Piszą, więc żyją - Andrij Bondar, Ołeksandr Bojczenko, Jurij Wynnyczuk

Kup ebooka

26.00 zł
21.58 zł (22,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ANDRIJ BONDAR

Trup w zbroi

Niedawno znajoma uchyliła mi rąbka tajemnicy z dziedziny pochodzenia gatunków biologicznych. A zresztą to nie żadna tajemnica, bo kto chciał, ten dawno wiedział, że wśród ssaków istnieje szczególna rodzina - góralkowate, które wyglądem niczym nie różnią się od gryzoni - kapibar i bobaków - ale filogenetycznie najbliższe są... słoniom. Otóż swego czasu uczeni udowodnili, że wygląd w tym wypadku jest nieco mylący. Te miłe stworzenia miały ze słoniem wspólnego przodka. Zatem w procesie ewolucji góralkowate i słonie - nawet nie opuszczając kontynentu afrykańskiego - rozeszły się w na tyle różne strony, że pierwszy ssak łudząco upodobnił się do bobaka i kapibary, a drugi poszedł własną, niepowtarzalną drogą - wyhodował długą ssawkę, ostre kły, grube nogi i maksymalnie rozciągnął uszy, nie mówiąc już o wzroście oraz wadze.

Oczywiście ciekawie byłoby zobaczyć ich wspólnego przodka, ale tu już mnie, człowiekowi dalekiemu od filogenetycznej systematyki, nie pomoże nic prócz bogatej wyobraźni. Pociesza tylko jedno: to wszystko nie jest wymysłem i żartem, a czymś sprawdzonym i pewnym - faktem naukowym. Żadne tam gryfony ze smokami i centaury ze sfinksami.

Zwykle takie historie w środowisku humanistów, którzy lubią czasami porównywać czy wręcz utożsamiać procesy przyrodnicze ze światem ludzi albo procesami społeczno-historycznymi, prowokują do jakiegoś morału albo rodzą metafory.

Otóż na przykład prawie wszyscy, którzy są bardziej na lewo niż w centrum, mieli wspólnego przodka - pierwotny marksizm XIX stulecia stworzony przez swych założycieli "pod klucz". Ale odmienne warunki i stany społeczeństw rozwinęły na tyle różne warianty lewicowej myśli, a więc też praktyki, że dzisiaj aż dziwi, że polpotowski terror z milionami ofiar czy północnokoreańskie obozy koncentracyjne oraz socjalizm szwedzki lub kanadyjski mają wspólnego brodatego przodka.

To samo dzieje się z ideami republiki i monarchii, nacjonalizmu, konserwatyzmu czy liberalizmu: padały one na określony grunt i miały do czynienia z różnymi warunkami społeczno-ekonomicznymi i kulturalnymi, a w efekcie wydawały z pewnością różne owoce. Nacjonalizm niemieckiego wzorca wyrodził się (czy wyewoluował?) w nazizm. Kolumbijski liberalizm mało przypominał pierwotną brytyjską wersję. Monarchie konstytucyjne krajów skandynawskich nie mają nic wspólnego z totalitarną turkmeńską satrapią, która formalnie niby nawet nie jest monarchią. Przykładów - do wyboru, do koloru.

Albo weźmy przykładowo ideę imperium. Chociaż dziś nawet nie wypada o niej mówić w pozytywnym tonie (z powodu zniewolenia i systematycznego oraz trwałego wyzyskiwania całych kontynentów czy narodów), to jednak i starorzymska, i brytyjska, i rosyjska wersja imperium, połączone jednym wspólnym pojęciem, istniały w różny sposób; miały także różne cele w historii. Rzymski świat, z całym rejestrem wartości kulturalnych i politycznych, stał się jedną z podwalin nowożytnej myśli europejskiej. Imperium brytyjskie we wnętrzu swych gabinetów do najmniejszego szczegółu opracowało model społecznego współistnienia i ładu, który miał być przyjęty oraz zostać uznany za postępowy dla zniewolonych przez nie narodów. I one do dziś korzystają z jego nadań oraz instytucji - od języka angielskiego i kultury po system oświatowy i sądowy. Austro-węgierskie imperium było na tyle liberalne i postępowe, jak na swój czas, że nie zostawiło po sobie współczesnym Austriakom nawet lekkiego posmaku nostalgii.

Wszystkie imperia z liczby wielkich były dobre i złe na swój sposób. Grabiąc czy wyzyskując, coś proponowały w zamian, chociaż może nie miały żadnych pozytywnych programów życiowych dla zniewolonych narodów. Zresztą imperia nie mogły myśleć w kategoriach korzyści dla swoich kolonii - taki był świat. Jednak każde pozostawiło po sobie pewną ambiwalentność: z jednej strony - ciężki kolonialny spadek z mękami tożsamości i nierozwiązanymi problemami, związanymi z uzyskaną wolnością oraz procesami dekolonizacji; z drugiej - wartości, instytucje i modele polityczne.

I oto kiedy rozmowy schodzą na imperium rosyjskie, niektórzy ludzie nie potrafią powstrzymać się przed ryzykownym ideologicznym chwytem, za pomocą którego usprawiedliwiają jego istnienie osiągnięciami innych imperialnych wytworów.

Jakoś w kolejnych "lamentach po Brodskim", które od czasu do czasu wybuchają na wschodniosłowiańskim Facebooku, mając na celu kolejny raz obcmokać znany wiersz laureata nagrody Nobla "Na niezależność Ukrainy", gdzie poeta patetycznie żegna się z Ukraińcami, ale niestety nigdzie, jak się okazywało potem, nie odchodzi (wraz ze swoją ideowo-duchową ojczyzną), trafił mi się symptomatyczny komentarz pewnego rosyjskiego emigranta: "A dlaczego imperialista razem ze swołoczą? Udzielne księstwa lepsze? Ułusy? Skąd wzięła się idea jednej Europy i wiecznego pokoju? Hegel był idiotą? A za co wy kochacie Brodskiego?".

To znana sztuczka. Bardzo często rosyjscy inteligenci uciekają się do ryzykownych porównań. Na przykład usprawiedliwiając Brodskiego i jego imperialny szowinizm, zaczynają usprawiedliwiać ideę imperium w ogóle. I oto za pomocą kilku manipulacji gnilna narośl na ciele ludzkości i więzienie narodów w niewymuszony sposób spokojnie stają w jednym szeregu z Dawnym Rzymem, Jedną Europą i wiecznym pokojem. Chodzi zaś o to, że rosyjski imperialista, a bardzo często także rosyjski inteligent (czasami po prostu nie można ich rozróżnić) znajdują się "w jednym szeregu ze swołoczą", właśnie dlatego że od początku mylą cudze wzory z praktykami terroru, ludożerstwa i śmietnikiem, a potem je namiętnie usprawiedliwiają, znowu nadając im status idei.

U Arnolda J. Toynbeego możemy znaleźć ciekawy obraz - corpse in armour, czyli "trupa w zbroi". Jako o typowym trupie w zbroi pisze on o dawnym imperium asyryjskim, które nie trzymało się na niczym innym prócz siły. I dlatego rozpadło się niezauważalnie i szybko, jak domek z kart. Na tyle szybko, że ludy, które zasiedliły dawne ziemie asyryjskie, nie mogły wyjść ze zdumienia. "A co to w ogóle było?" - drapały się ludy po potylicy. Imperium asyryjskie było potężne. To taki sam fakt, jak wspólny przodek góralkowatych i słoni. Zachwycało Babilon, Damaszek, Samarę, Teby, Suzę, Warszawę, Pragę, Berlin, Budapeszt, Simejiz, Gorłówkę, Drużkiwkę... I nagle znikło bez żadnego śladu. Stara Asyria tylko ustanowiła, by tak powiedzieć, archetyp. W historii było wiele "trupów w zbroi".

Kiedy pomyśleć o dzisiejszym putinowskim imperium w terminach wspomnianej wcześniej ambiwalentności i spróbować znaleźć w nim coś więcej niż "trupa w zbroi" w stanie półrozkładu, to wzniosła nazwa "imperium" w ogóle jawi się jako niezasłużony i paradoksalny w swej istocie awans, nieusprawiedliwiony żadną praktyką historyczną ani prawdą komplement. Dzisiaj mamy do czynienia z geopolitycznym potworem - postmodernistycznym spływem "ochroniarskiej ideologii z elementami rosyjskiego nazizmu i radzieckiego aplauzu dla prawa silniejszego". Cała jej dzisiejsza "imperialność" sprowadza się do "interesów Rosji" i kapryśnej idei "ruskiego miru", która dla współczesnego świata nie niesie żadnej wartości. Po prostu dlatego, że tej wartości nie ma. Niczym istotnym - ani dla całego świata, ani dla zniewolonych narodów - dzisiejsza Rosja po prostu nie dysponuje. Świat nie potrzebuje od niej niczego, prócz gazu, ropy i aluminium.

Rosja nie ma ani demokracji, ani udanego pomysłu na życie społeczeństwa, ani jakiejś szczególnej współczesnej kultury, bez której świat by zbiedniał. W Rosji podupadł nawet hokej. Jeśli ZSSR w latach 1950-1980 przynajmniej niósł postkolonialnym narodom świata idee socjalizmu (które zresztą niewiele im pomogły), to dzisiejsza Rosja jest wartością zerową, antywartością, doprowadzoną do absurdu, pustą zmitologizowaną wydmuszką, uzbrojoną w głowice jądrowe i w propagandową machinę z ulubionym kwiatem putinowskiego informacyjnego absurdu - kanałem telewizyjnym Russia Today - na czele. Nic pożytecznego, produktywnego i atrakcyjnego. Tylko prawo siły, wojny informacyjne, postprawda, szpiegostwo, przekupywanie europejskich elit i totalna korupcja. Jak na imperium ze szczególną misją - za mało, jak na historyczne nieporozumienie - za wiele...

Tak to jest, niech mi wolno powiedzieć, z tą filogenetyczną systematyką. Zaczęło się wszystko od słoni i góralkowatych, a skończyło na "więzieniu narodów". Oto dlaczego tematy przyrodnicze są przeważnie niewskazane dla humanistów.

16.07.2019

OŁEKSANDR BOJCZENKO

Zona ruskiego mira

Czytając Świetlisty szlak Stanisława Asiejewa, wciąż myślałem o pewnym paradoksie. Marek Hłasko nie był ani teoretykiem literatury, ani więźniem obozów koncentracyjnych, a jednak zauważył bardzo ciekawą - właśnie z literaturoznawczego punktu widzenia - różnicę między represyjnymi mechanizmami dwóch wzorcowych totalitaryzmów XX wieku:

Człowiek - pisze on - wkraczający w bramy niemieckiego obozu koncentracyjnego wiedział, iż istnieją tylko dwie możliwości wydostania się stamtąd. Pierwsza droga prowadzi przez komin krematorium; druga - to ewentualne wkroczenie wojsk alianckich czy też sowieckich sokołów. Ale od początku do końca osoby dramatu pozostają te same: kat pozostaje katem, ofiara ofiarą, dozorca niewolników do końca swej kariery nie wypuści bata z ręki. Człowiek wkraczający w bramy sowieckiego więzienia nie wie nic. Być może zostanie jutro rozstrzelany; być może odsiedzi dziesiątaka i odczytają mu następny wyrok opiewający na piętnaście lat; ale być może stanie się tak, że partia w międzyczasie zmieni taktykę i ofiara stanie się z kolei katem, a jej dotychczasowy oprawca będzie pełzał przed nim na kolanach, błagając go o paczkę sierawo, dopóki nie zostanie skierowany na oddział dla dachdiagów[1].

Dlatego - twierdził Hłasko - o niemieckim totalitaryzmie można napisać tragedię, a o sowieckim - nie. I Hłasko miał rację. Ale jeszcze większy paradoks polega na tym, że rację miał też Gustaw Herling-Grudziński, który z kolei zwracał uwagę na coś całkiem przeciwnego, nazywając GUŁag "bliźniakiem nazistowskich obozów koncentracyjnych". Czy dwa określenia mogą być przeciwstawne i jednocześnie prawdziwe? Mogą. Z tym uściśleniem, że Herling-Grudziński miał na uwadze rezultat, a Hłasko - proces.

Rezultaty naziści i sowieci osiągnęli bliźniaczo podobne: dehumanizację i wyniszczenie milionów ludzi. To dlaczego jedna masowa zbrodnia stanowi materiał na tragedię, a druga - nie za bardzo? Dlatego że, powracając do procesu, fabuła tragedii - w ściśle literaturoznawczym rozumieniu - nie zależy ani od charakteru bohatera, ani od wad jego otoczenia, ani od przypadkowych okoliczności zewnętrznych, lecz wynika z narzuconego z góry losu. Właściwie tragedia to jest zmaganie z losem, ale bez szans na sukces. Porzućcie, jak to się mówi, wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie. Żydzi, którym przeznaczenie w osobie Hitlera wyznaczyło los ofiar, mogli zachowywać się jakkolwiek: mogli stawiać opór, posłusznie brnąć do komór gazowych albo "współpracować" z nazistami w Sonderkommandach czy służbach porządkowych - przewidywane rozwiązanie fabuły tak czy siak było jednakowe, bo nie mogli najważniejszego - przestać w oczach losu być Żydami, nawet jeżeli nie znali ani jidysz, ani hebrajskiego i sami uważali się za przedstawicieli niemieckiej kultury. A ponieważ nie mogli, to byli skazani na "ostateczne rozwiązanie". Zresztą Stalin również umiał rozwiązywać różne kwestie w podobny sposób, co zademonstrował na przykładzie ukraińskich chłopów, ale teraz mowa nie o Hołodomorze, a o obozach koncentracyjnych.

Otóż sowieckie obozy koncentracyjne (następnie - "pracy poprawczej") były miejscami nie mniej przerażającymi od nazistowskich, tylko - w sensie czysto gatunkowym - rozgrywały się tam nie tragedie, a jakieś krwawe farsy i dramaty absurdu. W działaniu nazistów obserwowało się, chociaż straszną, ale logikę: niszczyli tych obcych, którzy przeszkadzali im budować doskonały aryjski świat. Sowieci wyniszczali wszystkich z rzędu, a z największą zaciekłością - swoich, tych, którzy doprowadzili ich do władzy i zakładali podstawy ich państwa. Kryminalni przestępcy, urkowie, którzy handlowali zabójstwami i rabunkami, w zasadzie nie wykonywali żadnych prac gospodarczych. Natomiast doprowadzeni głodem, chłodem i pracą ponad siły do stanu zwierzęcego teoretycy i praktycy komunizmu, starzy bolszewicy oraz czerwoni komisarze, pierwsi czekiści czy organizatorzy pierwszych kołchozów, wczorajsi prokuratorzy i sekretarze komitetów obwodowych - wszyscy oni ławą padali w wieczną zmarzlinę.

Nawiasem mówiąc, jakby na potwierdzenie słów Hłaski o krążeniu ofiar i katów w sowieckiej przyrodzie, Warłam Szałamow opowiada w autobiografii Spisek prawników historię, jak go wyciągnięto z obozu i powieziono do tak zwanego Domu Waśkowa - magadańskiego więzienia, gdzie rozstrzeliwano skazanych. A potem nagle go wypuścili, bo okazało się, że w czasie gdy ciężarówka błądziła między kołymskimi sopkami, kapitan Rebrow, który szył na Szałamowa grubą sprawę, sam został ogłoszony wrogiem ludu i znalazł się na więziennej pryczy. Odpowiednio również wydane przez niego rozkazy zostały unieważnione.

Jest jeszcze jedna różnica między Sowietami a nazistami; gdyby nie ona, nie byłoby dzisiaj szczególnej potrzeby, żeby o tym wszystkim mówić. Trzecia Rzesza istniała dwanaście lat i razem z kilkoma tysiącami swoich obozów odeszła w niebyt. Dzisiejszym Niemcom jest co wytykać - przede wszystkim rozumienie się z Putinem - ale własne lekcje przeszłości przyswoiły one sobie dobrze i do dzisiaj pokutują za stare grzechy. Czego nie można powiedzieć o Rosji; prędzej powie się o niej coś wręcz odwrotnego. Wspomnianemu Herlingowi-Grudzińskiemu, który, fałszywie oskarżony, odbywał karę w archangielskich lasach, znajoma dała do przeczytania Wspomnienia z domu umarłych. Wrażenia z lektury okazały się niezapomniane:

Nie to w Dostojewskim było wstrząsające, że potrafił opisać nieludzkie cierpienia tak, jak gdyby stanowiły tylko naturalną część ludzkiego losu, ale to (...), że nie było nigdy najkrótszej nawet przerwy pomiędzy jego a naszym losem. (...) Teraz, kiedy wiem, że cała Rosja była zawsze i jest po dziś dzień martwym domem, że zatrzymał się czas pomiędzy katorgą Dostojewskiego a naszymi własnymi mękami (...)[2].

Czas się zatrzymał - i w tym tkwi sedno. Bo czas to zmiany, a Rosja przez stulecia pozostawała istotnie niezmienna. Samowładztwo czy dyktatura proletariatu, rozwinięty socjalizm czy kierowana demokracja, rosyjskie imperium czy ZSSR - cała ta dekoracja nie ma znaczenia, bo kwintesencją ruskiego miru jest martwy dom, katorga, GUŁag. Rosja to jedna wielka zona, która pragnie stale się poszerzać kosztem przyległych terytoriów. Zagrabiać cudze ziemie, ogłaszać ludzi, którzy na nich mieszkają, za swoich - a ze swoimi Rosja się nie cacka.

Rosyjski świat funkcjonuje wedle obozowych praw, a obóz - z małymi wyjątkami - korumpuje wszystkich: od akademika po asenizatora i od najwyższego kierownictwa po ostatniego włóczęgę. Wspomniany już Szałamow - najlepszy w rosyjskiej literaturze znawca tematu - pisał:

Łagier to w całej pełni negatywna szkoła życia. Nikt nie wyniesie stamtąd niczego, co potrzebne i może przynieść korzyść - ani sam więzień, ani jego naczelnik, ani straż, ani mimowolni świadkowie... Każda minuta życia w łagrze jest trucizną... Okazuje się, że można czynić podłości i żyć. Można kłamać i żyć. Żebrać i żyć! Naczelnik przyzwyczaja się w obozie do niemal niekontrolowanej władzy nad aresztantami, przyzwyczaja się patrzeć na siebie jak na Boga... Inteligent zmienia się w tchórza i własny mózg podsuwa mu usprawiedliwienie jego uczynków... Wiele jest tam takiego, czego człowiek nie powinien wiedzieć, nie powinien widzieć, a jeśli widział, to lepiej, żeby umarł[3].

Wszystkie te i setki podobnych cytatów przypominały mi się podczas lektury książki Stanisława Asiejewa o donieckim obozie koncentracyjnym Izolacja. Książki, którą w Ukrainie powinien zapamiętać każdy, kto jeszcze nie całkiem zrozumiał, do jakiego moralnego i fizycznego spustoszenia zdolni są dojść i kaci, i ofiary (którym nierzadko zdarza się zamieniać rolami) tam, gdzie dzięki wsparciu miejscowych pałkarzy wprowadził się ruski mir. Naturalnie, zwyczajny człowiek nie może chcieć wojny, w szczególności - wojny z Rosją. Jakakolwiek wojna - czy przegrana, czy wygrana - zawsze jest straszna. Ale istnieje jedna jedyna rzecz od wojny straszniejsza. Straszniejsze od każdej wojny - to znowu stać się izolowanym od świata barakiem w zonie ruskiego mira.

31.01.2022[4]

SZKICE 22
Piszą, więc żyją. Pierwszych sto dni wojny Wybór, PRZEKŁAD I POSŁOWIE - Bohdan Zadura
TEKSTY - Jurij Andruchowycz, Sofija Andruchowycz, Kateryna Babkina, Ołeksandr Bojczenko, Andrij Bondar, Ołeksandr Irwaneć, Andrij Lubka, Wasyl Machno, Roman Małynowski, Taras Prochaśko, Mykoła Riabczuk, Ostap Sływynski, Jurij Wynnyczuk
REDAKCJA I KOREKTA - Izabela Poniatowska, Joanna Mueller
OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII - Artur Burszta
ZDJĘCIE NA OKŁADCE - Yasuyoshi Chiba
SKŁAD - Marcin Labus
? Copyright by Bohdan Zadura, 2022 ? Copyright for the essays by individual authors, 2022 ? Copyright for the photo by Yasuyoshi Chiba, 2022 ? Copyright by Biuro Literackie, 2022
BIURO LITERACKIE
poczta@biuroliterackie.pl
www.biuroliterackie.pl
ISBN 978-83-67249-59-1
Wydawca dołożył wszelkich starań, by skontaktować się z właścicielami praw, a w przypadku tych osób, do których nie udało się dotrzeć, a z którymi kontakt możliwy będzie dopiero po wydaniu książki, deklarujemy niezwłoczne poczynienie niezbędnych uzgodnień.
Publikacja nie ma charakteru komercyjnego, wszystkie zyski z jej sprzedaży przeznaczone zostaną na realizację Fest Ukraine - wspólnego projektu ukraińskiego PEN Clubu oraz Biura Literackiego wspierającego obecność autorek i autorów oraz osób z ukraińskiego sektora wydawniczego na europejskich festiwalach literackich.
KONWERSJA: eLitera s.c.

JURIJ WYNNYCZUK

Nie płacz, dziewczyno

Wypadek, do którego doszło w Dnieprze, kiedy pewien żołnierz zastrzelił pięciu innych wojskowych, naprawdę nie jest czymś nowym. Za związku sowieckiego takie zdarzenia odbywały się dość często wraz z przypadkami samobójstw. Przyczyny były różne - głównie fala, ale też strzelano się lub wieszano z powodu dziewcząt. Żołnierz dostaje od kogoś list, że jego dziewczyna chodzi z innym, i zaczynają się męki i cierpienia, które mogą zakończyć się samobójstwem. Nie bez powodu najpopularniejszą "bojową" pieśnią było "Zaświeci słońce,/ Nie płacz, dziewczynko./ Żołnierz powróci,/ Ty czekaj tylko".

A czekać trzeba było dwa lata. Mało która dziewczyna mogła tak długo być wierna.

W odróżnieniu od Janełocha[5] ja w wojsku jednak służyłem. Pierwszego dnia służby zapytano mnie, czy mam dziewczynę. Miałem, i to nie byle jaką, bo córkę sędziego. Oficer chciał zobaczyć zdjęcie. Najwyraźniej po to, żeby się przekonać, że nie skłamałem. Popatrzył, pocmokał i oddał.

Wybiegając w przyszłość, powiem, że dziewczyna się na mnie doczekała. Pisaliśmy i te listy dla mnie wtedy były bardzo drogie, jak listy od rodziców.

Była późna jesień 1976 roku, z wyższym wykształceniem brano na rok. Nie powiem, że z radością poszedłem do wojska, bo prawie wszyscy moi przyjaciele różnymi sposobami się wykręcili. Ktoś nawet przeszedł przez szpital psychiatryczny w Kulparkowie. Mnie też dali do poczytania książkę, z której można było się dowiedzieć, jak się zachowywać, udając kuku na muniu.

Trzeba było to jednak robić nie w czasie komisji lekarskiej, ale wcześniej, a na komisję można było przyjść z zaświadczeniem o pobycie w zakładzie dla obłąkanych.

Trzeba było tylko zwrócić się do psychiatry i opowiedzieć o jakiejś swojej manii - na przykład o manii liczenia.

Wie pan, panie doktorze, wszystko liczę. Gdzie bym nie poszedł. Widzę sztachety - liczę, widzę drzewa - liczę, widzę bruk - liczę, widzę wróble - liczę... Nie mogę o niczym innym myśleć...

Przeczytałem to wszystko, ale perspektywa spędzenia dwóch miesięcy w Kulparkowie jakoś mi się nie uśmiechała. Później żałowałem, że nie zostałem na jakiś czas świrem, bo rok w armii okazał się stratą czasu i nerwów.

Służyłem w Charkowie w wojskach kolejowych, dokąd brali przeważnie przedstawicieli Azji Środkowej i Kaukazu. Słowianie albo byli debilami, albo mieli wyższe wykształcenie. Ci ostatni pracowali przy sztabie.

Wojska kolejowe zajmowały się układaniem torów. Nasza jednostka przekładała je na Biełogorodczyźnie. Trafiłem do sztabu jako pomocnik naczelnika wydziału politycznego. A kiedy batalion wyjechał "na trasę", zostałem bibliotekarzem. Ale mi nie zazdrośćcie, bo spałem w ogólnych koszarach ze wszystkimi dziadkami i sierżantami. Dlatego bywało, że myłem i koszary, i kuchnię, i obierałem kartofle, i podkłady targałem, i okopy kopałem, i byłem porządkowym, i dyżurnym w sztabie. A jeszcze dwa razy w szczerym polu zimą stałem na warcie, pilnując magazynów z bronią.

Co prawda we wszystkich przypadkach udawałem Szwejka albo, jak wtedy mawiano, "szlaucha". Czemuż to miałbym kicać na diabelskim zimnie, kiedy mogę sobie pospać? Obok magazynów broni był tak zwany czerwony kącik[6], gdzie stał stół z gazetami. Na nich też spałem. Na szczęście nikt nie zastukał. Chociaż był taki chorąży, który lubił podkaraulić wartowników, kiedy zadrzemią, i wyciągnąć im bagnet.

Najbardziej mi doskwierała na służbie pobudka: pościelić łóżko, potem biegiem do ubikacji, potem na zaprawę i dopiero wtedy do stołówki.

Korzystając z tego, że byłem sztabowcem, pewnego razu z umywalni pomknąłem do sztabu, skąd zadzwoniłem do dyżurnego: "Szeregowy Wynnyczuk natychmiast do sztabu!". A kiedy przybiegłem z powrotem, wszyscy mnie już szukali i nawet zaścielili mi łóżko. Jeszcze dwa, trzy takie telefony i wszyscy w koszarach zrozumieli, jaką ważną osobą jest szeregowy Wynnyczuk. Wstawałem pięć, dziesięć minut wcześniej - żeby tylko nie na komendę - szedłem do biblioteki, moje łóżko ścielili, a ja spokojnie dooglądywałem sny.

Falę odczułem na szczęście nie w pełnym zasięgu, bo wobec "sztabowców" dziadki czuły pewien respekt i odnosiły się do nich trochę lepiej niż do prostych żołnierzy. Nie była ona również taka okrutna ani w wojskach kolejowych, ani w budowlanych - bo kiedy trzeba ciągnąć tory czy kopać rowy, pracują wszyscy. A we wszystkich innych wojskach fala kwitła. Tam dziadki zmuszały kotów, by czyścili im sprzączki pasów, coś tam szyli, prali, a oni zabierali im całe mięso ze wspólnego garnka i tak dalej. Jeśli podoficer kazał dziadkowi myć koszary, to dobrze wiedział, że ten tego nie będzie robił, bo dla dziadka to poniżające brać się za mopy czy szmaty. Musiał to za niego zrobić któryś z młodych żołnierzy.

Jeśli zajrzycie do Wikipedii, to ze zdziwieniem przeczytacie, że fala była tylko w ZSSR, a teraz jest w Rosji, ale nie w Ukrainie. To oczywiście kłamstwo. Fala i w obecnych czasach w służbie zasadniczej nigdzie się nie podziała. Z nią się nie walczy, bo dla dowódców jest wygodna. Dziadkowie zamiast nich utrzymują porządek, a sami dowódcy wykorzystują młodziaków pod dozorem dziadków dla swoich prywatnych potrzeb.

Kiedy skończyłem służbę i wróciłem do Lwowa, to jaki czas z pogardą patrzyłem na swoich przyjaciół, którzy "wyszlauchowali się" i nie służyli. Chciałem im opowiedzieć o swoich przygodach, ale nikogo one nie interesowały.

Wróciłem w grudniu, a po dowód poszedłem do WKU dopiero w lipcu. Pójść tam miałem w pełnym umundurowaniu - czyli w paradnym mundurze i w szynelu. Jednak zamiast zrobić to jak normalny człowiek od razu po zwolnieniu do cywila, wcisnąłem szynel oraz mundur do komórki i namiętnie rzuciłem się w wir życia.

Pewnego słonecznego dnia poszedłem do komórki i się przeraziłem. Paradny mundur i szynel zjadły mole! Mundur w dodatku pokrył się lepką pleśnią, bo w komórce była wilgoć. Szynel cały osypywał się i bielał gąsienicami moli. Zacząłem go czyścić i po godzinie doprowadziłem do porządku, ale z mundurem sprawa była przegrana. W takim mundurze nie mogłem w ogóle pojawić się w WKU. W takim mundurze mógłbym może szwendać się po śmietnikach w poszukiwaniu pustych butelek. Ale gdyby na wierzch założyć szynel, to będzie wszystko w porządku. Tak też zrobiłem, ale wziąłem ze sobą jeszcze teczkę ze spodniami i koszulą, żeby potem się przebrać.

I oto wyobraźcie sobie taką scenę. Lato. Słońce. Dziewczęta w minispódniczkach, faceci w koszulach z krótkim rękawem. A tutaj sunie jakiś wariat w ciężkim długim płaszczu do pięt, zapięty na wszystkie guziki. Dobrze, że chociaż wojskowej czapki uszanki nie naciągnął na głowę, choć ją też schował do teczki. Ten wariat, spływając siódmym potem, wsiada do tramwaju numer cztery, wysiada w centrum i dalej zmierza w kierunku Krakowskiego Targu. Ale tutaj już nakłada na głowę czapkę-straszydło, bo jeśli będzie ubrany nieprzepisowo, to natychmiast zauważy go wojskowy patrol. Ludzie się oglądają. Wariat wygląda dziko. Przez pół roku odrosły mu pukle i już w niczym nie przypomina żołnierza sławnej Armii Czerwonej. Bardziej wygląda jak żołnierz Nestora Machny. Poza tym, że na nogach nie ma wojskowych butów, lecz... sandały. Buty zdążył już podarować swojemu ojcu.

Moje pojawienie się w komendzie wywołało niemałą ekscytację, sekretarki nie mogły się nadziwić:

- Ty co, na biegunie północnym służyłeś? A pod czapką nie ma śniegu?

Komendant gorączkowo wertował moją książeczkę wojskową i nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie mogłem tak długo do niego dotrzeć. Wymamrotałam coś, pocąc się pod płaszczem, który ogrzewał mnie w najcięższe mrozy, i nie odważyłem się rozpiąć ani jednego guzika, żeby nie zhańbić się swoim mundurem. Posapawszy, komendant przystawił w książeczce pieczątkę i oddał mi dowód. Zanurkowałem do pierwszej lepszej bramy, przebrałem się, a płaszcz, czapkę i mundur z teczką tam zostawiłem.

Już po chwili szedłem, niczym nie różniąc się od otoczenia. Nie wyobrażacie sobie, nie macie pojęcia, jaka to ulga po prostu rozpłynąć się w tłumie. Idziesz sobie i nikt niczego od ciebie nie chce.

A jak tam córka sędziego? - zapytacie. O, to całkiem inna historia. Ale jeśli was ciekawi, to w książce Gruszki w cieście jest opowiadanie "Seans ostrego seksu". W nim znajdziecie odpowiedź.

02.02.2022

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Piętnaście lat serii "Szkice"

Andrzej SOSNOWSKI "Najryzykowniej"

Jacek GUTOROW Urwany ślad

Piotr KĘPIŃSKI Bez stempla

Karol MALISZEWSKI Po debiucie

Jerzy JARNIEWICZ Od pieśni do skowytu

Krystyna MIŁOBĘDZKA W widnokręgu Odmieńca

Kacper BARTCZAK Świat nie scalony

Krystyna MIŁOBĘDZKA znikam jestem

Anna KAŁUŻA Bumerang

Joanna MUELLER Stratygrafie

Tadeusz RÓŻEWICZ Margines, ale...

Różni AUTORZY Dorzecze Różewicza

Marian STALA Niepojęte: Jest

Jacek GUTOROW Księga zakładek

Andrzej KOPACKI Muszle w kapeluszu

Piotr ŚLIWIŃSKI Horror poeticus

Różni aUTORZY Wielogłos. Krystyna Miłobędzka

w recenzjach, szkicach, rozmowach

Joanna MUELLER Powlekać rosnące

Piotr MATYWIECKI Myśli do słów

Andrzej SOSNOWSKI Stare śpiewki

Tadeusz RÓŻEWICZ Teksty odzyskane