Pismo. Magazyn Opinii 08/2019 - Marcin Wicha, Daniel Odija, Katarzyna Woźniak

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TYMCZASEM // FELIETON

Robimy die-in

tekst MARCIN WICHA

Telewizja transmitowała wykopki lub żniwa. Wydobycie rosło. W skupie butelek występowały trudności. Schwytani spekulanci patrzyli w podłogę, gdy lektor zapowiadał, że nieprędko wrócą do społeczeństwa (w tle piętrzyły się skonfiskowane towary).

Później zrozumiałem, że państwo postępowało z nami jak z nadpobudliwym dzieckiem. Pilnowało, żebyśmy nie wpadli w ekscytację. Ograniczało bodźce. Nie bójcie się - powtarzało - u nas nie ma trzęsień ziemi, huraganów, bezrobocia ani krokodyli.

Czasami po odczytaniu wiadomości spiker składał kartki, podnosił wzrok i swoim specjalnym, nieoficjalnym tonem pytał: "Ciekawe, jak w tym roku z grzybami?". Po wstępnej wymianie żartów następowała kulminacja nudy: prognoza. Hipnotyzerka monotonnym głosem recytowała wskazania barometru. Opowiadała o wilgotności powietrza. Zapewniała, że poziom wody na Bugu ustabilizował się w środkowej strefie stanów średnich.

Mijał czas. Przegapiłem moment, kiedy nadali wyżom imiona. Jakieś dwa lata temu pojawił się Lucyfer: "masa piekielnie gorącego powietrza znad Sahary". Od tego czasu w prognozach zapanował styl apokaliptyczny.

Jak zapowiadają synoptycy, już we wtorek Belzebub uchyli wrota piekieł. Pozostaną uchylone do końca tygodnia. W środę runą niebiosa. Około czwartku spłonie wszelka trawa zielona i trzecia część drzew, a rzeki się zmienią w pustynię. (Teraz przerwa na reklamę lodów, napojów, środków na komary).

BYŁ UPAŁ. DŁUGI WEEKEND. Rząd storpedował porozumienie klimatyczne. Demonstrację zwołano w ostatniej chwili, więc pod siedzibę premiera przyszło może ze sto osób. Głównie licealiści. Kilkoro rodziców. Budynek stał pusty. Uprzejma policjantka prosiła, żeby zejść ze ścieżki rowerowej.

Przemawiał chłopak z flagą lewicowej partii. Flaga drżała, gdy krzyczał: "Zostało nam trzydzieści lat. Przez pana, panie premierze, nie dożyję pięćdziesiątki".

- On jest z waszej szkoły? - spytał jakiś ojciec w tłumie.

- Z humana - wyjaśniło dziecko.

Było jeszcze kilka przemówień.

- Rząd na bruk! Bruk na rząd! - skandowała dziewczyna w ciemnej sukience. - Wiemy, kto na tym zarabia. Wiemy, kto za tym stoi. Wiemy, czyje ręce, wiemy, jakie koła.

- Ją też znasz? - wypytywał facet.

- Nie przeszkadzaj - odparło dziecko. - Tylko z widzenia.

- Dość wyzysku ziemi! Dość ucisku planety!

- Zbyt przemocowe hasła - zauważył ktoś starszy.

- Zbliżamy się do końca - ogłosił organizator. - Zanim rozwiążemy zgromadzenie, został ostatni punkt programu. Wszyscy dwa kroki do tyłu, robimy die-in.

Spojrzałem pod nogi z nadzieją, że nikt tutaj nie wyprowadza psów.

- Jest jeszcze miejsce na chodniku. Uwaga, apel do wszystkich. Nie śmiejemy się i nie robimy min, żeby na zdjęciach nie wyszło jak poprzednio.

Położyliśmy się. Niektórzy mieli karimaty. Ktoś się nakrył transparentem. Klekotały migawki.

Biedna Ziemia. Wyklęta, wybebeszona przez koncerny górnicze, uduszona plastikiem, przysypana śmieciami. Jeszcze tu była. Gdzieś pod płytami chodnikowymi, asfaltem, granitem. Nasza ofiara ukryta na miejscu przestępstwa. Gdyby naprawdę zerwać bruk, moglibyśmy ją zobaczyć.

Mimo wszystko leżało się nieźle. Nad nami kwitła lipa. Niedobitki pszczół z przyzwyczajenia wykonywały swoją robotę.

Może jednak nie wymrzemy - pocieszałem się. W końcu nie jesteśmy rafą koralową, lasem pierwotnym ani nosorożcem. Potem pomyślałem o premierze. Takie szczyty muszą być męczące. Pewnie już wrócił do domu, teraz się relaksuje. Ma jeszcze tyle roboty. Przed nim kampania na Śląsku.

Najgorsze, że nawet premier nie załatwi powrotu tamtej nudy. Przyjdą upały i huragany. Będą przerwy w dostawach energii elektrycznej, kolejki do beczkowozu, kryzys śmieciowy. Nastąpią rzeczy, które miały się nie zdarzać. Może komuś, ale nie nam. Może gdzieś, ale nie tutaj. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Ciekawe, jak w tym roku z grzybami?

rysunek ARKADIUSZ HAPKA

Marcin Wicha (ur. 1972), grafik, projektuje okładki, plakaty, znaki graficzne. Pisarz. Nagrodzony Paszportem "Polityki" 2017 w kategorii literatura za Rzeczy, których nie wyrzuciłem.

OPOWIADANIE

Decydujący rzut

Tata nie był chętny, żebym zapisała się na judo. Gdybym była synem, to byłby chętny, sam przecież trenował judo, ale że byłam córką, a co za tym idzie dziewczyną, a właściwie kobietą, to nie był chętny. Uważał, że o ile chłopakom judo rzeźbiło męską, kształtną sylwetkę, o tyle z dziewczyn robiło umięśnione kwadraty, biodra wypychało do szerokości tyłka, a tyłek przycinało do bioder, w dodatku rosły takiej dziewczynie barki, a piersi się kurczyły, uważał nawet, że dziewczynom trenującym judo dzieje się coś z twarzą, że ta twarz z wysiłku i ciągłych padów, z tego napinania mięśni, gdy uderza się całym ciałem o matę, nabiera kanciastych, ostrych rysów i kształtów, oczywiście, kwadratowych.

Nie wiem, skąd mu się to wzięło, i nawet spytałam go po trzech latach treningów, które miałam sześć razy w tygodniu po dwie godziny, co jakoś nie wpłynęło na moją sylwetkę i twarz, podobnie jak na moją przyjaciółkę, z którą już nie raz całowałyśmy się pod prysznicem, choć może inne koleżanki stały się trochę bardziej przysadziste, czego za bardzo nie byłam pewna, bo podejrzewałam, że na moje postrzeganie ich rzekomych zmian miała wpływ ojcowska teoria, ale moja młodość nie pozwalała na przyznanie racji starszym, a tym bardziej rodzicowi, dlatego któregoś dnia spytałam tatę, skąd wytrzasnął tę teorię, że judo zmienia sylwetkę kobiet, gdy nie zmienia.

- Z praktyki popartej obserwacją - odpowiedział bez zmrużenia okiem i kazał mi dokładnie obejrzeć swoje stopy, czy już czegoś nie zauważyłam. Nie zauważyłam. - Każdy judoka prędzej czy później dostaje płaskostopia - powiedział z lekkim uśmieszkiem i pokazał mi swoje stopy, które były wzorcowym przykładem platfusa.

ŁUP!

Nie wiem, czy był ze mnie dumny, czy mi zazdrościł. Podczas sześciu lat uprawiania judo nie osiągnął takich sukcesów, jakie ja osiągnęłam w ciągu moich sześciu. Jako junior zdobył tylko mistrzostwo makroregionu w wadze do sześćdziesięciu sześciu kilogramów. W seniorach nie zaistniał, przyplątała mu się kontuzja barku, złamał obojczyk i przerwał treningi - na zawsze. Ja byłam dwukrotną mistrzynią kraju juniorek w wadze do sześćdziesięciu trzech kilo. A gdy tylko osiągnęłam pełnoletność, natychmiast wciągnęli mnie do kadry narodowej seniorek, tym bardziej, że mieli ku temu powód, skoro jeszcze jako nastolatka zdobyłam mistrzostwo kraju, a teraz, po dwóch latach w seniorkach, zakwalifikowałam się na mistrzostwa świata.

Do judo byłam zrodzona, jak to mówią. W kadrze seniorek potrafiłam wytrzymać podwojoną liczbę treningów, po dwa dziennie. Zresztą nie miałam innego wyjścia. Mistrzostwa się zbliżały.

ŁUP!

Nie każdy lubi zapach maty - gumy zmieszanej z potem. Zaduch sali treningowej. Nie każdy lubi siniaki, otarcia i ból krzyża. Nie trzeba tego lubić, by być mistrzem judo, wystarczy, że nie przeszkadza. Podobnie z wysiłkiem. Nie można się go bać, tego momentu, gdy zamiast śliny czuć krew w ustach, powietrze kroi wnętrze nosa jak ostre noże, a przed oczami faluje obraz, stąd powiedzenie, że ze zmęczenia zaczynasz pływać. Piłkarze na takie zmęczenie mówią, że oddychasz rękawami.

Nie mogą też przeszkadzać kontuzje. Na kontuzjach daleko nie zajdziesz. Kontuzje to rzut na ippon i koniec walki. Mnie szczęśliwie kontuzje omijały, co podobno łączy się z predyspozycjami do danego sportu. Raz tylko na treningu moja ukochana, która jednocześnie była moją sparingpartnerką, złamała mi nos. Przypadkowo. Gdy byłyśmy w parterze, próbowała zdusić mnie judogą, ale kołnierz zamiast na szyję naszedł na nos, Wiera szarpnęła, a mi coś chrupnęło w środku. Wcale tak mocno nie bolało, ale nos napuchł, co nieładnie wyglądało, jakbym była jakąś bokserką, i utrudniało oddychanie.

Poszłam do chirurga klubowego, kazał mi usiąść i przez chwilę przyglądał się opuchliźnie, badał palcami, aż spytał: - Tu? - delikatnie dotykając małego guzka, który wyskoczył mi z prawej strony nasady nosa, już chciałam odpowiedzieć, że chyba tak, gdy chirurg gwałtownie nacisnął, chrupnęło, poleciały łzy i nagle poczułam, że znowu swobodnie oddycham. Nastawił mi nos, ale za tydzień miałam zawody, złamanie nie zdążyło się zagoić i podczas walki odnowiła mi się kontuzja, ciężkie oddychanie, a właściwie żadne, musiałam oddychać ustami, na szczęście dobrze mi szło, dość szybko kończyłam walki decydującym rzutem, bo byłam po prostu najlepsza.

ŁUP!

Musieli mi ten nos nastawić operacyjnie. Trochę się bałam, bo pierwszy raz miałam być pod narkozą. Gdy już leżałam na stole operacyjnym i miałam wbitą igłę w żyłę w ręce, z niepokojem powiedziałam, że nic się nie dzieje, a przecież się spodziewałam, że pewnie powinnam już usnąć, żeby mogli mi ten nos zrobić, wtedy taka miła pielęgniarka nachyliła się nade mną i szepnęła: - Nic się nie martw kochanie, przełknij po prostu ślinę.

Przełknęłam i nawet nie zarejestrowałam zapadnięcia w niebyt, bo natychmiast przebudziłam się z nosem wypchanym bandażami i próbowałam iść o własnych siłach, bo przecież jako judoczka doskonale trzymałam się na nogach, ale nie tym razem, nie tym razem... Teraz nogi miałam miękkie od głupiego jasia, który wciąż krążył w mojej krwi, co bardzo mnie śmieszyło, choć nie czułam radości, lecz zaniepokojenie. Miła pielęgniarka wzięła mnie pod ramię, mówiąc, żebym ostrożnie stawiała nogi, i czułam się, jakbym ponownie uczyła się chodzić.

Na drugi dzień wyciągali mi długie, wąskie bandaże z jednej dziurki od nosa i z drugiej. Skrzepy krwi odrywały się od ścianek nozdrzy, łzy leciały samoistnie, a te bandaże miały po jakieś dwa metry długości! Że też tyle może zmieścić się w jednej dziurce od nosa. Nie było to przyjemne, łaskotanie połączone z bólem, ale to mnie nie przerażało. Jestem raczej odporna na ból fizyczny. Chyba gorzej się czułam, wspominając ten moment, gdy po przełknięciu śliny zniknęłam pod wpływem narkozy. I gdyby mnie nie przebudzili, nawet bym nie wiedziała, że istniałam albo że umarłam. To tak będzie po tej naszej śmierci? Nic? I nawet brak świadomości tego niczego? Całkowite nieczucie? A może właśnie o to chodzi? Może to nasze zbawienie? Wolność od wszelkich zmysłów. Bezzmysłowość?

ŁUP!

Poza tym nie miałam żadnych złamań ani odnawiających się naciągnięć ścięgien, kręgosłup też wszystko wytrzymywał. Według trenera po prostu doskonale technicznie wykonywałam rzuty, a to zapobiegało wszelkim nadwyrężeniom, jakimkolwiek kontuzjom.

ŁUP!

Ustąp, aby zwyciężyć - to podstawowa zasada judo. Wykorzystać siłę przeciwnika. Moim ulubionym rzutem było morote seoi nage na prawą stronę. Gdy tylko udało mi się odpowiednim szarpnięciem wytrącić przeciwniczkę z równowagi, natychmiast wskakiwałam pod nią z jednoczesnym obrotem, naciągałam na siebie i przerzucałam przez prawy bark, ściągając pod siebie tak, by upadła na plecy, a ja na nią, co często kończyło walkę przed czasem. Oczywiście nie zawsze się to udawało, rzadziej niż częściej.

Zazwyczaj trzeba było się szarpać całe pięć minut i wygrywać na punkty, męcząca sprawa. Świat wtedy kurczył się do zamkniętej przestrzeni walki, ograniczonej kwadratem osiem metrów na osiem, poza który nie można było dać się wypchnąć, bo traciło się punkty, i nic więcej poza tą przestrzenią się nie liczyło, żaden zewnętrzny świat. Należało przetrwać narastające zmęczenie i uważać, być czujną, skoncentrowaną, by nie przegrać przez decydujący rzut, samej próbując go zastosować.

Rzadko wygrywałam w parterze, jeśli już, to trzymaniem, czasami wychodziło mi duszenie, tylko w juniorkach młodszych udawało mi się załatwić przeciwniczkę dźwignią. Za to w łóżku...

ŁUP!

Moja Wiera smakowała jak ostryga, uwielbiałam ją lizać, cmokać, delikatnie wysysać. Przez dwa lata naszego związku poznałyśmy swój smak, zapach, swoją miękkość, lepkość, gładkość i szorstkość. Ale pewnego dnia Wiera powiedziała, że poznała chłopaka. Chłopaka?! Tak, i będzie chciała mieć z nim dziecko. Dziecko?! - Zresztą przez te twoje treningi nie miałaś już dla mnie czasu - wyrzucała mi, no bo fakt, że treningi zabierały mi coraz więcej czasu, a Wiera ostatecznie zrezygnowała z judo.

Odejście Wiery było decydującym rzutem, po którym padasz na plecy i przegrywasz przez ippon, czymś, czego się nie spodziewałam, a od lat nie przegrałam przed czasem. By zagłuszyć stratę miłości, zasypać tę dziurę, którą we mnie wydarła, jeszcze ciężej harowałam na treningach, zostawiałam na macie całą moją złość do tego łysiejącego czterdziestolatka, dwadzieścia lat starszego od Wiery, którego znałam ze zdjęć w sieci, milionera pieprzonego, który zobaczył Wierę na jakichś zawodach i za jego namową rzuciła judo i postanowiła mieć dziecko. Gówno nie dziecko! Wygodne życie chciała mieć! A że ładna była, to się ustawiła...

I może przez ten mój ból, przez to cierpienie, które mnie oślepiało, jakbym patrzyła pod słońce, tak że z wyczerpania po każdym treningu widziałam czarne powidoki nieistniejących planet, które krążyły wokół mnie i we mnie, gdyby nie ta udręka cierpienia, którą próbowałam wybić z siebie katorżniczymi przygotowaniami do mistrzostw świata, być może nie zdarzyłoby się to, co nie powinno się zdarzyć, a jednak się zdarzyło i teraz mam za swoje...

ŁUP!

To było dwa tygodnie przed wyjazdem na mistrzostwa świata. Tego dnia trener był bardzo nerwowy, co zaprzeczało jego spokojnemu charakterowi, flegmatycznej postawie, żółwiej powolności, wyszlifowanej podczas wieloletnich medytacji. Czasami za jego plecami podśmiewałyśmy się, że przed wejściem na matę system nerwowy zostawiał w szatni, taki był wyciszony. Ale tym razem wdarło się za nim na matę coś, co zepsuło jego postawę, z powodu której między innymi tak go szanowałyśmy. To nie znaczy, że tego dnia nagle przestałyśmy go szanować, ale nagle przestał byś naszym wsparciem, część jego autorytetu uleciała i jakoś mniej nam się chciało go słuchać, a co za tym szło, wykonywać ćwiczenia. Miotała nim jakaś niepewność, która sprawiała, że rozgrzewka nie miała rytmu, rwana była, on sam nie potrafił ustać w miejscu, a komendy wykrzykiwał piskliwym zaśpiewem, zamiast - jak to miał w zwyczaju - wypowiadać je stonowanym, ale donośnym głosem. W dotychczas zdyscyplinowany program treningu wdarła się jakaś arytmia. Zaczęłyśmy w napięciu czegoś oczekiwać, choć nie wiedziałyśmy czego i to nas bardziej zajmowało od wykonywania ćwiczeń.

Nie wiadomo skąd i dlaczego w pewnym momencie dziewczyny zaczęły szeptać między sobą, że dziś miał nas odwiedzić jakiś ważny gość, z tych najważniejszych, a może nawet najważniejszy. I stąd ta nerwowość trenera, który nie lubił tego rodzaju niespodzianek, a już szczególnie ze strony tych najważniejszych.

Za bardzo nie uwierzyłyśmy w tę plotkę, no bo jak to tak? On? U nas? Po co? W jakim celu? Bo sam kiedyś był judoką, jak wiedziałyśmy z gazet, telewizji, i tych wszystkich bohaterskich opowieści, które miały uwznioślić Go w naszych oczach, wywyższyć w naszych myślach i wyobrażeniach o Nim, powiększyć na tle wszystkich Jemu podległych, których jednocześnie to Jego powiększenie pomniejszało?

ŁUP!

A jednak niemożliwe okazało się rzeczywistością.

ŁUP!

Pojawił się w drzwiach hali pod koniec treningu, w judodze. Dwóch małpoludów z obstawy chciało za Nim wejść, ale zatrzymał ich w progu stanowczym gestem, mata rzecz święta, zakazana dla buciorów, ale już dziennikarza w skarpetkach i operatora z kamerą, też w skarpetkach, wpuścił. Sam wszedł na matę, uprzednio czyniąc rytualny ukłon.

Trener, który był od Niego wyższy, teraz nagle stał się niższy, cały krążył wokół Jego postaci w ukłonach, jakbyśmy byli w Japonii. A On szedł w naszą stronę, swobodny, uśmiechnięty, lśniący na twarzy wygładzonej tymi wszystkimi pilingami, które sprawiały, że jego sześćdziesięciokilkuletnia cera zachowywała młodzieńczą świeżość, choć gdy się zbliżył, nie dało się ukryć, że z tą młodzieńczą świeżością trochę przesadziłam, prawdopodobnie dlatego, że bardzo chciałam, by moje wyobrażenie o Nim pokrywało się z rzeczywistością.

- A wiecie, że też tu kiedyś trenowałem? - zagadnął wesoło. Pewnie mało która z dziewczyn to wiedziała, ale ja wiedziałam, bo powiedział mi o tym tata, o tym, że On ćwiczył tu za czasów swojej wczesnej, tajnej kariery, o której lepiej nic nie mówić, a może nawet nie myśleć, żeby tych myśli nikt nie usłyszał, bo jeszcze mogłyby się okazać prawdą... A przecież tak wielu w naszym kraju Go kochało, prawie każda dziewczyna chciała się z Nim przespać, ja nie za bardzo, bo w moim sercu wciąż mieszkała Wiera.

- Podobno jesteście najlepsze! - Wyraźnie chciał nas ośmielić, nasz opiekun, bohater, którego znałyśmy ze zdjęć i telewizji, uśmiechniętego, zamyślonego, zatroskanego, pouczającego innych władców świata, największego z nich, choć z pewnością nie najwyższego, grożącego im, idącego między złotymi ścianami swojego urzędu, jednocześnie będącego najbardziej ludzkim z ludzi, gdy spotykał się ze zwykłymi obywatelami, by cierpliwie wysłuchiwać ich trosk, w tej telewizji.

Ale ja najlepiej zapamiętałam Go ze zdjęcia, gdzie z obnażonym torsem jechał na oklep na brunatnym niedźwiedziu przez rzekę, której wody rozpryskiwały się pod ciężarem Jego i zwierzęcia.

ŁUP!

W tych wszystkich medialnych przekazach zawsze wydawał się spory chłop, a gdy tak stanął przy mnie, byliśmy tego samego wzrostu.

ŁUP!

- No to może zmierzę się z którąś z przyszłych mistrzyń? - zagadnął wesoło i spojrzał na mnie, bo akurat przy mnie stał i faktycznie byliśmy tego samego wzrostu i podobnej wagi. Mimo swojego wieku trzymał się dobrze, szczupły i prawdopodobnie umięśniony, czego pod judogą za bardzo nie było widać, ale na tych wszystkich zdjęciach lubił przecież pokazywać tors, jak z tym niedźwiedziem albo wśród szuwarów ze strzelbą z lunetą, jakby na jakimś safari był zaczajony na grubego zwierza, a może nawet samego lwa.

- Doskonale pan wybrał! - zapalił się trener. - To nasza nadzieja na mistrzostwo! - zaśpiewał podekscytowany, ale to chyba były nerwy. - Proponuję ją wypróbować - dodał jeszcze, jakbym była jakimś przedmiotem czy dmuchaną lalą o wiadomym przeznaczeniu.

- No to spróbujmy. - On puścił do mnie oczko i troszkę się rozluźniłam, bo przecież każdy by się spiął, gdyby na niego padło.

ŁUP!

Przyjęliśmy postawę, ale na takim niby-luzie, bo przecież to miała być zabawa dla kamer, pokazująca, że On dba o swoich obywateli, sportowców, wspiera swoją siłą judoczki, co na mistrzostwa się wybierają.

Gdy chwyciliśmy się za judogi, od razu poznałam, że kiedyś trenował, tego się nie zapomina, miał mocny chwyt i postawę na ugiętych nogach, gdy się przesuwaliśmy, nie odrywał stóp od maty, dbając o to, by mieć z nią cały czas styczność.

Próbował prostych podcięć, raz nawet zamarkował harai goshi i mogłam Go bez trudu skontrować, przecież czułam, że to jedynie facet po sześćdziesiątce, niemający już tej siły w rękach ani nogach, bez refleksu potrzebnego do zaskoczenia mnie decydującym rzutem, w ogóle jakimś rzutem, w żaden sposób nie mógłby mnie nawet sprowadzić do parteru albo wypchnąć poza pole walki, po prostu był na to za słaby, a w dodatku przypominał mi trochę tego dupka, do którego odeszła ode mnie Wiera, co nagle przemknęło mi przez głowę. Mogłam Go skontrować i powalić na biodro, bok, plecy, ale nie skontrowałam. Jakoś głupio mi było. Wyczuł to. Zauważył. I chyba Go trochę ubodło, że daję mu fory.

- Walcz naprawdę - sapnął. - Naprawdę? - odsapnęłam. - Naprawdę - potwierdził.

ŁUP!

Coś przeskoczyło mi w tym głupim łbie. Jak naprawdę, to naprawdę. Szarpnęłam najmocniej, jak potrafiłam. Zaskakująco lekko pozbyłam Go stabilności, już nie miał ugiętych kolan, ale przez to szarpnięcie wyprostowane, nie stał już całymi stopami na macie, tylko na palcach, z oderwanymi od maty piętami, naciągnęłam go więc na siebie.

ŁUP!

I z błyskawicznym obrotem wskoczyłam mu dupą pod jaja.

ŁUP!

Morote seoi nage!

ŁUP!

Szarpnęłam, narzuciłam na plecy, pociągnęłam i jak bezwładny manekin przeleciał przez mój prawy bark.

ŁUP!

Grzmotnął plecami o matę tak mocno, że aż jęknął. Widziałam przez chwilę tę jego twarz bardzo blisko mojej twarzy. W oczach totalne zaskoczenie, dlatego patrzył, nic nie widząc. Chuch, jaki wydostał się z jego ust, samoistnie, bezwiednie, pewnie z powodu uderzenia o matę, był chuchem starego człowieka, taki trupi zaduch. Czyli nawet w Nim coś się rozkładało, powodowane upływem czasu, w Nim, lepszym i ważniejszym od innych. Powaliłam Go nie tylko umiejętnościami, ale też swoją młodością.

Człowiek, który rządził jednym z największych mocarstw świata, który marzył o rządzeniu całym światem, który sprawiał, że wybuchały wojny, bo skoro już zaznał wszystkich dostępnych zabaw, to została mu tylko zabawa ludźmi, teraz leżał pode mną, w dodatku kobietą! Co prawda, leżał przez chwilę, ale jednak pod kobietą, w dyscyplinie, w której mężczyźni są silniejsi, i to ja byłam górą, a on chwytał oddech jak ryba powietrze zamiast wody i próbował mi chyba coś powiedzieć, ale nie mógł, bo od tego bezwładnego padu na matę trochę go zatkało, a ja w jakimś zaskoczeniu, zamyśleniu, wciąż go trzymałam, cały czas na nim leżąc.

ŁUP!

- Puść!

ŁUP!

Puściłam i wstałam.

ŁUP!

Podniósł się, jak najszybciej potrafił, żeby jednak leżeć pode mną jak najkrócej. Chciał się uśmiechnąć, że niby nic się nie stało, ale pokłosie uderzenia wciąż Go zatykało i zamiast słów zakaszlał raz, drugi, trzeci... aż go od tego kaszlu zgięło.

Usłyszałam jakiś chichot, nerwowy, piskliwy, pewnie to któraś z naszych, ale natychmiast ucięło go milczenie pozostałych, którzy ze zgrozą patrzyli na Niego, krztuszącego się i próbującego opanować kaszel.

Wreszcie opanował.

ŁUP!

Dwa małpoludy stały przy nim na macie. Ochroniarze nie zdjęli butów. Zauważył to. - Won! - ryknął na nich. - Mata to świętość! - I spojrzał na mnie. Zmroziło mnie to jego spojrzenie, bo nie było w nim żadnego życia, ale on uśmiechnął się, choć był to uśmiech przeznaczony dla innych, nie dla mnie, dla innych, aby zamazać fakt, że mój rzut, a Jego upadek, zrobiły na nim jakieś, prawdopodobnie nieprzyjemne wrażenie, takie, którego wolałby nie doznawać. W dodatku od kobiety.

Wyciągnął do mnie lewą rękę i uścisnął przez judogę mój prawy biceps. - Twarda - powiedział. - Dobra dziewczyna, takich nam potrzeba... - A ja odczułam ten jego uścisk jak groźbę, która niedługo się spełni.

Gdy wychodził w towarzystwie dziennikarza i operatora, usłyszałam, i pewnie wszyscy to usłyszeli, jak mówi do nich: - Macie to wykasować.

ŁUP!

I może nie zdarzyłoby się to, co musiało się stać, gdyby nie filmik z jakiejś komórki, pewnie którejś z dziewczyn, co chciała udokumentować na zawsze ważne wydarzenie Jego odwiedzin u nas, gdyby nie ten filmik, który głupia lafirynda, może dlatego, że mnie nie lubiła, bo przecież nigdy nie wiadomo, kto tak naprawdę cię lubi, a kto nie, gdyby ta anonimowa swołocz nie wrzuciła filmiku do sieci, by cały świat mógł sobie obejrzeć, jak Go rzucam na matę.

I cały świat miał okazję się z Niego pośmiać. I może nielicznym z tych, co się śmiali, przemknęło przez głowę pytanie o dalszy los tej dziewczyny, czyli mnie, która w naiwności swojej łupnęła Nim o matę jak workiem kartofli.

ŁUP!

No to teraz mówię. Przez ten filmik nie było odwrotu. Za poniżenie wywyższonego trener musiał wyrzucić mnie z kadry. I kazał mi czekać w domu na dalszy rozwój sytuacji. Czekałam nie za długo. Na schodach klatki schodowej rozległy się kroki, chyba kilku osób, może dwóch? Zbliżały się do naszego mieszkania. Przystanęły pod naszymi drzwiami. Nasłuchiwałam w napięciu tego, jak tamci, po drugiej stronie, nasłuchują mnie.

Ale to ich nasłuchiwanie trwało chwilę, podczas gdy moje trwało od dnia, w którym trener wyrzucił mnie z kadry, a może nawet już wcześniej, gdy rzuciłam Go o matę, a Wiera rzuciła mnie dla łysego milionera. Ich nasłuchiwanie trwało chwilę, bo dość szybko rozległo się pukanie do drzwi, które potężniało w moich uszach w głośne i ciężkie uderzenia pięścią.

ŁUP! ŁUP!

Nie skorzystali z dzwonka. Chyba wiedzieli, co robią, bo to walenie pięścią brzmiało tak samo głośno, jak moje łomotanie serca w piersi, jak to grzmotnięcie pleców o matę, które okazało się rzutem decydującym o moim dalszym życiu.

Te uderzenia pięścią w drzwi stopniowały narastanie mojego strachu, po każdym łupnięciu bałam się coraz bardziej i w pewnym momencie dotarło do mnie, że po raz pierwszy w życiu byłam tak przerażona, że nie mogłam w żaden sposób zareagować, siedziałam w przedpokoju zesztywniała, skupiająca się na tym, by nie zsikać się w majtki, a może jeszcze gorzej...

ŁUP! ŁUP!

I nagle szkoda mi się zrobiło tej mojej dwudziestoletniej młodości. I tego, że nie ma przy mnie Wiery.

ŁUP! ŁUP!

Bo wiedziałam, że muszę ich wpuścić.

ŁUP! ŁUP!

I wiedziałam, że musi nastąpić to, co zawsze w takich sytuacjach następowało.

ŁUP!

Nie byłam w stanie podnieść się z przysiadu, w którym zastygłam. Drzwi otworzył tata. Przez łzy dobrze nie widziałam, ale to chyba była Wiera. I jeszcze ktoś. Wchodzili do naszego domu.

ŁUP!

- Przyszliśmy po ciebie - usłyszałam.

DANIEL ODIJA (ur. 1974), dziennikarz, publicysta, pisarz, animator kultury. Jego powieści TartakKraina umarłych były nominowane do Nagrody Literackiej Nike.

Opowiadanie Daniela Odiji dostępne również w wersji audio

ZAPRENUMERUJ PISMO I SŁUCHAJ

w autobusie, domu, samochodzie. Gdziekolwiek chcesz.

Kup prenumeratę na magazynpismo.pl/prenumerata i słuchaj opowiadań: Joanny Bator, Sylwii Chutnik, Jakuba Małeckiego, Łukasza Orbitowskiego, Patrycji Pustkowiak i wielu innych.

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA "PISMA" POLECA W SIERPNIU:

5 sierpnia 2019

Bauhaus we Wrocławiu

W tym roku obchodzimy stulecie powstania słynnej niemieckiej szkoły projektowania. Z tej okazji "Label Magazine" zaprosił najlepszych polskich ilustratorów do stworzenia plakatów inspirowanych stylem Bauhausu i jego ideami. Inicjatywie towarzyszy cykl wystaw w PURO Hotels, w ramach którego można oglądać prace między innymi Michała Batorego, Joanny Gniady, Patryka Hardzieja, Pawła Jońcy czy Andrzeja Pągowskiego. Najbliższa wystawa we Wrocławiu potrwa od 5 do 19 sierpnia, kolejne odbędą się jesienią, w Poznaniu i Krakowie.

WIĘCEJ: label-magazine.com

9 sierpnia 2019

Czytaj w Zakopanem

Tegoroczna, czwarta edycja Zakopiańskiego Festiwalu Literackiego odbywa się pod hasłem "Zaczytane Zakopane". Organizatorzy chcą przywrócić pamięć o bogatym życiu kulturalnym miasta, w którym w dwudziestoleciu międzywojennym działali tacy twórcy jak Witkacy, Jan Kasprowicz czy Zofia Stryjeńska. W ramach festiwalu przewidziano spotkania autorskie (między innymi z Markiem Bieńczykiem, Sylwią Chutnik i Tomaszem Jastrunem), dyskusje językoznawcze, pokazy filmów, wernisaże wystaw malarstwa i fotografii oraz koncerty. Wydarzeniem towarzyszącym są targi "Pod Tatry tylko z książką".

WIĘCEJ: literackifestiwal.zakopane.eu

15 sierpnia 2019

Literacki Sopot - edycja brytyjska

Motywem przewodnim tegorocznej edycji jest kultura Wielkiej Brytanii. Organizatorzy przygotowali bogaty program, w tym debaty, spotkania z autorami i autorkami (między innymi Reni Eddo-Lodge czy Ntailan Lolkoki), targi książki, pokazy filmowe, spektakle, warsztaty kreatywnego pisania oraz sekcję "Literacki dla dzieci" (w tym grę z misiem Paddingtonem w roli głównej), a także warsztaty kulinarne inspirowane kuchnią Jane Austen. Polecamy zwłaszcza rozmowę naszej redaktorki naczelnej Magdaleny Kicińskiej z Sarah Hall pod tytułem "London calling: sufrażystki, aktywistki, pisarki". Opowiadanie tej autorki, Godzina luksusu, wciąż możecie przeczytać na naszej stronie lub posłuchać wersji audio w wykonaniu Piotra Roguckiego (z szumem morza w tle).

WIĘCEJ: literackisopot.pl

23 sierpnia 2019

Miedzianka Fest

Tegoroczne hasło przewodnie festiwalu reportażu brzmi "BYŁO-NIE-BYŁO". Przez trzy dni autorzy i autorki oraz zaproszeni goście będą dyskutować i szukać punktów, w których przecinają się fikcja literacka i literatura faktu. W ramach festiwalu odbędą się również warsztaty, prelekcje, spektakle, koncerty i spacery. Do Miedzianki przyjadą między innymi: Dorota Brauntsch, Magdalena Grzebałkowska, Małgorzata Rejmer, Agata Romaniuk, Olga Wiechnik, Kamil Bałuk, Przemysław Czapliński, Jarosław Mikołajewski, Andrzej Muszyński, Piotr Rypson, Filip Springer i Mariusz Szczygieł.

WIĘCEJ: miedziankafest.pl