JURIJ WYNNYCZUK
Nie płacz, dziewczyno
Wypadek, do którego doszło w Dnieprze, kiedy pewien żołnierz zastrzelił pięciu innych wojskowych, naprawdę nie jest czymś nowym. Za związku sowieckiego takie zdarzenia odbywały się dość często wraz z przypadkami samobójstw. Przyczyny były różne - głównie fala, ale też strzelano się lub wieszano z powodu dziewcząt. Żołnierz dostaje od kogoś list, że jego dziewczyna chodzi z innym, i zaczynają się męki i cierpienia, które mogą zakończyć się samobójstwem. Nie bez powodu najpopularniejszą "bojową" pieśnią było "Zaświeci słońce,/ Nie płacz, dziewczynko./ Żołnierz powróci,/ Ty czekaj tylko".
A czekać trzeba było dwa lata. Mało która dziewczyna mogła tak długo być wierna.
W odróżnieniu od Janełocha[5] ja w wojsku jednak służyłem. Pierwszego dnia służby zapytano mnie, czy mam dziewczynę. Miałem, i to nie byle jaką, bo córkę sędziego. Oficer chciał zobaczyć zdjęcie. Najwyraźniej po to, żeby się przekonać, że nie skłamałem. Popatrzył, pocmokał i oddał.
Wybiegając w przyszłość, powiem, że dziewczyna się na mnie doczekała. Pisaliśmy i te listy dla mnie wtedy były bardzo drogie, jak listy od rodziców.
Była późna jesień 1976 roku, z wyższym wykształceniem brano na rok. Nie powiem, że z radością poszedłem do wojska, bo prawie wszyscy moi przyjaciele różnymi sposobami się wykręcili. Ktoś nawet przeszedł przez szpital psychiatryczny w Kulparkowie. Mnie też dali do poczytania książkę, z której można było się dowiedzieć, jak się zachowywać, udając kuku na muniu.
Trzeba było to jednak robić nie w czasie komisji lekarskiej, ale wcześniej, a na komisję można było przyjść z zaświadczeniem o pobycie w zakładzie dla obłąkanych.
Trzeba było tylko zwrócić się do psychiatry i opowiedzieć o jakiejś swojej manii - na przykład o manii liczenia.
Wie pan, panie doktorze, wszystko liczę. Gdzie bym nie poszedł. Widzę sztachety - liczę, widzę drzewa - liczę, widzę bruk - liczę, widzę wróble - liczę... Nie mogę o niczym innym myśleć...
Przeczytałem to wszystko, ale perspektywa spędzenia dwóch miesięcy w Kulparkowie jakoś mi się nie uśmiechała. Później żałowałem, że nie zostałem na jakiś czas świrem, bo rok w armii okazał się stratą czasu i nerwów.
Służyłem w Charkowie w wojskach kolejowych, dokąd brali przeważnie przedstawicieli Azji Środkowej i Kaukazu. Słowianie albo byli debilami, albo mieli wyższe wykształcenie. Ci ostatni pracowali przy sztabie.
Wojska kolejowe zajmowały się układaniem torów. Nasza jednostka przekładała je na Biełogorodczyźnie. Trafiłem do sztabu jako pomocnik naczelnika wydziału politycznego. A kiedy batalion wyjechał "na trasę", zostałem bibliotekarzem. Ale mi nie zazdrośćcie, bo spałem w ogólnych koszarach ze wszystkimi dziadkami i sierżantami. Dlatego bywało, że myłem i koszary, i kuchnię, i obierałem kartofle, i podkłady targałem, i okopy kopałem, i byłem porządkowym, i dyżurnym w sztabie. A jeszcze dwa razy w szczerym polu zimą stałem na warcie, pilnując magazynów z bronią.
Co prawda we wszystkich przypadkach udawałem Szwejka albo, jak wtedy mawiano, "szlaucha". Czemuż to miałbym kicać na diabelskim zimnie, kiedy mogę sobie pospać? Obok magazynów broni był tak zwany czerwony kącik[6], gdzie stał stół z gazetami. Na nich też spałem. Na szczęście nikt nie zastukał. Chociaż był taki chorąży, który lubił podkaraulić wartowników, kiedy zadrzemią, i wyciągnąć im bagnet.
Najbardziej mi doskwierała na służbie pobudka: pościelić łóżko, potem biegiem do ubikacji, potem na zaprawę i dopiero wtedy do stołówki.
Korzystając z tego, że byłem sztabowcem, pewnego razu z umywalni pomknąłem do sztabu, skąd zadzwoniłem do dyżurnego: "Szeregowy Wynnyczuk natychmiast do sztabu!". A kiedy przybiegłem z powrotem, wszyscy mnie już szukali i nawet zaścielili mi łóżko. Jeszcze dwa, trzy takie telefony i wszyscy w koszarach zrozumieli, jaką ważną osobą jest szeregowy Wynnyczuk. Wstawałem pięć, dziesięć minut wcześniej - żeby tylko nie na komendę - szedłem do biblioteki, moje łóżko ścielili, a ja spokojnie dooglądywałem sny.
Falę odczułem na szczęście nie w pełnym zasięgu, bo wobec "sztabowców" dziadki czuły pewien respekt i odnosiły się do nich trochę lepiej niż do prostych żołnierzy. Nie była ona również taka okrutna ani w wojskach kolejowych, ani w budowlanych - bo kiedy trzeba ciągnąć tory czy kopać rowy, pracują wszyscy. A we wszystkich innych wojskach fala kwitła. Tam dziadki zmuszały kotów, by czyścili im sprzączki pasów, coś tam szyli, prali, a oni zabierali im całe mięso ze wspólnego garnka i tak dalej. Jeśli podoficer kazał dziadkowi myć koszary, to dobrze wiedział, że ten tego nie będzie robił, bo dla dziadka to poniżające brać się za mopy czy szmaty. Musiał to za niego zrobić któryś z młodych żołnierzy.
Jeśli zajrzycie do Wikipedii, to ze zdziwieniem przeczytacie, że fala była tylko w ZSSR, a teraz jest w Rosji, ale nie w Ukrainie. To oczywiście kłamstwo. Fala i w obecnych czasach w służbie zasadniczej nigdzie się nie podziała. Z nią się nie walczy, bo dla dowódców jest wygodna. Dziadkowie zamiast nich utrzymują porządek, a sami dowódcy wykorzystują młodziaków pod dozorem dziadków dla swoich prywatnych potrzeb.
Kiedy skończyłem służbę i wróciłem do Lwowa, to jaki czas z pogardą patrzyłem na swoich przyjaciół, którzy "wyszlauchowali się" i nie służyli. Chciałem im opowiedzieć o swoich przygodach, ale nikogo one nie interesowały.
Wróciłem w grudniu, a po dowód poszedłem do WKU dopiero w lipcu. Pójść tam miałem w pełnym umundurowaniu - czyli w paradnym mundurze i w szynelu. Jednak zamiast zrobić to jak normalny człowiek od razu po zwolnieniu do cywila, wcisnąłem szynel oraz mundur do komórki i namiętnie rzuciłem się w wir życia.
Pewnego słonecznego dnia poszedłem do komórki i się przeraziłem. Paradny mundur i szynel zjadły mole! Mundur w dodatku pokrył się lepką pleśnią, bo w komórce była wilgoć. Szynel cały osypywał się i bielał gąsienicami moli. Zacząłem go czyścić i po godzinie doprowadziłem do porządku, ale z mundurem sprawa była przegrana. W takim mundurze nie mogłem w ogóle pojawić się w WKU. W takim mundurze mógłbym może szwendać się po śmietnikach w poszukiwaniu pustych butelek. Ale gdyby na wierzch założyć szynel, to będzie wszystko w porządku. Tak też zrobiłem, ale wziąłem ze sobą jeszcze teczkę ze spodniami i koszulą, żeby potem się przebrać.
I oto wyobraźcie sobie taką scenę. Lato. Słońce. Dziewczęta w minispódniczkach, faceci w koszulach z krótkim rękawem. A tutaj sunie jakiś wariat w ciężkim długim płaszczu do pięt, zapięty na wszystkie guziki. Dobrze, że chociaż wojskowej czapki uszanki nie naciągnął na głowę, choć ją też schował do teczki. Ten wariat, spływając siódmym potem, wsiada do tramwaju numer cztery, wysiada w centrum i dalej zmierza w kierunku Krakowskiego Targu. Ale tutaj już nakłada na głowę czapkę-straszydło, bo jeśli będzie ubrany nieprzepisowo, to natychmiast zauważy go wojskowy patrol. Ludzie się oglądają. Wariat wygląda dziko. Przez pół roku odrosły mu pukle i już w niczym nie przypomina żołnierza sławnej Armii Czerwonej. Bardziej wygląda jak żołnierz Nestora Machny. Poza tym, że na nogach nie ma wojskowych butów, lecz... sandały. Buty zdążył już podarować swojemu ojcu.
Moje pojawienie się w komendzie wywołało niemałą ekscytację, sekretarki nie mogły się nadziwić:
- Ty co, na biegunie północnym służyłeś? A pod czapką nie ma śniegu?
Komendant gorączkowo wertował moją książeczkę wojskową i nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie mogłem tak długo do niego dotrzeć. Wymamrotałam coś, pocąc się pod płaszczem, który ogrzewał mnie w najcięższe mrozy, i nie odważyłem się rozpiąć ani jednego guzika, żeby nie zhańbić się swoim mundurem. Posapawszy, komendant przystawił w książeczce pieczątkę i oddał mi dowód. Zanurkowałem do pierwszej lepszej bramy, przebrałem się, a płaszcz, czapkę i mundur z teczką tam zostawiłem.
Już po chwili szedłem, niczym nie różniąc się od otoczenia. Nie wyobrażacie sobie, nie macie pojęcia, jaka to ulga po prostu rozpłynąć się w tłumie. Idziesz sobie i nikt niczego od ciebie nie chce.
A jak tam córka sędziego? - zapytacie. O, to całkiem inna historia. Ale jeśli was ciekawi, to w książce Gruszki w cieście jest opowiadanie "Seans ostrego seksu". W nim znajdziecie odpowiedź.
02.02.2022
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki