OPOWIADANIE
Pandemino. Dziennik czasów zamknięcia
tekst SYLWIA CHUTNIK
Balkony to cały świat. Ludzie wyleźli na nie w gaciach, wałkach na głowie i starych tiszertach. Coś tam niby gmerają w uschniętych badylach, ale tak naprawdę tylko filują na boki w poszukiwaniu innych żywych. Żeby sobie popatrzeć. Część z nich pali papierosy po kątach, bo towar reglamentowany i głupio byłoby, gdyby ktoś chciał się poczęstować. Jeden papieros kosztuje na czarnym rynku około 5 złotych. Palony jest na dwa-trzy razy. Zwykle wieczorem, przed snem, kiedy jest nam już wszystko jedno, ale człowiek i tak jest dumny z tego, że przeżył kolejny dzień, a ogólnie nic strasznego się nie stało. Nie więcej niż to, co i tak jest wokół: jeden wielki koszmar.
Armagedon miał być nagły, spektakularny jak w amerykańskim filmie. Trzęsienie ziemi, wielki pożar czy Godzilla zjadająca cywilizację. Koniec przybył jednak w formie pandemii. Dość zaskakującej, bo niewidocznej, a przez to nierealnej. Bo kto z nas traktował kiedykolwiek poważnie te wszystkie dziwne kształty pod szkłem mikroskopu? No dobrze: może ci ekscytujący się biologią. Ale to tak, jakby koniec świata przybrał formę znaczka pocztowego, na którym znają się tylko zagorzali filateliści. Niszowe to widowisko i wcale niewidowiskowe.
NAKŁADAM MASKĘ z podwójnym filtrem i krzątam się jak rasowa ogrodniczka, chociaż to dopiero początek sadzenia. Czyszczę zapyziałe po zimie doniczki, pucuję barierki i zastanawiam się, czy w nowym sezonie wiosennym jest sens stawiać krzesła. Siadam więc w kucki oparta o ścianę i piję pierwszą herbatę w pełnym słońcu.
Zaraz wychyla się sąsiadka: - O matko, jak cudownie, że cię widzę. Ostatni raz zobaczyłam kogokolwiek tydzień temu. Dziwne uczucie, nie wiem, czy umiem jeszcze rozmawiać. - Gadamy więc niezobowiązująco, wykonując przy tym różne czynności. Psikam zraszaczem wielkie liście palmy, które zrobiły się całkiem żółte od kaloryferowego powietrza. Opowiadam o tym, co przeczytałam w internecie. Sąsiadka mówi o tym, co jej się wydaje. Dozujemy chaotyczne doniesienia, które można streścić jednym słowem: przesrane. Jeszcze chwila, a wiedzę o świecie będę czerpała tylko z memów, bo nie jestem w stanie ciągle zaglądać do portali informacyjnych. Co innego sąsiadka - jak tylko otworzy oczy, zaraz łapie telefon i mruczy pod nosem: "Ciekawe, ilu zmarło, a ilu jest zarażonych". Zaczynam podejrzewać, że czerpie dziwną satysfakcję z apokalipsy.
Balkon to nowa kawiarnia. Stoimy oparte o barierki. Na zewnątrz nie ma nic. Cienkie kikuty wieżowców wbijają się na horyzoncie w chmury i zatrzymują kulę ziemską niczym zacięta igła adapteru. Próbuję dostrzec jakieś znaki na niebie. Napotykam wzrok dziewczyny, która mieszka naprzeciwko, w Domu Bogatych Ludzi. Widzę ją pierwszy raz, zwykle pewnie wracała do mieszkania, kiedy zapadał zmrok. Wjeżdżała samochodem do podziemnego garażu, potem windą na trzecie piętro i zasłaniała rolety. Teraz patrzymy na siebie, odrobinę zaciekawione i speszone. Ona stoi w koszulce na ramiączka i majtkach. Ja z rozczochranymi włosami, jakaś taka wymemłana. Jestem pewna, że gdybyśmy spotkały się następnym razem na ulicy, to nie byłoby żadnego "dzień dobry" i w ogóle niczego, bo nasze światy są od siebie odlegle. Nie mają żadnych punktów wspólnych. Teraz jest inaczej. Wszystkie zostałyśmy więźniarkami.
Cofam się do mieszkania i siadam na skraju łóżka.
Jeszcze nigdy wyglądanie przez okno nie było tak frapujące. Futryna niczym ozdobna rama w jakimś ważnym muzeum. Mam zawężone pole widzenia, dzięki temu mniej się rozpraszam i szukam nowych doznań. Jest po prostu tylko to, co jest, świat poza tym nie istnieje. Ktoś go skadrował w programie komputerowym, zminimalizował, dostosowując do moich i tak coraz mniejszych potrzeb. Opieram więc łokcie o parapet, a czoło o szybę. I patrzę. Nigdzie się nie spieszę i nic mnie już nie uratuje. W poprzednim życiu musiałabym pewnie zapłacić mnóstwo kasy za wypasione warsztaty skupiania się i "życia tutaj, teraz". A tak to: proszę. Sama sobie wytłumaczyłam już jakiś czas temu, że nie ma się co wygłupiać z ambitnym repertuarem i po prostu należy skupić się na oddychaniu. Oddech zaparowuje część widoku, przez co obraz staje się nierealny.
I emocjonujący. O, przejechał samochód policyjny, z głośników poleciały niezrozumiałe słowa. Pewnie coś o niewychodzeniu z domu oraz zakładaniu ubrania ochronnego. Przez ulicę przebiegł kot. Skąd się tu wziął? Kilka dni temu zabito większość zwierząt w mieście, teoretycznie ze względu na podejrzenie roznoszenia nowej wersji zmutowanego wirusa. Realia są podobno bardziej prozaiczne: nie ma co jeść. Brakuje artykułów spożywczych dla ludzi, a co dopiero dla tych wszystkich kanapowych piesków i rozleniwionych kotków. Plotka głosi, że część zwierząt została zabita dla mięsa przeznaczonego na dożywianie najbardziej potrzebujących. Skąd takie plotki? Roznoszą się w szeptach przed sklepem, w zaułkach lub w bramach, nie wiadomo, kto je rozsiewa i kto powtarza. Zakażają jednak umysł i rozpalają wyobraźnię. Wczoraj, kiedy wyszłam na chwilę przed kamienicę do śmietnika, usłyszałam, jak ktoś ostrzegał: - Trupy jadą od razu na badania medyczne, a ci, co jeszcze żyją, są celowo truci, żeby szybciej umarli. - Na pytanie drugiej osoby, czemu komuś miałoby zależeć na naszej śmierci, odpowiedź była jedna: chcą zrównać z ziemią wszystko, co po nas pozostanie, a następnie wybudować wielkie zakłady produkcyjne. Fabryki i magazyny, w których będą pracować niedobitki pandemii: dzieci, ubodzy, być może roboty. Towary będą wysyłane na Marsa, gdzie jest już przygotowana kolonia dla najbogatszych. Masowa ewakuacja planety Ziemia: do tego potrzebny był ten wirus, nad którym od lat pracowano w sekrecie w rządowych laboratoriach. Przyszłam do domu i długo nie mogłam się pozbierać. Śniły mi się potem niekończące się taśmy produkcyjne, po których jeździły idealnie skręcone regały BILLY dla bogatych ludzi na Marsie, żeby mieli gdzie trzymać wypchane głowy tych, którzy mieli trochę mniej szczęścia. We śnie pracowałam w takiej fabryce. Prawie nic nie widziałam ze zmęczenia. Stałam przy taśmie dzień i noc, nie miałam już domu, więc nie miałam gdzie wracać po pracy. Idealny scenariusz każdej korporacji. Problem work-life balance rozwiązany. Jest tylko work.
Czy przypadkiem nie jest jednak odwrotnie? Zostało tylko życie, ale bez pracy. Dla wielu osób egzystencja staje się więc bezcelowa. Uczono nas, że od przedszkola należy pracować na swoje CV, a kiedy nie ma już gdzie składać dokumentów, snujemy się bezużyteczne i markujemy zainteresowanie czymkolwiek.
Idę więc do przedpokoju i udaję, że sprzątam w pawlaczu. Wyjmuję zapleśniałe słoiki z przetworami oraz kolekcję muchołapek. Stojąc na drabinie i grzebiąc w głębokiej wnęce, mam ochotę wdrapać się tam cała, zwinąć w kłębek i przeczekać to wszystko. Zamiast tego tchórzę (jak zwykle) i siadam zmęczona na podłodze. Opieram plecy o ścianę. Słyszę kroki na klatce, to rzadkość, bo niewiele osób pozostało w budynku. Wyglądam przez wizjer, ale widzę tylko wirujący kurz, który unosi się w resztkach słońca.
Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji
Rzecz gustu
CZYLI REDAKCJA "PISMA" POLECA W CZERWCU:
Świat objęty pandemią ulega stopniowemu "odmrażaniu". Choć odwołano wiele festiwali i wydarzeń, to część z nich przeniosła się do sieci, część zmieniła termin, ale są też takie, które przekształciły się w całkowicie nowe przedsięwzięcia. A ponieważ wsparcie dla kultury jest teraz ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, polecamy nasz subiektywny przegląd najciekawszych inicjatyw kulturalnych w czerwcu.
Akcja "Książka na telefon"
Z powodu epidemii nawet czterdzieści procent małych księgarni może zbankrutować. Większość z nich działa bez zmian. Akcja "Książka na telefon" skupia lokalne księgarnie w całej Polsce i umożliwia bezpośredni kontakt z księgarzami, dzięki czemu (niemal) wszystkie uroki osobistych odwiedzin pomiędzy regałami - indywidualna porada, rekomendacja, a nawet kupowanie oczami (niektóre księgarnie oferują transmisję live swoich półek) - dostępne są z domowej kanapy. Wszystkie biorące udział w akcji księgarnie realizują wysyłkę na terenie całe go kraju. ksiazkanatelefon.pl
We Are One: A Global Film Festival
Do 7 czerwca, dzięki współpracy YouTube'a oraz Tribeci Enterprises, potrwa globalny festiwal We Are One, zorganizowany przez największe imprezy filmowe na świecie. Program, przygotowany przez organizatorów festiwali w Cannes, Wenecji, Karlowych Warach, Locarno, Nowym Jorku, San Sebastian, Marrakeszu, Sarajewie oraz Londynie, będzie różnorodny gatunkowo (wyświetlone zostaną zarówno fabuły, jak i dokumenty, krótkie metraże czy teledyski) i uzupełniony o spotkania online oraz panele dyskusyjne. Oprócz pokazów premierowych udostępnione zostaną też filmy, które znalazły się na wspomnianych festiwalach, ale z różnych względów nie doczekały się szerokiej dystrybucji. Dostęp jest bezpłatny, a seanse pozbawione reklam - wszystko po to, aby zachęcić widzów do przekazywania datków na Światową Organizację Zdrowia.
Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu zaprasza...
Znaki Apokalipsy: Międzynarodowa Wystawa Sztuki Współczesnej to monumentalna wystawa pod kuratelą Mirosławy i Kazimierza Rocheckich. Na ekspozycję składa się 177 dzieł 93 twórców z Polski, Danii, Słowacji, Ukrainy, Litwy, Francji i Brazylii. Zaproszeni do udziału artyści w ciągu dwóch lat realizowali swoje interdyscyplinarne wizje do otrzymanych fragmentów Apokalipsy Świętego Jana. Trudno nie myśleć o znaczącym momencie otwarcia wystawy na temat końca świata, bo jak piszą sami organizatorzy, "niewątpliwie przygotowywana od trzech lat wystawa Znaki Apokalipsy finalizuje się w najgorętszym momencie, w którym świadomość kruchości ludzkiego życia, a także zawodność dotychczas ustalonych na świecie porządku i hierarchii wartości tak bardzo się unaoczniły i spędzają nam sen z powiek".
...podobnie jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie...
Katastroficzny klimat zapewni też MSN w Warszawie. Na stronie wiekpolcienia.artmuseum.pl znajdziecie nie tylko przegląd prac zgromadzonych na wystawie Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany pod kuratelą Sebastiana Cichockiego i Jagny Lewandowskiej, ale również ułożoną z nich na wzór fizycznej wystawy opowieść, uzupełnioną o tekst oraz audioprzewodnik. Na ekspozycję składają się prace z ostatnich pięciu dekad nawiązujące do nieodwracalnych przemian na powierzchni Ziemi oraz wynikających z katastrofy klimatycznej nowych form solidarności i empatii. Dla tych, którzy zechcą obejrzeć wystawę stacjonarnie, MSN otworzy swój nadwiślański pawilon w połowie czerwca.
... i krakowskie Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK
W krakowskim MOCAK-u zobaczycie aż dziewięć wystaw, w tym cztery nowe ekspozycje. Szczególnie polecamy Współczesne modele realizmu pod kuratelą Moniki Kozioł, w ramach której zobaczycie m.in. prace Wilhelma Sasnala czy duetu artystycznego Markus Muntean i Adi Rosenblum. Dla tych, którzy wolą jednak pozostać w domu, MOCAK działa też online - na stronie muzeum możecie odbyć wirtualny spacer po ekspozycji, a aktualny spis wydarzeń znajdziecie na facebookowej grupie #MOCAKonline! Jesteśmy tu!
zdjęcia materiały prasowe
TYMCZASEM // FELIETON
Dzień Dziecka
Ojciec, zanim umarł, powiedział, żebym rzucił pracę. Miałem tego ranka nie jechać, byłem zajęty, dziś nie wpadnę, odwiedzę cię po operacji, widzimy się w piątek, mówią, że rutyna, spoko. Marta kazała mi jechać.
Ojciec powiedział, że wszystko będzie dobrze, że teraz będzie sobie zdrowiał, świetnie się składa, że akurat na wiosnę, i żebym jak najprędzej rzucił tę pracę.
Zrobiłem to kilka miesięcy później.
Potem zapomniałem Kieślowskiemu wszystkie bombastyczne trylogie, muzykę Preisnera, pokolorowane zdjęcia, za tę jedną scenę z filmu Przypadek, kiedy ojciec mówi: "Witek, nic nie musisz".
Bo tylko to można powiedzieć dzieciom.
Prezenty, klocki lego i matchboxy, kredki i obrazki przypinane do ściany specjalnymi pinezkami. Wycieczki, książki i letnie wakacje. Zwierzęta i rośliny. Wszystko, żebym kiedyś rzucił tę kretyńską pracę.
Najlepsze rzeczy dostajemy na początku. Nie po to, żeby je potem spłacać, tylko dlatego, że nam się należą.
Po to żebyśmy pamiętali, że nam się należą. Po to, żebyśmy wiedzieli, że zasługujemy na dobre rzeczy. Żebyśmy nie słuchali tych, którzy mówią inaczej. Żebyśmy się nie pozwolili szmacić. (Zasługujesz na coś lepszego. Rzuć tę pracę. Nic nie musisz).
I jeszcze wiem, że mój dziadek uwielbiał mojego ojca. I wiem, że moi pradziadkowie uwielbiali moją babcię. Nawet kiedy odbierali ją z aresztu. A potem kiedy wyszła za mąż, kiedy związała się z zawodowym rewolucjonistą, wiecznie zamykanym i ściganym, pradziadkowie przynieśli im w prezencie ślubnym kalafiora. Na nic innego nie było ich stać, czasy były ciężkie.
To jedyne, co się liczy.
Nigdy nie interesowały mnie drzewa genealogiczne. Zapomniałem większość historii, pogubiłem pamiątki. Ale kiedyś czytałem listy ludzi, którzy nie mają nawet grobu.
Najpierw pisał Leon. Stawiał zamaszyste litery. W pierwszej chwili można pomyśleć, że tych kresek i ciasnych pętelek nie sposób odczytać, ale potem niespodziewanie układają się w zdania, jedno słowo rzuca linę i pomaga wydobyć kolejne - kochani moi - najmilsi - piszemy 3 razy tygodniowo - wasza depesza - tak byśmy chcieli wiedzieć - znać wasz obecny tryb życia - piszcie - kochamy
- Leon chyba naprawdę zamierzał skończyć w połowie kartki, ale związki frazeologiczne galopowały przed siebie. Zanim litery zdążyły wyhamować, skończyło się miejsce. Jeszcze podpis - Wasz ojciec - i zawstydzony oddał kartkę żonie. Dla Belli zostało może ze dwa centymetry dolnego marginesu.
Więc swoje - Najukochańsi najmilsi - zapisała bardzo cienką nitką. Z każdym słowem litery stawały się mniejsze - puls zanikał - aż w dolnym prawym rogu zniknęło jej imię.
Dopiski na marginesie były już całkiem nieczytelne. Tylko - Bądź szczęśliwa. Adresatka nie wywiązała się z tego zadania.
Adres wpisał on. Potem któreś poszło na pocztę. Potem ktoś przybił pieczęć WARSCHAU, gapę i datownik.
Zagarnęliśmy dla siebie niszę spokoju. Zagarnęliśmy parędziesiąt lat pokoju i równowagi. Zajęliśmy te kilkanaście lat względnego dostatku. Naobiecywaliśmy dzieciom, że już zawsze tak będzie - że wszystko pod kontrolą. Dla was też starczy, mówiliśmy.
Nie wiem, co nas napadło, żeby opowiadać wam takie głupoty. Ale zapamiętajcie, proszę, zapamiętajcie, że kiedyś dostawałyście ogromne porcje lodów - żadnego tam mango z cykorią, zawsze wybierałyście czekoladowe i truskawkowe - a one topniały jak lodowce, kapały na wasze śliczne sukienki z napisami i wzorami, z pszczołami, kotami i pękami kwiatów, zapamiętajcie, że dostawałyście lalki, które nie za bardzo nam się podobały, piórniki, plecaki z bohaterami kreskówek, że dbaliśmy o świeże dostawy książeczek, a któregoś roku wykupiliśmy abonament do zoo - i że to wszystko miało sens.
Zapamiętajcie, proszę, że na to zasługujecie. Bądźcie szczęśliwe. W miarę możności.
rysunek ARKADIUSZ HAPKA
MARCIN WICHA (ur. 1972), grafik, projektuje okładki, plakaty, znaki graficzne. Pisarz. Nagrodzony Paszportem "Polityki" 2017 w kategorii literatura za Rzeczy, których nie wyrzuciłem.