OPOWIADANIE
Blask
tekst GRZEGORZ BOGDAŁ
Tatko wybił mi włosy z głowy. Tłukł w nią tak, że większość wypadła, zanim dorosłem. Zostało kilka kępek, poskręcanych i szorstkich jak ta poniżej brzucha. Chowam je pod turkusową czapką z czarnym daszkiem i szerszeniem na przodzie. Jest przepocona, sprana i za ciasna, ale inaczej się nie pokazuję. Walił tatko tym, co się nawinęło: gazetą, chochlą, butelką, motyką, butem, kostką masła, wieszakiem, kapustą, arbuzem, książką, schabem z kością na co dzień, białą krzyżową od święta, paskiem, ręcznikiem, popielniczką, mrożonką, a jak nic nie miał w zasięgu, to gołą dłonią albo pięścią.
Dajcie ślepego, niech pomaca moją glacę, to powie, że dotykał Księżyca, bo tatko bębnił jak deszcz meteorytów. Wtedy, gdy czegoś nie rozumiałem, i gdy zrozumiałem aż za dobrze, żeby ukarać i żeby pochwalić, kiedy byłem na nogach i kiedy spałem, w czoło, potylicę albo czubek. Na poważnie się przykładał, a dla żartu trącał dwoma palcami. Tak hartowała się czaszka, a ja nauczyłem się z zamkniętymi oczami zgadywać, czym właśnie oberwałem. Przyzwyczaiłem się do tego jak do słabszego lewego oka i ukruszonego zęba. Wystarczy przymknąć powiekę albo wymacać językiem ostre krawędzie, aby się przekonać, że chociaż uszkodzone, są na swoim miejscu. I nie mam do tatki pretensji, bicie przecież nie bolało. Taki mój defekt, że wcale nie czuję bólu. Zawsze chodziłem przez to poharatany, w bliznach i siniakach.
Rąbnięty jestem zresztą sam z siebie, nie od bicia. Podobno urodziłem się 29 lutego, co czwartą klepkę mam na miejscu, co cztery lata o rok się starzeję, co czwarte gówno robię rzadkie, co czwartą noc nie śpię.
Odkąd zabrakło tatki, muszę sobie radzić sam.
Raz, dwa razy w tygodniu wracam do domu nad ranem z wypchanym plecakiem. Przebieram się, zanim wyjdę, tylko ochraniacze mocuję na miejscu, nie chcę po drodze zwracać na siebie uwagi. Na początku robiłem to w dżinsach i bluzie, roboczych butach z blachą, w kominiarce i szaliku. Teraz noszę czarne getry, na wierzchu krótkie spodenki gimnastyczne, lekkie buty, obcisły golf. Przed akcją zakładam w krzakach, na podwórku albo w zaułku cienkie, wytrzymałe rękawiczki i gogle, twarz zasłaniam maską przeciwpyłową bez uszczelek i filtrów, kask rowerowy z zamontowaną czołówką w metalowej osłonie wyścielam w środku folią bąbelkową i wciskam na głowę. Przypinam naramienniki na rzepy, sprawdzam, czy plecak dobrze leży, i ustawiam się naprzeciwko witryny sklepu, który wybrałem, najdalej, jak to możliwe, dla lepszego rozbiegu, bez przeszkód w linii prostej, włączam odliczanie w zegarku, półtorej minuty, i jeśli nikogo w pobliżu nie widzę ani nie słyszę, a wiatr nie hula, startuję. Rozpędzam się tak, że światło z czołówki przygasa, bo ledwo za mną nadąża, i kiedy jestem blisko celu, na moment chowam głowę w ramionach, po czym wyrzucam ją do przodu, skaczę pod ostrym kątem, z ramionami wyprężonymi do tyłu, i rozbijam szybę w drobny mak.
Wpadam do środka, łapię równowagę albo ląduję z przewrotką i pakuję do plecaka towar, zwłaszcza jedzenie. Zgarniam co najbliżej, jak leci, nie ma czasu na wybieranie. Okruchy rozbitej szyby chrzęszczą pod podeszwami jak cukier. Zostawiam miejsce na kask i resztę, na dźwięk alarmu w zegarku zwijam się, ten sklepowy mnie nie obchodzi, wracam bocznymi ulicami, ocieram się o mury, nie zaglądam w okna, odłamki wbite w nogi, ręce i gdzie tam jeszcze wyciągam w domu. To ja tłukę, to mnie nie boli.
Po każdym skoku śpię jak dziecko.
Za pierwszym razem nabrałem prawie samych puszek kukurydzy. Tydzień fajdałem nieprzetrawionymi, żółtymi ziarenkami, dałoby się z nich złożyć sporą kolbę. Na początku obiecywałem sobie, że będę brał to, co akurat jest mi potrzebne, ale w świetle latarki i w pośpiechu tak się nie da. W końcu nauczyłem się zgarniać różne rzeczy. Rano wysypuję fanty na stół. Odkładam to, czego nie będę jadł ani pił, a jak się uzbiera cały karton, zanoszę w nocy do okna życia. Półprzytomne zakonnice przeklinają drania, który nie daje im się wyspać.
Tego dnia, gdy zabrakło tatki, pierwszy raz od wieków nie dostałem w czerep. Wieczorem potykałem się o własne stopy. Ale to nie był koniec nieszczęść, bo wiedziałem, że jeszcze przyjdą wyrzucić mnie z domu i zabrać ziemię.
Ziemi nie ruszę, wszędzie jej pełno, choćbym nie wiem ile z wierzchu zdarł, zawsze coś pod spodem zostanie, najpierw gleba, potem podglebie, można ryć i ryć, do usranej śmierci i z powrotem, aż się trafi na skałę macierzystą, ale niżej jest jeszcze skorupa, a w niej tlen, krzem i glina, dalej granit, ziarna skalne i blasty, a to zaledwie górna warstwa na lepkiej podściółce, na grubym płaszczu, który otacza fałszywe płynne jądro, dopiero w jego głębi, gdyby to wszystko wygarnąć, mieści się jądro prawdziwe, twarda, gęsta kula żelaza, jak ukryty w zamszowej sakiewce, pod podwójnym dnem kasetki, pocisk do zabytkowego pistoletu trzymany na wypadek, gdyby ktoś chciał go sobie wpakować w łeb.
No więc ziemi nie biorę, skąd miałbym wiedzieć, kiedy się zatrzymać, zdechłbym z wyczerpania, wyrzucając wiadra złota, wapnia i magnezu, a choćby starczyło mi sił i czasu, zanim przyjdą ją odebrać, ugotowałbym się od bijącego z głębin gorąca, zmiażdżyłoby mnie ciśnienie, udusiła siarka, a niechbym nawet przekopał się do samego jądra i wciąż stał na nogach, miał ręce i oczy, skąd wiedziałbym, gdzie jest jego środek, kopałbym dalej, aż znów przez płynne warstwy, sprasowane skały i złoża minerałów dostałbym się na górę, do gleby, i wystawił głowę z ziemi jak kret w czyimś ogródku, a wtedy oberwałbym w nią łopatą, butem czy gaśnicą i wykorkował po drugiej stronie przekopanej na wylot planety.
Dom to co innego, da się go ogarnąć spojrzeniem, wiadomo, gdzie się zaczyna i gdzie kończy, nie trzeba haratać wierzchu, żeby się dostać do środka, dlatego go nie oddam, tylko wezmę ze sobą, krok za krokiem, oddechem, uderzeniem. Tup, nosem zaczerpnij, tup, ustami wypuść, łup, łup.
Bo inaczej niż ja, dom się tatce udał. To solidny, długi na dziewięć metrów barakowóz. Tatko kupił go od dyrektora cyrku niedługo przed tym, jak się urodziłem. Wcześniej mieszkał w nim stary klaun, który zaczadził się pod koniec zimy, kiedy napalił kostiumem i butami w nieszczelnej, blaszanej kozie. Wtedy to był pstrokaty, zapuszczony barak na krzywych kołach, ale tatko bez niczyjej pomocy odpicował go i pomalował na brązowo, dorobił schody, drugie drzwi z tyłu i świetliki, a gdy znalazł wolną ziemię, na której osiadł, dobudował drewnianą werandę z zadaszeniem i rozsuwanymi szybami z pleksi, tak że można było na niej bumelować w słońcu i w deszczu. Z poprzedniego wyposażenia tatko zostawił jedynie leżący pod szafką czerwony nos z gąbki na gumce, zawiesił go na gwoździu przy wejściu. Wstawił prysznic i lodówkę, podłączył barak do wody, prąd pociągnął na lewo ze słupa. Dzięki temu bez ograniczeń chłodziliśmy się wiatrakami w lecie, a w zimie grzaliśmy bez przerwy piecami, więc wokół barakowozu utrzymywała się strefa wiecznej zieleni.
Widziałem takie zdjęcie. Młody, wielki tatko, piękny i włochaty jak zwierz, siedzi na żelaznych schodach barakowozu, trzyma mnie na rękach, niewielkie zawiniątko z ledwo widoczną twarzą. Może ustawił w aparacie samowyzwalacz, a może pstryknęła je matka, tego nie wiem. Nigdy o niej nie chciał rozmawiać, nie zdradził jej imienia, kim była, ani czy żyje, jakby wcale mnie nie urodziła. Można by pomyśleć, że wypadłem z obolałej głowy tatki po tym, jak zrozpaczony walnął w nią pięścią, a wtedy odszedł mu płyn mózgowo-rdzeniowy i odskoczył dekiel. Zawsze tam byłem, tylko o tym nie wiedziałem.
Chyba dlatego nie lubił, gdy się oddalałem. Rzadko puszczał mnie samego poza dom i polanę otoczoną drzewami i krzewami. Jeśli gdzieś szedłem, to zwykle z nim. Niemal nigdy do centrum, chociaż to blisko.
- Jesteśmy w mieście, ale miasto nie jest z nami - mówił tatko. Kłamał, że tutaj mamy wszystko, czego potrzebujemy. Owoców ledwo wystarczało na kompot, a warzywnik był szeroki na dwa susy, z międzylądowaniem w pomidorach.
O świecie wiedziałem tyle, co z opowieści tatki i przynoszonych przez niego książek. Niektóre miały pieczątki biblioteczne. Wyrywał z nich okładki i pierwsze strony, żebym się nie dał zwieść pozorom, dlatego nie znam żadnych tytułów ani autorów tego, co czytałem. Tatko sam oprawiał książki. Na cienkie wystarczały pudełka po ryżu i kaszy, na grubsze zbierał kartony po owocach wyrzucane na tyły sklepów. Grzbiety i brzegi okładek wzmacniał czarną taśmą izolacyjną.
Wcześnie rano wstawał do pracy, był starszym popychadłem w ogrodzie botanicznym. Miał szorstkie, twarde dłonie i ciemne obwódki wokół paznokci, a kark czarny od słońca. Tam robił, co mu kazali, tutaj to, co chciał. Znosił do swojego ogrodu ukradzione albo zdobyte po znajomości nasiona i sadzonki, przycinał i krzyżował rośliny, upychał mi w łepetynie ich nazwy i właściwości. Co z tego, skoro przy innej okazji je wybijał, tak że słowa sypały się ze mnie jak ziarna. Miał dobrą rękę, przyjmowały się tu okazy z całego świata, jakby nie tylko dbał o odpowiednie podłoże, ale zapewniał też idealny mikroklimat. Mdliło mnie od pomieszania kolorów, kształtów i zapachów z lasów deszczowych, tundry, sawanny, gór i bagien. Nikt tego nie oglądał, tatko nie dopuszczał tu przecież obcych, nie sprzedawał kwiatów ani ziół, co z tej ziemi wyrosło, na niej zostawało. Poza grzebaniem w ogrodzie prawie nic innego nie robił, jakby dostał kręćka albo się przed nim bronił. To ja prałem, sprzątałem i gotowałem. Przede wszystkim jednak, zwłaszcza pod nieobecność tatki i na jego polecenie, czuwałem, czy nikt się nie zbliża. Bał się, a ja razem z nim, że pewnego dnia ktoś przyjdzie odebrać nam ten grajdołek, pracował więc ciężko nad zaporą z pędów, konarów i badyli, nad zielną dziurą, do której i z której żadne zdarzenia nie przenikały przez chaszcze.
Rok za rokiem ogród podchodził pod dom, krąg się zacieśniał, a ścieżki łączące nas z miastem rozwidlały się, plotły i zwodziły. Obcy łatwo mógł się zgubić albo nabrać, że za ścianą zielska nic nie ma, po co więc się przez nią przedzierać, niszczyć ubranie, narażać na zadrapania i ukąszenia włochatych pająków, które tatko wypuścił na postrach skurwysynom i frajerom.
Gmatwa mi się w mózgownicy, trudno myśleć o tych sprawach po kolei, było, jest, będzie. Tatki już nie ma, po ziemię i dom jeszcze nie przyszli, a ja grubo po północy zasuwam ulicą, gdzie robotnicy w pomarańczowych kombinezonach naprawiają torowisko. Trzymają się w kręgu zimnego światła halogenów zasilanych stukoczącym agregatem. Jeden klęczy za niskim parawanem, spod szlifierki lecą iskry. Drugi wyciągnął z samochodu butlę i palnik, chowa twarz za maską z dymioną szybą i puszcza na próbę błękitny płomień. Rozłożyli się na mojej trasie, naprzeciwko jest sklep, do którego zamierzałem skoczyć. Wstydzę się zapytać, kiedy skończą, lecę dalej. Trzeci siedzi na kawałku wygiętej szyny, pieprzy remont i ślepi na mnie.
Na każdą chorobę albo bóle, cokolwiek by to było, tatko miał opatentowany sposób. Stawał goły w przygotowanym wcześniej dole w ziemi, a ja zakopywałem go aż po szyję. Tak spędzał trzy dni. Nic w tym czasie nie jadł, ale żłopał jak eukaliptus. Kładłem mu w zasięgu ust garnek z wodą i plastikową słomką. Po trzech dniach wychodził odchudzony, zdrowy i śmierdzący. Dół po sobie, za każdym razem w innym miejscu, zalewał szarą breją i oznaczał tabliczką na patyku. Teren nie nadawał się pod uprawy przez pół roku. Zerkał co jakiś czas na datę zapisaną na tabliczce jak na nagrobek dalekiego krewnego. Śmiał się z wiatru, w razie ulewy kazał przykrywać sobie głowę przezroczystą kopułą z otworami wywierconymi po bokach. Ostatni człowiek na Księżycu, ludzkość w wielkim kroczu. Ponieważ był unieruchomiony, wołał mnie i rozkazywał, kiedy i jak mam się uderzyć w łeb, a ja to robiłem. W zimie, gdy trudniej było wykopać dół, a mróz wrzynał się między zaciśnięte pośladki, tatko wchodził do wypełnionej ziemią beczki na werandzie. Za to ja prawie wcale nie chorowałem, widocznie odziedziczyłem zdrowie po matce. Jeśli coś mi się przyplątało, pokasływałem w poduszkę albo rękaw, katar połykałem.
W kwietniu tatko zaniemógł na gardło. Drapało go zawsze jesienią i na początku wiosny. Kaszlał i odpluwał flegmę, mieszanki ziół i lekarstwa według własnych receptur pomogły po tygodniu, ale ciągle był osłabiony. Mijały kolejne, a on się słaniał, zaniedbywał pracę i ogród, więc poszedł do ziemi. Nie wytrzymał, ile trzeba.
- Duszno mi - skarżył się. I rano drugiego dnia kazał się wyciągnąć. Zwlekałem, bo nigdy nie przerywał kuracji, mówił, że wtedy jest stracona. Wytarł się zanurzonym w lodowatej wodzie ręcznikiem i położył do łóżka. Z trudem zasypiał, pocił się i rzucał we śnie. Rzadko czegoś żądał, jadł i pił tyle co koliber. Zabraniał wzywać lekarza. W łepetynę trącał mnie niedbale, byłem o to zły. Wreszcie osłabł tak bardzo, że musiałem klękać, chwytać jego dłoń i samemu się nią bić. Ale to już nie to samo.
Raz złapał mnie za kark i przyciągnął, zetknęliśmy się czołami, zamknąłem oczy, bo źle patrzeć z tak bliska.
A pewnego ranka wstałem i tatko był martwy.
Cały dzień wariowałem, jak sobie poradzę, kto mnie nakarmi, kto zdzieli. Tatko na pewno by wiedział, co zrobić z własnymi zwłokami, uwinąłby się z nimi przed obiadem, niestety nie zostawił mi żadnych instrukcji. Awansowałem na pełnoprawną sierotę bez szkoły i dochodów. Na szczęście nie byłem sam. O tym przypomniałem sobie jednak dopiero wieczorem, kiedy bezmyślnie stukałem czołem w pień palmy miodowej.
Włosy to nic. Wypadły, to wypadły. Czasami tatko przyłożył mi tak solidnie, że mnie samego wybił z mojej głowy. Stawałem wtedy obok, patrzyłem na siebie i myślałem o sobie: "A więc to on, Krystek". Sterczał jak nieodpalona świeczka w torcie i zanim mi się udało zwrócić na siebie uwagę, dostawał znowu lub głowa mu odskakiwała i uderzał nią w ścianę, albo coś mnie rozproszyło, zląkłem się i nagle, chcąc nie chcąc, znów byliśmy jedną osobą, znowu mnie nie było.
Odwróciłem się, rozpędziłem i walnąłem nieuzbrojonym łbem w zewnętrzną ścianę barakowozu. Odbiłem się i upadłem na dupę, wziąłem dłuższy rozbieg i grzmotnąłem drugi raz i trzeci, potknąłem się po drodze, do trzech razy sztuka, ale pierwszy był na próbę, nie liczył się, dlatego spróbowałem po raz czwarty, aż trzasnęły deski, przewróciłem się na plecy i stałem nad sobą, nad tobą, do ciebie rękę wyciągałem, Krystku, niedojdo, rdzeniu i powłoko, Bóg jeden wie, kim jesteś, chuj z tym, kto to. Zagadywałem, ale nie odpowiadał. Do ciebie mówię, tak, właśnie do siebie, Krystku, masz wprawę w szykowaniu głębokich dołów. Ten musi być jedynie dłuższy i szerszy, a tatko nie ma już potrzeby z niego wychodzić po trzech dniach, co czwarty potwierdzi.
Kopałem ja i kopał Krystek. Z początku każdy używał jedynie połowy sił, więcej sobie przeszkadzaliśmy i wchodziliśmy w drogę, niż pomagaliśmy, ale wreszcie nabraliśmy wprawy. Zawinęliśmy tatkę w pościel, obwiązaliśmy z obu końców sznurkiem i ściągnęliśmy z łóżka. Wyśliznął się mnie albo Krystkowi, głowa stuknęła o schodek, straciłem równowagę, skręciłem kostkę. Muchy obijały się o szybę. Zaciągnąłem tatkę, schylając się i cofając drobnymi krokami, na brzeg dziury i wepchnąłem go do niej. Kiedy skończyłem zasypywać, było już ciemno. Zapomniałem, po co wyciągnąłem dwie łopaty. Zgłodniałem jak pies.
Siedziałem na progu barakowozu, w świetle padającym przez otwarte drzwi. Żułem paski suszonej, słodkawej wołowiny, popijałem ją zimną herbatą z fusami. Byłem na świecie sam i miałem brudne ręce.
Po dwóch tygodniach skończyły mi się leki. Nie znałem ich nazwy, tatko przesypywał pigułki z oryginalnego opakowania do pojemnika po witaminach. Codziennie przed śniadaniem dostawałem jedną. Wkrótce poczułem efekty odstawienia. Za każdym razem, gdy poruszyłem oczami, tuż za nimi kopał mnie prąd, jakbym miał tam zamontowany pstrykacz z zapalniczki, wyzwalający elektryczną iskrę. Mogłem patrzeć tylko przed siebie, nawet skręty szyi były ryzykowne, trzymałem się więc sztywno. Na szczęście zbiegło się to z falą upałów, kiedy i tak się oszczędzałem. Unikałem werandy, śmierdziało tam rozgrzanym plastikiem i paloną gumą. W skwarne popołudnia leżałem rozebrany do majtek na łóżku polowym przykrytym śliskim śpiworem, pod zawieszonymi u okien i sufitu mokrymi prześcieradłami. Krople wody spadały z nich raz na podłogę, raz na mnie, wyrywając z drzemki. Cztery wiatraki rzęziły i obracały się z wysiłkiem jak pechowiec, któremu wypadł dysk. Biała zasłonka prysznicowa, oddzielająca moją część barakowozu od części tatki, łopotała przy każdym podmuchu.
Podnosiłem się i wpadałem w krzyżowy wiatr z wentylatorów. Z wilgotnego półmroku wychodziłem prosto w blask. Spryskiwałem rozgrzany blaszany dach wodą z węża, parowała z sykiem i tworzyła tęczę przypominającą niekompletny stary hologram. Zraszałem też ściany, ze strachu, że się zapalą od spiekoty. Stalowoszare niebo było gładkie i sztywne jak wyprasowana przez maniaka koszula, ze zwisającym na nitce żółtym guzikiem. Pot zalewał mi oczy, byłem gotów spłonąć za wiarę, że Ziemia jest płaska.
Nigdzie nie znalazłem forsy tatki, może trzymał ją przy sobie. Wyczyściłem szafki z makaronów, kasz i grochu, splądrowałem ogród i dojadałem resztki zapasów. Z pustym żołądkiem byłem na przemian roztrzęsiony albo wściekły. Pogoda nagle się załamała, burze i grad trzymały mnie w zamknięciu. Waliłem głową w meble i ściany, a barakowóz trząsł się od uderzeń jak rozklekotana, kosmiczna kapsuła ratunkowa przy wchodzeniu w atmosferę. Byłem przygotowany na to, że zaraz puszczą nity i zostanę wyssany w próżnię. Wtedy nazwałem tę budę Apollo. I już była nas dwójka. Martwa materia nieorganiczna i materia żywa.
Dalsza część artykułu dostępna w pełnej wersji