Pismo. Magazyn Opinii 11/2018 - Jakub Żulczyk, Aleksandra Zielińska, Dominik Bielicki

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OPOWIADANIE

Drugie ciało

tekst JAKUB ŻULCZYK

Siedziała na przystanku autobusowym. Przystanek, zamiast ją osłaniać, eksponował, czuła się, jakby ktoś przykleił ją do dziesiątki na tarczy. Jednak nie wstawała z zimnej, plastikowej ławki, bo nie miała już siły. Przyciskała kolana do brody, obejmując nogi ramionami. Wyobrażała sobie, że jest żółwiem.

Była tu od dziesięciu dni. Wyskoczyła z pociągu towarowego, gdy tylko zobaczyła na horyzoncie światła miasta, i powoli, małymi krokami, kierowała się w stronę centrum. Tak przynajmniej jej się wydawało - jeszcze do niego nie doszła.

Chowała się. Dnie spędzała w krzakach, zagajnikach, na podwórkach kamienic nieopodal śmietników, w towarzystwie kotów i szczurów; nocami włóczyła się po peryferiach, odbijała się od zamkniętych sklepów, nigdy nie spotykając nikogo. Tylko czasami w ciemności dawało się słyszeć ciche szurnięcia, widać było, przez krótki moment, ślad sylwetki. "Duch, taki jak ja", myślała. "Duchy ze sobą nie rozmawiają", dodawała w myślach.

W końcu, po dziesięciu dniach spacerów na ślepo, wydostała się z dzielnicy blokowisk, która w pewnym momencie zaczęła wydawać jej się nieskończona, i dotarła do dzielnicy kamienic i szerokich, dwupasmowych ulic, poprzecinanych szpalerami zieleni. Za dnia chodnikami spacerowali ludzie, po ulicach jeździły samochody, głównie jeden model, wielki i kanciasty, ale w różnych kolorach; auta w świetle dnia przypominały rozsypane kredki turlające się po gigantycznym biurku; asfaltowe ulice zalewało słońce, ale ona wtedy szukała schronienia, jak szczur; wieczorami wszystko gasło, miasto robiło się puste i martwe.

Było coraz zimniej, jakby co minutę temperatura spadała o stopień. "Ale przynajmniej zaraz będzie mi ciepło, bo sobie umrę", pomyślała. A zaraz pomyślała coś jeszcze - że może śmierć jest takim wiecznym zimnem, które nigdy się nie kończy.

Nigdy nie chciała być gruba. Przeglądała czasami kolorowe magazyny, gdzie wysokie i szczupłe kobiety reklamowały bluzki, spodnie i płaszcze. Potem patrzyła na siebie w lustrze i myślała, że gdyby nie twarz, to w sumie sama mogłaby ubierać się w różne ciuchy, dawać sobie robić zdjęcia i brać za to pieniądze. To musi być bardzo dobre zajęcie. Intratne i ciepłe. Była przekonana, słusznie zresztą, że ładnych ludzi wszyscy traktują lepiej. Po matce policjantce, brzydkiej kobiecie, odziedziczyła szeroką buzię, spłaszczony nos i małe oczy. Tylko figurę miała w porządku. Ale tak naprawdę twarz jest ważniejsza od sylwetki. Ludzie zawsze patrzą najpierw na twarz.

Nigdy nie chciała być gruba, aż do teraz. Teraz mogłaby być. W martwym mieście nikogo by to nie obeszło, a ją przynajmniej ochroniłby jej własny tłuszcz. Miała na sobie tylko sweter, w którym wyszła z domu. Sweter, dresy i trampki. Wyobrażała sobie siebie jako wielkiego, śpiącego wieloryba, dryfującego w lodowatej wodzie; miała małe, zamknięte, wielorybie oczka i ogromną, zamkniętą paszczę, do której przyklejone były całe kolonie mniejszych zwierząt. Czuła maleńką, wielorybią jaźń schowaną bezpiecznie w tonach tranu, pod lśniącą skórą, twardą jak arkusz stali. Roześmiała się. Sama do siebie, cicho. Śmiech zabrzmiał jak kaszlnięcie.

Stare kamienice wznosiły się nad nią jak złe pałace, a od całodobowego sklepu z alkoholem, parę kroków stąd, biło światło i wręcz namacalne ciepło, ale nie mogła już dłużej tam stać, wygonił ją sprzedawca. Oczywiście mógł zabrać ją na zaplecze, zagotować wodę i dać jej pić. Ale zrozumiała jego "spierdalaj", wiedziała, dlaczego tak do niej mówi. Potwornie cuchnęła. Teraz, gdy przyciskała twarz do kolan, starała się oddychać ustami. Śmierdziała potem, brudem i gównem.

"Lepsze to, niż wiesz co", nuciła sobie w duchu. "Lepsze to, niż wiesz co".

Żeby chociaż przyjechał jakiś nocny autobus, do którego mogłaby wsiąść i dostać się na pętlę, ale nic nie wskazywało na to, by nocne akurat na tym przystanku się zatrzymywały. Była w tym mieście pierwszy raz i nie wiedziała nawet, czy kursują w nim jakieś nocne autobusy.

W jej rodzinnym mieście nie jeździły żadne autobusy, bo jej rodzinne miasto było dużo mniejsze. W jej rodzinnym mieście były same wysokie bloki. W jednym z nich mieściła się szkoła, a w innym sklep. Gdy skończyła szkołę, poszła pracować w sklepie, na dziale z kosmetykami. Po pracy wracała do domu i robiła obiad dla matki i ojca. Ojciec siedział w pokoju, rozwiązywał krzyżówki i czekał, aż wróci matka.

Nocami wyobrażała sobie siebie jako różne dzikie zwierzęta. To przychodziło do niej samo. Bez tego marzenia nie mogła zasnąć. Najbardziej lubiła być ptakami, jakimikolwiek, nawet gołębiami, w końcu nawet gołębie mogą wzbić się na chwilę w powietrze.

- Proszę wstać - usłyszała. To był głos męski, przytłumiony, ale głośny, jak mowa księdza. Chodnikiem zbliżały się w jej stronę dwie sylwetki. Nagle zabolały ją oczy. Światło latarki było ostre jak nóż.

- Wstań - usłyszała po raz kolejny. Chciała odpowiedzieć, że jej ciężko. Od zimna mięśnie zaczęły jej sztywnieć. Chwilę trwało, zanim skutecznie rozkazała swoim stawom podnieść ją do góry.

- Już sobie idę - powiedziała, uprzedzając pytanie, co tu robi. Stojąc, jeszcze bardziej czuła swój własny smród. To nie było tylko bycie brudną, to było coś, co nosiła od zawsze w środku, a co teraz wyciekało z niej porami na zewnątrz.

- Nigdzie nie idziesz. - Mężczyzna miał na sobie czarny mundur ciasno opinający ciało i był wielki jak olbrzym z bajki. Druga postać mogła być kobietą, ale była niewiele mniejsza od niego. Szeptała coś do trzymanego w dłoni urządzenia. Poza nimi na ulicy nie było nikogo. Zimno zaczynało gasić światła w oknach kamienic. Nie wiał wiatr, to zimno było statyczne, zawieszone w powietrzu jak niewidzialna girlanda z kłującej waty szklanej.

- Nigdzie nie idę - powtórzyła po nim.

- To znaczy tak, idziesz.

Kobieta odłożyła urządzenie.

- Idziesz z nami - powiedziała.

- Gdzie? - zapytała ona, a wtedy mężczyzna wyciągnął pałkę i z całej siły trzasnął ją w bok, aż przewróciła się na ziemię.

Zabolało jakby ktoś oblał ją wrzątkiem.

Ojciec lubił bić matkę, sprawiało mu to przyjemność. To nie była furia, tylko rozrywka, jak krzyżówki. Miał na to różne patenty. Zmieniał je w zależności od samopoczucia. Plastikowe wiadro z wyszczerbioną krawędzią, wąż od prysznica, ciężki i stary pilot od telewizora, pompka do roweru. Różne rzeczy. Dziwne rzeczy.

Ojciec lubił bić matkę; z nią, córką, robił co innego. Od tego, co robił, nie chce się już żyć. By zamknąć wszystko, wystarczy niewiele odwagi. Tyle, co wstać z fotela po długim siedzeniu.

Gdy ojciec przychodził i kładł się na niej, wyobrażała sobie, że jest małym, jadowitym pająkiem, który wchodzi mu do ucha.

- Zabierzmy ją na piątkę - powiedziała kobieta. Nie do niej, do mężczyzny. Mężczyzna mlasnął, a mlaskanie w jego języku musiało oznaczać zaprzeczenie, bo odpowiedział:

- Na piątce za luźno.

Już rozumiała prawie wszystko. Czy to jest wciąż lepsze niż tamto? Czy jest sens zadawać sobie takie pytania w długą zimową noc? Podnieśli ją do pionu, jakby była szmacianą lalką, pchnęli przed siebie, gdzieś w ciemność ulicy. Wszystko zlewało się w plamy - światła miasta, światła auta, które wyglądało jak wielka, czarna metalowa kostka.

Szła powoli. Obejmowała się ramionami.

Było w niej dużo strachu, ale też myśli o tym, że gdy już dojdą do auta, w środku przez chwilę będzie jej cieplej.

Że to, co mówili kobieta i mężczyzna, te dziwne, przytłumione zdania, bijące w ciemność jak pięści, oznaczało nie tylko ból, ale też ciepło.

- Dlaczego oni nigdy nie uciekają? - zapytał mężczyzna.

- Może nie wiedzą, co się dzieje?

MATKA PEWNEGO DNIA miała już dość bicia i wniosła o rozwód. Ojciec, o dziwo, zgodził się. Nie miał dochodów, nie było jak go wyeksmitować, tak więc sąd zobowiązał go do podpisania umowy: on wyprowadza się z mieszkania, ona zrzeka się alimentów. Matka przystała na te warunki, ojciec lokalu nie opuścił. Za to w niedzielę wieczór zgotował im kolację dziękczynną.

"Ale wam, kurwa, podziękuję", powiedział. Włączył bardzo głośno telewizor, żeby sąsiedzi nie słyszeli. Wszystko sobie przygotował. Był zadowolony z obrotu spraw. Miał za co je karać.

Szarpnął ją za włosy i pokazał matce, co do tej pory robił z córką na osobności. Trwało to długo. Tyle, ile może trwać sto lat. Był trzeźwy.

Matka wyła jak pies, ale piosenkarz w telewizorze wył jeszcze głośniej.

Następnego dnia jakby nie było. Nie wstała z łóżka. Nie umiała, zapomniała, jak to się robi. Było zupełnie cicho i ciężko. Ktoś chodził po mieszkaniu. Była jak sparaliżowana. Nie chciało jej się ani jeść, ani pić. Ktoś chodził po mieszkaniu i miała nadzieję, że to zabójca.

- Zawsze wiedzą - odparł mężczyzna. - Po prostu nie mają już siły.

- Albo są tak głupi - powiedziała kobieta.

Zaczęła biec.

Ciało nie dawało sobie zbyt wiele nadziei, było zdziwione, że biegnie w stronę przeciwną do ciepła. Niemal czuła, jak dobiegają do niej, łapią ją, przewracają na ziemię. Nie umiała biec.

Tupot ich butów był ciężki i miarowy, wsłuchiwała się w niego jak w rytm melodii na lekcjach tańca, kiedy nie można pomylić kroków. Między kamienicami był parkan z siatki; doskoczyła do niego, przez chwilę myślała, że zamarznięte mięśnie pękną jak stare liny, ale jednak pokonała ogrodzenie i wylądowała po drugiej stronie; stopy w cienkich trampkach i gołe dłonie dotknęły chrzęszczącej kołdry potłuczonego szkła. Z dłoni zaczęła płynąć krew. Krew była ciepła. Dziewczyna zerwała się, zaczęła biec dalej.

Huk wdarł się w zimną i ciemną ciszę, na moment wszystko wzbiło się do góry. Ale ona biegła dalej.

Wbiegła w ciemną alejkę. Poczuła, jak coś łapie ją za rękaw swetra, jedna dłoń, potem druga, potem trzecia, ciach, jakby jakaś wieloręka istota próbowała wciągnąć ją do swoich ust, ale to nie były usta, to była brama, i dała się przewrócić, i w coś wepchnąć, w suchy, ale miękki szelest, w słony papier, w dziwny smak.

- Cicho bądź - usłyszała wyraźny szept tuż przy swoim uchu. Szept miał swój zapach, był to zapach tanich, pudrowych cukierków ze szkolnego sklepiku, które czasami zjadała na przerwach.

Kroki ustały, ale wiedziała, że oni wciąż tam są. Jednak to, co przeżywała teraz, było ważniejsze, ciekawsze, silniejsze. Po raz pierwszy czyjeś ciało przycisnęło się do niej, nie chcąc jej skrzywdzić. Czyjeś ciało chciało jej pomóc. Chciało z nią rozmawiać.

Teraz wydawało bezgłośne polecenia, które rozumiała w lot. Teraz kazało jej być nieruchomo. Leżeli zagrzebani w stercie liści, kartonów i śmieci. Jakieś dwa metry od nich leżał ktoś jeszcze, przyjaciel, druga para rąk, które wciągnęły ją w to schronienie.

Wyobrażała sobie, że jest kretem. Że oczy zarosły jej cienką, różową błoną. Że jest pokryta miękką i gęstą czarną sierścią, która w dotyku przypomina roztarty między palcami puch dmuchawca. Że siedzi w wykopanym przez siebie tunelu i właśnie najadła się tłustą dżdżownicą. Że to przyciśnięte do niej ciało to dobra, ciepła ziemia. Dobre ciało. Drugie ciało.

- Kurwa - powiedziała kobieta, światło latarki fruwało bezładnie po bocznej uliczce. Widziała je, a właściwie bardziej czuła, tak jak czuje się wnętrze swoich powiek po zamknięciu oczu.

- Jak ty potwornie śmierdzisz - powiedział szept. Te słowa sprawiły, że poczuła, jak kąciki ust idą jej do góry, i to było najdziwniejsze ze wszystkiego.

- Wyjątkowy szczur. Rano jej poszukamy. Chodź - powiedział mężczyzna.

- Nienawidzę, gdy uciekają - powiedziała kobieta.

- Chodź. Pojedziemy na hot dogi. Chodź.

Usłyszała, jak odchodzą, i chciała się poruszyć, ale nie mogła, bo ciało przyciskało ją dalej do siebie, bardzo mocno. I dopiero, gdy tamci oddalili się na bezpieczną odległość, to drugie ciało pozwoliło jej wydać z siebie dźwięk, delikatny i cichy, dźwięk, który równie dobrze mógł być odgłosem polującego kota.

WIECZOREM DO POKOJU weszła matka i podała jej na talerzu kilka kanapek z salcesonem. A ona doszła do wniosku, że będzie tak leżeć, patrzeć na te kanapki, obserwować, jak się psują.

- Uciekaj - poprosiła matka, stawiając talerz, ale ona dalej leżała w łóżku.

Ojciec czuł się świetnie, jadł i spał tak dobrze, jak nigdy. Pogwizdywał, krojąc sobie kotleta na dziesiątki drobnych kawałków, wpatrując się w teleturniej. Hasła quizu dotyczyły zagadnień przyrodniczych. Ona wciąż leżała w łóżku. Drugiego wieczoru, gdy zasnął przed telewizorem, przyszła do niej matka.

- Ubierz się i wyjdź z domu - powiedziała.

- Chodź ze mną.

- Już za późno - odparła matka i zaczęła wpychać jej chleb do ust, na siłę, palcami, a ona na to pozwalała, dopiero teraz płacząc. Znała matkę bardzo dobrze i w tej chwili zrozumiała, co ona chce zrobić.

- Nie, nie za późno - powiedziała, a raczej poprosiła. Dłonie matki były szorstkie i sztywne. Letnie, jakby w połowie martwe. Oczy matki były za to martwe całkowicie. W korytarzu stał brudny plastikowy pojemnik. Ostatni raz widziała go w samochodzie ojca.

- Przecież masz broń, z pracy.

To było najdziwniejsze zdanie, jakie wypowiedziała w życiu. A matka odpowiedziała jeszcze dziwniejszym:

- Nie, nie tak. Trzeba to wszystko wypalić.

Pokiwała głową, a matka powiedziała:

- Sama sobie poradzisz. Jedź do innego miasta.

Dała jej sweter. Była wczesna jesień.

- Pojedź ze mną.

Matka pokręciła głową.

- GRATULACJE. Właśnie uciekłaś Sprzątającym - powiedział cukierkowy szept.

Nie chciała jeszcze pytać i było to mądre. Wstawanie trwało bardzo długo. Było jej cieplej. Mięśnie były miękkie. Głowie od razu zachciało się spać. Ale oni pchnęli ją do przodu. Przeszli przez podwórko, potem weszli w bramę, z niej trafili na kolejne podwórko. Co chwilę się zatrzymywali, nasłuchując, czy nikt nie idzie. W końcu znaleźli się na klatce schodowej, na której pachniało zasikanym drewnem i gumolitem, i tym czymś, co wycieka ze starej baterii.

Usłyszała ciche pstryknięcie i bardzo blade światło zalało klatkę, i wtedy ich zobaczyła.

Szept o zapachu cukierków była kobietą, ale bardzo dziwną, chudą i bez piersi, z długimi włosami w kolorach ozdób sylwestrowych, z namalowaną na twarzy maską, błyszczącymi brwiami, w samych dżinsowych spodniach, z brudnymi dłońmi uwalanymi smarem. Szept wyglądała jak papuga, jak kolorowa i brzydka prostytutka. Obok stał chłopak, w starym, za dużym, czerwonym dresie, ogolony na łyso. Z nosa zwisał mu ogromny, okrągły, cienki kolczyk. Na czole miał wytatuowaną różę.

Widywała takich ludzi w telewizji. Podobnych do nich. Prezenterka z dumą ogłaszała, że znowu przyłapano ich na nielegalnej aktywności i wysłano do fabryki albo obozu naprawczego.

- Wiesz, co oni robią? - zapytała Szept, ale jej głos już nie był szeptem, był mocnym i twardym głosem dorastającego chłopaka.

- Nie jestem stąd - odpowiedziała cicho.

- To skąd jesteś, słonko, z Kalifornii? - zapytała Szept, teraz z kolei głosem nabzdyczonej aktorki ze starego filmu. Chłopak zaczął się śmiać.

Wyobrażała sobie, jak to jest być papugą. Zastanawiała się, czy papugi widzą swoje własne kolory.

- Chodź - powiedziała Szept.

Szła za nimi dalej, bardzo długo. Z korytarza wyszli na kolejne, ciemne, małe i brudne podwórko, a z podwórka trafili w kolejny korytarz, i tak w kółko, kamienice, podwórka i aleje tworzyły niekończący się labirynt. Jednak ten labirynt się zmieniał, im dalej szli, tym bardziej wszystko stawało się wyraźniejsze, prawdziwsze, bardziej ożywione, dźwięczne; z ciemności wyrastały kolejne szepty, jak czarne kwiaty; gdzieś z oddali słychać było zdania wypowiedziane w języku, którego nie rozumiała, uderzenia w dłonie, ciche klaśnięcia.

Tu, gdzie była w tej chwili, żyli ludzie.

Wyobrażała sobie teraz, że jest nietoperzem.

- Na pewno znajdziesz jednego dobrego człowieka. Na pewno - powiedziała jej matka, jej głos był głuchy i pęknięty.

Założyła sweter i cienkie trampki. Nie miała innych butów. Matka polewała mieszkanie cieczą z kanistra, powolnymi ruchami święcącego dom księdza. Trochę cieczy trafiło na kwiaty. Trochę na drewnianą boazerię. Trochę na buty. Najwięcej na usypaną na korytarzu ścieżkę z podartych gazet. Na uśmiechnięte, kolorowe twarze. Do połowy rozwiązane krzyżówki.

- Idź. - Matka wypchnęła ją z mieszkania.

Odwróciła się, by więcej na matkę nie patrzeć - wszystko w niej zgasło i ten widok był okropny.

Potem stała przed blokiem, wpatrując się w ogień w oknach mieszkania - wyglądało to tak, jakby ktoś nagle zapalił w środku najjaśniejsze światło świata.

Nie płakała. Czuła się inaczej, czuła, jakby się najadła. To było właściwe. Miała tylko nadzieję, że matkę nie bolało długo.

- Spokojnie, oni się tu nie zapuszczają, boją się - powiedział chłopak.

- Kto? - zapytała. Zrozumiała, że biorą jej szybki i rwany oddech za oznakę strachu.

- Sprzątacze - wyjaśniła Szept. - Boją się, że ich zjemy. Bez obaw, kiedyś nas wypalą.

- Ale jeszcze nie dziś. - Chłopak zapalił kolejne światło na kolejnym korytarzu. Tym razem było czerwone. Z ciemności wyłoniła się pokryta miękkim, czerwonym pluszem podłoga. Napisy i rysunki na klatce schodowej, zrobione farbą i mazakami, plakaty i nalepki zlane w kolorową breję obrazków, zdjęć, liter. I balony, pełno kolorowych balonów. I sztuczne kwiaty. I serpentyny. I kolorowa siatka, przyczepiona do sufitu.

Zaczęli wchodzić po schodach, aż dotarli do celu.

Korytarz był cały w lustrach. Gdy ktoś zapalał papierosa, żar rozszczepiał się w nieskończoną strugę gwiazd. W mieszkaniu było pełno ludzi. A może tylko odbijali się w tych lustrach i wcale nie było ich aż tak wielu?

Po chwili zaczęła odróżniać prawdziwych ludzi od ich odbić. Dojrzała kolejną dziewczynę, grubą jak jej marzenie na przystanku, w obcisłym, przezroczystym stroju, z brwiami niczym czarne sznury. I inną dziewczynę, z twarzą całą we fluorescencyjnej farbie. I nagiego chłopaka w śmiesznej, plastikowej masce psa. Gdy zobaczyła jego nagość, odwróciła twarz.

- Jesteśmy jak flamingi - powiedziała Szept. - To są moje flamingi.

Nie zrozumiała.

- Gdy flamingi nie chcą się rozmnażać, otacza się je lustrami. Wtedy chętniej kopulują, bo myślą, że jest ich więcej.

Udała, że rozumie, pokiwała głową.

- Trzeba ją umyć. - Łysy chłopak wskazał na nią palcem. - Trzeba ją umyć, bo strasznie śmierdzi.

- Tak. Śmierdzę - powiedziała to zwykłym, spokojnym głosem, bo było to oczywiste i nie zamierzała za to przepraszać. Gdy wymówiła te słowa, coś oderwało się jej od gardła, kawałek starego śluzu.

I wtedy wszyscy ci ludzie stojący w korytarzu z luster zaczęli bić brawo, a w samych lustrach odbiło się coś, czego nie było naprawdę, jakby ktoś podświetlił je z drugiej strony kolorowym światłem - wielki, różowy fajerwerk. To było piękne i zaczarowane.

A potem podeszli do niej wszyscy, aby się jej przyjrzeć.

- Uciekła Sprzątaczom - powiedział chłopak.

- Nie jesteś stąd - stwierdziła gruba dziewczyna, a ona przytaknęła. Z pokoju wyszło jeszcze kilka innych osób. Mężczyzna w stroju żołnierza. Człowiek o nieokreślonej płci, obwieszony setkami małych łańcuchów. Widząc ją, przystawali, a dopiero potem robili krok w jej stronę.

- Jesteś piękna - powiedział ktoś.

- Jak masz na imię? - zapytał ktoś inny.

Nie odpowiedziała, a z dziury w jej trampkach wypełzł mały, tłusty robak. Nikt go nie zauważył, ale ona wiedziała, że przyszedł do niej wtedy, gdy była kretem.

Potem leżała w starej, metalowej wannie, pełnej różowej wody, która wyglądała i pachniała jak owocowy budyń. Łazienka była wysoka, z sufitu zwisał oklejony cekinami manekin.

Wyobrażała sobie, że jest barwną tropikalną rybą, która zjada łodygi lilii wodnych i tańczy w ciepłej wodzie, szybka i zwinna. Wyobrażała sobie, jak idzie spać, jak zapada się w ciepły muł. Widziała, jak pod wpływem brudu z jej ciała woda nabiera coraz ciemniejszego odcienia.

Od dziewczyny z brudną twarzą dostała stary, czysty ręcznik i miskę kolorowej zupy, z warzyw, jakich nie jadła nigdy w życiu. Potem usiadła w wielkim pokoju, razem z innymi, w pokoju wyłożonym kocami; Szept tańczyła do bardzo głośnej, mechanicznej muzyki, która brzmiała jak powoli rozpadająca się budowla, a oni wszyscy patrzyli. Potem ktoś inny połykał ogień i wypuszczał w powietrze płonące koła i serca.

- Gdy będą nas palić - powiedziała Szept - w powietrze polecą właśnie takie serca.

Kiedy tutaj jechała, w wagonie towarowym był z nią jeszcze jeden człowiek. Nie widziała go w ciemności. Wyskoczył wcześniej niż ona. Nie widziała jego twarzy, ale miała wrażenie, że jest stary. Powiedziała mu wszystko, bo słuchał w milczeniu i niewiele mówił, dał jej trochę twardego chleba.

- Wszędzie jest tylko gorzej - powiedział.

- To czemu pan jedzie tym wagonem? - zapytała.

- Uciekam - odpowiedział.

- No to fajnie, bo ja też uciekam - odparła.

On się zaśmiał, po raz pierwszy ktoś zaśmiał się serdecznie z tego, co powiedziała.

Nie od razu zrobiło jej się ciepło. Zimno się w niej kurczyło, teraz przypominało już tylko cienką nitkę biegnącą przez kręgosłup i żołądek, od karku do miednicy. Dali jej czyste ubrania - spraną koszulkę z godłem Polski i kolorowe spodnie, i grube skarpety, i starą męską kurtkę. Znowu objęła nogi ramionami, wciskając nos w kolana.

- Patrzysz na nas jak przestraszony pies - powiedziała gruba dziewczyna i dodała: - możesz mówić na mnie Mirelle.

- To piękne imię - odparła.

- A jak ja mam mówić na ciebie? - zapytała Mirelle.

- Jeszcze nie wiem - odpowiedziała po chwili.

Nigdy nikt tego nie robił. Nikt nigdy na nią nie reagował. Nie zatrzymał się przy niej dłużej, nie uważał jej za potrzebną. Sama nie umiała za bardzo mówić ani dłużej się komuś przyglądać, bo za każdym razem ogarniał ją lęk. Z tego powodu ludzie uważali ją za trochę głupią. Może to przez te małe oczy i szeroką twarz. "Alicja to jest trochę cofnięta", mówiły dzieci w szkole. "Alicja, najlepiej nie myśl za dużo", mówiła kierowniczka w sklepie z pasmanterią, podczas gdy ona stała i patrzyła na klawisze kasy fiskalnej, cyfry, których nigdy nie umiała połączyć w całość. "Alicja. Głupia, ale grzeczna. Zgrabna, ale brzydka".

"Alicja, takie ładne imię dla tak nijakiej osoby".

"Alicja", dyszał ojciec, a ona wyobrażała sobie, że jest pająkiem wchodzącym mu do mózgu.

A potem leżała pod kołdrami, na podłodze, wszystko pachniało środkiem do dezynfekcji, i wyobrażała sobie, że jest człowiekiem, bezbronnym, ale bezpiecznym, chudym, ale grubym, przywalonym kołdrami i kocami na podłodze obcego domu, który nagle stał się domem. Uszkodzonym, ale wciąż żywym. Człowiekiem, który potrafi uciekać i się chować, a to bardzo dużo.

I gdy tak leżała, znowu poczuła przy sobie obce ciało i zapach pylistych cukierków.

Silne i chude ręce przycisnęły ją do siebie, chcąc czegoś dobrego. Poczuła ciepło w żołądku. - Jak masz na imię? - zapytała Szept.

Nie odpowiedziała.

- Jak masz na imię? - Pytanie się powtórzyło.

- Nie mam imienia. Jestem wielorybem - odpowiedziała.

JAKUB ŻULCZYK (ur. 1983), pisarz i scenarzysta. Zadebiutował książką Zrób mi jakąś krzywdę... czyli wszystkie gry video są o miłości. Za Ślepnąc od świateł został w 2014 roku nominowany do Paszportu "Polityki". Za ostatnią powieść, Wzgórze psów (2017), otrzymał Nagrodę Literacką m.st. Warszawy oraz Literacką Nagrodę Warmii i Mazur. Współscenarzysta serialu Belfer.

Więcej na ten temat możesz posłuchać 2o listopada po godz. 8:00 na antenie

Warszawa 101,5 FM, Katowice 93,6 FM, Kraków 93,7 FM, Hel 107,8 FM oraz na www.chillizet.pl

FELIETON

Fenomeny

NATALIA FIEDORCZUK-CIEŚLAK

Kiedy jest pięknie, tym bardziej boli - piszę wiadomość koleżance, w odpowiedzi na stwierdzenie, że z trudem znosi wysoką estetykę tegorocznej jesieni. Droga z Kaszub do domu, po wijącej się i usianej dziurami leśnej szosie, przypomina mi o tym zdaniu. Jesień jest piękna, jest też niezwykle przedłużająca się, niby zakonserwowana w formalinie. "Spadnijcie już, liście - myślę. - Drzewa, wyłysiejcie". Nieznośnie słoneczna, ciepła i łagodna. Wszyscy rozpływają się w zachwytach i fotografują telefonami rozpłonione korony, mnie tegoroczna jesień dekoncentruje i wywłaszcza z podmiotowości. Nie umiem, nie mogę uznać tego piękna za fakt, zbytnio mnie rozprasza, każe analizować porządki, fraktalne struktury - obezwładnia mnie chaotyczność natury, którą ktoś arbitralnie nazwał urodziwą. Piękno - to rozproszona i niejasna kategoria, którą łatwiej odnieść mi do materialnej reprezentacji: piękna sukienka, piękny nos, piękne dziecko, w tym momencie, tutaj i teraz. Sukienka za chwilę się pogniecie, podrze, wyjdzie z mody, nos zestarzeje: skartofli się i zgrubieje albo haczykowato przygarbi, dziecko zaś uwali się czekoladą i błotem.

Jesień to preludium zimowej hibernacji, która jest antytezą życia. Dlaczego ta zmiana nie postępuje łagodnie i zrozumiale, stopniowo zmniejszając saturację i nasycenie? Dlaczego natura obumiera niezrozumiałym, histerycznym aktem strzelistym: błękitnym niebem, skontrastowanym z bujnym trójwymiarem różnokolorowych drzew? Kładzie ci się wrzaskliwym, ognistym Rejtanem pod stopami: liście, lśniące skorupki kasztanów, zapach ognisk. A co jeśli czekasz na zimę - coroczną śmierć, która najpełniej oddaje ten dziwny rodzaj dystansu do otaczającego świata, skorupę osobności, która chroni ciało tak jak warstwy ciepłych ubrań. Tak jak najtrudniej przechodzić anginę w upalne lato, tak samo trudno dostrzegać piękno jesieni, gdy jest się w depresji.

Przywiązanie do określonego porządku znaków i symboli nigdy nie należało do moich mocnych stron. Ciężko słucha mi się sezonowych zachwytów, beztroskich peanów o babim lecie, nie gustuję w grzybobraniu i nalewkach z jesiennych darów ogrodu i lasu. Po latach studiowania przypadłości, która towarzyszy mi od wczesnej młodości - chronicznej melancholii - próbuję za radą któregoś z terapeutów poszukać jej - ha, ha, doprawdy - dobrych stron. Pomaga literatura, na przykład Czarne słońce psychoanalityczki Julii Kristevej. Opisuje ona stan poliwalencji semantycznej depresanta - ponieważ pacjent odkleja się od naturalnego świata znaczeń, reakcji, spodziewań, pojawia się przed nim "możliwość wyobrażenia non-sensu lub sensu prawdziwego Rzeczy". Zyskiwać ma, według autorki, rodzaj nadprzenikliwości poznawczej. Kristeva opisuje doświadczenie swojej pacjentki Anny, która swój smutek - przeciągający się i bolesny - stawia w opozycji do rozpędzonego, niezrozumiałego świata. Dodam, że "pęd świata" nie dotyczy tylko przejawów cywilizacji - depresanta może emocjonalnie powalić powiew wiatru, a spadający na twarz liść urazić niczym siarczysty policzek. Anna wychodzi ze swojego bólu, bowiem przebywanie w nim "za życia" jest wstydliwe, okrutne, wręcz niemożliwe: staje niejako na granicy obserwacji samej siebie i świata. Przebywa w chronicznym stanie przejściowym, w buddyjskim bardo, gdzie "mówi na skraju słów, ma wrażenie, że jest na skraju swojej skóry, ale podstawa jej smutku pozostaje nietknięta". Opisywanie piekła depresji to zadanie niemożliwe, uwłaczające, a czasem nieetyczne, cierpienie wymyka się semantyce, opisy i podróże w głąb bólu banalizują go i unieważniają. Ból ten istnieje, ale nie sposób go nazwać, nie ułatwia tego klasyczna depresyjna prozodia, odzierająca język mówiony pacjenta z emocjonalnego nasycenia. Nie ułatwia tego też dekoncentracja i gubienie słów. Zamknięcie opisu własnego doświadczenia nienamacalnego cierpienia w klamrze sensownej wypowiedzi może okazać się niewykonalnym zadaniem, bowiem depresja jest rozproszeniem, rozbiciem wszelkich sensów. Pacjent depresyjny dostaje jednak coś w zamian: ową przenikliwość, która graniczy z szaleństwem, gdzie dostrzega się morze wad, wypaczeń i bylejakości, w której pływamy na co dzień. I co ważne, co wiedziały też całe zastępy dotkniętych depresją literatów: łatwiej o tym wszystkim napisać, niż wygłosić mowę.

rysunek ARKADIUSZ HAPKA

NATALIA FIEDORCZUK-CIEŚLAK (ur. 1984), pisarka, instrumentalistka, kompozytorka. Laureatka Paszportu "Polityki" 2016 w kategorii literatura za Jak pokochać centra handlowe. W 2018 roku ukazała się jej powieść Ulga.

PORTRET/ROZMOWA

To nie jest kwestia hematologii

z PROFESOREM KAROLEM MODZELEWSKIM rozmawia KALINA BŁAŻEJOWSKA

WSTYD JEST OBJAWEM UCZUĆ PATRIOTYCZNYCH. Jeśli uwiera mnie coś, co uczynili Polacy, to znaczy, że łączy mnie z nimi więź.

Jakie ma pan plany na 11 listopada?

Żadne, prawdę mówiąc.

Dostał pan zaproszenie na obchody?

Nic takiego nie dostałem.

A do Komitetu Obchodów pana zaproszono?

Nie. Kto jest w tym komitecie?

Prawie sto osób, głównie polityków i szefów rozmaitych związków. Jest też podgrupa "szczególnie zasłużeni dla Państwa Polskiego".

To pewnie jacyś dziadkowie, którzy walczyli w Legionach. Może jeszcze żyją.

Musieliby mieć 120 lat... A więc państwo polskie w stulecie niepodległości w żaden sposób się o pana nie upomniało?

Jestem tak wychowany i tak doświadczony, że jak państwo się o mnie nie upomina, to ja się cieszę.

A gdyby pan dostał zaproszenie na oficjalne uroczystości, toby pan poszedł?

Nie mam pojęcia, nie rozważałem takiej możliwości. Zresztą zakładałem, że nie dostanę.

Dlaczego?

Bo nigdy nie dostawałem. Otrzymałem tylko - przez pośrednika - propozycję udziału w Narodowej Radzie Rozwoju, z której nie skorzystałem.

Za czasów prezydenta Dudy?

Oczywiście, przedtem ciała o nazwie Rada Rozwoju nie było. Zapytałem: "Rozwoju czego?", ale nie dostałem odpowiedzi.

Pytam, bo istnieje dylemat, czy z obecną władzą powinno się cokolwiek świętować. Niektórzy demonstracyjnie nie przychodzą na państwowe uroczystości, inni demonstracyjnie z nich wychodzą.

Jeśli mam być szczery: dziękuję organizatorom, że mnie nie zaprosili. Nie musiałem się nad tym zastanawiać.

Niektórzy odmawiają też przyjmowania odznaczeń. Na stulecie niepodległości prezydent ma przyznać dwudziestu pięciu osobom pośmiertnie Ordery Orła Białego: Żeromskiemu, Reymontowi, Skłodowskiej-Curie... Są w tej komfortowej sytuacji, że nie mogą odmówić.

A ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że nie można mi tego orderu po raz drugi przypiąć. Dostałem jeszcze od Kwaśniewskiego. Cóż, miło mi, że panią Skłodowską-Curie będę mieć wśród towarzyszy.

Może coś innego zwróciło pana uwagę w tych obchodach?

Wie pani, trochę wypadłem z obiegu, jeśli chodzi o informowanie się o różnych pikanteriach. Ostatnio miałem trzeci udar mózgu. Wprawdzie trafiło mnie - jak poprzednio - w miejsce, które nie rządzi mową i motoryką, więc mógłbym śledzić te informacje... Ale nie bardzo miałem czas, siłę i chęć.

Myślę natomiast, i tu już mówię całkiem serio, że trzeba wreszcie odebrać to święto organizacjom faszyzującym i faszystowskim. To aberracja, horrendalne kłamstwo, od którego każdemu historykowi powinny włosy na głowie stanąć dęba i osiwieć. Przypomnę, że 11 listopada, czyli dzień powrotu Piłsudskiego z Magdeburga, było świętem sanacji, nie endecji. I w żadnym wypadku nie przedwojennego ONR, który został przez Piłsudskiego zdelegalizowany.

Dalsza część artykułu dostępna w pełnej wersji