Pismo. Magazyn Opinii 06/2019 - Marcin Wicha, Łukasz Zawada, Kazik Stańczak

Kup ebooka

10.00 zł
8.29 zł (8,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OPOWIADANIE

Obieg pieniężny

tekst KAZIK STAŃCZAK

Pamięci Konrada

Schylając się, by zawiązać but, na chodniku na placu Trzech Krzyży znalazłem złotówkę.

Zgubił ją wczoraj Andrzej Rowecki z Warszawy, który dostał ją jako resztę w sklepie spożywczym w Alejach Jerozolimskich 46. Resztę wydała mu tęga, rudowłosa sprzedawczyni, Mariola Kąkol, lat pięćdziesiąt, też z Warszawy. Jej syn, Paweł, lat dziewiętnaście, malarz pokojowy i student wieczorowego marketingu, oblał wczoraj po raz drugi egzamin na prawo jazdy.

W kasie sklepu złotówka znalazła się rankiem tego samego dnia, wpłacona przez studentkę drugiego roku historii Uniwersytetu Warszawskiego, Mariolę Zybert z Inowrocławia. Zapłaciła nią za pół kilograma jabłek. Kupując jabłka, Mariola była szczęśliwa, bo tego dnia dostała SMS od kolegi z roku, Krzysztofa Adamskiego z Pruszkowa, który jej się podoba. Krzysztof wysłał SMS dla żartu, bo mu się Mariola nie podoba wcale.

Mariola dostała tę złotówkę wraz z dziewiętnastoma złotymi (papierowa dziesiątka, piątka, dwuzłotówka i dwie złotówki) od koleżanki z pierwszego roku, Kamili Wieczorek z Tychów, której przedwczoraj sprzedała swój zeszłoroczny podręcznik.

Kiedy Kamila płaciła za książkę, nie myślała o nauce, ale o bracie, Robercie, lat dziesięć, chorym na astmę i czekającym na miejsce w sanatorium w Rabce.

To właśnie Robert dał jej pięć dni temu te dwadzieścia złotych ze swojej świnki-skarbonki. Złotówkę wrzucił tam trzy miesiące temu, w dniu urodzin, kiedy dostał ją od ojca chrzestnego, Konrada Zbroi, bezrobotnego górnika z Katowic, lat czterdzieści.

Dwa dni wcześniej Konrad pożyczył pięć złotych - w tym tę złotówkę - od Zdzisława Rumciaka z Dąbrowy Górniczej, lat pięćdziesiąt pięć, strażnika w Hucie Katowice. Tego dnia, w którym konsultant Roman Borucki z Warszawy, lat trzydzieści pięć, obiecywał sto milionów takich złotówek zarządowi za zwolnienie pięciu tysięcy takich Rumciaków, Rumciak wziął ją z wypłatą z rąk Agnieszki Ważniak, lat trzydzieści pięć, kasjerki zamieszkałej w Katowicach. Trafiła tam wpłacona jako zwrot zaliczki przez Jana Wojnę, lat trzydzieści siedem, kierowcę taksówki z Gliwic.

Wojno dostał ją dzień wcześniej od Kazimierza Mądrego z Krakowa, lat czterdzieści, dyrektora zarządzającego do spraw sprzedaży ubezpieczeń firmy Żyjmy Długo i Szczęśliwie, jako część zapłaty za kurs (szesnaście złotych pięćdziesiąt groszy) z dworca do hotelu Warszawa. Na dworcu Mądry prawie dał ją żebrzącemu narkomanowi, Jerzemu Wiśniewskiemu, lat trzydzieści trzy, kiedyś zdolnemu studentowi fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale w ostatniej chwili pomyślał, że powinien dać dwa złote.

Mądry znalazł ją dzień wcześniej w domu, w Myślenicach, kiedy odsunął szafkę w łazience, aby wyciągnąć grzebień (rogowy, kupiony w Egipcie!). Leżała tam rok, wypadła Wiktorowi Hetmańskiemu z Krakowa, wówczas lat dwadzieścia osiem, kiedy pomagał przy przeprowadzce. Hetmański umarł trzy miesiące później na raka. Znalazł ją na chodniku.

KAZIMIERZ STAŃCZAK (ur. 1960), doradca biznesowy. W 1991 roku obronił doktorat z ekonomii na University of Rochester w USA. W latach 1991-1995 był profesorem ekonomii na University of California Los Angeles. Żonaty, ma troje dzieci. Opowiadanie Obieg pieniężny z 2003 roku jest jego debiutem literackim.

OPOWIADANIE

Godzina luksusu

tekst SARAH HALL przełożyła DOBROMIŁA JANKOWSKA

Był ostatni tydzień sezonu, kąpielisko niemal całkowicie opustoszało. Pojawiła się o tej samej porze co zwykle, przebrała się w kostium, zostawiła ubranie w szafce i wyszła przez pachnący chlorem brodzik. W narożach betonowej posadzki widziała ślady szronu, podeszwy stóp bolały z zimna. Światło szeleściło pod błękitną powierzchnią. Zeszła po metalowej drabince i bez zawahania odpłynęła od krawędzi. W październiku wejście do nieogrzewanego basenu zdawało się aktem odwagi. Nie mogła za dużo myśleć. Woda była zimno przejrzysta. Kończyny zesztywniały od machania, podbródek zaczął piec. W połowie basenu spojrzała na ratownika zapadającego się w futrzany kaptur kurtki. Nic w jego wyglądzie nie sprawiało wrażenia, że byłby gotów zainterweniować w razie konieczności. Wzięła głęboki wdech i zniknęła pod wodą, by wynurzyć się kilka ruchów dalej. Już się obudziła, serce szarpało mocno. Obróciła się na plecy, poruszała rękami, energicznie machała nogami. Chmury powyżej były szare i szybko płynęły. Później może spadnie deszcz.

Przepłynęła dwadzieścia długości, oparła głowę na krawędzi i odpoczywała. Basen delikatnie odbijał się od piersi. Pasma światła mrugały i gasły w płynnej powierzchni. Latem nie dawało się tu pływać, nie było miejsca: wzburzony basen, dzieciaki wskakujące na bombę przy głębokim końcu. Niemal zero miejsca między opalającymi się ludźmi. W połowie września już niewielu się pojawiało. Jednak na torze obok dostrzegła starszą parę w czepkach. Zawsze widywała ich rano, płynęli obok siebie: ona z wysoko uniesioną brodą, on z zanurzoną. Ruszyła za nimi. Skinęli głowami na przywitanie, kiedy dotarła do głębszej części basenu, uśmiechnęła się. Wyszła. Piersi i uda z chłodu i wysiłku pokryły się czerwonymi plamami.

W szatni próbowała nie patrzeć w lustrze na swój brzuch, pomarszczony i nierówny. Wzięła prysznic, ubrała się i poszła do kafejki przy basenie. Jak zawsze tłoczno. Między stolikami zaparkowane wózki, ludzie przy laptopach i nad książkami. Resztki płatków, ciastek i serwetki. Na ścianach wisiały fotografie z lat trzydziestych, zdjęcia młodych kobiet skaczących z trampoliny - teraz już zdjętej - lub pozujących z rękami na biodrach. Wdzięk, energia innej epoki: ciemne, uszminkowane usta, proste zęby, oczywista pewność siebie. Bikini wysokie w talii i z lamówką. Sceny preindustrialne - otwarte niebo, czyste światło. Pięciopiętrowego budynku urzędu naprzeciwko parku jeszcze nie zbudowano. Londyn jeszcze nie wkroczył.

Mężczyzna za ladą odchylił się od burczącego ekspresu i przewidział jej zamówienie.

- Latte?

- Tak, poproszę.

W dolnej wardze nosił równiutki rząd srebrnych kółek. Głowę miał ostrzyżoną w paski.

- Przyniosę.

Usiadła przy oknie w rogu i patrzyła, jak para staruszków wychodzi z kąpieliska. Mieli lepszą kondycję od niej - pływali przynajmniej godzinę. Przez chwilę gawędzili, ociekając wodą, niewzruszeni rześkim wiatrem. Nogi kobiety były napięte od cienkich mięśni. Brzuch stanowił maleńkie wzniesienie pod kostiumem. On miał umięśnioną klatkę i siwą brodę, na brzuchu dużą bliznę po laparotomii. Byli tego samego wzrostu i wyglądali na idealnie dopasowanych, nawet czerwone czepki mieli podobne. Zastanawiała się, czy tę symetrię wykształcili przez lata. Czy kiedykolwiek się kłócili i okłamywali? Czy trzaskali drzwiami i wysyłali potajemne listy? Para rozdzieliła się i weszła do osobnych szatni. On utykał na jedną nogę. W basenie nie było tego widać. Czasami widziała, jak spokojna, towarzyska żabka mężczyzny zmienia się w energicznego motylka.

Basen całkowicie opustoszał. Ratownik opierał głowę na dłoni, miał zamknięte oczy, gwizdek przyczepiony do nadgarstka wisiał w powietrzu. Powierzchnia wody uspokoiła się do pięknego chemicznego błękitu.

Barman postawił kawę na stoliku. Otworzyła saszetkę z cukrem. Nie powinna go jeść - wciąż nie straciła wagi po ciąży - ale nigdy nie przekonała się do gorzkiej kawy. Popijała latte powoli. Basen oddziaływał na nią hipnotyzująco - woda taka uspokajająca i zachwycająca. Czas tutaj, po pływaniu, wyłączał się z całego dnia. Zwlekała wtedy, ignorowała telefon. Często musiała później biec, by załatwić sprawunki i wrócić na czas, żeby zmienić opiekunkę. "Godzina luksusu" - nazywał to Daniel, jakby sobie pobłażała, ale to był jedyny czas, który spędzała bez dziecka.

Po jakimś czasie podeszła do lady, zapłaciła i wyszła. Ruszyła pieszo przez park do domu. Wiatr się wzmagał, liście na drzewach energicznie się poruszały. Jakieś dzieci grały w polo na rowerach na jednym z twardych kortów, pędząc i uderzając krążkiem o metalową klatkę. Psy bawiły się na trawie. Minęła dawną rezydencję producenta szkła i starą hutę, jedno i drugie ukryte pod łopoczącymi plastikowymi kurtynami i rusztowaniem. Budynki zmieniano w galerię, zastanawiała się, czy nie starać się w niej o pracę.

Kiedy przyjechali tutaj z Danielem, nienawidziła miasta. Tęskniła za wiejskim kraj- obrazem hrabstwa Devon, zapachem torfu i janowca, końmi z rozwianymi grzywami, brakiem ludzi. Ale tak trzeba - dla lepiej opłacanej pracy, dla kultury: ciężar ofiarny Londynu okazał się zbyt wielki. Nie znosiła brudu, przemysłowej klaustrofobii, niemoralnie wysokich czynszów. Odkrycie tego parku wszystko zmieniło, a pobliska nieruchomość kosztowała akurat tyle, na ile było ich stać - mieszkanie z dwiema sypialniami w skromnej kamienicy dziewiętnastowiecznych rzemieślników.

Przeszła szpalerem platanów o ciemnych pniach. Za nimi znajdowała się polana. Jej blada smuga drżała na wietrze, pasy trawy jaśniały i ciemniały na przemian. Tę łąkę zasiano po kampanii prowadzonej przez Stowarzyszenie Przyjaciół Parku - również podpisała ich petycję. Przez sto lat zalegały tu nieużytki. Konie, które ciągnęły wozy z piaskiem do huty, wyjadły całą trawę. Kurz, stłuczka szklana i paliwo z pieców hutniczych zatruły glebę. Teraz polana znów stała się bujna, żyły tu pszczoły, myszy, a nawet pustułki - widziała, jak latają nad norkami i nurkują z zaskakującą prędkością. Trochę przypominał się jej dom. Ciekawe, co robią ludzie niemający dostępu do takich miejsc, miejsc mniej poukładanych. Zmieniają się w kamień.

Na łące unosił się suchy zapach jakby sieczki, trawy cmokały i cichły. Ogromne, wymyślne pajęczyny z poprzedniego miesiąca popękały i wolno unosiły się teraz w powietrzu. Jakiś mężczyzna szedł wyciętą w trawie ścieżką w jej kierunku. Odsunęła się, by go przepuścić, ale zatrzymał się i wyciągnął rękę.

- Emma?

Podniosła wzrok. Dopiero po chwili go rozpoznała. Ubrany w garnitur, pod krawatem. Następne pojawiły się rysy twarzy. Wyraziste kości policzkowe, tęczówki z dziwną jednorodnością koloru, bez podziałki i obwódek. Trochę starszy, miał włosy nieco ciemniejsze, niż zapamiętała, ale to był on.

- Mój Boże - powiedziała. - Cześć.

Nachylił się, by pocałować ją w policzek. Położyła dłoń na jego ramieniu, za bardzo odwróciła twarz i niezręcznie trafił w jej ucho.

- Wciąż mieszkasz w okolicy?

- Tak, niedaleko, przy Hillworth. Koło stacji.

- Ładnie tam.

- Tak - odparła. - Ładnie.

Wiatr nawiewał jej włosy na twarz. Nie umyła ich porządnie i nie rozczesała po basenie. Odsunęła wilgotny kosmyk z czoła. Kleił się od chloru. On patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Byłam popływać - wyjaśniła.

- Na kąpielisku?

Skinęła głową.

- Rany! Wciąż jest otwarte? Powinienem tam zajrzeć. Zimno?

- W porządku. Rześko.

Czy zapomniał? Zimna woda nigdy mu nie przeszkadzała.

Znowu przeczesała palcami włosy, zastanawiając się, co powiedzieć. Miała pustkę w głowie. Zaskoczenie. Choć powiedział wtedy, że wyjeżdża, spodziewała się, że mimo to na niego wpadnie, więc przez jakiś czas unikała okolicy. Po kilku miesiącach przestała się spodziewać i mieć nadzieję. Później urodziło się dziecko i życie gwałtownie się zmieniło. Założyła, że na dobre się wyprowadził. Im dłużej teraz na niego patrzyła, tym bardziej znajoma zdawała się jego twarz. Kształt ust, zbyt pełnych, zbyt namiętnych jak na mężczyznę, cienka biała blizna na górnej wardze.

- Gdzie teraz mieszkasz? - zapytała w końcu.

- W Brighton.

- Brighton!

- No wiem!

Uśmiechnął się. Jeden z jego przednich zębów był minimalnie bardziej kwadratowy, porcelanowa korona - po wypadku rowerowym, kiedy studiował medycynę, pamiętała tę historię. Lubiła stukać w ten ząb i w drugi obok, by usłyszeć różnicę. Poczuła gorąco rozlewające się po karku. Ostatnio wszystko zapominała - gdzie położyła torebkę, z której piersi karmiła dziecko, nazwisko artysty z pracy magisterskiej. Ale pamiętała jego usta, to, jak leżała tak blisko jego twarzy, że rysy zaczynały się zamazywać. Teraz pomyślała, że chce wyciągnąć rękę i dotknąć twardej, mokrej powierzchni jego ukruszonego zęba. Włożyła dłonie do kieszeni płaszcza. Wokół trawa kołysała się i syczała. Jakiś ptak wyleciał nagle nad pole, przeleciał kawałek i zniknął między łodygami.

On również się jej przyglądał. Pewnie wyglądała na zmęczoną, wyblakłą i starszą, klasyczny okaz świeżo upieczonej matki, nieprzypominający kobiety, która podeszła wtedy do niego w wydekoltowanym kostiumie kąpielowym i zapytała, czy może jej pożyczyć drobne na szafkę.

- Zwrócę panu jutro.

- Jutro może mnie tu nie być.

- Będzie pan.

Taka była wówczas pewna siebie.

Nie umalowała się dzisiaj, zwykle to było bez sensu, usta miała wyschnięte i gorzkie po kawie. Przynajmniej długi płaszcz zakrywał figurę. Unikanie oczywistego pytania też nie miało sensu.

- Pojechałeś do Birmy?

- Mjanmy - poprawił cicho. - Pojechałem. Oficjalnie do Tajlandii, ale najczęściej przechodziliśmy przez granicę do obozów szkoleniowych.

- Tak myślałam.

- Teraz to nie jest takie trudne, żeby wjechać. Turystyka.

Skinęła głową. Wypadła z kursu, nie nadążała już za bieżącymi wydarzeniami na świecie.

- Było ciężko?

Nie wiedziała, o co właściwie pyta, ale wyobrażała sobie ubóstwo, konfiskatę, no i że podjął niewłaściwą decyzję.

- Czasami. Mieliśmy dobry zespół. Większość stanowili bardziej misjonarze niż lekarze, ale ogólnie poszło dobrze. Nie wiem, czy pomogliśmy. Studenci się zakwalifikowali, następnie aresztowano ich za praktykowanie medycyny bez uprawnień.

Wzruszył ramionami. Zerknął w stronę północnego krańca parku.

- A więc wciąż jest otwarte?

- Tak, ostatni tydzień, później zamkną na zimę. Powinieneś tam pójść.

"Ze względu na dawne czasy". Nie powiedziała tego. Ani: "Dlaczego wróciłeś?".

Spojrzał na zegarek.

- Idę na konferencję. Właściwie to mam pierwsze wystąpienie. Muszę zdążyć na uczelnię.

- O, gratulacje.

Najwyraźniej awansował. Stąd garnitur, porządniejsza wersja dawnego "ja". Ponownie wzruszył ramionami. Skromny, ale obowiązki najwyraźniej były dla niego bardzo ważne. Chwila ciszy. Z trudem na niego patrzyła, przeszłość odtwarzała się zbyt namacalnie. Od urodzenia dziecka niczego nie czuła, żadnego pożądania ani nawet smutku, że ta część jej życia najwyraźniej zniknęła, i to na dobre. Daniel oczywiście był wyrozumiały i cierpliwy. Nie potrafiła tego wyjaśnić: karmienie piersią, inne priorytety, niewłaściwy zapach, a kiedy spoglądała na dziecko, czuła się zdefiniowana na nowo. Teraz pojawił się ten znajomy ból, gdzieś nisko. Zapragnęła zrobić krok w przód, wyciągnąć rękę.

"Kompatybilne systemy odpornościowe - powiedział kiedyś, by wyjaśnić ich wzajemne impulsy, bezwzględne przyciąganie - to tylko tyle, nic więcej".

"Nic więcej?" - spytała.

Żeby zrobić cokolwiek, zdjęła torbę z ramienia i zaczęła w niej czegoś szukać. Bezsensowny akt paniki. Ale w wewnętrznej kieszeni znalazła karnet na basen. Podała mu go.

- Proszę. Zostało jeszcze kilka wejść. Nie sprawdzają nazwiska, przybijając pieczątkę, nigdy tego nie robią.

Wziął karnet.

- Powinieneś pójść, skoro już tu jesteś.

- Miło z twojej strony, Emmo. Rany, naprawdę za tym tęsknię.

- Ale masz przecież morze, w Brighton?

- No tak.

Uśmiechnął się szeroko, dostrzegła w nim tego nieskrępowanego mężczyznę, który nigdy nie przejmował się zimnem, bez wahania wskakiwał do basenu i niemal całą długość przepływał pod wodą. Widziała jego wilgotne ciało na łóżku w jego mieszkaniu, chaos prześcieradeł, wyraz jego twarzy, nieszczęśliwy, porzucony, jakby wyrwany z nocnego koszmaru. Widziała siebie trzymającą się oparcia łóżka, walczącą o kontrolę nad przestrzenią, w której się obracali. Idącą później szybko do domu, zawstydzoną, podekscytowaną, wkładającą kostium pod kuchenny kran, by wyglądał na używany. Godzina luksusu.

- A więc... Co słychać u ciebie? Wciąż pracujesz w Tate?

- Nie. Wyszłam za mąż.

- Aha.

Zerknęła na niego, po czym odwróciła wzrok.

- Za Daniela?

- Tak, za Daniela.

- Macie dzieci?

Jego głos brzmiał naturalnie, prowadził z nią uprzejmą konwersację i wyciągnął logiczny wniosek, że jedno następuje po drugim. Może był w tym również lekki żal, dawne emocje, ale trudno to stwierdzić. Wiatr poruszył zielonym łanem. Trawa zaszeleściła niczym sucha woda.

- Nie, nie mamy.

Jakby mogło być tak jak kiedyś. Skinął głową, ani z zaskoczeniem, ani ze współczuciem. Nagle poczuła, że nie może oddychać, choć miała wokół hektary powietrza. Kłamstwo było tak ogromne, że z pewnością zostanie ukarana. Wróci do domu, a on okaże się cichy, pokój synka pusty, ściany znowu pomalowane na biało. Albo dziecko będzie płakać w łóżeczku i rozsypie się w proch, kiedy je weźmie na ręce. Będzie leżało nieruchomo w kąpieli, opiekunka siedząca na stołku z rozłożonymi skrzydłami, potworna.

Dawny kochanek coś mówił, coś o zaręczynach z kobietą z Tajlandii. Ma na imię Sook, jego rodzina ją polubiła, także nie mają jeszcze dzieci. Trzymał w ręku karnet na basen. Wyglądał na zadowolonego, ustabilizowanego, mężczyzna pod krawatem, który ma wygłosić ważny wykład. Wszystko poszło naprzód, tyle że on stał tutaj, a to nie była droga na uczelnię. Wyciągnęła dłoń, dotknęła jego ręki. Oczywiście, że był prawdziwy.

- Powinieneś popływać - powiedziała. - Pójdziesz?

Znowu spojrzał na zegarek.

- Tak. Dlaczego nie. Chyba zdążę, jeśli się pospieszę. Co mam włożyć? Wpuszczą mnie w bokserkach?

- Muszę iść - powiedziała.

- O. Okej.

Wiedziała, że to zabrzmiało zbyt gwałtownie, wyłom w pozornie grzecznej rozmowie, która powinna potoczyć się ostrożniej. Ale już skręcała, ruszyła ścieżką, czując zimny wiatr we włosach. Usłyszała jego głos, wołał do niej z oddali:

- Cześć, Emmo! Miło cię było spotkać!

Szła dalej. Nie odwróciła się. Na końcu łąki zeszła ze ścieżki, odstawiła torbę i kucnęła w trawie. Wiedziała, że za nią nie poszedł, ale i tak siedziała w ukryciu dość długo. Z torby rozległ się ściszony dzwonek. Była spóźniona do domu. Kucała bez sensu, aż zesztywniały jej nogi. Na ziemi, między łodygami, leżały maleńkie kawałki brązowego szkła z dawnej huty. Nad głową pędziły ogromne chmury, ale deszcz jeszcze się wstrzymywał.

W końcu wstała i spojrzała za siebie. Już go nie było. Jeśli pobiegnie na basen, może go jeszcze złapie. Przeprosi, wszystko wyjaśni, że się bała, że była na niego wściekła i czuła się zraniona, że wyjeżdża, musiała wtedy wybrać, dokładnie tak samo jak on. Dziecko to komplikacja, ale przynajmniej powie mu, jak ma na imię, powinien przynajmniej to wiedzieć. Mogliby się wymienić numerami telefonów. Mogliby się spotkać, gdzieś w połowie drogi do Brighton. Albo tylko popatrzy na niego z kawiarni, ze stolika w rogu, kobieta z przeszłości. Popatrzy, jak on pływa, długi cień jego ciała pod powierzchnią.

Opowiadanie Godzina luksusu pochodzi ze zbioru Madame Zero i inne opowiadania, który ukaże się w lipcu nakładem Wydawnictwa Pauza. Materiał powstał dzięki wsparciu Miasta Sopot i Wydawnictwa Pauza. Sarah Hall będzie gościem festiwalu Literacki Sopot w dniach 15-18.08.2019 roku.

Pismo jest patronem medialnym festiwalu.

SARAH HALL (ur. 1974), brytyjska pisarka i poetka. Dwie z jej powieści: The Electric MichelangeloHow To Paint a Dead Man, były nominowane do nagrody Man Booker Prize. Mieszka w Norwich we wschodniej Anglii.

Rzecz gustu,

CZYLI REDAKCJA "PISMA" POLECA W CZERWCU:

1 czerwca 2019

Festiwale fotografii w Krakowie i Łodzi

Czerwiec upłynie nam w Krakowie i Łodzi pod znakiem fotografii. W tym czasie odbędą się dwa festiwale poświęcone kulturze wizualnej. Podczas 17. edycji Krakow Photomonth zatytułowanej Co nam się podoba zostaną pokazane prace m.in. Anny Orłowskiej i Michaela Schmidta, a uczestnicy Fotofestiwalu w Łodzi będą mogli zobaczyć aż dziewięć wystaw poświęconych tematyce ludzkiej egzystencji związanej z nadprzyrodzonymi aspektami rzeczywistości. Organizatorzy obu inicjatyw zachęcają do refleksji i wspólnej dyskusji o fotografii zarówno profesjonalistów, jak i amatorów.

WIĘCEJ: photomonth.com/pl fotofestiwal.com/2019

6 czerwca 2019

Święto poezji w Krakowie

Początek czerwca to już od kilku lat prawdziwe święto poezji. Jego centrum to Kraków. 6 czerwca rozpocznie się kilkudniowy Festiwal Miłosza, którego hasłem przewodnim jest tytuł pierwszej powieści autora - Zdobycie władzy. Na uczestników czekają premiery tomików poezji, spotkania z autorami (pojawi się tam również nasza redaktorka naczelna jako autorka Środków transportu) i tłumaczami. Festiwal to również muzyka i pasmo OFF, skupione wokół tematu rewolucji. W tym czasie zostanie przyznana też nagroda im. Wisławy Szymborskiej (nominowani to: Kamila Janiak, Piotr Janicki, Marzanna Bogumiła Kielar, Robert Król i Marta Podgórnik).

WIĘCEJ: miloszfestival.pl, nagrodaszymborskiej.pl

7 czerwca 2019

Polskie animacje w Gdańsku

W dniach 7-9 czerwca Akademia Sztuk Pięknych i Uniwersytet Gdański będą gościć Festiwal Polskich Filmów Animowanych Young Animation. Jego organizatorzy stawiają sobie za cel promocję polskiego kina animowanego, w szczególności tworzonego przez młode pokolenie artystów. W ramach festiwalu odbędzie się przegląd filmów, wykłady, ogólnopolski konkurs dla twórców w wieku do trzydziestu lat, slam animation oraz warsztaty animacji poklatkowej dla dzieci i młodzieży. Wstęp na wszystkie wydarzenia jest bezpłatny.

WIĘCEJ: younganimation.pl

13 czerwca 2019

Ethno Port Poznań

To już 12. edycja festiwalu prezentującego muzykę z różnych regionów świata. Koncert otwarcia zagra turecko-indyjski skład Baul Meets Saz. Wystąpią też m.in. The Como Mamas: Ester Mae Smith, Angela Taylor i Della Daniels, amerykańskie śpiewaczki z dorzecza Mississipi, oraz Garifuna Collective, zespół siedmiu muzyków z Belize. W programie festiwalu są też spotkania, warsztaty, pokazy filmowe i wystawy.

WIĘCEJ: ethnoport.pl

21 czerwca 2019

Rave w twierdzy

Nie tylko muzyka, ale też miejsce buduje klimat festiwalu. Do zabytkowych twierdz - w Modlinie i w Gdańsku - zapraszają w tym roku organizatorzy dwóch młodych imprez z muzyką elektroniczną. Na nadmorski festiwal Wisłoujście trzeba będzie poczekać do sierpnia. Za to w dniach 21-22 czerwca będzie można wziąć udział w Instytut Festival w Modlinie. W historycznej przestrzeni dziewiętnastowiecznego garnizonu wystąpią m.in. Maceo Plex, John Talabot, Ellen Allien, Paula Temple, Ancient Methods czy Andy Stott.

WIĘCEJ: technoinstytut.pl

TYMCZASEM // FELIETON

Podróż

Pewnego dnia wyruszam w podróż. Opuszczam Grochów bezpieczeństwa. Wychodzę z purchla. Podobno tak należy. Wychodzę ostrożnie, podróżuję wygodnie. Sześć godzin z przesiadką.

Dworzec. Para z dzieckiem odprowadza znajomą. Krótkie pożegnanie przy schodach na peron. Oni odchodzą w pośpiechu. Ona robi kilka kroków po schodach, zatrzymuje się, szuka czegoś w torbie. Zaskoczona wyjmuje plastikowego jamnika.

Przedział. Małżeństwo w średnim wieku. On siwy, ostrzyżony na jeża. Ona ma czerwony wisiorek w kształcie muszli. Wiozą dużo jedzenia w foliowej torbie z logo Wojska Polskiego (stylizowane litery WP układają się w kształt orlego dzioba). Mężczyzna obiecuje kobiecie, że nie będzie jadł ryby w przedziale, ale nie dotrzymuje słowa.

Muszę się dowiedzieć, czy wojsko wciąż przechowuje zapas toreb z logo autorstwa Andrzeja Pągowskiego. Jak to sprawdzić, nie narażając się na zarzut szpiegostwa?

Anton - biała koszula, identyfikator Warsu - wysiada i ciągnie po peronie wózek z przekąskami i termosem. Mruży oczy, bo ma pod słońce.

Obcokrajowiec nie rozumie, co znaczy "Bezpłatny poczęstunek od PKP Intercity". Początkowo energicznie odmawia, w końcu przyjmuje butelkę wody Ostromecko. Steward rezygnuje z próby tłumaczenia różnic między gazowaną i niegazowaną. - W cenie biletu - mówi i podaje niegazowaną. Mężczyzna upija łyk. Potem otwiera książkę. Tytuł (po polsku): 15 tajemnic zarządzania czasem. O czym wiedzą ludzie sukcesu. Zaczyna czytać. Wkrótce jednak zasypia.

Kobieta w sportowym ubraniu spaceruje wzdłuż torów z beaglem na smyczy. Oboje sprawiają wrażenie zadowolonych.

Kobieta z ciemnymi włosami czyta książkę w miękkiej okładce: Uzależnione myślenie. Analiza samooszukiwania. Rok wydania 2001, nakład wyczerpany.

Na ekranie pojawia się nosorożec Rogatek. Nosorożec podróżuje kabrioletem. Inaczej zrobiłby dziurę w dachu. Zatrzymuje się przed niestrzeżonym przejazdem. Uważnie patrzy w lewo, w prawo i znowu w lewo. ("Urząd Transportu Kolejowego chce w interaktywny sposób bawić i uczyć młodzież").

Młody mężczyzna łamiącym się głosem mówi do telefonu: - A ona mi powiedziała, że nie kocha, że wszystko jedno, że mogłaby mieszkać gdziekolwiek. No to ją zapytałem: "Kim ty się w ogóle czujesz?" A ona, że tak już może bardziej Europejką. "Europejką", powiedziała. Jakby mnie ktoś w twarz strzelił. Aż mi słów zabrakło. "Nawet tak do mnie nie mów", powiedziałem jej tylko.

Opowiada półgłosem, zdjęty żalem nad sobą i nad ojczyzną, której nie potrafił obronić, bo mu zabrakło słów. Obok siedzi żona. Przymknęła oczy. Zna już tę historię. Od czasu do czasu kręci głową z niedowierzaniem lub kiwa na znak aprobaty.

Więc mam już swoją podróżną opowieść, swój wpis na Facebooka. Poprawię jeszcze kilka detali. Dorzucę szczegółów ("Wyobraźcie sobie, zupełnie normalny, żadnych patriotycznych koszulek").

Wracam do domu. "Nawet tak do mnie nie mów". Uświadamiam sobie, że nie pamiętam, jak wyglądał tamten facet. Pamiętam twarze innych współpasażerów, a on gdzieś zniknął. Zamienił się w użyteczną historyjkę. Zatrzasnął się w puencie.

rysunek ARKADIUSZ HAPKA

MARCIN WICHA (ur. 1972), grafik, projektuje okładki, plakaty, znaki graficzne. Pisarz. Nagrodzony Paszportem "Polityki" 2017 w kategorii literatura. Laureat Nagrody Literackiej Nike 2018 za Rzeczy, których nie wyrzuciłem.