Pismo. Magazyn Opinii 12/2019 - Barbara Sadurska, Magdalena Koryntczyk, Lena Piękniewska

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OPOWIADANIE

Postanowienie

tekst Barbara Sadurska

Sześć miesięcy temu, w niedzielę, czterdziestoletni mężczyzna dokonał czynów wyczerpujących znamiona przestępstwa z artykułu 196 Kodeksu karnego, czyli niszczenia przedmiotów kultu religijnego. W stroju robotnika budowlanego wkroczył podczas pogrzebu na teren miejscowego cmentarza i w sposób fachowy przystąpił do demontażu przedmiotów kultu religijnego, w szczególności rzeźb aniołów i krzyży. Na pytanie proboszcza, co robi, odpowiedział, że wykonuje rozkazy. Po zebraniu materiału dowodowego prokurator postawił go w stan oskarżenia, mimo iż mężczyzna twierdził, że działał pod wpływem przymusu. Od dłuższego czasu słyszał głosy rozkazujące mu zniszczyć symbole śmierci, które zagrażały jemu i jego rodzinie. Oskarżonemu grozi kara pozbawienia wolności do lat dwóch.

Sąd skierował oskarżonego na obserwację psychiatryczną. Po ośmiu tygodniach obserwacji biegli wydali opinię stwierdzającą u oskarżonego schizofrenię z urojeniami przy jednoczesnym ostrym stadium nerwicy lękowej. W takim razie dzisiaj będzie można wydać postanowienie o umorzeniu postępowania i skierowaniu oskarżonego na przymusowe leczenie.

DWA LATA TEMU, W SŁONECZNY, WRZEŚNIOWY DZIEŃ, pięciu członków legalnej organizacji paramilitarnej pobiło dziennikarza miejscowej gazety, który robił zdjęcia podczas przemarszu ich ugrupowania główną ulicą miasta. Do zdarzenia doszło naprzeciwko kawiarni, w której dwanaście osób akurat piło kawę i jadło lody przy stolikach wystawionych na rogu. Zdarzenie trwało jedenaście minut. Tyle czasu zajęło sprawcom skopanie sprawnego fizycznie, zdrowego, trzydziestopięcioletniego mężczyzny i uczynienie z niego inwalidy.

Żaden z dwunastu gości kawiarni nie widział zdarzenia. Przez jedenaście minut patrzyli w inną stronę. Kelnerki zeznały, że akurat wtedy wszystkie były w toalecie. Jedna przeglądała Facebooka. Począwszy od siódmej minuty zdarzenia najmłodszy z oskarżonych, dziewiętnastoletni Oskar Z., dokonywał metodycznego niszczenia mienia poszkodowanego dziennikarza. Wysokimi, wojskowymi butami skakał po jego telefonie, kilkakrotnie rzucił aparatem fotograficznym marki Canon o ścianę przeciwległego budynku, portfel wraz z dokumentami wrzucił do kratki kanalizacyjnej. Świadkowie powołani przez obronę zeznali, że nie brał czynnego udziału w pobiciu. On sam jednak z dumą stwierdził, iż był "pierwszym, który dokopał temu skurwielowi. To jego podkuty but zmiażdżył mu twarz". Adwokat podważył prawdziwość tej wypowiedzi. Zaznaczył, że była wygłoszona pod wpływem emocji w celu zaimponowania starszym kolegom i wykazania się odwagą. Podnosił, iż jego klient nie brał udziału w czynnej napaści na osobę poszkodowanego. Wnioskował o wyłączenie jego sprawy do osobnego rozpatrzenia.

Wyjaśnienia te nie znalazły potwierdzenia w nagraniach miejskiego monitoringu, o udostępnienie których zwrócił się sąd. Powiększenie obrazu powoduje co prawda znaczne pogorszenie jakości, a na zatrzymanych kadrach nie widać twarzy sprawców, jednak na biało-czarnych nagraniach można w pewnym momencie rozpoznać postać dziewiętnastolatka. Wtedy, gdy depcze twarz leżącego na ziemi mężczyzny.

Sąd nie przychylił się do wniosku obrony o zwolnienie oskarżonych z aresztu za poręczeniem. Po dwóch latach Oskar Z. został skazany na karę pięciu lat bezwzględnego pozbawienia wolności i był to najłagodniejszy z wyroków wydanych w tej sprawie. Wyrok został ogłoszony na rozprawie dwa tygodnie temu. Dzisiaj upływa termin jego uzasadnienia.

MIESIĄC TEMU, 22 LISTOPADA, do sądu wpłynął wniosek sześćdziesięciolatka, skazanego na sześć lat pozbawienia wolności z powodu rozboju i użycia gróźb karalnych, o warunkowe, przedterminowe zwolnienie z zakładu karnego po odbyciu trzech czwartych wymierzonej kary. Skazany oświadcza, że pobyt w więzieniu odniósł skutek resocjalizacyjny, na dowód czego przedkłada opinię psychologa więziennego i dyrektora zakładu karnego. Jeśli wniosek zostanie rozpatrzony dzisiaj, skazany zostanie wypuszczony na wolność w sylwestra. Ciekawe, dlaczego skazany wolał wyjść na wolność w sylwestra, a nie w Wigilię? Wystarczyłoby, aby złożył wniosek 15 listopada. Czy coś stało na przeszkodzie? 30 listopada sąd zlecił przeprowadzenie wywiadu środowiskowego w otoczeniu rodziny skazanego.

Dzisiaj na posiedzeniu niejawnym zostanie wydane postanowienie w tej sprawie.

I będzie to ostatnie postanowienie w twoim życiu.

TWOJA OBECNOŚĆ W MIESZKANIU SPRAWIA, że twierdzenie, jakoby było ono puste, jest nieprawdziwe. Podobnie rzecz się ma z ciszą. Zdanie: "W mieszkaniu panowała całkowita cisza" jest nie do obrony. Nawet jeśli śpisz, twój oddech nie jest bezszelestny. Nie mówiąc o uderzeniach serca czy szmerze płynącej tętnicą szyjną krwi. Prawdę powiedziawszy, nigdy nie zaznałeś ciszy. Choć dopiero od niedawna odczuwasz jej brak jako coś niepokojącego.

Poranne czynności zajęły ci dzisiaj więcej czasu niż zwykle nie dlatego, że wykonywałeś je wolniej, ale dlatego, że się na nich wyjątkowo koncentrowałeś. Starałeś się przy tym zachowywać jak najciszej. Sąsiedzi jeszcze spali.

Otworzyłeś oczy trzydzieści sekund przed dźwiękiem budzika, jak zawsze. Dzisiaj jednak zrobiłeś to z pełną świadomością. Tak jakbyś w ogóle nie spał tej nocy. Wyłączyłeś budzik, zanim rozległ się alarm. Wskazówki tworzyły jedną, prostą, czarną linię pomiędzy piątką a szóstką, co oznaczało godzinę piątą dwadzieścia siedem.

Nalałeś wodę do czajnika, przygotowałeś zieloną herbatę i grzankę z jajkiem na śniadanie. Pokroiłeś pomidora w ćwiartki. Podczas jedzenia znalazłeś co najmniej trzy argumenty przemawiające za takim posiłkiem. Miałeś je już sformułowane, w razie gdyby padło pytanie. Nie padło. Naczynia umyłeś pod bieżącą wodą i odstawiłeś na ociekacz. Gdy wrócisz za jedenaście godzin, będą już suche.

W łazience przyjrzałeś się swojej twarzy. Była to twarz obcego ci człowieka. Codziennie rano musiałeś patrzeć mu w oczy i codziennie mógłbyś przysiąc, że widzisz go po raz pierwszy. Nigdy wcześniej go nie spotkałeś, prawda? A jednak wszyscy cię w nim rozpoznawali bez trudu. Kłaniali się mu, nawet znali jego obyczaje. Sprzedawczyni na rogu zostawiała dla niego twoje ulubione gazety. Musiał być to zatem nie lada kuglarz, skoro tak udatnie podszył się pod ciebie. Puściłeś w jego stronę oko. Odpowiedział ci ironicznym uśmiechem i nadstawił drugi policzek, abyś go mógł ogolić. Zrobiłeś to bardzo delikatnie. Brzytwa cicho trzeszczała na twardym zaroście.

Potem wziąłeś chłodny prysznic. Patrzyłeś, jak strumyki wody płyną po chudych, pokrytych rzadkimi, siwymi włosami goleniach. Miałeś długie, blade nogi i śmieszne, szerokie stopy zakończone wąskimi palcami. Bez trudu sam sobie obcinałeś paznokcie, zrogowaciałe, o kolorze nienaturalnie białym. Patrzyłeś teraz na nie i układałeś w głowie uzasadnienie, dlaczego twoje paznokcie mają taki kolor. Jakbyś się tłumaczył przed patologiem! Jakbyś chciał mu udzielić informacji, że w dzieciństwie twoje ciało było wystawione na długotrwały, dotkliwy mróz i od tamtej pory te paznokcie takie... Dzisiaj stałeś pod chłodną wodą dwie minuty dłużej niż zwykle. Musiałeś wyjaśnić patologowi jeszcze inne fakty. Zadawał ci mnóstwo trudnych pytań. Na przykład chciał wiedzieć, czy jesteś leworęczny.

Założyłeś białą koszulę, dobrałeś do niej krawat i spinki. Wciągnąłeś spodnie. Ścisnąłeś je w pasie wąskim, czarnym paskiem. Wyjąłeś z szuflady długie, wełniane skarpety w romby. Przetarłeś czarne buty. Kilka czułych pociągnięć szczotką przywróciło ich skórze blask. Dawniej, kiedy miałeś psa, kilka ruchów ręką po wielkim łbie sprawiało, że jego sierść zaczynała błyszczeć. Zawiązałeś lniane sznurowadła nie na kokardkę, jak to robią przedszkolaki, lecz na podwójny węzeł szotowy. Zapiąłeś górny guzik marynarki. Nakręciłeś tissota kupionego w latach 40. Dostałeś go od ojca chrzestnego, który przed wojną był znanym cywilistą w lwowskiej radzie adwokackiej. Zacisnąłeś wysłużony pasek zegarka na prawym nadgarstku. Poprawiłeś rękawy koszuli. Wyjąłeś z szafy popielaty szalik i filcowy kapelusz, bardzo miękki. Zarzuciłeś na ramiona ciężki, grafitowy płaszcz. Wziąłeś z fotela stojącego w holu zniszczoną, brązową aktówkę z wytartym uchwytem. Zamknąłeś za sobą drzwi. Wszystkie te czynności wykonywałeś z wyjątkową koncentracją. Starannie i w skupieniu. Bardzo cicho. I pomimo tego na schodach dopadł cię głos dochodzący z góry, zza drzwi.

- Cisza! - warknąłeś, czym tylko rozzłościłeś samego siebie. - Cicho bądź - powtórzyłeś głośniej przez zaciśnięte zęby.

Czy podziękowałeś za zegarek?

PRZED SĄDEM ZAPARKOWAŁEŚ MINUTĘ po szóstej. Strażnik dopiero otwierał drzwi. Postanowiłeś poczekać w samochodzie, aby go nie speszyć swoją obecnością, aby nie wprawić go w zakłopotanie faktem, że spóźnił się dzisiaj o minutę. Wyłączyłeś silnik i światła i siedziałeś w środku z rękami opartymi na kierownicy. Na siedzeniu pasażera obok ciebie leżała brązowa aktówka. Dostałeś ją od swojego patrona w dniu egzaminu sędziowskiego. Włożyłeś do niej wtedy zielony dowód osobisty i Kodeks postępowania karnego, twój najmocniejszy punkt. Profesor Weiss cienkim, drżącym głosem zapytał cię na koniec, dlaczego wybrałeś zawód sędziego. I wtedy najpierw usłyszałeś odpowiedź, a potem powtórzyłeś ją jak papuga: "Gdyż słowo prawa kreuje rzeczywistość, panie profesorze, a brać odpowiedzialność za kształtowanie rzeczywistości społecznej to największy zaszczyt" - powiedziałeś i to było to, co profesor chciał usłyszeć.

Tak naprawdę chciałeś zostać pisarzem. Bałeś się jednak głosów, które mógłbyś w ten sposób uwolnić. Słowa wypuszczone na wolność mogą być bardzo niebezpieczne. Bałeś się, prawda?

Uderzyłeś rękami w kierownicę. Prawda.

Siedziałeś więc w samochodzie wczesnym zimowym rankiem przed budynkiem sądu okręgowego ze świadomością, że po Bożym Narodzeniu nie wrócisz już do pracy, że to ostatni dzień w twoim życiu, że to już koniec.

Rzuciłeś okiem w lusterko wsteczne i zobaczyłeś w nim obcy wzrok.

Ktoś mógłby pomyśleć, że starszy pan w jedwabnym szaliku na szyi i filcowym kapeluszu na głowie nie wysiada, bo w aucie jest ciepło, a na zewnątrz panuje mróz. Nic bardziej mylnego. Twoje wnętrze było skute lodem, przerażenie mroziło krew w żyłach, strach zapierał ci dech w piersiach. W porównaniu z tym świat zewnętrzny wydawał się rajem.

Dopiero gdy strażnik w czarnym mundurze otworzył drzwi sądu, wysiadłeś z auta i sprężystym krokiem wszedłeś do dobrze znanego budynku.

- O, pan sędzia jak zwykle pierwszy - powitał cię z szerokim uśmiechem.

- Nieprawda! - zaprzeczyłeś lojalnie. - Pan był jak zawsze przede mną. - Uścisnęliście sobie ręce. Jego dłoń była mocna i kwadratowa, twoja wąska i żylasta.

Windą wjechałeś na szóste piętro. Długim korytarzem doszedłeś do gabinetu na jego końcu. Własnym kluczem otworzyłeś drzwi. Wewnątrz panował mrok grudniowego przedświtu i zapach kurzu szarych, tekturowych teczek wiązanych pożółkłymi, za krótkimi tasiemkami. Rozwiązanie takich tasiemek bywało czasem trudniejsze niż rozstrzygnięcie najbardziej zawiłych spraw. Nikt tego nie wiedział lepiej od ciebie. Nikt?

- Milcz - odezwałeś się, siadając w swoim fotelu na wprost okna, z którego roztaczała się imponująca panorama na zachodnią część miasta, na jego dachy, wieże, kominy i dalej na wzgórza, las na horyzoncie, a powyżej - na linię chmur. Wszystko utrzymane w monochromatycznych odcieniach dymów i mgieł. Układ trzech planów. Jak w dobrym kadrze filmowym, w którym nie chodzi o oddanie emocji ani zaznaczenie bliskości, lecz ogląd całości, szeroki rzut sytuacyjny. Brakowało tylko lokomotywy wjeżdżającej z lewej strony ekranu.

Na biurku leżały akta spraw, którymi postanowiłeś zająć się dzisiaj. I dzisiaj je zakończyć.

Żadna sprawa oczywiście nigdy nie kończy się definitywnie. Można ją zakończyć jedynie na tym etapie lub w tej instancji. Jednym słowem zamyka się skazanego w zakładzie karnym, zwraca mu wolność lub kieruje na przymusowe leczenie. Czy to jednak kończy sprawę? Odwrotnie. Zaczyna.

Nawet śmierć niczego nie kończy, prawda?

- Zamknij się - rzuciłeś polecenie.

W porządku.

Przystąpiłeś do pracy. Ciekawe, dlaczego zacząłeś od orzeczenia psychiatrów, w którym szczegółowo opisane zostały objawy urojeń swoistych dla schizofrenii oraz efekty zastosowanego leczenia doraźnego? Czytałeś to trzykrotnie.

- W kilku miejscach musiałem cytować orzeczenie psychiatrów - wyjaśniłeś, wyjmując z brązowej aktówki pióro i podpisując postanowienie o skierowaniu oskarżonego z artykułu 196 Kk na dalsze przymusowe leczenie. Twój głos brzmiał obco w pustym sędziowskim pokoju na szóstym piętrze sądu okręgowego, ponad dachami kamienic i kościołów spowitych ciemnym, nieruchomym powietrzem.

Dochodziła ósma, budynek sądu powoli się zaludniał. Winda jeździła w górę i w dół. Sekretarze rozwozili akta, aplikantki szurały krzesłami w czytelni. Przeciągnąłeś się i postanowiłeś zrobić sobie przerwę. Idąc do toalety, wstąpiłeś do sekretariatu.

- Pani prezes prosiła, aby pan sędzia do niej zajrzał w wolnej chwili - powiedziała na powitanie sekretarka, inteligentna czterdziestolatka o urodzie Brigitte Bardot. - Pani prezes nie chciała panu przeszkadzać w pracy - dodała.

- Dobrze, pójdę do niej - obiecałeś. - Proszę nadać dalszy bieg postanowieniu, które podpisałem. W aktach są adresy doręczeń.

Powiedziałeś to, choć wcale nie musiałeś. Zna swoją robotę równie dobrze jak ty swoją. Uśmiechnęła się więc tylko i ciszej dodała:

- Będzie nam pana brakowało.

PREZESKA CHCIAŁA CI POWIEDZIEĆ, że dwudziestego ósmego wydaje bankiet pożegnalny z okazji twojego odejścia. I że będzie dla niej zaszczytem, jeśli się na nim pojawisz. Uśmiechnąłeś się potwierdzająco. Swoją obecność zgłosili wszyscy pracownicy sądu, od ochrony po przewodniczących wydziałów. Zrobiłeś minę, jakby było ci bardzo miło. Oraz wszyscy prokuratorzy i adwokaci, którzy kiedykolwiek mieli przyjemność uczestniczyć w twoich rozprawach. Chrząknąłeś z zakłopotaniem.

- Dwudziestego ósmego grudnia - powtórzyła i uścisnęła ci dłoń.

Dalsza część artykułu dostępna w pełnej wersji

Bezprezentownik

CZYLI ARETA SZPURA POLECA W GRUDNIU:

Święta to jeden z tych momentów, kiedy melisa wchodzi na stałe w mój drinkospis. I nie, nie chodzi tu o zbliżające się family drama (chociaż może trochę). Chodzi o zakupy. Już mam gęsią skórkę na myśl o tym, ilu ludzi kolejny raz kupi tony niepotrzebnych rzeczy. Bo prezenty. Bo taka tradycja. Bo tak wypada, bo nie chce się pomyśleć, poszukać. Przecież każdy ucieszy się z zestawu żel pod prysznic plus dezodorant, opakowanego w trzy warstwy plastiku. Albo z kolejnej pary skarpet i piżamy z dyskontu. Prawda?

Niekoniecznie. Jak to się stało, że w ciągu jednego pokolenia przeszliśmy od czasów, kiedy święta to był ten jedyny, wyczekiwany moment w roku, do chwili obecnej, w której nie mamy już pomysłu, co kupić naszym bliskim, bo mają wszystko? Trend #zerowaste rozprzestrzenia się jednak i w naszym kraju, więc stwierdziłam, że podejmę próbę odczarownia zwyczaju dawania sobie prezentów i stworzę listę świątecznych bezprezentów. Takich, które nie zostawiają śladu węglowego.

Zasadzenie dla kogoś drzewa. Skorzysta na tym cały świat, ale jeżeli obdarowanej osobie miły jest los naszej planety, powinna się ucieszyć. Wersja deluxe: jeśli się ma, można przekazać jakiejś fundacji mały kawałek ziemi i ustanowić na nim obywatelski rezerwat.

Bony i vouchery. Na swoje urodziny zazwyczaj proszę znajomych, żeby wsparli jakąś konkretną organizację charytatywną. Można też dać komuś kupon na swój czas - obietnicę zajęcia się dzieckiem, żeby przyjaciele mogli wyjść na randkę, opieki nad zwierzęciem podczas wyjazdu, podlania kwiatków. Albo po prostu na spędzenie czasu razem.

Adopcja tygrysa. Albo foki, wilka, rysia, a nawet morświna. Bez obaw, nie przyciągniemy tym zainteresowania obrońców praw zwierząt. Wręcz przeciwnie. Ja korzystałam z opcji Pomagaj z WWF, ale bez problemu znajdziecie inne organizacje, które robią podobne rzeczy. Można stworzyć specjalny certyfikat prezentowy i - oprawiony w ramkę - dać przyjacielowi.

Książka. Prezent materialny, ale książek w domu nigdy za wiele. Może być z recyklingu, czyli wirtualnego albo stacjonarnego antykwariatu. Z zachętą, by puścić ją potem dalej w obieg. W ramach autopromocji polecam własny poradnik: Jak uratować świat? Czyli co dobrego możesz zrobić dla planety.

Bilet do teatru. In blanco albo na konkretne przedstawienie z repertuaru na 2020 rok. W Warszawie polecam ten w Nowym Teatrze.

Egzemplarz "Pisma". Polecam akcję zapoczątkowaną przez jedną z czytelniczek - "Oddaj "Pismo" sąsiadowi (lub sąsiadce)!". Puść w obieg archiwalne numery. Może w Twojej okolicy jest ktoś, kto chętnie do nich zajrzy - sąsiadka z bloku obok, dziadek lub nastoletni syn znajomych? Pamiętaj, "Pismo" to magazyn bez terminu ważności.

Zdrowie. Kiedy ktoś narzeka na brak czasu dla siebie, dobrym pomysłem jest kupienie mu karnetu na jogę, masaż albo wizytę w salonie spa. Czasami trzeba potem dopilnować, żeby prezent został wykorzystany przed upływem terminu ważności, ale czego się nie robi dla dobrostanu najbliższych? Bliskiej osobie można też wykupić pakiet badań kontrolnych.

Ekogadżety. Święta to dobry pretekst, by wyposażyć do tej pory opornych członków rodziny czy przyjaciół w startowy zestaw zero waste. Metalowa butelka zamiast plastikowych, zestaw woreczków na zakupy (najlepiej robionych samemu), szampon w kostce (tak, już są). W internecie pełno jest adresów małych, rzemieślniczych zakładów, które produkują wegańskie i wegetariańskie kosmetyki. Czytajcie jednak dokładnie ich składy, przyglądajcie się opakowaniom (szkło, a nie plastik) żeby nie dać się nabrać na greenwashing, czyli ekościemę.

DIY, czyli swojskie zrób to sam. Jeżeli lubimy tworzyć, to mamy pole do popisu. Świeczki, ciasteczka, wspomniane torebki na zakupy - ta lista się nie kończy. Taki samodzielnie zrobiony prezent będzie bardziej cieszył niż nowy z metką.

Weganizacja mojej rodziny to już świąteczny standard. Od kilku lat na wigilijnym stole ląduje seler po grecku. Jeszcze nikt się nie zorientował, że pod marchewką nie leży ryba. Po udanej degustacji wegańskiego bigosu możemy dać ulubionemu mięsożercy zaproszenie na wegańskie sushi, bon na warsztaty kulinarne czy jedną z wielu świetnych książek kucharskich (jeżeli jeszcze jakimś cudem nie ma w domu Jadłonomii Marty Dymek).

Pakując nasz podarunek, pamiętajmy o szanowaniu zasobów. Zamiast jednorazowego papieru (który tylko wydaje się papierowy, ale jest powleczony warstwą plastiku, więc wyląduje w kuble z frakcją śmieci zmieszanych) popuśćmy wodze wyobraźni i użyjmy starych gazet (ilustracje w "Piśmie" świetnie się do tego nadają - wytwórnia Oto mydło pakuje swoje produkty w pismowe strony). Albo zainspirujmy się japońską sztuką furoshiki, czyli owijania prezentów w kawałki materiału, które potem możemy ponownie wykorzystać.

Pamiętajcie, w Święta nie chodzi o stanie godzinami w kolejkach, by kupić cokolwiek, a o wspólne oglądanie Kevina samego w domu w piżamach, nad jedzeniem pozostałym z Wigilii. Jeśli nie przejecie wszystkiego, przekażcie resztę jadłodzielniom. Liczba takich miejsc stale rośnie, tak jak grono wkręconych w ideę foodsharingu, czyli dzielenia się posiłkami i półproduktami - nie tylko od święta.

Świat najlepiej zmieniać, dając samemu dobry przykład. A więc do dzieła! W tym roku wy, a w przyszłym może kolejni członkowie rodziny przekonają się do takiego bezprezentowania.

ARETA SZPURA (ur. 1992), aktywistka ekologiczna. Pracowała jako specjalistka od mediów społecznościowych dla takich marek jak Sinsay, New Look czy H&M. W 2017 roku odeszła z założonej przez siebie firmy Local Heroes, żeby działać na rzecz ratowania planety.