SPOTYKAŁ SIĘ Z KOBIETĄ. Tylko spotykał. Byli dwojgiem małomównych osób i słowem nie zająknął się o swędzeniu. Miał nadzieję, że gdy i jeśli dojdzie między nimi do intymności, nie będzie to niespodziewane. W innym razie mogłaby wyczuć śladowe ilości balsamów i maści, ciało przy ciele, ręce, nogi, inne miejsca, maści i hipoalergiczne kremy, kortykosteroidy o ultrasilnym działaniu.
Od czasu do czasu jadali kolację, chodzili do kina, wypracowując mimochodem rutynę, która nie pogrążyła ich w całkowitej wzajemnej anonimowości.
Miała na imię Ana, przez jedno "n", i ta porcja informacji go zainteresowała. Owo brakujące "n". Lubił gryzmolić to imię, ołówkiem po bloku biurowym, wielkie "A", małe "n", małe "a". Na biurowym komputerze stacjonarnym wpisywał je różnymi czcionkami albo wielkimi literami, czasem do góry nogami, niekiedy kursywą lub pogrubione bądź też znakami mało znanych niełacińskich alfabetów.
Podczas kolacji mówiła o filmie, który właśnie obejrzeli. Prawie go już zapomniał, jedna scena złowróżbnych gróźb za drugą. Od filmu ciekawsze było niemal puste kino. Przechylił się nad stolikiem, jakby na wpół komicznie, i spytał o jej imię. Przywiązanie do tradycji rodzinnej? Imię z jakiejś europejskiej powieści?
- Żadna tam tradycja - powiedziała. - Żaden obcy wpływ. Po prostu imię pisane w konkretny sposób.
Wolno pokiwał głową, pozostawiony samemu sobie w tej pochylonej pozie i zaskoczony odczuwanym rozczarowaniem. W końcu usiadł z powrotem, nadal się kiwając, i zorientował się, że wyobraża sobie jej ciało. Zawsze ciało. Nie erotyczny zbiór krągłości, lecz coś jeszcze cudowniejszego, samo ciało, pierwotną strukturę fizyczną.
Powiedziała, że jej matka miała na imię Florence.
Ale jej ciało, tutaj, w tym krześle po drugiej stronie stołu, człowiek, osoba, bryła z krwi i kości wznosząca się nad setkami, tysiącami lat albo i więcej, milionami, ciało w gruncie rzeczy niczym nieróżniące się w swej najzwyklejszej ciałowatości od przygarbionych, na wpół pełzających form, które je poprzedzały.
Kazał sobie przestać. Rozmawiali o jedzeniu i restauracji. Spytał, jak miał na imię jej ojciec.
RANKIEM RUSZYŁ HOLEM budynku, w którym pracował, uważając, by nie patrzeć prosto na innych, którzy zmierzali do swoich biur, cztery czy pięć osób, pod krawatem, w bluzkach i spódnicach. Lubił wyobrażać sobie, że idą donikąd, pozostają w miejscu, ich nogi poruszają się w górę i w dół, i lekko machają rękoma.
JEGO BYŁA ŻONA UŚMIECHAŁA SIĘ w pewien sposób, który ciągle pamiętał. Nie patrzy na niego; uśmiecha się w przestrzeń. Te cztery lata razem, nim rozgorzał ciągnący się tygodniami konflikt, jej posyłane nad stołem kuchennym całusy, aby przepędzić świąd, te nadrzeczne przebieżki letnimi wieczorami.
Symetria swędzenia, oba uda, zgięcia obu łokci, lewa kostka, potem prawa. Krocze nie swędzi. Pośladki owszem, gdy ściąga spodnie przed pójściem spać, a potem przestają.
Nie mógł zapomnieć jej uśmiechu. Była to piękna chwila, tkwiła w pamięci, jej głowa odwrócona ku przeistaczającej się przeszłości, babcia z darem opowiadania, coś z tamtych czasów; pragnął podążać za uśmiechem w jej życie, zlać się z tą chwilą wspomnienia na minutę albo godzinę w nieskazitelnym czasie.
BYLI NA NIEDZIELNYM brunchu, dwie pary, w telewizorze nad barkiem w drugim końcu pokoju leciał mecz futbolu amerykańskiego z wyłączonym dźwiękiem. Nie mógł przestać patrzeć na ekran. Krótka akcja, powtórki w zwolnionym tempie, trzy lub cztery powtórki zwykłego sprintu, podania albo wykopu z ręki, różne ujęcia kamery; przyłączył się do rozmowy przy stole, zjadł naleśniki i oglądał dalej. Obejrzał reklamy.
Określenie "niedzielny brunch" sugerowało świat dobrobytu.
Ale Joel opowiadał o aktualnej sytuacji, niekończącym się globalnym chaosie, wymieniał różne kraje i okoliczności, odkładał widelec, aby móc unieść rękę i gestykulować w ożywiony sposób z łokciem przyszpilonym do stołu. Potem przestał mówić, zrobił przerwę, żeby pomyśleć, aż w końcu wyglądało na to, że przypomniał sobie, co zamierzał powiedzieć, wciąż z uniesioną, ale teraz nieruchomą ręką - prośba o ciszę - i, wpatrując się w czas i przestrzeń, oznajmił w końcu, że wszystkie litery w imieniu Any są również w imieniu Sandry.
- Co poczniemy z tą informacją? - spytała Sandra.
Trzy-cztery reklamy co dwie-trzy minuty. Gromadki reklam. Zaczął myśleć, że jest jedyną osobą - na całym świecie - która ogląda reklamy. Z tej odległości słowa, które towarzyszyły obrazowi na ekranie, ledwo dawały się przeczytać.
- Patrzę na jedzenie na moim talerzu - stwierdziła Ana.
Czekali, ale to wszystko, co miała do powiedzenia.
Trzymał widelec w gotowości. Skończyła się pierwsza połowa i po dłuższej przerwie był w stanie przestać oglądać.
- ZDEJMUJĘ KOSZULĘ, ZACZYNA SWĘDZIEĆ.
Był w gabinecie, opisywał swoją sytuację dermatolożce, leżąc płasko na plecach, w ubraniu do kolan, rozpiętym z przodu, z bokserkami pod spodem. Dermatolożka badała jego kostki, golenie i uda. Mówiła nieobecnym głosem o patologii skóry. Podobał mu się ten termin. Sugerował jakiś rodzaj zamiarów przestępczych albo zesłanego z góry zła, które się człowiekowi przytrafia, i przypomniał sobie uwagę Joela na temat godnej klątwy natury świądu, czegoś na poły biblijnego.
Zbliżał się do końca trzeciej wizyty u tej lekarki i zastanawiał się, czy powie mu, by przyszedł ponownie za tydzień, za sześć miesięcy albo żeby nie przychodził w ogóle. Wyliczyła nazwy marek mydeł i szamponów, opisała choroby, które mogą wyniknąć z symptomów, jakie ma, on zaś próbował to wszystko zapamiętać, z czym trudno było sobie poradzić, będąc częściowo rozebranym.
Wymieniła ukryte zagrożenia kilku składników pewnych leków przeciwbólowych do zewnętrznej aplikacji.
"Czy musimy być całkiem ubrani - pomyślał - żeby nasza pamięć prawidłowo funkcjonowała?".
- Niektórym pacjentom przepisuję tabletki, plastry, zastrzyki. Ale w pana wypadku widzę, że musi pan zobaczyć w świądzie długoterminowy związek.
Lekarka przyjrzała się jego twarzy, przyciskając palce w rękawiczkach do kości policzkowych, czoła i bokobrodów. W rogu pomieszczenia pojawiła się jej asystentka Hannah, spojrzały na siebie beznamiętnie, a potem wyszła.
JOEL ZACZYNAŁ SZYBKO MRUGAĆ, gdy miał do powiedzenia coś osobistego.
Oto, co powiedział.
Zdarzało się, że gdy stał nad muszlą klozetową, słyszał coś, co brzmiało jak słowa, kiedy jego mocz uderzał w wodę w muszli.
- Jak często się to zdarza?
Powiedział, że średnio co dwa tygodnie albo jakoś tak. Słowa. Słyszał coś, co przypominało cichutki głos, który wypowiadał słowo, a po chwili może drugie, i - z rozstawionymi w ramach demonstracji nogami i dłońmi złożonymi w miseczkę w okolicach pachwiny - próbował opisać ten dźwięk.
- Cichutkie słowa.
- Nie wymyślam sobie tego.
- Albo szum, który coś mówi.
- Tylko, gdy strumień jest słaby.
- Jak coś, co się mówi. Wypowiedź.
- Jednozgłoskowa.
Byli w szatni lokalnej siłowni, w strojach do ćwiczeń, przygotowywali się do przysiadów i bieżni.
- Jesteś poetą. Wszędzie słowa.
- Zaum. Poezja transracjonalna. Sto lat temu. Słowa, które mają kształty i dźwięki.
- Małe piknięcia w wodzie muszli.
- Zaum.
- Transracjonalne.
- Słowa i litery są wolne, poza rozumem i tradycją. Kiedy było tak - spytał Joel - że język mógł naprawdę opisać rzeczywistość?
PATRZĄ NA SIEBIE. Czasem się to zdarza. Zawsze inicjuje to ona, jej twarz wyprana z emocji, on zaś przestaje gadać albo jeść i mówi sobie, że nadszedł czas, by spojrzeć jej w oczy.
Zaczyna od zamknięcia oczu i wstrzymania na dłuższą chwilę oddechu. Pozwoli sobie na to, by pójść za nią we wszystkim, co robią. Nigdy nie rozmawiają o tym patrzeniu. Zaczyna się to, a potem kończy.
Kiedy otwiera oczy i zaczyna z powrotem oddychać, jest tam. Ana. Oczy wycelowane w jego twarz, zdecydowana zajrzeć w jego wnętrze albo przejrzeć go, przenikając mężczyznę we wszystkich jego szczegółach, aby znaleźć coś innego. Nieważne co.
Jej twarz jest chłodna i wystudiowana. Czy to ma być jakiś rodzaj wzajemnej introspekcji? Czy to zwykła chwila wytchnienia od gmatwaniny niekończącej się ludzkiej wymiany zdań? Stara się tego nie analizować. Zabawny odprysk jej dzieciństwa, wspomnienie słodko-gorzkiej tęsknoty.
Czy oboje próbują sobie wyobrazić, kim jest ta druga osoba za stopklatką twarzy i oczu? Niemym prześwitem tożsamości czy tylko pustym spojrzeniem?
Próbuje być bez wyrazu, wyzuć oczy i umysł z przestrzennego wachlarza doznań, z odłamków mentalnych.
Może po prostu chce widzieć i być widziana.
POZA TYM TO WULGARNE poczucie jakiegoś mimowolnego zadowolenia, zwierzęca potrzeba. Prawa dłoń na lewym przedramieniu, z początku wykorzystuje czubki palców, by złagodzić swędzenie, ale z czasem ręka jest w ruchu i paznokcie wbijają się jak maszyna do robót ziemnych. Rozsiada się z zamkniętymi oczami i czuje wiszące w powietrzu wrażenie zemsty. Nie ma dla niego znaczenia, czy to idiotyczne.
- Zemsta na twoim ciele - mówi Joel.
- Może. Nie wiem.
- Coś mi się zdaje, że ten świąd to symbol. Sprawdź, co sam możesz wymyślić. Na swój temat.
- Trzymaj się poezji.
- Staram się wybrać tytuł dla czegoś, co właśnie napisałem.
- Rozmawiasz z Sandrą?
- Czasem tak. Ma zdanie na temat tego, co piszę.
- Rozmawiasz z Sandrą o swędzeniu?
- Oczywiście, że nie.
- Oczywiście, że nie. Wiem o tym. Dziękuję - powiedział.
STAŁ NA ROGU, CZEKAJĄC, aż zmieni się światło. Psy na smyczach rzucały się na siebie. Lewa ręka pocierała prawy nadgarstek, potem prawa lewy. Ruch uliczny na chwilę ustał i dwie osoby przeszły przez ulicę, ale on postanowił stać, gdzie stał, wiedząc, że za trzy sekundy, dwie, jedną światło się zmieni. Lubił patrzeć, jak maleją cyfry.
Maść na egzemę z dwuprocentową koloidalną mączką owsianą.
Kompleksowy krem na łuszczycę z trzyprocentowym kwasem salicylowym.
Bogata w emolienty formuła, która zapewnia dwudziestoczterogodzinne nawilżanie.
PATYKOWATA BUDOWA i wielkie przednie zęby nadawały mu przyjazny wygląd. Ludzie w biurze powierzali mu od czasu do czasu plugawe tajemnice. Nie groziło im, że coś zrobi albo powie, że w jakiś sposób wykorzysta ich zaufanie do jego widocznej nijakości.
Wraz z Joelem był specjalistą w zakresie dostępu, ułatwiał świadczenie usług domowej opieki zdrowotnej niepełnosprawnym konsumentom nielegalnych leków.
Rzadko rozmawiali o wykonywanej pracy. Gadali o rzeczach, które pojawiały się i znikały, o wiadomościach lokalnych, pogodzie, mężczyznach strzelających w całym kraju z broni.
Joel co jakiś czas czytał nekrologi pozostałym w pomieszczeniu sześciorgu mężczyzn i kobiet siedzących przed monitorami. Część nekrologów była improwizowana, czysta fikcja literacka, i udawało mu się wywołać trochę śmiechu, a czasem burzę oklasków.
PRZEZWISKO NOWEGO DOKTORA w sieci, w hołdzie, brzmiało Mistrz Świąd. Był niski, szeroki i wyglądał na człowieka, który ma w życiu jedną zasadniczą obsesję. Przyjrzał się pacjentowi, który stał w gabinecie w swoich bokserkach. Potem machnął ręką i pacjent się odwrócił. Lekarz stanowczo mówił o historii jego choroby na podstawie tego, co wywnioskował z dokumentów, i tego, co widział na samym ciele.
Teraz pacjent położył się na plecach na kozetce.
- Zdejmuję koszulę albo spodnie i zaczyna swędzieć. Albo po prostu swędzi, przychodzi i znika, dniem i nocą.
Rozmawiali o ubraniu, które miał na sobie, o bieliźnie, poduszce i prześcieradłach. Mistrz Świąd z pomocą kilku krótkich zdań dodał mu wiary w siebie, choć wydawało się, że nie odnosi się bezpośrednio i jednoznacznie do jego uwag.
- Z tego, co widzę, nie choruje pan na wypryski sączące ani atopowe zapalenie skóry.
Przeszedł do wymieniania różnych kremów na rozmaite rodzaje świądu. Przestrzegł przed steroidem, który uszkadza skórę, jeśli stosuje się go wielokrotnie. Miał na sobie tak długi kitel, że zasłaniał on jego obuwie.
- Ta odosobniona wysypka tu, koło pachy. Niech pan nie rusza. Nie warto drapać.
Leki, które wymieniał, były zamknięte w pewnego rodzaju języku, w ukrytych za mgłą słowach i terminach, w mnóstwie sylab. W języku w jakiś dziwny sposób totalitarnym.
Lekarz kazał pacjentowi obrócić się na brzuch.
- Symetria jest zdumiewająca. Ta lewoprawość. Nie sądzi pan? Ludzie, którzy odczuwają swędzenie na całym świecie. Przedramię, przedramię. Pośladek, pośladek. Równoczesność.
Lekarz mówił nie do ciała na kozetce, ale do pomieszczenia, ścian, może do jakiegoś ukrytego gdzieś urządzenia nagrywającego. Pacjentowi przyszło do głowy, że cała ta sesja jest na użytek kolegów doktora w instytucie badawczym na jakichś wolnych od przestępczości przedmieściach.
Gdy wizyta dobiegła końca, Mistrz Świąd nie tyle wyszedł z gabinetu - wydawało się, że z niego uciekł.
KIEDY NA POCZĄTKU BIEGAŁ z żoną nad rzeką, miał poczucie, że zostawia swędzenie za sobą. Przeganiał je. Czasem podczas biegu unosił ręce, poddając się życzliwej sile życia.
JOEL NIE ZAMIERZAŁ DYSKUTOWAĆ o wersach. Były to po prostu wersy. Odstępy też były po prostu tym, czym były. Spacje, odstępy, źle postawione słowo.
- Chcę być poetą do szpiku kości. Ale w samej pracy nie ma nic, o czym chciałbym rozmawiać.
- Chcesz gadać o swędzeniu.
- Powiedz mi jeszcze raz, co stwierdził lekarz.
- Wypryski sączące. Ciągle zapominam to sprawdzić.
- Abstrahując od naukowości, ten termin sam w sobie ma niesłychany urok estetyczny.
- Atopowe zapalenie skóry.
- Nieludzkie. Nie ma mowy.
Joel powtarzał bez końca frazę "wypryski sączące", wmyślając się w nią i próbując powiedzieć coś zabawnego.
KIEDY ZDJĄŁ SLIPY, zaczęły go swędzieć uda. Ana była w łóżku, patrzyła i czekała. Trzymał ręce nieruchomo po bokach. Wnętrze jej sypialni było mu nieznane i stał przez chwilę z uśmiechem, dostrzegając jej miły, badawczy wzrok. Swędzenie zniknęło, ona znajdowała się tam jednak nadal. Cóż to było dla niego za wybawienie, ulga od codzienności, ona i on, szczęśliwi przez jakiś czas, tak proste.
STAŁY POD ŚCIANĄ BUDYNKU na przerwie lunchowej dwie kobiety, koleżanki z papierosami. Zajął pozycję blisko krawężnika, przyglądał się im.
- Paliłem dwa razy w życiu - powiedział.
- Ile miałeś lat? - spytała pierwsza z nich.
- Siedemnaście, a potem dwadzieścia siedem.
- Pamiętasz te liczby - stwierdziła.
- Pamiętam. Myślę o nich.
Lubił patrzeć, jak palą. W ich gestach krył się niedbały wdzięk, swobodny ruch ręki sunącej ku twarzy, rozchylające się usta, sposób, w jaki odchyla się głowa, ledwie widocznie, gdy wciąga dym, najpierw jedna kobieta, a później druga, wreszcie głowa kołysząca się lekko, gdy wypuszcza go z ust, głęboka ulga, przymykające się oczy, jedna kobieta, na krótko, potem druga.
Musiał sobie przypomnieć, że oddziela działanie od jego konsekwencji.
- Jak długo paliłeś? - spytała jedna z kobiet.
- Za pierwszym razem może z półtora tygodnia.
- A za drugim?
- Za drugim dwa tygodnie.
- I teraz spodziewasz się żyć wiecznie.
- Nie, kiedy jestem w biurze.
- Czego w takim razie się spodziewasz?
- Że wyskoczę przez okno obok mojego biurka.
- Zabierz nas ze sobą - powiedziała druga.
W DOMU PRZESZEDŁ z jednego pokoju do drugiego, a potem zapomniał, dlaczego się tam znalazł. Zabrzęczał jego smartfon, wrócił do pierwszego pokoju i podniósł go, oczekując trochę, że przeczyta wiadomość, która wyjaśni mu, dlaczego poszedł do drugiego pokoju.
Dwie godziny później znów był na kozetce lekarskiej, przycupnął na brzegu, a lekarka po sześćdziesiątce analizowała jego lewe przedramię. Podniosła je i patrzyła, zaglądając w ślady po drapaniu, w pory, w samą tkankę.
- Niech pan nie pozwala innym drapać swędzących miejsc. Nic z tego nie będzie - powiedziała. - Sam pan musi drapać.
Gabinet był mały i wydawał się na poły opuszczony - zatęchłe powietrze, wymiętoszone papiery przypięte do tablicy korkowej, przypadkowo porozrzucane rzeczy.
Lekarka zadawała mu pytania, a potem powtarzała, cokolwiek powiedział. Próbował umiejscowić jej akcent - może Europa Środkowa - i to dało mu wiarę w jej umiejętności.
- Kiedy od czasu do czasu, na pięć, sześć minut swędzenie ustaje, czuje się pan lekko osamotniony. Co pan sądzi?
Szukał na jej twarzy uśmiechu, ale go nie było.
- Będzie pan mniej czasu spędzał pod prysznicem.
- Już mi to zalecano.
- Zalecano to panu. Ale nie ja - powiedziała.
Patrzyła mu teraz prosto w twarz. Patrzyła i mówiła. Był pewien, że włada czterema albo pięcioma językami.
- Gorsi są. Inni pacjenci.
- Ja też.
- Jest pan poza konkursem.
- Sam siebie oszukuję. Próbuję się od tego odwieść.
- Je pan. Śpi.
- Jem. Zapomniałem, jak się śpi.
- Z wiekiem, niech pan mnie słucha, mniej pan będzie chodził i gadał, a więcej się drapał.
Nadal nie spuszczała z niego wzroku, wpędzając spojrzeniem w zupełny odwrót.
- Niech pan spojrzy, gdzie jesteśmy, w ostatnim pomieszczeniu na końcu długiego korytarza. Cztery razy dziennie będę chodzić stąd dotąd, a potem stamtąd dotąd i tak w kółko. Staram się powtarzać sobie, że to nie trzynastowieczne hospicjum dla nędzarzy i umierających. Ale niełatwo dać się przekonać.
Lubił jej słuchać, ale mówiła w przestrzeń.
- Kiedy rozmawiam o świądzie z tymi, których nie swędzi, zaczynają odczuwać swędzenie.
- To prawda?
- To prawda - oświadczyła. - Mówiłam do grupy ludzi w Warszawie. Profesorów i studentów. Im dłużej opowiadałam o odpowiadających za świąd nerwach, o neuronach czuciowych u myszy, tym więcej drapania wśród publiczności mogłam zaobserwować.
- Zadawali na ten temat pytania?
- Żadnych pytań. Nie uznaję pytań na forach publicznych.
Kiedy skończyła dźgać go w wyciągniętą rękę, nie przywróciła jej do pozycji przy jego boku, lecz po prostu ją puściła, nagle, a potem obeszła stół naokoło i podniosła jego drugą rękę.
- Świerzbi panią czasem? - spytał.
Spojrzała na niego, odnajdując nowe wymiary w tym szczególnym pacjencie, a następnie powtórzyła pytanie głosem, który miał przypominać jego.
- Świerzbi mnie tylko to, co wokół - powiedziała własnym głosem - i to, dlaczego tu jestem.
Kiedy wizyta dobiegała końca, pacjent włożył spodnie, koszulę i buty, a lekarka wypisała kilka recept.
- Gdy zdobędzie pan te leki, przeczyta pan wskazówki na ulotkach, ale nie zastosuje się pan do nich. Są głupie i wprowadzają w błąd. Proszę nie brać leków dwa, trzy, cztery razy dziennie. Słyszy pan, co mówię. Raz dziennie.
Poczuł się zmuszony, żeby powtórzyć.
- Będzie się pan drapał i drapał. Ale zapamięta pan też, co mówię.
- Co takiego?
- Bez swędzenia jest pan nikim.
Ruszył długą drogą korytarzem, myśląc o lekarce, samej w gabinecie na krańcu świata. Przyjazd windy trwał całą wieczność.
POMYŚLAŁ, ŻE GDY SZLI na spacer z Aną, bardzo blisko siebie, nie rozmawiając o niczym szczególnym, byli po prostu sobą. Niewinność umieszczała ich na pewien czas poza odpowiedzialnością.
Ale ich romans zmieniał się powoli z płynnego w stały.
- A jeśli się zakochamy, co to znaczy? - spytała. - To dla mnie dziwne, że tyle czuję do mężczyzny, którego tak naprawdę nie znam.
Szedł ze spuszczoną głową, skupiony na tym, co mówiła.
- Nie znam cię tak naprawdę. To nie błahostka - stwierdziła, udając, że śmieje się ponuro.
W LOBBY LUDZIE STALI w szeregu i czekali. Jedną windę naprawiano, druga mrugała do nich z piątego piętra, zwlekając z przyjazdem.
Postanowił wejść do biura po schodach, na jedenaste piętro, i kilka osób przyłączyło się do niego we wspólnym poczuciu niezadowolenia. W połowie pierwszej kondygnacji zaczął liczyć stopnie, a potem uznał, że musi wrócić na dół i zacząć od nowa, jak należy, od pierwszego.
Zrobił to, sporadycznie spoglądając w dół podczas liczenia, świadom, że rusza ustami. Mężczyzna w garniturze, pod krawatem i w bejsbolówce przecisnął się obok, pokonując po dwa stopnie naraz.
Przeszedł półtora piętra, nim zwrócił uwagę na buty, które ma na nogach. Patrzył i liczył, przypominając sobie, że ich nie lubi, i próbując zrozumieć, dlaczego w ogóle je kupił.
Zaczął wchodzić wolniej, widząc, jak chodzi w tę i z powrotem w sklepie obuwniczym i stara się do nich przyzwyczaić. Nie tyle widząc, ile doświadczając mglistego obrazu gdzieś w powietrzu, na wyciągnięcie ręki. Ludzie mijali go na schodach, a on ciągle patrzył w dół, licząc stopnie, widząc buty.
Kilka razy przeszedł się w tę i z powrotem, a później przez chwilę siedział - jedyny klient w sklepie - i zbadał jeden z butów, dłonią i okiem, skrupulatnie.
Czy powiedzenie sprzedawcy, że nie chce tych butów, było zbyt wielkim kłopotem, czymś zbyt niezręcznym? Czy sądził, że sprzedawca będzie rozczarowany, że będzie miał zmarnowany dzień?
Nie znał odpowiedzi, ale poniewczasie poczuł się ofiarą sprzedawcy, sklepu obuwniczego i samych butów. Przestał liczyć stopnie na jedną kondygnację przed swoim piętrem.
W biurze usiadł przy swoim biurku, z lewym nadgarstkiem w zenicie porannego swędzenia, i wyjrzał przez okno, omiatając wzrokiem front budynku w niewielkim oddaleniu i wracając do poziomego wzoru okien. Patrzył od lewej do prawej, czytając okna jak książkę, linijka po linijce.
KONIEC KOŃCÓW, niemówienie jej wydawało się oszustwem.
Mieli stolik w rogu niemal pustej kawiarni. Planował unikać szczegółów i powiedzieć, że świąd to znośna choroba, ale pewnie w najbliższym czasie nie zniknie.
Tymczasem słuchali gromów skaczących po niebie i Ana opowiadała o wiejskich piorunach z czasów dorastania, zbliżającej się burzy, swym bojaźliwym zdumieniu grzmotami i postrzępionymi rozbłyskami.
Patrzył, jak mówi.
Jej uroda, twarz i włosy, i małe dłonie, sposób, w jaki trzema środkowymi palcami jednej ręki przejeżdżała lekko po analogicznych palcach drugiej. Gest wspomnienia, pełnego niepokoju lub kojącego - nie był pewien.
To nie jest choroba zakaźna, powie, ani jakieś dziedziczne brzemię, które będzie się wlekło za rodziną przez kolejne pokolenia. I może skończy odrobiną czarnego humoru.
"Pomyśl, ile byśmy mieli wspólnych tematów, gdyby ciebie też swędziało".
Budynek, w którym mieszkał, znajdował się w odległości spaceru, i zaproponował, żeby tam poszli. Nigdy nie była w jego mieszkaniu i lekkim wzruszeniem ramion wyraziła zgodę. Gdy poszła do łazienki, chwilę się wahał, a potem pognał do toalety dla mężczyzn, zamknął się w kabinie, podniósł lewą nogawkę i w skrajnym pośpiechu drapał się zapamiętale, wracając do stolika przed nią.
Deszcz zaczynał dopiero padać i szli jedno za drugim wzdłuż murów budynków, mamrocząc łagodne przekleństwa. W mieszkaniu patrzył, jak przechadza się po salonie, zwracając uwagę na książki i zdjęcia, i zaglądając na chwilę do małej, schludnej, wąskiej kuchni.
Siedziała na sofie, a on na krześle po drugiej stronie stolika. Krótko przedstawił jej historię miejsc, w których mieszkał. Z jakiegoś powodu szeptał.
Nie wspomniał o swędzeniu.
W łóżku były tylko ciała, bez słów, a potem leżał sam, drapiąc się w roztargnieniu, i przypomniał sobie, że umieścił wszystkie tubki i słoiczki w apteczce w małym pojemniku pod zlewem, poza zasięgiem jej wzroku.
Pomyślał, że nie był to taki związek, w którym każde z nich byłoby nikim bez tego drugiego. Ale nie wiedział, co o tym sądzić.
Wymówił jej imię na głos, gdy wróciła do pokoju.
Potem odprowadził ją do domu, dwie skulone postacie za parasolem, który trzymał przechylony pod wiatr.
JOEL ROZMAWIAŁ Z NIM CICHO w kącie biura. Znów się to zdarzyło, słowa w cichym chlupocie jego moczu w muszli klozetowej.
- W domu, tylko w domu. Tutaj korzystam z pisuaru. W domu, tylko tam jest muszla.
- Nie dźwięk, który przypomina słowo.
- Mówi coś.
- Ale jeśli to jakieś słowo, dlaczego nie możesz go rozpoznać?
- Patrzę w ten mały rozbryzg. Patrzę i słucham. Staram się.
- Myślisz, że coś mówi.
- Ma pewną siłę wyrazu. Przekazuje, komunikuje.
Szybko mrugał.
- W porządku, to słowo, ale skąd wiesz, że angielskie?
- To mój język.
- Robi się to coraz głupsze. Wiesz o tym.
- Mówię ci, bo ci ufam.
- Sandra o tym wie?
- Nie byłem w stanie zmusić się, żeby jej powiedzieć.
- Powiedz jej. Chciałbym to usłyszeć.
- Wyobraź sobie tę scenę - powiedział Joel. - Idzie za mną do łazienki, staje i czeka, a ja rozpinam rozporek.
- Możesz jej powiedzieć bez demonstracji.
- Będzie się śmiała. Powie dzieciakom.
- O tym nie myślałem.
- Osiem lat. I sześć. Wyobraź sobie ich reakcję.
- Zaum.
- Pamiętasz. Brawo.
- Poezja transracjonalna.
- Kształty i dźwięki. Futuryści. Zaum. Pamiętasz. Kształt, dźwięk.
- Powiedz dzieciom. Zaum. Niech wymówią to słowo.
Wrócili do swoich biurek i pochylili się przed monitorami, przeglądając wiadomości.
W TEN SPOSÓB PÓŁSEN osłabia ludzką świadomość. Wszystko znika. Skupiony w sobie, bez przeszłości czy przyszłości, żywy świąd, w kształcie człowieka, Robert T. Waldron, myślący bez ładu i składu, ciało w prześcieradle.
Opowiadanie ukazało się w wydaniu "The New Yorker" z 7 sierpnia 2017 roku. Copyright ? 2017 by Don DeLillo.
DON DE LILLO (ur. 1936), jeden z najważniejszych żyjących amerykańskich pisarzy, wymieniany obok Thomasa Pynchona jako przedstawiciel postmodernizmu w rodzimej literaturze. Autor m.in. Gwiazdy Ratnera, Mao II, Graczy czy Spadając. W 1985 roku jego Biały szum nagrodzony został National Book Award, a w 1992 roku otrzymał otrzymał PEN/Faulkner Award For Fiction za Mao II.