ROZMOWA
Mistrzostwa w dobrostanie
z DARIĄ ABRAMOWICZ rozmawia ZUZANNA KOWALCZYK
rysunki PAWEŁ SMARDZEWSKI
NIE DA SIĘ ZOSTAĆ MISTRZEM, tyrając ślepo szesnaście godzin na dobę, bez dbania o siebie w innych obszarach, a przez pozostałych osiem myśląc o tym, co będziemy robić przez następne szesnaście. Ale nie da się też żyć dobrze, nie uznając, że czasem bywa niewygodnie, a osiąganie celów wymaga poświęceń i wysiłku. Dyskomfort nie oznacza, że miejsce, w którym jesteśmy, jest bezwzględnie złe.
Czy to nie paradoksalne, że chcę z tobą porozmawiać o dobrostanie, gdy u ciebie jest piąta rano, właśnie wyjechałaś z Paryża po igrzyskach olimpijskich i już jesteś na kolejnym turnieju ze swoją zawodniczką?
Zdaję sobie sprawę, że nie są to okoliczności powszechnie kojarzące się z dobrostanem, ale sęk w tym, że również w takiej sytuacji jest on możliwy. To dobry punkt wyjścia do rozmowy o dobrostanie w dzisiejszym świecie, naznaczonym wszechobecnym napięciem, prawda?
Zwłaszcza z tobą - psycholożką sportu, znaną przede wszystkim ze współpracy z Igą Świątek, pracującą w obszarze high performance...
...czyli w środowisku bazującym na maksymalizacji potencjału w warunkach podwyższonej presji. Moja praca polega na wspieraniu osób w budowaniu adaptacyjnych strategii osiągania dobrostanu w sytuacji zwiększonego napięcia i presji. Byłabym więc niewiarygodna, gdybym, próbując nauczać innych, sama nie potrafiła z tych strategii korzystać - dlatego możemy rozmawiać o dobrostanie nawet o piątej rano (śmiech). Zresztą w życiu każdego przychodzą takie chwile, kiedy go brakuje. Nie możemy go osiągnąć i to też jest okej, takie jest życie. Pytanie, jak długo to trwa i co z tym zrobimy. Czy mamy narzędzia i zasoby, by wrócić do miejsca dobrostanu, odzyskać go po wzmożonej mobilizacji.
Infuture.institute przygotował ostatnio raport, w którym wskaźnik dobrostanu, rozumianego jako poczucie zadowolenia ze swojego życia, określono w odniesieniu do sześciu zakresów: zdrowia fizycznego, zdrowia psychicznego, wewnętrznego spokoju, komfortu życia, relacji z innymi i kontaktu z naturą. Mordercze treningi i ciągłe przełamywanie swoich ograniczeń kojarzą się z czymś całkowicie przeciwnym.
Zgoda, high performance z założenia wiąże się z dyskomfortem. W sporcie jest to dyskomfort przede wszystkim fizyczny, wynikający z treningu, przekraczania granic i możliwości ciała oraz dążenia do doskonałości w danej dyscyplinie. Pojawia się też dyskomfort poznawczy, związany z nieustanną potrzebą utrzymywania koncentracji, podejmowania decyzji, rozwiązywania problemów i wielu innych aspektów pracy z uwagą czy pamięcią, ale też "wychodzenia poza strefę komfortu".
To słynne dzisiaj hasło, stosowane w korporacjach, nieco się wytarło, ale ma głęboki sens o tyle, że właśnie wtedy, gdy wyprowadzamy się z miejsca, w którym jest nam ciepło i wygodnie, jesteśmy często w stanie poszerzać swoje możliwości. Wtedy jednak pojawia się też dyskomfort emocjonalny. W sporcie nieustannie mierzymy się z uczuciem porażki, frustracją, smutkiem, złością, rozczarowaniem i całą paletą trudnych emocji, które odczuwamy zarówno podczas treningów, jak i sportowych rywalizacji. A na to wszystko kładzie się cieniem dyskomfort społeczny, jako że sportowcy funkcjonują w określonej sieci relacji i obciążeń zewnętrznych.
Na przykład spędzają więcej czasu ze swoją trenerką niż z rodziną i przyjaciółmi.
Właśnie. Dobrym przykładem są tenisiści, bo to osoby dobrowolnie zatrudniające ludzi do tego, by mówili im, co mają robić. I najczęściej to są rzeczy, których wcale nie chcą zrobić ani usłyszeć. Zawodnik staje się pracodawcą dla ludzi, z którymi spędza nawet ponad trzysta dni w roku. I z tymi ludźmi, którzy czasami wiedzą o nim więcej niż jego własna rodzina, żyje bardzo intensywnie, w warunkach wysokiego poziomu stresu. Na to nakłada się jeszcze czynnik kulturowy, związany choćby z tym, jak dany sport jest finansowany, czy sportowiec ma możliwość komfortowego uprawiania swojej dyscypliny, czy - jak niektórzy, nawet najwięksi polscy mistrzowie - musi równolegle pracować na etacie, w jaki sposób był przez sport wychowywany, jak definiowano sukcesy i porażki...
I tym zajmuje się psychologia wykonania (performance psychology)?
Tak, począwszy od wewnętrznych aspektów związanych z przekonaniami, emocjami, definicjami, przez aspekty relacyjne, na przykład wychowania przez sport, kończąc na ujęciu environmental mastery, czyli całego otoczenia, które na ten sport wpływa, a które różni się w zależności od długości i szerokości geograficznej.
Na czym polegają te różnice?
Inaczej sport kształtuje pasje w Stanach Zjednoczonych, gdzie uprawianie danej dyscypliny zapewnia stypendia na uniwersytetach. Inaczej w krajach Skandynawii czy w Kanadzie, gdzie wychowanie fizyczne uznaje się za najważniejszy filar zdrowia i na receptach przepisuje aktywność. Jeszcze inaczej tam, gdzie inwestuje się duże pieniądze w sport profesjonalny, choćby w krajach Półwyspu Arabskiego czy w Chinach. Różne są systemy motywacji i okoliczności, w jakich sportowiec się rozwija. To wszystko nie pozostaje bez znaczenia dla późniejszej pracy mentalnej z zawodnikiem. Niemniej, jak to mówią, sport to zdrowie dopóty, dopóki nie uprawia się go profesjonalnie - czyli dopóki nie staje się źródłem utrzymania i głównym, przeważającym elementem tożsamości.
I nie mówimy tylko o zdrowiu fizycznym. Twoją najbardziej znaną współpracą jest ta z Igą Świątek - choć pracujesz z wieloma zawodniczkami i zawodnikami różnych dyscyplin, w tym, jak wiemy od niedawna, również ze złotą medalistką olimpijską we wspinaczce Aleksandrą Mirosław. I Iga, i Aleksandra podkreślają znaczenie waszej współpracy w osiąganych przez nie wynikach. To na fali ich sukcesu coraz częściej wspomina się dziś o roli psychologii w sporcie. To coś nowego?
Z pewnością coraz więcej wiemy i mówimy o zdrowiu psychicznym w sporcie oraz we wszelkich dziedzinach high performance. I to bardzo dobrze, ale mam obawy dotyczące tego, czy społecznie nie jesteśmy coraz bliżej przeterapeutyzowania. Zaczęliśmy przykładać tak dużą wagę do obecności psychologii i psychoterapii w naszym życiu, że nierzadko zakładamy, iż sama świadomość naszych problemów powinna nas leczyć i wspierać. Tymczasem to nie obecność psychologii w sporcie jest niezbędna, ale praca wykonywana w tym zakresie przez sportowców, trenerów, rodziców, działaczy i inne osoby z tego środowiska. Istotne są też okoliczności zewnętrzne, czyli choćby to, jak organizowane są turnieje, z jaką intensywnością, jak dużą swobodę ma zawodnik.
Pamiętam igrzyska w Rio de Janeiro w 2016 roku, gdy bardzo dużo mówiliśmy o znaczeniu treningu mentalnego w sporcie, budowaniu skrzynki z narzędziami, które mają pomóc maksymalizować potencjał, i patrzyliśmy z podziwem choćby na Michaela Phelpsa [28-krotnego medalistę olimpijskiego w pływaniu - przyp. red.]. A później on wyznał, że przez wiele lat zmagał się z depresją i uzależnieniami, miewał myśli samobójcze, i dopiero lata pracy, włącznie z pobytami w ośrodkach terapeutycznych, pozwoliły mu stanąć na nogi. Pamiętam, jak powiedział, że igrzyska w Rio, któreś z kolei w karierze tego najbardziej utytułowanego olimpijczyka, to pierwsze zawody, w których popłynął w zdrowiu.
Tamto wyznanie zmieniło narrację - zaczęliśmy coraz więcej mówić o zdrowiu psychicznym w sporcie, czyli nie tylko o leczeniu zaburzeń psychicznych, ale także o dbaniu o dobrostan czy budowaniu wspierającego środowiska. Dziś jesteśmy w takim miejscu, w którym trochę mitologizujemy znaczenie psychologii w sporcie, podobnie jak w biznesie - i dlatego warto pamiętać o tym, że prawdziwa praca zaczyna się tam, gdzie kończą się warsztaty, wykład czy sesja.
.