwonię po teściową, żeby się
zaopiekowała pozostałymi dziećmi. Wyślę ci esemesa, jak będę wyjeżdżać z Fjällbacki.
Pół godziny później Erica zdążyła przewinąć Norę, dać jej butelkę
mieszanki, cierpliwie wysłuchać wykładu Kristiny, według której
niepotrzebnie się martwi o Norę, i już była w drodze do przychodni w Tanumshede. W zasadzie zamkniętej.
Wolała jechać tam, chociaż do Tanumshede było dalej. Mieli dogodniejsze
godziny przyjęć niż w Fjällbace, zresztą czuła się pewniej, idąc z Norą
do Magdaleny, która była bardzo doświadczoną lekarką. W piersi trzepotał
niepokój i już chciała dzwonić do Patrika, ale postanowiła dać spokój.
Nie potrzebowała kolejnego wykładu o tym, że jest nadopiekuńcza. Patrik
był chwilami aż za bardzo podobny do swojej mamy.
Niedziela w komisariacie upływała spokojnie. Patrik cieszył się, że jest
sam, bo chaos wywoływany w domu przez dzieci w wieku szkolnym,
przedszkolnym i jeszcze przez noworodka był wprawdzie cudowny, ale
jednocześnie okropnie wyczerpujący. A spokojny dzień spędzany samotnie w komisariacie był też szansą na nadgonienie papierologii. Annika ciągle
mu przypominała, że musi dokończyć swoje raporty, ale Patrik mało czego
nie znosił tak, jak wszelkiej biurokracji, i zawsze umiał znaleźć dobry
powód, żeby to od siebie odsunąć.
W końcu zaś musiał i tak to zrobić.
Nalał sobie filiżankę dopiero co zaparzonej kawy. Niby świeżej, a jednak
ohydnej w smaku. Annika wprawdzie wspominała coś o kupnie maszynki
Nespresso, ale została przegłosowana przez wszystkich. Podła kawa z ekspresu przelewowego towarzyszyła im w ciągu tylu godzin pracy, że
stała się czymś w rodzaju wiernego przyjaciela.
Patrik usiadł przy stole kuchennym i pozwolił sobie na chwilę cichej
kontemplacji.
Papiery na biurku mogły jeszcze chwilę poczekać, on w tym czasie napawał
się ciszą.
Szczególna rzecz, jak funkcjonuje ludzka pamięć, jak szybko mózg wypiera
pierwszy potwornie absorbujący okres po pojawieniu się dziecka.
Oczywiście za nic nie zamieniłby tego chaosu na inne życie. Przyjście na
świat Nory odbierał tak, jakby na miejsce trafił ostatni element ich
życiowej układanki.
Podniósł się, dolał sobie kawy i ruszył do swojego gabinetu. Właśnie
przechodził obok recepcji, gdy otworzyły się drzwi komisariatu.
Przystanął.
-?Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc?
Do środka weszła ostrożnie drobniutka pani z wystraszonym wyrazem
twarzy.
-?Chciałabym rozmawiać z jakimś policjantem.
-?Jestem policjantem. Nazywam się Patrik Hedström. -?Uśmiechnął się
przyjaźnie, starając się rozładować jej wyraźne napięcie.
-?W takim razie chcę rozmawiać z panem. Przyszłam zgłosić morderstwo.
Patrik zapatrzył się na nią. Tego się nie spodziewał. Wskazał ręką na
małą kuchnię.
-?Usiądźmy, to sobie spokojnie pomówimy o tym, co się stało.
Starsza pani poszła za nim w milczeniu. Lekko utykała, podpierając się
kulą. Usiadła z pewnym trudem na jednym z krzeseł pod oknem, a Patrik
nalał jej filiżankę kawy.
-?Nie jest zbyt dobra, ale zawsze to kawa -?powiedział, siadając
naprzeciw niej. -?To proszę teraz opisać, co się wydarzyło.
Zawahała się i rozejrzała po pomieszczeniu, po czym zaczerpnęła głęboko
tchu.
-?Zamordowałam go. Zamordowałam mojego męża Tagego.
Patrik drgnął.
-?I gdzie on się teraz znajduje? W domu u państwa?
Przyjrzał jej się dokładnie, ale nie zauważył żadnych śladów krwi ani
urazów. Tak czy inaczej, wyglądała na przeszło osiemdziesiąt lat. A może
to demencja? Chyba że zwyczajnie szurnięta?
-?Nie, nie, jest pochowany. -?Kobieta pokręciła gwałtownie głową.
-?Nie rozumiem. Pochowany? Gdzie? W naszej okolicy nie jest teraz
prowadzone żadne dochodzenie w sprawie morderstwa.
Starsza pani przygotowała się do wyjaśnień. Mówiła powoli i wyraźnie jak
do dziecka.
-?Nazywam się Edith Lomander. Mój mąż miał na imię Tage. Zamordowałam
go, ale nikt się nie zorientował. Lekarz, który go badał, uznał, że
śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych. A więc został pochowany. Leży
na cmentarzu w Fjällbace.
-?I jak go pani zamordowała?
Patrik nie wiedział, co o tym myśleć. Może kobieta jest uciekinierką z ?ldersro, starego, ale wyremontowanego domu pomocy społecznej w Fjällbace?
Jakby czytając mu w myślach, pani Edith zapewniła go:
-?Nie jestem stuknięta. Ciało mam może nie za bardzo, ale głowa jest w porządku. Podałam mu glikol. I od tego umarł. Myślałam, że wszystko się
skończy, byleby tylko umarł, że będę umiała z tym żyć. A jednak nie
mogę. Dlatego tutaj jestem. Żeby się przyznać. Zamordowałam Tagego.
-?Jak to się stało, że podała mu pani glikol?
Edith wyprostowała się na krześle, widać było jej ulgę, że zrzuciła z siebie ten ciężar.
Upiła łyk kawy i skrzywiła się, po czym mówiła dalej.
-?Jak miałabym wytłumaczyć się z życia z Tagem? Zaczęło się w noc
poślubną, kiedy mnie ciężko pobił. I tak to już poszło. Powinnam była
odejść, ale urodziły się dzieci... Potem urosły i wyprowadziły się, no i...
Życie z Tagem było jedynym, jakie znałam.
Patrik szukał jakiegoś słowa. Był głęboko poruszony. Nie potrafił
wyobrazić sobie piekła, jakie musiała przeżywać ta kobieta przez aż
nazbyt wiele lat.
-?I co sprawiło, że go pani w końcu zabiła?
Edith wzruszyła szczupłymi ramionami.
-?Właściwie to dziwne. Niby nic wielkiego, bo przez te lata przeżyłam
tyle dużo gorszych rzeczy. Jakbym po prostu nagle miała dość. Nie
podobały mu się grzanki, które mu zrobiłam. A więc cisnął o ścianę moją
filiżankę do kawy. Po babci. Miała dla mnie znaczenie sentymentalne. I oto nagle leżała na ziemi rozkruszona w drobny mak. Poczułam, jakbym ja
się też rozkruszyła w środku. Wiedziałam, że w szopie mamy butelkę
glikolu. A więc gdy Tage wyszedł na swój codzienny poranny spacer,
wlałam tego glikolu do soku, który zawsze wypijał zaraz po powrocie do
domu. Wypił dwie szklanki. I umarł. Myślałam, że to oczywiste, co
zrobiłam. I byłam gotowa ponieść konsekwencje. Jednak wezwany lekarz
założył, że Tage umarł naturalną śmiercią. Nawet nie przeprowadzili
obdukcji. A więc nic nie powiedziałam. Krótko po tym go pochowaliśmy.
-?Kiedy to było?
-?Wczoraj minęło trzydzieści lat od pogrzebu.
Patrik gapił się na nią z niedowierzaniem.
-?Trzydzieści lat minęło?
-?Tak.
Nie dodała nic, tylko na niego patrzyła.
Patrik nie bardzo wiedział, co zrobić. Właściwie miał ochotę poprosić
ją, żeby wyszła z komisariatu i nigdy więcej o tym nie wspominała.
Minęło trzydzieści lat. Co za sens, żeby teraz w tym grzebać? Co innego
mówiło mu jego poczucie obowiązku. Dla morderstwa nie ma
przedawnienia1. Trzy dni czy trzydzieści lat -?nie ma
znaczenia. Morderstwo musi zostać zbadane niezależnie od wszystkiego.
Nie do niego należy ocena.
Westchnął.
-?Pewnie pani rozumie, że będziemy musieli dokonać ekshumacji?
Przytaknęła.
-?Tak, rozumiem. I co dalej? Przyniosłam torbę ze swoimi rzeczami, w razie gdybyście mnie chcieli aresztować.
-?Nie, nie, pojedzie pani do domu, musimy uzyskać potwierdzenie tego, co
pani powiedziała, a zajmie to trochę czasu. Będą mi potrzebne pani dane
kontaktowe. I nie wolno pani nigdzie wyjeżdżać.
-?A dokąd ja miałabym pojechać? -?Kobieta wzruszyła ramionami.
Po otrzymaniu jej danych Patrik odprowadził ją do drzwi i wciąż nie był
do końca pewien, co się właściwie wydarzyło. Nie mógł powstrzymać się
przed pytaniem:
-?Dlaczego pani się przyznała? Dlaczego pani tego po prostu nie
przemilczała? Mam na myśli, że... minęło trzydzieści lat. Nikt by się
nigdy nie dowiedział.
Kobieta potrzebowała kilku sekund, żeby odpowiedzieć.
-?Nie można żyć, nie ponosząc konsekwencji swoich działań. A prawda w jakiś sposób zawsze wychodzi na jaw. Tylko czasami potrzebuje lekkiej
zachęty.
Patrik zamknął za nią drzwi i zamyślił się nad tymi słowami. Jednak
wciąż nie był przekonany. W jego zawodzie prawda bywała trudna do
uchwycenia. I bywała również czymś rzadkim.
Podniósł słuchawkę i wybrał pewien numer.
-?Cześć, tu Patrik Hedström z komisariatu w Tanumshede. Wnoszę o zgodę
na ekshumację. Tak. Znowu.
-?Muszę wymienić kilka osób z personelu.
Gabriel w geście bezradności przeciągnął palcami przez włosy.
-?Trzeba im dać szansę, żeby się wyrobili -?odezwał się Allan.
Gabriel chodził tam i z powrotem po pięknym, ręcznie wiązanym dywanie
tureckim. Za oknem rozpościerał się widok na wejście do portu, a słońce
późnego lata odbijało się w wodzie.
Stojąc przy drzwiach salonu, Yvonne Rudberg myślała z irytacją o tym, że
tyle razy musiała mediować między swoim mężem a jego synem. Niby tacy
podobni, a jednak niepodobni. Gabriel dawał upust swoim frustracjom.
Allan chował je do środka.
-?Nie mam czasu ani ochoty pracować z amatorami. Jeśli mamy utrzymywać
tę restaurację na poziomie, na który się umówiliśmy, to muszę mieć ludzi
niezawodnych!
Tupnął lekko nogą. Przypomniał jej się Gabriel nastoletni, robiący to
samo. Albo mały chłopiec. Zawsze łatwo wpadał w złość.
-?Ta restauracja nie znajduje się ani w Göteborgu, ani w Sztokholmie -
powiedział spokojnie Allan. -?I nie ma tu takiego wyboru, jeśli chodzi o personel. Musimy pracować z ludźmi, których mamy na miejscu, trzeba dać
im czas, szkolić ich i mieć cierpliwość.
Usiadł w dużym fotelu skierowanym w stronę okna. Słońce padało mu prosto
na twarz i Yvonne odnotowała na niej zmarszczki, których przedtem nie
zauważyła. Jak to się stało, że nagle się razem zestarzeli? Mijał rok za
rokiem, aż do teraz, gdy już był w perspektywie dostrzegalny finał.
Spędzili ze sobą czterdzieści lat. Dzieląc ze sobą radości i smutki.
Kochała go. Bardziej niż samo życie.
-?Nie powinniśmy podejmować pochopnych decyzji -?powiedziała. -?Premiera
była w zasadzie udana. Dajmy sobie miesiąc, a potem dokonamy ewaluacji.
Żaden z nich nie odpowiedział, ale wiedziała, że słuchali. Na tym zawsze
polegała jej rola. Na mediacji. I miała tego serdecznie dość. Zresztą
nigdy tak naprawdę nie dopuścili jej do swojej wspólnoty.
-?Uważam, że decyzja, aby dokonać otwarcia akurat wczoraj, była błędem -
powiedział Gabriel. -?Nie byłem odpowiednio skupiony. Udziec z jelenia
został przepieczony i nie udało mi się uzyskać odpowiednio kwaskowatego
smaku w sosie do golca.
Yvonne wbiła w niego wzrok, ale nie patrzył jej w oczy, tylko gapił się
na dywan. I znów zaczął chodzić po pokoju. Wiedziała, że on wie, że
wkracza na niebezpieczny teren.
-?Decyzja była słuszna -?odezwała się. -?To był ładny sposób, żeby
uhonorować twoją siostrę. Jeśli to kwestionujesz, to tym samym podważasz
nas jako rodzinę. Sofie wciąż z nami jest. A jej miejsce we wczorajszym
otwarciu było oczywiste.
-?Zgadzam się z Yvonne.
Allan uśmiechnął się do niej lekko. Mrugnęła do niego w intymnym
porozumieniu, które wypracowali przez lata. Mieli wiele sposobów
komunikowania się bez słów, w języku zrozumiałym tylko dla nich dwojga.
Spojrzała teraz na wody zatoki z promieniami słońca. Następnie odwróciła
się do Gabriela.
-?Dziś przyjdą tu z "Bohusläningen", chcą zrobić reportaż o zaginięciu
Sofie.
-?Po co?
Gabriel znów przesunął dłonią przez czarne włosy, które stale wpadały mu
do oczu. Allan miał kiedyś takie same, teraz już siwe.
-?Dobrze wiesz po co. Trzeba podtrzymać pamięć o niej. Ktoś gdzieś coś
wie. Czas zmienia wiele rzeczy i relacji. Również wzajemne poczucie
lojalności. Dopóki rozmawiamy o Sofie, istnieje szansa, że ktoś wyjdzie
z jakąś informacją. Wczoraj był o tym materiał w Nyhetsmorgon,
odezwali się też z Efterlyst2, chcą przygotować jakiś
materiał w związku z trzydziestą rocznicą jej zaginięcia.
-?Jej nie ma! Nikt nie wyjdzie z żadną informacją! Nigdy się nie
dowiemy, co się stało! Wy żyjecie przeszłością, a ja próbuję żyć
teraźniejszością. Trudno, kurwa, róbcie sobie te swoje wywiady, nie
powstrzymam was przed tym. Ale ja mam prowadzić restaurację. Z mnóstwem
jakichś partaczy!
Wypadł z pokoju, w którym zapanowało pełne napięcia milczenie. Yvonne
podeszła do Allana i przysiadła na podłokietniku. Objęła go za szyję i przytknęła głowę do jego głowy.
W ich stronę płynęła żaglówka pod pełnymi żaglami.
-?Dzwonił Bengt, wpadnie tutaj. Zdążymy, zanim przyjdą ci z "Bohusläningen".
Łączył ich specjalny układ, polegający na tym, że Bengt i Jocke, z którymi zawsze byli blisko, zainwestowali w restaurację Gabriela. Niby
nie należy mieszać pieniędzy z przyjaźnią, ale Bengt chciał im pomóc, a Yvonne nie znała drugiego człowieka równie uczciwego jak on. Poza
Allanem oczywiście.
Allan nic na to nie odrzekł. Natomiast po chwili milczenia powiedział:
-?Sofie wypłynęłaby na łódce w taki dzień.
W jego głosie zabrzmiał wyraźny smutek jak zawsze, gdy mówił o Sofie.
Taki sam jak u Yvonne. Miał rację. Sofie była dobrą żeglarką i spędzała
wiele godzin w swojej "optymistce" Victorii. Na siedemnaste urodziny
zamierzali jej sprezentować jacht klasy Laser. A Victoria wciąż stała w zamkniętej na głucho szopie na ich działce.
-?Wypłynęłaby -?powiedziała cicho Yvonne. -?Wypłynęłaby.
Na łodzi, szykującej się do przybicia do brzegu, zaczęło się refowanie
żagli.
-?Słyszałam, że wam wczoraj dobrze poszło.
Gun Hagman spięła plik kartek i włożyła starannie do skoroszytu, po czym
schowała go do szuflady biurka.
Ellen przytaknęła.
-?Goście powiedzieliby, że tak, a mój mąż, że nie. Ale on nigdy nie jest
zadowolony.
-?W ten sposób osiąga się wielkość, a diabeł tkwi w szczegółach. -?Gun
spięła kolejny plik kartek. -?A więc to jest miesięczne sprawozdanie
finansowe. Do niczego nie można będzie się przyczepić.
-?Jesteś prawdziwą opoką, Gun.
Ellen wyprostowała się, przygotowując się do porannego obchodu. Była
wprawdzie współwłaścicielką i dyrektorką domu opieki, ale lubiła
uczestniczyć w jego codziennych procedurach. Natomiast wszelkie sprawy
związane z raportami finansowymi z przyjemnością scedowała na Gun. Nie
znajdowała w nich żadnej satysfakcji. Wolała pracę z ludźmi. Możliwość
postawienia na nogi byłego domu starców ?ldersro pojawiła się w idealnym
momencie. Po zamknięciu dawnego ?ldersro w budynku działał przez wiele
lat hotel typu Bed & Breakfast, ale Ellen, która miała doświadczenie
ze służby zdrowia, wiedziała, że potrafi stworzyć tu prywatny, nowszy i lepszy dom opieki. Dokonali znacznej przebudowy, powstały jasne,
przyzwoite pomieszczenia. Nie chciała uczestniczyć w sprawach
dotyczących restauracji Gabriela, bo gdyby pracowali razem, na pewno
skończyłoby się rozwodem.
Natomiast ten układ był idealny. W dodatku rozwiązywał jeden z jej
największych problemów: kto zajmie się Aino.
-?Zajrzę najpierw do mamy i sprawdzę, czy jest w stanie usiąść do stołu
razem z innymi.
-?Aino ma dziś dobry dzień -?poinformowała Gun. -?Zaglądałam do niej po
przyjściu i wydała mi się całkiem przytomna.
Zamknąwszy za sobą drzwi kancelarii, Ellen skręciła w korytarzu w lewo.
Dała mamie najlepszy pokój, duży i jasny z widokiem na kościół.
Delikatnie zapukała do drzwi i ze środka usłyszała "proszę". Już po
głosie matki Ellen stwierdziła, że Gun mówiła prawdę. Miała dobry dzień.
-?Cześć, mamo.
-?Cześć, kochanie.
Siedząca na krześle pod oknem Aino uśmiechnęła się do niej. Ellen
proponowała jej wstawienie wygodnego fotela, ale mama nalegała na
zatrzymanie starego szczebelkowego krzesła, które przedtem stało pod
oknem kuchennym w domu rodzinnym Ellen, naprzeciwko ?ldersro. Siedziała
wyprostowana na twardym krześle, spędzając większość czasu na patrzeniu
przez okno.
-?Dobrze wam wczoraj poszło?
Ellen kiwnęła głową. Ucieszyła się, że mama pamięta, co się działo.
Demencja pojawiła się stopniowo i na tyle powoli, że początkowo było
trudno orzec, czy nie chodzi tylko o zwyczajne problemy z pamięcią.
Gubiła klucze. Potrzebowała całego przedpołudnia, żeby znaleźć portfel.
Po pewnym czasie było coraz bardziej ewidentne, że chodzi o coś więcej
niż tylko zapominanie. A w ostatnich miesiącach ten proces przyspieszył.
Gdy zapomniała o garnku na kuchence i omal nie podpaliła domu, Ellen z Gabrielem zdali sobie sprawę, że Aino już nie może mieszkać sama we
własnym domu, choć miała tylko sześćdziesiąt sześć lat.
-?Dobrze. Gabriel jest świetny.
Ellen pogładziła mamę po policzku. Aino była wciąż piękna. Kruchą,
eteryczną urodą, którą zawsze czarowała wszystkich z jej otoczenia. Jej
blond włosy posiwiały, ale nadal opadały aż do pasa.
-?To doskonale.
-?Chcesz zjeść śniadanie tu czy ze wszystkimi?
-?Chyba mam dziś dobry dzień? -?spytała. -?Nie wmawiam sobie, naprawdę
mam dobry dzień?
-?Nie wmawiasz sobie. Naprawdę dobry. To co powiesz na trochę
towarzystwa? Cmentarz się stąd nie wyniesie, później się na niego
pogapisz.
-?Żarty sobie stroisz ze starej matki. Nie gapię się na cmentarz, tylko
na żałobę, która nad nim zalega ciężko. Wiele osób boi się żałoby, a ja
nauczyłam się od mojej matki, jej matki i jeszcze jej matki, że żałobę
trzeba przyjąć do siebie.
-?Już to słyszałam, nawet aż za często -?odparła Ellen. -?I proszę,
żebyś mi znów nie opowiadała tej starej rodzinnej historii. A teraz
idziemy, dopilnuję, żebyś dostała kanapkę z serem i ogórkiem, a jeśli ci
się poszczęści, to Erlend poczuje natchnienie i zagra ci na pianinie
Pärleporten.
-?"Bramę do nieba"? Znów sobie ze mnie żartujesz. Niedobre dziecko.
Jednak uśmiechała się, wstając z trudem. Zawsze się ze sobą
przekomarzały przyjaźnie przez te wszystkie lata, kiedy były tylko we
dwie.
-?Może dałby się przekonać i zamiast tego zagrał coś z Elli Fitzgerald?
-?Jeśli ktoś potrafi to zrobić, to tylko ty, mamo. On ma do ciebie
słabość.
-?Boże, przecież on ma przeszło osiemdziesiątkę. Po co mi taki stary
dziad?
-?Sama widzisz, dla niego ty jesteś małolatą.
-?E tam, niemądre dziecko.
Ellen pocałowała matkę w policzek. To dobry dzień.
Przychodnia w Tanumshede mieściła się w niskim ceglanym budynku. Erica
zaparkowała i ostrożnie wyjęła z auta nosidełko z Norą. Córeczka zasnęła
podczas jazdy, jej długie rzęsy tworzyły wachlarzyki na pucołowatych
policzkach. Kaszlnęła, co przypomniało Erice, po co tu przyjechały, i kazało przyspieszyć kroku do wejścia.
Erica nie cierpiała przychodni, zresztą wszelkich placówek ochrony
zdrowia. Powody, żeby tu się zjawić, nigdy nie były przyjemne. A jednak
od urodzenia się Nory często tu bywała. Niepokój o córeczkę zakorzenił
się u Eriki jeszcze podczas ciąży, gdy spędzała wiele bezsennych godzin
na googlowaniu. Czytała długie listy ewentualnych komplikacji i problemów zdrowotnych ciągnących się przez całe życie. Jednak do tej
pory mieli szczęście. Nora okazała się zdrowym noworodkiem o silnym
sercu. Mimo to Erika nie potrafiła przestać się niepokoić.
Magdalena Bergström otworzyła im i przytrzymała drzwi.
-?Cześć. Wchodźcie, przyjrzymy się Norze.
-?Cześć, Magdaleno. Bardzo ci dziękuję, że nas przyjęłaś, chociaż w zasadzie macie zamknięte...
-?E tam, i tak siedziałam tu nad papierami.
Wchodząc do środka, Erica poczuła aż śmiesznie znajomy zapach. Była to
woń plastiku, chemikaliów i środków czyszczących.
-?Możemy wejść tutaj. Trochę się tu zadomowiłam.
Magdalena skinęła w stronę jednego z gabinetów i uśmiechnęła się tym
swoim szerokim uśmiechem z dołeczkami.
-?O, widzę więcej roślinek, niż kiedy tu byłam ostatnim razem?
Erica rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu. Ten sam brudnożółty
kolor ścian co w poczekalni, te same nieciekawe dekoracje i pokryta
papierem obowiązkowa zielona leżanka wzdłuż jednej ściany. Jednak
rośliny doniczkowe w sporej liczbie złagodziły sterylne wrażenie.
-?Chciałabym mieć trochę kwiatków, dla koloru, ale ze względu na
pacjentów z alergią musiałam zadowolić się zielonymi roślinami.
Magdalena usiadła przy biurku na krześle z jakiegoś nieładnego jasnego
drewna i gestem zaprosiła Erikę, żeby zajęła miejsce naprzeciwko.
-?Co się dzieje z naszą ślicznotką?
-?Kaszle -?odparła Erica i spojrzała zmartwiona na Norę, która akurat
dostała ataku rzężącego kaszlu, tak gwałtownego, że się obudziła.
-?Ojej, ależ ty kaszlesz, kochana.
Magdalena wstała, wyjęła Norę z nosidełka i uśmiechnęła się do niej.
Podała ją Erice i sięgnęła po stetoskop. Erica podciągnęła dziecku
koszulkę z przodu.
Nora zaprotestowała lekko, gdy poczuła zimny metal dociśnięty do piersi,
ale szybko się uspokoiła. Magdalena posłuchała jej w milczeniu.
Następnie sięgnęła po termometr i włożyła małej do lewego ucha.
Spojrzawszy na cyfrowy wynik, uśmiechnęła się uspokajająco do Eriki.
-?Wydaje się, że wszystko dobrze i nie ma gorączki. Teraz jest dużo
wirusów, pewnie rodzeństwo przyniosło coś z przedszkola. Jest tak
malutka, że nie zalecę żadnych lekarstw, bo jest za mało dowodów, że
działają na takie kruszynki. Natomiast powinnaś dopilnować, żeby
dostawała dużo płynów. Może mogłabyś kupić nawilżacz powietrza i postawić obok jej łóżeczka, przydałoby się również, żebyś posiedziała z nią w łazience, puszczając gorącą wodę z prysznica. Para pomogłaby
uwolnić śluz.
Magdalena spojrzała przyjaźnie na Ericę.
-?Nora się bardzo dobrze czuje. Nie licząc zwykłego kaszlu.
-?Na pewno?
-?Na pewno. I przestań googlować.
Erica się uśmiechnęła.
-?Tak, wiem. Ciągle nie mogę przestać się niepokoić.
Magdalena pochyliła się lekko nad biurkiem.
-?Będzie dobrze -?powiedziała. -?Wszystko w porządku. To zdrowa i silna
dziewczynka.
Erica odetchnęła z drżeniem.
-?Dziękuję, Magdaleno. Jesteś dla mnie prawdziwym oparciem. Zrobiła się
ze mnie taka okropna osoba, która przy najbłahszych objawach przychodzi
tutaj i zabiera innym cenny czas. Nawet w niedzielę. Po tym jak
pracowałaś za granicą, na pewno uważasz, że jesteśmy beznadziejni, kiedy
zjawiamy się z najdrobniejszymi dolegliwościami.
Magdalena pokręciła głową.
-?Możesz zawsze przyjść. Dla mnie taki kaszel jest całkiem przyjemną
odmianą po przypadkach tyfusu i dyzenterii.
-?Trudno ci było zostawić to wszystko za sobą? Po tylu latach pracy z Lekarzami bez Granic przychodnia w Tanumshede musi ci się wydawać... mało
znacząca.
Magdalena uśmiechnęła się i znów pokręciła głową. Spojrzała na Norę,
która nagrodziła ją szerokim uśmiechem.
-?Są granice ludzkiej wytrzymałości na nieszczęście i cierpienie. U mnie
tę granicę wyznaczyły dzieci, które mi umarły na rękach. A dałoby się je
uratować, gdyby urodziły się gdzie indziej. Zresztą nie było nikogo
innego, kto zająłby się moją mamą, kiedy jej stwardnienie zanikowe
boczne stało się zaawansowane.
Magdalena nachyliła się i pogłaskała Norę po okrągłym policzku.
-?Byliście wczoraj w restauracji Gabriela?
-?Tak, cudownie było wyjść tylko we dwoje. A jedzenie było fantastyczne.
-?Oby im się udało. Otwieranie w Fjällbace restauracji z ekskluzywnym
jedzeniem to spore wyzwanie. Ale skoro restauracje na pustkowiu, takie
jak Äng i Fäviken, potrafiły przyciągnąć klientów, to pewnie wszystko
jest możliwe.
-?O, nie wiedziałam, że jesteś smakoszką.
Erica umieściła i przypięła Norę w nosidełku.
Magdalena poprawiła koński ogon.
-?Z braku faceta życie wypełnia mi jedzenie.
-?Niemożliwe, żebyś nie miała wielbicieli. Pewnie jesteś za bardzo
wybredna.
-?Nie każdy ma takie szczęście jak ty. Podaż jest tu niewielka. Wszyscy
są albo żonaci, albo mieszkają z mamusią.
Erica zaśmiała się, ale zaraz spoważniała, patrząc na Magdalenę.
-?Masz jakiś kontakt z dawnymi kolegami i koleżankami?
Magdalena pokręciła głową.
-?Nie, straciliśmy się z oczu, kiedy wyprowadziłam się po maturze.
Pomyśleć tylko, że Ellen i Gabriel się pobrali. Nigdy bym w to nie
uwierzyła.
Erica chrząknęła.
-?Jocke jest świeżo po rozwodzie. Wrócił do Fjällbacki zaraz przed
początkiem lata, ale pewnie o tym wiesz.
Magdalena podniosła ręce w obronnym geście.
-?Proszę cię, bez tego znaczącego spojrzenia. To było trzydzieści lat
temu. Nie widziałam go od mojego powrotu. Pewnie mu się przerzedziły
włosy na głowie, ma spory brzuch i grube okulary.
Erica uśmiechnęła się pod nosem. W Fjällbace wszyscy wiedzieli, co
dawniej było między Jockem a Magdaleną. Młodzieńcza miłość, która -?jak
wierzyli -?mogłaby przetrwać. Jocke zrobił karierę w kanadyjskiej lidze
NHL, a potem miał sporo udanych inwestycji. Teraz wrócił, starszy i bogatszy -?i wciąż się podobał.
-?Muszę cię niestety rozczarować. Jest jeszcze przystojniejszy. Urok
siwizny na skroni, wyćwiczone ciało...
Magdalena pokręciła głową.
-?Nie kusi mnie. Dawne dzieje, lepiej do tego nie wracać. A ty jedź do
domu i włącz gorący prysznic dla małej.
Erica spojrzała na nią.
-?Wczorajsze oficjalne otwarcie odbyło się w trzydziestą rocznicę
zaginięcia Sofie.
Magdalena odetchnęła, co zabrzmiało jak westchnienie.
-?Tak, widziałam. Nawet było o tym w Nyhetsmorgon. -?Odwróciła się do
biurka, ale po chwili ciągnęła: -?Po jej zniknięciu już nic nie było
takie jak przedtem. Byłyśmy ze sobą tak blisko: ja, Ellen i Sofie. Ale
została po niej wyrwa i pytania bez odpowiedzi... Wydaje mi się, że wtedy
zmieniło się życie nas wszystkich. Powinnam była wrócić z nią do domu w tamten wieczór, żeby nie wychodziła z imprezy sama. Ale byłam
nastolatką. Młodziutką i głupiutką. Samolubną. Gdybym z nią poszła, to
może wszystko potoczyłoby się inaczej.
Erica położyła dłoń na ramieniu Magdaleny.
-?Łatwo być mądrym po szkodzie. Jedynym człowiekiem, który za to
odpowiada, jest ten, który ją uprowadził.
Nora znów się rozkaszlała, był to długi, przeciągający się atak.
-?Puść gorącą wodę w prysznicu. Podawaj jej dużo płynów. I postaw obok
niej nawilżacz powietrza -?powtórzyła Magdalena, głaszcząc policzek
Nory, która obdarzyła ją bezzębnym uśmiechem. -?Dużo pieszczot.
-?Jesteś wspaniała.
Poszły razem do drzwi wejściowych, Magdalena je otworzyła. Erica posłała
jej całusa, Magdalena odpowiedziała tym samym, ale jakby bez
przekonania. Jej wyraz twarzy mówił Erice, że Magdalena jest myślami
zupełnie gdzie indziej.
-?Zdaje się, że wczoraj się udało!
Bengt Hagman wydawał się zajmować swoją osobą całą przestrzeń. Allan,
który był średniego wzrostu, czuł się przy nim malutki. Drobniutki. Była
to nie tylko kwestia wzrostu prawie dwumetrowego Bengta i jego masywnej
budowy. Również jego głos zdawał się wypełniać pomieszczenie do
ostatniego milimetra kwadratowego.
-?Dobrze było -?odparła Yvonne. -?Trochę chorób wieku dziecięcego plus
to, że Gabriel jest perfekcjonistą i nigdy nie jest zadowolony. To
jednak podstawowy warunek dla szefa kuchni, który celuje wysoko jak on.
-?Perfekcjonistą, właśnie. Widać to wyraźnie w naszym bilansie. Remont
Gröna Lid kosztował o dwa miliony więcej, niż zakładaliśmy.
Allan zaczął się wiercić. Nie cierpiał rozmów o pieniądzach. Tak samo
jak nie znosił tego, że jest zależny od inwestycji Bengta i Jockego.
Dobrze im się powodziło, jemu i Yvonne, sprzedaż restauracji z owocami
morza, którą przez wiele lat prowadził przy rynku, przyniosła mu pokaźną
sumę. Jednakże niewystarczającą do sfinansowania samodzielnego
przedsięwzięcia Gabriela.
-?Przyjrzymy się liczbom -?zapewniła Yvonne. -?Zobaczymy, na czym można
by zaoszczędzić. Teraz najważniejsze jest zaufanie do Gabriela. Musi się
skupić, żeby móc dowozić.
Jak dla Allana jej głos zabrzmiał trochę za bardzo natarczywie. Bengt i jego żona Gun byli ich najbliższymi przyjaciółmi od wielu lat, jeszcze z czasów, zanim Sofie i Jocke poszli do tej samej szkoły, mimo to w głosie
Yvonne, gdy z nimi rozmawiała, dał się zawsze wychwycić jakiś ton
służalczości. Imponowały jej ich pieniądze, ich pozycja. Bengt już w latach osiemdziesiątych stworzył od podstaw odnoszącą sukcesy firmę
importową, w Fjällbace uchodził dziś za człowieka, który może sobie
kupić, co tylko zechce. Dla Allana takie rzeczy były bez znaczenia,
natomiast dla Yvonne najważniejszy był zawsze wizerunek.
Bengt spojrzał na Yvonne, potem na Allana.
-?To oczywiste, że mamy zaufanie do Gabriela. A wczorajsza kolacja była
wielką przyjemnością. Powiedziałbym tylko, że premiera akurat w tym dniu
nie była może odpowiednim pomysłem. Oczywiście współodczuwamy z wami i rozumiemy, że musiało wam być wczoraj wyjątkowo ciężko, ale...
Yvonne wpadła mu w słowo i choć raz odpowiedziała ostro.
-?Moment był jak najbardziej odpowiedni. To był ładny sposób
upamiętnienia Sofie.
-?My też tęsknimy za Sofie -?odezwał się Bengt z drżeniem w tubalnym
głosie. -?To była miła dziewuszka. I wierzcie mi, tyle razy myślałem
sobie, że gdybyśmy nie poszli w gości tamtego wieczora, żeby Jocke mógł
urządzić tę nieszczęsną imprezę, to może... Ale i Jocke, i ja uważaliśmy...
Zresztą, dajmy temu pokój, co się stało, to się stało, a wczorajsza
premiera poszła dobrze.
W tym momencie przybiegł Gabriel. Miał zaróżowione policzki, a jego
fryzura choć raz nie była idealna.
-?Pierwsza recenzja! Kogoś z "Göteborgs-Posten". To na pewno ta para,
która siedziała w kącie sali, wydawało mi się, że kobieta notowała coś
na swoim telefonie! Posłuchajcie:
Czy otwieranie ekskluzywnej restauracji w małej Fjällbace ma sens?
Przez dziesięć miesięcy w roku jest tu tysiąc mieszkańców, a kilkadziesiąt tysięcy przez zaledwie dwa miesiące. Czy pochodzący z Fjällbacki szef kuchni Gabriel Rudberg jest w stanie serwować jedzenie
na poziomie, który przyciągnie klientów do małej miejscowości sto
trzydzieści kilometrów na północ od Göteborga? Otóż odpowiedź to:
zdecydowanie tak. Przystawka z przegrzebka w sosie szafranowym z emulsją
bazyliową roztapia się na języku. To tak, jakby się jadło kawałek morza.
Danie główne, czyli zaskakująco rustykalna makrela smażona na maśle z dodatkiem gorącego sosu ogórkowego, oliwy zaprawionej czosnkiem
niedźwiedzim i sosu śmietanowego, podnosi tę zwyczajną rybę na poziom,
którego nigdy bym się nie spodziewała. Spróbowaliśmy również zupy z homarców ugotowanej na bulionie, co pokazuje, że kucharz rozumie
znaczenie balansu między smakami. Podano ją z kruszonką z wodorostów. Ta
czarna, dość brzydka roślina, która wydaje się trudna do ujarzmienia,
została później podana również w postaci -?uwaga! -?lodów. Lekka słoność
lodów pochodząca z wodorostów stanowiła idealne uzupełnienie dla smaku
kruchego ciasta migdałowego. Złapałam się na tym, jak głośno
powiedziałam mojemu towarzyszowi, że chyba odkryłam idealny deser.
Gabriel Rudberg nie dość, że "dowozi", to jeszcze przeszedł oczekiwania
wybrednej, zblazowanej recenzentki kulinarnej. Co już nie zdarza się
zbyt często. Chapeau bas i oby ta bardzo ryzykowna inwestycja się
opłaciła. To restauracja wysokiej klasy międzynarodowej i chyba się nie
mylę, że wkrótce będziemy świadkami nowej formy zagranicznej turystyki
do Fjällbacki. Smakoszy z całego świata, którzy będą pielgrzymować, żeby
zjeść właśnie tu. Brawo!
Yvonne krzyknęła głośno. Allan podniósł się powoli, nie potrafił
okazywać radości równie spontanicznie jak jego żona, ale pękał z dumy.
Opadły go wspomnienia z godzin spędzonych w kuchni z dorastającym
Gabrielem i aż go rozsadzało od środka.
I choć stał przed nim dorosły mężczyzna, to Allan nagle widział tylko
chłopca.
Swojego Gabriela.
-?Gratulacje, chłopie! -?Bengt długo ściskał rękę Gabriela. -?Dobra
robota! Dobra robota! Wiedziałem, że mam rację, stawiając na ciebie!
Spojrzenia Allana i Yvonne skrzyżowały się. Tyle spędzonych wspólnie
lat, tyle wspólnego bólu dawniej i teraz. W tym momencie wszystko
zostało zapomniane.
Allan podszedł do Gabriela. Spojrzeli na siebie w milczącym
porozumieniu. W tym momencie wyraźna była ich wzajemna miłość, której
nigdy nie potrafili wyrazić słowami, a przecież zawsze obecna mimo
trudnych chwil. Allan objął syna i wtedy popłynęły łzy. Po raz pierwszy
od trzydziestu lat.
Środa
-?TRZY DNI i już jest zgoda na ekshumację? Komu
z prokuratury pomogłeś w ukryciu zwłok? -?Farideh Mirza skrzyżowała
ramiona na piersi i patrzyła ze zdumieniem na Patrika.
-?Występowałem już parę razy wcześniej z takimi prośbami i zawsze
okazywały się uzasadnione. A więc przypuszczam, że mają do mnie zaufanie
w sprawach o ekshumację. Pomocne jest również i to, że z oczywistych
powodów mamy zgodę żony.
Patrik wskazał na Edith Lomander, która stała na cmentarzu kawałek
dalej. Próbował ją odwieść od przyjścia, ale nalegała. Zresztą cmentarz
to miejsce publiczne, a kobieta nie została zatrzymana, zatem nie mógł
zrobić wiele więcej, niż zdecydowanie jej to odradzić.
-?Myślisz, że powiedziała prawdę? Rzeczywiście zamordowała męża, podając
mu glikol?
Patrik wzruszył ramionami.
-?Nie mam powodu wątpić w jej słowa.
-?A dzieci? -?spytała Farideh. -?Co one na to? Nie miały zastrzeżeń?
Wobec odkopania ich ojca?
-?Dzieci wydają się zainteresowane przede wszystkim tym, aby matka
opuściła ich dom rodzinny, a one mogły go sprzedać. Wydaje się, że mniej
ważne dla nich jest to, czy trafi do więzienia, czy domu opieki.
-?O kurde. -?Farideh pokręciła głową i spojrzała w stronę Edith
Lomander. -?Pomyśl tylko, rodzi i wychowuje dzieci, a potem odkrywa, że
są paskudnymi, chciwymi ludźmi. I cały czas, jaki im poświęciła, poszedł
na marne.
-?Dzieci to loteria. Można się tylko starać ze wszystkich sił i liczyć,
że to wystarczy.
Dzień był piękny, prawie gorący jak na tę porę roku, co tylko czyniło tę
historię na cmentarzu jeszcze bardziej absurdalną. Patrik i Farideh
stali dziesięć metrów od grobu i przyglądali się pracy koparki.
Cmentarz był położony w centrum miejscowości, poniżej majestatycznego
granitowego kościoła widocznego z każdego miejsca w Fjällbace. Grób
Tagego Lomandera znajdował się w dolnej części, gdzie rzędy mogił
zostały odgrodzone ładnymi żywopłotami. Pęknięty nagrobek i brak kwiatów
świadczyły o tym, że od pogrzebu, który odbył się trzy dekady temu, nikt
o niego specjalnie nie dbał.
-?Co mówi Mellberg? Morderstwo sprzed trzydziestu lat.
Podszedł do nich lekko zasapany Martin Molin. Pojawienie się w jego
życiu niemowlęcia znacznie ograniczyło jego przebieżki i widać było po
nim skutki krótkiego spaceru przez cmentarz.
Patrik rozłożył ręce.
-?Odkąd Rita zakończyła leczenie z dobrymi widokami na przyszłość,
zgodziłby się pewnie, żebym rozkopał cały cmentarz, i nawet by się nie
skrzywił.
Oczy Martina zabłysły, kiedy się uśmiechnął.
-?Masz rację -?powiedział, a potem zwrócił się do Farideh. -?I co dalej?
Jak już wykopiecie trumnę?
-?Zabierzemy ją do Zakładu Medycyny Sądowej. Przeprowadzimy badania
toksykologiczne. Przecież wiemy, czego szukamy. I owszem, jeśli okaże
się, że jest dostateczna ilość materiału do przebadania i będzie on
zawierał to, o czym mówi jego żona, być może kobieta trafi na starość do
więzienia.
Martin spojrzał na Edith Lomander, która stała nieruchomo, obserwując
rozkopywanie grobu.
-?Jakie są szanse, że da się odkryć ślady substancji?
-?Dość duże. Na przykład za pomocą chromatografii gazowej i spektrometrii mas jesteśmy w stanie znajdować nawet najmniejsze ilości
substancji chemicznych. Będziemy przypuszczalnie analizować kości, zęby
albo włosy, bo w zależności od warunków panujących w grobie pewnie nie
zostało zbyt wiele tkanek miękkich.
-?W każdym razie dałem pani Edith nazwisko dobrego adwokata -?odezwał
się cicho Patrik. -?Piekło, które przeżyła, musi podziałać jak
okoliczność łagodząca. A fakt, że nie musiała się przyznawać, świadczy
na jej korzyść. Mogła zabrać tę tajemnicę do grobu.
-?Jednak mordowanie męża nie jest w porządku. Dlatego Pan Bóg wynalazł
rozwody -?zauważyła sucho Farideh.
Patrik i Martin wymienili spojrzenia. Patrik usiłował sobie przypomnieć,
czy Farideh jest rozwiedziona. Zdał sobie sprawę, że nie wie za wiele o techniczce kryminalistyki Farideh Mirzie.
Trumna została teraz wydobyta na pasach z dołu i postawiona obok na
ziemi.
Technicy Farideh, ubrani w zwyczajowe białe kombinezony, podeszli do
trumny. Jeden spojrzał w głąb grobu, w którym się przedtem znajdowała, i nagle zaczął wymachiwać rękami.
-?Co jest?
Patrik spojrzał pytająco na Farideh, która zmarszczyła brwi.
Technik przywoływał ich, kiwając ręką, i wołał coś, czego nie usłyszeli.
Pozostali też zaczęli wymachiwać rękami.
-?Chyba coś znaleźli -?powiedziała Farideh, idąc tam raźnym krokiem.
Patrik i Martin musieli podbiec, żeby za nią nadążyć.
Podeszli do otwartego grobu i spojrzeli tam, gdzie wskazywali technicy.
Patrik wyciągnął szyję i pochylił się, chcąc przyjrzeć się z bliska.
Poczuł, jak mu się jeżą włosy na całym ciele, jakby go prąd przeszedł. Z ziemi i spomiędzy suchych gałęzi sosnowych, które nie zgniły do końca,
wystawała kość dłoni. Na niej pierścionek, który poznał. Bo widział go
wiele razy.
-?O kurwa.
Martin aż pobielał na twarzy. Mocno chwycił ramię Patrika, wlepiając
wzrok w dziurę.
-?Proszę odgrodzić miejsce -?poleciła władczym głosem Farideh. -?I wezwijcie więcej techników. Nie wolno nam popełnić żadnego błędu.
Ona i Patrik spojrzeli na siebie.
Znaleźli Sofie Rudberg. Leżała tu przez trzydzieści lat. W cieniu
wielkiego granitowego kościoła.
Ludzie tak się boją smutku. Jakby był czymś, czego należy unikać za
wszelką cenę. A smutku nie da się uniknąć. Jest częścią życia tak samo
jak szczęście i radość. Dawniej ludzie wiedzieli o tym. Jak i o tym, że
dzieci czasem umierają. Że życie może się skończyć w każdej chwili. Była
to część codzienności. Odbywało się żałobę. I żyło się dalej. Dzisiejsi
ludzie więzną w smutku, który zjada ich od środka, albo ciąży nieznośnie
nad wszystkim, nie przepuszczając choćby odrobiny światła.
Aino Lönnrot spojrzała w okno. Coś się odbywało na cmentarzu. Samochody
policyjne, ludzie w dziwnych strojach niczym kosmici. Czuła aż do szpiku
kości ten smutek bijący z cmentarza. Nie ten, który zazwyczaj unosił się
spokojnie nad szarymi nagrobkami.
Dziś było to coś innego. Przeszywający, dojmujący smutek domagający się
jakiegoś ujścia.
Podniosła się powoli i rozejrzała za swoim swetrem. To był dobry dzień.
Taki, gdy widziała wszystko tak wyraźnie jak przez soczewki korekcyjne.
Nie wiedziała, jak długo to potrwa. Czasem trwało kilka godzin, w najlepszym wypadku cały dzień. A czasem tylko kilka minut. I nigdy się
nie orientowała, kiedy znów nadejdzie mgła. Wiedziała tylko, że otuli ją
wcześniej czy później. Dlatego powinna się pospieszyć. Póki wciąż wie,
że jest potrzebna i może się przydać.
Znalazła sweter leżący na łóżku. Porządnie złożony. Kiedyś należał do
jej matki, która zrobiła go sama na drutach. Nosząc go, Aino czuła w każdym oczku obecność matki. I zapachy Karelii. Miała tylko dwa lata,
gdy matka wyjechała z nią do Szwecji, ale tak się nasłuchała opowieści
stamtąd, że stały się dla niej wspomnieniami.
Poczucie smutku narastało i Aino włożyła pospiesznie sweter. Smutek
należy puścić, uwolnić. Matka mówiła jej zawsze, że słuch to ostatni
zmysł opuszczający zmarłego, dlatego zadaniem płaczek było pomóc, by
smutek zmarłych stał się słyszalny. Również po śmierci.
Aino wyjrzała ostrożnie na korytarz. Cisza i spokój, tylko z jednego
pokoju dochodziły dźwięki telewizora. Cicho pospieszyła do drzwi
wyjściowych. Na dworze zaciągnęła poły swetra, chociaż była piękna
pogoda, po czym poszła w stronę bramy cmentarza. Nikt nie zwracał na nią
uwagi, wszyscy byli zajęci swoimi sprawami.
Weszła na cmentarz i na chwilę przystanęła, odetchnęła i nabrała
powietrza razem ze smutkiem. W głębi cmentarza stała przy jakimś grobie
grupka ludzi i Aino ruszyła szutrową ścieżką w tamtym kierunku, ale
zatrzymała się, gdy dotarła do grobu niemieckich żołnierzy. Nie musiała
iść dalej. Już w tym miejscu czuła całą sobą ich wypłakujące się i żalące dusze. Jeden był starszy, drugi młodszy. Jednemu już kiedyś
śpiewała.
Wyczuwała ich tak wyraźnie, jakby ich widziała stojących przed nią z wyciągniętymi rękami, żarliwie proszących o pomoc, o wyzwolenie ze
smutku z powodu przedwczesnej śmierci. Smutek u zmarłych przedwcześnie
był inny niż tych, którzy dość przeżyli. Był ostrzejszy, bardziej
szorstki, rwący aż do kości.
Aino odetchnęła głęboko, powietrze przeszyło krtań aż do płuc. Znalazło
smutek i właściwą melodię do jej uwolnienia głęboko w środku, gdzie
teraz zamieszkały ich dusze. I zaśpiewała. Wyśpiewała dźwięki, które
wzniosły się pod błękitne niebo, które popłynęły nad cmentarzem aż do
ich doczesnych szczątków. Niosły ze sobą smutek dusz, rozwiewany przez
wiatr.
Z każdym dźwiękiem i z każdym fragmentem melodii -?ich i tylko ich
melodii -?smutek stawał się lżejszy do dźwigania. W jej pieśni było
wiele pokoleń płaczek, jej matka, babka, prababka i jeszcze dalej w przeszłość. Towarzyszyły jej w śpiewie płaczki z kilkuset lat wstecz.
Śpiewała wraz ze zmarłymi, dla zmarłych i ich bliskich. Śpiewała dla
śmierci. I dla życia. Śmierć była jedynie początkiem.
W jej świadomości poruszyło się jakieś wspomnienie. Pogrzebane dawno
temu i schowane głęboko pod zwątpieniem i utraconą miłością. Usiłowała
je pochwycić. Wydobyć na powierzchnię. Jednak wtedy nadeszła i otuliła
ją mgła.
-?Gdzie jest Mellberg?
Martin wziął drożdżówkę z talerza wystawionego przez Annikę.
-?Już jedzie, oboje z Ritą wylądowali wczesnym rankiem.
Patrik zerknął na talerz, ale starał się opanować. Jego obwód w talii
zaczął ostatnio w niepokojący sposób żyć własnym życiem.
-?Czy tylko mnie trudno jest wyobrazić sobie Bertila na leżaku na Gran
Canarii? -?spytał Martin, siadając na jednym z krzeseł pod oknem.
-?Ledwo go teraz poznaję -?parsknęła Annika. -?Nigdy bym nie uwierzyła,
że to powiem, ale prawie mi brak dawnego naburmuszonego Bertila
Mellberga.
Jak na dany sygnał pojawił się najpierw wielki pies Ernst, a potem w drzwiach stanął bohater ich rozmowy. Annika nalała Ernstowi wody do
miski.
Patrik odwrócił się do Mellberga i był bliski zakrztuszenia się kawą.
Szef wyglądał zupełnie inaczej. Zdążyli się przyzwyczaić, że od czasu
leczenia Rity golił głowę. Za to cerę miał jak nową. Opalenizna
Mellberga miała taki odcień, że "Słoneczny Doktor"3 wydawał się
przy nim blady jak trup.
-?Ładna... opalenizna...
Martin przygryzł wargę, żeby się nie roześmiać.
-?Olej kokosowy! Na tym polega trik. Co rano smarowałem się olejem
kokosowym.
Jego ukochana Rita właśnie wygrała z rakiem, jednak Mellberg
najwyraźniej nie przewidywał, żeby miał się martwić rakiem skóry.
Tuż za Mellbergiem wszedł Gösta Flygare, który drgnął na widok szefa.
-?Ojej!
-?Wiem! Wyglądam świeżo jak pączek róży! Słońce i pi?a colada, Boże,
gdybym wiedział, jak cudowna jest taka wyprawa na Wyspy Kanaryjskie,
zrobiłbym to dawno temu!
-?Czy Paula przyjechała razem z tobą?
Patrik rozejrzał się za koleżanką, której brakowało do ich pełnego
składu.
-?Zaraz przyjdzie.
Mellberg usiadł na zwykłym miejscu, a Ernst ułożył się u jego nóg,
kładąc na nich łeb.
W tym momencie Mellberg dostrzegł talerz z drożdżówkami i złapał jedną,
leżącą na wierzchu.
-?Wreszcie jakieś prawdziwe jedzenie! To właściwie moje jedyne
zastrzeżenie do zagranicy. Ciągle te pieprzone tapas, rano, w dzień i wieczorem. Dobrze, że Rita mnie trochę przyzwyczaiła do egzotyki, ale
jeść to codziennie... Nie, dziś będzie śledź z kartoflami purée.
Weszła pospiesznie "bonusowa" córka Mellberga, Paula Morales.
-?Przepraszam, musiałam wstąpić do toalety. Już zaczęliście?
-?Nie, czekaliśmy na ciebie -?odpowiedział Patrik. -?Czyli jesteśmy
wszyscy. Mam zaczynać?
Spojrzał pytająco na Mellberga, który był szefem komisariatu, chociaż
wszyscy oprócz niego wiedzieli, że w praktyce pracą kierował Patrik.
-?Przecież byłem na urlopie, więc mów. Ja muszę mieć taki łagodniejszy
początek. Boże, co to się dzieje, jak człowieka nie ma. Kurde, bardzo
posiwiałeś, Hedström. Uważaj, żeby cię małżonka nie wymieniła na młodszy
model.
Martin zdusił chichot i Patrik spojrzał na niego gniewnie. Jednocześnie
zauważył, że Mellberg sięgnął po następną drożdżówkę.
-?A więc. -?Patrik chrząknął. -?W niedzielę pojawiła się w komisariacie
niejaka Edith Lomander, by się przyznać, że trzydzieści lat temu
zamordowała męża. Trzeba było rzecz jasna zweryfikować jej twierdzenie,
dlatego wystąpiłem o zgodę na ekshumację, którą przeprowadziliśmy dziś
rano. No i po wykopaniu trumny z mężem tej pani znaleźliśmy pod spodem
coś, co znajdowało się pod przykryciem z gałęzi sośniny. Czekamy
oczywiście na potwierdzenie z Zakładu Medycyny Sądowej, jednak szkielet,
który tam znaleźliśmy, to najprawdopodobniej szczątki Sofie Rudberg.
Informacja była wprawdzie znana większości obecnych, ale wszyscy byli
poruszeni.
Mellberg odłożył na wpół zjedzoną drożdżówkę.
-?Sofie zniknęła bez śladu trzydzieści lat temu -?ciągnął Patrik -?i przypuszczam, że wszyscy macie świadomość, z jaką uwagą ta sprawa była
traktowana również na poziomie ogólnokrajowym. Ostatnio w związku z trzydziestą rocznicą jej zaginięcia, która przypadła w zeszłą sobotę.
Annika powoli pokręciła głową. Jej filiżanka z kawą stała nietknięta.
-?Biedna dziewczyna -?odezwała się. -?Rodzina już wie?
-?Jeszcze nie -?odparł Patrik. -?Chciałbym do nich pojechać zaraz po
naszym zebraniu, w Fjällbace pogłoski rozchodzą się szybko, a wolałbym,
żeby dowiedzieli się od nas.
Gösta wstał, żeby napełnić filiżankę, był wyraźnie poruszony.
-?Pomyśleć, że w końcu ją znaleźliśmy -?powiedział.
Ręka mu lekko drżała, gdy trzymał dzbanek.
Patrik przytaknął.
-?Tak, trzydzieści lat to kawał czasu. Stoimy przed poważnym zadaniem,
by w końcu -?oby -?ustalić, co się stało z Sofie. Gösta, brałeś udział w ówczesnym dochodzeniu, będziesz dla nas ważnym źródłem informacji.
Gösta, który właśnie znów usiadł, kiwnął głową. Annika chrząknęła, a Patrikowi wydało się, że chciała tym chrząknięciem przykryć szloch.
-?A więc w pierwszej kolejności musimy zawiadomić rodzinę -?powiedział,
zerkając na talerz z drożdżówkami. Domowym wypiekiem Anniki. Zaburczało
mu w brzuchu.
-?Gösta, ty ich znasz, więc pojedziesz ze mną. Po powrocie znów się tu
wszyscy spotkamy.
-?Nie wiem, czy ja... -?zaczął Gösta, ale urwał.
Patrik spojrzał pytająco, wtedy Gösta wzruszył ramionami.
-?Oczywiście, jadę z tobą.
Patrik zabrzęczał kluczykami do samochodu.
-?To miejmy już to za sobą.
Gösta westchnął ciężko i wstał.
-?Znów znaleźliśmy Aino na cmentarzu. -?Gun spojrzała surowo na Ellen
znad okularów. -?Wiesz, że nie ma możliwości, żebyśmy jej pilnowali na
okrągło, więc nie jestem pewna, czy to jest dla niej odpowiednie
miejsce.
Ellen odłożyła papiery, których i tak nie miała siły przejrzeć. Znowu to
samo.
-?Gun, proszę, już rozmawiałyśmy na ten temat, czuwam nad mamą.
-?Przecież nie możesz być tutaj przez cały czas.
Rozłożyła ręce, a kilka kartek spadło na ziemię.
-?Ona nigdy nie chodzi w inne miejsce niż na cmentarz -?odparła Ellen,
patrząc na kartki, ale nie pochyliła się, żeby je podnieść. Spojrzała
ponownie na Gun. -?I miewa sporo jasnych chwil, a ja nie mogę znieść
myśli, żeby ją umieścić gdzieś wśród mnóstwa... Wiesz, o co mi chodzi.
Biorę na siebie całą odpowiedzialność za mamę. Postaram się, żeby była
jeszcze lepiej pilnowana. Przecież Elsa też tu pracuje, tylko że musiała
pomóc w restauracji w związku z otwarciem. Jeśli zatrudnimy więcej os...
-?Rozmawiałam o tym z Bengtem i nie ma takiej możliwości. To nie jest
działalność charytatywna, tylko biznes, który ma przynosić dochód. Nigdy
byśmy z Bengtem tu nie zainwestowali, gdybyśmy sądzili, że nie będzie z tego zysku. A zważywszy na to, jak Gabriel przekroczył budżet na
restaurację...
Ellen zrezygnowanym gestem przesunęła dłonią po krótko obciętych
włosach. Trzeba się uspokoić.
-?Gabriel prowadzi restaurację. Ja prowadzę ?ldersro. Razem z tobą.
Jedno nie ma nic wspólnego z drugim.
-?Może i nie ma. Próbuję ci tylko powiedzieć, że Bengt nie zaakceptuje
faktu, że nasza działalność nie przynosi zysku. Zatrudnienie dodatkowego
personelu oznaczałoby utratę płynności. A utrata płynności to jest
właśnie coś, czego Bengt nie lubi, zresztą Jocke też nie, bo już wszedł
do rodzinnej firmy.
Ellen westchnęła. Pewnie należy podziękować Bengtowi za te wszystkie
kontenery sprowadzone z Chin, dzięki którym stać ich na kanapeczki i bąbelki na nadchodzącą imprezę inauguracyjną. Wprawdzie odbędzie się już
po faktycznym otwarciu, ale chcieli mieć wszystko poukładane, zanim
zaczną świętować.
-?Przecież nic się nie stało, prawda? -?zauważyła. -?Z mamą nie dzieje
się nic złego. Kiedy dorastałam, śpiewała na bardzo wielu pogrzebach,
ludzie ją zapraszali, żeby ich pocieszyła swoim śpiewem. To zrozumiałe,
że ją tam ciągnie.
-?Tak, ciekawe, co tam się dzieje. -?Gun wyciągnęła szyję, patrząc przez
okno wychodzące na parking przed cmentarzem. -?Jakaś wielka akcja.
-?Niedługo się pewnie dowiemy.
Ellen potarła oczy. Zaczęła odczuwać skutki łączenia pracy w ?ldersro z jednoczesnym pomaganiem Gabrielowi przy otwarciu restauracji. Do tego
doszedł jeszcze niepokój o matkę. Wcześniej czy później muszą z Gabrielem odbyć poważną rozmowę.
Moment nigdy nie wydawał się odpowiedni, zawsze coś przeszkadzało.
Życie.
-?Zajrzę do mamy, zobaczę, czy da się z nią porozmawiać.
Gun skinęła krótko głową, nie podnosząc wzroku znad komputera.
Ellen przeszła kilkumetrowy dystans dzielący ją od drzwi pokoju matki.
Rozumiała, że czeka ją ta rozmowa, odkąd się tylko dowiedziała, że matka
znów wyszła niezauważenie.
Delikatnie pchnęła drzwi do pokoju.
Aino leżała na łóżku, na boku z twarzą zwróconą do okna. Ellen usiadła
obok niej i pogłaskała delikatnie po plecach.
Matka drgnęła i usiadła gwałtownie.
-?Kto ty jesteś? Gdzie ja jestem?
-?Mamo, to ja. Ellen.
-?Nie kłam. Za stara jesteś na moją Ellen.
Gdy matkę ogarniała mgła, Ellen miała według niej szesnaście lat.
Zupełnie jakby Aino zamroziła się w tamtych czasach trzydzieści lat
temu, które Ellen akurat wolałaby zapomnieć.
-?Nie możesz sobie tak po prostu wychodzić i iść na cmentarz.
Położyła dłoń na ręce matki, ale Aino ją szorstko zrzuciła.
-?Bezczelna jaka. Nikt mi nie będzie mówił, gdzie mi wolno chodzić.
-?Znów śpiewałaś. Na cmentarzu.
Ellen usiłowała przedostać się przez mgłę do jakiegoś zakamarka w mózgu
mamy, żeby do niej dotrzeć. Odstępy między chwilami jasnego myślenia
stawały się coraz dłuższe i coraz trudniej było jej pogodzić się z tym,
że ta kobieta dobrze jej znana oddala się, by zniknąć. Albo choćby z tym, że w tej mgle u Aino nie istnieje ostatnich trzydzieści lat. A wraz
z nimi wszystkie urodziny, pojawienie się na świecie dzieci, chrzciny,
Boże Narodzenia i wakacje z wnukami, gdy Aino leżała razem z nimi na
pomoście, łowiąc kraby. Tysiące takich wspomnień, które teraz
najczęściej znajdowały się całkiem poza jej zasięgiem. Z którymi Ellen
zostawała teraz sama.
-?Bo tym się zajmuję. Śpiewam. Opiekuję się smutkiem. Spójrz. Tu mam
zeszycik, w którym to notuję.
Aino sięgnęła do szuflady szafki nocnej i Ellen już wiedziała, co
stamtąd wyciągnie. Notatnik zapisany ozdobnym, staroświeckim pismem
mamy. Książeczka Żałobna, jak go nazwała i zapełniła wszystkimi chwilami
żałoby, którą dzieliła z innymi.
Teraz z zapałem pokazała ją Ellen.
-?Zobacz. Dzisiaj też coś zanotowałam. -?Zmarszczyła czoło. -?Musiałam
to zrobić. O tu. Z dzisiejszą datą. I godziną. Dziewiąta trzydzieści
jeden. "Dwie dusze, starsza i młodsza. Zmarłe przedwcześnie. Młodsza.
Tęsknota. Starsza. Wściekłość. Temu już kiedyś śpiewałam. Jedna dusza
jasna, druga mroczna. Jednak każda dusza zasługuje na pieśń, tak jasna,
jak i mroczna".
-?Dobrze, mamo -?powiedziała Ellen. -?Bardzo ładnie.
-?Dlaczego mówisz do mnie mama? To wolno tylko mojej córce Ellen.
-?Przepraszam, Aino. Masz na imię Aino.
Płacz uwiązł jej w gardle. Pogładziła rękę mamy, wciąż gładką i prawie
bez zmarszczek.
-?Spróbuj odpocząć. I powiedz, jak będziesz chciała wyjść.
-?Będę chodzić, gdzie mi się podoba -?mruknęła, ale znów się położyła i zamknęła oczy.
Ellen wyjęła z jej ręki notatnik i włożyła z powrotem do szuflady.
Wyszła z pokoju, gdy Aino już spała głęboko.
-?To ja, przyniosłam trochę jedzenia!
Kristina weszła, a Erica zaczerpnęła tchu tak gwałtownie, że Nora w jej
ramionach aż drgnęła. Teściowa nie miała zwyczaju pukać przed wejściem.
W dodatku Patrik dał kiedyś matce klucz do domu, na czas ich
tygodniowego wyjazdu. Szanse, aby odzyskać ten klucz, Erica oceniała
jako niewielkie.
Uciszyła Norę, a Kristina weszła w głąb mieszkania.
-?Zauważyłam, że dajecie dzieciom bardzo dużo śmieciowego jedzenia,
mrożone pizze, nuggetsy z kurczaka i temu podobne. A wiesz, jak robią te
nuggetsy? Oglądałam wiele lat temu program telewizyjny z Jamiem
Oliverem, kiedy próbował zmienić na lepsze żywienie w angielskich
stołówkach szkolnych, a więc nuggetsy robi się z chrząstek, skóry i wnętrzności, z wszelkich możliwych odpadów. No i jeszcze te wszystkie
domieszki. Kto wie, jakie skutki to przyniesie, na pewno raka, alergie,
bo dla dzieci to jest czysta trucizna.
-?Nie dajemy im samego... -?zaczęła Erica, ale Kristina już była w kuchni
i rozpakowywała przyniesione torby.
-?Gdybyście w końcu przyszli do nas z dziećmi, mogłabym im podać zdrowe,
świeżo ugotowane jedzenie. W mikrofalówce ginie mnóstwo pożytecznych
substancji odżywczych.
Erica pokręciła głową. No tak, bardzo dawno nie byli u Kristiny i Gunnara.
-?Erica?
Ostry ton Kristiny zdradzał, że to, co powie teraz, bynajmniej nie
będzie komplementem.
-?Tak? -?odparła z cichym westchnieniem.
Nie mogła zaprzeczyć, że Kristina im pomaga w codziennym życiu, ale
chwilami cena za tę pomoc wydawała jej się aż za wysoka.
-?Stoją tu butelki. I mieszanka. Nie próbujesz karmić Nory piersią?
Tym razem westchnienie Eriki było głośne.
-?Nie, nie chce ssać piersi, dlatego ciągle miałam zapalenia. A kiedy
zaczęła tracić na wadze, Magdalena Bergström uznała, że lepiej będzie
przejść na mieszankę.
-?Boże, przecież jako lekarka powinna wiedzieć, jakie znaczenie dla
układu odpornościowego ma mleko matki. Czy na dzisiejszych studiach
lekarskich niczego nie uczą? Skoro pracowała w Afryce, to chyba ma
świadomość, jakie to ważne. Jak urodziłam Patrika i Lottę, to doktor
Gerald podkreślał, że muszę karmić wyłącznie piersią. Mowy nie było,
żebym karmiła butelką.
Coś w kuchni spadło na ziemię, ale Erica nie zdobyła się, żeby tam
pójść.
-?Czy było to zawsze proste? -?ciągnęła Kristina. -?A skądże! W pierwszych tygodniach przy Patriku miałam tak poranione sutki, że krew
mieszała się z mlekiem. Ale wasze pokolenie rodziców myśli, rzecz jasna,
przede wszystkim o własnej wygodzie, a nie o tym, co będzie najlepsze
dla dzieci.
Kristina hałasowała w kuchni, a Erica zacisnęła szczęki aż do bólu.
-?Nie mogę się wtrącać do waszych wyborów, ale mogę przynajmniej
dopilnować, żeby te starsze dzieci zjadły coś zdrowego. Upiekłam lazanię
i zapiekankę z ryby.
Ekologiczne. Bez żadnych konserwantów albo dodatków z podrobów.
Jej nowa mania na punkcie zdrowego jedzenia objawiła się po zawale
Gunnara i choćby Kristina miała jak najlepsze intencje, zaczęło to
działać na nerwy wszystkim w jej otoczeniu. Włącznie z Gunnarem.
Erica wyobraziła sobie, jak dzieci zareagują na wiadomość, że na obiad
będzie zapiekanka z rybą. Po prawdzie chyba rzeczywiście było ostatnio
trochę dużo kupnych dań i półproduktów, ale przy czwórce dzieci, z których jedno było niemowlęciem, obowiązywało prawo dżungli.
Zdecydowanie nie zamierzała robić sobie z tego powodu wyrzutów.
-?Dziękuję, Kristino, to miło z twojej strony! -?Postarała się, żeby
zabrzmiało szczerze.
Nora zakwiliła na jej ręku, skrzywiła się i przeciągnęła, ale spała
dalej.
-?Wiesz, że nie powinna się przyzwyczajać do spania na rękach? Potem nie
będzie mogła spać nigdzie indziej, musisz ją przyzwyczaić do łóżeczka.
Kristina stanęła w drzwiach salonu. Erica już otworzyła usta, żeby
udzielić zgryźliwej odpowiedzi, ale teściowa zdążyła wrócić do kuchni.
-?Ciekawa jestem, co się dzieje na cmentarzu -?zawołała, otwierając
lodówkę. -?Wiesz, chodzenie na cmentarz stało się dużo bardziej
interesujące, odkąd przeszłam kurs z genealogii. Pomyśl tylko, ile to
losów ludzkich skrywa się pod nazwiskami na nagrobkach.
-?Przepraszam, co powiedziałaś na temat cmentarza?
Erica wyprostowała się, siedząc na kanapie.
-?Ojej, strasznie dużo macie tu tych soków Festis, a ile w nich
sztucznych dodatków, nie mówiąc o plastiku! A wiesz, że Sylvia pomogła
mi dotrzeć do moich przodków z szesnastego wieku i...
-?Co mówiłaś o cmentarzu? -?zniecierpliwiła się Erica.
-?Jakaś akcja nie z tej ziemi -?odparła Kristina. -?Radiowozy, technicy
w kosmicznych kombinezonach, odgrodzili cały rejon. Próbowałam się
dodzwonić do Patrika, ale oczywiście nigdy ode mnie nie odbiera...
Erica sięgnęła po telefon i jedną ręką -?bo drugą trzymała Norę -
napisała esemesa.
Cmentarz?
Zobaczyła, że Patrik przeczytał, ale nie odpowiedział. Ku jej
niezadowoleniu.
-?Mogę wyrzucić te resztki? -?spytała z kuchni Kristina. -?Nie pachną
zbyt świeżo, nie masz pojęcia, co się może w nich rozmnożyć. Wstawiając
je do lodówki, powinnaś pisać datę na opakowaniach. Niezdrowe bakterie w żołądku mogą porządnie namieszać w organizmie i prowadzić do raka,
zresztą okazało się, że flora jelitowa może oddziaływać na mózg...
Nie słuchając Kristiny, napisała nowego esemesa do Patrika. Tym razem
bardziej zdecydowanego.
Jeśli mi nie odpowiesz, co się dzieje, zacznę wydzwaniać po ludziach...
Również go przeczytał. Erica odczekała, gotowa w razie czego podnieść
stawkę. I oto przyszła odpowiedź:
Nie wolno ci powiedzieć NIKOMU ani słowa! Wydaje nam się, że
znaleźliśmy Sofie Rudberg. Jedziemy zawiadomić Yvonne i Allana.
Co jest...? Tętno tak jej przyspieszyło, że dostała mroczków przed oczami.
Odłożyła ostrożnie Norę na kanapę. Córeczka drgnęła, zamrugała parę
razy, ale zaraz się uspokoiła.
Erica miała gonitwę myśli. Sofie. Odnaleziona.
Zaginięcie Sofie było mimo upływu lat wielką otwartą raną dla całej
Fjällbacki. Wydawnictwo Eriki chciało, żeby napisała o tej sprawie,
jednak do tej pory uważała, że to niemożliwe. Co innego teraz, gdy
pojawiła się szansa na jej domknięcie. I opowiedzenie tej historii od
samego początku, po uzyskaniu odpowiedzi na wszystkie pytania.
-?Odłożyłaś ją! Jednak dobrze, że słuchasz starej teściowej, przecież ja
też miałam dzieci i wiem, co mówię. A z tą mieszanką jeszcze nie jest za
późno...
Erica się zerwała.
-?Możesz popilnować Nory? Muszę sprawdzić coś w moim gabinecie.
-?No pewnie, ale...
-?Dzięki!
Pobiegła na schody. Włączając komputer, poczuła znajome podniecenie, jak
za każdym razem, kiedy zaczynała jakąś historię. Otworzyła program i zaczęła wyszukiwać wszystko o zaginięciu Sofie. Gdy Patrik wróci już do
domu, będzie miała do niego tysiące pytań.
-?Zdaje się, że miałeś jakieś wątpliwości, czy jechać ze mną. Z jakiegoś
szczególnego powodu?
Patrik zerknął na siedzącego obok Göstę. Minęli ostry zakręt w Mörhult i właśnie mieli zjechać w lewo do domu Yvonne i Allana Rudbergów.
-?Zawiadamianie o śmierci nigdy nie jest przyjemne -?odparł krótko
Gösta.
Patrik odniósł wrażenie, że kryje się za tym coś więcej, ale nie
naciskał. Nauczył się, że Gösta potrzebuje więcej czasu, a jeśli nie
zechce mówić, to nie ma na niego siły.
-?Wydaje mi się jednak, że akurat tym razem powitają to z ulgą, tyle lat
czekali na odpowiedź, co się stało -?powiedział Patrik, skręcając na
podjazd, gdzie zatrzymał się za dwoma stojącymi tam samochodami. -?W każdym razie chyba są w domu, nie chciałem uprzedzać przez telefon.
Podeszli do drzwi wejściowych, Patrik odetchnął głęboko, zanim nacisnął
dzwonek, którego dźwięk odbił się echem w wielkim domu. Czekając, aż
ktoś otworzy, spojrzał w prawo, na widok. Dom był przepięknie położony.
Na samym północnym krańcu Fjällbacki w stronę Tanumshede.
-?Chyba mieszkali tu również wtedy, gdy zaginęła Sofie? -?zagadnął
Göstę, który przytaknął.
-?Nie chcieli się przeprowadzić. Mają tu również jedną z szop rybackich,
takich nieruchomości się nie sprzedaje.
-?To zrozumiałe.
Usłyszeli w środku kroki, odsunęli się nieco od drzwi.
-?O, cześć, Gösta!
Twarz Yvonne Rudberg wyrażała zdziwienie. Spojrzała na Patrika.
-?Patrik Hedström -?przedstawił się.
-?Przecież wiem. Mąż Eriki Falck.
Za stojącą w drzwiach Yvonne majaczył wielki hol z przyciemnionym
światłem.
-?Właśnie. Możemy wejść na chwilę?
Spojrzała pytająco, Patrikowi wydawało się, że dojrzał w jej oczach coś
w rodzaju lekkiego przestrachu. Jednak skinęła głową i wpuściła ich do
środka.
-?Allan! Policja przyszła -?zawołała w stronę pięknych drewnianych
schodów z rzeźbioną poręczą i zwisającym z sufitu olbrzymim kryształowym
żyrandolem.
Z góry dobiegły ciężkie kroki i wkrótce schodami zszedł Allan. Postawny
mężczyzna o ciemnych siwiejących włosach. Patrik nie znał go osobiście,
ale rozpoznał ze zdjęć w artykułach prasowych o Sofie, zresztą widywał
go również w miasteczku.
-?Chodźmy do salonu.
Yvonne przeszła szybkim krokiem do salonu, gdzie skręciła w lewo przy
wielkim stole jadalnianym.
Poszli za nią, a Allan tuż za nimi. Patrik wyczuł ich napięcie.
Wprawdzie wierzył, że przyjmą z ulgą tę wiadomość, a jednak nie sposób
się przyzwyczaić do takich rozmów.
Zerknął na Göstę, który sprawiał wrażenie, jakby kurczył się z każdym
krokiem.
Siadając na wielkiej narożnej kanapie, Patrik niemal się od niej odbił.
Siedzisko się nie uginało, więc siedziało się rzeczywiście na kanapie.
Yvonne i Allan usiedli na fotelach naprzeciw Patrika i Gösty. Yvonne
zaciskała dłonie trzymane na kolanach. Ani ona, ani Allan nie spytali, o co chodzi, tylko czekali, aż Patrik albo Gösta coś powiedzą.
Patrik chrząknął i prawie poleciał w przód. Twarde siedzisko jakby
chciało go odrzucić.
-?Dzisiejszego ranka otworzyliśmy na cmentarzu pewien grób. Po wyjęciu
trumny, o którą chodziło, odkryliśmy tam coś więcej...
Yvonne chwyciła ramię Allana, jakby chciała się przytrzymać przed tym,
co nastąpi.
-?Pod trumną znaleźliśmy szkielet. Nie mogę tego ostatecznie
potwierdzić, dopóki nie będzie wyniku badania z Zakładu Medycyny
Sądowej, ale mamy poważne powody do przypuszczenia, że znaleźliśmy
Sofie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki