Kilkanaście dni po...
Franciszka Koteł, lat sześćdziesiąt dwa, świeżo upieczona emerytka, chętnie spędzałaby czas na czytaniu, spacerowaniu, ćwiczeniach dla seniorów lub nicnierobieniu, co jej szczególnie odpowiadało. Życie miało jednak wobec niej inny plan. Ukochana, rzadko widywana córka, po latach poniewierki w Warszawie, jak podpowiadało matczyne serce, wróciła do rodzinnego domu i zamieniła życie Franciszki w piekło.
- Ciociu kochana, w nią jakiś diabeł wstąpił - mówiła przekonana o swojej racji, referując przez telefon wydarzenia ostatnich kilku tygodni swojego życia.
- A od kiedy ty taka wierząca? - zdziwiła się niezmiernie ciotka Hanka, siostra jej nieżyjącej matki.
- Bo jak nie diabeł, to sama nie wiem kto. Jakiś podmieniec chyba.
- O, to już prędzej - zgodziła się staruszka, która mimo lat osiemdziesięciu ośmiu umysł i język miała jeszcze jak brzytwa, tylko nogi już nie te co kiedyś, kiepsko nosiły ją po tym świecie, jakby bliżej im było na tamten niż ich właścicielce. - Ale co dokładnie się stało? Bo na razie to wiem, żeś urobiona po łokcie, bo młodej już do końca we łbie się poprzestawiało. To pierożki, to naleśniczki, to...
- Ciociu, nie wiem, co się poprzestawiało, bo Jagódka słówkiem się nie zająknęła, co, jak i dlaczego. Może złamane serce?
- Nie każdy je ma, Franciszko. Pamiętam ją, jak jeszcze na wakacje przyjeżdżała. Bez kija nie podchodź!
- No co ciocia? - oburzyła się jej siostrzenica. - Jagódka zawsze była taka uśmiechnięta, taka radosna! Pełna energii i...
- A co ty za farmazony opowiadasz?! Energię to może i miała, ale mruk z niej zawsze był jak nie powiem kto. Tylko by w tych książkach od dzieciaka siedziała. Kiedy jej kto przeszkodził, to tak się darła, jakby ze skóry ją obdzierali. Na dwór to nie wyszło, z dziećmi się nie bawiło, a złośliwe było jak mało kto!
- Co też ciocia mówi? - protestowała Franciszka. - Jagódka odstawała od rówieśników właśnie z powodu swojej inteligencji i ambicji.
- I zadzierania nosa. Nie mów, że to akurat jej się zmieniło na stare lata - odparła starsza kobieta.
- Jakie stare? - Franciszka wbrew sobie zaczęła bronić córki, na którą jeszcze przed chwilą narzekała. - Dopiero co ciocia mówiła, że młoda.
- Do uganiania starej matki to młoda, ale na fanaberie życiowe za stara - oświadczyła tamta. - Przyślij ją do mnie. Już ja ją naprostuję!
- Przecież ona cioci nawet nie pamięta!
- O, to teraz mnie popamięta!
Franciszka puściła groźbę mimo uszu. Pozbycie się córki z domu zakrawało na cud. Na razie zajęła kanapę, kuchnię i powoli zaczynała pleśnieć.
- I co miałabym jej powiedzieć? - spytała żałośnie.
- Że stara ciotka potrzebuje pomocy.
Franciszka obejrzała się przez ramię, zerkając w kierunku kuchni, skąd dobiegało mlaskanie i siorbanie. Jakieś dziwne maniery w tej Warszawie mają, pomyślała z niesmakiem. Córcia żre niczym jaki pasibrzuch, mlaszcze, chrząka, a nawet beknie sobie od czasu do czasu jak wypisz wymaluj jej ojciec. Może to geny? Tylko późno się ujawniły? Ale żeby u kobiety? Nie może to być!
W telefonie rozległ się złośliwy chichot, który przywołał ją do rzeczywistości.
- Z czego się ciocia śmieje?
- Że nawet nie udajesz, że z tego powodu Jagoda do mnie przyjedzie. Powiedz jej, że umieram i spadek muszę komuś zapisać - poradziła jej drwiącym tonem. - Zaraz przyleci.
- Co też ciocia opowiada - żachnęła się Franciszka, ale bardziej z konieczności, że tak wypada, niż z przekonania.
- Albo i nie, bo jeszcze gotowa mnie dobić, żeby za długo nie czekać. Mówisz, że bez pracy jest i do Warszawy wracać nie zamierza? - dopytywała staruszka.
- Ano nie zamierza, ale czemu, to ja nie wiem. Mówi, że noga jej tam nie postanie. Mieszkanie wynajęła, więc nawet nie ma gdzie wracać. Całą młodość zmarnowała, czterdziestka jej stuknęła, a ani dzieci, ani męża, sama jak palec, może i po rozum wreszcie poszła, ale co z tego, jak już nie czas na rodzinę. Będzie sama jak ten przysłowiowy palec, kiedy my pomrzemy, bo z Maliną boczą się na siebie od lat, a i teraz już zdążyły się pokłócić. Może przez to, że Jagoda nazwała jej dzieci warchlakami. Szwagra też obraziła, a zresztą, szkoda gadać. Stara panna jak nic. Stara i zgryźliwa, a co będzie dalej, to ja nie wiem.
Franciszka chyba zapomniała zupełnie, że rozmawia również z tak zwaną starą panną, chociaż w tamtym pokoleniu i na tamte czasy rzadko się zdarzało, żeby kobieta za mąż nie wyszła.
Ciotka Hanna nie byłaby sobą, gdyby jej o tym nie przypomniała.
- Franka, co ty za pierdoły opowiadasz?!
- Przepraszam, nie miałam cioci na myśli - zreflektowała się szybko, ale nie dość szybko, by nie dostać reprymendy.
- Całe życie pracowałam, mam dom, trochę oszczędności na stare lata i powiem ci, że jak jeszcze raz usłyszę, że życie zmarnowałam, bo na stare lata nikt mi szklanki wody nie poda, to mnie szlag trafi na miejscu. Co to za głupoty?!
- Ależ, ciociu...
- Skąd ty wiesz, że mnie się w ogóle będzie chciało pić?!
- Ciocia wie, że to tylko takie...
- Pierdolenie - przerwała jej bezceremonialnie staruszka. - Jak pomyślę, że miałabym wychować takie Jagody, to prędzej bym do lasu zaprowadziła i zostawiła. Najlepiej po ciemku, żeby do domu nie trafiło z powrotem. Teraz kobiety mają lepiej, bo nic nie muszą, a i tak jeszcze psy na nich wieszają. Za moich czasów to było nie do pomyślenia. Ludziom musiałam w oczy kłamać, że bezpłodna jestem i dlatego pacjentom się poświęciłam, to przynajmniej gęby trzymali na kłódki. Ksiądz proboszcz jeno nie chciał mi dać rozgrzeszenia, bo wiedział, że to nieprawda, ale powiem ci, Franciszko, że jego już dawno ziemia przykryła, a ten młody, co przyszedł, to powiedział, że taki grzech to nie grzech i mam mu głowy nie zawracać.
- Kiedy ciocia była u spowiedzi? - zdziwiła się Franciszka. - Przecież ciocia zawsze na kościół psioczyła.
- A będzie już z trzydzieści lat temu, a co? Nikogo nie zabiłam, to myślisz, że z czego miałam się spowiadać? Ale raz tak mnie naszło, jak z woreczkiem żółciowym musiałam iść do szpitala, że pomyślałam sobie, że wprawdzie z Bogiem całe życie w zgodzie żyłam, ino z księdzem proboszczem było mi nie po drodze, ale ja wiem, czy tam na górze papierka jakiego nie będą wołać? To już wolałam iść, żeby kłopotów nie mieć.
- A czy ciocia ostatnio coś nie wspominała o świeckim pogrzebie?
- Człowiek nie krowa, zdanie zmienić może. Teraz to już mi wszystko jedno, gdzie pójdę, a łachudrom grosza nie dam. Ostatnio byłam na pogrzebie mojej koleżanki z dawnych lat. Urzędnik taką mowę pogrzebową klepnął, że proboszcz powinien się od niego uczyć.
Franka westchnęła nostalgicznie za nieżyjącą już matką. Ciocia Hanka w niczym nie przypominała swojej zmarłej siostry. Mama była ciepłą, kochającą kobietą, podczas gdy ciotka bardziej przypominała... hm... Jagodę.
- A co do Jagody, to powiedz jej, że syn tego starego ordynatora chirurgii, co to po śmierci żony żenić się ze mną chciał, ale go pogoniłam, Malowany Domek kupił i przerobił go na pensjonat. Dopiero zaczynają działać, potrzebują do pracy ludzi z doświadczeniem, ale może i Jagoda się nada, jak trochę niżej nos opuści.
- Jak to, żenić? - zdziwiła się Franciszka. - Nigdy ciocia o tym nie mówiła.
- A co miałam mówić? Przecież to nie tobie się oświadczał, tylko mnie.
- I ciocia go pogoniła?
- Ano pogoniłam, może i niepotrzebnie, ale potem sobie jakąś młódkę przygruchał, co go z torbami puściła, że może i dobrze, że tak się stało, ale przy dzieciakach długi czas pomagałam, to ta oferma powinna mnie jeszcze pamiętać. Zaraz zadzwonię i wszystko załatwię.
- Co ciocia załatwi?
Franciszka przestała nadążać za ciągłymi zmianami tematu. Jeszcze się z pogrzebu dobrze nie otrząsnęła, a tu jakiś były absztyfikant na stanowisku o ciotkę Hankę się starał, a teraz jego syn miałby Jagódkę zatrudniać!
- No mówię przecież, że Mareczek kupił Malowany Domek i zrobił z niego pensjonat. Konie nawet mają. Ludzi do pracy potrzebują, a że różni tu przyjeżdżają, to Jagoda, jak taka światowa, to się nada jak mało kto! Języki przecież zna, a tam obcokrajowcy też będą przyjeżdżać. Tylko wymagania musi obniżyć, bo takich pensji jak w Warszawie to u nas nie ma, ale życie tańsze, to jej się wyrówna.
- To mówi ciocia, że dyrektora potrzebują?
- Nie wiem, czy akurat dyrektora, ale do pracy przyjmują.
- Przecież Jagoda miała dyrektorskie stanowisko w Warszawie. Nic poniżej dyrektora to ona nie przyjmie!
Z kuchni dobiegło ją beknięcie.
- To może powiem jej, że menedżera szukają - stwierdziła Franciszka z rezygnacją w głosie.
- A powiedz, powiedz. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam w sklepie z córką tej lekarki, co kiedyś miała gabinet na Wschodniej, i ona słyszała, że dają nawet zakwaterowanie i wyżywienie, więc praca idealna.
- O! Brzmi doskonale! Ale może Jagódka mogłaby się trochę u cioci zatrzymać? Ona do wygód przyzwyczajona, a w pensjonacie to najwyżej pokój jej dadzą.
Nie wspomniała, że u niej córka wygód też za bardzo nie ma, bo mieszkanie dwupokojowe. Jeden pokój przerobili z Józkiem na sypialnię, drugi na salon, w którym Jagoda spała teraz na rozkładanym fotelu, bo sofę mieli tylko dwuosobową, nierozkładaną.
- Ciocia ma duży dom, to ciocia nawet jej nie zauważy! Sama ciocia wie, że Jagoda to pracoholiczka. Pewnie tylko na noc będzie do domu wracać. Albo i to nie.
- Niech będzie - zgodziła się łaskawie staruszka, zdecydowana za próg nawet nie wpuścić ciotecznej wnuczki. Doskonale pamiętała, co to było za ziółko. Z takiego czegoś tylko wredna żmija mogła wyrosnąć. Nic lepszego.
- Dziękuję cioci. - Franciszka odetchnęła z ulgą.
- Ale na waszym miejscu to ja bym na jakiś urlop wyjechała i zamknęła mieszkanie na cztery spusty. Bo jak mówisz, że ona nie ma gdzie wracać, to najlepiej by było, gdyby tak zostało. Jak będzie wiedziała, że u mamusi ma miękkie lądowanie, to może zechcieć wrócić.
Franciszka poczuła, jak miękną jej kolana. Do tego zaatakowały ją gwizdy i szumy, które ostatni raz pojawiły się w okresie menopauzy i zwykły towarzyszyć zawrotom głowy.
- Matko Boska, ja jej tu dłużej nie zniosę - wyszeptała dramatycznie do telefonu. - Ona chyba jaką depresję ma albo i co gorszego, ale to nie na moje nerwy. Ona tylko żre i chleje jak jakiś chłop!
- Wredne to i tyle, a nie żadna depresja - zbagatelizowała ciotka. - Powiedz jej, że ma przyjechać do pracy, a ja wszystko załatwię. Może i za mąż ją jeszcze wydam.
- Przecież ciocia zawsze twierdziła, że małżeństwo to relikt systemu niewolniczego!
- Relikt, nie relikt, ale niedaleko wdowiec się wprowadził z trójką dzieci. Firmę swoją ma. Dzieciaki rozwydrzone, a on dla nich macochy szuka. Szkoda by było, żeby jakąś dobrą kobietę dostał, bo na zmarnowanie biedaczka pójdzie.
- A Jagody nie szkoda?!