JA. Wejście do klatki Aliny wygląda jak na bieda-osiedlu strzeżonym. Takim, którego nikt tak naprawdę nie strzeże. Jest jak w Parku Jurajskim - wiadomo, że dinozaury i tak zrobią, co zechcą. Portier przeciera oczy i pyta, na które piętro idziemy - jakbyśmy mieli pójść tam razem. Lubię formę "my", ale nie lubię "my" wypowiadanego w sposób podejrzliwy. Odpowiadam, że mieszkanie numer 51. Pyta też o klatkę, chociaż przecież wiem, gdzie weszłam. Sprawdzam w telefonie, bo przez jego pytania zdążyłam już zapomnieć. Cmoka, nie jest zadowolony z takiego stanu rzeczy, ale przepuszcza mnie dalej, pokazując na odręcznie sporządzonej mapce, gdzie mam wysiąść i w którą stronę się kierować po wyjściu z windy. Dowiaduję się, że koleżanka mieszka na jedenastym piętrze superjednostki. Decyduję się wejść pieszo. Przewieszona przez ramię torba podróżna przy każdym kroku równomiernie uderza o moje uda, jakby mnie karała za wybór trudniejszej drogi.
Mijam drzwi na drugim piętrze, zza których dobiega głośna ukraińska muzyka i śmiech, przechodzę obok mieszkania numer 27, którego drzwi jeszcze pachną nowością. Na piętrze technicznym stoi przytwierdzony do barierki rower z napisem: "Proszę zabrać rower z drogi pożarowej, bo zostanie zezłomowany". Na siódmym i ósmym piętrze widzę tabliczki oznajmiające: "Prosimy o ciszę. Nasz kot miał ciężką noc" i z rysunkami zwierząt, które są złe lub zmęczone - wcześniej kojarzyły mi się tylko z płotami działek w Rudzie z napisem "Zły pies" na nich. Tam złodzieje włamywali się, aby wynieść słoiki z przetworami, kosiarki i grille. Tutaj za drzwiami kryje się pewnie więcej, ale wcześniej nie miałam do czynienia z takimi komunikatami w bloku. Czyżby ten moloch miał w sobie coś z prowizorycznych domków?
Drzwi od mieszkania numer 37 otwiera właśnie kobieta z siatkami i przetartą torebką, która może pamiętać targowiska z lat 80. Zaglądam do jej przedpokoju i czuję zapach smażonych placków ziemniaczanych. Kobieta mówi do mnie:
- Wczoraj miałam zawał.
Kiwam głową, a ona dodaje:
- Ale poszłam do pracy, bo to był mały zawał.
Jak widać, jest nas więcej. Wszyscy nosimy w sobie małe zawały. Żremy placki, mamy choroby wieńcowe, mówimy, że musimy wszystko zmienić w naszym życiu, a później dyszymy na schodach.
Widzę, że do klucza ma przypięty breloczek z George'em Michaelem.
- Uwielbiam go - dodaje, widząc, że mój wzrok zatrzymuje się na brokatowych spodniach idola. - Pierwszy biały mężczyzna, który zaśpiewał z Arethą Franklin. Dostałam od siostry ze Stanów. U nas nie ma takich.
Robię dwadzieścia dwa zakręty. Odnotowuję jeden klucz włożony w drzwi i przez moment waham się, czy nie zapukać i nie powiedzieć mieszkańcom, że o nim zapomnieli. Ale może tak po prostu ma być i lepiej nie ruszać.
ALINA. Wiem, że za chwilę będzie, bo na każdym kroku skrupulatnie wysyła mi sms-y. Jest na dworcu w Ustroniu, dojechała do Katowic, wysiadła, jeszcze wpadnie do Żabki, już jest obok klatki. Jak dziecko w drodze na pierwsze kolonie. Odsuwam więc na bok trawę rozsypaną luzem na stole, wsypuję ją pomiędzy kartki "Vogue'a". Mam od dentystki z bloku archiwalne numery, które czasami roznoszę po sąsiadach. Muszę uważać, żeby tego komuś nie dać. Tak samo robię z krzyżówkami - uzupełniam je ołówkiem, a później zmazuję gumką, żeby nie wyrzucać, tylko podać dalej. Ogólnie podałabym dalej wszystko, wiąże się to z moją drobną paranoją: ciągle myślę, że jestem komuś coś winna. Muszę udowadniać w Europie - restauracji i barze mlecznym, które wyglądają jak egzotarium z lat 90. - że moimi działaniami podtrzymuję misję superjednostki - bloku utopijnego - którą jest tworzenie wspólnoty sąsiedzkiej. Ta misja pasuje do reklam wycieczek organizowanych przez wspólnotę mieszkaniową - do Bytomia albo na rejs po Kanale Gliwickim. W środy i piątki całkowicie za darmo rozkręcam w części restauracyjnej "Europy" imprezy taneczne. Jak jakaś ciotka, która mieszka w okolicy od lat i krążą o niej legendy miejskie. A jestem tu dopiero od czterech lat i chyba nikt niczego o mnie nie wie, poza tym, że rozgrzewam ludzi do tańca jak nikt. Raz mi jeden facet po takiej imprezie zapomniał o kulach i się śmialiśmy, że zrobimy przy barze ołtarz jak w Częstochowie. Wstał po Europie na nogi. Mnie też to miejsce postawiło na nogi, kiedy myślałam, że to już koniec.
JA. Kiedy docieram pod właściwe drzwi, ledwie łapię oddech. Witam Alinę piskiem brzmiącym jak powietrze uciekające z balonika, wydobywa się ze mnie coś pomiędzy "cześć" a "hej". Usiłuję ukryć zadyszkę i przyśpieszone bicie serca. Jestem przecież z gór, nie będę wjeżdżać windą. U nas w bibliotece też jej nie używałam, kojarzyła mi się z lenistwem i czekaniem.
Przytula się do mnie tak lekko, jakby chciała przelać się przez moje ręce, być swoim własnym duchem. Kuba - pies, który wygląda jak człowiek zamieniony w psa - wciska się pomiędzy nasze ciała. Jego imię potęguje wrażenie, że jest bardziej człowiekiem niż zwierzęciem. W pewien sposób nawet mnie peszy głaskanie go - to jakbym drapała po plecach starego mężczyznę.
W domu unosi się zapach kadzidełka, spod którego przebija woń marihuany. W ogóle na całej klatce pachnie jakoś dziwnie - pomieszanie zapachu zupy mlecznej, spalenizny i świeżo otwartego piwa butelkowego. Przyzwyczaję się. Zapomniałam już, że taki zapach istnieje, chociaż przyjeżdża do nas wraz z każdym obozem narciarskim czy studentami, którzy twierdzą, że przejdą Główny Szlak Beskidzki, a docierają na Babią Górę i tam ich przygoda się kończy. Bo Beskidy to niby nic - góry familijne i niedzielne, niemal wybrukowane. Ludzie już powoli przestają tam sobie mówić "Dzień dobry", bo musieliby robić to bez przerwy. Okazuje się jednak, że Beskidy to też zdarte buty, odciski i zabójcze pioruny na szczycie Babiej.
Alina częstuje mnie herbatą i kładzie na stole tartę ze szpinakiem. Widzę, że sama upiekła, bo wyjmuje ją przy mnie z brytfanki.
- Ty na piechotę, a ja jeżdżę tylko windą numer III.
- One mają numery?
- Trójka to ta druga po prawej, przy oknie. We wszystkich innych już kilka razy się zacięłam.
- Nie znoszę wind.
- Ja lubię w nich tylko to, że jednego dnia wydaje ci się, że wjeżdżasz pół godziny, a innego - kilka sekund. Nie wiem, jak to się dzieje, że one zakrzywiają czas. Albo dlaczego towarzystwo niektórych osób wydaje się w windzie neutralne, a innych - tak krępujące, że ciężko przy nich przełknąć ślinę. W windzie jednych sąsiadów poznajesz od razu, a do drugich nigdy się nie odzywasz.
Dowiaduję się też od Aliny, że pytanie o piętro i klatkę portier standardowo kieruje do nowych. Jest tu dużo agencji towarzyskich i innych bardziej lub mniej ukrytych punktów usługowych - hostel, wróżka, fotograf - a oni chyba prowadzą na dyżurce jakieś archiwum X portierów, żeby łatwiej rozeznać się, kto jest kim w tym skomplikowanym układzie pięter. Poza tym w każdej klatce jest taka sama numeracja i łatwo można się znaleźć pod drzwiami 51, ale u kogoś innego.
Chwilowo mamy więc o czym rozmawiać, bo blok jest dziwny. Winda zatrzymuje się tylko co trzy piętra, co samo w sobie nadaje miejscu specyficzny rytm. Nie łączy nas oczywiście przesadnie dużo wspólnych tematów, ale omawianie miejsca, w którym jesteśmy, pozwala zrobić rozgrzewkę, zanim poszukamy punktów zaczepienia do dalszej rozmowy. Takich na przykład jak koleżanki z technikum hotelarskiego. Alina ma kontakt z większą ich liczbą niż ja. Wygrywa pięć do jednego. Ja utrzymuję kontakt tylko z Aliną, ona wie, co słychać u czterech innych koleżanek.
Pytam o jej pracę, tę, o której wspominała, kiedy widziałyśmy się ostatnim razem, ponad dwa lata temu:
- Gotuję i przynoszę obiady do mieszkań. Głównie w centrum. Wiesz, ile osób mieszka tylko w samym tym bloku? - Odpowiada, zanim zdążę zgadnąć i przemnożyć w głowie liczbę pięter przez liczbę klatek: - Ja też nie wiem dokładnie, bo mamy sporą rotację. Ale są tu 762 mieszkania i wynajmują je zarówno robotnicy i studenci - po pięciu na lokal, jak i samotne kobiety czy mężczyźni. Na początku lat 70. mieszkali tu całymi rodzinami. Pół roku temu obeszłam wszystkie mieszkania z pytaniem, czy domownicy chcą, żebym im gotowała, dzięki temu zobaczyłam chociaż po skrawku każdego domu. Zgodziło się trzynaście osób. Dodatkowo robię im też zakupy w "Społem" na dole. Mam wrażenie, że codziennie ktoś się wyprowadza albo umiera. Przynajmniej raz w tygodniu ktoś znosi meble pod śmietnik. Z moich klientów nikt jeszcze nie umarł. A jeśli tak będzie, to pewnie dowiem się pierwsza.
Kiwam głową. Wielkie budynki kojarzą mi się nie ze śmiercią, a z turystami. W sumie to zabawne, że wszyscy jesteśmy z Rudy, a wylądowaliśmy w kosmicznych miejscach. Mieszkamy w budynkach, które są jak pamiątki po cywilizacji poza- ziemskiej. Alina ma swoją superjednostkę i Spodek, a my z Jankiem piramidy. To potoczna nazwa kompleksu charakterystycznych, trójkątnych budynków położonych na zboczu Równicy. W założeniu miało ich powstać dwadzieścia osiem, ostatecznie jest siedemnaście, z czego większość stanowią hotele i budynki sanatoryjne.
Często podbiegam blisko piramid i wiem, że staję się wtedy obiektem obserwacji przyjezdnych, jak lokalne ptactwo. Wolę dolną część miasta od górnej, gdzie panuje wieczna stagnacja. Ludzie wylegujący się na balkonach pomiędzy śniadaniem, obiadem, podwieczorkiem a kolacją mają czas na niepotrzebne przemyślenia. Są w takim wieku, że raczej już nie powinni mnie osądzać, ale mogą snuć różne domysły na temat tego, kim jestem. Ja mogę za to patrzeć, jak są ubrani, jak się zachowują, o czym mówią i czy robią oborę w restauracjach na dole. Żyjemy dzięki ich pieniądzom, ale to nie znaczy, że mogą wszystko.
- U nas w domu gotuje mąż, zupełnie się na tym nie znam.
Janek przynosi zwykle obiady z hotelowej stołówki, gdzie pracuje. To prawie jak gotowanie. Czasami - gdy jakimś cudem trafi nam się wspólny wolny weekend - idziemy w góry i jemy w schroniskach, gęsto rozsianych po szczytach Beskidów. Oczywiście mamy świadomość, że wchodzenie na Czantorię w niedzielę - kiedy buty górskie z czerwonego szlaku mijają się z eleganckimi czułenkami, które ktoś zakłada na przejażdżkę kolejką linową - nie jest kontaktem z absolutem i esencją życia w mieście otoczonym górami, ale po prostu wycieczką ocierającą się o kicz górski. Ja trochę to lubię, Janek mówi, że nie chce już znosić w czasie wolnym zapachu "tych" ludzi. Tak jakby sam do nich nie należał, jakby nad branżą hotelarską wisiała pogarda dla każdego, kto nie jest tutejszy.
- Ludzie lubią dania, które jadali w szkolnych stołówkach. Pod koniec życia wracają smaki. Chyba je w jakiś sposób odtwarzam.
Czyli my z Jankiem powoli umieramy, od kiedy przynosi obce obiady do naszego domu? Skąd Alina może wiedzieć, co czują pod językiem osoby, które znały jeszcze warzywa i owoce sprzed ery modyfikacji i sztucznych barwników? Może tak samo było ze mną i z książkami w bibliotece - wydawało mi się, że polecałam same najlepsze lektury, tymczasem czytelnicy ledwie je przełykali.
- A trzeba mieć jakiś sanepid? - Wolę zmienić temat, niż zastanawiać się teraz nad tym, co i jak jem. Poza tym lubię kruczki, na które potrafią natrafić tylko zodiakalne panny. Zawsze tropiłam błędy w naszej bibliotece, nazywam samą siebie śmieciarką, która zabiera wszystko, o czym inni chcą zapomnieć.
- Nie wiem, nie mam zarejestrowanej działalności. W sumie to od śmierci Krzysztofa jestem na bezrobociu. Miesięcznie zarabiam na tym tyle, że nie muszę już robić nic więcej. Mam stałych klientów. W mieście jest sporo takich osób, trzeba tylko umieć się zorganizować i nie wchodzić w drogę "Europie". To taki bar mleczny, gdzie jest taniej niż u mnie, ale oni za to nie rozwożą posiłków.
Nie chcę naciskać na temat męża. Słyszałam. Sama mówiła, kiedy była u nas ostatni raz. Nazywa Krzyśka "Krzysztofem" - nie przypominam sobie, żeby wcześniej używała takiej formy. Może zdrobnienie zbyt ją rozczula, a może to przypadkowe określenie, którego użyła tylko dzisiaj. Postrzelony na służbie w Rudzie Śląskiej. Tam, gdzie Górnik Zabrze i Ruch Chorzów walczą o mury. Tam, skąd pochodzą moi rodzice, ja, Alina, Janek i popularni sataniści z bunkrów, których kiedyś wszyscy się bali, a teraz robią o nich filmiki na YouTubie, żeby przyciągnąć miłośników urban exploration do lasu w Rudzie Śląskiej. Alina zaraz po śmierci męża przeprowadziła się do Katowic. My już od kilku lat mieszkaliśmy wtedy w Ustroniu. Dorosłość nam przypadła na inne miejsca.
Nie przyjechałam na pogrzeb. Nawet się jej z tego nie wytłumaczyłam. Bywamy na grobie jej męża na Wszystkich Świętych. Ma ciągle duże wzięcie. Niemal całą mogiłę zakrywają znicze. Już nie żywe kwiaty - te kładzie się głównie na początku, kiedy częstotliwość odwiedzin pozwala na szybkie wymiany. On ma już plastikowe lilie - drugi etap zainteresowania, który potrwa kilka lat. Później nadejdzie trzeci - znicze okazjonalne.
Kiedy Alina chowała Krzyśka, ja organizowałam wielką konferencję dla bibliotekarzy. Było mi głupio tłumaczyć, że nie przyjadę na pogrzeb, bo robię coś takiego.
Sprawa męża Aliny wydawała mi się strasznie delikatna - nie wiedziałam, czy można ją ruszać. Dopiero później uświadomiłam sobie, że przez takie wydarzenia przechodzi się jak przez sen. Nie czuje się, zupełnie się nie czuje, że nas dotyczą. Czujemy się jak nie my, a ktoś, kogo oglądamy. Jak taka śmierć może spotkać kogoś, kto codziennie rano je to samo na śniadanie, nie wyjeżdża w żadne ciekawe miejsca, nigdy nie zrobił niczego szalonego i zna daty najważniejszych rozliczeń, na słowo ZUS kiwa głową i prowadzi kilometrowe rozmowy o odkurzaczach?
Sama po poronieniu chodziłam na cmentarz codziennie, później raz w tygodniu, teraz raz w miesiącu. Ludzie mówili mi wtedy "dzień dobry" przyciszonym głosem. Pewnie Alina znosiła to samo, a co więcej, musiała nadal wypowiadać imię Krzyśka. Nikt nie wiedział, jak miała na imię moja córka.
Alina też nie skomentowała tej sytuacji. Miałyśmy więc jeden do jednego. Zaległe dramaty, które przeszłyśmy same. Śmierci bez komentarza.
Przyglądam się Alinie, gdy rozplata swój warkocz. Włosy wystarczą, aby zapamiętać ją już przy pierwszym spotkaniu. Rzadko mówię komplementy, ale ten przychodzi sam:
- Świetnie sobie radzisz.
Zaraz po jego wymówieniu robi mi się głupio. Zabrzmiało, jakbym się wywyższała i przyjechała wystawić jej ocenę za życie po śmierci Krzyśka. Chyba rozumie - chociaż jeszcze niczego właściwie nie powiedziałam - że mam na myśli coś innego, że mam na myśli to, że ja sobie nie radzę, a ona tak. Kiwa głową i rzuca:
- Jak ty.
To "jak ty" uderza mnie siłą rażenia nieprawdy. Dopada mnie przez to zmęczenie połączone z gonitwą myśli o dyrektorce i jeszcze kilka innych wolno latających demonów. Ciągle się zastanawiam, jakimi książkami mierzyłam w jej stronę - jakbym miała na tej podstawie przewidzieć swoją przyszłość.
Będę spała w dużym pokoju, Alina w mniejszym - sypialni. Nie oddaje mi swojego wygodnego łóżka, chociaż wypadałoby odstąpić gościowi lepszą część domu. Może Alina potrzebuje przestrzeni do ukrycia się. Zakłada, że przyjechałam tutaj zagrać w otwarte karty - żeby jej coś powiedzieć, a nie tylko podryfować na powierzchni jej mieszkania. Nie wiem jeszcze, jak mam wrócić do Ustronia, i czy liczba trzy będzie ze mną dalej. Pasują do tego te cztery windy wydające z siebie dźwięki jak kutry rybackie. Zatrzymują się tylko co trzecie piętro. Tyle wiemy o innych - nie mamy pełnego obrazu, widzimy tylko co trzecie piętro. Albo i mniej.
ALINA. Kiedy już wydzielam jej łóżko w dużym pokoju, upewniam się, że leży, i wychodzę przez okno w sypialni na balkon. Tak, żeby jej nie mijać na kanapie w gościnnym. Przyglądam się miastu, jakbym miała mu wystawić ostatnią ocenę na booking.com. Dobry widok, obsługa umiarkowana, wygodnie. W nocy wygląda jak kilka miejsc naraz - miejsc, w których nigdy już nie będę. Od strony zachodniej jak Izrael, od południowej jak Ruda Śląska. Widzę, że naprzeciwko miga światełko - jedno z mieszkań nadaje do mnie alfabetem Morse'a. Mężczyzna wchodzi do pokoju, włącza światło i wychodzi na balkon. Kobieta kręci się po mieszkaniu, jakby liczyła jego kroki, gasi światło. Kiedy Krzysztof żył, mogliśmy wyglądać podobnie. Wieloletnie związki tak mają - jak uprzejme mijanie się na dwóch osobnych pasach autostrady. Ktoś mógł nas oglądać w takich chwilach, które ja widzę teraz. Tam były jednak niższe bloki i dłuższe zasłony. Tutaj ich nie ma, bo każdemu się wydaje, że niczego nie widać z bloku naprzeciwko. Większe miasto daje większe złudzenia. Wychylam się przez barierkę i myślę, co przemawia za wyskoczeniem, a co przeciw. Przeciw: koleżanka z młodości, która coś ukrywa, i kilkanaście obiadów, które muszę rano ugotować dla klientów. Za: kusząca przestrzeń. Kto by nie chciał wylecieć z okna w takim mieście?
ANNA CIEPLAK (ur. 1988), pisarka, aktywistka miejska i animatorka kultury. Za powieść Ma być czysto otrzymała Nagrodę Conrada i Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza. Jej ostatnia powieść, Lekki bagaż, ukazała się wiosną 2019 roku.
TYMCZASEM // FELIETON
Sierpnie
Mylą mi się sierpnie. Któregoś roku w całej okolicy zgasło światło. Rano przyjechali z energetyki, mieli już te białe land rovery, które im kupiła Unia. Powiedzieli, że do skrzynki wlazł ślimak i spowodował zwarcie. Samobójczy atak na infrastrukturę energetyczną. - Nie nadążamy z takimi zgłoszeniami - powiedział monter.
Kiedyś było lato szerszeni: gniazdo na strychu, telefony do straży pożarnej. Wtedy też ktoś przyjechał land roverem. Przywiózł spray. - Nie lubię tego robić - powiedział.
Był rok, kiedy specjalnie kupowaliśmy słoneczniki, żeby patrzeć, jak kowaliki wydziobują ziarna. To jeszcze zanim sąsiad sprawił sobie dwa koty.
Był rok, kiedy w okolicy otworzyli Biedronkę i wszyscy znajomi zachwycali się portugalskimi winami za dziesięć złotych. To musiało być na przełomie wieków, bo nagle wszyscy się znali na winach. Te z Biedronki miały nadzwyczajny stosunek jakości do ceny.
Był też rok wielkiej nawałnicy. Woda spłynęła, asfalt zniknął pod warstwą lessu, gałęzi i piasku. Przez cały sierpień wiatr wzbijał żółte obłoki.
I był rok, kiedy w spożywczym, tym najbliżej, pojawiła się gazeta o żydowskim robactwie i o tym, jak poznać Żyda. Wdaliśmy się w bezsensowną dyskusję z właścicielką. Już tam nie kupujemy chleba, mleka ani ciasteczek. To raczej nie zachwiało ich biznesem.
NIEKTÓRE LATA PAMIĘTAM Z IMIENIA. Na przykład 1990. Gazetę sprzedawali w piekarni. Przeczytaliśmy o inwazji na Kuwejt. Emir uciekł do Arabii Saudyjskiej, zbierała się Rada Bezpieczeństwa, w radiu opowiadali o wcześniakach wyrzucanych z inkubatorów. I nic jeszcze nie wiedzieliśmy o Gromosławie Czempińskim.
Rok później był pucz w Moskwie. Junta. Facet nazwiskiem Starodubcew, co jednak było zabawne mimo całej grozy sytuacji. Potem czołgi, tłumy, zabici. Przemawiał Borys Jelcyn. Ochroniarz zasłaniał go małą teczką. Pamiętam zdjęcie Mścisława Rostropowicza z pistoletem maszynowym. I że ciągle coś mówili o dywizji tamańskiej.
W 2012 mieliśmy już internet. Słuchałem transmisji z procesu Pussy Riot. Był upał. W sadzie dojrzewały jabłka. Nie wszystko rozumiałem. W Moskwie też był upał. Masy gorącego powietrza zalegały nad całą wschodnią Europą. Oskarżone dziewczyny trzymali w klatkach, ktoś zemdlał, adwokat nie budził zaufania. Brak zasięgu. Do ostatniej chwili nie mogłem uwierzyć, że dadzą im po dwa lata obozu.
W 2019 sprawdzałem kanały w Telegramie. Podawali informacje o liczbie zatrzymanych w Moskwie. Adwokaci udzielali porad. Nie odpowiadajcie na pytania, powołujcie się na pięćdziesiąty pierwszy artykuł konstytucji.
Były gorsze daty. Sarajewo, Srebrenica, holenderskie błękitne hełmy, Milošević z twarzą powiatowego kacyka. Nasłuchiwaliśmy stąd wojny w Gruzji, w Donbasie, w Syrii.
WIECZORAMI PRZECHODZĄ BURZE. Zazwyczaj nas omijają. Rozbijają się nad Dobrem lub wędrują nad Janowiec. Z łąki widać mętne błyskawice. Słychać pomruk gromów.
Wystarczy wyjechać z miasta, żeby to zauważyć. Świat jest mały. Pod stopami mamy ziemię i kamień. Nad głowami biegną korytarze powietrzne i trasy ptasich wędrówek. Kraje są pozrastane jak syjamskie rodzeństwo. Wiatr przynosi dym z Syberii, piasek z Sahary. Woda wypłukuje skamieniałe muszle i karabinowe łuski. Za dwa tygodnie będzie święto cudownej figury. Ludzie znów podziękują za pomoc w odparciu tatarskiego najazdu.
Przylatuje sowa. Może kiedyś uda się ją sfotografować komórką. Wszystko jest blisko.
rysunek ARKADIUSZ HAPKA
Marcin Wicha (ur. 1972), grafik, projektuje okładki, plakaty, znaki graficzne. Pisarz. Nagrodzony Paszportem "Polityki" 2017 w kategorii literatura za Rzeczy, których nie wyrzuciłem.