Płaczka. Saga o Fjällbace. Tom 12 - Camilla Läckberg

Kup ebooka

44.99 zł
26.99 zł (26,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sobota

-?CO Z CIE­BIE za nie­douk, kurde! Tak prze­trzy­ma­łeś tę makrelę, że wyschła na wiór!

Z kuchni dobiegł łoskot, goście aż pod­sko­czyli.

-?Zabrzmiało jak w odcinku Hell's Kit­chen -?szep­nęła Erica Falck, nachy­la­jąc się nad sto­łem do swego męża Patrika. -?Drze się chyba jesz­cze gorzej od Gor­dona Ram­saya.

-?Jedze­nie plus roz­rywka -?odpo­wie­dział z krzy­wym uśmie­chem Patrik, wycią­ga­jąc szyję, żeby zaj­rzeć do kuchni.

-?Pre­mie­rowy wie­czór, nie ma co się dzi­wić, to jak cho­roby wieku dzie­cię­cego -?zauwa­żyła Erica. -?A jeśli następne dania okażą się tak smaczne jak dotąd, to dla mnie Gabriel może sobie ciskać garn­kami, ile zechce.

Wzięła kolejny kęs z pierw­szej potrawy, którą jej podano, ide­al­nie przy­rzą­dzo­nego prze­grzebka z nowa­lij­kami i uno­szą­cym się nad nim jak chmurka musem z homara.

-?Mam nadzieję, że nie­długo będzie dal­szy ciąg -?mruk­nął Patrik. -?Bo to był zale­d­wie kąsek. Jeśli dalej tak pój­dzie, to wra­ca­jąc, będziemy musieli wstą­pić na pizzę.

Erica prze­wró­ciła oczami.

-?O Boże, ni­gdzie nie można cię zabie­rać.

Znów się nachy­liła w jego stronę i pokle­pała go po udzie, uno­sząc kie­li­szek bia­łego wina.

-?Wypijmy za ten wie­czór we dwoje. Bez dzieci. Pierw­szy od uro­dze­nia Nory. W gło­wie się nie mie­ści, że już ma sześć tygo­dni.

Patrik też pod­niósł kie­li­szek, wypili, roz­ko­szu­jąc się winem, a potem nachy­lił się i poca­ło­wał ją w usta. Gdy z kuchni dobie­gły kolejne prze­kleń­stwa i łoskot, zaczęli chi­cho­tać. Erica się rozej­rzała. Ledwo roz­po­zna­wała wnę­trze. Gröna Lid był loka­lem o tra­dy­cjach jed­nych z naj­star­szych w Fjällbace, kie­dyś kino, potem pen­sjo­nat, dan­cing, restau­ra­cja i klub nocny. W pew­nym okre­sie nawet bank. Teraz ponow­nie restau­ra­cja, ale wnę­trze pod­dano cał­ko­wi­tej reno­wa­cji przed jej otwar­ciem pod nazwą Hav & Salt, Morze i Sól. Ściany były w kolo­rze dys­kret­nej lek­kiej zie­leni, stoły z jasnego drewna nakryte ide­al­nie bia­łymi obru­sami, a kuch­nia w stali i alu­mi­nium lśniła nowo­ścią. W jej wnę­trzu otwar­tym na salę restau­ra­cyjną roiło się od pra­cow­ni­ków, Erica obser­wo­wała z fascy­na­cją ich dosko­nale sko­or­dy­no­wane ruchy, wyglą­dali nie­mal, jakby tań­czyli. Dwu­skrzy­dłowe drzwi wej­ściowe ze sta­ro­świec­kimi szy­bami stały otwo­rem, dzięki czemu cie­płe powie­trze sierp­nio­wego wie­czoru mie­szało się z chłod­niej­szym kli­ma­tem wnę­trza.

-?Mam nadzieję, że uda im się wyjść na swoje -?powie­działa z tro­ską, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po menu leżą­cym obok tale­rza. -?To dosyć wymyślna kuch­nia. W okre­sie poza sezo­nem tury­stycz­nym może im być ciężko.

-?Słu­chaj no, wieszczko, a nie mówi­łaś, jak to wspa­niale, że Gabriel Rud­berg otwiera tu restau­ra­cję?

-?Tak, uwa­żam, że wspa­niale. Tylko mam nadzieję, że im się to opłaci. I bar­dzo ład­nie, że ofi­cjalne otwar­cie przy­pada w trzy­dzie­stą rocz­nicę zagi­nię­cia Sofie.

Spoj­rze­nie Eriki powę­dro­wało do opra­wio­nej foto­gra­fii wiszą­cej w widocz­nym miej­scu na jed­nej ze ścian. Rodzina Rud­ber­gów w ich ówcze­snej restau­ra­cji U Allana. Po jed­nej stro­nie stołu Allan i jego syn Gabriel, po dru­giej Yvonne i jej córka Sofie. Wyda­wało się zro­bione w koń­cówce szkoły pod­sta­wo­wej Sofie.

-?No i jak?

Przy ich sto­liku sta­nęła maco­cha Gabriela, Yvonne Rud­berg, i uśmiech­nęła się sze­roko, sta­wia­jąc przed nimi następne dania.

-?To jest homa­rzec z purée z paster­naku i pod­pie­czoną trawą mor­ską - wyja­śniła z dumą.

Drgnęła, gdy z kuchni dobie­gło kolejne prze­kleń­stwo. Uśmiech­nęła się, tym razem ner­wowo.

-?To przez tremę zwią­zaną z pre­mierą -?powie­działa cicho.

-?Dla nas dodat­kowa roz­rywka -?wtrą­cił Patrik, który spoj­rzał podejrz­li­wie na trawę mor­ską i nabrał sobie kawa­łek homarca.

Erica poło­żyła dłoń na ręce Yvonne.

-?Wiesz, moim zda­niem to świet­nie, że zro­bi­li­ście otwar­cie wła­śnie dziś.

Yvonne kiw­nęła tylko głową i drugą ręką pokle­pała dłoń Eriki. Rzu­ciła okiem na foto­gra­fię na ścia­nie, zabrała rękę i prze­szła do następ­nych sto­li­ków w peł­nej gwaru restau­ra­cji.

-?Widzia­łem ten mate­riał w dzi­siej­szej tele­wi­zji śnia­da­nio­wej Nyhet­smor­gon -?ode­zwał się Patrik i wyskro­bu­jąc resztki purée z widelca, zer­k­nął na Ericę. -?Nawet się dzi­wię, że ni­gdy nie napi­sa­łaś o zagi­nię­ciu Sofie.

Erica wzru­szyła ramio­nami.

-?Przy­szło mi to do głowy, ale sama nie wiem... Sofie była w szkole o parę klas wyżej ode mnie, więc zna­łam ją tylko z widze­nia. Mimo to wyda­wało mi się, że sprawa jest jakoś za bli­sko mnie.

-?A o Ale­xan­drze napi­sa­łaś, prawda?

-?Tak, bo mię­dzy nami pozo­stało coś nie­do­po­wie­dzia­nego. Ale­xan­dra była moją przy­ja­ciółką. Książka o niej to był mój spo­sób na zna­le­zie­nie odpo­wie­dzi. Sofie zada­wała się tylko z prze­bo­jo­wymi star­szymi dziew­czy­nami. Wyda­wała mi się nie­do­ści­gła. No nie wiem. Byłoby to jakieś takie gonie­nie za sen­sa­cją.

-?Kurwa, uwa­żasz się za kucha­rza, a nawet porząd­nie poso­lić nie umiesz?

Wrzask Gabriela odbił się echem od ścian, a Patrik się zaśmiał.

-?Śmie­szy mnie to. Czy to zna­czy, że jestem dzi­wa­kiem? Ale poważ­nie: por­cje powinny być więk­sze, bo z głodu zaraz zmar­nieję. No i nie wiem, czy mam ochotę na tę trawę mor­ską.

-?Jakoś prze­ży­jesz -?odpo­wie­działa sucho Erica.

Wypiła łyk wina. Nie­kar­mie­nie pier­sią miało swoje zalety.

Gdy parę godzin póź­niej wró­cili do domu, wszyst­kie dzieci spały już w swo­ich łóż­kach. Mama Patrika, Kri­stina, rów­nież spała sobie smacz­nie na kana­pie. Erica nachy­liła się i obu­dziła ją deli­kat­nie.

-?Jeste­śmy już. Wiel­kie dzięki, że ich popil­no­wa­łaś, cudow­nie, że mogli­śmy spę­dzić tro­chę czasu we dwoje.

Kri­stina usia­dła, ziew­nęła i popra­wiła poduszki na kana­pie.

-?Żaden kło­pot. Zacho­wy­wali się jak aniołki. Nawet bliź­niacy. A ta malutka jest cudowna.

Erica poczuła ukłu­cie w piersi. Poko­chała naj­młod­szą córeczkę od pierw­szego wej­rze­nia, ale stale się nie­po­ko­iła, jak ludzie będą na nią reago­wać. Świat bywa nie­ła­skawy dla tych, któ­rzy nie są tacy jak wszy­scy.

-?Tak, rze­czy­wi­ście jest wspa­niała -?odparła, ści­ska­jąc Kri­stinę na poże­gna­nie.

Patrik już stał w kuchni.

-?Zro­bię sobie kanapkę. No więc wszystko było pyszne, nawet ta cała trawa mor­ska. Tylko że wciąż jestem głodny, no i nie było pizzy...

Erica spoj­rzała na męża w świe­tle pada­ją­cym z otwar­tej lodówki. Zdą­żył już zdjąć spodnie, został za to w skar­pet­kach, kale­so­nach i koszuli. Na jego skro­niach poja­wiły się lek­kie roz­bry­zgi siwi­zny, a wokół oczu nieco wię­cej zmarsz­czek od śmie­chu.

Przy­stojny jak ni­gdy.

-?Kocham cię -?powie­działa. -?Boże, jak ja cię kocham.

Już w dzie­ciń­stwie była sową, ku roz­pa­czy swo­ich rodzi­ców. Jed­nak w latach spę­dzo­nych z Tagem te późne godziny nocne nabrały zupeł­nie innego zna­cze­nia. On naj­czę­ściej padał już około dzie­wią­tej, naj­czę­ściej na fotelu, na któ­rym spę­dzał więk­szą część czasu po pracy.

Znie­na­wi­dziła ten fotel. Miał z niego widok na cały par­ter: duży pokój, kuch­nię i mały sto­łowy. Tym samym rów­nież na nią.

Ni­gdy nie wie­działa, kiedy wysko­czy z fotela. Bo coś zro­biła albo prze­ciw­nie: nie zro­biła. Cza­sem koń­czyło się na wymie­rze­niu policzka. Jed­nak kilka razy musiała poje­chać do szpi­tala.

Ni­gdy go nie wydała, nie zdra­dziła, że to przez niego. Z wielu powo­dów. Ze względu na dzieci. Ze wstydu. Ze świa­do­mo­ści, że wyszła za niego, cho­ciaż wszy­scy pro­sili i bła­gali, żeby tego nie robiła. Wie­działa, że mąż ją zabije, jeśli złoży na niego donie­sie­nie.

I mimo wszyst­kiego, co się z tym fote­lem łączyło, nie zosta­wiła go. Przez trzy­dzie­ści lat.

Dzieci już wpa­dły z pyta­niem o dom. Nawet się zdzi­wiła, że cze­kały z tym tak długo.

Mie­siąc po tym, jak zła­mała bio­dro i zdała sobie sprawę, że już nie może zostać u sie­bie. Wtedy zaczęły krą­żyć jak sępy. Oczy­wi­ście uda­jąc tro­skę. Pro­po­no­wali jej, żeby prze­pro­wa­dziła się do ośrodka opieki. Mówili, że jest miły i przy­jemny, że będzie tam miała towa­rzy­stwo, już nie będzie sama.

Powinna się pew­nie cie­szyć, że nie zapro­po­no­wali jej domu pomocy spo­łecz­nej ?ldersro. Ostatni przy­sta­nek przed cmen­ta­rzem, jak mawiał Tage. Dzieci nie rozu­miały, że zawsze sobie radziła sama. I zawsze, przez te wszyst­kie lata, była sama. Nie bała się samot­no­ści.

Bała się ich ojca, ale nie samot­no­ści.

Kawa już wysty­gła, więc wstała, żeby nalać sobie jesz­cze jedną fili­żankę. Zwy­kle nie mogła pić kawy wie­czo­rem, ale już nie miało to zna­cze­nia. I tak nie mogła spać. Od mie­siąca nie sypiała. Zapa­dała tylko w krót­kie drzemki koń­czące się kosz­ma­rami sen­nymi, z któ­rych budziła się szarp­nię­ciem.

Myślała, że będzie wolna. Wresz­cie. W końcu. Zamiast tego ściany jej wię­zie­nia zacie­śniały się coraz bar­dziej. Zro­biło się tak cia­sno, że ledwo mogła oddy­chać. Nie bar­dzo rozu­miała, dla­czego kata­li­za­to­rem oka­zało się pęk­nię­cie w sta­wie bio­dro­wym, a jed­nak wyzwo­liło w niej coś, czego już nie potra­fiła zatrzy­mać.

Dzieci dostaną to, czego chcą. Nie musiały jej prze­ko­ny­wać. Wie­działa, ile wart jest ten dom. Dzięki poło­że­niu dokład­nie nad rzę­dem szop rybac­kich z wido­kiem na wej­ście do portu przy­nie­sie im wiele milio­nów. Marii i Mika­elowi dobrze się powo­dziło, ale widziała, jak im oczy zabły­sły na myśl o sprze­daży.

Ponio­sła porażkę. Nie udało jej się prze­ka­zać dzie­ciom nic od sie­bie. Patrząc na nich, widziała wyłącz­nie Tagego, a teraz nie może już zro­bić dla nich nic wię­cej. Nie staną się szczę­śliwi dzięki tym pie­nią­dzom. Bo nie potra­fią być szczę­śliwi.

Podob­nie jak ich ojciec byli wiecz­nie nie­za­do­wo­leni, obra­żeni, że życie nie przy­nio­sło im tego, na co rze­komo zasłu­gi­wali. Ona ich wycho­wała, opie­ko­wała się nimi, opa­try­wała rany, cało­wała na dobra­noc. Ale to jemu udało się ze swego fotela uro­bić ich na swoją modłę.

Jego kom­plet genów wygrał z jej miło­ścią do nich.

Pozo­stało jej tylko roz­pro­szyć kosz­mary senne poprzez roz­po­rzą­dze­nie swoją prawdą. Będzie jej bra­ko­wało tego widoku. Patrze­nia na Valön wynu­rza­jącą się maje­sta­tycz­nie z sza­ro­błę­kit­nego morza. I jesz­cze na wieżę do sko­ków na Badhol­men na tle wie­czor­nego nieba. Ale w końcu, wresz­cie będzie przy­naj­mniej wolna.

Niedziela

ERICA NAPA­WAŁA SIĘ chwilą samot­no­ści na weran­dzie przed obu­dze­niem się dzieci. W dni powsze­dnie zamęt zaczy­nał się o siód­mej od pobudki i krzą­ta­niny przy dzie­cia­kach. Jed­nak w week­endy pozwa­lała im spać, aż się same obu­dzą, a w związku z tym, że Nora od początku oka­zała się dziec­kiem, które dobrze sypia, Erica naj­czę­ściej mie­wała dla sie­bie godzinkę albo dwie na weran­dzie przy fili­żance kawy.

Patrik poje­chał do pracy i cho­ciaż kochała go jak stąd do księ­życa i z powro­tem, ceniła sobie chwile, gdy była w domu jedyną doro­słą osobą. Przy czworgu małych czy już nie tak małych dzieci wyda­wało jej się cza­sem, że nie sły­szy wła­snych myśli, i dopiero gdy miała chwilę dla sie­bie w domu spo­wi­tym ciszą, wra­cało do niej powoli jej dawne ja. To, że przez cały czas musiała zaspo­ka­jać potrzeby innych, było wyczer­pu­jące, a gra­nica mię­dzy byciem Ericą a byciem mamą i żoną coraz bar­dziej się zacie­rała.

Wydaw­nic­two nale­gało na nową książkę. Poprzed­nia, ta o spra­wie Loli, figu­ro­wała długo na listach best­sel­le­rów i została sprze­dana do wielu kra­jów. Jej agent chciał, żeby poje­chała na targi książki we Fran­cji, Hisz­pa­nii i w Pol­sce, ale jak mia­łaby to zro­bić? Ledwo dawała radę wybrać się do sklepu spo­żyw­czego.

Zatrzesz­czała elek­tro­niczna nia­nia. Sie­dząc na weran­dzie, Erica nie zawsze sły­szała, że Nora już się obu­dziła i zaczęła krzy­czeć, dla­tego na wszelki wypa­dek włą­czała to urzą­dze­nie.

Nora się roz­kasz­lała. Erica zmarsz­czyła czoło. Nie­do­brze.

Przed uro­dze­niem małej prze­czy­tała wszystko, co się da, na temat dzieci z zespo­łem Downa, i choć leka­rze zapew­nili ją, że córeczka nie należy do tych czter­dzie­stu, pięć­dzie­się­ciu pro­cent mają­cych pro­blemy kar­dio­lo­giczne, to Erica nie mogła prze­stać się nie­po­koić.

Nora ponow­nie zakasz­lała, tym razem był to długi, cią­gnący się atak. Erica zerwała się i poszła na pię­tro. Szcze­bel­kowe łóżeczko stało w ich sypialni, Erica weszła tam i zastała Norę macha­jącą rącz­kami i nóż­kami.

Dziew­czynka uśmiech­nęła się sze­roko na widok nachy­lo­nej nad nią Eriki, która deli­kat­nie wzięła na ręce cie­płe ciałko. Jej uśmiech poja­wił się po raz pierw­szy zale­d­wie parę dni temu i nie spo­sób było mu się oprzeć.

Znów zakasz­lała, i to na tyle długo, że nie mogła zła­pać tchu. Serce Eriki waliło z nie­po­koju, zabrała córeczkę na par­ter, chwy­ciła tele­fon pod­łą­czony do łado­warki na bla­cie kuchen­nym i wybrała numer, na który dzwo­niła aż za czę­sto od uro­dze­nia Nory.

-?Cześć, mówi Erica. Słu­chaj, Nora potwor­nie kaszle, wydaje mi się, że ma kło­poty z oddy­cha­niem. Nie wiem, co robić... Na pewno? Jesteś tam? Okej. Dzięki, wspa­niale, jesz­cze tylko zadzwo­nię po teściową, żeby się zaopie­ko­wała pozo­sta­łymi dziećmi. Wyślę ci ese­mesa, jak będę wyjeż­dżać z Fjällbacki.

Pół godziny póź­niej Erica zdą­żyła prze­wi­nąć Norę, dać jej butelkę mie­szanki, cier­pli­wie wysłu­chać wykładu Kri­stiny, według któ­rej nie­po­trzeb­nie się mar­twi o Norę, i już była w dro­dze do przy­chodni w Tanum­shede. W zasa­dzie zamknię­tej.

Wolała jechać tam, cho­ciaż do Tanum­shede było dalej. Mieli dogod­niej­sze godziny przy­jęć niż w Fjällbace, zresztą czuła się pew­niej, idąc z Norą do Mag­da­leny, która była bar­dzo doświad­czoną lekarką. W piersi trze­po­tał nie­po­kój i już chciała dzwo­nić do Patrika, ale posta­no­wiła dać spo­kój. Nie potrze­bo­wała kolej­nego wykładu o tym, że jest nado­pie­kuń­cza. Patrik był chwi­lami aż za bar­dzo podobny do swo­jej mamy.

Nie­dziela w komi­sa­ria­cie upły­wała spo­koj­nie. Patrik cie­szył się, że jest sam, bo chaos wywo­ły­wany w domu przez dzieci w wieku szkol­nym, przedszkol­nym i jesz­cze przez nowo­rodka był wpraw­dzie cudowny, ale jed­no­cze­śnie okrop­nie wyczer­pu­jący. A spo­kojny dzień spę­dzany samot­nie w komi­sa­ria­cie był też szansą na nad­go­nie­nie papie­ro­lo­gii. Annika cią­gle mu przy­po­mi­nała, że musi dokoń­czyć swoje raporty, ale Patrik mało czego nie zno­sił tak, jak wszel­kiej biu­ro­kra­cji, i zawsze umiał zna­leźć dobry powód, żeby to od sie­bie odsu­nąć.

W końcu zaś musiał i tak to zro­bić.

Nalał sobie fili­żankę dopiero co zapa­rzo­nej kawy. Niby świe­żej, a jed­nak ohyd­nej w smaku. Annika wpraw­dzie wspo­mi­nała coś o kup­nie maszynki Nespresso, ale została prze­gło­so­wana przez wszyst­kich. Podła kawa z eks­presu prze­le­wo­wego towa­rzy­szyła im w ciągu tylu godzin pracy, że stała się czymś w rodzaju wier­nego przy­ja­ciela.

Patrik usiadł przy stole kuchen­nym i pozwo­lił sobie na chwilę cichej kon­tem­pla­cji.

Papiery na biurku mogły jesz­cze chwilę pocze­kać, on w tym cza­sie napa­wał się ciszą.

Szcze­gólna rzecz, jak funk­cjo­nuje ludzka pamięć, jak szybko mózg wypiera pierw­szy potwor­nie absor­bu­jący okres po poja­wie­niu się dziecka. Oczy­wi­ście za nic nie zamie­niłby tego cha­osu na inne życie. Przyj­ście na świat Nory odbie­rał tak, jakby na miej­sce tra­fił ostatni ele­ment ich życio­wej ukła­danki.

Pod­niósł się, dolał sobie kawy i ruszył do swo­jego gabi­netu. Wła­śnie prze­cho­dził obok recep­cji, gdy otwo­rzyły się drzwi komi­sa­riatu. Przy­sta­nął.

-?Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc?

Do środka weszła ostroż­nie drob­niutka pani z wystra­szo­nym wyra­zem twa­rzy.

-?Chcia­ła­bym roz­ma­wiać z jakimś poli­cjan­tem.

-?Jestem poli­cjan­tem. Nazy­wam się Patrik Hedström. -?Uśmiech­nął się przy­jaź­nie, sta­ra­jąc się roz­ła­do­wać jej wyraźne napię­cie.

-?W takim razie chcę roz­ma­wiać z panem. Przy­szłam zgło­sić mor­der­stwo.

Patrik zapa­trzył się na nią. Tego się nie spo­dzie­wał. Wska­zał ręką na małą kuch­nię.

-?Usiądźmy, to sobie spo­koj­nie pomó­wimy o tym, co się stało.

Star­sza pani poszła za nim w mil­cze­niu. Lekko uty­kała, pod­pie­ra­jąc się kulą. Usia­dła z pew­nym tru­dem na jed­nym z krze­seł pod oknem, a Patrik nalał jej fili­żankę kawy.

-?Nie jest zbyt dobra, ale zawsze to kawa -?powie­dział, sia­da­jąc naprze­ciw niej. -?To pro­szę teraz opi­sać, co się wyda­rzyło.

Zawa­hała się i rozej­rzała po pomiesz­cze­niu, po czym zaczerp­nęła głę­boko tchu.

-?Zamor­do­wa­łam go. Zamor­do­wa­łam mojego męża Tagego.

Patrik drgnął.

-?I gdzie on się teraz znaj­duje? W domu u pań­stwa?

Przyj­rzał jej się dokład­nie, ale nie zauwa­żył żad­nych śla­dów krwi ani ura­zów. Tak czy ina­czej, wyglą­dała na prze­szło osiem­dzie­siąt lat. A może to demen­cja? Chyba że zwy­czaj­nie szur­nięta?

-?Nie, nie, jest pocho­wany. -?Kobieta pokrę­ciła gwał­tow­nie głową.

-?Nie rozu­miem. Pocho­wany? Gdzie? W naszej oko­licy nie jest teraz pro­wa­dzone żadne docho­dze­nie w spra­wie mor­der­stwa.

Star­sza pani przy­go­to­wała się do wyja­śnień. Mówiła powoli i wyraź­nie jak do dziecka.

-?Nazy­wam się Edith Loman­der. Mój mąż miał na imię Tage. Zamor­do­wa­łam go, ale nikt się nie zorien­to­wał. Lekarz, który go badał, uznał, że śmierć nastą­piła z przy­czyn natu­ral­nych. A więc został pocho­wany. Leży na cmen­ta­rzu w Fjällbace.

-?I jak go pani zamor­do­wała?

Patrik nie wie­dział, co o tym myśleć. Może kobieta jest ucie­ki­nierką z ?ldersro, sta­rego, ale wyre­mon­to­wa­nego domu pomocy spo­łecz­nej w Fjällbace?

Jakby czy­ta­jąc mu w myślach, pani Edith zapew­niła go:

-?Nie jestem stuk­nięta. Ciało mam może nie za bar­dzo, ale głowa jest w porządku. Poda­łam mu gli­kol. I od tego umarł. Myśla­łam, że wszystko się skoń­czy, byleby tylko umarł, że będę umiała z tym żyć. A jed­nak nie mogę. Dla­tego tutaj jestem. Żeby się przy­znać. Zamor­do­wa­łam Tagego.

-?Jak to się stało, że podała mu pani gli­kol?

Edith wypro­sto­wała się na krze­śle, widać było jej ulgę, że zrzu­ciła z sie­bie ten cię­żar.

Upiła łyk kawy i skrzy­wiła się, po czym mówiła dalej.

-?Jak mia­ła­bym wytłu­ma­czyć się z życia z Tagem? Zaczęło się w noc poślubną, kiedy mnie ciężko pobił. I tak to już poszło. Powin­nam była odejść, ale uro­dziły się dzieci... Potem uro­sły i wypro­wa­dziły się, no i... Życie z Tagem było jedy­nym, jakie zna­łam.

Patrik szu­kał jakie­goś słowa. Był głę­boko poru­szony. Nie potra­fił wyobra­zić sobie pie­kła, jakie musiała prze­ży­wać ta kobieta przez aż nazbyt wiele lat.

-?I co spra­wiło, że go pani w końcu zabiła?

Edith wzru­szyła szczu­płymi ramio­nami.

-?Wła­ści­wie to dziwne. Niby nic wiel­kiego, bo przez te lata prze­ży­łam tyle dużo gor­szych rze­czy. Jak­bym po pro­stu nagle miała dość. Nie podo­bały mu się grzanki, które mu zro­bi­łam. A więc cisnął o ścianę moją fili­żankę do kawy. Po babci. Miała dla mnie zna­cze­nie sen­ty­men­talne. I oto nagle leżała na ziemi roz­kru­szona w drobny mak. Poczu­łam, jak­bym ja się też roz­kru­szyła w środku. Wie­dzia­łam, że w szo­pie mamy butelkę gli­kolu. A więc gdy Tage wyszedł na swój codzienny poranny spa­cer, wla­łam tego gli­kolu do soku, który zawsze wypi­jał zaraz po powro­cie do domu. Wypił dwie szklanki. I umarł. Myśla­łam, że to oczy­wi­ste, co zro­bi­łam. I byłam gotowa ponieść kon­se­kwen­cje. Jed­nak wezwany lekarz zało­żył, że Tage umarł natu­ralną śmier­cią. Nawet nie prze­pro­wa­dzili obduk­cji. A więc nic nie powie­dzia­łam. Krótko po tym go pocho­wa­li­śmy.

-?Kiedy to było?

-?Wczo­raj minęło trzy­dzie­ści lat od pogrzebu.

Patrik gapił się na nią z nie­do­wie­rza­niem.

-?Trzy­dzie­ści lat minęło?

-?Tak.

Nie dodała nic, tylko na niego patrzyła.

Patrik nie bar­dzo wie­dział, co zro­bić. Wła­ści­wie miał ochotę popro­sić ją, żeby wyszła z komi­sa­riatu i ni­gdy wię­cej o tym nie wspo­mi­nała. Minęło trzy­dzie­ści lat. Co za sens, żeby teraz w tym grze­bać? Co innego mówiło mu jego poczu­cie obo­wiązku. Dla mor­der­stwa nie ma przedaw­nie­nia1. Trzy dni czy trzy­dzie­ści lat -?nie ma zna­cze­nia. Mor­der­stwo musi zostać zba­dane nie­za­leż­nie od wszyst­kiego. Nie do niego należy ocena.

Wes­tchnął.

-?Pew­nie pani rozu­mie, że będziemy musieli doko­nać eks­hu­ma­cji?

Przy­tak­nęła.

-?Tak, rozu­miem. I co dalej? Przy­nio­słam torbę ze swo­imi rze­czami, w razie gdy­by­ście mnie chcieli aresz­to­wać.

-?Nie, nie, poje­dzie pani do domu, musimy uzy­skać potwier­dze­nie tego, co pani powie­działa, a zaj­mie to tro­chę czasu. Będą mi potrzebne pani dane kon­tak­towe. I nie wolno pani ni­gdzie wyjeż­dżać.

-?A dokąd ja mia­ła­bym poje­chać? -?Kobieta wzru­szyła ramio­nami.

Po otrzy­ma­niu jej danych Patrik odpro­wa­dził ją do drzwi i wciąż nie był do końca pewien, co się wła­ści­wie wyda­rzyło. Nie mógł powstrzy­mać się przed pyta­niem:

-?Dla­czego pani się przy­znała? Dla­czego pani tego po pro­stu nie prze­mil­czała? Mam na myśli, że... minęło trzy­dzie­ści lat. Nikt by się ni­gdy nie dowie­dział.

Kobieta potrze­bo­wała kilku sekund, żeby odpo­wie­dzieć.

-?Nie można żyć, nie pono­sząc kon­se­kwen­cji swo­ich dzia­łań. A prawda w jakiś spo­sób zawsze wycho­dzi na jaw. Tylko cza­sami potrze­buje lek­kiej zachęty.

Patrik zamknął za nią drzwi i zamy­ślił się nad tymi sło­wami. Jed­nak wciąż nie był prze­ko­nany. W jego zawo­dzie prawda bywała trudna do uchwy­ce­nia. I bywała rów­nież czymś rzad­kim.

Pod­niósł słu­chawkę i wybrał pewien numer.

-?Cześć, tu Patrik Hedström z komi­sa­riatu w Tanum­shede. Wno­szę o zgodę na eks­hu­ma­cję. Tak. Znowu.

-?Muszę wymie­nić kilka osób z per­so­nelu.

Gabriel w geście bez­rad­no­ści prze­cią­gnął pal­cami przez włosy.

-?Trzeba im dać szansę, żeby się wyro­bili -?ode­zwał się Allan.

Gabriel cho­dził tam i z powro­tem po pięk­nym, ręcz­nie wią­za­nym dywa­nie turec­kim. Za oknem roz­po­ście­rał się widok na wej­ście do portu, a słońce póź­nego lata odbi­jało się w wodzie.

Sto­jąc przy drzwiach salonu, Yvonne Rud­berg myślała z iry­ta­cją o tym, że tyle razy musiała medio­wać mię­dzy swoim mężem a jego synem. Niby tacy podobni, a jed­nak nie­po­dobni. Gabriel dawał upust swoim fru­stra­cjom. Allan cho­wał je do środka.

-?Nie mam czasu ani ochoty pra­co­wać z ama­to­rami. Jeśli mamy utrzy­my­wać tę restau­ra­cję na pozio­mie, na który się umó­wi­li­śmy, to muszę mieć ludzi nie­za­wod­nych!

Tup­nął lekko nogą. Przy­po­mniał jej się Gabriel nasto­letni, robiący to samo. Albo mały chło­piec. Zawsze łatwo wpa­dał w złość.

-?Ta restau­ra­cja nie znaj­duje się ani w Göteborgu, ani w Sztok­hol­mie - powie­dział spo­koj­nie Allan. -?I nie ma tu takiego wyboru, jeśli cho­dzi o per­so­nel. Musimy pra­co­wać z ludźmi, któ­rych mamy na miej­scu, trzeba dać im czas, szko­lić ich i mieć cier­pli­wość.

Usiadł w dużym fotelu skie­ro­wa­nym w stronę okna. Słońce padało mu pro­sto na twarz i Yvonne odno­to­wała na niej zmarszczki, któ­rych przed­tem nie zauwa­żyła. Jak to się stało, że nagle się razem zesta­rzeli? Mijał rok za rokiem, aż do teraz, gdy już był w per­spek­ty­wie dostrze­galny finał. Spę­dzili ze sobą czter­dzie­ści lat. Dzie­ląc ze sobą rado­ści i smutki. Kochała go. Bar­dziej niż samo życie.

-?Nie powin­ni­śmy podej­mo­wać pochop­nych decy­zji -?powie­działa. -?Pre­miera była w zasa­dzie udana. Dajmy sobie mie­siąc, a potem doko­namy ewa­lu­acji.

Żaden z nich nie odpo­wie­dział, ale wie­działa, że słu­chali. Na tym zawsze pole­gała jej rola. Na media­cji. I miała tego ser­decz­nie dość. Zresztą ni­gdy tak naprawdę nie dopu­ścili jej do swo­jej wspól­noty.

-?Uwa­żam, że decy­zja, aby doko­nać otwar­cia aku­rat wczo­raj, była błę­dem - powie­dział Gabriel. -?Nie byłem odpo­wied­nio sku­piony. Udziec z jele­nia został prze­pie­czony i nie udało mi się uzy­skać odpo­wied­nio kwa­sko­wa­tego smaku w sosie do golca.

Yvonne wbiła w niego wzrok, ale nie patrzył jej w oczy, tylko gapił się na dywan. I znów zaczął cho­dzić po pokoju. Wie­działa, że on wie, że wkra­cza na nie­bez­pieczny teren.

-?Decy­zja była słuszna -?ode­zwała się. -?To był ładny spo­sób, żeby uho­no­ro­wać twoją sio­strę. Jeśli to kwe­stio­nu­jesz, to tym samym pod­wa­żasz nas jako rodzinę. Sofie wciąż z nami jest. A jej miej­sce we wczo­raj­szym otwar­ciu było oczy­wi­ste.

-?Zga­dzam się z Yvonne.

Allan uśmiech­nął się do niej lekko. Mru­gnęła do niego w intym­nym poro­zu­mie­niu, które wypra­co­wali przez lata. Mieli wiele spo­so­bów komu­ni­ko­wa­nia się bez słów, w języku zro­zu­mia­łym tylko dla nich dwojga.

Spoj­rzała teraz na wody zatoki z pro­mie­niami słońca. Następ­nie odwró­ciła się do Gabriela.

-?Dziś przyjdą tu z "Bohusläningen", chcą zro­bić repor­taż o zagi­nię­ciu Sofie.

-?Po co?

Gabriel znów prze­su­nął dło­nią przez czarne włosy, które stale wpa­dały mu do oczu. Allan miał kie­dyś takie same, teraz już siwe.

-?Dobrze wiesz po co. Trzeba pod­trzy­mać pamięć o niej. Ktoś gdzieś coś wie. Czas zmie­nia wiele rze­czy i rela­cji. Rów­nież wza­jemne poczu­cie lojal­no­ści. Dopóki roz­ma­wiamy o Sofie, ist­nieje szansa, że ktoś wyj­dzie z jakąś infor­ma­cją. Wczo­raj był o tym mate­riał w Nyhet­smor­gon, ode­zwali się też z Efter­lyst2, chcą przy­go­to­wać jakiś mate­riał w związku z trzy­dzie­stą rocz­nicą jej zagi­nię­cia.

-?Jej nie ma! Nikt nie wyj­dzie z żadną infor­ma­cją! Ni­gdy się nie dowiemy, co się stało! Wy żyje­cie prze­szło­ścią, a ja pró­buję żyć teraź­niej­szo­ścią. Trudno, kurwa, rób­cie sobie te swoje wywiady, nie powstrzy­mam was przed tym. Ale ja mam pro­wa­dzić restau­ra­cję. Z mnó­stwem jakichś par­ta­czy!

Wypadł z pokoju, w któ­rym zapa­no­wało pełne napię­cia mil­cze­nie. Yvonne pode­szła do Allana i przy­sia­dła na pod­ło­kiet­niku. Objęła go za szyję i przy­tknęła głowę do jego głowy.

W ich stronę pły­nęła żaglówka pod peł­nymi żaglami.

-?Dzwo­nił Bengt, wpad­nie tutaj. Zdą­żymy, zanim przyjdą ci z "Bohusläningen".

Łączył ich spe­cjalny układ, pole­ga­jący na tym, że Bengt i Jocke, z któ­rymi zawsze byli bli­sko, zain­we­sto­wali w restau­ra­cję Gabriela. Niby nie należy mie­szać pie­nię­dzy z przy­jaź­nią, ale Bengt chciał im pomóc, a Yvonne nie znała dru­giego czło­wieka rów­nie uczci­wego jak on. Poza Alla­nem oczy­wi­ście.

Allan nic na to nie odrzekł. Nato­miast po chwili mil­cze­nia powie­dział:

-?Sofie wypły­nę­łaby na łódce w taki dzień.

W jego gło­sie zabrzmiał wyraźny smu­tek jak zawsze, gdy mówił o Sofie. Taki sam jak u Yvonne. Miał rację. Sofie była dobrą żeglarką i spę­dzała wiele godzin w swo­jej "opty­mi­stce" Vic­to­rii. Na sie­dem­na­ste uro­dziny zamie­rzali jej spre­zen­to­wać jacht klasy Laser. A Vic­to­ria wciąż stała w zamknię­tej na głu­cho szo­pie na ich działce.

-?Wypły­nę­łaby -?powie­działa cicho Yvonne. -?Wypły­nę­łaby.

Na łodzi, szy­ku­ją­cej się do przy­bi­cia do brzegu, zaczęło się refo­wa­nie żagli.

-?Sły­sza­łam, że wam wczo­raj dobrze poszło.

Gun Hag­man spięła plik kar­tek i wło­żyła sta­ran­nie do sko­ro­szytu, po czym scho­wała go do szu­flady biurka.

Ellen przy­tak­nęła.

-?Goście powie­dzie­liby, że tak, a mój mąż, że nie. Ale on ni­gdy nie jest zado­wo­lony.

-?W ten spo­sób osiąga się wiel­kość, a dia­beł tkwi w szcze­gó­łach. -?Gun spięła kolejny plik kar­tek. -?A więc to jest mie­sięczne spra­woz­da­nie finan­sowe. Do niczego nie można będzie się przy­cze­pić.

-?Jesteś praw­dziwą opoką, Gun.

Ellen wypro­sto­wała się, przy­go­to­wu­jąc się do poran­nego obchodu. Była wpraw­dzie współ­wła­ści­cielką i dyrek­torką domu opieki, ale lubiła uczest­ni­czyć w jego codzien­nych pro­ce­du­rach. Nato­miast wszel­kie sprawy zwią­zane z rapor­tami finan­so­wymi z przy­jem­no­ścią sce­do­wała na Gun. Nie znaj­do­wała w nich żad­nej satys­fak­cji. Wolała pracę z ludźmi. Moż­li­wość posta­wie­nia na nogi byłego domu star­ców ?ldersro poja­wiła się w ide­al­nym momen­cie. Po zamknię­ciu daw­nego ?ldersro w budynku dzia­łał przez wiele lat hotel typu Bed & Bre­ak­fast, ale Ellen, która miała doświad­cze­nie ze służby zdro­wia, wie­działa, że potrafi stwo­rzyć tu pry­watny, now­szy i lep­szy dom opieki. Doko­nali znacz­nej prze­bu­dowy, powstały jasne, przy­zwo­ite pomiesz­cze­nia. Nie chciała uczest­ni­czyć w spra­wach doty­czą­cych restau­ra­cji Gabriela, bo gdyby pra­co­wali razem, na pewno skoń­czy­łoby się roz­wo­dem.

Nato­miast ten układ był ide­alny. W dodatku roz­wią­zy­wał jeden z jej naj­więk­szych pro­ble­mów: kto zaj­mie się Aino.

-?Zaj­rzę naj­pierw do mamy i spraw­dzę, czy jest w sta­nie usiąść do stołu razem z innymi.

-?Aino ma dziś dobry dzień -?poin­for­mo­wała Gun. -?Zaglą­da­łam do niej po przyj­ściu i wydała mi się cał­kiem przy­tomna.

Zamknąw­szy za sobą drzwi kan­ce­la­rii, Ellen skrę­ciła w kory­ta­rzu w lewo. Dała mamie naj­lep­szy pokój, duży i jasny z wido­kiem na kościół.

Deli­kat­nie zapu­kała do drzwi i ze środka usły­szała "pro­szę". Już po gło­sie matki Ellen stwier­dziła, że Gun mówiła prawdę. Miała dobry dzień.

-?Cześć, mamo.

-?Cześć, kocha­nie.

Sie­dząca na krze­śle pod oknem Aino uśmiech­nęła się do niej. Ellen pro­po­no­wała jej wsta­wie­nie wygod­nego fotela, ale mama nale­gała na zatrzy­ma­nie sta­rego szcze­bel­ko­wego krze­sła, które przed­tem stało pod oknem kuchen­nym w domu rodzin­nym Ellen, naprze­ciwko ?ldersro. Sie­działa wypro­sto­wana na twar­dym krze­śle, spę­dza­jąc więk­szość czasu na patrze­niu przez okno.

-?Dobrze wam wczo­raj poszło?

Ellen kiw­nęła głową. Ucie­szyła się, że mama pamięta, co się działo. Demen­cja poja­wiła się stop­niowo i na tyle powoli, że począt­kowo było trudno orzec, czy nie cho­dzi tylko o zwy­czajne pro­blemy z pamię­cią. Gubiła klu­cze. Potrze­bo­wała całego przed­po­łu­dnia, żeby zna­leźć port­fel. Po pew­nym cza­sie było coraz bar­dziej ewi­dentne, że cho­dzi o coś wię­cej niż tylko zapo­mi­na­nie. A w ostat­nich mie­sią­cach ten pro­ces przy­spie­szył. Gdy zapo­mniała o garnku na kuchence i omal nie pod­pa­liła domu, Ellen z Gabrie­lem zdali sobie sprawę, że Aino już nie może miesz­kać sama we wła­snym domu, choć miała tylko sześć­dzie­siąt sześć lat.

-?Dobrze. Gabriel jest świetny.

Ellen pogła­dziła mamę po policzku. Aino była wciąż piękna. Kru­chą, ete­ryczną urodą, którą zawsze cza­ro­wała wszyst­kich z jej oto­cze­nia. Jej blond włosy posi­wiały, ale na­dal opa­dały aż do pasa.

-?To dosko­nale.

-?Chcesz zjeść śnia­da­nie tu czy ze wszyst­kimi?

-?Chyba mam dziś dobry dzień? -?spy­tała. -?Nie wma­wiam sobie, naprawdę mam dobry dzień?

-?Nie wma­wiasz sobie. Naprawdę dobry. To co powiesz na tro­chę towa­rzy­stwa? Cmen­tarz się stąd nie wynie­sie, póź­niej się na niego poga­pisz.

-?Żarty sobie stro­isz ze sta­rej matki. Nie gapię się na cmen­tarz, tylko na żałobę, która nad nim zalega ciężko. Wiele osób boi się żałoby, a ja nauczy­łam się od mojej matki, jej matki i jesz­cze jej matki, że żałobę trzeba przy­jąć do sie­bie.

-?Już to sły­sza­łam, nawet aż za czę­sto -?odparła Ellen. -?I pro­szę, żebyś mi znów nie opo­wia­dała tej sta­rej rodzin­nej histo­rii. A teraz idziemy, dopil­nuję, żebyś dostała kanapkę z serem i ogór­kiem, a jeśli ci się poszczę­ści, to Erlend poczuje natchnie­nie i zagra ci na pia­ni­nie Pärleporten.

-?"Bramę do nieba"? Znów sobie ze mnie żar­tu­jesz. Nie­do­bre dziecko.

Jed­nak uśmie­chała się, wsta­jąc z tru­dem. Zawsze się ze sobą prze­ko­ma­rzały przy­jaź­nie przez te wszyst­kie lata, kiedy były tylko we dwie.

-?Może dałby się prze­ko­nać i zamiast tego zagrał coś z Elli Fit­zge­rald?

-?Jeśli ktoś potrafi to zro­bić, to tylko ty, mamo. On ma do cie­bie sła­bość.

-?Boże, prze­cież on ma prze­szło osiem­dzie­siątkę. Po co mi taki stary dziad?

-?Sama widzisz, dla niego ty jesteś mało­latą.

-?E tam, nie­mą­dre dziecko.

Ellen poca­ło­wała matkę w poli­czek. To dobry dzień.

Przy­chod­nia w Tanum­shede mie­ściła się w niskim cegla­nym budynku. Erica zapar­ko­wała i ostroż­nie wyjęła z auta nosi­dełko z Norą. Córeczka zasnęła pod­czas jazdy, jej dłu­gie rzęsy two­rzyły wachla­rzyki na puco­ło­wa­tych policz­kach. Kaszl­nęła, co przy­po­mniało Erice, po co tu przy­je­chały, i kazało przy­spie­szyć kroku do wej­ścia.

Erica nie cier­piała przy­chodni, zresztą wszel­kich pla­có­wek ochrony zdro­wia. Powody, żeby tu się zja­wić, ni­gdy nie były przy­jemne. A jed­nak od uro­dze­nia się Nory czę­sto tu bywała. Nie­po­kój o córeczkę zako­rze­nił się u Eriki jesz­cze pod­czas ciąży, gdy spę­dzała wiele bez­sen­nych godzin na googlo­wa­niu. Czy­tała dłu­gie listy ewen­tu­al­nych kom­pli­ka­cji i pro­ble­mów zdro­wot­nych cią­gną­cych się przez całe życie. Jed­nak do tej pory mieli szczę­ście. Nora oka­zała się zdro­wym nowo­rod­kiem o sil­nym sercu. Mimo to Erika nie potra­fiła prze­stać się nie­po­koić.

Mag­da­lena Bergström otwo­rzyła im i przy­trzy­mała drzwi.

-?Cześć. Wchodź­cie, przyj­rzymy się Norze.

-?Cześć, Mag­da­leno. Bar­dzo ci dzię­kuję, że nas przy­ję­łaś, cho­ciaż w zasa­dzie macie zamknięte...

-?E tam, i tak sie­dzia­łam tu nad papie­rami.

Wcho­dząc do środka, Erica poczuła aż śmiesz­nie zna­jomy zapach. Była to woń pla­stiku, che­mi­ka­liów i środ­ków czysz­czą­cych.

-?Możemy wejść tutaj. Tro­chę się tu zado­mo­wi­łam.

Mag­da­lena ski­nęła w stronę jed­nego z gabi­ne­tów i uśmiech­nęła się tym swoim sze­ro­kim uśmie­chem z dołecz­kami.

-?O, widzę wię­cej rośli­nek, niż kiedy tu byłam ostat­nim razem?

Erica rozej­rzała się po nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu. Ten sam brud­no­żółty kolor ścian co w pocze­kalni, te same nie­cie­kawe deko­ra­cje i pokryta papie­rem obo­wiąz­kowa zie­lona leżanka wzdłuż jed­nej ściany. Jed­nak rośliny donicz­kowe w spo­rej licz­bie zła­go­dziły ste­rylne wra­że­nie.

-?Chcia­ła­bym mieć tro­chę kwiat­ków, dla koloru, ale ze względu na pacjen­tów z aler­gią musia­łam zado­wo­lić się zie­lo­nymi rośli­nami.

Mag­da­lena usia­dła przy biurku na krze­śle z jakie­goś nie­ład­nego jasnego drewna i gestem zapro­siła Erikę, żeby zajęła miej­sce naprze­ciwko.

-?Co się dzieje z naszą ślicz­notką?

-?Kaszle -?odparła Erica i spoj­rzała zmar­twiona na Norę, która aku­rat dostała ataku rzę­żą­cego kaszlu, tak gwał­tow­nego, że się obu­dziła.

-?Ojej, ależ ty kasz­lesz, kochana.

Mag­da­lena wstała, wyjęła Norę z nosi­dełka i uśmiech­nęła się do niej. Podała ją Erice i się­gnęła po ste­to­skop. Erica pod­cią­gnęła dziecku koszulkę z przodu.

Nora zapro­te­sto­wała lekko, gdy poczuła zimny metal doci­śnięty do piersi, ale szybko się uspo­ko­iła. Mag­da­lena posłu­chała jej w mil­cze­niu. Następ­nie się­gnęła po ter­mo­metr i wło­żyła małej do lewego ucha. Spoj­rzaw­szy na cyfrowy wynik, uśmiech­nęła się uspo­ka­ja­jąco do Eriki.

-?Wydaje się, że wszystko dobrze i nie ma gorączki. Teraz jest dużo wiru­sów, pew­nie rodzeń­stwo przy­nio­sło coś z przed­szkola. Jest tak malutka, że nie zalecę żad­nych lekarstw, bo jest za mało dowo­dów, że dzia­łają na takie kru­szynki. Nato­miast powin­naś dopil­no­wać, żeby dosta­wała dużo pły­nów. Może mogła­byś kupić nawil­żacz powie­trza i posta­wić obok jej łóżeczka, przy­da­łoby się rów­nież, żebyś posie­działa z nią w łazience, pusz­cza­jąc gorącą wodę z prysz­nica. Para pomo­głaby uwol­nić śluz.

Mag­da­lena spoj­rzała przy­jaź­nie na Ericę.

-?Nora się bar­dzo dobrze czuje. Nie licząc zwy­kłego kaszlu.

-?Na pewno?

-?Na pewno. I prze­stań googlo­wać.

Erica się uśmiech­nęła.

-?Tak, wiem. Cią­gle nie mogę prze­stać się nie­po­koić.

Mag­da­lena pochy­liła się lekko nad biur­kiem.

-?Będzie dobrze -?powie­działa. -?Wszystko w porządku. To zdrowa i silna dziew­czynka.

Erica ode­tchnęła z drże­niem.

-?Dzię­kuję, Mag­da­leno. Jesteś dla mnie praw­dzi­wym opar­ciem. Zro­biła się ze mnie taka okropna osoba, która przy naj­błah­szych obja­wach przy­cho­dzi tutaj i zabiera innym cenny czas. Nawet w nie­dzielę. Po tym jak pra­co­wa­łaś za gra­nicą, na pewno uwa­żasz, że jeste­śmy bez­na­dziejni, kiedy zja­wiamy się z naj­drob­niej­szymi dole­gli­wo­ściami.

Mag­da­lena pokrę­ciła głową.

-?Możesz zawsze przyjść. Dla mnie taki kaszel jest cał­kiem przy­jemną odmianą po przy­pad­kach tyfusu i dyzen­te­rii.

-?Trudno ci było zosta­wić to wszystko za sobą? Po tylu latach pracy z Leka­rzami bez Gra­nic przy­chod­nia w Tanum­shede musi ci się wyda­wać... mało zna­cząca.

Mag­da­lena uśmiech­nęła się i znów pokrę­ciła głową. Spoj­rzała na Norę, która nagro­dziła ją sze­ro­kim uśmie­chem.

-?Są gra­nice ludz­kiej wytrzy­ma­ło­ści na nie­szczę­ście i cier­pie­nie. U mnie tę gra­nicę wyzna­czyły dzieci, które mi umarły na rękach. A dałoby się je ura­to­wać, gdyby uro­dziły się gdzie indziej. Zresztą nie było nikogo innego, kto zająłby się moją mamą, kiedy jej stward­nie­nie zani­kowe boczne stało się zaawan­so­wane.

Mag­da­lena nachy­liła się i pogła­skała Norę po okrą­głym policzku.

-?Byli­ście wczo­raj w restau­ra­cji Gabriela?

-?Tak, cudow­nie było wyjść tylko we dwoje. A jedze­nie było fan­ta­styczne.

-?Oby im się udało. Otwie­ra­nie w Fjällbace restau­ra­cji z eks­klu­zyw­nym jedze­niem to spore wyzwa­nie. Ale skoro restau­ra­cje na pust­ko­wiu, takie jak Äng i Fäviken, potra­fiły przy­cią­gnąć klien­tów, to pew­nie wszystko jest moż­liwe.

-?O, nie wie­dzia­łam, że jesteś sma­koszką.

Erica umie­ściła i przy­pięła Norę w nosi­dełku.

Mag­da­lena popra­wiła koń­ski ogon.

-?Z braku faceta życie wypeł­nia mi jedze­nie.

-?Nie­moż­liwe, żebyś nie miała wiel­bi­cieli. Pew­nie jesteś za bar­dzo wybredna.

-?Nie każdy ma takie szczę­ście jak ty. Podaż jest tu nie­wielka. Wszy­scy są albo żonaci, albo miesz­kają z mamu­sią.

Erica zaśmiała się, ale zaraz spo­waż­niała, patrząc na Mag­da­lenę.

-?Masz jakiś kon­takt z daw­nymi kole­gami i kole­żan­kami?

Mag­da­lena pokrę­ciła głową.

-?Nie, stra­ci­li­śmy się z oczu, kiedy wypro­wa­dzi­łam się po matu­rze. Pomy­śleć tylko, że Ellen i Gabriel się pobrali. Ni­gdy bym w to nie uwie­rzyła.

Erica chrząk­nęła.

-?Jocke jest świeżo po roz­wo­dzie. Wró­cił do Fjällbacki zaraz przed począt­kiem lata, ale pew­nie o tym wiesz.

Mag­da­lena pod­nio­sła ręce w obron­nym geście.

-?Pro­szę cię, bez tego zna­czą­cego spoj­rze­nia. To było trzy­dzie­ści lat temu. Nie widzia­łam go od mojego powrotu. Pew­nie mu się prze­rze­dziły włosy na gło­wie, ma spory brzuch i grube oku­lary.

Erica uśmiech­nęła się pod nosem. W Fjällbace wszy­scy wie­dzieli, co daw­niej było mię­dzy Joc­kem a Mag­da­leną. Mło­dzień­cza miłość, która -?jak wie­rzyli -?mogłaby prze­trwać. Jocke zro­bił karierę w kana­dyj­skiej lidze NHL, a potem miał sporo uda­nych inwe­sty­cji. Teraz wró­cił, star­szy i bogat­szy -?i wciąż się podo­bał.

-?Muszę cię nie­stety roz­cza­ro­wać. Jest jesz­cze przy­stoj­niej­szy. Urok siwi­zny na skroni, wyćwi­czone ciało...

Mag­da­lena pokrę­ciła głową.

-?Nie kusi mnie. Dawne dzieje, lepiej do tego nie wra­cać. A ty jedź do domu i włącz gorący prysz­nic dla małej.

Erica spoj­rzała na nią.

-?Wczo­raj­sze ofi­cjalne otwar­cie odbyło się w trzy­dzie­stą rocz­nicę zagi­nię­cia Sofie.

Mag­da­lena ode­tchnęła, co zabrzmiało jak wes­tchnie­nie.

-?Tak, widzia­łam. Nawet było o tym w Nyhet­smor­gon. -?Odwró­ciła się do biurka, ale po chwili cią­gnęła: -?Po jej znik­nię­ciu już nic nie było takie jak przed­tem. Były­śmy ze sobą tak bli­sko: ja, Ellen i Sofie. Ale została po niej wyrwa i pyta­nia bez odpo­wie­dzi... Wydaje mi się, że wtedy zmie­niło się życie nas wszyst­kich. Powin­nam była wró­cić z nią do domu w tam­ten wie­czór, żeby nie wycho­dziła z imprezy sama. Ale byłam nasto­latką. Mło­dziutką i głu­piutką. Samo­lubną. Gdy­bym z nią poszła, to może wszystko poto­czy­łoby się ina­czej.

Erica poło­żyła dłoń na ramie­niu Mag­da­leny.

-?Łatwo być mądrym po szko­dzie. Jedy­nym czło­wie­kiem, który za to odpo­wiada, jest ten, który ją upro­wa­dził.

Nora znów się roz­kasz­lała, był to długi, prze­cią­ga­jący się atak.

-?Puść gorącą wodę w prysz­nicu. Poda­waj jej dużo pły­nów. I postaw obok niej nawil­żacz powie­trza -?powtó­rzyła Mag­da­lena, głasz­cząc poli­czek Nory, która obda­rzyła ją bez­zęb­nym uśmie­chem. -?Dużo piesz­czot.

-?Jesteś wspa­niała.

Poszły razem do drzwi wej­ścio­wych, Mag­da­lena je otwo­rzyła. Erica posłała jej całusa, Mag­da­lena odpo­wie­działa tym samym, ale jakby bez prze­ko­na­nia. Jej wyraz twa­rzy mówił Erice, że Mag­da­lena jest myślami zupeł­nie gdzie indziej.

-?Zdaje się, że wczo­raj się udało!

Bengt Hag­man wyda­wał się zaj­mo­wać swoją osobą całą prze­strzeń. Allan, który był śred­niego wzro­stu, czuł się przy nim malutki. Drob­niutki. Była to nie tylko kwe­stia wzro­stu pra­wie dwu­me­tro­wego Bengta i jego masyw­nej budowy. Rów­nież jego głos zda­wał się wypeł­niać pomiesz­cze­nie do ostat­niego mili­me­tra kwa­dra­to­wego.

-?Dobrze było -?odparła Yvonne. -?Tro­chę cho­rób wieku dzie­cię­cego plus to, że Gabriel jest per­fek­cjo­ni­stą i ni­gdy nie jest zado­wo­lony. To jed­nak pod­sta­wowy waru­nek dla szefa kuchni, który celuje wysoko jak on.

-?Per­fek­cjo­ni­stą, wła­śnie. Widać to wyraź­nie w naszym bilan­sie. Remont Gröna Lid kosz­to­wał o dwa miliony wię­cej, niż zakła­da­li­śmy.

Allan zaczął się wier­cić. Nie cier­piał roz­mów o pie­nią­dzach. Tak samo jak nie zno­sił tego, że jest zależny od inwe­sty­cji Bengta i Joc­kego. Dobrze im się powo­dziło, jemu i Yvonne, sprze­daż restau­ra­cji z owo­cami morza, którą przez wiele lat pro­wa­dził przy rynku, przy­nio­sła mu pokaźną sumę. Jed­nakże nie­wy­star­cza­jącą do sfi­nan­so­wa­nia samo­dziel­nego przed­się­wzię­cia Gabriela.

-?Przyj­rzymy się licz­bom -?zapew­niła Yvonne. -?Zoba­czymy, na czym można by zaosz­czę­dzić. Teraz naj­waż­niej­sze jest zaufa­nie do Gabriela. Musi się sku­pić, żeby móc dowo­zić.

Jak dla Allana jej głos zabrzmiał tro­chę za bar­dzo natar­czy­wie. Bengt i jego żona Gun byli ich naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi od wielu lat, jesz­cze z cza­sów, zanim Sofie i Jocke poszli do tej samej szkoły, mimo to w gło­sie Yvonne, gdy z nimi roz­ma­wiała, dał się zawsze wychwy­cić jakiś ton słu­żal­czo­ści. Impo­no­wały jej ich pie­nią­dze, ich pozy­cja. Bengt już w latach osiem­dzie­sią­tych stwo­rzył od pod­staw odno­szącą suk­cesy firmę impor­tową, w Fjällbace ucho­dził dziś za czło­wieka, który może sobie kupić, co tylko zechce. Dla Allana takie rze­czy były bez zna­cze­nia, nato­miast dla Yvonne naj­waż­niej­szy był zawsze wize­ru­nek.

Bengt spoj­rzał na Yvonne, potem na Allana.

-?To oczy­wi­ste, że mamy zaufa­nie do Gabriela. A wczo­raj­sza kola­cja była wielką przy­jem­no­ścią. Powie­dział­bym tylko, że pre­miera aku­rat w tym dniu nie była może odpo­wied­nim pomy­słem. Oczy­wi­ście współ­od­czu­wamy z wami i rozu­miemy, że musiało wam być wczo­raj wyjąt­kowo ciężko, ale...

Yvonne wpa­dła mu w słowo i choć raz odpo­wie­działa ostro.

-?Moment był jak naj­bar­dziej odpo­wiedni. To był ładny spo­sób upa­mięt­nie­nia Sofie.

-?My też tęsk­nimy za Sofie -?ode­zwał się Bengt z drże­niem w tubal­nym gło­sie. -?To była miła dzie­wuszka. I wierz­cie mi, tyle razy myśla­łem sobie, że gdy­by­śmy nie poszli w gości tam­tego wie­czora, żeby Jocke mógł urzą­dzić tę nie­szczę­sną imprezę, to może... Ale i Jocke, i ja uwa­ża­li­śmy... Zresztą, dajmy temu pokój, co się stało, to się stało, a wczo­raj­sza pre­miera poszła dobrze.

W tym momen­cie przy­biegł Gabriel. Miał zaró­żo­wione policzki, a jego fry­zura choć raz nie była ide­alna.

-?Pierw­sza recen­zja! Kogoś z "Göteborgs-Posten". To na pewno ta para, która sie­działa w kącie sali, wyda­wało mi się, że kobieta noto­wała coś na swoim tele­fo­nie! Posłu­chaj­cie:

Czy otwie­ra­nie eks­klu­zyw­nej restau­ra­cji w małej Fjällbace ma sens? Przez dzie­sięć mie­sięcy w roku jest tu tysiąc miesz­kań­ców, a kil­ka­dzie­siąt tysięcy przez zale­d­wie dwa mie­siące. Czy pocho­dzący z Fjällbacki szef kuchni Gabriel Rud­berg jest w sta­nie ser­wo­wać jedze­nie na pozio­mie, który przy­cią­gnie klien­tów do małej miej­sco­wo­ści sto trzy­dzie­ści kilo­me­trów na pół­noc od Göteborga? Otóż odpo­wiedź to: zde­cy­do­wa­nie tak. Przy­stawka z prze­grzebka w sosie sza­fra­no­wym z emul­sją bazy­liową roz­ta­pia się na języku. To tak, jakby się jadło kawa­łek morza. Danie główne, czyli zaska­ku­jąco rusty­kalna makrela sma­żona na maśle z dodat­kiem gorą­cego sosu ogór­ko­wego, oliwy zapra­wio­nej czosn­kiem niedź­wie­dzim i sosu śmie­ta­no­wego, pod­nosi tę zwy­czajną rybę na poziom, któ­rego ni­gdy bym się nie spo­dzie­wała. Spró­bo­wa­li­śmy rów­nież zupy z homar­ców ugo­to­wa­nej na bulio­nie, co poka­zuje, że kucharz rozu­mie zna­cze­nie balansu mię­dzy sma­kami. Podano ją z kru­szonką z wodo­ro­stów. Ta czarna, dość brzydka roślina, która wydaje się trudna do ujarz­mie­nia, została póź­niej podana rów­nież w postaci -?uwaga! -?lodów. Lekka sło­ność lodów pocho­dząca z wodo­ro­stów sta­no­wiła ide­alne uzu­peł­nie­nie dla smaku kru­chego cia­sta mig­da­ło­wego. Zła­pa­łam się na tym, jak gło­śno powie­dzia­łam mojemu towa­rzy­szowi, że chyba odkry­łam ide­alny deser. Gabriel Rud­berg nie dość, że "dowozi", to jesz­cze prze­szedł ocze­ki­wa­nia wybred­nej, zbla­zo­wa­nej recen­zentki kuli­nar­nej. Co już nie zda­rza się zbyt czę­sto. Cha­peau bas i oby ta bar­dzo ryzy­kowna inwe­sty­cja się opła­ciła. To restau­ra­cja wyso­kiej klasy mię­dzy­na­ro­do­wej i chyba się nie mylę, że wkrótce będziemy świad­kami nowej formy zagra­nicz­nej tury­styki do Fjällbacki. Sma­ko­szy z całego świata, któ­rzy będą piel­grzy­mo­wać, żeby zjeść wła­śnie tu. Brawo!

Yvonne krzyk­nęła gło­śno. Allan pod­niósł się powoli, nie potra­fił oka­zy­wać rado­ści rów­nie spon­ta­nicz­nie jak jego żona, ale pękał z dumy. Opa­dły go wspo­mnie­nia z godzin spę­dzo­nych w kuchni z dora­sta­ją­cym Gabrie­lem i aż go roz­sa­dzało od środka.

I choć stał przed nim doro­sły męż­czy­zna, to Allan nagle widział tylko chłopca.

Swo­jego Gabriela.

-?Gra­tu­la­cje, chło­pie! -?Bengt długo ści­skał rękę Gabriela. -?Dobra robota! Dobra robota! Wie­dzia­łem, że mam rację, sta­wia­jąc na cie­bie!

Spoj­rze­nia Allana i Yvonne skrzy­żo­wały się. Tyle spę­dzo­nych wspól­nie lat, tyle wspól­nego bólu daw­niej i teraz. W tym momen­cie wszystko zostało zapo­mniane.

Allan pod­szedł do Gabriela. Spoj­rzeli na sie­bie w mil­czą­cym poro­zu­mie­niu. W tym momen­cie wyraźna była ich wza­jemna miłość, któ­rej ni­gdy nie potra­fili wyra­zić sło­wami, a prze­cież zawsze obecna mimo trud­nych chwil. Allan objął syna i wtedy popły­nęły łzy. Po raz pierw­szy od trzy­dzie­stu lat.

Środa

-?TRZY DNI i już jest zgoda na eks­hu­ma­cję? Komu z pro­ku­ra­tury pomo­głeś w ukry­ciu zwłok? -?Fari­deh Mirza skrzy­żo­wała ramiona na piersi i patrzyła ze zdu­mie­niem na Patrika.

-?Wystę­po­wa­łem już parę razy wcze­śniej z takimi proś­bami i zawsze oka­zy­wały się uza­sad­nione. A więc przy­pusz­czam, że mają do mnie zaufa­nie w spra­wach o eks­hu­ma­cję. Pomocne jest rów­nież i to, że z oczy­wi­stych powo­dów mamy zgodę żony.

Patrik wska­zał na Edith Loman­der, która stała na cmen­ta­rzu kawa­łek dalej. Pró­bo­wał ją odwieść od przyj­ścia, ale nale­gała. Zresztą cmen­tarz to miej­sce publiczne, a kobieta nie została zatrzy­mana, zatem nie mógł zro­bić wiele wię­cej, niż zde­cy­do­wa­nie jej to odra­dzić.

-?Myślisz, że powie­działa prawdę? Rze­czy­wi­ście zamor­do­wała męża, poda­jąc mu gli­kol?

Patrik wzru­szył ramio­nami.

-?Nie mam powodu wąt­pić w jej słowa.

-?A dzieci? -?spy­tała Fari­deh. -?Co one na to? Nie miały zastrze­żeń? Wobec odko­pa­nia ich ojca?

-?Dzieci wydają się zain­te­re­so­wane przede wszyst­kim tym, aby matka opu­ściła ich dom rodzinny, a one mogły go sprze­dać. Wydaje się, że mniej ważne dla nich jest to, czy trafi do wię­zie­nia, czy domu opieki.

-?O kurde. -?Fari­deh pokrę­ciła głową i spoj­rzała w stronę Edith Loman­der. -?Pomyśl tylko, rodzi i wycho­wuje dzieci, a potem odkrywa, że są paskud­nymi, chci­wymi ludźmi. I cały czas, jaki im poświę­ciła, poszedł na marne.

-?Dzieci to lote­ria. Można się tylko sta­rać ze wszyst­kich sił i liczyć, że to wystar­czy.

Dzień był piękny, pra­wie gorący jak na tę porę roku, co tylko czy­niło tę histo­rię na cmen­ta­rzu jesz­cze bar­dziej absur­dalną. Patrik i Fari­deh stali dzie­sięć metrów od grobu i przy­glą­dali się pracy koparki.

Cmen­tarz był poło­żony w cen­trum miej­sco­wo­ści, poni­żej maje­sta­tycz­nego gra­ni­to­wego kościoła widocz­nego z każ­dego miej­sca w Fjällbace. Grób Tagego Loman­dera znaj­do­wał się w dol­nej czę­ści, gdzie rzędy mogił zostały odgro­dzone ład­nymi żywo­pło­tami. Pęk­nięty nagro­bek i brak kwia­tów świad­czyły o tym, że od pogrzebu, który odbył się trzy dekady temu, nikt o niego spe­cjal­nie nie dbał.

-?Co mówi Mel­l­berg? Mor­der­stwo sprzed trzy­dzie­stu lat.

Pod­szedł do nich lekko zasa­pany Mar­tin Molin. Poja­wie­nie się w jego życiu nie­mow­lę­cia znacz­nie ogra­ni­czyło jego prze­bieżki i widać było po nim skutki krót­kiego spa­ceru przez cmen­tarz.

Patrik roz­ło­żył ręce.

-?Odkąd Rita zakoń­czyła lecze­nie z dobrymi wido­kami na przy­szłość, zgo­dziłby się pew­nie, żebym roz­ko­pał cały cmen­tarz, i nawet by się nie skrzy­wił.

Oczy Mar­tina zabły­sły, kiedy się uśmiech­nął.

-?Masz rację -?powie­dział, a potem zwró­cił się do Fari­deh. -?I co dalej? Jak już wyko­pie­cie trumnę?

-?Zabie­rzemy ją do Zakładu Medy­cyny Sądo­wej. Prze­pro­wa­dzimy bada­nia tok­sy­ko­lo­giczne. Prze­cież wiemy, czego szu­kamy. I ow­szem, jeśli okaże się, że jest dosta­teczna ilość mate­riału do przebada­nia i będzie on zawie­rał to, o czym mówi jego żona, być może kobieta trafi na sta­rość do wię­zie­nia.

Mar­tin spoj­rzał na Edith Loman­der, która stała nie­ru­chomo, obser­wu­jąc roz­ko­py­wa­nie grobu.

-?Jakie są szanse, że da się odkryć ślady sub­stan­cji?

-?Dość duże. Na przy­kład za pomocą chro­ma­to­gra­fii gazo­wej i spek­tro­me­trii mas jeste­śmy w sta­nie znaj­do­wać nawet naj­mniej­sze ilo­ści sub­stan­cji che­micz­nych. Będziemy przy­pusz­czal­nie ana­li­zo­wać kości, zęby albo włosy, bo w zależ­no­ści od warun­ków panu­ją­cych w gro­bie pew­nie nie zostało zbyt wiele tka­nek mięk­kich.

-?W każ­dym razie dałem pani Edith nazwi­sko dobrego adwo­kata -?ode­zwał się cicho Patrik. -?Pie­kło, które prze­żyła, musi podzia­łać jak oko­licz­ność łago­dząca. A fakt, że nie musiała się przy­zna­wać, świad­czy na jej korzyść. Mogła zabrać tę tajem­nicę do grobu.

-?Jed­nak mor­do­wa­nie męża nie jest w porządku. Dla­tego Pan Bóg wyna­lazł roz­wody -?zauwa­żyła sucho Fari­deh.

Patrik i Mar­tin wymie­nili spoj­rze­nia. Patrik usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć, czy Fari­deh jest roz­wie­dziona. Zdał sobie sprawę, że nie wie za wiele o tech­niczce kry­mi­na­li­styki Fari­deh Mirzie.

Trumna została teraz wydo­byta na pasach z dołu i posta­wiona obok na ziemi.

Tech­nicy Fari­deh, ubrani w zwy­cza­jowe białe kom­bi­ne­zony, pode­szli do trumny. Jeden spoj­rzał w głąb grobu, w któ­rym się przed­tem znaj­do­wała, i nagle zaczął wyma­chi­wać rękami.

-?Co jest?

Patrik spoj­rzał pyta­jąco na Fari­deh, która zmarsz­czyła brwi.

Tech­nik przy­wo­ły­wał ich, kiwa­jąc ręką, i wołał coś, czego nie usły­szeli. Pozo­stali też zaczęli wyma­chi­wać rękami.

-?Chyba coś zna­leźli -?powie­działa Fari­deh, idąc tam raź­nym kro­kiem.

Patrik i Mar­tin musieli pod­biec, żeby za nią nadą­żyć.

Pode­szli do otwar­tego grobu i spoj­rzeli tam, gdzie wska­zy­wali tech­nicy. Patrik wycią­gnął szyję i pochy­lił się, chcąc przyj­rzeć się z bli­ska. Poczuł, jak mu się jeżą włosy na całym ciele, jakby go prąd prze­szedł. Z ziemi i spo­mię­dzy suchych gałęzi sosno­wych, które nie zgniły do końca, wysta­wała kość dłoni. Na niej pier­ścio­nek, który poznał. Bo widział go wiele razy.

-?O kurwa.

Mar­tin aż pobie­lał na twa­rzy. Mocno chwy­cił ramię Patrika, wle­pia­jąc wzrok w dziurę.

-?Pro­szę odgro­dzić miej­sce -?pole­ciła wład­czym gło­sem Fari­deh. -?I wezwij­cie wię­cej tech­ni­ków. Nie wolno nam popeł­nić żad­nego błędu.

Ona i Patrik spoj­rzeli na sie­bie.

Zna­leźli Sofie Rud­berg. Leżała tu przez trzy­dzie­ści lat. W cie­niu wiel­kiego gra­ni­to­wego kościoła.

Ludzie tak się boją smutku. Jakby był czymś, czego należy uni­kać za wszelką cenę. A smutku nie da się unik­nąć. Jest czę­ścią życia tak samo jak szczę­ście i radość. Daw­niej ludzie wie­dzieli o tym. Jak i o tym, że dzieci cza­sem umie­rają. Że życie może się skoń­czyć w każ­dej chwili. Była to część codzien­no­ści. Odby­wało się żałobę. I żyło się dalej. Dzi­siejsi ludzie wię­zną w smutku, który zjada ich od środka, albo ciąży nie­zno­śnie nad wszyst­kim, nie prze­pusz­cza­jąc choćby odro­biny świa­tła.

Aino Lönnrot spoj­rzała w okno. Coś się odby­wało na cmen­ta­rzu. Samo­chody poli­cyjne, ludzie w dziw­nych stro­jach niczym kosmici. Czuła aż do szpiku kości ten smu­tek bijący z cmen­ta­rza. Nie ten, który zazwy­czaj uno­sił się spo­koj­nie nad sza­rymi nagrob­kami.

Dziś było to coś innego. Prze­szy­wa­jący, doj­mu­jący smu­tek doma­ga­jący się jakie­goś ujścia.

Pod­nio­sła się powoli i rozej­rzała za swoim swe­trem. To był dobry dzień. Taki, gdy widziała wszystko tak wyraź­nie jak przez soczewki korek­cyjne. Nie wie­działa, jak długo to potrwa. Cza­sem trwało kilka godzin, w naj­lep­szym wypadku cały dzień. A cza­sem tylko kilka minut. I ni­gdy się nie orien­to­wała, kiedy znów nadej­dzie mgła. Wie­działa tylko, że otuli ją wcze­śniej czy póź­niej. Dla­tego powinna się pospie­szyć. Póki wciąż wie, że jest potrzebna i może się przy­dać.

Zna­la­zła swe­ter leżący na łóżku. Porząd­nie zło­żony. Kie­dyś nale­żał do jej matki, która zro­biła go sama na dru­tach. Nosząc go, Aino czuła w każ­dym oczku obec­ność matki. I zapa­chy Kare­lii. Miała tylko dwa lata, gdy matka wyje­chała z nią do Szwe­cji, ale tak się nasłu­chała opo­wie­ści stam­tąd, że stały się dla niej wspo­mnie­niami.

Poczu­cie smutku nara­stało i Aino wło­żyła pospiesz­nie swe­ter. Smu­tek należy puścić, uwol­nić. Matka mówiła jej zawsze, że słuch to ostatni zmysł opusz­cza­jący zmar­łego, dla­tego zada­niem pła­czek było pomóc, by smu­tek zmar­łych stał się sły­szalny. Rów­nież po śmierci.

Aino wyj­rzała ostroż­nie na kory­tarz. Cisza i spo­kój, tylko z jed­nego pokoju docho­dziły dźwięki tele­wi­zora. Cicho pospie­szyła do drzwi wyj­ścio­wych. Na dwo­rze zacią­gnęła poły swe­tra, cho­ciaż była piękna pogoda, po czym poszła w stronę bramy cmen­ta­rza. Nikt nie zwra­cał na nią uwagi, wszy­scy byli zajęci swo­imi spra­wami.

Weszła na cmen­tarz i na chwilę przy­sta­nęła, ode­tchnęła i nabrała powie­trza razem ze smut­kiem. W głębi cmen­tarza stała przy jakimś gro­bie grupka ludzi i Aino ruszyła szu­trową ścieżką w tam­tym kie­runku, ale zatrzy­mała się, gdy dotarła do grobu nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Nie musiała iść dalej. Już w tym miej­scu czuła całą sobą ich wypła­ku­jące się i żalące dusze. Jeden był star­szy, drugi młod­szy. Jed­nemu już kie­dyś śpie­wała.

Wyczu­wała ich tak wyraź­nie, jakby ich widziała sto­ją­cych przed nią z wycią­gnię­tymi rękami, żar­li­wie pro­szą­cych o pomoc, o wyzwo­le­nie ze smutku z powodu przed­wcze­snej śmierci. Smu­tek u zmar­łych przed­wcze­śnie był inny niż tych, któ­rzy dość prze­żyli. Był ostrzej­szy, bar­dziej szorstki, rwący aż do kości.

Aino ode­tchnęła głę­boko, powie­trze prze­szyło krtań aż do płuc. Zna­la­zło smu­tek i wła­ściwą melo­dię do jej uwol­nie­nia głę­boko w środku, gdzie teraz zamiesz­kały ich dusze. I zaśpie­wała. Wyśpie­wała dźwięki, które wznio­sły się pod błę­kitne niebo, które popły­nęły nad cmen­ta­rzem aż do ich docze­snych szcząt­ków. Nio­sły ze sobą smu­tek dusz, roz­wie­wany przez wiatr.

Z każ­dym dźwię­kiem i z każ­dym frag­men­tem melo­dii -?ich i tylko ich melo­dii -?smu­tek sta­wał się lżej­szy do dźwi­ga­nia. W jej pie­śni było wiele poko­leń pła­czek, jej matka, babka, pra­babka i jesz­cze dalej w prze­szłość. Towa­rzy­szyły jej w śpie­wie płaczki z kil­ku­set lat wstecz. Śpie­wała wraz ze zmar­łymi, dla zmar­łych i ich bli­skich. Śpie­wała dla śmierci. I dla życia. Śmierć była jedy­nie począt­kiem.

W jej świa­do­mo­ści poru­szyło się jakieś wspo­mnie­nie. Pogrze­bane dawno temu i scho­wane głę­boko pod zwąt­pie­niem i utra­coną miło­ścią. Usi­ło­wała je pochwy­cić. Wydo­być na powierzch­nię. Jed­nak wtedy nade­szła i otu­liła ją mgła.

-?Gdzie jest Mel­l­berg?

Mar­tin wziął droż­dżówkę z tale­rza wysta­wio­nego przez Annikę.

-?Już jedzie, oboje z Ritą wylą­do­wali wcze­snym ran­kiem.

Patrik zer­k­nął na talerz, ale sta­rał się opa­no­wać. Jego obwód w talii zaczął ostat­nio w nie­po­ko­jący spo­sób żyć wła­snym życiem.

-?Czy tylko mnie trudno jest wyobra­zić sobie Ber­tila na leżaku na Gran Cana­rii? -?spy­tał Mar­tin, sia­da­jąc na jed­nym z krze­seł pod oknem.

-?Ledwo go teraz poznaję -?par­sk­nęła Annika. -?Ni­gdy bym nie uwie­rzyła, że to powiem, ale pra­wie mi brak daw­nego nabur­mu­szo­nego Ber­tila Mel­l­berga.

Jak na dany sygnał poja­wił się naj­pierw wielki pies Ernst, a potem w drzwiach sta­nął boha­ter ich roz­mowy. Annika nalała Ern­stowi wody do miski.

Patrik odwró­cił się do Mel­l­berga i był bli­ski zakrztu­sze­nia się kawą. Szef wyglą­dał zupeł­nie ina­czej. Zdą­żyli się przy­zwy­czaić, że od czasu lecze­nia Rity golił głowę. Za to cerę miał jak nową. Opa­le­ni­zna Mel­l­berga miała taki odcień, że "Sło­neczny Dok­tor"3 wyda­wał się przy nim blady jak trup.

-?Ładna... opa­le­ni­zna...

Mar­tin przy­gryzł wargę, żeby się nie roze­śmiać.

-?Olej koko­sowy! Na tym polega trik. Co rano sma­ro­wa­łem się ole­jem koko­sowym.

Jego uko­chana Rita wła­śnie wygrała z rakiem, jed­nak Mel­l­berg naj­wy­raź­niej nie prze­wi­dy­wał, żeby miał się mar­twić rakiem skóry.

Tuż za Mel­l­ber­giem wszedł Gösta Fly­gare, który drgnął na widok szefa.

-?Ojej!

-?Wiem! Wyglą­dam świeżo jak pączek róży! Słońce i pi?a colada, Boże, gdy­bym wie­dział, jak cudowna jest taka wyprawa na Wyspy Kana­ryj­skie, zro­bił­bym to dawno temu!

-?Czy Paula przy­je­chała razem z tobą?

Patrik rozej­rzał się za kole­żanką, któ­rej bra­ko­wało do ich peł­nego składu.

-?Zaraz przyj­dzie.

Mel­l­berg usiadł na zwy­kłym miej­scu, a Ernst uło­żył się u jego nóg, kła­dąc na nich łeb.

W tym momen­cie Mel­l­berg dostrzegł talerz z droż­dżów­kami i zła­pał jedną, leżącą na wierz­chu.

-?Wresz­cie jakieś praw­dziwe jedze­nie! To wła­ści­wie moje jedyne zastrze­że­nie do zagra­nicy. Cią­gle te pie­przone tapas, rano, w dzień i wie­czo­rem. Dobrze, że Rita mnie tro­chę przy­zwy­cza­iła do egzo­tyki, ale jeść to codzien­nie... Nie, dziś będzie śledź z kar­to­flami purée.

Weszła pospiesz­nie "bonu­sowa" córka Mel­l­berga, Paula Mora­les.

-?Prze­pra­szam, musia­łam wstą­pić do toa­lety. Już zaczę­li­ście?

-?Nie, cze­ka­li­śmy na cie­bie -?odpo­wie­dział Patrik. -?Czyli jeste­śmy wszy­scy. Mam zaczy­nać?

Spoj­rzał pyta­jąco na Mel­l­berga, który był sze­fem komi­sa­riatu, cho­ciaż wszy­scy oprócz niego wie­dzieli, że w prak­tyce pracą kie­ro­wał Patrik.

-?Prze­cież byłem na urlo­pie, więc mów. Ja muszę mieć taki łagod­niej­szy począ­tek. Boże, co to się dzieje, jak czło­wieka nie ma. Kurde, bar­dzo posi­wia­łeś, Hedström. Uwa­żaj, żeby cię mał­żonka nie wymie­niła na młod­szy model.

Mar­tin zdu­sił chi­chot i Patrik spoj­rzał na niego gniew­nie. Jed­no­cze­śnie zauwa­żył, że Mel­l­berg się­gnął po następną droż­dżówkę.

-?A więc. -?Patrik chrząk­nął. -?W nie­dzielę poja­wiła się w komi­sa­ria­cie nie­jaka Edith Loman­der, by się przy­znać, że trzy­dzie­ści lat temu zamor­do­wała męża. Trzeba było rzecz jasna zwe­ry­fi­ko­wać jej twier­dze­nie, dla­tego wystą­pi­łem o zgodę na eks­hu­ma­cję, którą prze­pro­wa­dzi­li­śmy dziś rano. No i po wyko­pa­niu trumny z mężem tej pani zna­leź­li­śmy pod spodem coś, co znaj­do­wało się pod przy­kry­ciem z gałęzi sośniny. Cze­kamy oczy­wi­ście na potwier­dze­nie z Zakładu Medy­cyny Sądo­wej, jed­nak szkie­let, który tam zna­leź­li­śmy, to naj­praw­do­po­dob­niej szczątki Sofie Rud­berg.

Infor­ma­cja była wpraw­dzie znana więk­szo­ści obec­nych, ale wszy­scy byli poru­szeni.

Mel­l­berg odło­żył na wpół zje­dzoną droż­dżówkę.

-?Sofie znik­nęła bez śladu trzy­dzie­ści lat temu -?cią­gnął Patrik -?i przy­pusz­czam, że wszy­scy macie świa­do­mość, z jaką uwagą ta sprawa była trak­to­wana rów­nież na pozio­mie ogól­no­kra­jo­wym. Ostat­nio w związku z trzy­dzie­stą rocz­nicą jej zagi­nię­cia, która przy­pa­dła w zeszłą sobotę.

Annika powoli pokrę­ciła głową. Jej fili­żanka z kawą stała nie­tknięta.

-?Biedna dziew­czyna -?ode­zwała się. -?Rodzina już wie?

-?Jesz­cze nie -?odparł Patrik. -?Chciał­bym do nich poje­chać zaraz po naszym zebra­niu, w Fjällbace pogło­ski roz­cho­dzą się szybko, a wolał­bym, żeby dowie­dzieli się od nas.

Gösta wstał, żeby napeł­nić fili­żankę, był wyraź­nie poru­szony.

-?Pomy­śleć, że w końcu ją zna­leź­li­śmy -?powie­dział.

Ręka mu lekko drżała, gdy trzy­mał dzba­nek.

Patrik przy­tak­nął.

-?Tak, trzy­dzie­ści lat to kawał czasu. Sto­imy przed poważ­nym zada­niem, by w końcu -?oby -?usta­lić, co się stało z Sofie. Gösta, bra­łeś udział w ówcze­snym docho­dze­niu, będziesz dla nas waż­nym źró­dłem infor­ma­cji.

Gösta, który wła­śnie znów usiadł, kiw­nął głową. Annika chrząk­nęła, a Patri­kowi wydało się, że chciała tym chrząk­nię­ciem przy­kryć szloch.

-?A więc w pierw­szej kolej­no­ści musimy zawia­do­mić rodzinę -?powie­dział, zer­ka­jąc na talerz z droż­dżów­kami. Domo­wym wypie­kiem Anniki. Zabur­czało mu w brzu­chu.

-?Gösta, ty ich znasz, więc poje­dziesz ze mną. Po powro­cie znów się tu wszy­scy spo­tkamy.

-?Nie wiem, czy ja... -?zaczął Gösta, ale urwał.

Patrik spoj­rzał pyta­jąco, wtedy Gösta wzru­szył ramio­nami.

-?Oczy­wi­ście, jadę z tobą.

Patrik zabrzę­czał klu­czy­kami do samo­chodu.

-?To miejmy już to za sobą.

Gösta wes­tchnął ciężko i wstał.

-?Znów zna­leź­li­śmy Aino na cmen­ta­rzu. -?Gun spoj­rzała surowo na Ellen znad oku­la­rów. -?Wiesz, że nie ma moż­li­wo­ści, żeby­śmy jej pil­no­wali na okrą­gło, więc nie jestem pewna, czy to jest dla niej odpo­wied­nie miej­sce.

Ellen odło­żyła papiery, któ­rych i tak nie miała siły przej­rzeć. Znowu to samo.

-?Gun, pro­szę, już roz­ma­wia­ły­śmy na ten temat, czu­wam nad mamą.

-?Prze­cież nie możesz być tutaj przez cały czas.

Roz­ło­żyła ręce, a kilka kar­tek spa­dło na zie­mię.

-?Ona ni­gdy nie cho­dzi w inne miej­sce niż na cmen­tarz -?odparła Ellen, patrząc na kartki, ale nie pochy­liła się, żeby je pod­nieść. Spoj­rzała ponow­nie na Gun. -?I miewa sporo jasnych chwil, a ja nie mogę znieść myśli, żeby ją umie­ścić gdzieś wśród mnó­stwa... Wiesz, o co mi cho­dzi. Biorę na sie­bie całą odpo­wie­dzial­ność za mamę. Posta­ram się, żeby była jesz­cze lepiej pil­no­wana. Prze­cież Elsa też tu pra­cuje, tylko że musiała pomóc w restau­ra­cji w związku z otwar­ciem. Jeśli zatrud­nimy wię­cej os...

-?Roz­ma­wia­łam o tym z Beng­tem i nie ma takiej moż­li­wo­ści. To nie jest dzia­łal­ność cha­ry­ta­tywna, tylko biz­nes, który ma przy­no­sić dochód. Ni­gdy byśmy z Beng­tem tu nie zain­we­sto­wali, gdy­by­śmy sądzili, że nie będzie z tego zysku. A zwa­żyw­szy na to, jak Gabriel prze­kro­czył budżet na restau­ra­cję...

Ellen zre­zy­gno­wa­nym gestem prze­su­nęła dło­nią po krótko obcię­tych wło­sach. Trzeba się uspo­koić.

-?Gabriel pro­wa­dzi restau­ra­cję. Ja pro­wa­dzę ?ldersro. Razem z tobą. Jedno nie ma nic wspól­nego z dru­gim.

-?Może i nie ma. Pró­buję ci tylko powie­dzieć, że Bengt nie zaak­cep­tuje faktu, że nasza dzia­łal­ność nie przy­nosi zysku. Zatrud­nie­nie dodat­ko­wego per­so­nelu ozna­cza­łoby utratę płyn­no­ści. A utrata płyn­no­ści to jest wła­śnie coś, czego Bengt nie lubi, zresztą Jocke też nie, bo już wszedł do rodzin­nej firmy.

Ellen wes­tchnęła. Pew­nie należy podzię­ko­wać Beng­towi za te wszyst­kie kon­te­nery spro­wa­dzone z Chin, dzięki któ­rym stać ich na kana­peczki i bąbelki na nad­cho­dzącą imprezę inau­gu­ra­cyjną. Wpraw­dzie odbę­dzie się już po fak­tycz­nym otwar­ciu, ale chcieli mieć wszystko poukła­dane, zanim zaczną świę­to­wać.

-?Prze­cież nic się nie stało, prawda? -?zauwa­żyła. -?Z mamą nie dzieje się nic złego. Kiedy dora­sta­łam, śpie­wała na bar­dzo wielu pogrze­bach, ludzie ją zapra­szali, żeby ich pocie­szyła swoim śpie­wem. To zro­zu­miałe, że ją tam cią­gnie.

-?Tak, cie­kawe, co tam się dzieje. -?Gun wycią­gnęła szyję, patrząc przez okno wycho­dzące na par­king przed cmen­ta­rzem. -?Jakaś wielka akcja.

-?Nie­długo się pew­nie dowiemy.

Ellen potarła oczy. Zaczęła odczu­wać skutki łącze­nia pracy w ?ldersro z jed­no­cze­snym poma­ga­niem Gabrie­lowi przy otwar­ciu restau­ra­cji. Do tego doszedł jesz­cze nie­po­kój o matkę. Wcze­śniej czy póź­niej muszą z Gabrie­lem odbyć poważną roz­mowę.

Moment ni­gdy nie wyda­wał się odpo­wiedni, zawsze coś prze­szka­dzało. Życie.

-?Zaj­rzę do mamy, zoba­czę, czy da się z nią poroz­ma­wiać.

Gun ski­nęła krótko głową, nie pod­no­sząc wzroku znad kom­pu­tera.

Ellen prze­szła kil­ku­me­trowy dystans dzie­lący ją od drzwi pokoju matki. Rozu­miała, że czeka ją ta roz­mowa, odkąd się tylko dowie­działa, że matka znów wyszła nie­zau­wa­że­nie.

Deli­kat­nie pchnęła drzwi do pokoju.

Aino leżała na łóżku, na boku z twa­rzą zwró­coną do okna. Ellen usia­dła obok niej i pogła­skała deli­kat­nie po ple­cach.

Matka drgnęła i usia­dła gwał­tow­nie.

-?Kto ty jesteś? Gdzie ja jestem?

-?Mamo, to ja. Ellen.

-?Nie kłam. Za stara jesteś na moją Ellen.

Gdy matkę ogar­niała mgła, Ellen miała według niej szes­na­ście lat. Zupeł­nie jakby Aino zamro­ziła się w tam­tych cza­sach trzy­dzie­ści lat temu, które Ellen aku­rat wola­łaby zapo­mnieć.

-?Nie możesz sobie tak po pro­stu wycho­dzić i iść na cmen­tarz.

Poło­żyła dłoń na ręce matki, ale Aino ją szorstko zrzu­ciła.

-?Bez­czelna jaka. Nikt mi nie będzie mówił, gdzie mi wolno cho­dzić.

-?Znów śpie­wa­łaś. Na cmen­ta­rzu.

Ellen usi­ło­wała prze­do­stać się przez mgłę do jakie­goś zaka­marka w mózgu mamy, żeby do niej dotrzeć. Odstępy mię­dzy chwi­lami jasnego myśle­nia sta­wały się coraz dłuż­sze i coraz trud­niej było jej pogo­dzić się z tym, że ta kobieta dobrze jej znana oddala się, by znik­nąć. Albo choćby z tym, że w tej mgle u Aino nie ist­nieje ostat­nich trzy­dzie­ści lat. A wraz z nimi wszyst­kie uro­dziny, poja­wie­nie się na świe­cie dzieci, chrzciny, Boże Naro­dze­nia i waka­cje z wnu­kami, gdy Aino leżała razem z nimi na pomo­ście, łowiąc kraby. Tysiące takich wspo­mnień, które teraz naj­czę­ściej znaj­do­wały się cał­kiem poza jej zasię­giem. Z któ­rymi Ellen zosta­wała teraz sama.

-?Bo tym się zaj­muję. Śpie­wam. Opie­kuję się smut­kiem. Spójrz. Tu mam zeszy­cik, w któ­rym to notuję.

Aino się­gnęła do szu­flady szafki noc­nej i Ellen już wie­działa, co stam­tąd wycią­gnie. Notat­nik zapi­sany ozdob­nym, sta­ro­świec­kim pismem mamy. Ksią­żeczka Żałobna, jak go nazwała i zapeł­niła wszyst­kimi chwi­lami żałoby, którą dzie­liła z innymi.

Teraz z zapa­łem poka­zała ją Ellen.

-?Zobacz. Dzi­siaj też coś zano­to­wa­łam. -?Zmarsz­czyła czoło. -?Musia­łam to zro­bić. O tu. Z dzi­siej­szą datą. I godziną. Dzie­wiąta trzy­dzie­ści jeden. "Dwie dusze, star­sza i młod­sza. Zmarłe przed­wcze­śnie. Młod­sza. Tęsk­nota. Star­sza. Wście­kłość. Temu już kie­dyś śpie­wa­łam. Jedna dusza jasna, druga mroczna. Jed­nak każda dusza zasłu­guje na pieśń, tak jasna, jak i mroczna".

-?Dobrze, mamo -?powie­działa Ellen. -?Bar­dzo ład­nie.

-?Dla­czego mówisz do mnie mama? To wolno tylko mojej córce Ellen.

-?Prze­pra­szam, Aino. Masz na imię Aino.

Płacz uwiązł jej w gar­dle. Pogła­dziła rękę mamy, wciąż gładką i pra­wie bez zmarsz­czek.

-?Spró­buj odpo­cząć. I powiedz, jak będziesz chciała wyjść.

-?Będę cho­dzić, gdzie mi się podoba -?mruk­nęła, ale znów się poło­żyła i zamknęła oczy.

Ellen wyjęła z jej ręki notat­nik i wło­żyła z powro­tem do szu­flady. Wyszła z pokoju, gdy Aino już spała głę­boko.

-?To ja, przy­nio­słam tro­chę jedze­nia!

Kri­stina weszła, a Erica zaczerp­nęła tchu tak gwał­tow­nie, że Nora w jej ramio­nach aż drgnęła. Teściowa nie miała zwy­czaju pukać przed wej­ściem. W dodatku Patrik dał kie­dyś matce klucz do domu, na czas ich tygo­dnio­wego wyjazdu. Szanse, aby odzy­skać ten klucz, Erica oce­niała jako nie­wiel­kie.

Uci­szyła Norę, a Kri­stina weszła w głąb miesz­ka­nia.

-?Zauwa­ży­łam, że daje­cie dzie­ciom bar­dzo dużo śmie­cio­wego jedze­nia, mro­żone pizze, nug­getsy z kur­czaka i temu podobne. A wiesz, jak robią te nug­getsy? Oglą­da­łam wiele lat temu pro­gram tele­wi­zyjny z Jamiem Oli­ve­rem, kiedy pró­bo­wał zmie­nić na lep­sze żywie­nie w angiel­skich sto­łów­kach szkol­nych, a więc nug­getsy robi się z chrzą­stek, skóry i wnętrz­no­ści, z wszel­kich moż­li­wych odpa­dów. No i jesz­cze te wszyst­kie domieszki. Kto wie, jakie skutki to przy­nie­sie, na pewno raka, aler­gie, bo dla dzieci to jest czy­sta tru­ci­zna.

-?Nie dajemy im samego... -?zaczęła Erica, ale Kri­stina już była w kuchni i roz­pa­ko­wy­wała przy­nie­sione torby.

-?Gdy­by­ście w końcu przy­szli do nas z dziećmi, mogła­bym im podać zdrowe, świeżo ugo­to­wane jedze­nie. W mikro­fa­lówce ginie mnó­stwo poży­tecz­nych sub­stan­cji odżyw­czych.

Erica pokrę­ciła głową. No tak, bar­dzo dawno nie byli u Kri­stiny i Gun­nara.

-?Erica?

Ostry ton Kri­stiny zdra­dzał, że to, co powie teraz, by­naj­mniej nie będzie kom­ple­men­tem.

-?Tak? -?odparła z cichym wes­tchnie­niem.

Nie mogła zaprze­czyć, że Kri­stina im pomaga w codzien­nym życiu, ale chwi­lami cena za tę pomoc wyda­wała jej się aż za wysoka.

-?Stoją tu butelki. I mie­szanka. Nie pró­bu­jesz kar­mić Nory pier­sią?

Tym razem wes­tchnie­nie Eriki było gło­śne.

-?Nie, nie chce ssać piersi, dla­tego cią­gle mia­łam zapa­le­nia. A kiedy zaczęła tra­cić na wadze, Mag­da­lena Bergström uznała, że lepiej będzie przejść na mie­szankę.

-?Boże, prze­cież jako lekarka powinna wie­dzieć, jakie zna­cze­nie dla układu odpor­no­ścio­wego ma mleko matki. Czy na dzi­siej­szych stu­diach lekar­skich niczego nie uczą? Skoro pra­co­wała w Afryce, to chyba ma świa­do­mość, jakie to ważne. Jak uro­dzi­łam Patrika i Lottę, to dok­tor Gerald pod­kre­ślał, że muszę kar­mić wyłącz­nie pier­sią. Mowy nie było, żebym kar­miła butelką.

Coś w kuchni spa­dło na zie­mię, ale Erica nie zdo­była się, żeby tam pójść.

-?Czy było to zawsze pro­ste? -?cią­gnęła Kri­stina. -?A skądże! W pierw­szych tygo­dniach przy Patriku mia­łam tak pora­nione sutki, że krew mie­szała się z mle­kiem. Ale wasze poko­le­nie rodzi­ców myśli, rzecz jasna, przede wszyst­kim o wła­snej wygo­dzie, a nie o tym, co będzie naj­lep­sze dla dzieci.

Kri­stina hała­so­wała w kuchni, a Erica zaci­snęła szczęki aż do bólu.

-?Nie mogę się wtrą­cać do waszych wybo­rów, ale mogę przy­naj­mniej dopil­no­wać, żeby te star­sze dzieci zja­dły coś zdro­wego. Upie­kłam laza­nię i zapie­kankę z ryby.

Eko­lo­giczne. Bez żad­nych kon­ser­wan­tów albo dodat­ków z podro­bów.

Jej nowa mania na punk­cie zdro­wego jedze­nia obja­wiła się po zawale Gun­nara i choćby Kri­stina miała jak naj­lep­sze inten­cje, zaczęło to dzia­łać na nerwy wszyst­kim w jej oto­cze­niu. Włącz­nie z Gun­na­rem.

Erica wyobra­ziła sobie, jak dzieci zare­agują na wia­do­mość, że na obiad będzie zapie­kanka z rybą. Po praw­dzie chyba rze­czy­wi­ście było ostat­nio tro­chę dużo kup­nych dań i pół­pro­duk­tów, ale przy czwórce dzieci, z któ­rych jedno było nie­mow­lę­ciem, obo­wią­zy­wało prawo dżun­gli. Zde­cy­do­wa­nie nie zamie­rzała robić sobie z tego powodu wyrzu­tów.

-?Dzię­kuję, Kri­stino, to miło z two­jej strony! -?Posta­rała się, żeby zabrzmiało szcze­rze.

Nora zakwi­liła na jej ręku, skrzy­wiła się i prze­cią­gnęła, ale spała dalej.

-?Wiesz, że nie powinna się przy­zwy­cza­jać do spa­nia na rękach? Potem nie będzie mogła spać ni­gdzie indziej, musisz ją przy­zwy­czaić do łóżeczka.

Kri­stina sta­nęła w drzwiach salonu. Erica już otwo­rzyła usta, żeby udzie­lić zgryź­li­wej odpo­wie­dzi, ale teściowa zdą­żyła wró­cić do kuchni.

-?Cie­kawa jestem, co się dzieje na cmen­ta­rzu -?zawo­łała, otwie­ra­jąc lodówkę. -?Wiesz, cho­dze­nie na cmen­tarz stało się dużo bar­dziej inte­re­su­jące, odkąd prze­szłam kurs z gene­alo­gii. Pomyśl tylko, ile to losów ludz­kich skrywa się pod nazwi­skami na nagrob­kach.

-?Prze­pra­szam, co powie­dzia­łaś na temat cmen­ta­rza?

Erica wypro­sto­wała się, sie­dząc na kana­pie.

-?Ojej, strasz­nie dużo macie tu tych soków Festis, a ile w nich sztucz­nych dodat­ków, nie mówiąc o pla­stiku! A wiesz, że Sylvia pomo­gła mi dotrzeć do moich przod­ków z szes­na­stego wieku i...

-?Co mówi­łaś o cmen­ta­rzu? -?znie­cier­pli­wiła się Erica.

-?Jakaś akcja nie z tej ziemi -?odparła Kri­stina. -?Radio­wozy, tech­nicy w kosmicz­nych kom­bi­ne­zo­nach, odgro­dzili cały rejon. Pró­bo­wa­łam się dodzwo­nić do Patrika, ale oczy­wi­ście ni­gdy ode mnie nie odbiera...

Erica się­gnęła po tele­fon i jedną ręką -?bo drugą trzy­mała Norę - napi­sała ese­mesa.

Cmen­tarz?

Zoba­czyła, że Patrik prze­czy­tał, ale nie odpo­wie­dział. Ku jej nie­za­do­wo­le­niu.

-?Mogę wyrzu­cić te resztki? -?spy­tała z kuchni Kri­stina. -?Nie pachną zbyt świeżo, nie masz poję­cia, co się może w nich roz­mno­żyć. Wsta­wia­jąc je do lodówki, powin­naś pisać datę na opa­ko­wa­niach. Nie­zdrowe bak­te­rie w żołądku mogą porząd­nie namie­szać w orga­ni­zmie i pro­wa­dzić do raka, zresztą oka­zało się, że flora jeli­towa może oddzia­ły­wać na mózg...

Nie słu­cha­jąc Kri­stiny, napi­sała nowego ese­mesa do Patrika. Tym razem bar­dziej zde­cy­do­wa­nego.

Jeśli mi nie odpo­wiesz, co się dzieje, zacznę wydzwa­niać po ludziach...

Rów­nież go prze­czy­tał. Erica odcze­kała, gotowa w razie czego pod­nieść stawkę. I oto przy­szła odpo­wiedź:

Nie wolno ci powie­dzieć NIKOMU ani słowa! Wydaje nam się, że zna­leź­li­śmy Sofie Rud­berg. Jedziemy zawia­do­mić Yvonne i Allana.

Co jest...? Tętno tak jej przy­spie­szyło, że dostała mrocz­ków przed oczami.

Odło­żyła ostroż­nie Norę na kanapę. Córeczka drgnęła, zamru­gała parę razy, ale zaraz się uspo­ko­iła.

Erica miała goni­twę myśli. Sofie. Odna­le­ziona.

Zagi­nię­cie Sofie było mimo upływu lat wielką otwartą raną dla całej Fjällbacki. Wydaw­nic­two Eriki chciało, żeby napi­sała o tej spra­wie, jed­nak do tej pory uwa­żała, że to nie­moż­liwe. Co innego teraz, gdy poja­wiła się szansa na jej domknię­cie. I opo­wie­dze­nie tej histo­rii od samego początku, po uzy­ska­niu odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia.

-?Odło­ży­łaś ją! Jed­nak dobrze, że słu­chasz sta­rej teścio­wej, prze­cież ja też mia­łam dzieci i wiem, co mówię. A z tą mie­szanką jesz­cze nie jest za późno...

Erica się zerwała.

-?Możesz popil­no­wać Nory? Muszę spraw­dzić coś w moim gabi­ne­cie.

-?No pew­nie, ale...

-?Dzięki!

Pobie­gła na schody. Włą­cza­jąc kom­pu­ter, poczuła zna­jome pod­nie­ce­nie, jak za każ­dym razem, kiedy zaczy­nała jakąś histo­rię. Otwo­rzyła pro­gram i zaczęła wyszu­ki­wać wszystko o zagi­nię­ciu Sofie. Gdy Patrik wróci już do domu, będzie miała do niego tysiące pytań.

-?Zdaje się, że mia­łeś jakieś wąt­pli­wo­ści, czy jechać ze mną. Z jakie­goś szcze­gól­nego powodu?

Patrik zer­k­nął na sie­dzą­cego obok Göstę. Minęli ostry zakręt w Mörhult i wła­śnie mieli zje­chać w lewo do domu Yvonne i Allana Rud­ber­gów.

-?Zawia­da­mia­nie o śmierci ni­gdy nie jest przy­jemne -?odparł krótko Gösta.

Patrik odniósł wra­że­nie, że kryje się za tym coś wię­cej, ale nie naci­skał. Nauczył się, że Gösta potrze­buje wię­cej czasu, a jeśli nie zechce mówić, to nie ma na niego siły.

-?Wydaje mi się jed­nak, że aku­rat tym razem powi­tają to z ulgą, tyle lat cze­kali na odpo­wiedź, co się stało -?powie­dział Patrik, skrę­ca­jąc na pod­jazd, gdzie zatrzy­mał się za dwoma sto­ją­cymi tam samo­cho­dami. -?W każ­dym razie chyba są w domu, nie chcia­łem uprze­dzać przez tele­fon.

Pode­szli do drzwi wej­ścio­wych, Patrik ode­tchnął głę­boko, zanim naci­snął dzwo­nek, któ­rego dźwięk odbił się echem w wiel­kim domu. Cze­ka­jąc, aż ktoś otwo­rzy, spoj­rzał w prawo, na widok. Dom był prze­pięk­nie poło­żony. Na samym pół­noc­nym krańcu Fjällbacki w stronę Tanum­shede.

-?Chyba miesz­kali tu rów­nież wtedy, gdy zagi­nęła Sofie? -?zagad­nął Göstę, który przy­tak­nął.

-?Nie chcieli się prze­pro­wa­dzić. Mają tu rów­nież jedną z szop rybac­kich, takich nie­ru­cho­mo­ści się nie sprze­daje.

-?To zro­zu­miałe.

Usły­szeli w środku kroki, odsu­nęli się nieco od drzwi.

-?O, cześć, Gösta!

Twarz Yvonne Rud­berg wyra­żała zdzi­wie­nie. Spoj­rzała na Patrika.

-?Patrik Hedström -?przed­sta­wił się.

-?Prze­cież wiem. Mąż Eriki Falck.

Za sto­jącą w drzwiach Yvonne maja­czył wielki hol z przy­ciem­nio­nym świa­tłem.

-?Wła­śnie. Możemy wejść na chwilę?

Spoj­rzała pyta­jąco, Patri­kowi wyda­wało się, że doj­rzał w jej oczach coś w rodzaju lek­kiego prze­stra­chu. Jed­nak ski­nęła głową i wpu­ściła ich do środka.

-?Allan! Poli­cja przy­szła -?zawo­łała w stronę pięk­nych drew­nia­nych scho­dów z rzeź­bioną porę­czą i zwi­sa­ją­cym z sufitu olbrzy­mim krysz­ta­ło­wym żyran­do­lem.

Z góry dobie­gły cięż­kie kroki i wkrótce scho­dami zszedł Allan. Postawny męż­czy­zna o ciem­nych siwie­ją­cych wło­sach. Patrik nie znał go oso­bi­ście, ale roz­po­znał ze zdjęć w arty­ku­łach pra­so­wych o Sofie, zresztą widy­wał go rów­nież w mia­steczku.

-?Chodźmy do salonu.

Yvonne prze­szła szyb­kim kro­kiem do salonu, gdzie skrę­ciła w lewo przy wiel­kim stole jadal­nia­nym.

Poszli za nią, a Allan tuż za nimi. Patrik wyczuł ich napię­cie. Wpraw­dzie wie­rzył, że przyjmą z ulgą tę wia­do­mość, a jed­nak nie spo­sób się przy­zwy­czaić do takich roz­mów.

Zer­k­nął na Göstę, który spra­wiał wra­że­nie, jakby kur­czył się z każ­dym kro­kiem.

Sia­da­jąc na wiel­kiej naroż­nej kana­pie, Patrik nie­mal się od niej odbił. Sie­dzi­sko się nie ugi­nało, więc sie­działo się rze­czy­wi­ście na kana­pie.

Yvonne i Allan usie­dli na fote­lach naprze­ciw Patrika i Gösty. Yvonne zaci­skała dło­nie trzy­mane na kola­nach. Ani ona, ani Allan nie spy­tali, o co cho­dzi, tylko cze­kali, aż Patrik albo Gösta coś powie­dzą.

Patrik chrząk­nął i pra­wie pole­ciał w przód. Twarde sie­dzi­sko jakby chciało go odrzu­cić.

-?Dzi­siej­szego ranka otwo­rzy­li­śmy na cmen­ta­rzu pewien grób. Po wyję­ciu trumny, o którą cho­dziło, odkry­li­śmy tam coś wię­cej...

Yvonne chwy­ciła ramię Allana, jakby chciała się przy­trzy­mać przed tym, co nastąpi.

-?Pod trumną zna­leź­li­śmy szkie­let. Nie mogę tego osta­tecz­nie potwier­dzić, dopóki nie będzie wyniku bada­nia z Zakładu Medy­cyny Sądo­wej, ale mamy poważne powody do przy­pusz­cze­nia, że zna­leź­li­śmy Sofie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki