Płaczący chłopiec - Agnieszka Bednarska

-
Proszę czekać

 

Londyn i Birmingham, Wielka Brytania, współcześnie

Carl zatrzasnął drzwi za ostatnimi tragarzami opuszczającymi jego dom w Hampstead, dzielnicy Londynu, po czym zaczął się przeciskać między kartonami w kierunku salonu. Patrząc na sterty pudeł oklejonych taśmą i ułożonych w piramidy, z niedowierzaniem unosił brwi. Mimo że większość spakował sam, teraz zastanawiał się, co w nich jest i skąd się wzięło, bo przecież nie z dwóch małych mieszkań, które zajmował ze swoją narzeczoną jeszcze do wczoraj. Kilka razy boleśnie uderzając udem o wystające kanty, dotarł wreszcie do celu, oparł się o futrynę i utkwił spojrzenie w zarysie sylwetki Libby, stojącej na tle obnażonego okna.

W budynku nie było elektryczności, jedyne źródło światła stanowiły uliczne latarnie pod oknami ich nowego domu. Libby, z każdej strony otoczona cieniami, wydawała się jeszcze mniejsza i wątlejsza, niż była w rzeczywistości. Z pewnością słyszała za swoimi plecami kroki Carla, nie oderwała jednak spojrzenia od krajobrazu. Nawet gdy stanąwszy za nią, oplótł ją ramionami i pocałował za uchem, a ona oparła głowę o jego klatkę piersiową, nie spuszczała wzroku z szeregu karłowatych drzew, łysiejących coraz bardziej przy każdym podmuchu wiatru.

O tej porze spacerowało niewiele osób, sporadycznie przejechał jakiś samochód, było jednak na tyle wcześnie, że w kamienicach po przeciwnej stronie ulicy nadal paliły się światła i toczyło się życie rodzinne, łatwe do podejrzenia, bo większość lokatorów nie miała w zwyczaju zasłaniać okien.

Carl przytulił policzek do miękkich włosów Libby i głośno wciągnął ich zapach. Po porannym prysznicu nie został na nich żaden ślad, teraz pachniały kurzem i klejem do tapet.

- Myślisz, że nam się uda? - odezwała się.

- Pytasz o tapetowanie czy o całokształt?

- Interesuje mnie najbliższe czterdzieści, może sześćdziesiąt lat. Nic więcej.

- Gdybym w to nie wierzył, nie sprzedałbym swojego przytulnego mieszkanka z widokiem na Tamizę, nie miałabyś na palcu niemiłosiernie drogiego pierścionka, który jest pamiątką rodzinną, i nie wziąłbym kredytu na ćwierć wieku tylko po to, byśmy mieli dom, o jakim marzyłaś.

Z wartością pierścionka Carl oczywiście przesadził - Libby nie musiała tego sprawdzać, bo od kilku lat była zatrudniona w pracowni złotniczej. Złoto z próbą trzysta siedemdziesiąt pięć, powszechnie stosowane w tego typu wyrobach, i kremowo­­-różowa perła wielkości pestki wiśni miały wartość głównie sentymentalną. Ale właśnie dlatego pierścionek wydawał się Libby jeszcze cenniejszy.

- Chciałam dom bez elektryczności i ciepłej wody?

- Na to już nie wystarczyło. Sama jednak mówiłaś, że najważniejsza jest dusza i że on ją ma.

Libby otarła się policzkiem o ramię Carla i zamruczała jak domowy pupil proszący o podrapanie za uchem.

- Tak, ten dom niewątpliwie ma duszę. Nie ma podłóg, szczelnych okien, ale tętni w nim życie, mimo że od lat nikt tu nie ­mieszkał.

- Byleby to życie nie trzaskało nam po nocach drzwiami i w białej poświacie nie sfruwało z piętra - zażartował, po czym znacznie poważniej dodał: - Już widzę, w jaki zachwyt wpadnie babcia Francesca, gdy nas odwiedzi. Do końca świata będziecie miały o czym rozmawiać.

Libby się uśmiechnęła - Carl nie patrzył na jej twarz, ale miał pewność.

- Gdyby nie Francesca, nigdy nie odkryłabym uroku antyków. Myślę, że kiedy zobaczy ten dom, będzie z nas dumna i szczęś­liwa.

- Najbardziej z ciebie i z Danielle, bo to głównie wasza zasługa. Sam z pewnością wybrałbym apartament.

- I z Danielle... - powtórzyła. Brzmienie tego imienia za każdym razem budziło w niej cień zazdrości, której nie potrafiła się wyzbyć. - Babcia Francesca wolałaby zapewne, żeby to Danielle miała na palcu pierścionek zaręczynowy od ciebie... - w przypływie melancholii szeptem wyraziła swój żal.

Carl obrócił dziewczynę jak lalkę, tak że zanim się zorientowała, stała z nim twarzą w twarz, jej oczy, lśniące w półmroku, przypominały mokre kasztany. Cokolwiek by powiedziała i jak bardzo by go zdenerwowała, jednym takim spojrzeniem potrafiła sprawić, że wszystko jej wybaczał.

- Kotku, z Danielle byłem dwa lata i mimo że babcia bardzo ją lubiła, nigdy słowem nie wspomniała o naszej wspólnej przyszłości. Jak to później określiła, od początku czuła, że między nami nie ma kleju. A po pół roku od poznania ciebie dała mi ten pierścionek. - Carl uniósł rękę Libby i pocałował serdeczny palec jej lewej dłoni. - Powiedziała wtedy, że powinienem nosić go w kieszeni, na wypadek gdybym zechciał ci się oświadczyć.

Libby znała tę historię, ale za każdym razem słuchała jej z taką samą przyjemnością, niejednokrotnie świadomie prowokując Carla do opowiadania. A on udawał, że nie dostrzega manipulacji, szczęśliwy, że może jej sprawić przyjemność.

W szyby zastukały krople deszczu, jak gdyby przyczajonego nad światem i nasłuchującego rozmowy młodych ludzi. Gdy zamilkli, z impetem ruszyły ku ziemi, w kilka sekund mocząc wszystko, co nie zostało ukryte pod dachem. Spływając po oknach zygzakowatymi wstążkami, sprawiły, że wzory na odklejających się tapetach stały się ruchome, a pokój zaczął falować. Ściany zdawały się chłonąć napływające z zewnątrz wilgotne powietrze o zapachu opadłych liści zalegających na trawnikach.

Carl poprowadził Libby przez budowle z kartonów jak przez miniaturowe miasto. Rozsiedli się na podłodze pośród drapaczy chmur, uliczek i płotów na wcześniej przygotowanych śpiworach, mających im tej nocy służyć za sypialnię. Wszystko, czego mogliby potrzebować, zanim zorientują się w bałaganie, znajdowało się w dwóch plecakach, w zasięgu ich rąk. Nie chcieli czekać z przeprowadzką, aż dom będzie przygotowany do zamieszkania - stwierdzili, że kilka pierwszych tygodni potraktują jak biwak.

- Zaczekaj! - Widząc, że Carl zamierza zdjąć buty, powstrzymała go gestem. - Uważam, że pierwszą butelkę szampana pod tym dachem powinniśmy wypić z Danielle. Chciałabym, żebyś po nią pojechał. - Na dowód, że naprawdę tak myśli, rozstawiła na jednym z pudeł trzy smukłe kieliszki z przeźroczystego plastiku i zakołysała mu butelką przed nosem.

- Mówisz poważnie? Chcesz, żebym ją tu przywiózł? Teraz? - Pamięć o tym, w jaki sposób Libby dotychczas traktowała jego przyjaciółkę, sprawiła, że nawet nie próbował ukryć zdziwienia.

Odkąd Libby i Danielle się poznały, ich stosunki można było określić jako zaledwie poprawne. Wysiłki Carla, aby dwie bliskie mu kobiety połączyło coś więcej niż uprzejmość, nie przynosiły rezultatów. Stroną bierną w zacieśnianiu więzi pozostawała ­Libby, podejrzliwie patrząca na dziwny, jej zdaniem, układ swojego narzeczonego z byłą dziewczyną, ekscentryczną córką polskich imigrantów. Na podawane przez niego wyjaśnienia przyczyn rozstania z "byłą" reagowała nieufnie, bo, jak sądziła, Carl i Danielle stanowili dobraną parę. Do dziś doskonale się rozumieli. Czytali te same książki i lubili spędzać czas w podobny sposób, potrafili zadzwonić do siebie o nieprzyzwoicie późnej godzinie tylko po to, by poskarżyć się na problemy w pracy lub zapytać o radę w jakiejś zupełnie nieistotnej sprawie.

Libby, idealizując ich relację, uważała, że mogliby stanowić świetną parę. Nie zdawała sobie sprawy, że uniemożliwiał to brak jednego, lecz istotnego szczegółu. Carl i Danielle istotnie mogliby wieść satysfakcjonujące ich oboje życie, pod warunkiem że łączyłaby ich także namiętność, a tej od początku między nimi brakowało. Po dwóch latach bycia parą zgodnie uznali, że bardziej przypominają rodzeństwo albo zaprzyjaźnionych ze sobą starych małżonków niż zakochanych, i rozstali się bez czynienia sobie wyrzutów. W duszach jednak grało im podobnie i nie chcieli tego zaprzepaścić, pozostali zatem w koleżeńskim układzie, z którego zaakceptowaniem Libby miała problem.

Mimo to sprawiedliwie przyznawała, że gdyby nie zaangażowanie Danielle, nie mieliby tego pięknego domu, do którego właśnie się wprowadzili. Natychmiast po tym, jak pojawił się w ofercie sprzedaży biura, z którym akurat współpracowała jej firma, zadzwoniła do Libby i namówiła ją na obejrzenie kamienicy. Znała ją na tyle dobrze, że wiedziała, iż dom ją zachwyci, i się nie pomyliła. Zanim przekonały Carla do kupna czegoś, na co początkowo zupełnie nie miał ochoty, wspólnie opracowały strategię sfinansowania przedsięwzięcia, odwiedziły banki, by wybrać najkorzystniejszy kredyt, i rozpoczęły poszukiwania kupców na mieszkania Carla i Libby. Spędzony razem czas zadziałał na korzyść wzajemnej relacji, chociaż nie uspokoił obaw Libby, że przebojowa i zaradna Danielle byłaby lepszą partnerką życiową dla Carla.

Ale zamieszkanie z narzeczonym Libby traktowała nadzwyczaj poważnie, czuła, że wkracza w najważniejszy rozdział życia, w którym świat winien się opierać na zaufaniu i wzajemnym szacunku. Niepewność, jaką odczuwała w stosunku do intencji Danielle, wciąż w niej żyła, lecz jeśli nawet nigdy nie miałaby zniknąć, Libby nie zamierzała ulegać temu uczuciu. Dlatego uznała, że zaproszenie Danielle na pierwszą lampkę szampana pod dachem, który zdobyli głównie dzięki jej staraniom, będzie nie tylko wyrazem wdzięczności, ale przede wszystkim okazaniem dobrej woli, by przyjąć byłą dziewczynę narzeczonego w poczet własnych przyjaciół.

- Tak, jedź po nią. Uważam, że zasłużyła sobie na to, by być tu dzisiaj z nami.

Carl nie mógł się z tym nie zgodzić, prędzej jednak spodziewałby się bezchmurnego listopada w Londynie niż takiej propozycji z ust swojej narzeczonej. Zaskoczony, nie zamierzał z nią jednak dyskutować, wstał, pomacał kieszeń, aby sprawdzić, czy są w niej kluczyki od auta, i ponownie zahaczając i uderzając o wystające części kartonów, pokonał labirynt wiodący do wyjścia.

Libby została sama.

Na wprowadzenie w życie swojego planu nie miała więcej niż pół godziny. Wydobywszy z plecaka sekretne zawiniątko, zaczęła wyjmować z niego małe świeczki i rozstawiać je po zakamarkach pokoju. Pierwszą zapaliła zapalniczką kupioną specjalnie na tę okazję, kolejne odpalała jedną od drugiej. Gdy skończyła, pokój mienił się przytulnym blaskiem płomieni i o wiele lepiej pachniał, pomarańczowo-żółta łuna unosiła się nad zarysem metropolii z pudeł, gdzieniegdzie tworząc złudzenie zorzy polarnej. Rezultat zachwycił Libby tak bardzo, że nie mogła oderwać oczu. Z niecierpliwością oczekiwała na powrót Carla i Danielle, pewna, że oni także będą oczarowani tym widokiem.

Pukanie do drzwi przypomniało Danielle o istnieniu innego świata poza tym, w którym ugrzęzła kilka godzin temu. Zegarek na pasku zadań wskazywał 22.40. Nie spodziewała się niczyjej wizyty, ale bez ociągania oderwała się od komputera, zadowolona, że w końcu ma pretekst, by to zrobić. Odkąd otworzyła własną firmę, praca stała się jej nałogiem. Niestety, niejedynym.

- Carl? - Zdziwiła się. - Co ty tu robisz? Nie powinieneś być w swoim nowym domu?

- Owszem. - Przekroczył próg, nie czekając, aż go zaprosi. - Zostałem jednak po ciebie przysłany.

- Coś nie tak? Jeśli chodzi o reklamację, to wybij ją sobie z głowy. - Stanęła w rozkroku, czekając na wyjaśnienie. Rozciągnięte spodnie od dresu wisiały jej na biodrach, odsłaniając tatuaż zrobiony na bliźnie po wyciętym wyrostku. Rude postrzępione i sterczące włosy podtrzymywane opaską upodabniały dziewczynę do wokalistki zespołu rockowego z lat osiemdziesiątych.

- Libby uważa, że ten wieczór powinniśmy spędzić we troje. Jest ci wdzięczna za pomoc i chce to okazać, dlatego kazała mi cię przywieźć.

Kobieta lekceważąco machnęła ręką i zniknęła w głębi sypialni dla gości, dawno temu przerobionej na biuro, centrum dowodzenia jej firmy. Pokój gościnny zlikwidowała bez żalu, po pierwsze dlatego, że rzadko ktoś u niej nocował, po drugie dlatego, że gabinetu potrzebowała bardziej.

- Jestem zajęta, mam pilne zlecenie - oświadczyła, jednocześnie szukając pod biurkiem tenisówek. Nie chciała, aby Carl ujrzał w jej twarzy satysfakcję, którą poczuła na wieść o tym, że to Libby po nią przysłała.

Zanim przyjaciel zaczął ją przekonywać do skorzystania z zaproszenia, co właśnie miał zamiar zrobić, stanęła przy nim z kluczami w ręku.

- Najwyżej na godzinę. Później mnie odwieziesz.

Gdy wysiedli z samochodu, deszcz właśnie przestawał padać, wszystko wokół lśniło, jak gdyby pokryte cienką warstwą szkła. Światła z mieszkań odbijały się w mokrym asfalcie niby w lustrze, woda spływała w dół ulicy, szemrząc przyjemnie; to był wyjątkowo ciepły październikowy wieczór.

Carl zadarł głowę, by spojrzeć w okna salonu, w których spodziewał się dostrzec Libby, i w tej samej chwili poczuł, że ciało mu sztywnieje. Ogarnęła go rozpaczliwa potrzeba krzyku, ale nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zdawało mu się, że zerwał się do biegu, jednym susem pokonał kamienne stopnie, razem z drzwiami wpadł do domu i przeskakując nad kartonami, uwolnił Libby z ogarniętego ogniem pomiesz­czenia. Pochwycił ją w ramiona i bezpiecznie wyniósł na zewnątrz.

Tymczasem bliski omdlenia wciąż stał na chodniku.

Po raz drugi w życiu przyszło mu doświadczyć paraliżującej bezsilności w obliczu ognia, który tak samo jak za pierwszym razem i teraz rzucił się na to, co Carl kochał najbardziej. Przeszło ćwierć wieku temu, będąc dzieckiem, nie podjął z nim żadnej walki, walkowerem oddał wszystko, czego żywioł zażądał. Tym razem jednak zapragnął ruszyć na niego z gołymi rękami, nawet jeśli oznaczałoby to drogę bez powrotu, niestety nie był w stanie nawiązać łączności ze swoim ciałem.

- Co, do cholery? - Danielle jeszcze nie rozumiała. Nigdy nie widziała domu trawionego ogniem, dlatego zniekształcone złote światła skaczące za szybą wcale jej nie zaniepokoiły. Oszołomił ją dopiero widok Carla, białego na twarzy, z niemym krzykiem zastygłym na wykrzywionych wargach. - Carl! - Przerażona z całej siły uderzyła go w ramię.

Podziałało natychmiast. Mężczyzna, wyrwany z kleszczy paraliżującego strachu, zerwał się do biegu, wprowadzając w życie to, co przed chwilą było jedynie wytworem jego wyobraźni. Przeskakując po kilka kamiennych stopni, dotarł na szczyt, gdzie zachwiał się niebezpiecznie na ich śliskiej nawierzchni. Wymachiwał rękami, by odzyskać równowagę. Jednym kopnięciem otworzył drzwi, przeżarty rdzą zamek nie stawiał oporu. Na korytarz wylewał się blask płomieni, oświetlając przerażająco długą drogę, jaką Carl miał do pokonania.

- Libby! - Duszony przez histerię, z wysiłkiem wydobył jej imię z głębi ściśniętej piersi.

- Carl... - Usłyszał jej głos. Dochodził z bliska i zdawało się, że dystans oddzielający ich od siebie jest coraz mniejszy. - Carl... - Już nie wołała, a przemawiała, jakby stojąc obok.

Choć wyraźnie słyszał, jak woła go po imieniu, wciąż nie mógł odnaleźć jej wzrokiem. Strach, niczym głaz przytwierdzony do pleców, odbierał siły, ale mimo to ruszył wraz z nim przed siebie. Odpychając wszystko, co stanęło mu na drodze, wreszcie dotarł do salonu. Z obłędem w oczach przyglądał się pomieszczeniu, nie od razu pojmując, co widzi.

Zamiast żarłocznych płomieni, na których widok się przygotował, ujrzał dziesiątki małych świeczek poustawianych na kartonach, parapetach i podłodze, na rzeźbionym kominku i prowizorycznym stole z prowizoryczną kolacją niespodzianką.

Trzymał się futryny, chwiejąc się na miękkich nogach, jego umysł zawisł w próżni, ale po chwili znowu jakby oszalał. Nie zważając na wołania kobiet, z których obecności dopiero teraz zdał sobie sprawę, ruszył do środka z siłą ogarniętego szałem zwierza i zaczął zgniatać w gołych dłoniach wszystkie napotkane po drodze świeczki.

Zapach dymu mieszał się w powietrzu ze swędem przypalonej skóry i płaczem Libby.

Danielle nie reagowała, pozwalając przyjacielowi dokończyć. Skuloną z przerażenia dziewczynę przytuliła do siebie, chroniąc ją przed oglądaniem widowiska, które Libby sama zainicjowała.

Wkrótce pokój wypełnił się aromatyczną szarością, wirującą w obłoczkach dymu unoszącego się znad knotów jak dusze pomordowanych płomieni. Carl, szukając oparcia we wszystkim, co miał wokół siebie, dotarł do najdalszego skrawka wolnej podłogi. Marzył, by zwinąć się w kłębek i zniknąć w tym kącie, zanim komukolwiek będzie musiał spojrzeć w oczy.

Wspomnienia, zamknięte przed laty w najodleglejszym i niedostępnym dla nikogo zakamarku pamięci, właśnie odzyskały utraconą wolność. Całym ciałem odczuwał ich toksyczne działanie. Ból, który tak naprawdę nie odszedł nigdy, teraz nie pozwalał mu się wyprostować.

Nie miał pojęcia, jak to zrobiły i ile czasu upłynęło, zanim odnalazły go w smolistej ciemności, w której się ukrył. Dopiero czując dotyk, zrozumiał, że są tuż obok. Po chwili uświadomił sobie, że ma zaciśnięte powieki. Gdy je podniósł, mrok już się przerzedzał, a światło z ulicznych latarni, wcześniej jakby przyczajone, zaczęło się sączyć przez szyby.

- Twoje dłonie... - Libby, pochyliwszy się, próbowała ich dotknąć, ale Carl gwałtownie je cofnął, skrzyżował ręce, a palce wcis­nął pod pachy.

- Zostaw. Odejdź.

Dziewczyna znieruchomiała, ale po chwili wycofała się i zniknęła między pudłami, gdzie znowu zaczęła pociągać nosem. Nieregularny oddech i pochlipywanie stanowiły jedyną oznakę jej istnienia.

- Nie bądź dzieciak, pokaż ręce. - Kolejną próbę podjęła Danielle.

- Powiedziałem: nie! - Zdecydowanie brzmiące w jego głosie oznaczało, że lepiej ustąpić.

- Dobrze, jak chcesz - zgodziła się. - Gdybyś jednak zechciał to opatrzyć, będę w pobliżu.

- Danielle, ja...

- Wiem, Carl. Nic nie mów, ja to wszystko wiem. - Podnosząc się z klęczek, troskliwie pogładziła jego skurczone plecy.

Libby poruszyły ostatnie słowa dziewczyny. Nie była to właściwa chwila, ale nic nie mogła poradzić, że znowu poczuła zazdrość. Dlaczego Danielle rozumiała zachowanie Carla, a Libby, jego narzeczona, nie potrafiła go pojąć? Co takiego wiedziała Danielle, czego nie wiedziała ona? Cokolwiek to było, nie dotyczyło Libby, z jakiegoś powodu została wykluczona, usunięta poza krąg wtajemniczonych. Pomyślała o zbliżającej się dacie ślubu i nagle zapragnęła zdjąć pierścionek i odejść z ich życia.

"Nie jestem tu potrzebna", powtarzała w myślach, łkając coraz rzewniej.

- No i czego beczysz? Już po wszystkim. - Głos Danielle był tak szorstki, że mogłaby nim zdzierać farbę ze starych drzwi, ale jednocześnie ratował Libby przed zatraceniem się w rozpaczy.

- Co ja takiego zrobiłam?

- To nie twoja wina.

- To miał być miły wieczór: te świece, kolacja były dla niego. Dla was.

- Chodź. - Dziewczyna odnalazła w półmroku ramię Libby i pociągnęła ją w stronę wyjścia. - Przejdziemy się. Musimy pogadać.

Gwiazdy pochowały się za kurtyną nisko sunących chmur. Nie było wątpliwości, że za chwilę znowu zacznie padać - oddychając, wciąż wyczuwało się orzeźwiającą moc angielskiej aury.

Przy głównej ulicy życie płynęło wartkim nurtem. Nie zważając na późną porę ani dzień tygodnia, grupki ludzi przemieszczały się z lokalu do lokalu w poszukiwaniu coraz lepszej zabawy. Z samochodów wyskakiwały półnagie rozkrzyczane dziewczyny i młodzi anorektyczni mężczyźni, na których z trudem utrzymywały się spodnie, wszyscy podrygiwali w rytm uderzeń subwooferów.

Kobiety w pośpiechu minęły lokale, skręciły w boczną ulicę i weszły do pierwszej zacisznej restauracji, na jaką się natknęły. Od razu poczuły się lepiej. Zapach jedzenia i szmery rozmów nielicznych gości zachęcał do pozostania w środku.

- Dobry wieczór. - Kelner wyszedł im na spotkanie. - Niestety, za pół godziny zamykamy, nie podajemy już gorących dań.

- Ale kawy możemy się napić?

- Oczywiście.

Wybrały stolik w zakamarkach sali. Zanim usiadły, kelner podał kawę i dwie lukrowane babeczki.

- Ciastka na rachunek firmy - wyjaśnił. - Przykro nam, że nie możemy podać paniom niczego więcej.

Sytuację kontrolowała Danielle - to ona zdecydowała, gdzie usiądą i co zamówią; Libby chętnie poddała się jej woli, wdzięczna, że niczego się od niej nie wymaga. Przed oczami wciąż miała Carla, takiego, jakiego go zostawiły, siedzącego na podłodze i odgrodzonego od nich barierą z lodu.

- Wiem, że Carl sam chciał ci o tym powiedzieć, ale wciąż to odkładał - zaczęła Danielle. - Po prostu nie potrafi. Gdyby nie jego dziadkowie, ja też o niczym bym nie wiedziała.

Skupienie na twarzy Libby stawało się coraz wyraźniejsze, nie chciała, by umknęło jej cokolwiek z tego, co za chwilę miało zostać powiedziane; instynktownie wyczuwała, że będzie to wiadomość, która wpłynie na jej przyszłe życie z Carlem.

- Nigdy wcześniej nie zauważyłaś jego lęku przed ogniem? - zapytała Danielle.

- Nie. Albo... Właściwie... Sama nie wiem... - Spojrzała przez wizjer pamięci. Oparła łokcie o krawędź stołu i palcami poczęła rozmasowywać czoło. Chwilę później popadła w odrętwienie. Zapatrzona w jeden punkt jak w szklaną kulę, przystąpiła do odczytywania wyłaniającego się z niej obrazu. - Kiedyś przed jego przyjściem rozpaliłam w kominku. Nic nie powiedział, ale wydawał się tym poruszony, może nawet zdenerwowany. Siedział przed nim tak długo, aż ogień zupełnie wygasł, a gdy zasnęłam, wstał i poszedł uprzątnąć palenisko.

Danielle słuchała, sącząc kawę, nie wydawała się zaskoczona, tak jakby już znała tę historię.

Libby nadal gmerała w pamięci.

- Masz rację, świeczek też nie lubi. Zapomniałam o tym. Myślałam, że chodzi o jakąś alergię. Cokolwiek by to było, zareagował z grubą przesadą. Wydawało mi się, że go znam, tymczasem zachował się jak...

- Zanim go ocenisz - przerwała jej Danielle - posłuchaj, co ci powiem.

Ręce Libby z rezygnacją opadły na blat.

- Dwadzieścia osiem lat temu rodzice Carla kupili dom. Mieszkali w nim zaledwie kilka miesięcy, gdy pewnej nocy na piętrze, gdzie wszyscy spali, wybuchł pożar. Płomienie odcięły ich od dziecka, słyszeli jego płacz, ale nie mogli się do niego dostać. Krzyczeli, aby skakał przez okno, ale mały Carl się bał. W końcu się rozdzielili: matka, nie chcąc zostawić syna samego, nie pozwoliła się wyprowadzić z płonącego domu i wciąż mówiła do niego przez barierę z ognia. Ojciec podjął próbę dostania się do chłopca z zewnątrz. Udało się, sąsiedzi zdołali podstawić drabinę, wyniósł małego i zostawił na trawniku, a sam wrócił po żonę. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko: zanim się zorientowali, odciął im drogę ucieczki. Carl słyszał ich krzyki i patrzył na ich śmierć, nie mogąc nic zrobić. Miał wtedy pięć lat, ale rozumiał, że zginęli, bo on bał się skoczyć z okna.

- Boże, nie wiedziałam.

- Nikt nie wiedział, ani jeden kolega ze szkoły, nikt w pracy. Carl nigdy nie wspomina tamtej nocy. Żadnemu psychologowi nie udało się namówić go na rozmowę o pożarze, więc terapie nie przynosiły rezultatów.

- Może wymazał go z pamięci? Słyszałam, że tak się czasem dzieje.

- To, czego dziś byłyśmy świadkami, dowodzi, że niczego nie wymazał. Tamten ogień nadal tli się w jego wnętrzu, a on nadal cierpi.

Przez chwilę obie ze współczuciem pomyślały o Carlu.

- Nigdy nie ustalono, co było przyczyną pożaru, żadna ekspertyza tego nie wykazała - powiedziała Danielle, kończąc rozmowę.

*

Mimo deszczu nie wzięły taksówki, wróciły do domu tą samą drogą, którą przyszły, i rozstały się pod drzwiami. Pożegnały się z przyjemnym poczuciem, że łączy je wspólna sprawa.

Chłód i wilgoć w domu przypominały klimat panujący w studni. Libby kroczyła ostrożnie, starając się opanować dreszcze. Carla odnalazła w salonie - wyglądał na pogrążonego we śnie, ale gdy podeszła bliżej, w poświacie zza okna zauważyła, że lśnią mu oczy.

- Wskakuj - zaprosił ją, zachęcająco odchylając śpiwór.

Zrzuciła z siebie ubranie i przysunęła się tak blisko niego, jak tylko to było możliwe. Pocałował ją w mokre czoło.

- Dobranoc, kochanie - szepnął swoim zwyczajnym pogodnym tonem.

Jakże ją korciło, aby chociaż słowem wspomnieć o rozmowie z Danielle, wyrazić współczucie i zapewnić o miłości, nie odważyła się jednak odezwać. Całą sobą czuła, że drzwi milczenia, za którymi jej narzeczony ukrywał się przez lata, po chwilowym uchyleniu ponownie zostały zatrzaśnięte.

Danielle zrzuciła wilgotne ubranie na podłogę w łazience, odkręciła kurek, zaczekała, aż woda nabierze właściwej temperatury, i weszła pod prysznic. Wylała sporą ilość szamponu wprost na głowę i stojąc nieruchomo, czekała, aż piana spłynie po niej i zniknie w odpływie. Czuła, jak gorąca woda rozpulchnia jej skórę, która najpierw przybrała zdrowy różowy odcień, a następnie zaczerwieniła się jak podczas choroby z niebezpiecznie wysoką gorączką. Podkręciła termostat. Kłęby pary zaczęły się wydobywać z kabiny jak z komina lokomotywy i po chwili szczelnie wypełniły łazienkę. Zniknęły sprzęty, ściany i drzwi. Zmysły Danielle pogubiły się we mgle, straciła orientację. Pochyliła się i wsparła dłonie na ugiętych kolanach, brakowało jej powietrza. Gorąca woda parzyła jej kark, ramiona i stopy. Coraz płytszy oddech przyspieszał, w uszach dudniła gotująca się w żyłach krew. Nie mogąc znieść bólu oczu, zacisnęła powieki. Po omacku sięgnęła gałki termostatu i przekręciła ją do oporu.

Zetknięcie rozpalonej skóry z lodowatą wodą było jak smag­nięcie pejczem o setce rozgałęzień cienkich jak nić. Uderzenie wyrwało z jej piersi krzyk. Upadła na kolana. Narzędzie tortur smagało raz po raz jej plecy i uda, miała wrażenie, że ciało pod jego uderzeniami pęka do żywego mięsa.

Wystarczyłoby przekręcić kurek, aby zatrzymać strumień i przerwać cierpienie, ale go potrzebowała. Wierzyła, że na nie zasłużyła i albo je zniesie, albo tu umrze.

Nie potrzebowała żyletki. Rany, które sobie zadawała, choć nie mniej bolesne, nie pozostawiały szpecących blizn na nadgarstkach, a w ten sam kojący sposób wpływały na duszę.

Na sumienie.

To jego krzyk od pięciu lat próbowała w ten sposób zagłuszyć.

 

 

Rankiem w domu przy Park Road 14 jedna za drugą zjawiły się ekipy remontowe - elektrycy, stolarze i hydraulicy - oraz monter alarmów, wszyscy spóźnieni. Siedmiu mężczyzn w dżinsach i bawełnianych podkoszulkach rozeszło się po domu, taszcząc ze sobą wielkie skrzynie z narzędziami i kubki-termosy.

Zanim zrobili cokolwiek, poprosili o herbatę.

- Nie będzie herbaty, bo nie mamy wody ani kuchni, ani prądu. - Carl był zdenerwowany, musiał się spieszyć, by zdążyć do pracy. - Weźcie się do roboty, a za kilka dni dostaniecie herbatę.

Mężczyźni, pomrukując z niezadowoleniem, zarzucili na ramiona ciężkie torby, zabrali skrzynki i odeszli, każdy do wcześ­niej ustalonego zajęcia. Po chwili stare rury wyrywane ze ścian wprawiły w drżenie nawet fundamenty, a spróchniałe futryny w starciu z ciężkim sprzętem zmieniały się w drzazgi. Wiertarki i młotki jak tureccy kupcy zaczęły się wzajemnie przekrzykiwać.

- Coś trzeba zrobić z tym zamkiem. - Stojący w progu Carl starał się przebić przez powstały jazgot. - Nie możemy mieszkać w otwartym domu.

- Załatwię to, idź już! Jeśli cię zwolnią, nie będziemy mieli czym im zapłacić! - zawołała jak do kogoś stojącego po drugiej stronie ulicy. - Widzimy się wieczorem!

Wróciła do salonu, jedynego miejsca w domu nadającego się do przeczekania pierwszej, najbardziej dokuczliwej fazy remontu. Przebywali tu od wczoraj, a umiejętności przystosowawcze człowieka już stały się widoczne. Przy użyciu kartonów w pomieszczeniu zostały wydzielone: sypialnia, miejsce do jedzenia, do pracy, a nawet kącik łazienkowy z zapasem wilgotnych chusteczek odświeżających i wodą mineralną, którą można było opłukać twarz i ręce. W ogrodzie ustawiono turystyczną toaletę, ale Libby na myśl o tym, że musiałaby z niej skorzystać, dostawała skurczów żołądka.

Pragnąc jak najszybciej wydostać się poza obręb hałasu i kurzu, zarzuciła na ramię trzy wcześniej przygotowane torby z wyposażeniem na cały dzień i po prostu uciekła z domu. Pomyślała, że w sprawie wyłamanego zamka zadzwoni do ślusarza z jakiegoś spokojniejszego miejsca.

Bagaż wrzuciła do nissana na miejsce pasażera i usiadła za kierownicą; pierwsza torba z osprzętem na siłownię, druga, którą zwyczajowo brała ze sobą do pracy, i trzecia, płaska teczka z nutami i słowami piosenek, na wieczorną próbę zespołu.

W grupie stworzonej przez koleżanki ze studiów Libby muzykowała od czterech lat, od niedawna jako wokalistka, czym była bardzo przejęta, dlatego angażowała się w próby z wielkim oddaniem. Kobiety, wszystkie prócz Libby żony i matki, nie pretendowały do miana gwiazdy - co drugi piątek grały w zaprzyjaźnionym klubie, czasami na jakimś festynie, traktując to zajęcie jako metodę na rozładowanie emocji i pretekst do wyrwania się z domu. Odtwarzały najbardziej znane szlagiery, przy których dorastały.

Zanim Libby przekręciła kluczyk w stacyjce, dobiegł ją przytłumiony dźwięk telefonu. Sprawnie wygrzebała go z torby i odebrała, nie patrząc na wyświetlacz.

- I jak dajecie sobie radę, moja kochana? - Babcia Carla, zwięzła niczym recepta, nie lubiła tracić czasu na zbędne pogawędki, za które uważała również tradycyjne formy powitań i pożegnań. - Ekipy już pracują? Jakoś tam u was cicho.

- Witaj, Francesco, miło cię słyszeć...

- Wiem, wiem... To jak, pracują? Zrobili już coś?

- Niedawno przyszli, ale ja uciekłam.

- I bardzo dobrze, moja droga, siedzenie w kurzu mogłoby zaszkodzić twoim strunom głosowym. Nie możemy się już z Harrym doczekać twojego koncertu, tak pięknie ostatnio śpiewałaś.

- Francesco, to nie koncert, tylko zwykły występ w małym klubie.

- Daj spokój z niepotrzebną skromnością, dziewczyno. Wiem, co słyszałam. Ale ja nie w tej sprawie dzwonię. - Kaskada słów wydobywająca się z jej ust przybierała na sile. - Miałam to zachować w tajemnicy do czasu, gdy się spotkamy, ale właściwie po co tak się męczyć? Mam dla was cudowny prezent do nowego domu, nie uwierzysz... - Westchnęła, najwyraźniej nie mogąc wyjść z podziwu dla samej siebie. - Wyobraź sobie, udało mi się zdobyć dwanaście srebrnych klamek z osiemnastowiecznego pałacyku przeznaczonego do rozbiórki. Nikt prócz mnie nie docenił ich unikatowej wartości, a są przepiękne...

- Francesco, proszę, nie mów, że znowu to zrobiłaś. - Libby nieświadomie chwyciła się za głowę. - Nie mogłabyś.

Staruszka potrafiła dostrzec piękno we wszelkich starociach, nie umiała się oprzeć ich ratowaniu, gdy marniały, przez co już raz wpadła w tarapaty. Natknąwszy się przed kilku laty na zapomniane ruiny jakiegoś domostwa, zachwyciła się dębowymi okiennicami odrywającymi się od resztek murów. Własnymi rękami powykręcała je, przeniosła do samochodu i nie przewidując kłopotów, odjechała, a po kilku dniach odebrała wezwanie na policję. Sprawa skończyła się grzywną i porozumieniem z właścicielem posesji, który zgodził się odsprzedać okiennice, chociaż wcześniej nie miał pojęcia o ich istnieniu.

Jednak dziadek Carla Harry do dziś nie wybaczył żonie wstydu, jakiego się najadł przez ten wybryk. Sama Francesca ani przez chwilę nie czuła się winna, a poczucia wstydu u męża w ogóle nie potrafiła zrozumieć.

Słysząc o osiemnastowiecznych klamkach, Libby natychmiast wróciła pamięcią do sprawy okiennic.

- Oczywiście mam na myśli dwanaście kompletów. Ile drzwi macie u siebie?

- Nie wiem.

- Policz, jak wrócisz.

- Francesco...

- Nie bój się, pochodzą z legalnego źródła.

Libby poczuła ulgę, chociaż nie wiedziała, ile jest prawdy w słowach babci narzeczonego.

- A jak układa ci się z Danielle? - zapytała wprost. - Bo wiesz, wy dwie, a on jeden.

Zanim zmieszanie pozwoliło Libby dobrać właściwe słowa, kobieta dodała:

- Jestem pewna, że w końcu się polubicie. To naprawdę fajna dziewczyna, chociaż nie nadaje się na żonę Carla. Wiedzą o tym wszyscy prócz ciebie. - Zaśmiała się jak jędza z kreskówki.

- Francesco... - Libby poczuła, że pąsowieje.

- Dokończymy rozmowę w piątek po twoim koncercie. Przywiozę te wspaniałe klamki, padniesz z zachwytu.

Dziewczyna zamierzała dodać coś jeszcze, ale Francesca przerwała połączenie. Ktoś obcy mógłby odebrać takie zachowanie jako lekceważące, ale Libby znała ją zbyt dobrze, aby poczuć się dotknięta. Uśmiechnęła się na wspomnienie jej zmierzwionych siwych włosów, których nigdy nie miała czasu ani przystrzyc, ani zafarbować, i różowych policzków barwionych każdego ranka odrobiną czerwonej szminki.

*

Wieczorem, leżąc w śpiworze i oddychając wszechobecnym kurzem, Libby opowiedziała Carlowi o rozmowie z jego babcią.

- Jest dla mnie taka miła, wierzy w mój talent wokalny bardziej niż ja sama. Aż mi przykro, że nie mam większych ambicji, mogłabym zadedykować jej płytę, gdybym ją kiedyś nagrała.

- Myślę, że babcię uszczęśliwi sama twoja chęć, by to zrobić. Wystarczy, że jej o tym powiesz - stwierdził, bawiąc się jej włosami przy uchu.

- Bardzo ją kochasz, prawda?

- Jak matkę.

To było oczywiste, bo właśnie taką rolę odgrywała w jego życiu.

- Pamiętasz ją jeszcze?

Palce Carla znieruchomiały, kosmyk włosów wysunął się spomiędzy nich. Libby czekała w napięciu.

- Pamiętam - odpowiedział po długim milczeniu, jednocześ­nie tonem głosu dając do zrozumienia, że niczego więcej na ten temat nie doda.

Libby przylgnęła do niego jeszcze bardziej, a on natychmiast zacisnął kleszcze swoich ramion, jak gdyby wspomnienie matki wywołało lęk przed utratą tego, co najcenniejsze. Nie zamierzała naciskać, wiedziała, że Carl właśnie zrobił pierwszy krok ku temu, aby się przed nią otworzyć, i że z czasem opowie jej o wszystkim, pozbywając się tym samym bólu, który jak kolec w stopie od lat towarzyszył mu przy każdym kroku.

- Jest taka piosenka - odezwał się, wybijając Libby z pierwszego lekkiego snu, w którym już zaczęła się pogrążać. - Babcia ją uwielbia. Gdybyś ją dla niej zaśpiewała, nie potrzebowałaby dedykacji na płycie.

- Jaki ma tytuł?

- My Way.

- Znam, oczywiście. - Ucieszyła się. - Wiele sław ją śpiewało.

- Babcia lubi wykonanie Sinatry.

- Tylko czy zespół zdążyłby się przygotować? Do piątku zostało zaledwie kilka dni.

- Nie musisz się spieszyć, babcia zawita jeszcze na niejeden twój koncert.

- Mówisz jak ona. - Zaśmiała się. - Ja nie daję koncertów.

- Babcia twierdzi inaczej.

Koleżanki z zespołu uznały pomysł włączenia do swojego repertuaru My Way za udany i jeszcze tego samego dnia przystąpiły do prób. Każda z nich na jakimś etapie życia zetknęła się z tym utworem, dlatego praca polegała głównie na odświeżeniu go w pamięci i muzycznej koordynacji. Mimo że zadanie nie wydawało się szczególnie trudne, to jeśli chciały wypaść naprawdę dobrze, potrzebowały więcej czasu niż te kilka dni, które zostały do piątkowego występu.

- Zawsze znajdzie się okazja, by zadedykować babci ten utwór - powiedziała Libby do Carla po powrocie z próby. - Wkrótce Boże Narodzenie, a później urodziny, rocznice i inne takie...

Trzeba przyznać, że odkąd w domu pojawił się czajnik elektryczny i herbata dla pracujących ekip budowlanych stała się łatwo dostępnym dobrem, prace znacznie przyspieszyły. Dotychczas zwisające kable zniknęły w ścianach, na oknach schła nowa gładka warstwa farby, zatkano dziury w sufitach i podłogach. Z każdym dniem ubywało usterek, a na ich miejscu pojawiały się pachnące nowością, chociaż niekoniecznie nowe elementy wystroju.

Odrestaurowane drzwi wejściowe wyposażone w solidny zamek i srebrne klamki z osiemnastowiecznego pałacu, zdobyte przez Francescę w bliżej niewyjaśniony sposób, prezentowały się dostojnie, prawie jak wejście do siedziby parlamentu.

Klamki tak bardzo zachwycały babcię Carla, że nie potrafiła się dłużej cieszyć ich pięknem w samotności, dlatego pewnego ranka, dwa dni po rozmowie z Libby, nakłoniła swojego męża do wyprawy. Aby wręczyć prezent wnukowi i jego narzeczonej, spędzili w pociągu trzy godziny.

Następnego dnia Libby odwiozła ich na ten sam pociąg, którym ruszyli w drogę powrotną do domu. Przedtem jednak zamówili w kawiarni po dużej kawie i kanapce. Harry jak zwykle opowiadał o swoich pasiekach i rekordowych ilościach miodu uzyskanych w tym roku, Francesca o polowaniach na starocie i najciekawszych eksponatach, jakie udało się jej zdobyć do swojego antykwariatu.

- Nie wiem, jak ja kiedyś mogłam funkcjonować bez internetu - przyznała staruszka. - Przecież to prawdziwa kopalnia złota. Ludzie wystawiają na aukcjach dosłownie wszystko, często nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co mają. Za grosze można kupić prawdziwe dzieła sztuki. Odnoszę wrażenie, że coś takiego właśnie nabyłam.

- Co tym razem? - zapytał Harry znad gazety.

- Ty się na tym nie poznasz, to ani brzęczy, ani żądli. - Zaśmiała się, po czym już zupełnie poważnie zwróciła do Libby: - Ale ty, dziecinko, zapewne tak. - Przysunęła swoje krzesło bliżej i nachyliła się ku niej, jak gdyby zamierzała wyszeptać tajemnicę. - Kupiłam obraz, wydaje mi się piękny. Mówię, że mi się wydaje, bo jeszcze do mnie nie dotarł, ale wystarczyło samo zdjęcie, aby mnie oczarował. Jeśli okaże się tak doskonały, jak sądzę, dostaniecie go w prezencie ślubnym, ale ani dnia wcześniej. - Pogroziła jej palcem, jak gdyby to niecierpliwość Libby, a nie własna, sprowadziła ją do Londynu.

- Chyba że przywieziesz nam go w piątek. - Libby puściła oko do Harry'ego, który pomyślał tak samo, więc oderwał się od czytania i z pobłażliwym uśmiechem kiwał głową.

- Nie licz na to. Z okazji waszego ślubu chcę wam podarować coś szczególnego, a ten obraz taki właśnie jest. To portret małego chłopca. Ciarki przeszły mi po plecach, gdy go zobaczyłam. Ma hipnotyzujące spojrzenie i tak przeszyte smutkiem oczy, że człowiek pragnie wziąć go w ramiona i otrzeć mu łzy. - Mówiąc to, myślami oddalała się od miejsca, w którym właśnie była, i coraz bardziej przybliżała się do namalowanego dziecka. - O malarzu wiem na razie tylko tyle, że pochodził z Hiszpanii.

Pociąg wolno sunął po torze, światła odbijały się od jego grzbietu jak od skóry oślizgłego gada. Stłoczonych ludzi szybko zaczęło ubywać, a po chwili peron zupełnie opustoszał. Libby w pośpiechu ucałowała staruszków.

- Do zobaczenia w piątek! - zawołała, gdy wsiadali. - Postaram się nie przynieść wam wstydu!

Ich obecność w klubie podczas występu zawsze była dla niej komplementem, ale również dodatkowym stresem, bo dziadkowie Carla traktowali jej śpiewanie strasznie poważnie, a ją samą jak gwiazdę. Za każdym razem przynosili kwiaty i najgłośniej bili brawo.

 

 

Niespokojne oczekiwanie na posłańca zakończyło się następnego dnia tuż przed zamknięciem antykwariatu. Francesca krzątała się wśród eksponatów, raz po raz zerkając w stronę drzwi, do chwili, gdy pojawił się w nich mężczyzna dźwigający obraz. Porzuciła czyszczenie sreber i przywitała go z niecodziennym entuzjazmem, po czym w ten sam sposób odprawiła. Przekręciła klucz i wystawiła tabliczkę z napisem "Zamknięte".

Gdy chwyciła za ramę, palce zanurzyły się w grubej warstwie folii ochronnej. Obraz nie był ciężki, bez trudu zniosła go po schodach do piwnicy, do serca antykwariatu, gdzie nowo przybyłe eksponaty, zanim ujrzały światło dzienne, przechodziły wycenę i - w razie konieczności - konserwację. Zdjęła ze sztalug replikę obrazu Williama Hodgesa, a na jej miejscu ustawiła najświeższy towar. Zanim go rozpakowała, zapaliła światła. W pomieszczeniu nagle zrobiło się tłoczno, wszystkie dzbany, lampy i po­sągi wyłoniły się ze swoich kątów, jakby zwabione ciekawością.

Kiedy go w końcu ujrzała, głęboko westchnęła z zachwytu, po czym opadła na ukochanego biedermeiera i przenikała wzrokiem smutną twarz dziecka. Nie potrafiła myśleć profesjonalnie - bez znaczenia stał się stan techniczny portretu i jego wartość rynkowa. Ulegając hipnotyzującemu spojrzeniu czterolatka, bez reszty poświęciła mu swoje myśli.

W pewien niezrozumiały sposób poczuła, że nie jest jej zupełnie obcy, tak jakby już kiedyś się spotkali, czego nie mogła wykluczyć, bo żyła na świecie dostatecznie długo, aby się na niego natknąć, a później o tym zapomnieć.

Mimo włączonego ogrzewania poczuła chłód. Zimny ­podmuch jesiennego wiatru dostał się do wnętrza jednym z małych okien pod sufitem, które zapewne zapomniała zamknąć. Wzdrygnęła się. Nieprzyjemne uczucie ustąpiło, ale po chwili wróciło zwielokrotnione. Drzwi na szczycie schodów przymknęły się, skrzypiąc przeciągle. Zimno stało się niemożliwe do ignorowania. Rozległ się dźwięk gongu złoconego ukraińskiego zegara, oznajmiając godzinę osiemnastą, w jego ślad poszły inne czasomierze. Jeden po drugim, małe i duże, stojące i wiszące, włączyły się w stuletni koncert, przypominając Francesce, że czas do domu.

Harry jak zawsze już na nią czekał. Wszedł do antykwariatu, używając własnych kluczy.

- Mam nadzieję, że jesteś głodna - powiedział, całując ją w policzek.

Wyszli wsparci o siebie.

W parku natknęli się na kilku spacerowiczów i ich psy. Wysokoprężne lampy rtęciowe z połowy lat sześćdziesiątych wyrastały z ziemi w równych odstępach. Rzucały wzdłuż deptaka złote snopy światła, w których wirowały krople mżawki. Francesca i Harry co kilkanaście kroków wyłaniali się z ciemności, po czym niemalże nikli w półmroku. Byli właśnie pomiędzy latarniami, gdy kobieta zatrzymała się i obróciła w stronę rozległego trawnika, wiosną i latem pełnego piknikujących rodzin. Na jego krańcu dwóch chłopców bawiło się piłką, z tej odległości ledwo widoczną, turlali ją do siebie. Ich ruchy były precyzyjne, piłka zawsze toczyła się po tej samej linii i w tym samym tempie w obie strony.

- Mam nadzieję, że te dzieci nie są tu same - powiedziała Francesca z niepokojem. Jej oddech zrobił się płytki, a przypływ lęku zatrzepotał sercem, zupełnie jakby mali chłopcy zwiastowali zło, które nadchodzi.

- Oczywiście, że nie, to jeszcze maluchy. - Harry poklepał dłoń zaciśniętą na swoim przedramieniu i poprowadził żonę w stronę domu.

Przy kolacji Francesca dużo mówiła o nowym obrazie, bardzo chciała już mieć noc za sobą, aby móc wrócić i przyjrzeć się mu, tym razem w dziennym świetle.

Gdy przed siódmą wychodziła z domu, nawet nie zjadłszy śniadania, Harry wciąż spał, ale wiedziała, że przygotuje kanapki i przyjdzie z nimi do antykwariatu, aby wspólnie zjeść pierwszy posiłek. Długoletni związek daje komfort przewidywania zachowań partnera i czerpania z tego korzyści.

Francesca ostrożnie pokonywała drogę. Przez noc liście przykryły parkową ścieżkę grubym, miękkim dywanem, przyklejały się do podeszew, sprawiając, że człowiek człapał jak kaczka. Mgła wisząca nad ziemią zaczynała się przerzedzać, jej ostatnie fragmenty wycofywały się między drzewa. Latarnie jeszcze nie pogasły, ale ich światło było ledwo dostrzegalne. Kobieta szła pochylona, ze wzrokiem utkwionym w czubki butów. Aby chronić się przed zimnem wnikającym z nieszczelności płaszcza, ciasno przytrzymywała kołnierz. Zapewne nie uniosłaby głowy aż do samych drzwi, jednak gdy znalazła się w miejscu, skąd poprzedniego wieczoru przez chwilę obserwowała bawiących się chłopców, coś rozproszyło jej skupienie.

Usłyszała dziecięcy śmiech. Zatrzymała się i powoli powędrowała wzrokiem w stronę, skąd dochodził.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.